menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Wreszcie hotelowe łóżko 30-12-2007 22:54

Blisko siedemset kilometrów w trasie. Wreszcie mogę rozprostować kości. Sterylna czystość i porządek apartamentu hotelowego uspokaja. Lata  życia w pokojach hotelowych nauczyły mnie jednego, skoro hotel nie zastąpi domu, należy wymagać jak najwyższego standardu, by nic nie irytowało po przebudzeniu rano. W ciągu dnia.

Nie chce mi się wychodzić na rynek, w nocne miasto. Ćmienie głodu zabijam tacą z owocami otrzymaną na przywitanie i słonymi paluszkami z minibarku. We krwi powoli rozpływa się Jim Beam.

Pierwszy imieninowy, Sylwestrowy, sms.

Przed wyjazdem zdążyłem zapakować „Ostatnią Wieczerze” Pawła Huelle. Czytam. Odszukuję w powieści bohatera mojego przyszłego filmu, rozmówców.

Jest. Strona dwudziesta piąta. Maciej to Mateusz w powieści Huelle. „Moja pierwsza u niego w pracowni wizyta (…). Przez uchylone okno dochodził łoskot kolejki elektrycznej. Mateusz stał w kuchennej wnęce, szukając korkociągu, Inżynier patrzył dookoła takim wzrokiem, jak gdyby wszystkie olej, szkice, rysunki, akwarele i gwasze gospodarza napawały go wstrętem.(…) Nagle wyjął z kieszeni brzytwę (…) i w milczeniu, wolno, długimi pociągnięciami ostrza zaczął ciąć dzieło na wąskie paski. (…) Mateusz stał nieporuszony. Dopiero kiedy Inżynier podszedł do następnego płótna, gospodarz zastąpił mu drogę i mocowali się przez chwilę w zupełnym milczeniu. Była to moja pierwsza w życiu debata na temat nowoczesnej sztuki. Inżynier, o którym wiele jeszcze usłyszysz, był wówczas asystentem profesora Śledzia w Akademii, a jego dyplom przeszedł do historii tejże szkoły – dwadzieścia pięć  pociętych brzytwą, zamalowanych na czerwono półcień komisja oceniła celująco. (…) Mateusz wyrwał w końcu brzytwę z dłoni Inżyniera, przyłożył mu do szyi ostrze i syknął:
- Ciąć możesz swojego chuja, ale od moich rzeczy wara."

Ten film powinien być właśnie debatą na temat współczesnej sztuki.

Mateusz do narratora: - "Pożegnanie Jezusa z uczniami nie powinno się odbywać w jakimś tam wieczerniku, lecz na pustyni. Chleb i wino – powtórzył – na pustyni.

(…)

Na biurku w gabinecie, pośród notatek, bloczków recept, spoczywał list od Mateusza, który doktor otrzymał z miesiąc temu. Dlaczego sesja miała się odbyć w teatrze? To było jeszcze do wytłumaczenia: na małej scenie, przy długim stole fotograf mógł ich wszystkich objąć, spokojnie i bez technicznych spięć. Dlaczego Mateusz chciał namalować taki obraz? I po co – jako modeli – chciał mieć znajomych z dawnych lat"

Maciej usadził swoich przyjaciół, dobrych znajmych przy stole na deskach teatru w Gdańsku.


(0) komentarzy / skomentuj

Polska impreza kulturalna w Londynie 30-12-2007 11:16

(2) komentarzy / skomentuj

Czego obawia się P.? 28-12-2007 02:34
Czyżby w układzie lekowym tak sie zagotowało, że niektórzy bohaterzy ostatnich enuncjacji prasowych poczuli się na tyle zagrożeni, że wynajęli ochronę? Szefa jednej z firmy farmaceutycznych, zaczęło chronić dwóch byłych żołnierzy legii cudzoziemskiej. Tylko pozornie jest to informacja bez znaczenia.

(1) komentarzy / skomentuj

Wychodzi na to, że Święta spędzam w drodze 25-12-2007 23:44


Wcześniejszy wyjazd. Odwożę Mamę, która jednak nie zostanie u mnie na świętach.  Nie było nawet początku ani końca Wigilii, tylko coś pomiędzy nią. Wychodzi na to, że Święta spędzam w drodze.

Trzy godziny w Elblągu. Krótko tłumaczę córce, dlaczego nie znoszę powrotów do Elbląga. Ona musi przyjeżdżać do mnie, do Warszawy. Rodzinne miasto nie musi oznacza wspomnień, do których chce się wracać . To jest za długa historia. Każda minuta w tym mieście przyprawia mnie o mdłości. Córka udała, ze rozumie.

(2) komentarzy / skomentuj

Świąteczny zestaw ratunkowy. Plus Frank Sintara 24-12-2007 21:50

(2) komentarzy / skomentuj

W drodze 23-12-2007 22:29

(0) komentarzy / skomentuj

Polacy w Londynie: Nie tęsknie za Polską. W Krakowie jest duszno. 22-12-2007 20:45

(0) komentarzy / skomentuj

Prywatna policja – czyli rynek detektywistyczny w Polsce 21-12-2007 22:03
– Niektórzy bezprawnie przyznają sobie uprawnienia policji. Zastępują legalne sądy i komorników, posługują się argumentami zbliżonymi do szantażu. Dostaję sygnały, że w pewnych wypadkach stosują środki techniki operacyjnej, podsłuchują rozmowy przy użyciu urządzeń elektronicznych. Tego im nie wolno robić. – mówił kilkanaście lat temu o prywatnych detektywach były szef UOP Andrzej Milczanowski. Czy coś się obecnie zmieniło? Niewiele, zapewniają rozmówcy. Od lat jest milczące przyzwolenie na to, by agencje detektywistyczne zamieniały się w prywatną policję.

Krzysztof Rutkowski, który został aresztowany pod domniemanym zarzutem działania w mafii paliwowej, mówi wprost, że on, tak jak wielu jego kolegów po fachu, chciałby mieć uprawnienia czyniące z biura detektywistycznego prywatną policję. Dlatego prywatni detektywi nie tylko wdziewają mundury przypominające brygady antyterrorystyczne lub policyjne, ale zachowują się jakby naprawdę byli funkcjonariuszami policji.

Schronienie dla esbeków?

Piotr Niemczyk, wspólnik firmy, w której zakresie działalności znajdują się także usługi detektywistyczne, przyznaje, że na początku trafiali do branży byli funkcjonariusze SB i milicji obywatelskiej.

Od początku założono, że firmy ochroniarskie i detektywistyczne będą jedną z dróg ucieczki dla tysięcy byłych funkcjonariuszy MSW i Służby Bezpieczeństwa. Pomysł ich istnienia narodził się w atmosferze, którą dobrze opisał Krzysztof Dubiński, doradca gen. Kiszczaka, sekretarz Okrągłego Stołu: „Rozwiązanie SB (...), procedura weryfikacyjna i tworzenie Urzędu Ochrony Państwa, otworzyło kilkutygodniowy okres całkowitej dezintegracji służb specjalnych. Na plan odległy zszedł interes państwa, rozpadły się wszelkie mechanizmy solidarności grupowej. W gmachu przy ul. Rakowieckiej nastąpiło całkowite rozprzężenie dyscypliny i poczucia obowiązku. Jedyna zasada jaka wówczas obowiązywała, to zasada: ratuj się kto może.”

Sytuacja prawna była nieunormowana. Wystarczyło założyć działalność gospodarczą, zapłacić 900 złotych i uzyskiwało się koncesję. Andrzej Zybertowicz w pracy „Służby specjalne i układ postkomunistyczny” pisze: „Ustawa z 23 grudnia ‘88 o działalności gospodarczej, będąca jedynym aktem prawnym dopuszczającym prowadzenie tego typu firm, wskazywała jedynie, kto jest władny wydawać koncesje. Nie przewidziano jednak kontroli nad tego typu działalnością. Dopuszczono tym samym kilka tysięcy firm do niekontrolowanej działalności w sferze bezpieczeństwa publicznego.”

Jak zostać detektywem?

Z czasem postanowiono ten dziki rynek prawnie unormować. W 2001 r. uchwalono ustawę, która podała warunki wykonywania działalność w zakresie usług detektywistycznych. Należy posiadać licencję, którą wydaje komendant wojewódzki. Nie można być wpisanym do rejestru dłużników niewypłacalnych Krajowego Rejestru Sądowego, ani być karanym. Obowiązkowo należy zawrzeć umowę ubezpieczeniową i wpłacić 616 złotych opłaty skarbowej, składając wniosek o wpis do rejestracji usług detektywistycznych do MSWiA. W ten sposób zostaje się prywatnym detektywem.

Były policjant, który wstąpił do służby po 1989 r., obecnie zajmujący się działalnością detektywistyczną, nie ma najlepszego zdania o ustawie o usługach detektywistycznych:

– Napisano ją pod policjantów i byłych funkcjonariuszy służb. Sfrustrowani, niewykształceni, ale posiadający kontakty wśród służb i świata przestępczego. Często mają doświadczenie operacyjne oficerów SB, którzy nie przeszli weryfikacji z 89 i 94 r., a później nie potrafili się odnaleźć w strukturach policji. Nie znają prawa, nie mają zaplecza cywilnego, nie potrafią prowadzić działalności gospodarczej. Łamią przepisy. Przemoc, przekupstwo, podsłuchy. Bo tylko to potrafią. Nie potrafią napisać umowy, zarejestrować zlecenia.

Ustawodawca założył, że oficerowie policji, wojska, UOP późniejszego ABW mają znaczną wiedzę zawodową oraz z zakresu prawa i egzamin na licencje prywatnego detektywa jest dla nich łatwiejszy, zostają zwolnieni z najtrudniejszego, wielopunktowego testu. Były oficer musi zapamiętać wyłącznie odpowiedzi na kilka powtarzających się pytań ogólnych aby otrzymać ilość punktów niezbędną do zdania tej części egzaminu.

Brak prawdziwej selekcji, jak to dzieje się w przypadku kandydata na adwokata lub radcę prawnego, musi rzutować na pracę niektórych agencji detektywistycznych, kładąc cień na całe zawodowe środowisko. – Kilka razy zdarzyło się, że w imieniu moich klientów dawałem zaliczki, a później efekt zapłaconych z góry działań był poniżej krytyki – wspomina Piotr Niemczyk. – Miałem trzy takie wpadki. Jedna ze strony byłego oficera SB, druga byłego milicjanta. Trzeci raz przez renomowaną firmę, która zamiast uczciwego wykonania zlecenia, dokonała zwykłego szalbierstwa – dodaje.

Wraz z upływem czasu, naturalną wymianą pokoleń, byli funkcjonariusze milicji obywatelskiej i służb PRL wypierani są przez policjantów lub dzisiejszych funkcjonariuszy służb specjalnych. Instytucja prywatnego detektywa to dla wielu z nich furtka na dalsze zawodowe istnienie, gdy opuszczą swoje dotychczasowe miejsce pracy.

– Prawda, że są to zazwyczaj osoby, którym się nie udało w służbie – mówi rozmówca z MSWiA, który nie chce podać swojej tożsamości. Być może sam kiedyś będzie musiał szukać pracy. – Czymś przecież muszą się zająć ludzie, kiedy odchodzą ze służby. Mają wiedzę, nierzadko tajną, kontakty. Lepiej, że założą agencję niż mieliby zacząć przestępczą działalność.

Być może z takiego myślenia bierze się czasami parasol ochronny wśród byłych kolegów z policji, służb specjalnych, wojska i MSWiA, tolerujący i przyzwalający na to, co np. w USA, Niemczech nie byłoby do pomyślenia. Takie sceny jak w TVN-owskim serialu „Detektyw”, z udziałem Krzysztofa Rutkowskiego, mogliśmy tylko obejrzeć w Polsce.

Rutkowski to nie Philip Marlow

W Polsce jest zarejestrowanych 259 prywatnych detektywów. Rocznie przybywa około 50 licencjonowanych detektywów. W latach 2004 – 2007 z rejestru wykreślono zaledwie 22 przedsiębiorców zajmujących się tą specjalizacją. Liczących się detektywów, zajmujących się głównie tą działalnością, nie jest wielu. Wymienić można w kolejności alfabetycznej z Warszawy: Czesław Boniecki, Mariusz Gregorczyk, Michał Rapacki, Jarosław Rangotis, Wiesław Modrakowski, Andrzej Mikstal, w Łodzi: Waldemar Czerwiński, z Poznania: Bogdan Nadolny, Maciej Szuba, z Sopotu: Rafał Rutkowski, z Katowic: Tomasz Zborowski, Krakowa: Aleksander Wojciechowicz, Płocka: Joanna Grączewska, Mirosław Miernik, a z Wrocławia: Alicja Słowińska.

Jeszcze niedawno na najpotężniejszego detektywa w Polsce wyrastał generał Adam Rapacki, który po objęciu teki wiceministra MSWiA, musiał jednak odsprzedać udziały w swojej firmie detektywistycznej. Dwie inne osoby Marcin Popowski (Warszawa) i Krzysztof Rutkowski (Łódź), dotąd osoby wymieniane w czołówce prywatnych detektywów, przynajmniej teoretycznie, do czasu wyjaśnienia swoich spraw nie zajmują się dotychczasową działalnością. Pierwszy zajmuje się doradztwem detektywistycznym, drugi działa poprzez swoją byłą żonę.

Polscy prywatni detektywi pracują zazwyczaj pojedynczo lub w kilkuosobowych zespołach. Ich siedziby mieszczą się w ciasnych biurach, panuje tam atmosfera mająca klimat z powieści Chandlera. Niestety, poza cynicznym poczuciem humoru i skłonnością do nadużywania alkoholu sami są mało podobni do Philipa Marlowe, który w świecie zła, pomimo wad, starał się dowieść sprawiedliwości.

Piotr Pytlakowski („Polityka”) wielokrotnie opisujący świat polskich detektywów twierdzi, że jest to „środowisko skłócone, bo trwa ostra walka konkurencyjna. Rynek jest płytki, żeby przetrwać należy konkurenta osłabić. Na przykład donieść gdzie trzeba, że kolega zajmuje się szwindlami. Łamią prawo, bo inaczej nawet pies z kulawą nogą nie zamówiłby u nich usługi.”

Dochodzi do takich wynaturzeń, jak postępowanie detektywa Krzysztofa Rutkowskiego w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Przypomnijmy, syn Włodzimierza Olewnika został uprowadzony w nocy 27 października 2001 r. Przez trzy lata porywacze przetrzymywali Krzysztofa w piwnicy i szambie, krępując go krowimi łańcuchami. Po wzięciu okupu (24 lipca 2003 r.) dwa miesiące później udusili swoją ofiarę, a zwłoki zakopali. Rodzina Olewników postanowiła zwrócić się o pomoc do najsłynniejszego prywatnego detektywa, który co tydzień na ekranach telewizorów pokazywał, jak wymierza sprawiedliwość. Ten potraktował ich jednak jak przysłowiowego jelenia do skrojenia. Przez niego stracili ponad milion złotych, nic w zamian nie uzyskując. Krzysztof Rutkowski na swoje usprawiedliwienie, dopóki nie odnaleziono ciała Krzysztofa, powielał wersję o samouprowadzeniu.

Rutkowski pojawia się także w innych sprawach: w ośmiornicy warszawskiej i w aferze paliwowej. Czy bycie znanym prywatnym detektywem, gwiazdą mediów, pozwalało mu tuszować bezprawne działania? Jeden z szanowanych prywatnych detektywów Michał Rapacki, w Dużym Formacie „Gazety Wyborczej” ostro go krytykuje: – Rutkowski nie jest detektywem! To showman i pies na pieniądze. Prokuratura wyjaśnia, czy był do tego stopnia zachłanny, że zaprzedał się gangsterom. Już dawno powinien mieć postępowania karne za to, jak traktuje ludzi. Kopniakami wymuszał przyznanie się do rzekomej winy, znęcał się nad swoimi ofiarami, powalał na ziemię, przystawiał broń do głowy. Detektyw to nie szeryf na Dzikim Zachodzie, jego też obowiązuje prawo.

Ludzie byli zachwyceni. Mówili, że Rutkowski jest lepszy niż policja. Tyle że on często przypisywał sobie sukcesy policji. Zdarza się, że jego byli klienci przychodzą do mnie „do poprawki”. Odprawiam ich z kwitkiem. Nie będę sprzątał po Rutkowskim.

Sam bohater programu „Detektyw” nie zamierza zejść z pierwszego planu. Planuje w Łodzi założyć szkołę i uczyć fachu pracowników firm detektywistycznych. Przymierza się także do nakręcenia filmu fabularnego o swoich losach i pracy detektywa.

Na celowniku polityków

W czasie nocnej rozmowy Janusza Kaczmarka przed jego zatrzymaniem, przeprowadzonej przeze mnie i Piotra Pytlakowskiego, poznaliśmy kulisy domniemanego spisku, którego bohaterami mieli być prywatni detektywi. Opisaliśmy tę historię w tygodniku „Polityka”. Według Janusza Kaczmarka, jesienią 2006 r. do resortu sprawiedliwości dotarła wieść, że ktoś miał szukać materiałów dyskredytujących ministra Zbigniewa Ziobrę oraz jego osobę, ówczesnego prokuratora krajowego. Dotarła do nich informacja, że detektyw Rafał Rutkowski, z Sopotu, ma jakieś kwity, których ujawnienie może zaszkodzić ministrowi. Prawie w tym samym czasie inny detektyw, Jerzy Godlewski z Zielonej Góry, chciał ostrzec Ziobrę przed prowokacją rzekomo szykowaną przez innego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Janusz Kaczmarek mówił nam w słynną już noc poprzedzającą jego zatrzymanie: – Ziobro miał przekonanie, że Godlewski chce go zniszczyć. Kiedyś Marzec (były szef CBŚ – przyp. aut.) powiedział mi, że rozmawiał z ministrem Ziobro i Święczkowskim i powiedział im, że Godlewski to jest agent agentów. Oni to chwycili, że on ma jakieś tam specjalne satelity, specjalne kamery. Nie mogą go rozpracować, bo jego dom to wielka twierdza. Ziobro stwierdził, że jego, czyli proroka południa bierze Święczkowski (były szef ABW – przyp. aut.), proroka północy, czyli mnie, bierze Marzec. Chodziło o działania osłonowe.

Rozpracowywanie detektywa Rafała Rutkowskiego doprowadziło prawdopodobnie do inwigilacji dziennikarzy, z którymi ten się kontaktował (Wojciech Czuchnowski, Bertold Kittel, Piotr Pytlakowski i Sylwester Latkowski – przyp. od aut.). Rutkowski sam miał zapłacić wysoką cenę za zainteresowanie swoją osobą polityków. Wielomiesięczne życie na podsłuchu, kontrole izb skarbowych. Nie służyło to rozwojowi jego firmy. Skutki utraty części klientów odczuwa do dzisiaj.

Wszystko wskazuje na to, że obaj prywatni detektywi staną się bohaterami sejmowej komisji śledczej, pokazując, że detektyw w Polsce nie tylko zajmuje się śledzeniem niewiernych małżonków.

Na usługach policji i służb

– Nie ma mowy o istnieniu prywatnego detektywa bez współpracy z policją lub służbami specjalnymi – zapewnia rozmówca z MSWiA. – To czasami patologiczny związek, o czym powinni pamiętać jego klienci. Często może być po prostu sprzedany.

Wzajemne świadczenie sobie usług jest regułą współpracy detektywa z policją lub służbami specjalnymi. Czasami to detektywi realizują zadania, których służby specjalne nie mogą wykonać bez łamania prawa. Łatwo przekroczyć granicę, po której detektyw staje się agentem. Jeden z detektywów w rozmowie nawet nie ukrywa bliskich kontaktów z funkcjonariuszami CBŚ z ósmego piętra na Okrzei w Warszawie. Zapiera się tylko, że nie jest agentem.

Przyszłość to profesjonalizacja

– Rynek usług detektywistycznych tak naprawdę nigdy w Polsce nie powstał – twierdzi Piotr Niemczyk. Zlecenia detektywistyczne to zaledwie 30 proc. działalności jego firmy. – Nie zajmujemy się sprawami cywilnymi, a usługami dla biznesu. Pracujemy głównie dla banków i instytucji finansowych.

Przyszłość nie będzie lepsza, jeśli nie nastąpią zmiany i nie zostaną wyeliminowani z rynku najsłabsi, którzy nigdy nie powinni się znaleźć w tym fachu. Pojawienie się w branży takich osób, jak niedawno generał Adam Rapacki, było tylko chwilową jaskółką nadziei, sygnałem, że nadchodzi czas do profesjonalizacji usług detektywistycznych, wyznaczaniu obcych dotąd standartów pracy.

Zmiana rynku gospodarczego w Polsce rzutuje także na podział ryku prywatnych detektywów.

– To nie jest szczególnie interesujący rynek – mówi Piotr Niemczyk. – Mało osób prywatnych stać na wynajmowanie detektywa, naturalnym klientem wydają się być przedsiębiorstwa. Ale wielu inwestorów przez całe lata nie korzystało z takich usług. Polskie firmy właściwie z usług firm detektywistycznych nie korzystają. Ludzie z licencją detektywistyczną są poszukiwani przez banki i towarzystwa ubezpieczeniowe. Oni w swoich pionach potrzebują mieć ludzi z licencją, by legalnie móc dochodzić swoich roszczeń i je udokumentować.

Windykacja to jest biznes

– Aktualnie nastaje nowa fala detektywów „indykatorów”, pracowników dużych i sieciowych firm egzekwujących należności – twierdzi detektyw Rafał Rutkowski – Nie spełniają oni warunków ustawy w kwestiach obowiązkowego ubezpieczenia. Rejestracji zleceń nie muszą robić, bo ich formalnie nie wykonują, choć ustawa przewiduje czas rozpoczęcia zawodu.

Obok detektywów „windykatorów” dobrze sobie radzą, ale jest to najmniejsza grupa, zaznacza Rafała Rutkowski.

– Zawodowcy, posiadający znaczącą wiedzę fachową. Znający dobrze rynek, wyspecjalizowani, posiadający zaplecze kadrowe, inwestujący w sprzęt, szkolenia. Oni osiągają największe przychody, pracują dla największych firm. Zazwyczaj specjalizują się w branżach niszowych jak wywiad gospodarczy, wspomaganie PR i HR, obsługa biur i rzeczników patentowych, ochrona własności intelektualnych – dodaje.

Swoje usługi świadczą dla dużych firm i korporacji, m.in. z zakresu wykrywania kłamstw, grafologii, informatyki. Korzystają z doświadczeń najlepszych kancelarii prawniczych. Unikają przy tym rozgłosu. Dzielą się sukcesami z organami ścigania i dziennikarzami śledczymi. Kilka nagród prasowych z zakresu dziennikarstwa śledczego to tak naprawdę praca prywatnych detektywów.

Na marginesie tego rynku żyje najliczniejsza grupa detektywów „amatorów”. Zajmują się najmniej wymagającymi zleceniami. Obserwują niewiernych małżonków, są zatrudniani na etatach w agencjach ochrony, firmach ubezpieczeniowych i hipermarketach. Ogłaszają się w lokalnej prasie obok detektywów bez licencji i windykatorów. Wiążą koniec z końcem. Idą na skróty. Zamiast własnej pracy podkupują policjantów, pracowników ZUS i urzędów skarbowych. Niestety coraz częściej wpadają i trafiają do aresztu.

Stało się tak między innymi z byłym rzecznikiem prasowym i członkiem stowarzyszenia detektywów polskich Marcinem Popowskim, który obecnie ma postawione zarzuty nakłaniania do ujawnienia informacji niejawnych. Skłoniło go to do gorzkiej refleksji: – W świetle polskiego prawa, braku zrozumienia realiów pracy detektywa, uważam, że nie warto nim być, bo cokolwiek będziesz robił zawsze się narazisz na konflikt z prawem. Może czas zakończyć i zlikwidować zawód detektywa?

Sylwester Latkowski, Gazeta Finansowa/20.12.2007

W najbliższym wydaniu Gazety Finansowej (4 stycznia 2008 r.), opublikujemy dramatyczny wywiad z Marcinem Popowskim, byłym rzecznikiem i członkiem Zarządu Stowarzyszenia Detektywów Polskich, który opowie nam  o kulisach swojego aresztowania
i oskarżenia go o nakłanianie do ujawnienia tajemnicy służbowej. Wyjaśnia w rozmowie komu tak naprawdę naraził się swoją pracą detektywa.
(0) komentarzy / skomentuj

Jaki pretekst użyto by nadal inwigilować realizację filmu o sprawie zabójstwa generała Marka Papały? Podobno miało się coś zmienić w kwestii inwigilacji mediów? Dla kogo tak naprawdę zagrożeniem jest ten film? 19-12-2007 23:49

Godzina 14. Chińska restauracja na rogu Grójeckiej i Bitwy Warszawy. Miejsce spotkań policjantów i ludzi WSI oraz SKW. Spotykam się tam z jednym z dziesięciu członków nieistniejącej policyjnej grupy „Desperado”, powołanej przez generała Marka Papałę. Byli ludźmi z zewnątrz, z komend rejonowych. Oddani wyłącznie Papale. Wzbudzali niechęć u  funkcjonariuszy pracujących w Komendzie Głównej Policji. Jak mówi mój rozmówca, chodząc korytarzami komendy powinni używać lusterek, by widzieć co dzieje się za ich plecami.

W czasie naszej rozmowy do stolika obok, przysiada się mężczyzna. Nie wybrał innego, oddalonego od nas miejsca, pomimo, że było wolne.  Jakby zależało mu by być najbliżej nas, by dokładnie słyszeć naszą rozmowę. Zamawia piwo i zaczyna czytać gazetę od tyłu. Czyta ją na siłę, raczej błądzi po stronach oczami. Widać, że go nie interesuje albo jego uwaga jest skupiona na innej czynności niż lektura „Super Expresu”.

Spoglądamy na siebie porozumiewawczo z moim rozmówcą.
– Pani stolik dalej kilkukrotnie ustawiała na nas swoją torebkę - oznajmia. – Robi zdjęcia.

Jako były przykrywkowiec jest wyczulony na nienaturalne zachowania ludzi. Po jakieś chwili stwierdzam, że nie ma sensu dalej tu rozmawiać. Moje pytania zaczną coś im mówić, proszę byśmy wyszli na zewnątrz.

Kiedy mój rozmówca wraca beze mnie do lokalu, gdzie ma się odbyć imieninowa impreza jego znajomego, nasz sąsiad zabiera gazetę, bierze torbę i opuszcza lokal.

Później dowiaduję się, że pani ma na imię Anna, a sąsiad to Zbyszek. Byli to ludzie z "B-etki", policyjnej obserwacji

Czemu służyła ta inwigilacja?

(5) komentarzy / skomentuj

Materna o krawacie Kaczmarka 19-12-2007 01:51

Krzysztof Materna opowiedział wczoraj swoją hipotezę wyjaśniającą, dlaczego Janusz Kaczmarek wyszedł od Ryszarda Krauzego bez krawata, spędzając u niego zaledwie dwadzieścia kilka minut. Oczywiście odrzucił wątek seksualny, słusznie uważając, że obaj panowie są wybitnie heteroseksualni. Kaczmarek po prostu pożyczył krawat Krauzemu, by ten mógł go założyć na spotkanie z posłem Woszczerowiczem.

Sam Janusz Kaczmarek w prywatnych rozmowach o tamtym incydencie twierdzi, że wyjaśnienie sprawy tego krawata i pobytu na 40 piętrze Mariotta jest tak prozaiczne, że kiedy wszyscy poznają kulisy, co najwyżej się uśmiechną.

Krzysztof Materna miał rację?


(1) komentarzy / skomentuj

Skarga policjanta 19-12-2007 01:00

Fragmenty skargi podinsp. w st. spocz. Mirosława Gruszeczki ,  byłego eksperta Wydziału Kryminalnego Biura Kryminalnego KGP, adresowana do wiceministra MSWiA generała Adama Rapackiego:

"W dniu 22 marca 2006 roku, po 18 latach nienagannej służby zostałem zatrzymany w Komendzie Głównej Policji przez policjantów z BSW KGP. (…) Przedstawiono mi 19 zarzutów z art. 231§1 kk w zw. z art. 266§2 kk w zw. z art. 11§2 kk i 1 zarzut z art. 231§2 kk w zw. z art. 266§2 kk w zw. z art. 11§2 kk. Zarzucane mi czyny miały zostać popełnione w okresie od 8 grudnia 2004 roku do 31 maja 2005 roku i dotyczyły dokonywania sprawdzeń w policyjnej bazie KSIP.
Zdziwiłem się, że większość z nich miała być popełniona z osobami o imionach: Wojtek, Witek, Krzysiek, które jak wynikało z treści zarzutów były mi znane. Biorąc pod uwagę, że współpracowałem od lat z wymienionymi w zarzutach firmami domyśliłem się o które osoby może chodzić. Jako policjant z 18 letnim stażem byłem zdumiony, że przez tyle czasu nikt nie potrafił lub nie chciał ustalić ich danych personalnych.
Przyznałem się zgodnie z prawdą do dokonywania prostych sprawdzeń dla wymienionych osób, podałem ich pełne dane personalne i wyjaśniłem, że przez wiele lat współpracowałem z nimi (szczegóły w dalszej części pisma). Nie przyznałem się do 2 czynów z uwagi na fakt, że nie znałem osób, którym miałbym ujawniać tajemnice służbową.
Nie przyznałem się do całkowicie niezrozumiałego dla mnie zarzutu nr 10 mówiącego o działaniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej od swojego kolegi Marcina Popowskiego (prywatnego detektywa) i Dariusza Szymańczyka (tej osoby  nawet nie znam). Czyn ten zagrożony jest karą pozbawienia wolności do lat 10. Zadeklarowałem chęć współpracy z organami ścigania w celu wyjaśnienia wszystkich okoliczności związanych ze sprawą.
Pomimo moich szczerych wyjaśnień, w dniu 24.03.2006 roku zostałem tymczasowo aresztowany przez Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Północ III Wydział Karny na okres 3 miesięcy. Ciekawy jest fakt, że podczas oczekiwania na rozprawę kilkakrotnie usłyszałem od policjanta z BSW KGP o nazwisku G., że będę siedział i odechce mi się opowiadania kłamstw o BSW. Nie ukrywam, że znam sprawy o charakterze kryminalnym kompromitujące BSW KGP, w tym ścisłe jego kierownictwo.(...)


W uzasadnieniu Sąd standardowo powołał się na istniejącą obawę utrudniania postępowania, matactwa procesowego, rozwojowy charakter sprawy oraz zagrożenie wysoką karą. Wtedy zrozumiałem po co został mi postawiony zarzut numer 10 dot. korupcji i dlaczego w zarzutach nie było danych personalnych osób mogących potwierdzić, że nigdy nie brałem od nikogo żadnych korzyści.
W trakcie pobytu w AŚ Warszawa Białołęka dowiedziałem się z prasy i od współosadzonych, że moja sprawa ma związek z uprowadzeniem w 2001 roku Krzysztofa Olewnika (zamordowany w 2003 r.), przy której to sprawie rzeczywiście pracowałem od lata 2004 roku. Dowiedziałem się także, że przez prawie rok byłem podsłuchiwany. Znajomość sprawy przez media była zaiste zdumiewająca.
W dniu 22 maja 2006 roku podczas pobytu w AŚ Warszawa Białołęka zostałem ponownie przesłuchany przez funkcjonariuszy Policji. W jego trakcie przyznałem się do dokonania sprawdzeń w zarzucie nr 1 (po uprzednim poinstruowaniu policjantów z BSW jak można zidentyfikować osobę ukrywającą się pod tajemniczą dla mnie nazwą Wojciech G.). Na złożoną przeze mnie propozycję złożenia obszernych wyjaśnień dowiedziałem się, że będę miał taką możliwość podczas przesłuchania przez Prokuratora. Wyjaśniałem także, że szkolenia dla firm prowadziłem za zgodą Komendanta Głównego Policji. Dokumenty na ten temat miałem w domu, zostały ujawnione podczas przeszukania, jednakże po konsultacji telefonicznej policjantów z BSW KGP z jakąś „Monisią” zostały pozostawione u mnie w domu. Mogę się domyślać, że ową „Monisią” była pani Prokurator. Zaiste dziwna zażyłość. Gdyby zostały wtedy zabezpieczone nikt nie mógłby wysnuwać fałszywych teorii o rzekomej korupcji.
W dniu 8 czerwca 2006 roku Pani Prokurator uchyliła zastosowany przez Sąd środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania, zamieniając go na poręczenie majątkowe, zakaz opuszczania kraju i zawieszenie w czynnościach służbowych. Po 79 dniach piekła byłem na wolności.(…)
Po kilku miesiącach ciszy w dniu 3 stycznia 2007 roku z „Gazety Wyborczej”!!! dowiedziałem się, że w powyższej sprawie został skierowany akt oskarżenia do Sądu. Także z tego samego artykułu ponownie dowiedziałem się, że sprawa ma związek z uprowadzeniem Krzysztofa Olewnika. Redaktor Piotr Machajski był lepiej poinformowany ode mnie.(…)
Brak możliwości wglądu w akta, pomimo złożenia przeze mnie takiego wniosku już na pierwszym przesłuchaniu (a przez obrońcę w  dniu 28 marca 2006r.), przed wydaniem decyzji o zamknięciu śledztwa prowadzi do wniosku, że zostałem pozbawiony prawa do obrony, w tym do złożenia wniosków dowodowych, a przede wszystkim do złożenia obszernych wyjaśnień w trakcie których miałbym możliwość wytłumaczenia motywów swojego postępowania. Czyżby ktoś bał się treści moich szczegółowych wyjaśnień?(…)
 W dniu 17.04.2007 otrzymałem postanowienie KGP o utrzymaniu w mocy postanowienia rzecznika o odmowie uzupełnienia akt i orzeczenie Komendanta Głównego Policji o wydaleniu ze służby. (…)
 „Niskie pobudki działania”? Nie działałem w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Nie współpracowałem z gangsterami. Nie sprzedawałem i nie udzielałem nikomu informacji z toczących się postępowań.
Kolejne niezrozumiałe stwierdzenie z orzeczenia to „ujemne skutki dla służby”. Jakie? Czy w wyniku mojej współpracy z różnymi osobami doszło do naruszenia godności i honoru służby? Komuś chyba się poplątały fakty. To wyłącznie dzięki służbom prasowym KGP i KSP, które „trąbiły” o niej przez 4 dni we wszystkich możliwych mediach sprawa została rozdmuchana do niewyobrażalnych rozmiarów (łącznie z pokazywaniem momentu zatrzymania i przebiegu czynności procesowych).  Byłem przedstawiany jako zdrajca w mundurze, który narażał sprzedawanymi informacjami innych policjantów. Zapoznając się z materiałami postępowania dyscyplinarnego stwierdziłem, że telegram BSW KGP nr 21/2006 z dnia 22.03.2006 r. godz. 20.00 zakazywał udzielania informacji mediom. Czyżby znowu ktoś przekroczył uprawnienia informując media w ten sposób, że już o godzinie 17.00 pojawiły się informacje o moim zatrzymaniu? Dziwiło mnie, że Komendant Główny Policji rozważając dotychcza¬sowy przebieg mojej służby oraz niekaralność dyscyplinarną nie do¬patrzył się żadnych okoliczności przemawiających na moją korzyść. Przecież fakt trwania postępowania karnego, niekaralności, nienaganna opinia, nagrody za osiągane wyniki w służbie - to są właśnie okoliczności przemawiające na korzyść.(…) 
W dniu 18.06.2007 odebrałem raport z dn. 01.06.2007 o przejściu na emeryturę z dniem 09.06.2007, a dopiero w dniu 26.07.2007 orzeczenie o uchyleniu zaskarżonego orzeczenia i umorzeniu postępowania dyscyplinarnego. Co ciekawe powołana przez Komendanta Głównego Policji komisja stwierdziła, że zebrany materiał dowodowy jest niekompletny i wymaga uzupełnienia. W związku z tym zawnioskowała o uchylenie w całości zaskarżonego orzeczenia co zostało zrobione.
I w ten sposób Komendant Główny Policji Konrad Kornatowski, który nie chciał ze mną rozmawiać, a następnie próbował mnie wyrzucić dyscyplinarnie ze służby sam sobie zaprzeczył.(…)
W dniu 21.06.2007 r. w związku z odejściem na emeryturę, a tym samym ciążącym na mnie obowiązku rozliczenia się, zwróciłem się do Dyrektora Biura Kryminalnego KGP o spowodowanie przekazania mi następujących dokumentów:

• protokołu otwarcia mojej szafy pancernej,
• protokołu inwentaryzacji rzeczy pozostawionych przeze mnie w szafie pancernej (umundurowanie, dokumenty służbowe i prywatne, itp.),
• protokołu inwentaryzacji rzeczy stanowiących własność prywatną pozostawionych w miejscu pracy,
• protokołu przekazania sprzętu komputerowego pozostającego na moim stanie w dniu 22.03.2006 roku.

Do chwili obecnej nie otrzymałem na nie odpowiedzi. Wiem, że powyższe protokoły nie zostały sporządzone co jest niezgodne z obowiązującymi przepisami. Wiem także, że mój komputer (stanowisko UKSP) był użytkowany przez osobę nieuprawnioną (ciekawe czyim Osobistym Identyfikatorem Cyfrowy ta osoba się posługiwała (…) 
 W dniu 14.08.2007 r. zapoznałem się w Sądzie z materiałami sprawy zawartymi w 8 tomach akt. Ponieważ oprócz protokołów przesłuchań nie ma w nich żadnego materiału dowodowego wystąpiłem tego samego dnia o zapoznanie się z załącznikami niejawnymi, zawierającymi jak tylko mogę się domyślać stenogramy z podsłuchów. Do chwili obecnej czekam na wyznaczenie terminu zapoznania. Z akt dowiedziałem się także, że decyzje w mojej sprawie (przedłużanie czasu śledztwa) były podejmowane przez Zastępcę Prokuratora Apelacyjnego w Warszawie Konrada Kornatowskiego, przyszłego Komendanta Głównego Policji. Używana argumentacja i uzasadnienia zwalają dosłownie z nóg. Powoływano się m. in. na zabezpieczenie nośników informacji co do których istnieją podejrzenia, że mogą zawierać dalsze dowody działalności przestępczej. W moim przypadku należało chyba szukać ich na komputerach w pracy.
 Kolejną kwestią jest legalność założonego mi podsłuchu. Jeżeli byłem podejrzewany o ujawnienia informacji, to po jego założeniu słuchający dobrze wiedział dlaczego to robię oraz to, że nie robię tego dla pieniędzy. Jestem bardzo ciekawy na jaki art. Kodeksu Karnego powołał się wnioskujący. Jeżeli wiązał mnie ze sprawą uprowadzenia Krzysztofa Olewnika i na to się powoływał to co najmniej poświadczył nieprawdę. Odrębną kwestią jest sprawa kolejnych przedłużeń stosowania podsłuchu (łącznie 9 miesięcy). Ciekawi mnie także wybiórczość w ocenie materiału uzyskanego w wyniku podsłuchu. Dlaczego nikt nie zainteresował się odbieranymi przeze mnie telefonami od znajomych, w których informowali mnie o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu Policji i wymiaru sprawiedliwości? Często udzielałem rad w tego typu sprawach instruując zainteresowanych jak i gdzie mają interweniować. Może trzeba było się tym zainteresować. (..)
Służbę w Policji rozpocząłem 27.10.1987. Przeszedłem naturalną drogę awansu od policjanta plutonu patrolowego do stanowiska Zastępcy Komendanta Komisariatu Policji Warszawa Wilanów. W dniu 01.05.1998 rozpocząłem służbę w Wydziale Kryminalnym Biura Koordynacji Służby Kryminalnej KGP. Jednocześnie zostałem kierownikiem zespołu do walki z napadami na kierujących samochodami ciężarowymi (potocznie zwanymi  TIR-ami). W roku 1997 stwierdzono prawie 200 tego typu zdarzeń, a statystyka pierwszego kwartału 1998 roku wskazywała na dalszą tendencję wzrostową. Straty z tych przestępstw wynosiły miliony złotych, a fakt, że prawie połowę pokrzywdzonych stanowili obcokrajowcy powodował istotne implikacje na arenie międzynarodowej. Praktycznie po każdym napadzie byłem rozliczany przez przełożonych z prowadzonych czynności. W wyniku prac kierowanego przeze mnie zespołu wypracowano założenia taktyczne w celu ograniczenia tej kategorii przestępstw. Między innymi w 1999 roku powołano specjalne grupy zadaniowe w Komendach Wojewódzkich o największym zagrożeniu napadami tj. w KWP z/s w Radomiu, KWP w Łodzi i KWP w Poznaniu. Równolegle powołano Grupę Komendanta Głównego Policji, w której zostałem Zastępcą Kierownika. Grupa składała w zdecydowanej większości w policjantów Sekcji Kryminalnej w Płocku Wydziału Kryminalnego KWP z/s w Radomiu i miała swoją siedzibę w Płocku, a ja pełniłem rolę koordynatora na kraj. W trakcie prowadzonych działań okazało się, że grupy przestępcze posiadają liczne „wtyki” m.in. w policji, co umożliwiało im uzyskiwanie informacji o planowanych działaniach organów ścigania. Z tego powodu podjęto decyzję o zaniechaniu bezpośrednich kontaktów z jednostkami w terenie oraz o nie dokonywaniu sprawdzeń za pośrednictwem tych jednostek. Od tej pory wszelkie sprawdzenia w systemach informatycznych na rzecz Grupy dokonywałem osobiście. Taką samą strategię przyjęto w sprawach prowadzonych przez KWP Łódź i KWP Poznań.
W trakcie prowadzonych czynności okazało się, że niezbędne jest nawiązanie współpracy z firmami transportowymi, kurierskimi, organizacjami transportowców, producentami wyrobów tytoniowych, sprzętu RTV i AGD, czyli krótko mówiąc z osobami i podmiotami pokrzywdzonymi w wyniku aktów bandytyzmu drogowego. Nawiązanie i utrzymywanie tego typu kontaktów było moim zadaniem wynikającym z nałożonych na mnie obowiązków służbowych. W wyniku wypracowanych metod współpracy uzyskiwałem bardzo cenne informacje, które niejednokrotnie były wykorzystywane w prowadzonych postępowaniach, zapobiegły kolejnym tego typu przestępstwom, a także umożliwiały dokonywanie szczegółowych ustaleń o sytuacji w środowisku firm transportowych, szczegółowej specyfikacji utraconego towaru oraz o osobach podejrzewanych o udział w napadach, a także o planowanych przestępstwach. Nie jest żadną tajemnicą, że niektóre ze zgłoszonych napadów lub kradzieży były upozorowane i tylko ścisła współpraca z pracodawcą umożliwiała wykrycie tego procederu.
W trakcie pracy Grupa często napotykała na trudności techniczne związane m.in. z ustalaniem abonentów telefonii komórkowej lub bilingów z miejsc zdarzeń. Należy zwrócić uwagę, że Wydziały Techniki Operacyjnej dysponowały w tym czasie ograniczonymi możliwościami. Policjanci z całego kraju, z którymi współpracowałem wielokrotnie zadaniowali mnie do dokonywania ustaleń, które wymagały zasięgnięcia pomocy u osób nie będących policjantami (zgodnie z art. 22 ust. 1 UoP). Dzięki utrzymywanym przeze mnie kontaktom tego typu ustalenia były jednak możliwe. Na obecnym etapie nie mogę mówić o szczegółach owej współpracy z uwagi na fakt obowiązywania tajemnicy służbowej. 
Począwszy od 2001 roku zaczął być odnotowywany w spadek napadów na kierujących samochodami ciężarowymi. Nie było to spowodowane brakiem zainteresowania ze strony przestępców tylko intensywnymi działaniami prowadzonymi przez Grupę, w wyniku których zostało rozbitych wiele wysoce zorganizowanych grup przestępczych, aresztowano setki przestępców, a także  odzyskano wiele utraconego mienia. Za przeprowadzone realizacje byłem wielokrotnie nagradzany nagrodami pieniężnymi przez Komendantów Głównych Policji.
W trakcie wieloletniej pracy w Policji, a zwłaszcza w KGP prowadziłem sprawy o wielkim ciężarze gatunkowym. O ich pozytywnych zakończeniach wielokrotnie rozpisywała się prasa (wbrew obowiązującym obecnie zasadom dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia), a moi przełożeni odbierali gratulacje od kierowników jednostek terenowych..
Na podkreślenie zasługuje fakt, że w nadzorowanych i koordynowanych przeze mnie sprawach i realizacjach nigdy nie było żadnego „przecieku”.
Moje przejście w 2004 roku do Centralnego Biura Śledczego KGP było spowodowane kolejną reformą KGP. Pozostałem zastępcą kierownika Grupy i dalszym ciągu wykonywałem nałożone na mnie wcześniej zadania.
Nigdy nie uczestniczyłem w rozgrywkach personalnych toczonych w KGP, choć zdarzało mi się jawnie krytykować  decyzje organizacyjne i personalne.

Osoby, z którymi współpracowałem, a niektóre z nich są również objęte aktem oskarżenia pomimo przekazywania bardzo cennych informacji, nigdy nie chciały żadnego wynagrodzenia z tego tytułu. Każda z tych osób robiła to z własnej nieprzymuszonej woli chcąc po prostu pomóc Policji. Osoby te pomagały Policji licząc na wzajemność. Z tego właśnie powodu gdy któraś z tych osób prosiła o dokonanie prostego sprawdzenia odnośnie np. karalności kandydata do pracy to tego typu sprawdzenia robiłem nie chcąc dopuścić do sytuacji aby mienie znacznej wartości było powierzane osobom niegodnym zaufania, a tym samym chcąc zapobiec kolejnym przestępstwom. Należy zauważyć, że z dokonywanych przeze  mnie sprawdzeń wynikało, że praktycznie co 4 kierowca pokrzywdzony w wyniku napadu miał konflikt z prawem, co często przekładało się później na udowodnienie mu współpracy w upozorowania napadu.
Informacji takich udzielałem, natomiast z uwagi na ich niewspółmierny ciężar gatunkowy w stosunku do otrzymywanych informacji oraz na fakt, że art. 231§1 kk mówi o „działaniu na szkodę interesu publicznego lub prywatnego” powoduje, że do tak sformułowanych zarzutów się nie przyznaję. Nie działałem na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, a wręcz przeciwnie działałem w dobrej wierze na rzecz poprawy bezpieczeństwa w celu zapobiegania  przestępstwom i wykrywaniu popełnionych. (…)
Chciałbym zaznaczyć, iż jako funkcjonariusz policji z wieloletnim stażem zdawałem sobie sprawę z możliwości stosowania technik operacyjnych, a w tym również podsłuchów telefonicznych. Zasady logicznego rozumowania pozwalają więc na przyjęcie założenia, że gdybym miał zamiar przekazać komukolwiek wiadomość mogącą stanowić istotną tajemnicę, nie robiłbym tego przez telefon. Smaczku sprawie dodaje fakt, iż ja wiedziałem o tym, że mam założony podsłuch jednakże dotychczas nie miałem możliwości złożenia wyjaśnień w tej sprawie z przyczyn już opisanych.
Uważam, że zostałem niesłusznie aresztowany (na pokaz), a cała otoczka tej sprawy, w tym komentarze prasowe po moim zatrzymaniu o „sprzedajnych gliniarzach”, którzy sprzedawali informacje ze spraw i tym samym narażali innych funkcjonariuszy są dla mnie jako policjanta znanego i szanowanego w kraju po prostu obraźliwe. Zastanawiające jest kto i na jakiej podstawie przekazał mass mediom takie nieprawdziwe informacje. Po co w jednostkach Policji były robione odprawy na których byłem przedstawiany w sposób opisany jak powyżej.
Sądzę, że wiązanie powyższej sprawy z uprowadzeniem Krzysztofa Olewnika i snucie teorii, że ja mogę być zamieszany w powyższe przestępstwo (lub inne osoby występujące w sprawie) jest kompromitacją osób, których zadaniem było szukanie rzeczywistych sprawców porwania, a nie błądzenie po omacku i próba wybielenia się z mizernych efektów prowadzonych czynności. Zawsze byłem przeciwnikiem lansowanej tezy o samo uprowadzeniu. O tym kto miał rację świadczy m. in. przebieg toczącego się procesu o porwanie i zamordowanie Krzysztofa. Być może cała sprawa ma związek z kolejną skargą ojca uprowadzonego z początku 2006 r. lub szukaniem na siłę sukcesu przez BSW KGP na uzasadnienie planowanej rozbudowy"

(2) komentarzy / skomentuj

15 lecie Playboya 18-12-2007 02:38

W części oficjalnej, tuż pod striptizie, dostaliśmy z Piotrem Pytlakowskim po kawałku blachy od Playboya w związku ze znalezieniem się w 50 najlepszych wywiadów wydanych z okazji 15- lecia Playboya. Mieliśmy wkrótce wyjść. Usadowiliśmy się na chwilę z dala od całego zgiełku. Obok jedynie Michał Wiśniewski szeleścił kartami do pokera. Dosiadł się do nas Krzysztof Materna i popłynęliśmy w rozmowie do wpół do drugiej w nocy.

(2) komentarzy / skomentuj

Wojna Łęskiego z Sieńko 11-12-2007 21:33

Czy komentarz Jacka Łęskiego na wpis w blogu „Autorski tekst Sieńki” o przejmowaniu Stoczni Gdańsk, zaprowadzi go pod sąd, co zapowiada Piotr Sieńko?

Przypomnijmy mój wpis z 05-12-2007 23:08

"Rosyjski koncern Gazmetall zamierza prawdopodobnie przejąć polskie przedsiębiorstwa z grupy strategicznych sektorów gospodarki: przemysłu hutniczego i stoczniowego. W jego posiadaniu mogłyby się wtedy znaleźć m.in. Huta Częstochowa i Stocznia Gdańsk. Wówczas kolebka „Solidarności” trafiłaby w ręce osób powiązanych z najsilniejszą rosyjską grupą mafijną Sołncewo."

Piotr Sieńko, dziennikarz Polska The Times, zamieścił na swojej internetowej stronie tekst autorski: "Rosyjska mafia przejmie kontrolę nad kolebką „Solidarności”? Czyżby jego redakcja nie chciała tego opublikowac? Bo w to, że Sieńko na boku go pisał, w wolnych chwilach po pracy, trudno uwierzyć.


Obszerne fragmenty artykułu Piotra Sieńki opublikowała „Gazeta Finansowa.”

Jacek Łęski postanowił podsumować to słowami:
Sieńko - przykład lumpendziennikarstwa
2007-12-11 16:30:29

„To jest nieprawdziwy tekst. W rzeczywistości nie ma żadnych negocjacji ani planów fuzji między ISD a Gazmetallem. Nigdy nie było podpisanego listu intencyjnego, o jakim wspomina autor. Sprawa była wyjaśniana już w lutym tego roku, kiedy takie plotki pojawiły się w rosyjskiej i ukraińskiej prasie. Sieńko najzwyczajniej mija się z prawdą, a sprawa skończy się dla niego zapewne procesem sądowym. Nawet nie zadał sobie trudu by zadzwonić do ISD i poprosić o komentarz czy informacje. Ot, nowe dziennikarskie standardy. Warto jeszcze tylko dodać, że całą procedurę objęcia nowoemitowanych akcji SG wymyśliła i pilotowała Agencja Rozwoju Przemysłu i inwestor musiał się dostosować do niej. Stocznia nie ma żadnych długów wobec ISD Huty Częstochowa, więc spekulacje o przejęciu firmy za długi są wyssane z brudnego palucha. Jakim inwestorem jest ISD najlepiej przekonać się na przykładzie Huty Częstochowa: kombinat ma się bardzo dobrze, jest stale modernizowany, płace rozną, a ludzie mają stabilne miejsca pracy w efektywnym i dochodowym zakładzie. Czy czasem nie o to chodzi w prywatyzacji?”

Kilka godzin później dziennikarz Piotr Sieńko postanowił odpowiedzieć Jackowi Łęskiemu, zajmującym się public relations:

Łęski – niedorzeczny rzecznik
2007-12-11 21:02:54

„Rzecznikowi ISD Polska najwyraźniej pomyliły się funkcje – rzecznika ISD Polska oraz rzecznika ukraińskiego Związku Przemysłowego Donbasu (ZPD). 27 listopada 2007 r. szef rady nadzorczej i zarazem jeden z głównych akcjonariuszy ZPD Serhij Taruta publicznie oświadczył, że rozmowy o możliwej fuzji ZPD z rosyjskim Gazmetallem dobiegają końca, a ich ostateczny wynik będzie znany na początku 2008 roku. Łęski nie tylko mija się z prawdą, ale także przekracza swoje kompetencje, bo bynajmniej nie jest rzecznikiem ZPD (a po swojej wypowiedzi, kompletnie sprzecznej z oświadczeniem szefa rady nadzorczej ZPD, raczej nim nie zostanie), zaś sprawa skończy się dla niego procesem sądowym (nie pierwszym zresztą wskutek podawania przez niego nieprawdziwych informacji). Tłumaczenie się, że procedurę objęcia wyemitowanych akcji wymyśliła ARP, a inwestor musiał się do niej dostosować, to jak stwierdzenie, że włamania do sklepu dokonał ktoś inny, a myśmy tylko zabrali towar. Natomiast w prywatyzacji chodzi o to, że Skarb Państwa uzyskuje dochód z prywatyzacji danego przedsiębiorstwa, a nie dopłaca setki milionów złotych, żeby jakaś spółeczka z uciułanym kapitałem 3 milionów złotych dostawała za bezcen najlepsze grunty nad morzem w Polsce.”

Smaczku tej wojnie dodaje fakt, że Jacek Łęski był kiedyś jednym z bardziej znanych dziennikarzy śledczych.

(13) komentarzy / skomentuj

Kto marginalizuje Biernackiego? 11-12-2007 14:14

- Co z pracą policji na Pomorzu? Minęło już półtora miesiąca, jak odwołano komendanta wojewódzkiego i wciąż nie ma następcy.

- Odwołanie Andrzeja Siwka za rządów PiS miało podłoże polityczne i brak następcy o tym świadczy. Obiecuję, że komendant wojewódzki pojawi się w najbliższych tygodniach. Ważne, by był to fachowiec, od którego będziemy mieli prawo oczekiwać świetnych wyników.

Rozmawiał Roman Daszczyński,„Gazeta Wyborcza - Trójmiasto” 2007-11-15,

Nowy komendant pomorskiej policji

Marek Biernacki: Widocznie ktoś podpowiedział ministrowi, że to doskonały kandydat. Kto? Nie mam pojęcia. Mnie, niestety, nikt nie pytał o zdanie.

„Gazeta Wyborcza - Trójmiasto”, 7 grudnia 2007

Jeśli dodamy kolejny fragment rozmowy Marka Biernackiego z Romanem Daszczyńskim z Gazety Wyborczej - Trójmiasto, to można zapytać: Kto marginalizuje w Platformie Obywatelskiej, szefa MSWiA w rzadzie cieni PO, twórcy programu dotyczącego bezpieczeństwa Marka Biernackiego, i dlaczego?

Jest taka dobra zasada, że jeśli ktoś był ministrem, to nie powinien wracać do tego samego resortu na stanowisko wiceministra. Szefem MSWiA został Grzegorz Schetyna, jak ja, polityk PO. Schetyna ma bardzo silną osobowość, mogłoby między nami dochodzić do tarć. Taka sytuacja byłaby bez sensu i mogłyby ją wykorzystywać służby specjalne, które pokazały, że nie stronią od udziału w grze politycznej.


(3) komentarzy / skomentuj

www.13grudnia81.pl: Aktualne i dzisiaj 11-12-2007 13:24

(0) komentarzy / skomentuj

Temat na film 11-12-2007 12:50

W najnowszym Dzienniku artykuł Bartłomiera Bajerskiego, który jest dobrym tematem na film. "Przyjechał do Polski jako turysta. Postanowił zwiedzić były niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz. Ale tego, co tam zobaczył, na pewno się nie spodziewał. 65-letni Niemiec na jednym ze zdjęć w muzeum rozpoznał swojego ojca. Nie był więźniem. Był młodym esemanem, który robił selekcję Żydów przywożonych na śmierć."

Artykuł kończą słowa pokazujące prawdę o tym, jak Niemcy zacierali prawdę o II wojnie świtowej.

"W Auschwitz-Birkenau służyło w sumie około osiem tysięcy esesmanów. Po wojnie zdołano znaleźć zaledwie tysiąc. Reszta skutecznie ukryła zbrodniczą przeszłość"


(0) komentarzy / skomentuj

Propagandowe filmy Wojska Polskiego zniechęcają do armii 08-12-2007 20:07

 





 

Pamiętam filmiki wyświetlane w czasie lekcji Obrony Cywilnej w PRLowskiej szkole.  Miały nieznośną nachalność propagandową. Czy współczesne przykłady filmowej propagandy Wojska Polskiego są lepsze?

Pierwszy z góry przykład propagandy tak bije amatorszczyzną po oczach, że każdy film z uroczystości weselnej wydaje się być arcydziełem sztuki filmowej. Nawet nie wysilono się, by w napisach użyć polskich znaków. Być może osoby realizujące i zatwierdzające ten krótki film uważały, że nie warto sobie tym zwracać głowy, skoro do wojska i tak garną się ci, którym do szkoły nie chciało się nosić tornistra i plecaka.
Poniżej nie jest lepiej.

Wadą tych wszystkich  propagandowych reklam Wojska Polskiego  jest wyłącznie epatowanie techniką wojskową. Brak emocji. Nie ma w nich życia. Razi nuda. Teoretycznie filmy mają przyciągnąć do armii młodych ludzi, a skierowane są do polityków i urzędników ministerstwa obrony.  Czyżby tymi filmikami poprawiali sobie samopoczucie? Z ekranu bije przekaz – Jest świetnie. Oto, jaką mamy nowoczesną armię!

Pozytywne jest tylko to,  że urzędnicy ministerstwa obrony narodowej  wiedzą, że jest coś takiego jak internet i YouTube.


(5) komentarzy / skomentuj

Układ lekowy poza kontrolą 08-12-2007 15:01

Koncerny farmaceutyczne w Polsce osiągają taki poziom potęgi, że mają wpływ nie tylko na media poprzez to, że są jednymi z większych reklamodawców, ale przede wszystkim zaczynają mieć w swoich kieszeniach polityków. Nikt nie potrafi lub nie chce poddać ich kontroli.

Łatwiej złapać łapówkarza lekarza niż przedstawiciela biznesu farmaceutycznego korumpującego polityka. Jeśli coś w ogóle trafi na łamy mediów, zazwyczaj sprowadza się to najwyżej do zarzutu lobbingu, złamania zasad i etyki. Dziennikarze nie wyręczą CBA, ABW i policji.


Kolacje z lobbystą

Zanim wybuchała afera z wiceministrem zdrowia Bolesławem Piechą podejrzewanym o dwuznaczną rolę w procesie wpisania na listę leków refundowanych preparatu firmy Serviera, prawie bez echa, poza notatką w czytanym, ale nie cytowany tygodniku "NIE", przeszła interpelacja ówczesnego wicemarszałka Marka Kotlinowskiego (LPR), dotycząca leku generycznego, służącego do leczenia hemoroidów. Dzisiejszy sędzia trybunału stanu opowiedział się za droższym lekiem firmy Servier. Żądał wycofania tańszego leku z rynku. Jako powód podał, że decyzję o dopuszczeniu tego leku wydano z naruszeniem prawa. Warto zauważyć, że była to w ogóle jedyna interpelacja, jaką poseł Kotlinowski złożył w minionej kadencji Sejmu.

Kiedy zapytałem go w rozmowie telefonicznej na potrzeby programu "Konfrontacja" (TVP2), co go skłoniło do złożenia interpelacji w interesie firmy Servier, odpowiedział, że być może go wprowadzono w błąd. Zwrócił uwagę, że to "olbrzymi rynek, w grę wchodzą olbrzymie pieniądze."

Marek Kotlinowski, tak jak i Bolesław Piecha, nie chciał się przyznać do spotkań z przedstawicielem Serviera Robertem Pachockim. Dzięki mediom wiemy jednak, że panowie się spotykali, m.in. na wspólnej kolacji w restauracji Bibliotekarz. Co ciekawe, właścicielem tej restauracji jest znana osoba w tej branży, przedsiębiorca L. Nadal brak odpowiedzi na pytanie, kto płacił za tę i inne kolacje? Robert Pachocki, dyrektor ds. naukowych i medycznych Grupy Badawczej Servier, wiceprezes Izby Gospodarczej "Farmacja Polska", jak mówią rozmówcy, ma być jedną z osób z grupy trzymającej układ lekowy w Polsce. Mistrz lobbingu branży farmaceutycznej. Gracz. Jedną z jego metod działania było wynajmowanie prywatnych detektywów. Pewny siebie i bezwzględny. Dla Francuzów jest nieocenionym człowiekiem o szerokich kontaktach i dojściach." Ponieważ firma Servier jest firmą prywatną, nie obowiązują jej takie same zasady jak w przypadku spółek giełdowych. W Servier wystarczy jeden telefon do Francji i sprawa jest załatwiona od ręki.

Robert Pachocki potrafi od lat dogadywać się z politykami każdej opcji politycznej. Bywa w Sejmie, gabinetach polityków i urzędników. Nie znajdziemy go jednak w wykazie osób zajmujących się lobbingiem w Sejmie. Pytany przez "Gazetę Finansową" o swoje kontakty z politykami i inne kwestie, rzuca słuchawką bez słowa pożegnania. O dużych możliwościach przedstawiciela firmy Servier Roberta Pachockiego świadczy opisane przez "Dziennik" zdarzenie sprzed pół roku przed kolacją w restauracji Bibliotekarz. Pachocki otrzymał wówczas w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych dostęp do dokumentacji leku firmy Lekam. Odpowiednikiem i bezpośrednim konkurentem na rynku dla tego preparatu jest Detralex produkowany przez Serviera.
Napisałem w tej sprawie notatkę służbową, którą przekazałem do resortu zdrowia - mówi "Dziennikowi" Leszek Borkowski, szef Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. I potwierdza: Pachocki na terenie urzędu przeglądał dokumenty konkurencji i za pomocą aparatu komórkowego zaczął je fotografować.

Firma Servier wydała oświadczenie dotyczące tej sprawy, w którym stwierdziła, że "dokumenty te zostały udostępnione Servier Polska w trakcie oficjalnego spotkania w URPL, w którym uczestniczyli: przedstawiciel Urzędu Rejestracji, przedstawiciele Servier Polska i prawnik z kancelarii "Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy". Zdjęcia miał wykonywać za zgodą urzędniczki prawnik a nie Robert Pachocki. Praktyka taka, według prawników Servier, jest "zgodna z prawem, jest również stosowana przez inne firmy farmaceutyczne podczas tego typu spotkań".

Gdyby nie wyszła sprawa Bogusława Piechy do dzisiaj prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy o tym zdarzeniu. Byłaby to kolejna szeptana z ucha do ucha historia w zamkniętym środowisku. Jak przyznaje mój rozmówca, od miesięcy mówiło się o tym w czasie towarzyskich spotkań.

Leszek Borkowski, szef URPL, nadal unika odpowiedzi na proste pytania. Czy znał osobiście Roberta Pachockiego? Dlaczego nie złożył zawiadomienia do prokuratury? Czy faktycznie sporządził swoją notatkę? W rozmowie z "Gazetą Finansową" kieruje nas do rzecznika prasowego z zastrzeżeniem, że odpowiedzą w stosownym czasie, nie zakreślając jednak terminu jej uzyskania.

Rynek poza kontrolą?

Według danych IMS Health, całkowita wartość rynku farmaceutycznego w Polsce w okresie od stycznia do sierpnia 2007 r. wynosiła 10,5 mld złotych. W skali roku wartość rynku farmaceutycznego ma się zamknąć szacunkową kwotą 16 mld złotych. Byłby to wzrost o około 7 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Dzięki rosnącej potędze finansowej firmy farmaceutyczne mają jedne z większych budżetów na działania public relations. Według niektórych danych firmy farmaceutyczne wydają w Polsce na reklamę ponad 10 proc. środków, jakie budżet Narodowego Funduszu Zdrowia wydaje na refundację leków. Wydaje się, że choćby te dane powinny skłonić państwo do kontroli rynku lekowego w Polsce. Tymczasem podstawowym problemem jest to, że nikt dotychczas nie odważył się dokonać dogłębnej analizy rynku lekarstw w Polsce. Co więcej funkcjonowanie tego rynku pozostaje opatrzona klauzulą tajności. O tym jak wygląda lobbing farmaceutyczny można się było przekonać, ale już tylko na utajnionym posiedzeniu Sejmu w 25 listopada 2003 r. Kulisy działań lobbystów na polskim rynku lekowym ujawnia w swojej książce "Walka z sitwą" były minister zdrowia Mariusz Łapiński. Czy jest to konfabulacja Łapińskiego czy prawda? Tego, póki nie zostaną odtajnione akta Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego się nie dowiemy. W rozmowie ze mną były szef ABW Andrzej Barcikowski stwierdził tylko, zasłaniając się tajemnicą państwową, że jest coś na rzeczy. Warto zauważyć, że żadna z wymienionych osób w książce, nie wytoczyła Mariuszowi Łapińskiemu sprawy i nie zażądała sprostowania.

- Jak tylko ogłosiłem, że biorę się za listę leków refundowanych zgłosili się do mnie dziennikarze, twierdząc, że przedstawiciele firm farmaceutycznych poszukują dziennikarzy, którzy wzięliby się za mnie - pisze Mariusz Łapiński - Akurat ci dwaj, którzy mi to powiedzieli się nie zgodzili. Byli jednak tacy, którzy na to poszli. Spotkałem się niedawno z szefem jednej z najskuteczniejszych firm od czarnego PR-u w kraju. Rozmawialiśmy o jednym dziennikarzu, który pisał artykuły atakujące moją osobę. Z 600 tys. zł, które otrzymał za artykuły, za 300 tys. zł kupił sobie mieszkanie. Z tego co usłyszałem, trzy firmy farmaceutyczne złożyły się w kwocie 10 mln zł, żeby mnie załatwić. Polegało to na kupowaniu artykułów.

Na początku 2002 r. poinformowałem premiera, że zamierzam doprowadzić do obniżenia cen wielu leków, głównie importowanych. Chodziło o oszczędności rzędu 1,2 mld zł. Spodziewając się różnych działań wymierzonych w moją osobę poprosiłem premiera o ochronę kontrwywiadowczą. Otrzymałem zapewnienie premiera, że taką ochronę dostanę. Spotykałem się w tej sprawie kilkukrotnie z ministrem Barcikowskim i z ministrem Siemiątkowskim. Jak się okazało moje obawy były uzasadnione. Dodatkowo w pierwszej połowie 2002 r. skierowałem do ABW doniesienie o możliwości popełnienia przestępstw przez firmy farmaceutyczne, polegających w skrócie, na grach fakturami na granicy. Przez to ceny leków w Polsce były droższe, stracili pacjenci i kasy chorych po 1,5 mld zł. Powiadomiłem ABW, kiedy się zorientowałem, że niektórzy urzędnicy ministerstwa finansów są zainteresowani wyciszeniem tej sprawy.

W połowie 2002 r. zaprosił mnie do siedziby wywiadu przy ul. Miłobędzkiej szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski. Zlecenia medialnych ataków na twoją osobę przychodzą z zagranicy. Od firm farmaceutycznych - zakomunikował mi Siemiątkowski. Padły wówczas konkretne informacje, których ze względu na tajemnicę państwową jeszcze ujawnić nie mogę.

Gdzieś w drugiej połowie 2003 r. byłem u Marka Ungiera, który opowiedział mi, że sprawa lobbingu firm farmaceutycznych przeciwko mojej osobie, jako Ministrowi Zdrowia stawała na posiedzeniu kolegium ds. służb specjalnych, w którym uczestniczy prezydent, premier, szefowie służb specjalnych i przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych (wówczas był nim Konstanty Miodowicz). Ungier powiedział, że po przedstawieniu materiałów ABW na ten temat zapadła cisza. Wszystkich zamurowało. Wówczas on zabrał głos i powiedział - Nie może być tak w czterdziestomilionowym kraju, że grupa lobbingowa tak załatwia konstytucyjnego ministra, który dla dobra kraju narusza ich interesy. Po tym posiedzeniu o lobbingu firm farmaceutycznych przeciwko mojej osobie mówił też Barcikowski na tajnym posiedzeniu Sejmu. Jeden z Ministrów przekazał mi informację, że Barcikowski informował o tym także Radę Ministrów na tajnym posiedzeniu. Mam nadzieję, że materiały Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na podstawie których, Barcikowski opierał swoje wystąpienia ujrzą światło dzienne. Poznamy wówczas mechanizmy działania Stowarzyszenia Przedstawicieli Firm Farmaceutycznych i działającej w ich imieniu agencji CEC Government Relations Marka Matraszka. Po uzyskaniu takich informacji chciałem poznać więcej szczegółów.

"Zwracam się z uprzejmą prośbą o wyjaśnienie, czy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest w posiadaniu danych dotyczących roli firm farmaceutycznych w działaniach przeciwko mojej osobie, w okresie pełnienia przeze mnie funkcji Ministra Zdrowia, a także po jej zakończeniu." - napisałem do Szefa ABW Andrzeja Barcikowskiego 22 września 2003 r. W dalszej części pisma wyjaśniłem, że "Rola ta miała polegać na wpływaniu na media i środowiska polityczne, aby zdyskredytować moją osobę w oczach opinii publicznej i abym zaprzestał działań ograniczających nadmierne dochody firm farmaceutycznych. (...) Do dziś nie dostałem odpowiedzi na list z 12 maja, w którym wskazuję na możliwość takiej właśnie prowokacji w wykonaniu firmy Merck Sharp&Dohme. Do dziś nie jasna jest w tym rola byłego Ministra Zdrowia Marka Balickiego i jego wieloletniej przyjaciółki pani Jolanty Sabat, dyrektorki w tejże firmie farmaceutycznej."

Andrzej Barcikowski 29 października odpowiedział na mój list. Była to odpowiedź potwierdzająca moje przypuszczenia: "... podległa mi służba realizuje szereg intensywnych działań o charakterze operacyjno-rozpoznawczym i dochodzeniowo-śledczym, zmierzających do ujawnienia nieprawidłowości, w tym również sygnalizowanych w Pańskich pismach, w zakresie funkcjonowania polskiego rynku farmaceutycznego. Chciałbym jednak podkreślić, iż ze względu na tajny charakter podjętych czynności - na obecnym etapie ich realizacji - nie mogę Pana zapoznać z wynikami dotychczasowych ustaleń. Mogę jednak zapewnić, iż podlegli mi funkcjonariusze dołożą wszelkich starań, aby uzyskana przez nich wiedza znalazła odzwierciedlenie w materiale stanowiącym podstawę do wszczęcia postępowania przygotowawczego, bądź możliwym do wykorzystania w już prowadzonych śledztwach." Nieoficjalnie dowiedziałem się, że w ABW sporządzono obszerny raport w tej sprawie. Nie pozostawia on żadnych złudzeń. Firmy farmaceutyczne doprowadziły do usunięcia niewygodnego dla nich ministra. Niestety, służby specjalne doszły do takich wniosków dopiero w kilka miesięcy po moim odwołaniu i po tym, jak dwa razy stałem się ofiarą medialnej nagonki. W czterdziestomilionowym kraju za pieniądze zagranicznych koncernów doprowadzono do odwołania członka rządu. Ten przypadek powinien być ujawniony i skrupulatnie wyjaśniony, by nic takiego się już nigdy nie wydarzyło. W związku z tym zwróciłem się do sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych, by zajęła się tą sprawą. Napisałem do przewodniczącego komisji Konstantego Miodowicza, który ze znanych mi powodów nie chciał zająć się tą sprawą".

Z informacji uzyskanych przez "Gazetę Finansową" wynika, że pomimo wielu sygnałów o dwuznacznej roli służb wobec rynku lekowego ani razu w minionych latach ten problem nie stał się tematem obrad sejmowej komisji do spraw służb specjalnych.

Ofiary układu lekowego

Z całą pewnością można stwierdzić trzy rzeczy: że na rynku jest bardzo dużo nieprawidłowości, po drugie - że osoby odpowiedzialne za gospodarkę lekową w Polsce wiedzą o tych nieprawidłowościach i po trzecie - że nikt tak naprawdę nic z tym nie robi. Jeśli słyszymy o jakichś działaniach służb w tej sferze, to wydają się one raczej związane z wykorzystywaniem ich w walce pomiędzy jakimiś grupami interesów. Wymownym tego przykładem jest trwające półtora roku śledztwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, uwieńczone aresztowaniem byłego zastępcy prezesa NFZ Michała Kamińskiego. Został mu postawiony zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w postaci kolacji, wartej ok. 680 zł.
Michał Kamiński do dzisiaj nie rozumie, komu się tak naprawdę naraził, podejrzewa jednak, że wiąże to się z faktem złożenia do ABW zawiadomienia w sprawie tajemniczych leków. "Przeanalizowano ceny leków zawierających po raz pierwszy objęte refundacją i stwierdzono, że w przypadku czterech produktów ceny urzędowe hurtowe są wyższe od dotychczas stosowanych - czytamy we fragmencie doniesienia do ABW Michał Kamińskiego. - Porównano ceny tych leków z cenami przedstawionymi w oficjalnych cennikach hurtowni farmaceutycznych oraz zweryfikowano te dane z danymi z aptek realizujących recepty. Są to następujące produkty: Lorista KRKA dotychczasowa cena dla apteki 36,69 zł, cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 37,88 zł, Tritace 5 A ventis dotychczasowa cena dla apteki 20,71/21,08/21,14 zł cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 24,44, Tritace 10 dotychczasowa cena dla apteki 24,47/24,97/25,08 zł cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 36,71, pritor Glaxo cena dla apteki 71,86/72,04/72,56 zł, cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 85,84 zł".

Chodzi o cztery produkty, które po umieszczeniu na liście leków refundowanych sprzedawano po wyższej cenie, niż przed ich umieszczeniem na tej liście. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie. Skarb Państwa stracił na tym gigantyczną kwotę, którą zarobili prywatni producenci.

Sprawa zatrzymania Michała Kamińskiego, podobnie jak po aferze z prezesem Orlenu i bezprawnym zatrzymaniem prezesa Optimusa, stała się przedmiotem odrębnego śledztwa, w którym podejrzanymi stali się funkcjonariusze ABW. Śledztwo, jak można było przypuszczać, zostało umorzone. Z kolei postępowanie sądowe wobec Kamińskiego utknęło w miejscu.

Zapomniany raport NIK

Wspomniane patologiczne sytuacje nadal będą miały miejsce, jeśli nie stworzy się przejrzystych kryteriów wprowadzania produktów leczniczych do wykazu leków refundowanych. O tym problemie, stwarzającym duże zagrożenie korupcyjne mówi się od lat. W 2004 r. ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli o wynikach kontroli funkcjonowania systemu tworzenia wykazu leków refundowanych. Już wówczas wskazano, że nie były przestrzegane podstawowe unormowania prawne co do sposobu składania wniosków o umieszczenie produktów leczniczych w wykazach leków refundowanych, trybu i terminów rozpatrywania tych wniosków.

Nieprawidłowości stwierdzono zarówno na etapie rozpatrywania wniosków od strony formalno-prawnej, jak i ustalania cen urzędowych na produkty ujęte w wykazach leków refundowanych. Skutkiem tego było niegospodarne i nieuzasadnione wydatkowanie środków z ubezpieczenia zdrowotnego przeznaczonych na refundację cen leków, których roczne koszty wynosiły ok. 20 proc. ogółu kosztów świadczeń zdrowotnych.

Przeniesienie przez Ministra Zdrowia (od 01.12.2002 r.) obsługi organizacyjno-technicznej Zespołu do Spraw Gospodarki Lekami z Departamentu Polityki Lekowej w MZiOS do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, NIK oceniła również jako działanie niecelowe. Realizacja procedur rejestracyjnych i procedur tworzenia wykazów leków refundowanych przez tę samą jednostkę organizacyjną może bowiem stwarzać warunki sprzyjające powstawaniu korupcji. Kontrola wykazała, że nie prowadzono ani odrębnego rejestru wniosków o umieszczenie preparatów na listach leków refundowanych, ani systemu monitorowania zapewniającego wewnętrzną kontrolę przestrzegania ustawowych terminów rozpatrywania tych wniosków. Ministerstwo generalnie nie przestrzegało ustawowych terminów rozpatrywania wniosków o ustalenie cen urzędowych oraz wniosków o umieszczenie danego środka na listach leków refundowanych. Nie informowało też wnioskujących o umieszczenie nowych substancji czynnych na listach o przyczynach nieuwzględnienia wniosków.

Projekty rozporządzeń dotyczące wykazów leków refundowanych nie były poprzedzane rzetelną analizą skutków finansowych proponowanych zmian (brak wiedzy o faktycznych danych finansowych dotyczących ilościowej i wartościowej refundacji), a tym samym nie spełniały wymogów ustawy o finansach publicznych.

Nie były przestrzegane przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego dotyczące wyłączania osób, budzących uzasadnione wątpliwości co do ich bezstronności - od udziału w postępowaniu rejestracyjnym.

NIK oceniła dokonywanie wpisu do rejestru preparatów nieposiadających kompletnej, wymaganej ustawowo dokumentacji, jako działanie nielegalne. Krytycznie oceniła też zobowiązanie do dodatkowych czynności (po dopuszczeniu leków do obrotu), jako że nie były one obwarowane żadnymi sankcjami w przypadku niewywiązania się strony z nałożonych zaleceń.

Stosowane praktyki przy rejestrowaniu środków farmaceutycznych i materiałów medycznych świadczyły ponadto o nierównym traktowaniu podmiotów będących stroną postępowania rejestracyjnego.

Minęły trzy lata i raport NIK poszedł w niepamięć. Obecnie na wniosek nowego ministra zdrowia Ewy Kopacz, która uważa, jak mówi w rozmowie z "Gazetą Finansową" Julia Pitera, że reguły w tej kwestii są zupełnie niejasne, Najwyższa Izba Kontroli rozważa, by w ramach kontroli budżetowej rozszerzyć ją o sprawdzenie przestrzegania procedur przy tworzeniu list leków refundowanych.

 

Sylwester Latkowski, Gazeta Finansowa, nr 48/2007
(5) komentarzy / skomentuj

Pitera nie daruje Sośnierzowi 07-12-2007 22:27

Z Julią Piterą specjalnie dla „Gazety Finansowej” rozmawiał Sylwester Latkowski (4 grudnia 2007)

 Czy zajmie się Pani przygotowaniem czytelnych mechanizmów tworzenia listy leków refundowanych?

Pani minister Ewa Kopacz zamierza to uczynić, bo uważa, że reguły w tej kwestii są zupełnie niejasne. Sprawa listy leków refundowanych jest podobna do innych spraw, którymi się zajmowałam, to znaczy, wszyscy wiemy, że proces jest patologiczny, mało tego, wszyscy wiedzą, że te patologie są wykorzystywane dla niecnych interesów, a nikt z tym nie chce zrobić porządku. Co się dzieje z postępowaniem prokuratorskim w sprawie fundacji Sośnierza „Zamek Chudów”, gdzie koncerny farmaceutyczne dokonywały wpłat? To jest także dobry przykład wyjaśniania spraw w układzie lekowym. W Stanach Zjednoczonych zapadł wyrok skazujący, a w Polsce cisza? Nie ma przestępstwa? Będę pisała do prokuratury w Katowicach, czy oni wreszcie zajmą się tym, czy nie? Tu wyraźnie ktoś idzie na przedawnienie.


Od czego należy zacząć likwidację patologii występującej na rynku farmaceutycznym?

Przede wszystkim należy przemeblować całe Ministerstwo Zdrowia. To nie jest jedyna i pierwsza afera w tym Ministerstwie. Pytanie, jak tam działa nadzór? Zastanawiające jest to, że CBA nie zainteresowało się Ministerstwem. A powinno, choćby od momentu, gdy w obrębie Ministerstwa zaczął działać zespół pracujący nad nową ustawą farmaceutyczną, gdzie pojawili się przedstawiciele firm farmaceutycznych. To nie jest powód, by się tym zainteresować?

Czy kolacje z lobbystami są problemem dla polityków?

Czasami okazuje się to nasz znajomy. Jednak jeśli rozmowa przechodzi na inne terytorium niż towarzyskie, to powinno się ją od razu uciąć. Jeśli interlokutor jest uciążliwy, to się ogranicza znajomość. Nie jest tak, że ktokolwiek zmusza polityka do bycia politykiem.

Czy minister Bogusław Piecha powinien się nam wytłumaczyć z kontaktów z przedstawicielem firmy Servier Robertem Pachockim?

Pan Bogusław Piecha powinien to wytłumaczyć, bo każdy polityk, funkcjonariusz publiczny, powinien działać w sposób jawny. Natomiast ja bardziej bym wolała, by organy do tego powołane to wszystko wytłumaczyły.

Jakie organy?

Prokuratura. Jest wystarczająco dużo przesłanek, by wszcząć postępowanie w tej sprawie.

A CBA?

W ogóle nabieram przekonania, że znaczenie korupcji nie jest do końca jasne dla pana Mariusza Kamińskiego, on nie potrafi zdefiniować tego problemu. To jest połowa nieszczęścia i jeśli do tego wpisuje się polityka, to mamy sos, taki jaki mamy. On idzie na łatwiznę, bo najłatwiej jest być politykiem jak się urządza rzeczy spektakularne, mącąc ludziom w głowach. Tylko pytanie, czy o to chodzi w istnieniu CBA?

Chce Pani powiedzieć, że łatwiej łapać lekarza łapówkarza niż grubą rybę biznesu farmaceutycznego?

Zwracam uwagę na jedną rzecz. Skorumpowany lekarz jest instytucją jednoosobową. Jak pan wchodzi w taką sprawę jak doktora G., to ma pan tylko jego i nieznanych ludzi. Jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś wpadł z polityków, kolegów. Jak się pan zabiera za taką rzecz jak leki, to się panu może trafić koalicjant, przyjaciel polityk, kuzyn. Może pan niechcący kogoś zapuszkować. Tak omal nie doszło w sprawie Lipca. Takie jednoosobowe akcje jak doktor G. są bezpieczne.

W sprawie Bogusława Piechy pojawia się Robert Pachocki, przedstawiciel firmy Servier, uznawany za króla lobbystów branży farmaceutycznej. Nie ma go jednak w wykazie osób wykonujących zawodową działalność lobbingową na terenie Sejmu. A to dzięki niemy były wicemarszałek Sejmu z ramienia LPR, obecny sędzia Trybunału Stanu Marek Kotlinowski, wystąpił z interpelacją w interesie firmy Servier. Na liście jest tylko osiem osób.

Jakby pan sięgnął do moich komentarzy dotyczących powstawania ustawy lobbingowej, to wtedy powiedziałam wyraźnie, ta ustawa jest bardziej szkodliwa niż służy przejrzystości. Wszyscy wyjdą z założenia, że jest wreszcie ustawa i po problemie. Czujność zwiędnie. Nie zrobiono niczego więcej. Prawdziwi lobbyści siedzą w restauracji, na bankiecie, a nie widnieją w sejmowym wykazie. Wolą, że by ich w Sejmie nie było widać.


Rozmowa z Markiem Balickim

(fragment telefonicznej rozmowy z 25 listopada 2005 r.)

Wśród nich znalazły się leki, które nie znalazły się w obrocie, i takie leki później się wykreśla. Ale to nie minister proponuje…

Ale były cztery leki…

No, tak… Zarejestrowane były, ale nie były w obrocie.

To informacja od wiceprezesa NFZ Michała Kamińskiego

Ten pan chyba na siebie donos składa. Albo za coś próbuje się odegrać. Według zasady na bazarze Różyckiego, według której należy krzyczeć kradnąc – Łapaj złodzieja. Wniosek składa firma, firma ponosi odpowiedzialność za wniosek. Na Andrzeja Kleszczewskiego był podpisany wniosek do prokuratury, ponieważ on składał te wnioski., które zawierały nieprawdę, a zespól nie bada zgodności z prawdą, bo tego prawo nie przewiduje. Odpowiedzialność ponosi podmiot odpowiedzialny. I na takich samych prawach przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia, jak Narodowego Funduszu Zdrowia rozpatrywali te wnioski. Niech pan spyta, dlaczego przedstawiciele NFZ nie zgłaszali uwag? Z tego nie ma żadnej szkody. Traci tylko ten, który nie zdąży wprowadzić produkt, do obrotu. Gdyby ktoś wydawał pieniądze na nieistniejące leki, to zgoda.

Jaka jest prawda o pana kontaktach z Andrzejem Kleszczewskim?

Nie znam go osobiście. Spotkałem go oficjalnie raz w życiu jak był w ministerstwie zdrowia.

Twierdzi Pan, że pojęcie leków duchów nie istnieje?

Leki duchy dotyczą rejestracji a nie wpisywania na listę. Podmiot odpowiedzialny – to firma. Przecież jesteśmy w kapitalizmie, nie w komunizmie. Nie ma służb, które sprawdzają każdy wniosek. Firma, która podpisuje wniosek, bierze za niego odpowiedzialność.

Zanim się coś wpisze, powinien być proces kontrolny.

Prawo na to nie pozwala.

Czyli każdy może wpisać co chce, wy przystawiacie pieczątki i na tym koniec?

Nie rozumiem.

Jakiś sposób weryfikacji powinien istnieć?

Wniosek jest składany w ciągu roku. Nie jest konieczne wcześniejsze wskazanie leku w obrocie. Lek jest zarejestrowany i może nie być wpisany na listę refundacyjną i może nie być wprowadzony do obrotu. Potem jest wykreślany. Część leków traci rejestracje i są wykreślane. Pan szuka problemu, którego nie ma.

(4) komentarzy / skomentuj

uklad3miasto.blox.pl 07-12-2007 10:38


http://uklad3miasto.blox.pl/html

(7) komentarzy / skomentuj

Policja w Słupsku ściga internautę, który napisał, że premier jest chory 06-12-2007 13:25

O poszukiwaniu internauty o nicku „Student” pisze Tomek Tomczyk w najnowszym numerze tygodnika „NIE”.

"O poszukiwanym wiadomo tylko tyle, że posługuje się pseudonimem Student i jest podejrzewany o znieważenie urzędującego premiera. Dopuścił się tego czynu dzień po ogłoszeniu wyników wyborów. Na internetowym forum gazety zadał retoryczne pytanie: Czy nie wstyd popierać chorego człowieka J. Kaczyńskiego? (..)

 „Student” więcej niczego złego nie zrobił, nie oszkalował polityka żadnym epitetem – tak jak zrobiło to w ciągu ostatnich dwóch lat kilkaset tysięcy innych anonimowych i pozostających wciąż na wolności internautów. Wyraził tylko opinię o stanie zdrowia byłego premiera. Nawiasem mówiąc pod koniec kampanii wyborczej do publicznej wiadomości podana została informacja o przeziębieniu Kaczyńskiego.

Ale to nie koniec absurdów w tej sprawie. Zażądano od „Głosu Koszalińskiego” wydania numeru IP komputera „Studenta”, co umożliwiłoby namierzenie przestępcy na miejscu zbrodni, czyli w jego własnym domu.

– Nie ma możliwości, abyśmy donosili na własnych czytelników. Zarówno naszym zdaniem, jak i Macieja Bernatta z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka żadnego przestępstwa nie popełniono – poinformował nas Jakub Roszkowski z „Głosu Koszalińskiego”.”


(3) komentarzy / skomentuj

Ile w Polsce jest służb o specjalnych uprawnieniach? 06-12-2007 11:15

Nawet wicepremier, minister MSWiA Grzegorz Schetyna ma problem z podaniem ilości służb specjalnych w Polsce. Na pytanie Pawła Wrońskiego w radiu TOK FM:  - „A ile mamy tych służb? Słyszałem że dziewięć.”  Grzegorz Schetyna odpowiada niepewnie: „Być może nawet tak.”


(2) komentarzy / skomentuj

Autorski tekst Sieńki o przejmowaniu Stoczni Gdańsk 05-12-2007 23:08

"Rosyjski koncern Gazmetall zamierza prawdopodobnie przejąć polskie przedsiębiorstwa z grupy strategicznych sektorów gospodarki: przemysłu hutniczego i stoczniowego. W jego posiadaniu mogłyby się wtedy znaleźć m.in. Huta Częstochowa i Stocznia Gdańsk. Wówczas kolebka „Solidarności” trafiłaby w ręce osób powiązanych z najsilniejszą rosyjską grupą mafijną Sołncewo."

Piotr Sieńko, dziennikarz Polska The Times, zamieścił na swojej internetowej stronie tekst autorski: "Rosyjska mafia przejmie kontrolę nad kolebką „Solidarności”? Czyżby jego redakcja nie chciała tego opublikowac? Bo w to, że Sieńko na boku go pisał, w wolnych chwilach po pracy, trudno uwierzyć.


http://www.sienko.org/index.php?p=art&id=175

(12) komentarzy / skomentuj

Trudno się nie zgodzić z Paradowską 03-12-2007 09:37

"Przyznam, że mnie najbardziej niepokoi pomysł, że KRRiT miałaby się składać z osób wyłonionych przez środowiska twórcze, co miałoby być podobno gwarancją niezależności.(...)

Ponadto uważam, że przy obecnej kulturze politycznej w Polsce żadnych mediów publicznych odpornych na polityczne naciski nie będzie. Nie jest prawdą, że całej zło leżało w ustawie, ono leżało w politycznej pazerności na media. Dlatego przydałoby się przynajmniej jeden z kanałów sprywatyzować, ale wątpię, czy ktoś się odważy, bo zaraz rozlegnie się krzyk, że to zamach ma misję, której i tak opisać nie potrafi, albo po prostu nie chce. (...) W każdym razie z zainteresowaniem czekam na pracę zespołu PO, który przedyskutuje to wszystko, co już sto razy przedyskutowano, a skończy się to wszystko zapewne tym, co zawsze: wprowadzeniem swoich ludzi. Może nieco mniej pazernych politycznie i bardziej politycznie zrównoważonych, ale jednak swoich."


http://paradowska.blog.polityka.pl/
(7) komentarzy / skomentuj

Red. Wildstein nie wie co to marketing! 02-12-2007 22:40

"Wildstein nie wie co to marketing!" - stwierdza Grzegorz Kiszluk na swoim blogu. I Zwraca sie do niego w sposób, który to na pewno Bronisław Wildstein nie znosi: "Panie redaktorze Wildstein, ja weteran marketingu w Polsce protestuję i apeluję! Warto wiedzieć o czym się mówi! Nie ma powodu, żeby obrażać (bez powodu) ludzi marketingu i reklamy. Może to Pan będzie pierwszym dziennikarzem w Polsce, który nauczy się takich pojęć jak marketing, marketing polityczny, reklama…?  

Dziś znowu dostało się marketingowi! Cóż on (ten biedny marketing) zawinił panu Bronisławowi Wildsteinowi? W programie „Skaner polityczny” w TWN24 wyżej wspomniany pan redaktor był łaskaw wykazać się niewiedzą i używając pojęcia „marketing polityczny” oraz przeciwstawiając „politykę” „marketingowi” usiłował zwalić winę nieudolnych i oszukańczych polityków na coś, co z uporem maniaka nazywał „marketingiem”…
Mam nadzieję, że pan Bronisław Wildstein posługując się innymi trudnymi pojęciami wie o czym mówi… "

W ostatnim zdaniu jednak Grzesiek przesadziłeś, Bronek to jeden z inteligentniejszych polskich redaktorów i zazwyczaj rozumie wiecej słów niż przeciętny dziennikarz. Na marketingu to on się jednak nie zna, ale czy to źle? Jak wreszcie daruje sobie skłonności do bycia prezesem tej czy innej instytucji, ta znajomość mu nie będzie w ogóle potrzebna.


http://kiszluk.blox.pl/2007/11/Red-Wildstein-nie-wie-co-to-marketing.html
(3) komentarzy / skomentuj

Proces Kittla 02-12-2007 21:06

Czy dziennikarzowi można zamknąć usta i skrępować ręce oskarżając go o przestępstwo, którego nie mógł popełnić? - pyta na zamkniętym forum "Newsroom" Maciej Duda (Newsweek) i odpowiada:
Tak.
Jutro proces Bertolda Kittela.

Od wielu, wielu lat w prokuraturze i w sądach istnieje interpretacja, wykładnia, że dziennikarzowi nie można zarzucić, ni go oskarżyć o ujawnienie tajemnicy państwowej. Bowiem to nie dziennikarz jest jej powiernikiem, lecz odpowiedzni funckjoariusz państwowy. I to, że dziennikarz opisuje rzeczy ową tajemnicą państwową objęte to naprawde nie jego wina.
Zgodnie z taką właśnie w uproszczeniu przedstawioną regułą polskie prokuratury nie prowadziły śledztw o ujawnienie tajemnicy państwowej przeciwko dziennikarzom. Z jednym wyjątkiem: Bertolda Kittela.
Śledztwo wszczęto bodaj w 1998/99r. z zawiadomienia ówczesnego szefa kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, czyli Ryszarda Kalisza. Tak, tego samego, który ma teraz gębe pełną frazesów o wolności słowa i bezprawnej inwigilacji mediów przez PiS.
Prokuratura wszczęła śledztwo. Niejaki Zbigniew Goszczyński (młodzież nie wie kto to zacz, zapraszam na priv), o którym eufemistycznie rzec można, że sympatuzuje z lewicą, dopilnował by prokuratorzy wbrew regułom oskarżyli Bertolda o ujawnienie tajemnicy państwowej.


O co poszło? Kittel w jednym z tekstów demaskujących afery szpiegowskie w polskich specsłużbach opanowanych przez SLD naruszył interesy chorowitego na goleń i filipińską srakę Aleksandra Kwaśniewskiego. I tyle. I to wystarczyło by aparat państwowy postawił dziennikarza przed sądem.
W aktach procesu nie ma dowodów na to,że Kittel narobił jakiejś wielkiej szkody swoimi tekstami. Nie ma wprost dowodów na to, że ujawnił słowo w słowo sprawy objęte tymi tajnymi klauzalami.
Nie wiadomo kim są świadkowie - nazwiska są fałśzywe, czyli operacyjne agentów Agencji Wywiadu. Nie ma ich adresów.
"

(1) komentarzy / skomentuj

Wytwórnie fonograficzne zamiast płyt zaczną wydawać książki? 30-11-2007 23:18

Miałem dzisiaj poranne spotkanie z szefem jednej z firmy fonograficznej, który bez cienia ironii powiedział, że zastanawia się, czy nie wydawać książek zamiast płyt. Bo wystarczy wydać broszurę z płytą i jest się zwolnionym z VAT. Dwadzieścia dwa procent zostaje w kieszeni. Czyli reklamowanie najnowszej płyty Edyty Górniak czy Ich Troje jest wprowadzaniem w błąd? To są najnowsze książki Edyty Górniak i Ich Troje, a nie płyty.


(2) komentarzy / skomentuj

Protest przeciwko czystce w Telewizji Publicznej 30-11-2007 18:35

Koleżanki i koledzy dziennikarze;)
Od wielu miesięcy strach otworzyć gazetę, czy zajrzeć do netu, żeby nie znaleźć tam informacji o kolejnych naciskach jakich mają dopuszczać się polityczni nadzorcy mediów publicznych. Pamiętacie ilu ludzi, zniknęło z Wiadomości, Panoramy i publicystyki? I nie były to nazwiska, które zasłynęły manipulacjami politycznymi w czasach Roberta Kwiatkowskiego. To byli młodzi ludzie, którzy uwierzyli, że media publiczne mogą być normalne, że mogą dawać szansę pracy dziennikarzom, którzy wierzą w zasady, jak uczciwość i rzetelność. A potem zderzali się i to boleśnie ze ścianą. Tak jak Piotrek Glicner, dobry i uczciwy dziennikarz, którego kierownictwo postanowiło zwyczajnie zostawić na lodzie, nie przedłużając mu umowy, wbrew wnioskowi jego bezpośredniego szefa. Tak jak Marcin Leśkiewicz, zepchnięta na margines Irena Pręcikowska i wielu innych.


Zmuszani do odejścia albo wyrzucani z pracy dużo opowiadają o tym, co dzieje się w gmachu przy pl. Powstańców. Niewielu oficjalnie, ale prywatnie prawie wszyscy dzielą się z nami szokującymi opowieściami. Ostatnio na odwagę zdobył się Łukasz Słapek. Czy jego zarzuty są prawdziwe? Nie wiem. Jeśli tak, to powinna wkroczyć prokuratura. Na razie Łukasz został obrzucony błotem przez szefostwo TVP, które zamiast wyjaśnić zarzuty, atakuje, broniąc się we własnej sprawie i zarzucając mu, że motywem jego działania jest chęć zemsty.

Czy sprawa kolejnych dziennikarzy, wyrzucanych z pracy na bruk za to, że, jak twierdzą, starają się wypełniać uczciwie powinności dziennikarskie, to jedynie sprawa między pracodawcą, a pracownikiem? Dlaczego tak łatwo pogodziliśmy się z zawłaszczeniem telewizji publicznej przez polityków i spokojnie patrzymy na to, jak niszczeni są młodzi dziennikarze, nasi koledzy, których na co dzień spotykamy na konfach, na korytarzach sejmowych, czy wieczornym browarze?

Zapomnijmy na chwilę o tym, że pracujemy w konkurencyjnych redakcjach, że mamy różne poglądy, że zajmuje się różnymi działkami, że jesteśmy początkujący, albo wręcz przeciwnie, że jesteśmy znani. Zróbmy coś, żeby pokazać, że nie patrzymy obojętnie na to co się dzieje w publicznej i że nie zgadzamy się, żeby wracały praktyki, które nasze pokolenie zna doskonale z podręczników do historii.

Pomysł, który od paru dni krąży po Warszawie, tzn, żeby pojść postać chwile przed wejściem do gmachu TVP na pl. Powstańców uważamy za świetny. Proponujemy godzinę 14 w poniedziałek.

Bertold Kittel, TVN, Newsweek

Wojciech Czuchnowski, Gazeta Wyborcza

Maciej Duda, Newsweek

Robert Zieliński, Dziennik

(7) komentarzy / skomentuj

Niewyjaśniona śmierć prawosławnego księdza 29-11-2007 10:26

Kolejne dziennikarskie śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci w latach 80-tych. Arkadiusz Panasiuk z „Kuriera porannego” przypomina historię prawosławnego proboszcza Narwi, księdza Piotra Popławskiego.

Miał 44 lata. „Wyjechał z Narwi rankiem 15 czerwca 1985 r. Miał rzekomo kupować deski albo blachę od mieszkańców jednej z okolicznych wsi (Prokuratury różnych szczebli nie były, co do rodzaju kupowanego materiału zgodne). Samochód ze złamanym kluczem w stacyjce odnaleziono w Zabłudowie. Sekcja zwłok wykazała, że zgon mógł nastąpić 18 czerwca 1985 r.


Oficjalna wersja mówiła o zamachu samobójczym. - Nie zgodzę się z tym nigdy... - napisała w dramatycznym liście do Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku żona Irena.

W uwagach Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW, dotyczących postępowania przygotowawczego w sprawie śmierci Piotra Popławskiego, w punkcie I napisano, że śledztwo prowadzone było bez właściwej w takich wypadkach dociekliwości.

Gdzie duchowny mógł przebywać do tego czasu? Z kim się spotykał? Póki co, te pytania pozostają bez odpowiedzi...”

Czy będzie to kolejne dziennikarskie śledztwo dotykające tamtych czasów, któremu będzie trudno przebić się przez mur esbeckich matactw i zacierającej się z każdym mijającym rokiem pamięci? Warto jednak próbować, choćby po, to by przypominać, jakie to były naprawdę czasy.

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20071103/REGION05/71030008/-1/opinie03

(2) komentarzy / skomentuj

Zza kulis walki o EXPO 27-11-2007 21:44

Grzegorz Kiszluk w swoim blogu ujawnia jak wyglądały kulisy starania się o EXPO przez polskie władze. Opisał to, co widział na własne oczy:

„Anna Fotyga (była szefowa MSZ) w Wiadomościach bez żenady stwierdziła, że jest niewinna, bo to ona sama podjęła decyzję o przygotowaniu - reklamującego Polskę i popierającego Wrocław - spotu reklamowego, który był w ostatniej chwili, za ciężkie pieniądze emitowany w CNN i BBC.


Tak się składa, że byłem na konferencji prasowej, zorganizowanej dla dziennikarzy w MSZ, na trzy tygodnie przed wyborami do Parlamentu, na której zaprezentowano marnej jakości dzieło zmontowane z jakichś innych filmików o Polsce. Sytuacja była tak przykra, że nawet autorzy tego filmu (m.in. Paweł Kowalewski - prezes agencji Communication Unlimited  i Nina Kowalewska – przedstawicielka CNN w Polsce) oraz Pani Producent (której nazwiska nie pamiętam) próbowali robić tylko „dobrą minę do złej gry”. Zwalili winę za kiepską jakość i nieprzemyślaną strategię na pana Sadosia z MSZ. To on wyznaczył niespotykanie krótkie terminy na ten projekt – nie praktykowane nawet w branży reklamowej.

Na moje pytanie dlaczego pan Sadoś tak się spieszył nie otrzymałem odpowiedzi. Potem przy szarlotce i kawie, które serwowało MSZ słyszałem komentarze, że pośpiech jest uzasadniony wyborami nie miasta-organizatora Expo, ale wyborami do Parlamentu RP.”

Przykład wymowny, wiele mówiący o tym, jak mogły wyglądać inne działania. I myślę, że nie tylko rządowe.

http://kiszluk.blox.pl/2007/11/Wroclaw-biale-badal-jest-czarne.html

(1) komentarzy / skomentuj

Dokumentacja Ostatniej Wieczerzy 27-11-2007 15:22

Postanowiłem spróbować się wyrwać, z tego w czym tkwię od kilku lat po uszy. Wpadłem w rzeczywistość, która coraz bardziej męczy. Sporo przeciwstawnych uczuć, ostatnio z przewagą myśli podważających wiarę w jej sens. Dlatego najlepszym sposobem wydaje się wejść w projekt skrajnie odmienny. W świat majacy jakieś nieokreślone poczucie swobody. W ramach dokumentacji moją lekturą jest powieść Pawła Huelle „Ostatnia Wieczerza”, a nie protokoły przesłuchań.


(2) komentarzy / skomentuj

Włodzimierz Olewnik: Nikt nam nie pomagał 27-11-2007 10:17

Na stronach internetowego wydania Płockiej Gazety Wyborczej regularnie pojawiają się relacje z procesu grupy porywaczy i morderców Krzysztofa Olewnika. Zakończyły się przesłuchania oskarżonych. Przed sądem stają świadkowie.  Hubert Woźniak opisał  zeznania ojca Krzysztofa:


„Aby pomóc rodzinie P. z Drobina, Włodzimierz Olewnik zatrudnił matkę Grzegorza P. i Roberta P. Ten ostatni odpowiada dziś za uduszenie jego syna Krzysztofa.

Z tego, co powiedział, wyłania się obraz pozostawionej bez pomocy rodziny obserwującej nieudolne działania policji i wydającej majątek na informacje, które choć trochę mogły naprowadzić na ślad zaginionego mężczyzny. Jednocześnie rośnie lista zagadek, które towarzyszyły śledztwu.

Krzysztof Olewnik został uprowadzony w nocy 27 października 2001 roku. Jego zniknięcie odkryto rano. Ojciec nie mógł dodzwonić się do syna, więc zatelefonował do jego wspólnika. A ten przyznał, że również bezskutecznie próbował się skontaktować z Krzysztofem. Zadeklarował, że pojedzie sprawdzić, co się dzieje. Wszedł do domu, zobaczył krew i zatelefonował do ojca. - Panie Włodzimierzu, coś się stało - powiedział.

Śledztwo stało w miejscu kilka lat. W tym czasie porywacze wzięli okup, swoją ofiarę udusili, a zwłoki zakopali.

Ojciec Krzysztofa opowiadał, co się działo zaraz po porwaniu. Pytał wtedy, czy policja założy podsłuch na telefony. Usłyszał, że funkcjonariusze nie mają takiego sprzętu i "że musi sobie sam radzić". Jeden z policjantów w końcu użyczył prywatnego dyktafonu, który udało się podłączyć do aparatu telefonicznego.

Potem Włodzimierz Olewnik musiał walczyć z lansowaną przez policję tezą o samouprowadzeniu. - Było dużo takich sugestii, jako rodzina wściekaliśmy się, gdy je słyszeliśmy - mówił.

Przyznał, że nadzorujący wówczas CBŚ gen. Adam Rapacki był jedyną z "osób wysoko postawionych", która przyznała, że popełniła wcześniej błąd. To dzięki staraniom Rapackiego powstała w końcu nowa grupa dochodzeniowa, która przejęła sprawę. Wśród osób, do których zwracał się bezskutecznie o pomoc, Olewnik wymienił jeszcze m.in. ówczesnego wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotkę, późniejszego szefa tego resortu Ryszarda Kalisza i prokuratora krajowego Kazimierza Olejnika.

Zdaniem ojca Krzysztofa pomógł dopiero Janusz Kaczmarek, który przeniósł sprawę do prokuratury w Olsztynie, a ta sprawę uprowadzenia rozwikłała. Nie znalazła jednak rozwiązania wielu innych niejasności, choć prowadzi w tej sprawie oddzielne postępowanie.

Przykład - czym porywacze odjechali spod domu Krzysztofa Olewnika? Rodzinie wydaje się niemożliwe, że jego bmw. - Samochód miał bardzo skomplikowany system zabezpieczeń - zeznawał Włodzimierz Olewnik.

- Ale usłyszeliśmy od jednego z oskarżonych, że to Krzysztof powiedział, jak uruchomić ten pojazd - zauważył sąd.

- Niemożliwe, żeby ktoś to zrobił dzięki ustnej instrukcji - odparł świadek. - Gdy uczyłem się tego, ktoś musiał mi dokładnie pokazywać, jak wyłączyć zabezpieczenia.

W trakcie postępowania takich zagadek powstało więcej. Z jednej z warszawskich ulic został skradziony policyjny radiowóz z kompletem akt śledztwa. - Zaraz potem podszedł do mnie jakiś człowiek i przekazał kopertę - wspominał Włodzimierz Olewnik. - W środku była karteczka z wiadomością: "Akta miały zginąć. Dobrze, że w chwili kradzieży policjantów nie było przy nich, bo też musieliby zginąć".

Kolejna niejasność: kiedy Krzysztof Olewnik walczył o życie, śledczy mieli namiary na porywaczy w anonimie. Jednak go nie zweryfikowali. Czemu? Inna zagadka: dlaczego w telefonach do rodziny porwany prosił, by nie współpracować z policją, bo porywacze o wszystkim wiedzą? - Przez dwa lata, aż do śmierci chłopaka, funkcjonariusze stali w miejscu, a rodzina pełniła dyżury przy telefonie, gotowa w każdej chwili wyjechać z okupem do porywaczy - przypominał wczoraj Włodzimierz Olewnik.”

http://miasta.gazeta.pl/plock/0,0.html

(0) komentarzy / skomentuj

Afganistan. Wczoraj bohaterzy, dzisiaj zbrodniarze 25-11-2007 20:34

Fragment programu "Prosto z Polski", TVN24.
(3) komentarzy / skomentuj

Zmowa milczenia nad inwigilacją mediów 24-11-2007 16:40

Mijają kolejne miesiące i nadal trwa cisza w związku z inwigilacją mediów. W prasie (m.in. Gazeta Wyborcza, Polityka, Newsweek, NIE) pojawiły się konkretne nazwiska osób (Marek Balawajder, Wojciech Czuchnowski, Romana Daszczyński, Maciej Duda, Bertold Kittel, Sylwester Latkowski, Anna Marszałek, Roman Osica, Piotr Pytlakowski, Igor Ryciak, Andrzej Rozenek, Krzysztof Wójcik) i nikt z polityków nie chce tego wyjaśnić. Co jest prawdą, a co fikcją? Jak wyglądała? Czemu służyła? Były podstawy, czy nie?

Przy tym niektórzy dziennikarze także nie są tym zainteresowani. Stowarzyszenia dziennikarskie milczą. Wyznanie Janusza Kaczmarka, że odsłuchiwanie przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego w gabinecie ministra sprawiedliwości nagrań z podsłuchów dziennikarzy było z jego strony „ściemą” uogólniono do stwierdzenia, że Kaczmarek zaprzeczył inwigilacji dziennikarzy. A to nieprawda. Nie zaprzeczał inwigilacji, a tylko odsłuchiwaniu podsłuchów przez ministra sprawiedliwości i szefa ABW.


O prokuraturze i służbach wolę nie mówić, bo tym zawsze na rękę jest to, aby trwała cisza nad tą sprawą. Wolą nadal wykorzystywać posiadane narzędzia, dzięki którym tak łatwo przypodobać się rządzącym i ukryć swoje błędy lub popełniane przestępstwa. Pragną mieć wgląd w to, co robią media i jeśli to możliwe, by móc je pacyfikować.

Nadal ciągnę własne dziennikarskie śledztwo. Pojawia się w nim kolejne nazwisko osoby, którą można dopisać do listy inwigilowanych dziennikarzy. Na celownik miał trafić także Robert Zieliński z „Dziennika”.  Zajmowanie się funkcjonariuszami wymiaru sprawiedliwości i jego bezpośredniość w kontaktach z nimi musiała się tak zakończyć. 

Warto pamiętać, że Inwigilacja to nie tylko podsłuchy, ale i obserwacja, robienie wywiadów, sprawdzanie kont bankowych, finansów, rozpoznanie środowiskowe, zaglądanie do łóżek. Krótko mówiąc także szukanie haków.

Jeden z funkcjonariuszy od tzw. techniki CBŚ wyjaśnił mi, że coraz częściej u tzw. wrażliwych figurantów (polityków, dziennikarzy, osób publicznych) stosuje się podsłuch w samochodzie, lokalu, wtedy to już nie ma problemu z legalizacją, pozostawianiem śladów u prowaiderów telekomunikacyjnych. Wykorzystywani są także do tego prywatni detektywi, którzy często okazują się być po prostu agentami służb. Następuje pomiędzy nimi i służbami wymiana usług.

- Śladów tej inwigilacji nigdy nie znajdziecie – stwierdził. – Nawet jak znajdziecie pluskwę, nikt do niej się nie przyzna.

Inwigilacja to problem występujący od lat i nie sprowadzajmy jej tylko do ostatniego okresu. Od lat pojawia się ten sam problem, tylko zawsze jest wyciszany. Zapomniany.

Paweł Biedziak, który dobrze wie, jak wyglądają kulisy nadużyć służb, w Gazecie Wyborczej zaproponował wprowadzenie uregulowań prawnych, by ten stan rzeczy wreszcie przerwać. Przynajmniej utrudnić nadużywanie środków inwigilacji.

„Pora zakończyć kontrole operacyjne (m.in. podsłuchy, podglądy) uruchamiane przez policję i służby specjalne bez zgody sądu – pisze Paweł Biedziak. -  Dzisiaj funkcjonariusze za zgodą prokuratora mogą bez aprobaty sędziego w sytuacjach niecierpiących zwłoki podsłuchiwać wybrane osoby. Muszą tylko skierować do sądu prośbę o wyrażenie zgody w przyszłości. Jeśli przez pięć dni sąd nie zgodzi się na zastosowanie podsłuchu, funkcjonariusze powinni zniszczyć nagrania. Ale jak mówią złośliwi, "co się nasłuchali, to wiedzą". Zorganizowanie i opłacenie grupy specjalnie przygotowanych sędziów, którzy dyżurując przez 24 godziny w sądach okręgowych, wydawaliby zgody na wszystkie kontrole operacyjne, nie powinno być większym problemem.”

Jeszcze niedawno podobny pogląd wyrażał w rozmowie ze mną poseł Marek Biernacki. Jako były szef MSWiA, długoletni członek komisji do spraw służb specjalnych musi jeszcze więcej wiedzieć o patologiach związanych ze stosowaniem inwigilacji niż Paweł Biedziak.  Może tym razem, jako szef sejmowej komisji  spraw wewnętrznych i administracji, członek komisji służb specjalnych, wymusi na rządzących projekt ustawy zmieniający obecny stan rzeczy?  Może jemu uda się nie poddać presji służb?

PS. Tygodnik "Newsweek" w artykule Macieja Dudy wraca do sprawy inwigilacji mediów (ZOBACZ TUTAJ). Należy mieć nadzieję, że środowisko dziennikarskie w tej kwestii przestanie się dzielić na prawicowe i lewicowe, rządowe i antyrządowe. Nie będą też miały znaczenia ambicje poszczególnych dziennikarzy.

Powinna nas łączyć sprawa wyjaśnienia kulis inwigilacji mediów, zmiany prawa tak, by uniemożliwiać takie działanie.

Tak jak i razem powinniśmy stać w obronie Katarzyny Hejke i Tomasza Sakiewicza - dziennikarzy "Gazety Polskiej, których warszawski sąd kazał zamknąć na 48 godzin.

Winniśmy wreszcie twardo żądać usunięcia z kodeksu karnego przepisów karzących za nadużycie wolności słowa (artykuł 212 kk).

(14) komentarzy / skomentuj

Gdzie się podziały weksle polityków SLD? 23-11-2007 16:59

W ubiegłym tygodniu poznaliśmy niektórych bohaterów najgłośniejszych ostatnio ze spraw – Ministerstwa Finansów, Grafa, samorządowców z tzw. układu warszawskiego – którą kiedyś z uwagi na występujące w poszczególnych działaniach przestępczych te same osoby nazwano ośmiornicą warszawską.

Zajmiemy się teraz kancelarią prawną doradztwa podatkowego Vis Lex, należącą do Tomasza Macieja J. Według śledczych to najważniejsze ogniwo w tzw. aferze Ministerstwa Finansów. To tutaj przychodzili chętni, by otrzymać zwrot podatku, załatwić swoje zobowiązania względem Skarbu Państwa.


- Do kancelarii przychodzi Rudolf Skowroński, chce załatwić zwrot VAT – mówi w rozmowie ze mną i Piotrem Pytlakowskim („Polityka”) dwa dni po wyjściu z więzienia, współpracujący z wymiarem sprawiedliwości za złagodzenie wymiaru kary Adam J., ksywa Małolat. – Proponuje nam wszystkim łapówkę w wysokości 10 proc. od załatwionego odzysku VAT. Kiedy mówię o tym staremu (Grafowi), okazuje się, że Lazarowicz ma jakieś wonty do S. (Tomasza, człowieka dawnego Pruszkowa, obecnie związanego z jedną z ważniejszych grup rosyjskojęzycznych w Warszawie). Między nim staje Grzegorz Żemek (były szef FOZZ) i nagle wpadam w jakaś chorą matnię. Raz dostaje jedno polecenie, a zaraz polecenie jest odwołane.

Adam J. wyrzuca to wszystko z siebie jednym tchem. Plącze wątki. Trudno go chwilami zrozumieć. Czasami odnosi się wrażenie, że to jego wizja, a nie prawda. Prokuratura uważa jednak, że być może ten, jak sam o sobie mówi, „zawodowy oszust” nie zasługuje na zostanie świadkiem koronnym, ale część opowiadanych przez niego historii jest prawdziwa. Na tyle, że posiłkuje się Adamem J. w kilku procesach, jako świadkiem oskarżenia, a jemu samemu pozwala na uniknięcie wysokiego wyroku.

Dotarliśmy do zeznań Adama J., w których rozwija wątek Skowrońskiego, jako klienta kancelarii Vis Lex: – Pobrałem od niego pieniądze w kwocie 250 tys. złotych, celem załatwienia firmie Skowrońskiego InterCommerce zwrotu podatku. Jego firma miała stałe zlecenie dla kancelarii (Tomasza Macieja) J. na obsługę podatkową i prawną. Pieniądze, które mi i J. przekazał na spotkaniu Rudolf w kwocie 250 tys. złotych miały posłużyć do skorumpowania urzędników państwowych z aparatu skarbowego, tj. dyrektora głównego urzędu skarbowego na Ż. i pracownicy urzędu skarbowego, która piastowała funkcję dyrektora od spraw podatku VAT i której urząd był właściwy do umorzenia podatku.

Właściciel kancelarii zaprzecza temu, a osoba znająca Rudolfa Skowrońskiego nie wierzy, że ten mógł tak beztrosko przekazać taką wysoką kwotę. Tym bardziej, że według tego, co mówi Adam J., Rudolf Skowroński już raz padł ofiarą oszustwa. Wcześniej miał za pośrednictwem kancelarii Vis Lex przekazać 40 tys. złotych łapówki dla pracującej w ministerstwie finansów Elżbiecie Z., nie uzyskując w zamian spodziewanej pozytywnej decyzji. Zaufałby po raz drugi? Adam J. kontynuuje swoją wersję zdarzeń prokuratorowi: - Na tym pomysł z pomocą Skowrońskiemu zakończył się. Nikt z nikim nie spotykał się z urzędników, aby wykorzystać te pieniądze na łapówki. Grupa przestępcza oszukała go wykorzystując naiwność oraz zaufanie do Tomasza Macieja J., który z nim współpracował i załatwiał mu bezprawne sprawy w urzędach. Pieniądze te miały zostać podzielone na trzy części: jedna dla Tomasza Macieja J., druga dla Grafa i Piotra A., trzecia dla Adam J.

Rudolf Skowroński, jak na razie, nie może osobiście odnieść się do spraw dziejących się w kwietniu 2004 r., bo według jednych ukrywa się w Polsce, m.in. od czasu do czasu bywa w Warszawie, a według innych na Białorusi. Policja przestała już wierzyć w to, że został porwany sprzed swego domu. Ostatecznie w czerwcu 2007 r. znalazł się na policyjnej „top liście” poszukiwanych.

Skowroński jest poszukiwany za „korumpowanie i wywieranie wpływu na urzędników państwowych w Izbach Skarbowych i Urzędach Kontroli Skarbowej oraz Ministerstwie Finansów”.

Adam J. zaproponował spotkanie ze Skowrońskim, który niby miał się na to zgodzić, ale do dnia dzisiejszego do niego nie doszło. Być może dlatego, że sam pod koniec września ponownie opuścił Warszawę i udał się do Poznania, gdzie ma, jak mówi osoba, która się z nim ostatnio widziała, pomóc CBŚ rozpracowywać gang zajmujący się handlem narkotyków.

Czy Graf przejął kancelarię J.?

Według niektórych rozmówców Adam J. często zasłaniał się Grafem, by robić własne interesy. Wzmacniał w ten sposób swoja pozycję. W zeznaniach przed prokuratorem także woli umniejszać swoją rolę, twierdząc, że był tylko żołnierzem Janusza G. Dlatego z ostrożnością należy przyjmować to, co mówi na temat swojego udziału w kancelarii Tomasza Macieja J.:
„Dostałem polecenie od Janusza Grafa dostania się do kancelarii Vis Lex. Chodziło o przejęcie kontaktów i dokumentów, jakie posiadał pan J. Chodziło o polityków SLD i Samoobrony. W momencie kiedy było wiadomo, że może wygrać PIS wszystkie służby chciały się przypodobać nowej władzy, Graf także.

Przez jednego z gangsterów, Vandama, zostałem poznany z sekretarką pana J. (Tadeusza Macieja). Jest młodą dziewczyną, na piątym roku studiów. Masz ją w sobie rozkochać poleca Graf. Moją specjalizacją były kobiety. Więc zaprzyjaźniłem się z panią Edytą N., która studiowała prawo. Zamieszkałem z nią. I tak znalazłem się w kancelarii Vis Lex. Po dwóch miesiącach mam już tam własny gabinet. Poznałem tam różnego rodzaju ludzi. Przede wszystkim poznałem Rudolfa Skowrońskiego na polecenie pana Grafa. Na polecenie Grafa poznałem panią Elżbietę Z., którą pracowała w Ministerstwie Finansów. I te wszystkie wałki załatwiała. Poznałem pana Piotra M. (przedsiębiorca spod Komorowa). Poznałem ojca Maćka. Ojciec był generalnie wobec nas nieufny. Miał swoje układy w ABW i sprawdził nas. Wiedział, kto my jesteśmy.”

W celu inwigilacji kancelarii Vis Lex wspólnik Małolata i niby żołnierz Grafa, Marcin S. „przyprowadził swoją znajomą – specjalistkę od komputerów, która w czerwcu 2004 r. zainstalowała specjalny program w komputerze kancelarii Vis Lex i dzięki czemu mogliśmy przeglądać e-maile, które wysyłał za granicę i które do niego przychodziły.”

Kancelaria, poza załatwianiem spraw podatkowych, według zeznań złożonych w prokuraturze przez Adama J., miała się także zajmować zakładaniem spółek poza granicami Polski. Pomagać w tym miała konkubina właściciela kancelarii Krzysztofa Sz.. Małolat twierdzi, że Krzysztofa Sz. była „słupem w spółkach w Anglii i Belize. Wiem, że za słupowanie Sz. otrzymywała po 1000 funtów rocznie od każdej spółki od Tomasza J. Tych spółek był 12. Te spółki służyły do prania pieniędzy. J. za te spółki płacili nie znani mi politycy z SLD.”

Mało jednak do dzisiaj jest znanych faktów z działania tej kancelarii. Żadna z zaangażowanych w nią osób nie mówi całej prawdy, jeśli w ogóle decyduje się zeznawać. Opieranie się jedynie na zeznaniach Adama J. i Marcina S, który raczej zeznaje to, co usłyszał od tego pierwszego, wcale tej wiedzy nie poszerza. Trudno im obu bezkrytycznie wierzyć. Dla śledczych kancelaria Vis Lex wydaje się być jednak najważniejsza w tzw. aferze Ministerstwa Finansów. Małolat stwierdza wprost: „Ja z tej kancelarii codziennie wychodziłem z reklamówką pieniędzy.”

Nie wszystko dało się załatwić

Najlepszą „załatwiaczką spraw” w aferze Ministerstwa Finansów była pani Elżbieta Sz.. Wkrótce po aresztowaniu zwolniona ze względu na stan zdrowia. Kobieta nie mająca skrupułów, jak mówią o niej jej znajomi. Gdy czasami jej się nie udawało załatwić sprawy, nie poczuwała się do zwrotu łapówki. Omal nie doprowadziło ją to do konfliktu z Grafem. Jak zeznaje Małolat właściciel kancelarii Vis Lex zlecił mu, żeby grupa Grafa wyegzekwowała od niej nie tylko 40 tys. złotych łapówki od Skowrońskiego, ale także 30 tys. złotych pobranych od Pawła M., przedsiębiorcy spod Komorowa.

W tym miejscu warto się zatrzymać. Paweł M. to kolejna osoba oskarżona w tzw. sprawie Ministerstwa Finansów. Obecnie przebywa w areszcie. Na jego przykładzie widać, jak opowieści Adama J. są czasami mało wiarygodne.

Ten też przez kancelarię chciał skorumpować Elżbietę Z. i ewentualnie innych urzędników pracujących nad firmą Pawła M. Po tym zleceniu Tomasza Macieja J. na wyegzekwowanie łącznie 70 tys. złotych od Elżbiety Z. Maciej zabrał mnie do firmy Pawła M., gdzie poznałem wymienionego i wspólników. Zobowiązałem się na spotkaniu, że załatwię zwrot podatku dla firmy i wyegzekwuję pieniądze w kwocie 30 tys. złotych od Z. Przyjąłem wówczas kwotę 100 tys. złotych na wydatki związane z korumpowaniem pracowników skarbowych. M. wręczył mi również gadżety w postaci długopisów oraz scyzoryków szwajcarskich z logo jego firmy w celach marketingowych.

Znajomy Tomasza Macieja J. wyjaśnia, że Paweł M. przyszedł do kancelarii, bo chciał doprowadzić do zniwelowania długów firmy. Nikt nie wręczał łapówki w sposób, o jakim opowiada Adam J. W dniu 20 kwietnia 2004 r. zawarto pomiędzy firmą przedsiębiorcy spod Komorowa umowę pożyczki z Tomaszem Maciejem J. na kwotę 145 447 złotych, która w przeciągu miesiąca miała być zwrócona.

Można przyjąć hipotezę, że w ten sposób Paweł M. zabezpieczał się przed ewentualną bezskuteczną próbą załatwienia sprawy w Ministerstwie Finansów. Gdyby wszystko się pozytywnie zakończyło, umowę pożyczki zawsze można zniszczyć. Część tej kwoty miała otrzymać Elżbieta Z. Okazało się jednak, że sprawa jest niemożliwa do przeprowadzenia w Ministerstwie Finansów z uwagi na zaległości w ZUS, które wpierw firma Pawła M. musiałaby uregulować. W związku z tym, należało zwrócić pieniądze Pawłowi M. Jak mówią świadkowie, Elżbieta Z. się do tego się nie poczuwała, Tomasz Maciej J., postanowił sam zwrócić pieniądze, najpierw 50 tys. złotych, a potem 25 tys. złotych firmie Pawła M. Kiedy właściciel kancelarii Vis Lex trafił do aresztu pozostałą różnicę zwrócił syndykowi firmy Pawła M. jego ojciec. Czy znając prawdę, w jaki sposób zabezpieczał się Paweł M. należy uważać, że nie uczynił podobnie Rudolf Skowroński?

Naiwność oszustów podatkowych ukarana

W tej sprawie jeden oszust natrafiał na drugiego oszusta – opowiada funkcjonariusz CBŚ znający sprawę. Przy tym każdy czuł się bezkarny, bo nikt przecież nie pójdzie ze skargą na policję. Problemy zaczęły się, gdy ktoś postanowił wymierzyć na własną rękę sprawiedliwość, wynajmując bandytów. Dochodziło do pobić i wymuszeń, ale o tym nikt nie chce zeznawać. A już na pewno powiedzieć całej prawdy. W połowie 2004 r. coś się musiało wydarzyć między nimi, że w ich sprawnym dotąd mechanizmie przestępczym nastąpiło pęknięcie.

Rzeczywiście, nagle ścigana przez ludzi Grafa ma być, według Adama J., główna „załatwiaczka” z Ministerstwa Finansów, pani Elżbieta Z., a jak sam opowiada Małolat zostaje on pobity przez Grafa: - „Siedziałem dokładnie na fotelu fryzjerskim, zostałem uderzony bardzo silnie w głowę. Spadłem z tego fotel i zaczął mnie okładać. Zerwałem się i uciekłem.” Działo się to w obecności drugiej żony Grafa, której udało się pomóc uspokoić męża. – „To Anka broniła mnie przed starym i to, że żyję zawdzięczam jej, bo wiedziałem, co się dzieje.”

Natomiast konkubina Tomasza Macieja J. zeznaje w śledztwie: - „Ja miałam od J. (Adama, ksywa Małolat) groźby z powodu tego, że jak będziemy cokolwiek na niego inicjować do organów ścigania, to nasze dzieci znajdziemy pod ziemią. Te groźby były sukcesywnie, powtarzane latem 2004 r. Zapowiedział, że jesteśmy śledzeni i podsłuchiwani. Ja w zeszłym roku dowiedziałam się od swojego syna, że do niego podeszło dwóch mężczyzn i powiedzieli mu, że mieli zlecenie od J. (Adam, ksywa Małolat), żeby go połamać. Kiedyś byliśmy na grillu u znajomych w Łomży, a w drodze powrotnej, jakby zacięło się koło w samochodzie Volvo Adama J. J. pożyczył nam go. Wpadliśmy w poślizg, zataczaliśmy koła na jezdni. Miałem takie przypuszczenie, że samochód specjalnie mógł być niesprawny”.
Wielkie poszukiwanie akt kancelarii Vis Lex

Jest rok 2005, po pobiciu u fryzjera przez Grafa Adam J. decyduje się uciec z Warszawy i zamieszkać w Poznaniu, u kolejnej uwiedzonej przez siebie kobiety. Stamtąd podejmuje kontakt z CBŚ. Nie jest to jego pierwsza współpraca z organami ścigania. Wcześniej, jak sam przyznaje, pracował dla policji, jako informator. Miało to się odbywać za wiedzą Janusza G. Kontakty z policją miały być wykorzystywane do likwidowania konkurencji: - „Chcieli kogoś wykończyć i stary kazał bym przekazał na terror kryminalny jakąś informację – opowiada Adam J. – Byłem zarejestrowanym informatorem. I oni mogli wtedy dokonać realizacji. Kiedyś stary postanowił zamknąć Roberta R. z Czarnego Kota. (jeden z aresztowanych w związku z zabójstwem Piotra Głowali). Poróżniły ich interesy. Dostałem numer telefonu komórkowego do Roberta i przekazałem wydziałowi terroru kryminalnego. Był poszukiwany. Dzięki temu Robert został położony w Promenadzie na ziemi. Robert trafił do więzienia.”

Przed ucieczką Adam J. miał zabrać dokumentację z kancelarii Vis Lex. To dzięki niej negocjował z CBŚ i ABW stan swojej sytuacji prawnej. Pośredniczył w tym także dawny policjant, obecnie prywatny detektyw z Trójmiasta, Rafał R. Z Adamem J. poznał go Tomasz S. z Komorowa. Małolat jednak przeliczył się, uważając, że wyjazd z Warszawy zapewni mu spokój. Wkrótce okazało się, że poszukuje go prywatny detektyw Krzysztof Rutkowski. On sam w rozmowie podczas realizacji programu Konfrontacja (TVP2) nie zaprzeczył temu, że szukał Adama J. Do dzisiaj jednak jednoznacznie nie można powiedzieć, kto go wynajął: - Jesienią 2005 r. miałem w Komorowie najazd zorganizowany przez detektywa Krzysztofa Rutkowskiego – mówi prokuratorowi Tomasz S. – Mnie nie było w domu. Ojciec ich wpuścił, myśląc, że to policja. Nie powiedziano mu o co chodzi. Domyślam się jedynie, że temat mógł dotyczyć J. i dokumentów dyskredytujących SLD zabranych z kancelarii mecenasa J.

Ścigany wówczas Adam J. dodaje: - „Pan Krzysztof Rutkowski bezprawnie naszedł moją mamę o 6.00 rano. Chciał wejść do mieszkania. To było w 2005 r. Potem dopadł Edytę N. (od aut. – sekretarkę kancelarii Vis Lex, byłą kochankę Adama J.) Na Ursynowie dopadł narzeczoną Tomka S. Edytę zaczął straszyć. Dopadł ją po telefonie. Maciej J. dał mu jej telefon. Namierzył ją po tym. Wziął ją do hotelu. Jego ludzie wpadli do jej matki pod Częstochową.

Wreszcie ja do niego zadzwoniłem. Wtedy specjalnie pojechałem do Szczecina. Zmieniłem miasto. Kupiłem sobie nową kartę i telefon. On chciał wiedzieć, jakim samochodem jeżdżę. Zmieniłem samochód. Zmieniłem sobie wygląd. Przefarbowałem włosy. Założyłem okulary. Zapuściłem brodę. Z tej rozmowy wynikało, ze mam jedno wyjście, oddać papiery. On reprezentował Grafa i Lazarowicza.”

Janusz Lazarowicz ścigany obecnie europejskim nakazem aresztowania w telefonicznej i e-mailowej rozmowie zaprzecza temu, że wynajmował Krzysztofa Rutkowskiego, nie zna zarówno detektywa jak i Adama J. Niektórzy z rozmówców uważają, że Rutkowskiego wynajął tak naprawdę Tomasz Maciej J., który wiedział, że jeśli o zaginięciu akt dowiedzą się jego byli i aktualni klienci będzie to koniec jego prawniczej i biznesowej kariery.

Ostatecznie Krzysztof Rutkowski rezygnuje ze ścigania Adama J.: - „Odpuścił, bo stanął naprzeciw ludzi uzbrojonych po zęby, Rosjan – wyjaśnia Małolat. – Myślał, że za nim stoi miasto, a tu był odłam. Bo stary (Graf ) się już nie liczy. To byli wspólnicy Tomka S. Chroni mnie Tomek i Emil K.”

Czy to naprawdę był sukces?

Wkrótce potem Adam J. trafia do aresztu, składa zeznania. W zamian ma obiecane otrzymanie statusu świadka koronnego. Aresztowani zostają Tomasz S, Elżbieta Z., Tomasz Maciej J. i jego konkubina z kancelarii Vis Lex, Paweł M. i inni. To właśnie dzięki zeznaniom Adama J. i Elżbiety Z. dochodzi do słynnego już zatrzymania urzędników Ministerstwa Finansów. Tak zaczyna się najgłośniejsze medialne śledztwo ostatnich lat.

Tomasz Maciej J., właściciel kancelarii Vis Lex, szybko decyduje się pójść na współpracę z wymiarem sprawiedliwości, jednak po jakimś czasie wycofuje się z niej. „Poczuł się oszukany przez prokuratora – wyjaśnia jego znajomy. – Nie potrzebnie go zatrzymali na lotnisku i wsadzili do aresztu. Mogli z nim normalnie rozmawiać, więcej by uzyskali. Choć może właśnie o to chodziło, by zamknąć mu usta?” Adam J. także uważa, że śledczy w tej sprawie z każdym postępują w ten sam sposób. Prawie krzycząc mówi:
– „Rudolf Skowroński w każdej chwili może się zgłosić na policję. To jest człowiek ze służb i on tak naprawdę się nie boi. Tylko jak można stawić się do prokuratury, jak oni obiecują różne rzeczy, a potem… To dzięki mnie jest sprawa Ministerstwa Finansów, Grafa, układu warszawskiego, sprawa Głowali. Jestem głównym świadkiem. Miałem dostać status świadka koronnego, nie dostałem nic. Pan wie, że mojej mamie, która ma 64 lata, przystawiono pistolet do głowy? Dopiero, gdy dowiedzieli się, że mam dokumenty, że mogę ich skompromitować z wiezienia, to zostawili mi rodzinę w spokoju. Mojemu koledze Marcinowi S., który siedzi w więzieniu, jego matce, spalono mieszkanie. Kobieta nie ma gdzie mieszkać. Czy pan uważa, że CBŚ to interesuje?.”

Paweł M., przedsiębiorca spod Komorowa, klient kancelarii Vis Lex, nadal milczy. Nie przyznaje się do dawania łapówek ani długopisów i scyzoryków. Jak pozostali aresztowani w tej sprawie odpytywany był o swoje kontakty z politykami SLD. Rok temu w czasie konfrontacji Tomasz Maciej J. odwołał zeznania przeciw niemu. Dwa miesiące temu na wolność wychodzi Adam J., a trzy tygodnie temu areszt opuszcza konkubina Tomasza J., Krzysztofa Sz.

Coraz więcej wiemy o kulisach tej sprawy, jednak nadal nie wiadomo co naprawdę zawiera archiwum kancelarii J.? Komu wierzyć? Adamowi J. czy konkubinie właściciela kancelarii Krzysztofe Sz., która zeznaje prokuratorowi, że w komputerach kancelarii są dane odnośnie jej działalności w 2004 r.? Dyski nie były zgrywane i archiwizowane, a wszystkie akta za 2004 r. nadal znajdują się w kancelarii. A więc nie ma niczego obciążającego na polityków SLD i Samoobrony, gwarancji bankowych, z których miały pójść pieniądze na kampanię wyborczą Kwaśniewskiego, żadnej wiedzy o tajemniczej walizce na kampanię SLD, dokumentów, które miałyby pogrążyć Grafa i Janusza Lazarowicza.

W ukrytym archiwum przez Adama J. nie ma też, jak twierdzi Tomasz S., dokumentów, jakie miał mu niby on sam przekazać. Tomasz S. wyjaśnia prokuratorowi: – „Nigdy nie było takiej sytuacji, o co pyta mnie przesłuchujący, abym przekazywał J. czy L. dokumenty dotyczące zeznań komisji orlenowskiej lub dotyczących Banku Solorza i Bykowskiego. Mogło być tak, że w ich obecności miałem dokument w postaci certyfikatu depozytowego z banku szwajcarskiego, który miałem, bo woziłem go w swoim samochodzie. Certyfikat był wystawiony in blanco i dotyczył banku Invest Bank z Poznania. Były to warunki banku, na jakich jest w stanie zapłacić za przekazanie weksli in blanco wystawionych przez Piotra Bykowskiego. On wystawił weksle In blanco, tzn. podpisał je jako zabezpieczenie, jako prokurent Invest Banku.

Bykowski wystawił te weksle, ale nie wiem po co. Ja widziałem te weksle w oryginale, nie było tam wpisanych kwot, ale były podpisy i pieczątka Bykowskiego. Ja próbowałem sprzedać weksle Bykowskiego, lecz nigdy nie posiadałem ich. W tym zakresie mam wiedzę, ale chce ją wykorzystać w swojej sprawie, w której jestem podejrzany, tzn. podejmę współpracę w zamian za przychylność przy traktowaniu mnie w mojej sprawie. Nigdy nie byłem w posiadaniu dokumentów dotyczących upadłości ani prywatyzacji Banku Staropolskiego.”

Tomasz Maciej J. i Krzysztofa Sz. twierdzą, że ich kontakty z politykami SLD sprowadzały się do mówienia sobie tylko „Dzień dobry”. Właściciel kancelarii Vis Lex był tylko sąsiadem Leszka Millera i Marka Ungiera. Dotarliśmy do potwierdzeń listów wysłanych z aresztu do Katarzyny Piekarskiej i Wojciecha Olejniczaka w dniach 24 i 25 maja 2007 r. przez Tomasza Macieja J., w których to jak mówi jego znajomy, tłumaczył skąd to nieporozumienie związane z kontami polityków lewicy w Szwajcarii. Czy pisząc jednak te listy Tomasz Maciej J. nie miał świadomości, że wpierw trafią one w ręce prokuratora? Na co liczył? Czego oczekiwał?

Tymczasem Adam J. nadal przystaje przy swoim i opowiada: - „Pan Tomasz J. w kancelarii Vis Lex zamontował kamery i wszystkie spotkania z politykami i biznesowe nagrywał. On to robił przez cztery lata. I zbierał na nich dokumenty. Jest 180 godzin różnych nagrań. I tego szukał stary (od ast. – Graf) i ja to wyniosłem z kancelarii. I dlatego za mną biegał Rutkowski Krzysztof wynajęty przez Lazarowicza i starego, a Rafał R. na polecenie S. (Tomasza) mnie chronił. Tylko, że on też chciał kupić te dokumenty na polecenie S. i na polecenie firmy P. On pracował dla, ich dwóch. Który by zapłacił więcej, to by dostał. Proponowali 4 mln złotych. Szukali mnie wszyscy – WSI, ABW. Ja nie kontaktowałem się z żadnych stałych telefonów. Zmieniałem mieszkania. Wyjechałem do Poznania, poznałem tam dziewczynę.

Ukrywałem się u niej. Jeździłem do innego miasta, by dzwonić z budki telefonicznej. Chodzą za mną ludzie z V wydziału CBŚ od Kitki i szukają ludzie z ABW. Zostawiają kontakt telefoniczny. Rozmowa jest krótka, albo idę na współpracę z nimi, albo daję dokumenty albo ginę”. Dokumentów jednak do dzisiaj Adam J. nikomu nie przekazał. Przynajmniej nie najważniejszych, wśród których mają być niby m.in. weksle podpisane przez polityków SLD, poręczanych przez prezesa jednej z firm ubezpieczeniowych. Sylwester Latkowski dla Gazety Finansowej

(9) komentarzy / skomentuj

Stanowisko Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w kwestii jawności posiedzeń aresztowych 23-11-2007 11:12

Jednym z najważniejszych praw gwarantowanych Europejską Konwencją Praw Człowieka jest prawo do wolności osobistej (art. 5 Konwencji). Prawo to może być ograniczone przez działania organów państwa, ale jedynie w ściśle przez Konwencję określonych przypadkach. Jednym z wyjątków jest określone w art. 5 ust. 1 lit. c) zgodne z prawem aresztowanie w celu postawienia przed właściwym organem, jeżeli istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienie czynu zagrożonego karą, lub jeśli jest to konieczne, w celu zapobieżenia popełnienia takiego czyni lun uniemożliwienia ucieczki po jego dokonaniu. Ust. 4 art. 5 Konwencji dodaje nadto, iż „Każdy, kto został pozbawiony wolności przez zatrzymanie lub aresztowanie, ma prawo odwołania się do sądu w celu ustalenia bezzwłocznie przez sąd legalności pozbawienia wolności i zarządzenia zwolnienia, jeżeli pozbawienie wolności jest niezgodne z prawem” oraz przewiduje, że „Każdy, kto został pokrzywdzony przez niezgodne z treścią tego artykułu zatrzymanie lub aresztowanie, ma prawo do odszkodowania”.


Trudno wyobrazić sobie ważniejsze dobro jednostki – poza życiem – niż jej wolność. Jest zatem oczywistym, że do orzekania o jej ograniczeniach Konwencja powołuje sądy, które mają sprawę rozpatrzyć rzetelnie i publicznie (art. 6 ust. 1 Konwencji).

Publiczność rozpatrzenia sprawy stanowi przede wszystkim możliwość społecznej kontroli nad wymiarem sprawiedliwości. Prawo do wolności osobistej jednostki i publiczność rozpatrzenia sprawy spotykają się właśnie na posiedzeniach w sprawie zastosowania i przedłużenia tymczasowego aresztowania.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka reagując na informacje od osób do niej zwracających się od dawna monitoruje stosowanie tymczasowego aresztowania. Fundacja w szczególności koncentruje się na zagadnieniach związanych z prawidłowością stosowania tego najsurowszego środka zapobiegawczego. Jedną z barier utrudniających obserwację przebiegu posiedzenia aresztowego jest brak właściwej regulacji prawnej jawności dla publiczności tych posiedzeń. Stąd w niektórych przypadkach sąd nie pozwala przedstawicielom Fundacji na obserwowanie posiedzeń, a w innych nie widział przeszkód w ich monitorowaniu. Zdarza się, że dany skład sędziowski rozpatrujący kilka spraw w przedmiocie przedłużenia tymczasowego aresztowania danego dnia dopuszcza przedstawiciela Fundacji do obserwowania jedynie niektórych posiedzeń. Nie miało przy tym znaczenia czy zarzut stawiany oskarżonemu/podejrzanemu dotyczy przestępstw naruszających dobra osobiste pokrzywdzonego (np. zgwałcenie, pedofilia), czy też przestępstw skierowanych przeciw innym dobrom.

Ten brak konsekwencji w postępowaniu sądów należy przypisać przede wszystkim treści art. 96 k.p.k. Stanowi on bowiem:
§ 1. Strony oraz osoby niebędące stronami, jeżeli ma to znaczenie dla ochrony ich praw lub interesów, mają prawo wziąć udział w posiedzeniu wówczas, gdy ustawa tak stanowi, chyba że ich udział jest obowiązkowy.

§ 2. W pozostałych wypadkach mają one prawo wziąć udział w posiedzeniu, jeżeli się stawią, chyba że ustawa stanowi inaczej.
Z tego przepisu część doktryny i judykatury wnosi o niejawności posiedzeń. Rozumowanie to popiera dodatkowo zasada niejawności postępowania przygotowawczego. Nie wydaje się to jednak słuszne. Prawidłowe – zdaniem Fundacji – rozumienie tego przepisu, zaprezentował w swojej uchwale z 25 marca 2004 roku Sąd Najwyższy (I KZP 46/03, OSNKW 2004/4/39). Przyznał w niej, że faktycznie brak jest w kodeksie postępowania karnego unormowań regulujących jawność posiedzeń aresztowych, jednakowoż dalej zważył, iż „w żadnym wypadku nie oznacza (…), iż są one niejawne, a więc niedostępne dla uczestników postępowania i publiczności. Przepisy art. 96 k.p.k. określają jedynie podmioty, które mają prawo wziąć udział w posiedzeniu, a nawet obowiązek udziału, gdy tak stanowi ustawa (§ 1) i wówczas należy je o terminie posiedzenia zawiadomić, albo też mają prawo wziąć w nim udział, o ile stawią się na posiedzeniu, o terminie które nie powiadamia się ich (§ 2). Z tych unormowań wynika jednak, że każde posiedzenie sądu jest dostępne nie tylko dla stron oraz osób niebędących stronami, określonych w art. 96 § 1 k.p.k., ale także dla osób postronnych – publiczności, których obecność (…) nie jest wyłączona przez żaden przepis karnej ustawy procesowej. (…). Okazuje się więc, że jawność zewnętrzna rozprawy i posiedzenia, co do istoty jest taka sama, jako że są one dostępne zarówno dla stron, jak i innych osób, a wyłączenie jawności posiedzenia następować będzie na podstawie przepisów rozdziału 42 Kodeksu postępowania karnego stosowanych przez analogię, w tych samych wypadkach, gdy wyłącza się jawność rozprawy.”

 Takie rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego pozostaje w całkowitej zgodności z art. 45 Konstytucji RP, który stanowi:
1. Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd. 
2. Wyłączenie jawności rozprawy może nastąpić ze względu na moralność, bezpieczeństwo państwa i porządek publiczny oraz ze względu na ochronę życia prywatnego stron lub inny ważny interes prywatny. Wyrok ogłaszany jest publicznie. 

 Analizując treść tego artykułu zauważyć można, iż mówi on o rozprawach, a nie wspomina o posiedzeniach, a zatem przepisy art. 45 Konstytucji należy stosować odpowiednio również do posiedzeń.

 Podkreślić na koniec trzeba, że pozbawienie wolności poprzez zastosowanie lub przedłużenie tymczasowego aresztowania może odbywać się zarówno na posiedzeniu, jak i na rozprawie, w postępowaniu przygotowawczym, jak i w postępowaniu sądowym. W każdym z tych przypadków gwarancja ochrony wolności osobistej powinna być taka sama. Nie widać żadnych poważnych przyczyn, by jedną z tych gwarancji jaką jest prawo obecności na rozprawie lub posiedzeniu publiczności uzależniać od ww. różnic. Fundacja ma nadzieje, że upowszechnienie wyżej cytowanej uchwały Sądu Najwyższego wpłynie na dostosowanie praktyki sądowej do standardów Konstytucji RP i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Fundacja ponadto będzie skutecznie zabiegała, aby kwestię jawności posiedzeń aresztowych skutecznie i jednoznacznie uregulować w Kodeksie postępowania karnego.

(2) komentarzy / skomentuj

Aby Tusk nie dał się skorumpować 22-11-2007 21:46

Powrót z Trójmiasta. Do Warszawy trzeba było się przedzierać przez mgłę.

Wczoraj wieczorem w sopockim Spatifie usłyszałem relację ze spotkanie z Jarosławem Wałęsą z działaczami PO. Jeden z nich go zapytał: - „Czego się Pan obecnie najbardziej obawia?” Ten odparł: - „Aby Tusk nie dał się skorumpować”. Po tej wypowiedzi na sali nastąpiła konsternacja.


(1) komentarzy / skomentuj

Na marginesie sprawy Piechy 20-11-2007 12:16

Ta sama firma, te same osoby. Czyli wszystko po staremu.

Z mojego bloga:

Lobbysta Kotlinowski 16-04-2006 W prologu ostatniego programu „Konfrontacja” przytoczyłem artykuł Izy Kosmali w tygodniku „NIE” - „Na hemoroidy Kotlinowski” Jak lobuje marszałek Sejmu.” Okazuje się, że na dwie złożone przez marszałka Kotlinowskiego interpelacje jedna dotyczy leku generycznego służącego do leczenia hemoroidów.
Przedstawiłem widzom interpelacje pana marszałka i krótko mówiąc, marszałek  opowiada się za droższym lekiem firmy Servier. Żąda wycofania tańszego leku z rynku. Jako powód podaje, że decyzję o dopuszczeniu tego leku wydano z naruszeniem prawa. Kiedy zapytałem go w rozmowie telefonicznej, co go skłoniło do takiej interpelacji, odpowiedział, że być może go wprowadzono w błąd. Zwrócił uwagę, że to olbrzymi rynek, w grę wchodzą olbrzymie pieniądze. Niestety nie chciał powiedzieć tego samego na żywo. Na koniec zapytałem: Warto byłoby się dowiedzieć, kto go nakłaniał do tej interpelacji v-ce marszałka sejmu?
I co dalej? Nic. Cisza.Dlaczego? Prawda jest smutna, bo nie odpowiada to interesom grup farmaceutycznych.


Sprawa Łapińskiego 30-04-2006 Przedstawicielem firm importujących przeważającą częśc leków jest Stowarzyszenie Przedstawicieli Firm Farmaceutycznych w Polsce, które obecnie zmieniło nazwę na Stowarzyszenie Przedstawicieli Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych.  Jak zeznaje były prezes stowarzyszenia Jerzy Stęczniewski, w sprawie prowadzonej przez Prokuraturę Apelacyjną w Warszawie o sygnaturze Ap.II Ds 11/04 dotyczącej działań wymierzonych przeciwko b. Ministrowi Zdrowia  M. Łapińskiemu przez grupę przestępczą, związaną z rynkiem farmaceutycznym ( w sprawie tej zostałem uznany za pokrzywdzonego), w stowarzyszeniu powołano grupę ds. PR. Szefem jej został Jerzy G., wiceprezes stowarzyszenia i prezes firmy „A”. W skład tej grupy wchodził także Robert P. z firmy „S”. Dla zrealizowania swoich celów stowarzyszenie wynajęło firmę C.,  agencję lobbingową kierowaną przez prezesa Marka M.  W tej firmie segmentem farmaceutycznym zajmowała się pani Aleksandra Z.  

PS. Własnie na konferencji prasowej Bogusław Piecha wyjawia, że z Robertem Pachowskim reprezentujacym firme Servier spotkał się wraz z Markiem Kotlinowskim w warszawskiej restauracji Bibliotekarz. "Były tam też osoby z mediów" - dodaje.

(7) komentarzy / skomentuj

Roman Polko krótko 20-11-2007 10:12
"Mam nadzieję, że MON przestanie odsuwać od siebie tych aresztowanych żołnierzy - udając, że nie ma ze sprawą nic wspólnego."
(0) komentarzy / skomentuj

Kultura 19-11-2007 10:03

Gdzie te wiadomości kulturalne? A może taka jest już współczesna kultura? Oto tematy jakie zachęcają do wejścia w dziale Kultura jednego z portali internetowych:
 
Mateusz Damięcki pożegnał się z "Tańcem z gwiazdami"
Nieustraszony Wiking zwycięzcą
Ta kobieta łamie wszystkie zakazy
Agnieszka "Frytka" Frykowska została zawodową aktorką
"Terminator" w rękach reżysera "Aniołków Charliego"
Mandaryna szczęśliwie zakochana
Niosą pomoc potrzebującym dzieciom
Ewa Sonnet szuka wrażeń za granicą


Ten związek nie ma przyszłości
Plotki o jej zdrowiu są nieprawdziwe
Najboleśniejsza strata w życiu Nicole Kidman
Gwiazdor przyznał się do dziecka z nieprawego łoża

A może słowo Kultura warto wymienić na Rozrywka?

(2) komentarzy / skomentuj

Sprawa Grafa miała być hakiem na SLD? 17-11-2007 17:22

Kiedy w maju 2006 r. zatrzymano dwóch urzędników Ministerstwa Finansów, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ogłosił: Rozbiliśmy układ, trwające od lat machinacje w Ministerstwie Finansów dobiegły końca.

Ówczesny Prokurator Krajowy Janusz Kaczmarek informował, że z dostępnych materiałów wynika, iż nici afery korupcyjnej w Ministerstwie Finansów prowadzą do wymiaru sprawiedliwości i innych instytucji państwowych, a także do powszechnie znanych osób – byłych parlamentarzystów. Przy okazji ujawnił kulisy tego śledztwa. Robiliśmy przegląd postępowań związanych z Pruszkowem, grupą Grafa i gangiem mokotowskim pod kątem wątków ekonomicznych i w ten sposób natrafiliśmy w warszawskiej prokuraturze rejonowej na sprawę, która wskazywała na możliwość związków z urzędnikami MF i aparatu skarbowego.

Nadszedł czas weryfikacji tych szumnych medialnych zapowiedzi, a one niestety nie wypadają dobrze dla wymiaru sprawiedliwości. Do sądu 6 czerwca 2007 r. trafił akt oskarżenia przeciwko Januszowi G., pseudonim Graf, zarzucający mu kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Zaskakująco, prokuratura postanowiła nie usadzać na jednej ławie wszystkich oskarżonych, by w jednym procesie osądzić jedną z ważniejszych grup przestępczych. Sprawę rozbito na kilka wątków. Jak twierdzą prawnicy świadczy to o słabości zebranego materiału dowodowego. Czyżby prokuratorzy obawiali się konfrontacji ze sobą wszystkich świadków i oskarżonych? Powstały oddzielne sprawy: Janusza G., Marii B., Piotra A., Mirosława Ł., Mariusza P. i innych. Dopiero sąd połączył kilka spraw w jedną. Miały być nazwiska z pierwszych stron gazet, znani politycy. Tymczasem pod sąd trafiły nikomu nic niemówiące postacie.


Szukano haków na SLD

To miała być wielka sprawa polityczna - mówi jeden z funkcjonariuszy warszawskiego CBŚ. Zatrzymanego 22 grudnia 2005 r. Janusza G. śledczy cały czas pytali o to samo, mamiąc go wpierw instytucją świadka koronnego, a później, gdy znalazł się w kręgu podejrzeń zlecenia zabójstwa Głowali, złagodzeniem kary.

Posunięto się do wyrafinowanej gry operacyjnej, która miała wywołać reakcje w kręgu ludzi związanych z Grafem. Jeden z obrońców Janusza G., którego prokuratura trzymała w kleszczach szantażu wytoczenia mu sprawy za wyłudzenie od klienta pieniędzy, złożył oświadczenie, że Janusz G., jest gotowy złożyć obszerne zeznania. Wkrótce na tzw. mieście pojawiła się informacja, że Graf poszedł na współpracę. Wywołało to nerwowość, ale nie taką, na jaką liczyli śledczy. Kiedy doszło do przesłuchania Janusza G., ten odmówił składania zeznań i zmienił adwokata.

Jak się udało ustalić przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości głównie interesowały zeznania obciążające polityków SLD i ludzi z tzw. układu mostowego, związanego z Platformą Obywatelską. Pytano Grafa o Pawła Piskorskiego, Józefa Oleksego, Wiesława Kaczmarka, Jolantę Kwaśniewską, o znajomości z politykami lewicy Janusza Lazarowicza. Poruszano sprawę tajemniczej "walizki pieniędzy", którą kiedyś niby to miano przekazać na kampanię SLD. Mniejszym zainteresowaniem cieszyła się za to kwestia znajomości Janusza Lazarowicza z Grzegorzem Wieczerzakiem i ówczesnym prominentnym politykiem PIS-u.

Związki Wieczerzaka z Grafem?

Nie starano się zweryfikować informacji przekazanych przez Jarosława M., który zeznał w śledztwie: "Nazwisko Lazarowicz nic mi nie mówi. Ja miałem kontakty z Wieczerzakiem od PZU, bo w tym samym okresie siedzieliśmy w areszcie. On mi opowiadał o różnych rzeczach, dotyczyło to problemów zarabiania pieniędzy na inwestycjach kapitałowych. Zwierzył mi się, że swoje pieniądze trzyma na Litwie lub Łotwie, teraz już nie pamiętam. Mówił, że nikt mu tych pieniędzy nie wyrwie. Zaprzeczył, aby trzymał w Szwajcarii pieniądze, ale powiedział, że w krajach bałtyckich jest pewniej. (…) On miał wspólnika, którego poznałem, był on byłym oficerem policji lub UOP. Na imię miał Roman. Ten oficer był poszukiwany do sprawy zabójstwa Głowali. Ja tego byłego policjanta zatrudniałem dla siebie do ustaleń informacji z ewidencji PESEL i z rejestrów przedsiębiorstw. On mi też opowiadał o Wieczerzaku. Powiedział mi pewnego razu, że Wieczerzak chodził do Grafa, aby ten mu odebrał pieniądze od kogoś. Nie wiem, czy Graf skutecznie zadziałał dla Wieczerzaka".

Przypomnijmy, Piotr Głowala, w imieniu Grzegorza Wieczerzaka, próbował wyegzekwować pieniądze od byłego prezesa XIV NFI Janusza Lazarowicza. W nagraniu rozmowy telefonicznej, jaką prowadzili, jest fragment, w którym Lazarowicz mówi do Głowali: "Pan sobie kopie grób". Wkrótce potem w okolicach Góry Kalwarii znaleziono skatowane ciało Piotra Głowali. Obecnie Janusz Lazarowicz jest ścigany europejskim nakazem aresztowania i tak jak nad Januszem G. ciąży nad nim zarzut podżegania do zabójstwa. Jak wynika z zeznań Jarosława M. Graf miał mieć także dobre kontakt z Grzegorzem Wieczerzakiem, a nie tylko z Januszem Lazarowiczem. Wydaje się rzeczą naturalną, że powinny być dokładnie wyjaśnione relacje między wszystkimi osobami występującymi w tej sprawie, by dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodziło w konflikcie między nimi?

Ostatnio sprawa Grafa miała posłużyć do kolejnej rozgrywki politycznej, tym razem przeciwko byłemu szefowi MSWiA Januszowi Kaczmarkowi. Próbowano wykorzystać zbieżność nazwisk Wiesława i Janusza Kaczmarka. Jak ustaliłem z Piotrem Pytlakowskim ("Polityka") szukano potwierdzenia udziału Janusza Kaczmarka w ośmiornicy warszawskiej. Pojawiły się pogłoski o wspólnym spotkaniu trzech Januszów – Grafa, Lazarowicza i Kaczmarka. Miało się ono odbyć w apartamencie w Babaka Tower, przy ulicy Jana Pawła II. Jeden ze świadków koronnych miał złożyć zeznanie, że słyszał na mieście o takim spotkaniu. Kolejny świadek oskarżenia Adam J,. pseudonim Młody, wspomina: "Byłem przy rozmowach, które świadczą, że ich przełożenia sięgają prokuratury apelacyjnej i krajowej".

Wszystko wskazuje jednak, że jeśli w ogóle doszło do spotkania Grafa i Lazarowicza z Kaczmarkiem, mógł być to nie Janusz a Wiesław, minister w rządzie Leszka Millera, który miał kontakty z byłym prezesem XIV NFI. Sam Lazarowicz wspomina o trzech spotkaniach, zaznaczając, że miały raczej przypadkowy charakter.

Dokumenty na SLD

O udziale polityków w przestępczym procederze Janusza G. mówili w sprawie Adam J. i Tomasz S., z czego ten drugi wspominał to, co powiedział mu ten pierwszy. Obaj mieli otrzymać status świadka koronnego. Jeśli w stosunku do Adama J. śledczy szybko zrozumieli, że jego wiarygodność nie jest najwyższa i pozwolili mu co najwyżej skorzystać z prawa do złagodzenia kary, to przypadek. Tomasz S. jest uznawany przez niektórych moich rozmówców jako danie przykładu, by nie mówić w śledztwie więcej niż potrzeba. Przebywając w areszcie, poczuł się oszukany przez przedstawicieli prawa, próbował się kontaktować z mediami, m.in. za pośrednictwem byłego policjanta, obecnie prywatnego detektywa z Trójmiasta Rafała R., o którym będzie później mowa. Szybko jednak został uciszony. Po mojej i Piotra Pytlakowskiego wizycie w domu rodziców Tomasza S., w czasie realizacji programu Konfrontacja (TVP2), kilka dni później zadzwonił do nich spanikowany syn z żądaniem, aby już nie rozmawiali o sprawie z mediami. Do dzisiaj nikt z prokuratury nie jest w stanie odpowiedzieć, w jaki sposób osoba aresztowana mogła wykonać telefon?

Adam J., pseudonim Małolat, jak sam mówi o sobie "zawodowy oszust", który żył także z uwodzenia starszych kobiet, rzuca wieloma znanymi nazwiskami polityków. Wspomina m.in. o Januszu Maksymiuku, który potem jednak okazuje się być nie tym, o kogo mu chodziło, czyli byłym posłem samoobrony na Sejm.
O drugim ważnym świadku w sprawie Grafa, Tomaszu S., świadek koronny pseudonim Masa mówi: "pracował dla grupy pruszkowskiej dla Szlacheta w latach 1998-1999. Zajmował się tym, że miał znajomości w samorządach. (…) Załatwiał grunty w samorządach, a później je sprzedawał". Obecnie według Adama J. związany jest z jedną z najmocniejszych rosyjskojęzycznych grup przestępczych w Warszawie.

Jak wynika z zeznań Tomasza S. nie był osobą unikającą składania zeznań, dlatego ze zdziwieniem można zapytać, dlaczego sięgają tylko pewnego obszaru jego przestępczej rzeczywistości? Jeśli chodzi o wątek powiązań polityków ze światem przestępczym Tomasz S., oczywiście znowu pada tylko jedna opcja polityczna – SLD, zeznaje jedynie to, co usłyszał od Adama J. Ten miał mu mówić o jakichś dokumentach z kancelarii J. "Dokumenty miały dotyczyć gwarancji bankowych, z których poszły pieniądze na kampanię wyborczą Kwaśniewskiego. Ponadto miał mieć z tej kancelarii jakieś różne papiery. Z tego co mówił J. dużo osób było zainteresowanych tymi gwarancjami bankowymi aby, mieć haka na SLD (…) Miasto, czyli ludzie z Warszawy, byli zainteresowani wykupieniem tych dokumentów za duże pieniądze. Zainteresowani byli tym politycy z SLD. Wiem, że Rafał R. spotkał się z Adamem J. w sprawie wykupu tych dokumentów od Jaczewskiego".

Pytany o tamte wydarzenia Rafał R. potwierdza, że kontaktował się z Adamem J. w sprawie materiałów z kancelarii doradztwa podatkowego Vislex, prowadzonej przez Tomasza J. Według niego chętnym na zakupienie ich był też jeden z szefów prywatnej telewizji, który miał mieć wówczas konflikt z SLD. Na stronie także miał się dogadywać z jednym z potężniejszych biznesmenów z Gdyni. Kto dałby więcej, ten by uzyskał dokumenty z kancelarii Vislex. Adam J. twierdzi, że Rafał R. oferował mu za nie 4 mln złotych.

Adam J. zaraz po opuszczeniu aresztu skontaktował się z Piotrem Pytlakowskim oraz ze mną i rozżalony mówił: "Lazarowicz to jest tak potężny człowiek, z powiązaniami z SLD, że nie jest sobie pan w stanie wyobrazić. Ja woziłem pana Lazarowicza i Grafa na spotkania, na Powiśle do siedziby SLD. Zeznałem to na papierze. Dlaczego te wątki nie zostały ruszone?" Przyznał, że wyniósł z kancelarii J. dokumenty i taśmy wideo z zarejestrowanymi biznesmenami i politykami. Zapewniał, że dwie z nich otrzymamy do wglądu. Jednak minął miesiąc i taśm oraz ich niby-posiadacza już więcej nie zobaczyliśmy. Przestał także odpowiadać na telefony.

Grafa chroniły służby

Rozmówca z Prokuratury Krajowej wspomina, że w tej sprawie, zaraz po jakimś przełomie, gdy sprawy nabierały tempa, wątki wydawały się prowadzić do konkretnego celu, nagle ktoś włączał hamulce. Wykonywać zaczęto pozorne działania. Zamiast protokołów przesłuchań sporządzano najpierw notatki. Może gdyby padały tylko nazwiska z lewej strony śledztwo toczyłoby się wartko, ale pieniądz nie zna koloru partyjnego i pojawiały się osoby związane także z rządzącą partią i koalicjantami. Przy tym ślady prowadziły także do wysoko postawionych funkcjonariuszy policji i wymiaru sprawiedliwości.

Adam J. mówi wprost o wpływach Grafa w wymiarze sprawiedliwości: "Dzięki komu Graf przez dwanaście lat bycia na ulicy nawet nie był przesłuchany? Ma takie kontakty z policją i służbami, że wiedział, że przyjdzie do niego na rewizję terror kryminalny. Była 6.30, a on już siedział ubrany w dresach, popijał herbatę, bo wiedział, że za chwilę do niego wjadą".

Janusz Graf wyciąga pistolet. Pytam, czy nie boi się, że go zatrzymano do kontroli. A on, patrz. Wyciąga pozwolenie na broń. Jasiu, nie żartuj sobie – mówię. Miał dwie jednostki broni. Jednego Waltera P99, takiego jakie posiadają policjanci. Wersja oryginalna, nie robiona w Polsce tylko w Austrii. Dostał go w prezencie od pana Lazarowicza. Drugi miał bębenkowy, małokalibrowy, chyba 7,65. "Ty dostałeś pozwolenie na broń?". "Adam, pozwolenie na broń to jest nic".

W zezwoleniu Grafowi pośredniczył emerytowany oficer wojska polskiego – major Jerzy K. z sekcji strzeleckiej CWKS Legia. Ostatecznie zezwolenie miało być podpisane z upoważnienia byłego komendanta stołecznej policji gen. Ryszarda Siewierskiego. O dwuznacznej roli Siewierskiego w tej sprawie miał bezskutecznie mówić ówczesnemu komendantowi głównemu policji gen. Antoniemu Kowalczykowi prywatny detektyw Marcin Popowski, który między innymi tym tłumaczy swoje późniejsze problemy z wymiarem sprawiedliwości. Aresztowanie, a dzisiaj proces odbierania mu właśnie prawa do posiadania broni. W protokołach przesłuchań Adama J. trudno znaleźć jednak najwyższe policyjne szarże generalskie, choć i to, co zeznaje, daje do myślenia: "Wiem z bezpośredniej rozmowy, w której brałem udział, iż sam Graf skorumpował policjanta wysokiej rangi z Centralnego Biura Śledczego w Warszawie, zajmującego się kierowaniem wydziałem do przestępstw gospodarczych i finansowych". Oficer ten miał charakterystyczne długie włosy spięte w kitkę, stąd Graf miał na niego mówić Kitka. Po tej zasłyszanej przez niego rozmowie Graf miał mu powiedzieć, że "będzie musiał Kitce dać 120-150 tysięcy złotych i że będzie musiał odjebać dwóch psów, chodziło o policjantów prowadzących sprawę paliwową oraz prokuratora prowadzącego sprawę, że nie ma wyjścia, bo jego człowiek w CBŚ nie może zapanować nad tymi psami i prokuratorem".

Małolat twierdzi także, że posiada "wiedzę na temat policjanta z Komendy Stołecznej Policji ps. Franc. Jest on funkcjonariuszem wydziału realizacji i obserwacji". Tenże miał sprawdzać dla nich samochody i osoby, którymi interesowała się policja. Innym funkcjonariuszem, który miał być powiązanym z grupą Grafa, był oficer CBŚ z "Okrzei o imieniu Maciej. Wiem, że wcześniej jeździł samochodem m-ki Omega B, kol. Wiśniowego, który sprowadził sobie z Holandii, przy czym Piotr A. pomagał mu przy robieniu rejestracji i przeglądu technicznego. Maciek to "uszy i oczy" Starego, tzn. Grafa".

Dwa lata temu dotarłem z Piotrem Pytlakowskim do rozpaczliwego pisma policjantów kierowanego do ministra sprawiedliwości, którzy wprost pisali, że ich szefowie hamują śledztwo. Wspomnieli o ich przestępczych powiązaniach. O tym, że ścigani przez nich ludzie, są uprzedzani o działaniach wymierzonych przeciwko nim. Jak powiedział nam wówczas Prokurator Krajowy Janusz Kaczmarek, potwierdzający fakt istnienia takiego listu, dla jednych były to zarzuty uczciwych policjantów, dla drugich pieniaczy. Jak widać z perspektywy czasu, po dwóch latach, zwyciężył drugi pogląd. Do dnia dzisiejszego żaden wysokiej rangi policjant, prokurator nie został postawiony w stan oskarżenia w związku ze sprawą Grafa.

Czyżby to właśnie upolitycznienie sprawy w jednym kierunku doprowadziło do tego, że ta jedna z głośniejszych afer skarlała do obecnych rozmiarów? Gdzie jedyną znaną postacią jest tylko Janusz G., pseudonim Graf, bo reszta to płotki, pływające w morzu prawdziwych przestępczych interesów.

Sylwester Latkowski dla Gazety Finansowej, nr46/2007

(1) komentarzy / skomentuj

Porwali syna, chcieli także córkę. Planowali zabić ojca. 16-11-2007 20:51

Prawie siedem godzin na sali sądowej w Płocku. Kolejny dzień procesu porywaczy i zabójców Krzysztofa Olewnika. Zeznaje Ireneusz P., ksywa „Bokser” . Beznamiętnie opowiada o okładaniu stalową calową rurką do odprowadzania wody skutego Krzysztofa. Potem wyjawia, że planowano porwanie również siostry Krzysztofa. „Za dwóje dzieci ojciec więcej zapłaci” . Okazało się, że ojciec Krzysztofa miał być zabity „za szum, który robi”. Twarz Ireneusza P. nie potrafi ukryć tego, gdy kłamie. Wówczas głęboko nabierapowietrze  w usta, aż wypychają się mu policzki. Tego jednak nie można było sfilmować. Sąd z troski o dobro oskarżonych, by nie pogwałcić ich prywatności, cały proces objął zakazem rejestrowania, pozwolił jedynie na obserwację.


Na zdjęciu: Ojciec i matka Krzysztofa Olewnika.

(2) komentarzy / skomentuj

Łatwo się wysyła w Polsce żołnierzy na wojnę 15-11-2007 21:27

Oskarżono o popełnienie zbrodni wojennej i aresztowano wszystkich siedmiu żołnierzy zatrzymanych w związku z sierpniową akcją w Afganistanie, w której zginęli cywile.

Od dawna mówiono, że misja w Afganistanie była skandalicznie przygotowana. W ostatniej chwili zmieniono jej charakter. Kilka dni temu Generał Marek Tomaszycki, który był dowódcą I zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego Afganistanie, opowiedział się za zwiększeniem liczby polskich żołnierzy w tym kraju.

- Myślę, że ze 300 (dodatkowych żołnierzy) by się przydało z wojskowego punktu widzenia, by swobodnie operować i zapewnić bezpieczeństwo w rejonie, za który my odpowiadamy w pełnym zakresie - dodał, apelując do polskiego narodu o "wyrozumiałość".

Tak, naród jest bardzo wyrozumiały dla tych, którzy łatwo wysyłają naszych żołnierzy na wojnę. Nikt nie raczył nawet wygłosić orędzia do narodu uzasadniającego misję w Afganistanie. Tłumiono dyskusję nad sensem i celowością udziału w tej wojnie uzasadniając to interesem narodowym kraju.

Jak zwykle ofiarami są zwykli ludzie i żołnierze, a nie dowódcy, minister obrony narodowej, premier, prezydent.


(2) komentarzy / skomentuj

Inwigilacja ma być po staremu? 09-11-2007 11:28

Kilka dni temu Paweł Biedziak opublikował na łamach Gazety Wyborczej artykuł o koniecznych zmianach w funkcjonowaniu służb i policji. Kończy go słowami:

„I najważniejsze. Pora zakończyć kontrole operacyjne (m.in. podsłuchy, podglądy) uruchamiane przez policję i służby specjalne bez zgody sądu. Dzisiaj funkcjonariusze za zgodą prokuratora mogą bez aprobaty sędziego w sytuacjach niecierpiących zwłoki podsłuchiwać wybrane osoby. Muszą tylko skierować do sądu prośbę o wyrażenie zgody w przyszłości. Jeśli przez pięć dni sąd nie zgodzi się na zastosowanie podsłuchu, funkcjonariusze powinni zniszczyć nagrania. Ale jak mówią złośliwi, "co się nasłuchali, to wiedzą". Zorganizowanie i opłacenie grupy specjalnie przygotowanych sędziów, którzy dyżurując przez 24 godziny w sądach okręgowych, wydawaliby zgody na wszystkie kontrole operacyjne, nie powinno być większym problemem.


Kontroli sądowej trzeba poddać też operacje specjalne, takie jak np. wręczenie łapówki. Dziś do ich uruchomienia potrzeba tylko zgody prokuratora. W interesie nas wszystkich, także policji i służb, jest to, aby o kontrolowanym wręczeniu łapówki ostatecznie decydował specjalnie przygotowany sędzia.

Może w ogóle należałoby rozpocząć dyskusję o instytucji sędziego śledczego?”

Bez uregulowania tej kwestii służby nadal będą zakładać według swego uznania podsłuchy i prowadzić inne działania operacyjne, tak jak to miało miejsce i z pewnością nadal będzie miało. Z moich rozmów wynika, że już trwa lobbing by pozostawić aktualne rozwiązania.

(7) komentarzy / skomentuj

Nie bedę Jurandem - rozmowa z Januszem Lazarowiczem 08-11-2007 09:03

Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski: Czy może pan powiedzieć, gdzie teraz przebywa?
Janusz Lazarowicz: O nie.
-  Jest pan poza Polską?
- Tak.
- Kiedy się pan dowiedział o tym polskim nakazie aresztowania?
- W poniedziałek. Według mnie nie ma powodu by wydać nakaz. Wydaje się go jeżeli ktoś uciekł i się ukrywa, prawda? Jeżeli ja wszystkie kontrakty miałem, że mieszkam w Londynie i będą mi opłacać podróż do domu. Ja od dwudziestu paru lat mieszkam w  Anglii. Jak się dowiedziałem, że wydano europejski nakaz aresztowania, to wyjechałem z Anglii. Ale ja się nigdy nie ukrywałem przed polskimi władzami, prokuratorem. Zanim wyjechał z Polski byłem przesłuchiwany.
-  Kiedy był pan ostatni raz przesłuchiwany? I w jakim charakterze?
-  Nigdy nie byłem podejrzanym. Przesłuchiwano mnie w różnych sprawach. Natomiast mówimy o śmierci  pana Głowali. Ja tego faceta nigdy nie znałem. To jest też następna fikcja prokuratury. Cała sytuacja była taka: Przychodzi pan Głowala do mnie do biura, w Polsce. No i ja dzwonię do pana mecenasa Woźnego. I mówię, kto to jest ten facet? A Piotr mówi do mnie, że to jest Pruszków. Co człowiek wtedy robi? Zastanawia się nad swoim bezpieczeństwem. Trzeba pamiętać o tym, że pan Głowala siedział razem z panem Wieczerzakiem. Tam się poznali i Wieczerzak przysłał go z szantażem do mnie. To jest historia niebywała. Mnie zrujnowali życie. Wszystko przez to, że pan Wieczerzak opowiada bzdurstwa.
- To, że stał się pan podejrzanym wynika z nagrania, z pana słów „kopie sobie pan grób”.


- Największy błąd mojego życia. Ale to ja dostarczyłem taśmę do prokuratury. Ja dałem ją policji. To nie było tak, że taśmy zostały odkryte. Ja dostarczyłem wszelkie dowody przeciwko sobie.
- Zarzut w tej sprawie ma też Janusz Graf. Czy znał pan Janusza Grafa?
- Znam Janusza Grafa i uważam, że na pewno takiego przestępstwa nie popełnił. Dla mnie to był facet, który chciał wyjść z półświatka.  Zresztą pan Janusz Graf nigdy nie miał żadnych zarzutów. Zawsze się mówiło, że to facet z półświatka, ale on chciał z niego odejść. On chciał zostać normalnym biznesmenem.
- Kiedy go pan poznał?
- To był facet, który przyszedł do mnie z propozycją nabycia nieruchomości na rogu Mokotowskiej i Hożej.
- Hoża 2?
- Tak. On przyszedł z propozycją, że jest coś takiego do kupienia. Czy to było 20 listopada 1997 roku, czy? Naprawdę trudno mi powiedzieć kiedy dokładnie go poznałem. Ale to był niewinny kontakt. To był facet, który przyszedł do funduszu, ja byłem wtedy prezesem NFI.
- A od kiedy był pan nim?
- Byłem v-ce prezesem Reifeisen Banku w 1997 roku. Potem chyba w 2000 roku zostałem prezesem Reifeisena Investment w Polsce. A prezesem funduszu byłem chyba od 2001. Nie mam przed sobą dokumentów, by powiedzieć kiedy dokładnie.
- Ta data jest ważna, by określić kiedy się panowie poznali.
- Byłem wtedy w funduszu (NFI). To był 2001 rok. ( od aut.: Janusz Lazarowicz był w latach 1998 - 2000 członkiem Raiffeisen Centrobank, Od 2000 do 2002 roku był szefem spółki Raiffeisen Investment Polska )
- Jaki charakter później zaczęła mieć ta znajomość.
- Żadnych interesów oprócz tej Hożej z panem Grafem nie prowadziłem. To była po prostu bardzo dobra inwestycja.
- Na czym polegał interes z Hożą i pana rola w nim?
- Jako fundusz przejęliśmy firmę Mardex za 26 mln i to zostało sprzedane. Jak ja oddałem fundusz i wyjechałem z Polski to z tego co ja słyszałem to zostało sprzedane za 60 mln. Ale ani ja ani pan Graf nie odniósł korzyści materialnych z tej transakcji.
- Czy wyście się w taki razie spotykali później towarzysko?
- Tak.
- Czy to była przyjaźń?
- Tak bym powiedział.
- Czy był pan świadkiem na jego ślubie?
- Teraz zadaje mi pan trudne pytanie.
- Bycie świadkiem to się pamięta.
- No, no.
- Był pan?
- No wie Pan, byłem. Tak.
- Dlaczego nie chciał pan odpowiedzieć wprost?
- No wie, pan…
- Z dat wynika, że ten ślub Grafa był w 2000 roku, więc to jeszcze pan nie był szefem NFI. No tak, ale na pewno byłem w Reifeisen. Te wszystkie daty się człowiekowi kręcą.
- Czy to prawda, że osobą, która was ze sobą poznała był Grzegorz Żemek?
- Nie.
- Pan wspomniał, że przestraszył się pan pana Głowali, bo przedstawiono go jako człowieka Pruszkowa. A to Graf był człowiekiem Pruszkowa, był bardziej z nim związany niż Głowala, a jego to się pan nie bał?
- Ja w ogóle o tym nie wiedziałem, że on był powiązany z Pruszkowem.
- Wiem, że pan się wstydził tej znajomości, próbował ją ukrywać. Na przykład Maciejowi Gorzelińskiemu na początku pan się wyparł tej znajomości.
- No tak… To jest… Ja tego nie pamiętam po prostu, czy ja mówiłem Maćkowi Gozrelińskiemu, czy nie.
- Jak pan kupował Mardex poznał pan Mariusza P.
- Tak.
- Jaka jest pana opinia na temat tego człowieka.
- Cały akt oskarżenia przeciwko mnie jest bazowany na zeznaniach pana P. Ja go spotkałem dwa, może trzy razy w życiu.
- Czy on ma do pana pretensje?
- On ma pretensje takie, że on z Mardexu zaczął wyciągać pieniądze, i to duże. Jest akt oskarżenia przeciwko niemu na kwotę 7 mln. złotych. W związku z tym ja powiedziałem Januszowi Grafowi. Ty mnie kolego, zapewniałeś, że pieniądze nie będą wyciągnięte z tej spółki. W związku z czym Janusz Graf wyrzucił go ze spółki.
- Może dlatego czuje się oszukany i ma pretensje?
- Ale jak się ma czuć oszukany? Ktoś kto wyciągnął ze spółki 7 mln. nie może się czuć oszukany.
- Przeciwko panu zeznaje także Adam J.
- Tego to nie znam.
- On twierdzi, ze czasami był pana kierowcą, ze Graf go wysyłał po to by odebrał pana z lotniska.
- Ja miałem swoich dwóch kierowców. Zatrudniłem sobie kierowców ochroniarzy właśnie po tym jak przyszedł do mnie pan Głowala. Ale to nie był pan J. To nazwisko nic mi nie mówi.
- Kim był ten ochroniarz, którego pan zatrudnił?
- To był Piotr M.
- Nosił charakterystyczną kitkę?
- Tak jest.
- To był były policjant?
- On był w jakichś służbach.
- Czy to prawda, ze jacyś ludzie z WSI mieli się domagać od pana by wyjechał z Polski, bo chcieli przejąć NFI?
- Nie ( po dłuższej chwili).
- Nikt nie naciskał na pana?
- Nie. Nikt nie naciskał.
- Pan opowiadał to jednej z osób, z którą rozmawialiśmy.
- Aha… Jedyną historię, którą ja pamiętam to była historia jak Grzegorz Wieczerzak został zatrzymany i pani Kamila Sowińska powiedziała, że pana Lazarowicza w Polsce nie chcemy widzieć. Niech on nie przyjeżdża do Polski.
- Czy odebrał to pan jako próbę zastraszenia?
- Definitywnie.
- Co jest przyczyna pana problemów?
- Jedna i wyłącznie. To jest Grzegorz Wieczerzak.
- To robi pan z niego wszechpotężną osobę, która ma wpływ od polityków po prokuraturę.
- To jest człowiek, który pomawia ludzi. On sobie spokojnie siedzi w Polsce. On widocznie ma dobre kontakty z obecnym rządem.
- Z którymi politykami się pan dobrze znał?

(Wzdycha. Długa cisza.)

- W jakich okolicznościach uzyskał pan angielskie obywatelstwo?
- Wyjechałem z Polski w roku 1980. Miałem wtedy 30 lat. Wróciłem do Polski tylko dlatego, że pojawiły się możliwości biznesowe.
- Ktoś musiał pana wprowadzać w polską rzeczywistość.
- No, to prawda.
- Czyli kto pana wprowadzał?
- Pan profesor Leszek Pawłowski, z którym byłem na uniwersytecie gdańskim. (od aut: Obecnie prowadzi Doradztwo Prawne są usługi prawne oraz usługi doradcze związane z prowadzeniem działalności gospodarczej i zarządzaniem. Kancelaria w Gdańsku-Wrzeszczu).
- W którym roku pan wrócił?
- Chyba to był 1994 rok.
- Jak młody człowiek wyjeżdżając z Polski robi karierę w bankach?
- Mam magistra ekonomii uniwersytetu gdańskiego. Zacząłem prace…. Była taka firma nazywająca się Transpol. Ja byłem reprezentantem firm zagranicznych w Polsce. To było koniec lat 70-tych.
- Wtedy musiał pan być pod kontrolą służb.
- Ja nigdy nie byłem w żadnych służbach. Jedno spotkanie jakie miałem ze służbami to było jak objąłem stanowisko sprzedawcy w firmie Transpol, to przyszli do mnie panowie ze służb i powiedzieli: Tu pan mus temu panu whisky zanieść. Temu kolacje postawić raz w roku. Natomiast nigdy nie byłem pod żadną ochroną służb.
- Co pan sprzedawał w tej firmie?
- Łapaczki oleju.
- Jak to się stało, że pan w  świat finansjery wszedł? Co było przełomowym momentem?
- W roku 1979 zostałem najlepszym agentem na cały świat w BP i zaproponowano mi prace w RPA.  Pracowałem tam przez parę miesięcy dla BP, a potem przeszedłem do Truck Bank In Africa. Tam bardzo szybko zrobiłem karierę. Potem zostałem przeniesiony do ich oddziału banku w Londynie. Później założyłem własną firmę maklerską w Londynie. Zadzwonił Leszek Pawłowski, powiedział, że zwalnia się z uniwersytetu i może bym zaczął pracować w Polsce. I tak się moja praca zaczęła w Polsce.
- Czy zna pan byłego prokuratora krajowego i szefa MSWiA Janusza Kaczmarka?
- Nie. Nie cierpię go.
- Zaczyna krążyć  nazwijmy to na mieście opowieść o spotkaniu trzech Januszów w apartamencie Babka Tower przy Jana Pawła II. Pana, Grafa i Kaczmarka. ( Od autorów: w tej sprawie byli wzywani na przesłuchania świadkowie, m.in. jeden z bardziej znanych świadków koronnych. Z naszych informacji wynika, że mogło chodzić o spotkanie z Wiesławem Kaczmarkiem, a nie Januszem.).
- To bzdura.
- Czy znał pan Grzegorza Żemka?
- Tak. To było na początku lat 90-tych.
- Afera FOZZ?
- Tak jest. Nie pamiętam, kto mnie wprowadził do niego. Widziałem go 15 minut to wszystko.
- Czy znał pan Roberta Poczmana?
- Tak.
- W jakich okolicznościach pan go poznał?
- Poznałem go przez Janusza Grafa.
- Prowadziliście jakieś interesy?
- Nie.
- Czyli znajomość towarzyska?
- Tak.
-  Czy dawał pan jakiekolwiek zlecenie Krzysztofowi Rutkowskiemu? (Od aut. – Krzysztof Rutkowski miał na zlecenie Grafa i Lazarowicza odszukać Adama J, by uzyskać od niego dokumenty z kancelarii J.)
- Nie, poznałem go we włoskiej restauracji Wenecja, kiedy ja byłem tam z Cezarym Pazurą i on wszedł do restauracji.
- Czy znał pan kancelarie radców prawnych J? ( Od aut. – Kancelaria odgrywała według śledczych ważną rolę w tzw. sprawie ministerstwa finansów i grupie Grafa.)
- Nie
- Roberta R.? (Od aut. – aresztowany w związku z zabójstwem Głowali)
-  Nie.
- To czy może pan wytłumaczyć, jak jest pan włączony do grupy przestępczej Grafa, skoro nie znam pan ludzi oskarżonych o udział w niej?
-  Ja nie mam zielonego pojęcia. Jestem wstrząśnięty tymi zarzutami. Ja znałem tylko Janusza Grafa a reszty nie.
- Jeżeli pan uważa się za niewinnego, to czemu nie zgłosi się pan do prokuratury i nie wyjaśni tego wszystkiego?
- Ja nie będę Jurandem ze Spychowa, żeby język wycięli i oko wyłupili.
- Pan się obawia o swoje życie i zdrowie?
- Obawiam się, że będę siedział w więzieniu za nic przez trzy lata, potem mnie wypuszczą i powiedzą, łups, przepraszamy bardzo, pan jest niewinny
- Nie obawia się pan okresu ukrywania się?
- Uważam, ze lepiej być za granicą niż w polskim wymiarze sprawiedliwości. Ktoś chce mnie złapać za nic. Ja nie miałem do czynienia z żadna polityką, służbami. Ja zostałem kozłem ofiarnym.
- Kto robi z pana kozła ofiarnego?
- To wszystko jest robione przez pana Grzegorza Wieczerzaka, który mnie wciągnął w NFI i opowiada teraz głupoty do prokuratury.
- Kiedy był pan ostatni raz w Polsce?
- W marcu 2006.


Fragmenty rozmowy zarejestrowanej 4 października 2007 roku. Częsciowa publikacja w Polityce Nr 44. Kilka dni po tym, jak Janusz Lazarowicz dowiedział się, że wydano za nim europejski nakaz aresztowania. Nie publikujemy części rozmowy poświeconej kontaktom Lazarowicza z konkretnymi politykami. Obecnie z Piotrem Pytlakowskim pracujemy nad tym wątkiem.

(4) komentarzy / skomentuj

Tacy nie zabijają? (wersja rozszerzona) 07-11-2007 00:39

Po ponad 3 latach od zabójstwa gracza giełdowego Piotra Głowali, wydano Europejski Nakaz Aresztowania ukrywającego się poza Polską Janusza Lazarowicza, b. prezesa XIV NFI. To on miał podżegać do zabójstwa. Dotarliśmy do Lazarowicza i innych bohaterów tej historii. Jako pierwsi przedstawiamy ich wersje i porównujemy je z ustaleniami prokuratury.

Piotr Głowala w imieniu Grzegorza Wieczerzaka (b. prezesa PZU Życie) kontaktował się z Januszem Lazarowiczem. Próbował odzyskać od niego dług, jaki Lazarowicz miał wobec Wieczerzaka (to wersja b. prezesa PZU, dług dotyczył rozliczeń biznesowych). Lazarowicz roszczenia nie uznawał, nie oddał ani złotówki. Rozmowy z Głowalą nagrywał. Na taśmie zachowały się słowa, które dzisiaj są – według śledczych - jednym z dowodów jego winy. Powiedział do Głowali: „Pan sobie kopie grób”.


27 maja ciało gracza giełdowego znaleziono w pobliży wsi Brześce (k. Góry Kalwarii). Miał rozrąbaną głowę i potężne rany rąbane szyi. Śledczy uznali potem, że narzędziem zbrodni była jakaś biała broń, szabla albo maczeta. Ofiara była przed śmiercią torturowana.  

Jesteś małym oszustem

Od początku przyjęto kilka możliwych wersji zdarzeń. Wiedziano, że Głowala obracał się w różnych kręgach. Był znany wśród kolekcjonerów dzieł sztuki, handlował obrazami. Mieszkał w Komorowie, wśród sąsiadów miał osoby uznawane za członków grupy pruszkowskiej. Spekulował na giełdzie, z tego powodu popadł w długi. Wiedziano wreszcie, że to on w imieniu Grzegorza Wieczerzaka chciał odzyskać pieniądze od Janusza Lazarowicza.
Krótko przed śmiercią Głowali do Lazarowicza dotarła wiadomość, że Grzegorz Wieczerzak szykuje jakiś atak. Lazarowicz – to akurat argument na jego korzyść – nie sięgnął po jakieś szczególnie drastyczne środki. Wynajął agencję PR, aby ratować wizerunek. – Wiedzieliśmy, że Wieczerzak chce zorganizować konferencję prasową i opluć Lazarowicza. Poradziłem mu więc, aby uprzedzająco ujawnił dziennikarzom fakty o swoich relacjach z Wieczerzaniem i nagrał kolejne rozmowy z Głowalą – opowiada Maciej Gorzeliński z agencji MDI.  Przez następnych kilka dni Lazarowicz twierdził, że Głowala nie odbiera telefonu. A potem  zadzwonił do Gorzelińskiego i przerażonym głosem oznajmił, ze właśnie byli u niego faceci z CBŚ,  w sprawie zabójstwa Głowali.
Gorzeliński ma nadzieję, że Lazarowicz nie ma nic wspólnego z zabójstwem. – To typ miękkiego, uczuciowego mężczyzny, tacy raczej nie zabijają – mówi. – Morderca nie przekazuje prokuratorowi nagrania w którym mówi „Pan sobie kopie grób”. Chciałbym wierzyć, że ktoś go w to wrabia.
Prawdopodobnie właśnie to nagranie rozmowy z Głowalą (ale też zeznania żony Głowali i Grzegorza Wieczerzaka) skierowało śledczych na trop Lazarowicza. Zaczęto go prześwietlać. Badano przepływy finansowe z NFI, którym kierował. W świecie biznesowym stolicy pojawiły się pogłoski, że z NFI wyprowadzono ponad 50 mln zł, że Lazarowicz wdał się w interesy z mafią. Do Gorzelińskiego dotarła wiadomość, że jego klient ma podejrzane konszachty z Januszem Grafem uważanym za gangstera powiązanego z grupą pruszkowską. – Spytałem go, czy to prawda – wspomina Gorzeliński. – Odrzekł, że to bzdura, w ogóle nie zna Grafa. Kiedy później jego znajomość z tym gangsterem została niezbicie potwierdzona, zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że jest małym oszustem. Od tej pory nie utrzymujemy kontaktów.

Zabili go mieczem

Janusz Graf od wielu miesięcy przebywa w areszcie. Zatrzymano go pod m. in. zarzutem wyłudzeń podatku VAT i korumpowania urzędników ministerstwa finansów. Później do tej listy dopisano udział w zabójstwie Piotra Głowali. Ten sam zarzut mają Robert R. (zwany Robertem z „Czarnego Kota” – hotelu przy ul. Okopowej ) i Andrzej L., ps. Rygus.
Przeciwko Grafowi i jego wspólnikom zeznania złożyło kilku niezależnych świadków. Obciążają też pośrednio Janusza Lazarowicza. Jednym z nich jest Adam J. ps. Małolat. W zamian uzyskał w swojej sprawie (o oszustwa) nadzwyczajne złagodzenie kary. Dwa tygodnie temu wyszedł z więzienia. Odbył rozmowę z dziennikarzami „Polityki”. Oto jego relacja (spisana z nagrania dyktafonowego):
„Ja uciekłem z Warszawy, kiedy zaczęła się sprawa Głowali. Ja jestem oszustem, zawodowym przestępcą, ale ja nie jestem mordercą. Wiem, że Głowala zginął dlatego, ze chciał zrobić krzywdę Lazarowiczowi.
Było tak. Lazarowicz zalega pieniądze Głowali i Wieczerzakowi. Szantażują Lazarowicza.  Do gry wchodzi Graf. Nie mogą zabić Wieczerzaka. Wiedzą, że on ma dokumenty i jak mu się coś stanie one wyjdą. Ma na nich wszystkich dokumenty. Ale muszą go zastraszyć. Pada na Głowalę. Głowala jedzie na spotkanie z Lazarowiczem. Niby ma dostać jakieś pieniądze. Głowala mówi, że jak dostanie pieniądze, odda im jakieś papiery. Przyjeżdża na spotkanie i pobierają go z ulicy.
Miałem jechać do ministerstwa finansów. Stary (Janusz Graf – przyp. aut.) mnie wysłał do Roberta z Czarnego Kota, bo mieli mi dać ochronę. Byli bardzo zdenerwowani. Wszyscy ubrani nie na przestępców. Robert nie chce mi dać ludzi. Mówi, że za chwilę pobierają Głowalę.  Wiec ja się zawijam ze spotkania i sam jadę z pieniędzmi do ministerstwa finansów.
Pobierają go. Wywożą do lasu. Myślą, ze ma dokumenty. Nie ma dokumentów. Zaczynają się tortury.
Jest potem spotkanie na Kajki. U Janusza Grafa w domu. Ja, Stary, Lazarowicz. Usłyszałem, ze nie żyje i że mam zapomnieć o tym co widziałem.
Oni go torturowali. Oni się nad nim znęcali. On był ileś godzin torturowany. Na końcu mieczem samurajskim podcięli mu szyję. A nie zakopali go, tylko porzucili,  by nastraszyć  Wieczerzaka. W piątek miała być konferencja Wieczerzaka, że ujawni pewne rzeczy. I faktycznie Wieczerzak się przestraszył. Wieczerzak tak się obsrał, ze powiedział, że nie ma nic do powiedzenia.
Wykonawcami byli dwaj Czeczeni. Jeden jest zatrzymany, a drugi zginął w wypadku samochodowym pod wiaduktem. Był też Robert z Czarnego Kota, który siedzi za to.  Był też Andrzej L., ksywa Rygus. I jeszcze było kilku pomocników, jak oni go pobierali.
Oprócz mnie jeszcze zeznaje przyszły świadek koronny od tej grupy Modlińskiej, gdzie kilka głów zostało wykopanych,  Piotrek K.. ksywa Kopiak. Najważniejsze są moje zeznania, bo ja niestety przy tym wszystkim byłem”.
Adam J. składał zeznania m. in. do sprawy finansowych przestępstw popełnianych przez urzędników ministerstwa finansów, do sprawy Głowali i do sprawy Janusza Grafa.

Nigdzie nie uciekniesz

Spotkaliśmy się z innym ważnym świadkiem w tej sprawie. To Mariusz P., przedsiębiorca budowlany. Przed laty założył firmę budowlaną „Mardex”. Mariusz P. w 2003 r. dowiedział się, że w centrum Warszawy, u zbiegu Hożej i Mokotowskiej można okazyjnie kupić dwie działki – w sumie ponad 2,2 tys. metrów za ponad 9 mln zł. Szukał do tej transakcji wspólnika, który zapewni finansowanie nie tylko zakupu, ale i późniejszej inwestycji. Planował wybudowanie obiektu za ok. 60 mln zł. Szacował, że nieruchomość będzie potem można sprzedać za ok. 120 mln zł. Trafił się Janusz Graf, dawny znajomy.
Grafa znał od lat, ale nigdy nie było między nimi zażyłości. – To raczej był znajomy mojego brata – mówi. Bratem Mariusza jest Wojciech P., właściciel firmy budowlanej, zaprzyjaźniony w latach 90. z gangiem pruszkowskim. To jego kiedyś gangsterzy próbowali wprowadzić na fotel wiceministra budownictwa, ale awans uniemożliwiła policja.  Mariusz P. sprzedał Grafowi swój dom w Aninie. – Kiedy dowiedział się, o interesie jaki miałem na oku, zaproponował, żebym dopuścił go do spółki, on ma teraz super układy, załatwi pieniądze – opowiada Mariusz P. Graf  poznał go z Januszem Lazarowiczem i Arkadiuszem D. (wiceprezesem XIV NFI). Obiecali pożyczkę, ale pod warunkiem, że Graf będzie miał połowę Mardexu. Tak się stało. – Przez 1,5 roku załatwiłem wszystkie pozwolenia na budowę, zrobiłem plany architektoniczne, przygotowałem inwestycję do startu – kontynuuje P. – Ale okazało się, że już im nie jestem potrzebny.
Jest pewien, że Lazarowicz z Grafem z góry zaplanowali przejęcie jego spółki. Działka w najlepszym punkcie miasta była warta nieczystej gry. – Przelewali na rzecz inwestycji kolejne transze, a potem zmuszali mnie do ich wypłacania i oddawania im. Zrobili sobie pralnię brudnej kasy.
W końcu padło żądanie, aby przepisał swoje udziały na Grafa. Nie chciał się zgodzić. Zaczął być zastraszany. Pod dom podjeżdżali bandyci, odbierał telefony z pogróżkami, Graf pobił jego pracownika. Kiedyś w tajemnicy wykupił sobie wycieczkę do Egiptu. Na miejscu okazało się, że w tym samym hotelu mieszka Graf. – Roześmiał się i powiedział, że nigdzie nie ucieknę, znają mój każdy krok – mówi Mariusz P. Właśnie w tym Egipcie Graf po pijanemu opowiedział mu o sprawie Głowali. – Wyznał, że to Lazarowicz zlecił zabicie tego chłopaka, ze szczegółami opowiedział, jak to się odbyło. Chwalił się tym, ani cienia skruchy. A następnego dnia spytał, czy wiem po co mi to ujawnił i sam odpowiedział:  żebyś wiedział, że z tobą możemy zrobić to samo.
Mariusz P. zaczął obawiać się o życie. W dniu kiedy jego żona uległa tajemniczemu wypadkowi (spadła ze schodów, przeszła trepanację czaszki, dziś już odzyskała sprawność, ale okoliczności wypadku nie pamięta), ugiął się. Podpisał Grafowi  przyrzecznie sprzedaży swojej części spółki Mardex. Zgodził się nawet na zaproponowaną cenę – zaledwie 200 tys. zł. Potem jednak umowę zmieniono. – Lazarowicz zdenerwował się, że to będzie źle wyglądało, jak Graf nabędzie spółkę, na którą kasę wykłada NFI – tłumaczy. – Kazał swojemu prawnikowi spisać ze mną umowę na 400 tys. zł, a nabywcą była spółka Foxone, zależna od NFI. Ale i tak zapłacili mi tylko połowę.
Dzisiaj Mariusz P. występuje w tej sprawie w dwóch rolach. Toczy się przeciwko niemu proces o działanie na szkodę spółki i wyprowadzenie z niej ok. 7 ml zł (pieniądze które wypłacał m. in. na żądanie Grafa). Jest też jednym z ważniejszych świadków w sprawie przeciwko Grafowi i Lazarowiczowi.

Kciuki za Lazara

Przez pośredników udało nam się skontaktować z samym Januszem Lazarowiczem. Właśnie dowiedział się, że Polska wydała za nim Europejski Nakaz Aresztowania. To uproszczona forma ekstradycji. Lazarowicz ma obywatelstwo brytyjskie, co komplikuje całą procedurę. Nie ujawnił nam, gdzie teraz przebywa. Rozmawialiśmy z nim telefonicznie. Podano nam portugalski numer kierunkowy (w Portugalii ma nieruchomość), ale rozmowa mogła być przekierowana do innego kraju. Fragmenty rozmowy publikujemy w ramce.
Wersja Lazarowicza nie zmieniła się od jego wyjazdu z Polski (ok. 1,5 roku temu). Zaprzecza wszystkiemu, nie zlecał zabójstwa Głowali, to raczej on jest ofiarą wrogich działań innych osób, w tym Mariusza P. i Grzegorza Wieczerzaka. Janusza Grafa znał krótko. Nie wiedział, że jest gangsterem, uważał go za biznesmena.

O jego komitywie z Grafem opowiada Adam J., ps. Małolat, który przez 13 lat działał w grupie Grafa, był jego zaufanym i kierowcą. Poznał go w 1994 r. Zapamiętał Grafa jako potężnego (prawie 140 kg) mężczyznę, porywczego i groźnego. Potem Adam J. trafił na jakiś czas do więzienia, a kiedy wyszedł, Graf był jak odmieniony.  - Janusz wcześniej latał w dresie Adidasa,  jeździł mercedesem i miał brudne paznokcie. Wychodzę i widzę faceta w garniturze, ze złotym zegarku na ręku. Zadbanego. Ogolonego. Stara się normalnie wysławiać. Nie przeklinać. Na swoje przyjęcie weselne zaprosił bardzo mało osób z miasta.
Przyjęcie weselne odbywało się w Czarnym Kocie. Tam Adam J. po raz pierwszy ujrzał Lazarowicza. Był świadkiem ślubnym Grafa. J. jest pewien, że Grafa z Lazarowiczem poznał kiedyś Grzegorz Żemek, z którym Graf był bardzo zaprzyjaźniony. – Za Żemkiem stały WSI, podobnie jak za Lazarowiczem i Grafem – uważa Adam J. Twierdzi, że to służby załatwiły Grafowi pozwolenie na broń. Miał austriackiego Waltera P99, w wersji oryginalnej. Dostał go w prezencie od Lazarowicza.  Miał też bębenkowy, małokalibrowy rewolwer, chyba 7,65. W sprawie zezwolenia na broń dla Grafa śledztwo prowadzi prokuratura w Ostrowii Mazowieckiej.
Niektórzy właśnie opieką służb tłumaczą wieloletnią bezkarność Janusza Grafa. Już siedem lat temu obciążył go zeznaniami świadek koronny Jarosław S., ps. Masa. Ujawnił napad na tira dokonany przez niego, Wojciecha K., ps. Kiełbasa i Janusza Grafa. Śledczy nie pociągnęli tego wątku. Trudno też zrozumieć, dlaczego w marcu 2006 r. pozwolono na bezpieczny wyjazd z Polski Janusza Lazarowicza, chociaż już wtedy podejrzewano go o zlecenie zabójstwa Piotra Głowali. On sam wyznaje, że nigdy nie był w tej sprawie przesłuchany jako podejrzany. Teraz starania o wydanie go Polsce mogą się skończyć podobnie jak próba ekstradycji Edwarda Mazura.
Brak Lazarowicza  odwleka proces zabójców Głowali. To szansa dla Janusza Grafa i wykonawców zbrodni. W areszcie trzymają kciuki, aby polski wymiar sprawiedliwości nie dopadł  Lazara, jak go nazywają. Sam Lazarowicz nie zamierza prokuraturze ułatwiać zadania. Dobrowolnie nie przyjedzie do Polski, nie stawi się na przesłuchanie. Zamierza uciec jak najdalej.

Wieczerzak tymczasem ma się dobrze

Tymczasem Grzegorz Wieczerzak, główny antagonista Lazarowicza, nieoczekiwanie jest dzisiaj na fali. Sprawę o wielomilionowe straty, na jakie miał narazić PZU Życie (pisano o 180 mln zł, na jakie miały wyciec z PZU, m.in. poprzez NFI), po błędach biegłych, sąd cofnął do prokuratury, a ta jakoś nie spieszy się z działaniami. Wieczerzak korzysta z sytuacji i stara się brać odwet na przeciwnikach. Składa doniesienia do prokuratury na swoich prawdziwych i wyimaginowanych wrogów. Wytoczył m.in. sprawę o ochronę dóbr osobistych byłemu ministrowi spraw wewnętrznych Markowi Biernackiemu, który kiedyś nazwał Wieczerzaka aferzystą. Według niektórych, także finansowo Wieczerzakowi powodzi się nieźle (ponoć odzyskał kontrolę nad częścią spółek, którymi kiedyś władał).

Ma wysokie notowania u części polityków PIS. Z Przemysławem Gosiewskim współpracował podczas prac sejmowej komisji śledczej ds. PZU. Pomagał mu w charakterze nieformalnego eksperta.

Wokół jednej z największych afer ostatniej dekady – gdzie mamy wątki korupcji, defraudacji, szantażu, zabójstwo – zrobiło się cicho.

Sylwester Latkowski
Piotr Pytlakowski

Rozszerzona wersja artykułu "Typy spod czarnego kota" opublikowanego na łamach Polityki, Nr 44,  3 listopada 2007

(2) komentarzy / skomentuj

Przy piwie 07-11-2007 00:24

http://www.wptv.wp.pl/film.html?wid=9359816&type=1&rfbawp=1194427342.387


(0) komentarzy / skomentuj

Spokojny sen Sikorskiego? 06-11-2007 13:38

W czasie, gdy trwało spotkanie Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem, którego jednym z tematów była sprawa Radosława Sikorskiego, ten, na chwile wpadł do  lobby w Sheratonie. Do swojego rozmówcy powiedział: „Mam czyste sumienie i śpię spokojnie”. Kiedy wychodził z hotelu rzekł „Oni przede wszystkim mają zdolność niszczenia”.

Nie był to jednak ten sam dobrze znany z ekranu telewizyjnego promienny Radosław Sikorski.


(0) komentarzy / skomentuj

Afganistan. Po co nam ta wojna? 05-11-2007 20:53

Książka Grzegorza Indulskiego i Marka Kęskrawca „Afganistan. Po co nam ta wojna?” jest tak politycznie niepoprawna, iż nic dziwnego, że przeszła gdzieś bokiem, została przemilczana.

Politycy nie lubią, jak im się wytyka gorzką prawdę, a autorzy bezlitośnie piszą: „O wysłaniu polskiego kontyngentu zdecydowali politycy. „Za” głosowali nawet ci, co nie wiedzą, gdzie na mapie świata leży Afganistan. (…) Niektórzy z parlamentarzystów z komisji obrony i z komisji ds. służb specjalnych mieli odwiedzić Polaków w Afganistanie. Chętnych nie było jednak wielu. _ Też mnie to zdziwiło, bo musimy przecież na własne oczy zobaczyć, jak przygotowani są nasi żołnierze. Na pytanie, dlaczego nie chcą tego sprawdzić, usłyszałem od kilku posłów: „Kto ma dzieci, ten nie leci” – opowiada w sejmowej kawiarni poseł Marek Biernacki.”


(1) komentarzy / skomentuj

A gdzie wtedy byliście? 04-11-2007 11:53

Sąd nad dziennikarzem "Gazety"
pr, Lublin 2007-10-30 
Dziś prawomocny wyrok w sprawie Jacka Brzuszkiewicza, dziennikarza lubelskiej "Gazety Wyborczej", którego sędzia lubelskiego sądu administracyjnego oskarżył o pomówienie

Brzuszkiewicz pisał o pralni chemicznej w bloku, na którą skarżyli się mieszkańcy. Sanepid i nadzór budowlany kazali ją zamknąć, ale właściciel się odwołał. Przewodniczącym składu i sprawozdawcą sądu administracyjnego, który orzekał w tej sprawie, był sędzia Maciej Kierek. Po decyzji tego sądu pralnia mogła działać.

Jednak mieszkańcy bloku dotarli do kobiety, która widziała Kierka i właściciela zakładu na działce sędziego. Dziennikarz "Gazety" opisał to. Efektem był prywatny akt oskarżenia sędziego Kierka o zniesławienie.

W lipcu lubelski sąd rejonowy skazał Brzuszkiewicza na sześć miesięcy więzienia z zawieszeniem na trzy lata i 5 tys. zł. grzywny. Dziennikarz ma też przeprosić sędziego na łamach kilku gazet. Proces był tajny. Brzuszkiewicz odwołał się od tego orzeczenia.

Miklos Haraszti, przedstawiciel ds. wolności mediów Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, potępił skazanie Brzuszkiewicza. Stwierdził m.in., że po takim wyroku redaktorzy w Polsce będą musieli zastanowić się dwa razy, nim opublikują krytyczne teksty o urzędnikach państwowych. Haraszti przypomniał, że to nie pierwszy przypadek skazania w Polsce dziennikarza na więzienie na podstawie przepisów prawa dotyczących zniesławienia. Przypomniał też, że Europejski Trybunał Praw Człowieka odrzucał konsekwentnie orzeczone kary więzienia (nawet w zawieszeniu) jako niszczące dla swobody debaty publicznej.

O usunięcie z kodeksu karnego przepisów karzących za nadużycie wolności słowa zabiegali rzecznicy praw obywatelskich, Izba Wydawców Prasy oraz International Press Institute - światowa organizacja skupiająca wydawców, ludzi mediów i dziennikarzy ze 120 krajów, której celem jest ochrona wolności słowa. Jej dyrektor Johann P. Fritz napisał do prezydenta, premiera i ministra sprawiedliwości, że orzeczenie kary więzienia wobec dziennikarza za zniesławienie funkcjonariusza publicznego jest sprzeczne z Europejską Konwencją Praw człowieka.

Źródło: Gazeta Wyborcza

PS. Może tak wreszcie dziennikarze solidarnie wystąpią o usunięcie z kodeksu karnego przepisów karzących za nadużycie wolności słowa. A nie zamieniają skandaliczną decyzję asesora, po której to już nie powinien on być sędzią, w rozgrywkę polityczną. Dzielicie dziennikarzy na swoich i obcych.

Warto pamiętać, że Jarosław Kaczyński na konferencji w obronie dziennikarzy  powiedział, że jest za pozostawieniem artykuł 212 w kodeksie karnym. Czy dziennikarze będąc w czasie wizyty u niego wypomnieli mu to?

Niestety dziennikarze czasami uważają, że wolność słowa oznacza bezkarność, zapominając, że słowa także zabijają. Ta łatwość w oskarżaniu, w pisaniu tekstów nie sprawdzając źródeł, bez dziennikarskiego śledztwa, tylko w oparciu o tak zwane kwity jest nagminna. Bardzo trudno wyegzekwować sprostowania, słowa przepraszam, naprawienie błędów od redakcji.

 


(5) komentarzy / skomentuj

Teoria spiskowa dziejów, czyli komu naraził się Lipiec? 03-11-2007 14:30

Po internecie krąży analiza Wojciech Stefana Jaronia, zamieszczona na jego blogu:

„Kamienie milowe w karierze Tomasza lipca
1998  Mistrzostwa w Europy  - 1. miejsce - chód na 50 km (3:42.57)

31 października 2005 Tomasz Lipiec został powołany na stanowisko ministra sportu w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza.


2005  członek Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta Polski1

9 stycznia 2007 Tomasz Lipiec, po wszczęciu postępowania prokuratorskiego wobec Wita Żelazki, jednego z członków zarządu PZPN oskarżanego o korupcję, wydał decyzję o ustanowieniu zarządu komisarycznego PZPN.

25 października 2007 przed południem Tomasz Lipiec został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne na polecenie Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie pod zarzutem przyjęcia łapówki. Sprawa dotyczy afery korupcyjnej w Centralnym Ośrodku Sportu.

Krytyka z zagranicy
 
Na briefingu podczas kongresu wyborczego UEFA prezes Ukraińskiej Federacji Piłki Nożnej Hryhorij Surkis ostro zaatakował polskiego ministra sportu Tomasza Lipca. Nazwał go wrogiem idei organizacji przez Polskę i Ukrainę mistrzostw Europy w 2012 roku

Źródło: http://www.sport.pl/pilka/1,65029,3875390.html


Krytyka krajowa
 Zdaniem szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, minister sportu Tomasz Lipiec nie powinien podawać się do dymisji w związku z zatrzymaniem przez CBA i aresztowaniem dyrektora i wicedyrektora Centralnego Ośrodka Sportu. Wręcz przeciwnego zdania jest szef klubu parlamentarnego PO, Bogdan Zdrojewski.Zdrojewski [PO]:

 Zmiana opinii o Lipcu ze strony PO

Lipiec musi odejść- Minister sportu Tomasz Lipiec powinien zostać odwołany, nie tylko w związku z zatrzymaniem przez CBA i aresztowaniem dyrektora i wicedyrektora Centralnego Ośrodka Sportu - uważa szef klubu PO Bogdan Zdrojewski.- Obserwujemy działania ministra i uważamy, że one są po pierwsze niewystarczające, często odbiegają od profesjonalności, często odbiegają od oczekiwań, a przypomnę, że wcześniej pojawiały się też zarzuty w odniesieniu do pracy ministra przed podjęciem tej pracy - podkreślił Zdrojewski w TVN24.

Zemsta Chorzowa na wykluczenie EURO2012
Prezes PZPN, Michał Listkiewicz, pozostaje ostrożnym optymistą: - Myślę, że UEFA w sumie zwiększy liczbę miast do dziesięciu. A więc w Polsce mistrzowskie potyczki będziemy oglądali na pięciu stadionach. Przypomnijmy, że status miast-gospodarzy turnieju finałowego mają już u nas Gdańsk, Poznań, Wrocław i Warszawa. Brak w tym zestawieniu Chorzowa, gdzie mieści się najbardziej legendarny stadion nad Wisłą, wywołał sporo kontrowersji. Władze regionu przypuściły zmasowaną ofensywę, by zmienić ten stan rzeczy. -

I prawdopodobieństwo powodzenia jest ogromne - przekonuje minister Lipiec. - Atutów ku temu nie brakuje. Trzeba je tylko umiejętnie wyeksponować, a mówiąc kolokwialnie - „sprzedać”. Dobrych wieści możemy spodziewać się w grudniu. Wtedy bowiem może się okazać, że w mistrzostwach Europy zagrają aż 24 drużyny. Tego oczekujemy.

Tomasz Lipiec: podpisałem gwarancje
PAP  luty 2007

Minister sportu Tomasz Lipiec podpisał w piątek umowę gwarantującą oddanie do użytku obiektów sportowych w Warszawie, jeżeli Polska razem z Ukrainą wygrają starania o organizację piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku.
"Decyzja Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz - Waltz o niepodpisaniu gwarancji powoduje tylko to, że udział Warszawy w organizacji EURO 2012 został zagrożony. Cała oferta nie była nawet przez chwilę zagrożona, ponieważ na liście rezerwowej mamy takie miasta jak Kraków i Chorzów. Uważam, że Warszawa jako stolica powinna być gospodarzem tak wielkiej imprezy i dlatego wziąłem na siebie odpowiedzialność i podpisałem gwarancje" -powiedział Tomasz Lipiec.

 Ps. Ciekawe komu "z układu" się naprawdę naraził Tomasz Lipiec.

- PZPN (oskarżał o korupcję miedzynarodową)
- PZLA ( protegowany na prezesa)
- spór o gwarancję z HGW od miasta Warszawy na EURO2012
- Likwidacja Stadionu X - lecia i umowy
- zemsta Chorzowa z  EURO2012
- konflikty towarzyskie za antydoping”
http://jaron.salon24.pl/42840,index.html

TYle Jaroń. Warto zwrócić uwagę na podobieństwa w kreacji swojej osoby jako ministra sportu walczącego z korupcja w piłce nożnej Tomasza Lipca do zabitego Jacka Dębskiego, ministra sportu za rządów AWS, który „ciągle powtarzał, że chce być reformatorem polskiej piłki nożnej i że to jest jedyny motyw jego działań. Kierownictwo związku wytoczyło przeciwko szefowi UKFiT kilka spraw sądowych i większość z nich wygrało. W stosunku do wielu działaczy PZPN Dębski używał sformułowań: mafia, kryminalne działania. Mówił w wywiadzie dla "Rz": "Alowi Capone przez wiele lat nie można było niczego udowodnić. Wszyscy wiedzieli, że jest to kryminalista i działa niezgodnie z prawem, niemniej jednak był przyjmowany przez świat oficjalnej polityki. Dowód w każdym przypadku jest ważny, szczególnie w państwie prawa. Jeśli takiego dowodu nie ma, to uważam, że powinno się ostrożnie szermować zarzutami, bo można komuś wyrządzić krzywdę. Ale są sytuacje graniczne, kiedy można stawiać pewne zarzuty bez żadnego dyskomfortu psychicznego czy moralnego" (http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_000226/kraj/kraj_a_1.html)

(0) komentarzy / skomentuj

Tajne loty CIA 02-11-2007 22:53

Wczorajszej nocy przeczytałem książkę A.C. Thompsona i Trevora Paglena „Tajne loty CIA”. Autorzy odkrywają tajemnice porwań i przetrzymywań więźniów przez CIA.  Lektura książki wstrząsająca, bo uświadamiająca mi, że niesłusznie uznałem, że tej sprawy nie można ruszać, krytycznie patrzyłem na tych, którzy opisują polski udział w tym nikczemnym procederze. Nie chciałem nawet wziąć udziału w bankiecie komisji parlamentu europejskiego zajmującą się tą sprawą, gdy zawitała do Polski.

Dla ludzi uważających, że czasami należy akceptować takie metody, lub je przemilczać ze względu na interes narodowy, warto przypomnieć, że 92 procent z 517 więźniów w zatoce Guantanamo nie było bojownikami Al-Kaidy, 42 procent nie miało wyraźnych powiązań z AL.-Kaidą, a  18 procent nic nie łączyło z Al-Kaidą, ani z talibami.


Według "Gazety Olsztyńskiej" „pierwszy samolot, używany przez CIA, wylądował pod Szczytnem w grudniu 2002 r. Ostatni - jak wynika z zapisów księgi lotów w Szymanach - 27 września 2003 r. Czyli pięć dni po tym, jak na lotnisku pod Szczytnem lądował Boeing 737, należący do CIA. Aż pięć razy na mazurskim lotnisku pojawiał się Gulfstream o numerach bocznych N379P, którym Amerykanie najczęściej przewozili zatrzymywanych w Afganistanie i innych częściach świata terrorystów do swojej bazy Guantanamo na Kubie. Stąd nazwa samolotu Guantanamo-ekspres.”

(2) komentarzy / skomentuj

Biernacki walczy o e-sport 02-11-2007 19:28

Poseł Marek Biernacki dotychczas kojarzy się ze służbami specjalnymi, policją. Przyznam, że z zaskoczeniem natrafiłem na interpelację Biernackiego dotyczącą uznania internetowego sportu za pełnowartościową dziedzinę sportu.

Biernacki tak uzasadnia swoją interpelację złożoną w połowie września: „E-sport (sport elektroniczny, cybersport) zasadniczo nie różni się od innych dyscyplin sportowych. Grający w sieciowe gry komputerowe, podobnie jak zawodnicy uprawiający inne sporty muszą wykazać się nieprzeciętnymi umiejętnościami (refleks, szybkie podejmowanie decyzji, koordynacja działań w ramach zespołu, etc.). Zawodowi gracze również poświęcają swój czas na treningi, doskonalą swoje umiejętności, pod opieką trenerów opracowują i uskuteczniają w praktyce strategie działań. Jak w każdej innej dyscyplinie sportu, tak i w sporcie elektronicznym mamy do czynienia z rywalizacją, z grą fair-play, z przegranymi i wygranymi. Ważnym elementem e-sportu jest fakt, że mogą tutaj wykazać się ludzie niepełnosprawni. (…)

E-sport to także zjawisko o charakterze kulturowym, społecznym a nawet komercyjnym. Wprawdzie historia sportu elektronicznego sięga zaledwie roku 1997, to zawody pod marką World Cyber Games przypominają Olimpiadę. Uznana jako sport elektroniczny w Rosji, Chinach czy w Korei urasta do sportu narodowego, gdzie rozgrywki pokazywane na telebimach i w TV zostawiają inne rozgrywki sportowe daleko w tyle pod względem popularności i oglądalności.

Jak Szanownej Pani Minister wiadomo w Polsce działa od 2005 roku profesjonalna, e-sportowa liga HEYAH LOGITECH CYBERSPORT. Działają liczne kluby, stowarzyszenie sportu elektronicznego a setki tysięcy młodych fanów bacznie obserwuje poczynania swoich idoli na wirtualnych arenach korzystając z dobroci dostępu do Internetu.”

To jedna z bardziej kontrowersyjnych interpelacji złożonych w Sejmie minionej kadencji. Kontrowersyjna, bo wybiega tak daleko w przyszłość rozwoju naszej rzeczywistości, że dla niektórych jest to Since-fiction. Więc trudno się dziwić odpowiedzi, którą uzyskał od minister sportu Elżbieta Jakubiak, która i tak ma małe pojęcie o sporcie klasycznym a cóż o trendach w sporcie na przyszłość.

Ta stwierdziła, że „gry komputerowe jako sport elektroniczny, dyscyplina lub dziedzina sportu nie istnieje.”(...)
Uznanie gier komputerowych jako dyscypliny sportu jest zagadnieniem wymagającym opracowania warunków funkcjonowania i definicji „sportu elektronicznego”, który łączy w sobie własności intelektualne, sprzętowe, dostępności tej formy aktywności sportowej oraz stworzenia stowarzyszeń lub stowarzyszenia w Polsce w oparciu o podstawy prawne, które określą i wskażą zakres, cele i drogę jej rozwoju. Ministerstwo Sportu i Turystyki nie podjęło dotychczas żadnych działań w sprawie tworzenia warunków dla rozwoju sportu elektronicznego, w tym nadzoru nad grami komputerowymi”

Marek Biernacki na razie może co najwyżej liczyć na zrozumienie i poparcie swojej inicjatywy u młodych ludzi, dla których rywalizacja internetowa jest czymś bardziej zrozumiałym niż triatlon, ewentualnie na PSL, gdzie z twórcą gadu-gadu Łukaszem Foltynem mogą stworzyć lobbing dla rozwoju e-sportu w Polsce.


(2) komentarzy / skomentuj

Sms z wyrzutem. Odwaga prokuratorów. 30-10-2007 09:58

Budzi mnie dźwięk sms-sa. Czytam. Wyrzuty za dzisiejszy artykuł w Polityce. Rzecz normalna. Ale dlaczego, tak rano? Jeszcze nie zdążyłem wypić pierwszej kawy.

Od wczoraj słucham o buncie prokuratorów i nie rozumiem, dlaczego dopiero teraz? A nie miesiąc, rok wcześniej? Odwagi wcześniej nie starczyło?

Zdrojewski ma być ministrem kultury albo ministrem obrony narodowej. Niezły rozrzut. Przecież wiadomo, że Wojsko czy Kultura, to to samo.

Zaczął się wtorek.


(3) komentarzy / skomentuj

Majami: To nie ja jestem tym od śrub. To kłamstwo. 29-10-2007 09:42

Od wczoraj na internetowych stronach „Wprost” przeczytać można o tym, kim był „znajomy od śrub”, tajemniczy rozmówca byłego komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego. Miał to być Majami z Trójmiasta.

Jarosława P, pseudonim Majami, poznałem w czasie realizacji filmu "Zabić Papałe". Zadzwoniłem do niego. Nie zaprzeczył rozmów telefonicznych z byłym komendantem głównym policji Konradem Kornatowskim, nigdy znajomości z nim nie ukrywał w rozmowach ze mną, a później z Piotrem Pytlakowskim, ale stanowczo stwierdził: „To nie ja jestem tym od śrub. To kłamstwo.” Nie był w ogóle przesłuchiwany w tej sprawie.

Problem z Majami jest taki, jak z prawie każdym policjantem przykrywkowcem, którego zadaniem było wchodzenie w świat przestępczy, by go rozpracować. Ktoś kto widział filmy „Infiltracja”, „Piekielna gra”, wie o czym piszę.

Przykrywkowiec balansując na granicy prawa musi ją przekraczać, czasami zaciera się w nim to, co gliniarze pracujący przy biurku widzą jako wyraźną granicę. Należy jednak wiedzieć, że jest to często koszt bycia „przykrywkowcem”. Nie jedyny.

Majami uważa, że dyskredytowanie jego osoby ma medialnie służyć czemuś, co wkrótce nastąpi. Osobiście mam nadzieję, że to tylko wprowadzenie w błąd dziennikarza bez żadnych podtekstów.


(5) komentarzy / skomentuj

Powrót do filmu 28-10-2007 20:21

Nie będę ukrywał, że od zatrzymania Janusza Kaczmarka (30 sierpnia), prace nad filmem i książką o zabójstwie generała Marka Papały praktycznie stanęły w miejscu. Dzisiaj, po dwóch miesiącach, po raz pierwszy wszedłem na montaż filmu. Obejrzałem 99 minut roboczej wersji.


(0) komentarzy / skomentuj

Jak was stać to szczepcie dzieci 26-10-2007 11:29

Słucham pana dr Pawła Grzśkowskiego z Narodowego Instytutu Leków, który bez zmrużenia oka odwraca kota ogonem. Zapewnia w pierwszym zdaniu, że obecna sytuacja nie upoważnia do szczepienia całej populacji dzieci przeciw Sepsie, a za chwilę poleca, by rodzice indywidualnie szczepili swoje pociechy. Czyli jak rodzice mają pieniądze to zabezpieczą dzieci, a reszta niech liczy na szczęście, że nie padnią ofiarą tej zabójczej choroby.

Może tak zmienić nazwę jednostki organizacyjnej, którą reprezentuje pan Grześkowski na Państwowy Instytut Leków, bo wygłoszone przez niego opinie reprezentują interes państwa (budżet państwa), a nie interes narodowy, gdzie ważne jest także zdrowie i życie obywatela.


(1) komentarzy / skomentuj

Protestowaliście za Sawicką, Łyżwiński nie gorszy 26-10-2007 00:15

Kiedy czytam tytuł: „Łyżwiński nie jest impotentem”, mimo, że facet wzbudza we mnie niechęć, odzywa się we mnie protest.

Skoro wyemitowanie materiałów operacyjnych CBA z Beatą Sawicką wywołało w niektórych mediach oburzenie, że o to narusza się prawo, ostatecznie zabija się człowieka, dlaczego Łyżwiński ma być gorszy?  Czy on jest wyjęty spod prawa do procesu, gdzie sąd oceni jego winę? Media Sawickiej dały to, co odmawiają Łyżwińskiemu.

To co robią obecnie media z Łyżwińskim to taki sam lincz jak wyemitowanie taśm Sawickiej.


(3) komentarzy / skomentuj

Proroczy sms i pijarowski błąd CBA 25-10-2007 11:53

W sobotę rano od prawicowego polityka otrzymałem sms-a: „PIS-afera. Oglądajcie dzisiejsze „Wydarzenia” Polsat.” Zapytałem, co to za afera? Sms-em otrzymałem odpowiedź, że ma być zatrzymany eksminister i ma być wydany list gończy za Ryszardem Krauze.

Czy sprawa Tomasza Lipca musiała naprawdę czekać do zakończenia kampanii wyborczej?

Kiedy zorganizowano konferencję prasową w sprawie byłej posłanki Beaty Sawickiej wystarczyło także wcześniej zatrzymać Tomasza Lipca i nikt by nie mówił, że CBA jest upolitycznione, a po prostu ściga korupcję w Polsce.


(3) komentarzy / skomentuj

Zakończcie rozgrywanie Długiem 24-10-2007 21:57

Znowu w kampanii wyborczej padło nazwisko Sikory, pierwowzorów bohaterów filmu Krzysztofa Krauzego „Dług”. Czas może wreszcie zakończyć rozgrywanie tej sprawy, zwłaszcza, że rozwiązano ją połowicznie. Na tej sprawie można zobaczyć jak politycy instrumentalnie traktują ludzkie tragedie.

Sławomir Sikora w blogu we wpisie „Prawda o ułaskawieniu” wyrzuca im:

 „Otóż, przewodniczący Donald Tusk pomylił się i wydaje mi się, że nie potrzebnie zaatakował moją fizycznością prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który mnie ułaskawił. Oświadczam, że zostałem ułaskawiony przez odchodzącego Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w dniu 5 grudnia 2005 roku.

W październiku 2005 roku tuż przed pierwszą turą wyborów w Przekroju Piotr Najsztub pytał o nas czyli o chłopaków z Długu Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Można odnaleźć na stronach internetowych Przekroju wypowiedzi obu polityków. Wówczas Lech Kaczyński odpowiedział jednoznacznie na zadane pytanie. Ułaskawi. Donald Tusk odpowiedział, że musi sie zapoznać z aktami wówczas podejmie decyzję. (…)

Wydaje mi się, że właśnie wypowiedź Lecha Kaczyńskiego przypieczętował moje ułaskawienie przez odchodzącego prezydenta. Podjął decyzję.

Czy był to przykrycie innych decyzji? Pewnie tak. Czy była to decyzja polityczna. Nie mam złudzeń. Tak. Otrzymałem wolność z rąk prezydenta. Mówię tu w przenośni, bo akt wręczył mi Sąd Penitencjarny dla Warszawy, między świętami Bożego Narodzenia i Sylwestra 2005 roku.

Donald Tusk się pomylił. Tak, spotkałem się z nim, na konwencji warszawskiego PO w klubie Hybrydy w Warszawie, ale już po ułaskawieniu.

Jedno w tej pomyłce jest dobre, przypominając o mnie przypomniano o Arturze Brylińskim drugim z Długu, który nadal żyje w zawieszeniu. Nie w więzieniu, a czasowo jest poza terenem jednostki penitencjarnej. Jest urlopowany do czasu rozstrzygnięcia przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego jego prośby o łaskę. Przerwę w karze zastosował wobec niego minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Wierzę, że Artur zostanie ułaskawiony.

Ale, że wybory wchodzą w fazę rozstrzygającą, to uważam, że warto przypomnieć o jego losie zwykłym Polakom.

Powtarzam, Artur jeszcze nie został ułaskawiony. Być może dlatego wobec niego tak długo trwają procedury, że Kancelaria Prezydenta doszła do wniosku, że przerwa w karze jest również próbą dla niego.

Przypomnę, że starałem się trzykrotnie o udzielenie mi Prawa Łaski. Pierwszy raz wspólnie z Arturem w 2000 roku. Wówczas sądy odrzuciły nasze prośby i według przyjętych procedur wnioskom nie został nadany bieg. Sądy obu instancji czyli Sąd Okręgowy i Sąd Apelacyjny zaopiniowały nasze prośby negatywnie.

 Wówczas Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski nie skorzystał z przysługującego mu prawa czyli wszczęcia procedury ułaskawieniowej z pominięciem opinii sądów, tak samo nie skorzystał ze swoich uprawnień minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk. Drugi raz starałem się bodajże w roku 2002 i też moja prośba o łaskę nie została rozpatrzona pozytywnie.


Ale, że jestem uparte zwierzę, to w 2004 roku ponownie złożyłem swoją prośbę do Prezydenta. I tym razem obie instancje sądowe zaopiniowały negatywnie moją prośbę. Jednak w lutym 2005 roku Kancelaria Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego skorzystała z przysługującego głowie państwa prawa i wszczęła postępowanie z własnej inicjatywy. Na początku grudnia a dokładnie 5.12.2005 roku zostałem ułaskawiony.

Artura wniosek został zaopiniowany przez obie instancje negatywnie. Prezydent Aleksander Kwaśniewski nie skorzystał z prawa do wszczęcia procedury z własnej inicjatywy. Tym samym Artur pozostał w więzieniu.

Z tego prawa skorzystał tym razem Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i Artur w kwietniu 2006 roku opuścił ZK we Włocławku. Teraz czeka na decyzję Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Dlaczego postanowiłem w taki obszerny sposób odnieść się do sprawy ułaskawienia? Ponieważ nie chciałbym aby ułaskawieniu Artura Bryliskiego towarzyszył jakikolwiek błąd ze strony osób kreujących opinię społeczną, szczególnie dziennikarzy i doradców medialnych. Pewnie gdyby mieli gdzie znaleźć materiał o ułaskawieniu nie było by wpadki w debacie między Aleksadrem Kwaśniewskim a Donaldem Tuskiem.

Nie wiem czemu krąży plotka, że Artur jest ułaskawiony. Być może kiedy opuścił ZK we Włocławku dziennikarz z PAP- u pomylił się u napisał, że został ułaskawiony. Artur otrzymał wówczas przerwę w karze, na której do tej chwili jest.”

http://splacamdlug.blog.interia.pl/

(0) komentarzy / skomentuj

Raczek przyznając się do bycia gejem łamie tabu 23-10-2007 11:50

Nie ma mowy o tolerancji dla homoseksualistów w Polsce, jeśli osoby publiczne nie zaczną mówić wprost o swojej orientacji. To nie plakaty, bilboordy z anonimowymi osobami w rolach głównych mają łamać polskie tabu, a znane postacie.

Dlatego należy się szacunek dla Tomasza Raczka za odwagę, gdy w przedmowie do powieści "Berek" Marcina Szczygielskiego, wyznaje to co do tej pory tylko szeptano, co było tajemnicą poliszynela o jego homoskesulanej orientacji:


„Ilekroć pada słowo gej, podświadomość przełącza nasze rozumowanie na taryfę specjalną. Przed oczy natychmiast pchają się obrazy przebierańców z gejowskich parad: przerysowane, groteskowe postacie u jednych budzące śmiech u innych obrzydzenie; zwykle jednak trudne do wyobrażenia w zwyczajnym życiu.

Utrwalił się więc schemat: geje są inni czyli obcy, niezrozumiali, nieprzewidywalni, mogą zagrozić naszemu poukładanemu w głowach światu.(…)

Pragnienie bycia sobą jest wśród gejów coraz większe. Procesu ich społecznej emancypacji już nic nie powstrzyma. Coraz rzadziej będą się wśród nich zdarzały małżeństwa zawierane pod naciskiem rodziny, żyjące potem w nieszczęściu a czasem w prawdziwych torturach. Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś: Uważam, że przyznanie się do faktu bycia homoseksualistą, nie tylko wobec samego siebie, ale także wobec otoczenia, daje wolność. Wtedy nie trzeba udawać, blagować, wykręcać się i kłamać. (…)

Żeby zrozumieć gejów – i tych zwyczajnych, codziennych, i tych którzy stają się wielkimi pisarzami, reżyserami, aktorami, poetami – trzeba przyjąć, że mają oni swój własny świat: ani gorszy ani lepszy od świata większości, ale – rzekłbym – równoległy. Jego potoczność różni się od doświadczenia tych, którzy go nie znają, ale przecież jest tak samo ważna, jak świat każdego innego człowieka. Nie wymagająca niczyjej zgody ani przyzwolenia na swoje istnienie.

Powieść Marcina Szczygielskiego BEREK reprezentuje taki właśnie sposób myślenia: nie epatuje środowiskową odmiennością ani nie próbuje na siłę szukać dla niej usprawiedliwienia. Pisana jest z pozycji człowieka pewnego swojej tożsamości i umiejącego walczyć o siebie. Ton łagodnej obietnicy szczęścia, jaki się w niej pojawia, jest dla mnie powodem do osobistej radości. Wszak od piętnastu prawie lat jestem życiowym partnerem Autora.”

Może wreszcie, któryś z polityków zdecyduje się ujawnić, że jest gejem? A nie zawierać dla pozoru związek małżeński lub pokazywać się medialnie z kobietami, a nie swoimi życiowymi partnerami.

Na zdjęciu: Tomasz Raczek i Marcin Szczygielski. (Fotomontaż ze zdjęć zamieszczonych na stronie wydawnictwa Latarnik)

(9) komentarzy / skomentuj

Godz.7.35. Po raz pierwszy od 18 lat. 21-10-2007 08:02

(2) komentarzy / skomentuj

To najważniejsze wybory od 1989 roku 18-10-2007 22:55

To najważniejsze wybory od 1989 roku. Wszędzie, gdzie dzisiaj byłem mówiło się o nadchodzących wyborach.  Od Sheratona, gdzie biznesmeni przypominali sobie, z podniesionym kciukiem do góry, o niedzielnej wizycie w lokalu wyborczym, po Teatr Dramatyczny.

Tam w Cafe Kulturalna odbyła się prezentacja książki Janusza A. Majcherka „Demokracja, przygodność, relatywizm”. Majcherek pisząc książkę i wydawnictwo wydając ją, nie spodziewali się, że tak doskonale wstrzelą się w rozgrzaną przedwyborczą atmosferę.

Janusz Majcherek w podsumowaniu pisze: „Demokracja ma zaprzysięgłych i niebezpiecznych wrogów, którzy jak islamscy fundamentaliści i ich terrorystyczni wysłannicy – uważają samą możliwość wyboru przez ludzi własnego sposobu życia za horrendum, uchybiającej boskim postanowieniom (…). Demokracji zagrażają też ci wszyscy zatroskani o jej rezultaty ludzie dobrej woli, którzy chcieliby ja wzbogacić o rozmaite wartości, bowiem formułowane na ich podstawie normy, zakazy i nakazy prowadzą do ograniczenia wyboru.”

Dzisiaj Jacek Gmoch w czasie spotkania rzucił: „Polska to Uganda”.  Nadużycie? Właśnie opublikowano Raport Reporterów Bez Granic, gdzie Polska jeśli chodzi o wolność mediów zajmuje 56 miejsce razem z Ekwadorem. Może my po prostu jesteśmy tak zapatrzeni w siebie, że nie chcemy ujrzeć prawdy o tym co się u nas dzieje?


(6) komentarzy / skomentuj

Pierwszy dzień procesu porywaczy Krzysztofa Olewnika 16-10-2007 22:17

Byłem w Płocku na pierwszej rozprawie dotyczącej uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika.  Przeglądam materiał zdjęciowy. Na ławie oskarżonych siedzi 12 osób. Tylko „siekiery”, jak nazwał wykonawców tej zbrodni ojciec Krzysztofa, Włodzimierz Olewnik. Nie ma na niej zleceniodawców, ani tych którzy odpowiadają za skandaliczne śledztwo, za śmierć Krzysztofa.

Nie chce mi się mówić, pisać… Nie dzisiaj…


(1) komentarzy / skomentuj

Nowy Mur Berliński? 15-10-2007 17:50

E-mail internauty zachęcającego mnie do kontynuacji „Blokersów”, zrealizowania drugiej części:

„Pochodzę z bloku, szczerze pisząc... ulica mnie wychowała...w wieku 16 lat przeżyłem więcej niż niektórzy ludzie...

Głównie kierowałbym to do polityków. Narzekają na nas, na tych ludzi z niżej warstwy społecznej. To, że zarabiamy mniej, że nie jeździmy drogimi samochodami i nie obwieszamy się złotem jak oni, to sami sobie zawdzięczają.

Sytuacja polityczna w Polsce zmusza nas do tego by zapomnieć o prawie. Gdyby gospodarka ruszyła bardziej w Polsce... Może i było by kolorowo... Na dzień dzisiejszy dzieciaczki w wieku 13 lat wchodzą narkotyki... Zaczynają palić marichuanę, zabawiają sie amfetamina, kradną...Ludzie rządzący krajem myślą wyłącznie o sobie...Narzekają na nas, starają sie z nami walczyć…

Sytuacja w Polsce zmusza ludzi do kradzieży, handlu dragami... Niektórzy ludzi pracują po 12 godzin i na ciepły obiad czy śniadanie nie starcza dla dziecka. . . Jeśli nasza muzyka [rap] nie trafia do polityków [gdzie najwięcej piosenek hip-hop' owych porusza sytuację w Polsce] to myślę ze choć w małym stopniu film do nich przemówi...

Bóg wie  czy może wybudują Mur Berliński nam, czy może tak jak w tym francuskim filmie stworzą "13 dzielnice."


(9) komentarzy / skomentuj

Na tym blogu ja ustalam zasady 14-10-2007 12:13

Coraz więcej osób, w tym zarządzających portalami, zdaje sobie sprawę, że pod płaszczykiem wolności słowa dochodzi do nadużyć w internecie. Jak w każdym środowisku tak i w sieci są dewianci, psychole, frustraci. Czy oni mają prawo do głosu? Psychole i dewianci, nie. A chamy? Niech zakładają swoje własne strony internetowe i uważają, by nie ponieść konsekwencji prawnych.

Kiedyś napisałem „piszcie na swój rachunek” i na jakiś czas wstrzymałem w ogóle dostęp komentarzy. Następnie powierzyłem komuś możliwość wykasowywania internetowych śmieci, czyli wyzwisk, pomówień, wątków nie na temat, czy też reklam. Wielu czyni tak samo jak ja tylko nie ma odwagi o tym powiedzieć na głos.


Kolejną osobą jest Azrael, który wyjaśnia na swoim blogu:

Co poniektórym wydaje się, że wszystko jest dozwolone, że mogą swobodnie obrażać, sypać inwektywami, w imię swojej „wolności słowa”. Anonimowość dodaje im skrzydeł – z reguły chamstwa i głupoty.

Ponieważ blog jest cząstką mnie a komentarze – cząstką tego bloga. Jako właściciel tego bloga nie zmuszam nikogo do jego czytania. Jeżeli jednak ktoś go czyta – ma prawo komentować. Ale tylko w sposób merytoryczny i logiczny. Odnoszący się do meritum spraw i artykułów. Szanuję opinię przeciwne, skrajne, nawet słowa obelżywe – ale nie pod moim adresem lub adresem wartości które szanuję.

Od dziś – wszelkie komentarze nie spełniające tych wymogów będą kasowane – a ja będę informował o tym, że ktoś przekroczył zasady mojej gościnności.

To jest blog dla moich przyjaciół – i wrogów. Ale od każdego wymagam kultury polemiki i kultury osobistej.

Azrael”

http://azrael.salon24.pl/index.html

(3) komentarzy / skomentuj

Zabić Papałę. Piotr Krakowski feat. Agnieszka Czajkowska 13-10-2007 10:23

(0) komentarzy / skomentuj

Chceme le so zażec 13-10-2007 00:26

„Kto nie pije i nie tabaczy, ten gówno znaczy”. Cytat z książki Jerzego Zająca, sekretarza miasta Gdynia, prawej reki Wojciecha Szczurka, i Edwarda Zimmermanna „Tabaka na Kaszubach i Kociewiu”. To pierwsza publikacja poświęcona kulturze ludowej „Kaszub i Kociewia, której istotną część  stanowi zwyczaj zażywania tabaki.” 

Mało kto już  pamięta, że w 1995 tabaka stała się zakazana tak jak dzisiaj marichuana.


- "Po wprowadzeniu ustawy wielu z nas zaczęło nielegalnie uprawiać tytoń w swoich ogródkach i różnych ustronnych miejscach" - mówi pan Józef  Roszman, jeden z bohaterów książki.

Kaszubi walczyli pięć lat, by tabaka stała się ponownie legalna. "Samą zaś ustawę z dnia 10 listopada 1995 roku okrzyknięto na Kaszubach najgłupszą decyzją Sejmu III RP"

(1) komentarzy / skomentuj

Krwawy Maciej o tym, za co się idzie do więzienia w tym kraju 13-10-2007 00:22

„Ale w tym kraju, pani Tereniu, nie idzie się do pierdla za to, ze się coś ukradło, czy za to, że się coś zmalwersowało, o nie! Do pierdla się idzie wyłącznie za to, ze się komuś politycznie naraziło.” – mówi Maciej Szczepański w rozmowie z Teresą Torańską  w książce „Byli”.

Krwawy Maciej, jako go nazywano na Woronicza 17 za czasów Gierka, dalej kontynuuje:
 
- „Ja i moich trzech współpracowników z Radiokomitetu dostaliśmy wyroki, trzech dyrektorów zmarło na zawał serca w czasie przesłuchań, a dyrektorka kadr popełniła samobójstwo. Taki był bilans tego procesu. Jaki wpływ na te tragiczne fakty miały metody śledcze stosowane przez prokuratorów Rychlika Ryszarda i Korzeniowskiego Andrzeja, nie wyrokować. (…)

Zima stulecia 1978 roku pokryła dwa hektary dachów na Woronicza grubą  warstwą  śniegu. Trzeba było zapłacić straży pożarnej za oczyszczenie. Wzięliśmy pieniądze z pozycji budżetowej wspieranie twórczości artystycznej, bo innych w ostatnich dniach roku w budżecie nie było. Pan prokurator Ryszard Rychlik uznał to jako kolejne moje przestępstwo i zażądał 12 lat wiezienia dla mnie.”

Całość rozmowy kończy zdanie, które może zaskoczyć wielu: „Jestem optymistą, jeśli chodzi o przyszłość Polski w rękach Kaczorów”


(2) komentarzy / skomentuj

Postscriptum do dzisiejszej debaty Kaczyński-Tusk 12-10-2007 21:20

Obojętnie jaki będzie wynik wyborów Mariusz Kamiński i tak będzie szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego, bo jak przypomniał mi niedawno dyrektor biura CBA Tomasz Frątczak jego stanowisko jest kadencyjne. 


(2) komentarzy / skomentuj

PPP - Partia Popierająca Pornografię 12-10-2007 13:18

Polska Partia Pracy postanowiła sięgnąć po elektorat miłośników gejowskiej pornografii . Gdyby ktoś nie wiedział co to za partia, przytaczam z ich strony internetowej: „Polska Partia Pracy jest partią prawdziwej lewicy. Powstała z inicjatywy Wolnego Związku Zawodowego "Sierpień 80". Bierze udział w wyborach parlamentarnych pod hasłem: "Dość wyzysku - ludzie pracy razem".


(0) komentarzy / skomentuj

O systemach odpylania najnowszej generacji 12-10-2007 12:46

Z bloga wyborczego kandydatki LID Grażyny Ciemniak:

„12 października 2007, Spotkanie w Cementowni Kujawy Grupy Lafarge.
 
W środę spotkałam się z pracownikami zakładach Cementowni Kujawy, która jest częścią Grupy Lafarge, światowego lidera w dziedzinie produkcji materiałów budowlanych na świecie, a także największego producenta cementu na świecie.
Podczas wizyty poruszaliśmy problem ochrony środowiska i ekologii, zapoznałam się z  systemami odpylania najnowszej generacji,  które sprawiły, że zakłady w ciągu ostatnich 10 lat stały się przyjazne dla środowiska, spełniając wszelkie europejskie normy i standardy w tym zakresie.”


http://grazyna-ciemniak.blog.onet.pl/2,ID258507601,index.html
(0) komentarzy / skomentuj

Gorycz rzecznika Kaczmarka 11-10-2007 11:51

Michał Rachoń, były rzecznik szefa MSWiA Janusza Kaczmarka w swoim blogu we wpisie „Partyjniak na aucie, czyli oficer którego dowódca przeszedł na stronę wroga...”  pisze:

„Dzisiaj mam problem z oceną tego okresu. Pracowałem dla Janusza Kaczmarka w przekonaniu, że buduję wizerunek jednego z najważniejszych ludzi rządu Jarosława Kaczyńskiego. (…)

Na kilka tygodni przed dymisją Janusza Kaczmarka w jego bezpośrednim otoczeniu zaczęło się robić nerwowo. Sporu pomiędzy Zbigniewem Ziobro a byłym szefem MSWiA nie dało się ukryć. Wiedzieli o nim dziennikarze, wiedzieli politycy. W prywatnych rozmowach z moimi współpracownikami zadawałem ciągle jedno pytanie: Jaki interes w uderzaniu w Janusza Kaczmarka miałby mieć Zbigniew Ziobro? Odpowiedzi jakie otrzymywałem nie były satysfakcjonujące i sprowadzały się do treści, które teraz można wyczytać w Gazecie Wyborczej, czy Polityce: że chora ambicja, że żądza władzy, że budowanie własnego imperium... Ani słowa na temat motywu.

Brałem udział w kilku wojenkach politycznych. Jeśli gracze rzucają na szalę wszystko - muszą robić to w jakimś celu. I żeby było jasne: ta atmosfera była wyczuwalna ZANIM Andrzej Lepper został ostrzeżony o akcji CBA.


Polityk, który jest powoływany na stanowisko musi mieć świadomość, że jego dni są policzone. Pisałem już o tym w innym miejscu: nominacja i dymisja to dwie połówki jednego jabłka. Pierwszą przyjmuje się z radością, drugą z godnością. Tym bardziej jestem zaskoczony zachowaniem mojego byłego szefa w stosunku do rządu, którego okrętem flagowym był w zasadzie od dnia jego powołania. Zaskoczony i zniesmaczony, bo wyniki zaufania jakim cieszył się Janusz Kaczmarek w czasie kiedy dla niego pracowałem wzrastały z miesiąca na miesiąc, plasując go w czołówce polskich polityków.

Doceniała to również moja partia, bo na przedostatniej konwencji wyborczej PiS w Radomiu mój ówczesny szef wystąpił tuż przed premierem Kaczyńskim. Kurcze, byłem dumny kiedy szef MSWiA wygłaszał przemówienie do członków PiS, przemówienie oparte na moim osobistym liście do niego oraz na tezach które przygotowywałem ślęcząc nad biurkiem do późnej nocy. Oklaski, które przerywały jego przemówienie traktowałem jak własne, siedząc sobie gdzieś pod ścianą z aparatem fotograficznym w ręku.

Dziś zastanawiam się - czy mój ówczesny szef już wtedy wiedział, że buduje „państwo totalitarne”

http://www.wirtualnemedia.pl/blog/index.php?/authors/31-Michal-Rachon/archives/1304-Partyjniak-na-aucie,-czyli-oficer-ktorego-dowodca-przeszedl-na-strone-wroga....html

(4) komentarzy / skomentuj

Misiaka walka o prawdę w aferze LFO 10-10-2007 12:36

„W oczach opinii publicznej osoby, którym postawiono zarzuty, juz zostały osądzone. Przez kilka lat prokuratorzy i naukowcy z IHiT przy wydatnej pomocy polityków, zwłaszcza millerowskiej lewicy, utrwalili w społeczeństwie przekonanie, że udziałowcy LFO to złodzieje(…)

Istnieją też uzasadnione wątpliwości, czy prokuratura uczyniła wszystko, by posiąść obraz badanej sprawy (…)

Zamieszanie polityczne i szum medialny, jaki przez te wszystkie lata wciąż wzbudzono wokół sprawy LFO, były zupełnie nieproporcjonalne do kwoty kredytu i pomijajace istotne dla chorych i budżetu problemy związane z przetwórstwem krwi. Tak jakby chodziło o to, by zakrzyczeć prawdziwą aferę osocza”

To fragmenty książki Leszka Misiaka „Walka o osocze”. Książki o charakterze śledczym, a więc rzadkość na naszym rynku wydawniczym. Misiak pokazuje inne oblicze „afery LFO” niż nam to medialnie opisano. To nie jest tak, że winnymi są osoby tylko po jednej stronie.


Może tylko Leszek Misiak za bardzo ryzykuje twierdząc na końcu książki, że właśnie jest odpowiedni klimat polityczny, by wszystko zostało wyjaśnione. W „układzie lekowym” rządzącym w Polsce nie ma jednej barwy politycznej. 

Szkoda, że książka ta została zmarginalizowana przez inne media niż publiczne. Jak się można domyślać Misiak płaci koszt bycia obecnie dziennikarzem Gazety Polskiej. Niesłusznie. Środowisko mediów nazbyt podzieliło się na opcje polityczne. Pisanie, parca w jednym tytule powoduje, że jest się od razu tak a nie inaczej naznaczonym. Z mojej wiedzy książkę Leszka Misiaka „Walka o osocze” uznają za obiektywną nawet nienajlepiej w niej opisane osoby.

(2) komentarzy / skomentuj

Betanki wyślizgały polityka z gościa porannego 10-10-2007 10:33

Eksmisja byłych Betanek w Kazimierzu Dolnym przykryła rano kampanię wyborczą w mediach. TVN24 odwołał gościa porannego. Więc coś jeszcze się dzieje w Polsce poza życiem politycznym w Polsce.

Po półtorej godzinie jednak pojawił się pierwszy polityk, Roman Giertych.

I zostając w sosie politycznym, zastanawiające jest to, jak w zależności od medium wygląda wynik wyborów. Według sondażu dla Rzeczpospolitej wygrywa PIS i to z duża szansą na samodzielne rządzenie. Tymczasem badanie opinii publicznej dla Gazety Wyborczej i Polityki jako zwycięzcę najbliższych wyborów wskazuje Platformę Obywatelską.


(2) komentarzy / skomentuj

Polska jak Białoruś w kwestii kary śmierci 10-10-2007 09:02
Tylko w Polsce i na Białorusi nie obchodzi się dzisiaj Europejskiego Dnia Przeciwko Karze Śmierci.
(3) komentarzy / skomentuj

Give Peace a Chance 09-10-2007 22:27

"Zaangażowanie wojskowe USA i ich sojuszników w Iraku i Afganistanie jest katastrofą. Nie tylko nie zdołało ustanowić pokoju w tych krajach, ale stworzyło teren dla działalności Al-Kaidy" - głosi raport opublikowany przez ośrodek analiz Oxford Research Group.

"Była katastrofą pod każdym względem: od zabijania cywilnej ludności cywilnej po masowe aresztowania bez sądu."

Może tak wyciągnać wnioski z przeszłości? Jakie są skutki wietnamskiej interwencji? Kto dzisiaj rządzi w Wietnamie? Reżim postkomunistyczny. Czy dzisiaj jest tam wolność słowa? Nie ma!

Irak, Afganistan... W Polsce zawsze jest zły czas by poważnie porozmawiać o sensie naszego udziału w tych wojnach. Próba zabrania głosu sprawia, że uznanym się jest jako działającym na szkodę Polski. Zarzuca się uległość wobec szantażu terrorystów.

Wolałbym raczej by ci sami politycy zajęli się przeciwdziałaniem islamizacji Europy a nie bzdurnemu gadaniu uzasadniającym bezsens wojny w Iraku i Afganistanie. Zacznijmy wpierw od naszego europejskiego podwórka. Walki o nie. Ktoś kto żyje poza Polską wiec co to znaczy narastająca islamizacja Europy.


(3) komentarzy / skomentuj

Mrożek wylewa kubeł zimnej wody na gorące głowy Polaków 08-10-2007 21:35

- „Polak lubi silną rękę. Rząd musi być silny i stabilny, a co tam robi - mniejsza z tym. Ja się Polaków boję” - stwierdził w wywiadzie dla "Dziennika" Sławomir Mrożek. I jeszcze to co myśli o polskim inteligencie: „Denerwuje mnie w polskim inteligencie jego prowincjonalność. Kiedy przyjechałem do Polski i naczytałem się różnych pism, moje pierwsze wrażenie było takie, że to przecież nie jest poważne. Cokolwiek oni wydają i piszą, jest to niepoważne. To przekracza podział na PiS i PO.”


(1) komentarzy / skomentuj

Prezydent Sopotu na celowniku CBA 07-10-2007 20:49

Pojawiała sie informacja, że „CBA wystąpiło do urzędów miejskich Gdańska, Gdyni i Sopotu o udostępnienie informacji na temat sprzedaży mienia komunalnego w ciągu ostatnich 17 lat - dowiedziała się nieoficjalnie PAP od urzędników władz samorządowych proszących o zachowanie anonimowości.

CBA potwierdziło tę informację, zaprzeczając, by działanie to wiązało się z wyborami.

- Wystąpiono do nas z prośbą o udostępnienie dokumentów dotyczących sprzedaży wszelkich nieruchomości. Dotyczy to ogromnej rzeszy mieszkańców, bo ok. 6 tys. Uważamy, że dla bezpieczeństwa ich danych osobowych sprawa powinna być wyjaśniona - powiedział wiceprezydent Sopotu Paweł Orłowski.

Dodał, że w związku z tym zostanie w poniedziałek zwołana konferencja prasowa.

W Gdańsku i Sopocie prezydentami są politycy Platformy Obywatelskiej: Paweł Adamowicz i Jacek Karnowski. Prezydentem Gdyni jest Wojciech Szczurek, doradca społeczny Prezydenta RP ds. samorządu.”

Czy prośba skierowana do władz Gdańska i Gdyni jest tylko przykryciem właściwego celu? CBA prowadzi intensywne śledztwo, którego bohaterem jest prezydent Sopotu Jacek Karnowski.


(8) komentarzy / skomentuj

Ja nie będę Jurandem ze Spychowa 06-10-2007 22:29

Fragment mojej i Piotra Pytlakowskiego rozmowy na potrzeby artykułu dla Polityki z jedną z ważniejszy poszukiwanych osób przez polski wymiar sprawiedliwości, ukrywającej się poza granicami Polski.

- Jeżeli pan uważa się za niewinnego, to czemu nie zgłosi się pan do prokuratury i nie wyjaśni tego wszystkiego?
- Ja nie będę Jurandem ze Spychowa, żeby język wycięli i oko wyłupili.
- Pan się obawia o swoje życie i zdrowie?
- Obawiam się, że będę siedział w więzieniu za nic przez trzy lata, potem mnie wypuszczą i powiedzą, łups, przepraszamy bardzo, pan jest niewinny
-  A nie obawia się pan okresu ukrywania?
- Uważam, ze lepiej być za granicą niż w polskim wymiarze sprawiedliwości. Ktoś chce mnie złapać za nic. Ja nie miałem do czynienia z żadna polityką, służbami. Ja zostałem kozłem ofiarnym.


(0) komentarzy / skomentuj

Dla naiwnych polityków uważających, że władają służbami 05-10-2007 01:45

„Bo ze służbami jest tak, że zawsze lubią coś w tajemnicy majstrować. Taka ich natura. I nawet jeśli na chwilę przycichną, po jakimś czasie znowu się odrodzą i znowu będą spiskować. Podsłuchiwać, kontrolować, zbierać haki i gromadzić teczki. Teczki funkcjonują w każdym systemie.


W wiele lat później Szlachcic, szef MSW z wczesnego Gierka, opowiadał mi – niby w formie dowcipu – że kazał zniszczyć archiwa i kiedy potem zapytał, czy polecenie zostało wykonane, otrzymał odpowiedź: tak, tak, kończymy już robić mikrofilmy i zaraz zniszczymy”  (Teresa Torańska „Byli” – rozmowa z Józefem Tejchmą)

(1) komentarzy / skomentuj

Śmiertelnie poważnie o niepoważnym 04-10-2007 20:35

Słyszę poważne komentarze do niepoważnych sms-ów i e-maili i zaczynam się zastanawiać, czy niektórzy nie powinni sobie poczytać Witolda Gombrowicza. Trochę dystansu, panowie. Nie nadymajcie się jak balony. Tak naprawdę nakręcacie spiralę. Właśnie otrzymałem kolejny sms, tym razem nie o „chowaniu dowodu babci”. Treść nowego sms-a zaśmiecającego telefony: „Dwóch jednakowych kolesiów ukradło księżyc, przestępstwo widziała Babajaga z kotem, mieli zabić świadków ale ulitowali się, jeden wziął kota drugi Babajagę."


(2) komentarzy / skomentuj

A co z zagrożeniem terrorystycznym w Polsce? 04-10-2007 10:41

(6) komentarzy / skomentuj

Pamięć konfidenta 02-10-2007 23:15

Odsłuchuje nagrania z jednym z ważniejszych świadków tzw. ośmiornicy warszawskiej.
- Oni brali nieruchomość kupowali ja za 500 tys. i odsprzedawali za milion.
- Czy może pan podać jakieś przykład nieruchomości?
- Nie pamiętam dokładnie. Nie wiedziałem wtedy, że będę dzisiaj konfidentem.


(0) komentarzy / skomentuj

Liczyć się będzie wizja nie programy 30-09-2007 21:43

„Dziennik” poprosił mnie bym wytypował trzy pozycje godne polecenia w telewizji w poniedziałek. Oczywiście nie mogłem pominąć debaty Kaczyński – Kwaśniewski. Krótko napisałem: „Pierwszy prawdziwy medialny sprawdzian premiera. Za przeciwnika będzie miał czującego się jak ryba w wodzie przed kamerą Kwaśniewskiego. Nie chodzi tutaj o spór polityczny, jeśli tak myślał Kaczyński, to polegnie.  Większość widzów i tak nie będzie słuchało tego co mówią, ale jak wypadną. Czy Kaczyński wytrzyma przez 52 minuty z uśmiechniętą twarzą patrząc na teflonowego Kwaśniewskiego?”


(8) komentarzy / skomentuj

Jaruzelski nie potrafi być szczery 30-09-2007 20:26

Czytam książkę Teresy Torańskiej „Byli”. Pierwsza rozmowa z Wojciechem Jaruzelskim. Teresa rozmawiała z nim w 2004 roku. Zaskoczyło mnie to, że po tak wielu latach w Jaruzelskim nie ma szczerego spojrzenia na swoją przeszłość. To człowiek, dla którego cel uświęca środki. Zapytany zresztą o to przez Torańską odpowiada: „Dziejowa konieczność. Po dzień dzisiejszy tak uważam.”


(1) komentarzy / skomentuj

Wycofanie 28-09-2007 22:23

- „Mam już serdecznie dosyć. Wolę stać z boku. Przyglądać się wszystkiemu z pozycji obserwatora” – mówi mi osoba, która zna od podszewki sprawę zabójstwa generała Marka Papały.  I chyba taka postawa zaczyna odpowiadać już wszystkim. Jeśli ktoś nazbyt się wychyli jest sczyszczany przez wszystkich.


(1) komentarzy / skomentuj

Nie ma takiej rzeczy jak wolna prasa 26-09-2007 15:52

"Nie ma takiej rzeczy jak wolna prasa... Wy to wiecie i ja to wiem. Ani jeden spośród was nie odważyłby się szczerze wypowiedzieć własnego zdania... Gdybym kiedykolwiek ośmielił się zamieścić moją rzeczywistą opinię, straciłbym pracę przed upływem 24 godzin. Obowiązkiem dziennikarzy jest sprzeniewierzać się prawdzie, kłamać, wypaczać, szkalować, padać Mamonie do stóp i sprzedawać samego siebie za codzienną kromkę chleba. Jesteśmy narzędziami i wasalami ukrytych za kulisami bogaczy. Jesteśmy ich marionetkami. To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy. Nasz talent, możliwości i całe nasze życie jest własnością tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami"." - fragment przemówienia Johna Swintona, naczelnego redaktora New York Times'a, podczas zebrania Nowojorskiego Klubu Prasowego w roku 1953.


(5) komentarzy / skomentuj

Wszyscy byli odwróceni (wersja rozszerzona) 22-09-2007 20:59

Sprawdziliśmy w Trójmieście jak narodził się układ. Nie ten opisywany przez premiera, ale układ zależności między Januszem Kaczmarkiem, Konradem Kornatowskim, Jarosławem Marcem, Zbigniewem Ziobro,  i ... Rafałem R.

Dwóch ministrów, komendant główny policji, szef CBŚ i jeden z największych polskich biznesmenów. A miedzy nimi postać z cienia – Rafał R. (dalej Rafał), prywatny detektyw z Trójmiasta, właściciel firmy zajmującej się „systemem bezpiecznego biznesu”. To u niego założono podsłuch, który okazał się ogniskiem epidemii.  Z Rafałem przez telefon kontaktowali się adwokaci, politycy i dziennikarze, on też do nich telefonował, „zarażał” kolejne ogniwa.

Ministrowie i detektywi

Według Janusza Kaczmarka jesienią 2006 r. do resortu sprawiedliwości dotarła wieść, że ktoś wynajął  firmę PR, która miała szukać materiałów dyskredytujących Zbigniewa Ziobrę. Minister w to uwierzył, był zaniepokojony (potem publicznie opowiadał, że ktoś szykował na niego zamach). Ale sam Kaczmarek też obsesyjnie obawiał się, że ktoś szuka na niego haków. Minister i jego prawa ręka (trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale wtedy relacje między nimi były bardzo bliskie) wzajemnie podsycali w sobie lęki. Kaczmarek, jak dowiadujemy się od jednego z prokuratorów, często serwował Ziobrze informacje o wiszących nad głową ministra niebezpieczeństwach. Ziobro nie był mu dłużny, też informował o swoich ustaleniach, a usłużni funkcjonariusze  służb specjalnych karmili obu panów dostępem do wiedzy operacyjnej i podsłuchów. Prawdopodobnie tą drogą dotarła do nich informacja, że detektyw Rafał ma jakieś kwity, których ujawnienie może zaszkodzić ministrowi.


Faktem jest, że coś na rzeczy było. Rafał spotkał się wtedy z dziennikarzem „Polityki” i pytał, czy byłby zainteresowany, gdyby ktoś przekazał mu materiały natury obyczajowej kompromitujące ministra sprawiedliwości. Towarzyszył mu wysoki mężczyzna. Dziennikarz (jeden z niżej podpisanych) odrzekł, że nie jest ofertą zainteresowany. Wyjaśnił detektywowi i jego znajomemu, że poważne media nie zajmują się życiem intymnym nawet najbardziej znanych postaci. Później Rafał tłumaczył, że takich materiałów wcale nie miał, sondował jedynie, czy na tego rodzaju towar byłby zbyt. Mężczyzna, który mu towarzyszył to notariusz, przedstawiciel grupy innych notariuszy, którzy chcieli detektywowi zlecić skompromitowanie ministra, którego z wielu powodów nie lubili. On się przed takim zamówieniem wzbraniał i wykorzystał spotkanie z dziennikarzem „Polityki” aby udowodnić potencjalnym zleceniodawcom, że takich sensacji nie da się sprzedać.

O spotkania z ministrem sprawiedliwości dobijał się w ubiegłym roku Jerzy Godlewski, prywatny detektyw z Zielonej Góry. Koniecznie chciał ostrzec Ziobrę przed prowokacją rzekomo szykowaną przez innego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego (uwaga na marginesie: wyjątkowe nagromadzenie prywatnych detektywów wokół szefów resortu sprawiedliwości faktycznie mogło wywołać w nich stany lękowe).  Janusz Kaczmarek mówił nam w słynną już noc poprzedzającą jego zatrzymanie: - Ziobro miał przekonanie, że Godlewski chce go zniszczyć. Kiedyś Marzec powiedział mi, że rozmawiał z ministrem Ziobro i Święczkowskim i powiedział im, że Godlewski to jest agent agentów. Oni to chwycili, że on ma jakieś tam specjalne satelity, specjalne kamery. Nie mogą go rozpracować, bo jego dom to  wielka twierdza. Ziobro stwierdził, że jego, czyli proroka południa bierze Święczkowski, proroka północy, czyli mnie, bierze Marzec (chodziło o działania osłonowe – przyp. aut.). Służby włączone w osłonę „proroków” zaczęły wchodzić sobie w paradę.  Doszło do sytuacji, że CBŚ zaczęło rozpracowywać Rafała, uważanego za współpracownika ABW.

Spółka z ograniczonym zaufaniem

Linia frontu  - po jednej stronie Kaczmarek, Kornatowski i Marzec, a po drugiej Zbigniew Ziobro – to obraz stworzony przez dziennikarzy. Prawdziwe podziały przebiegały w sposób bardziej skomplikowany.

Jarosław Marzec poznał Janusza Kaczmarka – wówczas prokuratora apelacyjnego - w 2001 r. kiedy został szefem CBŚ w Gdańsku. Współpraca im się układała, Kaczmarek za bardzo nie wtrącał się w pracę operacyjną CBŚ, a Marzec zadeklarował pełną lojalność. Poza plecami nazywał Kaczmarka trochę złośliwie „Słońce Bałtyku”. Z kolei  Janusz Kaczmarek skarżył się znajomym, że ma uczucie, iż Marzec go inwigiluje. Ale drobne złośliwości i niejasne podejrzenia nie przeszkodziły we współpracy. Kiedy Kaczmarek zajął fotel prokuratora krajowego zaprotegował Marca u ówczesnych władz resortu spraw wewnętrznych i ten  został naczelnikiem warszawskiego zarządu CBŚ.  Awans sprawił mu radość, chociaż jednocześnie spowodował kłopoty. Marzec nie chciał zdać służbowego mieszkania jakie miał w Gdańsku. Mówił, że w Warszawie jest na chwilę, a jego małą ojczyzną jest Gdańsk, tam chce wrócić, kiedy przejdzie na emeryturę. Targował z ministrem Dornem przydział drugiego mieszkania służbowego w stolicy, ale przepisy są jednoznaczne. Policjant, nawet najwyższy w hierarchii, nie może mieć dwóch lokali służbowych. Marzec żalił się, że z powodu bezdusznych przepisów musi koczować w jakiejś pakamerze w starej kotłowni. Nie wiemy, czy jego sytuacja mieszkaniowa uległa poprawie, kiedy Kaczmarek powołał go na szefa centrali CBŚ. Początkowo był nawet przymierzany na stołek komendanta głównego, ale podobno nie przyjął propozycji.  – Powiedział mi, że nie chce zostać komendantem w takiej konstelacji jaka jest – mówi jeden z bliskich współpracowników Marca. – Obawiał się, że będzie musiał firmować decyzje Kaczmarka, a te go drażniły, uważał, że prokuratorzy na policji się nie znają. Nie krył rozdrażnienia, kiedy jego przełożonym mianowano Kornatowskiego.

– Miał bardzo dobry kontakt ze Zbigniewem Ziobro – mówi kolega Marca z KGP - często spotykał się z nim, albo rozmawiał przez telefon. To niepokoiło Kaczmarka.

Ale, według naszych rozmówców, Kaczmarek uspokoił się, a Ziobro obraził, kiedy Marzec poproszony przez ministra sprawiedliwości o podjęcie jakichś działań, oświadczył, że musi to skonsultować ze swoim ministrem.

Konrad Kornatowski chociaż uważany za wiernego wasala Janusza Kaczmarka, od połowy lat 90. zawsze był  u jego boku, żalił się przyjaciołom, że Janusz blokuje jego karierę. – Ale on sam siebie blokował – mówi jego gdański znajomy. – Miał kłopoty przez alkohol.
A jednak Kaczmarek zaufał mu i powołał na stanowisko komendanta głównego policji. Na zewnątrz wydawało się, że stanowią mocny i zgodny tandem, ale to były pozory. Kaczmarek wyznał kiedyś jednemu z autorów tego tekstu, że Konrad wymknął się spod kontroli, kontaktuje się z Ziobro poza jego plecami. Dopiero ujawniony przez media zarzut udziału Kornatowskiego w tzw. zbrodni komunistycznej (miał jako prokurator w latach 80. tuszować dokonane przez milicjantów zabójstwo mieszkańca Trójmiasta) spowodował, że wrócił pod skrzydła Kaczmarka. Ten nie zamierzał go dymisjonować. Zapowiedział, że uczyni to dopiero  jeśli prokurator z IPN postawi Kornatowskiemu zarzuty. Odzyskanie Kornatowskiego było dla Kaczmarka bardzo ważne. Jego konflikt ze Zbigniewem Ziobro wchodził właśnie w stadium wojny. Był kwiecień 2007 r., Barbara Blida popełniła samobójstwo. Kaczmarek wiedział, że akcja przeciwko Blidzie była natury politycznej, a nie kryminalnej. Przestraszył się konsekwencji.

Uszy szeroko otwarte

Kaczmarek, Kornatowski i Marzec od dawna obsesyjnie obawiali się podsłuchów. Nagrania ich rozmów puszczone podczas słynnej prezentacji w sprawie m. in. hotelu Marriott,  dowiodły, że obawy były uzasadnione.
Jarosław Marzec domagał się od niektórych dziennikarzy, aby telefonowali do niego z budek telefonicznych, a nie własnych komórek, bo... licho nie śpi. Janusz Kaczmarek podczas spotkań z dziennikarzami na tematy wymagające dyskrecji rozmawiał poza swoim gabinetem. Przed rozmową wyjmował ze swojego telefonu baterię.
Doskonale wiedzieli, że podsłuchy to broń piorunująca. Sami przecież w swojej pracy chętnie z nich korzystali. Jarosław Marzec już w Gdańsku miał opinię podsłuchiwacza ponad miarę. - Postawił na to - mówi dawny funkcjonariusz gdańskiego CBŚ.  - Ze Szczecina sprowadził zaufaną osobę,  Krzysztofa Malinowskiego, którego mianował  naczelnikiem techniki w CBŚ w Gdańsku. To była jego pierwsza decyzja kadrowa. - Doświadczenie zawodowe miał, ale  z charakterem coś nie tak – ocenia jeden z byłych wiceszefów CBŚ.

Konrad Kornatowski był przez trójmiejskich policjantów lubiany, bo, jak twierdzą, rozumiał wymogi pracy operacyjnej. Szczególnie niezastąpiony bywał, kiedy należało szybko uzyskać zgodę sądu na podsłuch. Załatwiał to od ręki.

Podsłuchiwanie – to opinia psycholog Jolanty Świerczewskiej – może wejść w krew i nawet sprawiać przyjemność. A wtedy łatwo przekroczyć granice przepisów. Te mówią, że można objąć tzw. podsłuchem operacyjnym numery telefonów, które łączą się z numerem na którego podsłuchiwanie jest zgoda sądu. - Dzwonisz na telefon osoby rozpracowywanej  i chcesz nie chcesz trafiasz w sieć podsłuchiwanych, bo teraz przez pięć dni możemy cię słuchać bezkarnie i bez zgody sądu - wyjawia  funkcjonariusz zajmujący się inwigilacją w gdańskim CBŚ. Po stwierdzeniu, że rozmówca osoby podejrzanej sam nie jest przestępcą, a na przykład dziennikarzem, jego zapisane na taśmach podsłuchowych rozmowy powinny zostać skasowane, ale to tylko teoria.

W wywiadzie dla „Gazety Polskiej”  Zbigniew Ziobro wyraził swój pogląd na podsłuchiwanie: "Zgodnie z polską konstytucją nikt nie stoi ponad prawem - ani dziennikarze, ani tym bardziej politycy nie są wybraną częścią społeczeństwa. Jeśli mają na przykład związki ze zorganizowaną przestępczością, współpracują z handlarzami narkotyków, to nie widzę żadnych powodów, by zdejmować z nich odpowiedzialność za te czyny”. Dziennikarze śledczy często kontaktują się z osobami podejrzewanymi o przestępstwa, zdobywają od nich informacje. Według Ziobry „mają związki z przestępczością” i trzeba ich podsłuchiwać.

Janusz Kaczmarek odżegnywał się, jego podsłuchy dziennikarzy nie interesują. Mijał się z prawdą.
Według naszych informatorów podsłuchami objęto rok temu dwóch gdańskich dziennikarzy. Robili temat wymagający kontaktów z przestępcami i automatycznie wpadli w sieć. Jeden z nich był zaprzyjaźniony z Kaczmarkiem. Mówili sobie na „ty”, często spotykali prywatnie. Kiedyś dziennikarz zauważył, że Kaczmarek oszukał go. – Wprowadził mnie w błąd z premedytacją – opowiada. – Uraziło mnie to i w rozmowach telefonicznych z przyjaciółmi zacząłem nazywać go krętaczem. Potem zachodziłem w głowę, czemu Kaczmarek nagle usztywnił się, zdystansował się ode mnie. Dzisiaj już wiem, z podsłuchów dowiedział się co o nim myślę.

Janusz Kaczmarek lubił kontakty z dziennikarzami, łatwo się z nimi spoufalał, spotykał na drinkach, przechodził na „ty”. Być może wyobrażał sobie, że w ten sposób sprawuje nad nimi władzę, zabezpiecza sobie dobrą prasę. Tak naprawdę bał się tylko jednego dziennikarza, Bertolda Kittla (wtedy z „Rzeczpospolitej”). Podejrzewał, że Kittel szuka na niego haków. Próbował dowiedzieć się, co interesuje dziennikarza.

Sieć Rafała R.

Bertold Kittel często kontaktował się z gdańskim detektywem Rafałem. Do Rafała dziennikarze dzwonili  po informacje, miał dużą wiedzę o kulisach pewnych wydarzeń, o znanych osobach, o giełdowych machinacjach. Szef CBŚ Jarosław Marzec podejrzewał go o kontakty z rosyjską mafią. Janusz Kaczmarek tak opowiadał nocą poprzedzającą jego zatrzymanie: - Marzec miał zarejestrowaną sprawę z rezydentem rosyjskim i nagle pojawia się detektyw. Miedzy nami, ja znam doskonale byłego szefa ABW w Gdańsku, detektyw był ich zarejestrowanym agentem, miał im dostarczać informacje na temat przestępców, dziennikarzy. Marzec uważał, że detektyw ma związki z rosyjskim rezydentem, a szef ABW, że Marzec jest głupi, bo tamten jest ich człowiekiem. Szef ABW miał o detektywie zdanie, że to mitoman, ale pożyteczny, bo łatwo odsiać plewy od ziaren. On nie zagraża Zbiorze. Nie mogłem tego wyjawić Marcowi, bo to mi w zaufaniu powiedział mój przyjaciel, szef ABW w Gdańsku. Marzec myślał, że trafił w bingo, ma groźnego przestępcę, a według szefa ABW facet był pod pełną kontrolą.

Ale opowieść Kaczmarka nie jest pełna. On też był zainteresowany wiedzą detektywa. Miał przekonanie, że ten dostał zlecenie na szukanie tzw. kont w Rydze. Wieść gminna niosła, że konta miały być założone na nazwisko Kaczmarka, który ukrył na nich łapówki od Ryszarda Krauze (za przysługi oddane mu w czasie afery Stella Maris – patrz: „POLITYKA”. Kaczmarek mówił nam, że żadnych kont za granicą nie otwierał, ale bał się prowokacji. Podejrzewał, że kont w Rydze szuka przy pomocy detektywa Rafała Bertold Kittel. Panicznie się tego bał,  dlatego postanowił kontratakować. Przekazał dziennikarzom informację, że widział jak minister Ziobro i  szef ABW Bogdan Święczkowski słuchali  nagrań z podsłuchów założonych u detektywa Rafała. Detektyw rozmawiał z dziennikarzami  ( w tym z Kitlem i niżej podpisanymi) . - To jest moja ściema – wyznał nam podczas ostatniej rozmowy przed zatrzymaniem. - Powiedziałem o tym by uzyskać informacje, co Kittel wie na ten temat ( konta w Rydze – przyp. aut.) . Obawiałem się Kittla.
Spotkał się w końcu z Kittlem. Ten wytłumaczył ministrowi, że nic nie wie o mitycznych kontach i wcale ich nie szuka. Kaczmarek trochę mu uwierzył, a trochę nie. W głębi duszy wciąż tliła się obawa, że redaktor też ściemnia. Bo tak naprawdę Janusz Kaczmarek przez ostatnie miesiące żył w nieustannym napięciu, wiedział, że ABW i CBA węszą wokół niego, szukają dowodów na korupcję. Ponoć chciał tego sam Ziobro. W ich walce Kaczmarek stał na z góry przegranej pozycji. Jedyne co miał w garści to podsłuch założony u detektywa Rafała.

Od byłego policjanta z Gdańska dowiedzieliśmy się, że inwigilowany przez CBŚ Rafał padł ofiarą kradzieży. Ktoś skopiował dane z jego komputera. Były tam zlecenia jakie dostawał, nazwy firm, daty i zakres prac jakie miał wykonać. Część tych informacji trafiła do firmy konkurującej z jego agencją. Firmę założyli byli policjanci. Wkrótce przejęli co lepsze zlecenia z listy Rafała. – Dostałem propozycję, aby odkupić od nich dane ściągnięte Rafałowi. Zrobiłem to za dziesięć tysięcy złotych – opowiada nasz informator. Nie ujawnia kto wyłożył pieniądze. Wskazuje jedynie, że były to osoby z bliskiego otoczenia Janusza Kaczmarka.

Detektyw Rafał żali się, że od kiedy konkurencja przejęła co lepsze kąski z jego  listy klientów, popadł w kłopoty finansowe. Na Kaczmarka nie szukał haków, chociaż, chciał nie chciał, niektóre fakty same wpadały mu do ucha. Nie był współpracownikiem ABW, ale pomagał czasem funkcjonariuszom, dzielił się wiedzą. W zamian też dostawał informacje, a przede wszystkim święty spokój. Nie wyklucza, że mógł być zarejestrowany w ABW jako kontakt operacyjny.

Janusz Kaczmarek pytany przez nas, czy wiedział o kradzieży danych z komputera Rafała, odpowiedział esemesem: „O R. R. (tu nazwisko detektywa) niech Pan pyta Ziobrę”.

Życie w konspiracji

Janusz Kaczmarek, który jeszcze niedawno codziennie wydawał oświadczenia, organizował konferencje prasowe, teraz zapadł się pod ziemię. Nie odbiera telefonów, nie pokazuje się ani w stolicy ani w Trójmieście. Poinformował nas esemesem, że "Od dwóch tygodni rozmawiam tylko z adwokatami i żoną".  Telefony odbiera jedynie żona byłego komendanta Głównego Policji  Krystyna Kornatowska i zapewnia, że nie utrzymują kontaktów z Kaczmarkami, a mąż publicznie nie będzie się wypowiadał.  Pod ziemie zapadł się także były szef CBŚ Jarosław Marzec. Nie stawił się na kolejny termin zeznań przed sejmową komisją ds. służb specjalnych. Podobno podupadł na zdrowiu, przeżywa załamanie nerwowe. Ukrywa się przed światem w głuszy leśnej, nad jeziorem. Zapewne łowi ryby, wędkarstwo to jego hobby.

Marzec odwołany z funkcji dyrektora CBŚ, został przeniesiony do tzw. grupy stanowisk tymczasowych. To poczekalnia dla policjantów na których ciążą podejrzenia. Marzec boi się, że zostaną postawione mu zarzuty przekroczenia uprawnień (w jego laptopie znaleziono dokumenty, których nie miał prawa posiadać). Straci wtedy nie tylko pracę, ale i prawo do policyjnej emerytury.

Kaczmarek i Kornatowski  już nie będą prokuratorami. Zamierzali zdobyć uprawnienia adwokackie i wspólnie otworzyć kancelarię prawną. Jeżeli sąd uzna ich winnymi składania fałszywych zeznań, tych planów nie zrealizują.

Nad Kaczmarkiem nadal wisi podejrzenie uczestnictwa w przecieku o planowanej akcji CBA w resorcie rolnictwa. Służby specjalne szukają dowodów na korupcję jakiej miał się dopuścić w czasach, kiedy był prokuratorem w Gdańsku. Z naszych informacji wynika, że w ubiegłym tygodniu do Rygi pojechali funkcjonariusze ABW i CBA. Wciąż tropią jego tajne konta. Czy coś znaleźli, jeszcze nie ujawniono.

Według detektywa Rafała wiarygodność Kaczmarka i Kornatowskiego niebawem będzie zweryfikowana. Jeżeli prawdą jest, że wysługiwali się Ryszardowi Krauzemu, to ten nie pozostawi ich na lodzie. Zostaną zatrudnieni w jego firmach. Nie wiadomo tylko, w jakim charakterze.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że najważniejsi ludzie w tzw. aparacie ścigania – minister sprawiedliwości, minister spraw wewnętrznych, komendant gówny policji, szef Centralnego Biura Śledczego, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – ogromną część swojego czasu i energii poświęcali na śledzenie samych siebie.

Sylwester Latkowski
Piotr Pytlakowski

Artykuł opublikowany na łamach "Polityki" nr 38, 22 września 2007.

(3) komentarzy / skomentuj

Wieści z kulis Festiwalu Filmowego w Gdyni 21-09-2007 23:59

Kiedy przed filmem podokazywało się logo sponsora fundacji Krauzego publiczność reagowała oklaskami.


(0) komentarzy / skomentuj

Drunk Women 21-09-2007 23:55

(0) komentarzy / skomentuj

Katyń Wajdy 17-09-2007 22:18

Scena Teatru Wielkiego. Andrzej Wajda wchodzi na scenę. Punktowe światło. Odczytuje kilka zdań. Rozświetla się ekran i zaczyna pokaz jego filmu „Katyń”. Po filmie oklaski, publiczność siedzi w miejscach, trochę ogłupiała, czeka. Zazwyczaj odbywa się celebra przed i po projekcji filmu. Wajda tego sobie nie życzył.


(1) komentarzy / skomentuj

Wyciszenie w Chojnicach 16-09-2007 13:22

Sobotę i niedzielę spędziłem w Chojnicach na IX Filmobraniu. Zaraz po przyjeździe Bogdan Kuffel, organizator przeglądu, zabrał mnie na komendę powiatową policji, co wywołało u mnie dwuznaczne uczucia. W świetlicy komendy miało miejsce spotkanie z mediami. „Spotkanie, podczas którego reżyser pokazywał raczej "zmęczoną" twarz człowieka” (Dziennik Bałtycki).  „Potem był już tylko emocjonalny monolog, w którym mieszały się różne tematy i wątki, o filmach, polityce, służbach specjalnych, inwigilacji dziennikarzy i tysiącu innych spraw.” (Gazeta Pomorska). Powiedziałem też, że „nie wiem, czy kiedyś nie pęknę.” (Dziennik Bałtycki).


Nocowałem u proboszcza Parafii Ścięcia Św. Jana Chrzciciela w Chojnicach księdza Jacka Dawidowskiego. Więc w niedziele od szóstej rano słyszałem kolejne msze święte (Jacek zapomniał wyłączyć głośnik z podsłuchem kościoła. Niektórzy sami sobie zakładają podsłuch.), a w sobotnie popołudnie ślubowania małżeńskie. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim  spotkanie z infułatem. Potem wieczorna kolacja. Wśród uczestników radny Mariusz Paluch, który okładał się ze swoim konkurentem politycznym na ringu bokserskim, co rozsławiło na chwile Chojnice w mediach ogólnopolskich.

Chojnice przez minione dwa dni odcięły mnie od świata, w którym tkwię na co dzień. Odpocząłem, dzięki takim ludziom jak Bogdan Kuffel i ks. Jacek Dawidowski.

Na zdjęciu: Komenda Powiatowa Policji w Chojnicach. Po lewej stronie Bogdan Kuffel, po prawej komendant powiatowy w Chojnicach mł.insp. Janusz Gierszewski

(1) komentarzy / skomentuj

Kaczyńska. To nie był tylko medialny spektakl. A gdzie reszta żon polityków? 16-09-2007 00:00

(1) komentarzy / skomentuj

Układ trójmiejski (wersja rozszerzona) 14-09-2007 20:27

Myśliwi tropią zwierzynę, o której nie wiadomo, gdzie konkretnie się ukrywa i jak wygląda. Musi być drapieżna, żywi się korupcją.  A imię jej Układ. Na razie skład Układu jest skromny: Ryszard Krauze, Janusz Kaczmarek, Jaromir Netzel, i Konrad Kornatowski. Wszyscy z Trójmiasta.

Układ zdemaskował się, bo na złość CBA ruszył ratować Andrzeja Leppera. Ale z zapowiedzi premiera wynika, iż to dopiero początek odsłaniania mrocznych tajemnic. Przedstawiono dowody. Czy są niezbite – na razie trudno powiedzieć. Na pewno zaprezentowano je efektownie. Opierają się, a na czymże innym, na podsłuchach.

Podsłuchiwanie to główny oręż i symbol IV RP.

Niespodzianką jest, że Układ zlokalizowano w Gdańsku i okolicach. Wcześniej brano pod uwagę Poznań (Jan Kulczyk) i Warszawę (Aleksander Gudzowaty). Kulczyk na wszelki wypadek zniknął, a Gudzowaty ponoć dogadał się z władzą, bo dał jej to co najbardziej lubi -  taśmy z podsłuchiwania prywatnych gości. Z konieczności zabrano się więc za trzeciego z wielkiej trójki – Ryszarda Krauzego.

Wybrano niebezpieczną grę, bo Krauze to wielkie pieniądze, dziewięć spółek giełdowych, sponsorowanie sportu i kultury, działalność charytatywna i domniemany klucz do systemów informatycznych w najważniejszych instytucjach państwowych (Prokom wygrywał większość przetargów). Uderzenie w Krauzego oznacza panikę na giełdzie i grozi zachwianiem całego rynku finansowego kraju. Aby go zaatakować trzeba mieć naprawdę mocne dowody i przemyślaną strategię postępowania. Dowodów dopiero się szuka. Do Gdańska wysłano eskadrę zaufanych funkcjonariuszy: zmieniono szefów tamtejszej ABW i Prokuratury Apelacyjnej. Na czele gdańskiego oddziału CBA też postawiono oddanego sprawie człowieka (co prawda były szef CBŚ nazywa go głupolem). Szperają, węszą, podsłuchują. Czasu nie ma zbyt dużo. Muszą zdążyć przed wyborami.

Układ czyli Prokom

Dla Ryszarda Krauze Trójmiasto to matecznik. Urodził się w 1956 roku w Gdyni. Studiował w Gdańsku na politechnice, skończył wydział technologii maszyn budowlanych. Grał w koszykówkę – sport był zawsze ważny w jego życiu. Ponoć komputerami zafascynował się, kiedy w 1984 r. za pośrednictwem Polservice wyjechał na kontrakt do Niemiec. Co prawda pracował tam w firmie handlującej skórami, ale sam opowiada, że był w pionie komputerowym i dobrze poznał branże informatyczną. Do Polski wrócił z pokaźną sumką niemieckich marek. Szukał pomysłu na mądrą inwestycję. Był rok 1986 – w Polsce raczkował już biznes komputerowy. Dzisiaj grupa spółek zależnych od Krauzego to prawdziwe imperium. Najważniejsze to Prokom Software,  Asseco Poland, ABG Ster Projekt, Combdata, Comp, Postdata, Safe Computing,  Bioton, Petrolinvest, Polnord,  Firmy grupy zajmują się informatyką, budownictwem, obrotem nieruchomościami, produkcją insuliny, handlem ropą naftową. Wiele wskazuje, że źródłem kłopotów dla Krauzego nie będzie żaden z jego flagowych okrętów, ale mało istotna spółka Energobudowa. Na jej czele stał pomorski baron SLD Jerzy Jendykiewicz. Prokuratura zarzuciła mu, że wyprowadził ze spółki ok. 20 mln zł, aby później wyprać je w osławionym wydawnictwie kościelnym Stella Maris. To Jendykiewicz połączył Krauzego z aferą Stella Maris. – Te pieniądze wyparowały z Energobudowy – przyznaje Marek Zieleniewski, szef zespołu prasowego Prokomu. – Ryszard Krauze jest w tej sprawie poszkodowanym, a nie sprawcą. O tym nie wolno zapominać. To nasz wewnętrzny audyt wykrył straty, a teraz nas miesza się z aferzystami. Kluczowe będzie rozstrzygnięcie sądu.

Sprawa Stella Maris nadal się toczy, część oskarżonych już poddała się dobrowolnie karze. Dostała wynegocjowane wyroki: 5 lat więzienia w zawieszeniu na 10 lat.

Układ czyli Stella Maris

Prawdopodobnie to Stella Maris ma być kluczem, który otworzy skarbiec ze złą wiedzą o Krauzem, Kaczmarku i Układzie. Trwa szukanie dowodów na hipotezę, że Janusz Kaczmarek, który jako prokurator apelacyjny w Gdańsku nadzorował śledztwo w sprawie tej afery, manipulował tak, aby śledztwo ominęło Ryszarda Krauze. Miał też czynić wszystko, aby główne zarzuty uległy przedawnieniu ( w tym przeciwko Jendykiewiczowi). Termin przedawnienia upływa 1 stycznia 2008 r. Według znanego prawnika z Trójmiasta tak naprawdę Kaczmarek pilnował w tym śledztwie, aby nie został w nie włączony gdański arcybiskup, któremu przecież Stella Maris podlegała.

Jeden z naszych gdańskich rozmówców, były policjant, przedstawia następujący ciąg zdarzeń. Sprawę Stelli Maris prężnie prowadziła gdańska ABW. Postępowaniem zajmował się Rafał Sz. Decyzją Karczmarka śledztwo odebrano ABW i zlecono CBŚ (naczelnikiem gdańskiego zarządu CBŚ był wtedy Jarosław Marzec). Rafała Sz. w trybie pilnym oddelegowano z Gdańska najpierw na kurs oficerski do podwarszawskiego Emowa, potem do wrocławskiej ABW. Dopiero po półtora roku wrócił do Gdańska. Sprawa Stelli Maris była już wtedy zakończona, akt oskarżenia poszedł do sądu. Ryszard Krauze miał, według tej wersji, wiedzieć, że pieniądze z jego spółki są przepuszczane przez lewe faktury. Przeszukania jakich ABW (CBA?) dokonała w kilku biurach grupy Prokom (i w prywatnych apartamentach Krauzego) miały umożliwić znalezienie śladów tych operacji i dowodów na udział w praniu pieniędzy przez Leszka Millera, syna b. premiera.

W zamian za przysługi Janusz Kaczmarek miał dostać ok. 2 mln zł. Za te pieniądze wybudował dom  w dzielnicy Witomino (na podstawioną osobę) i otworzył konto w banku w Rydze.

Faktem jest, że kilka miesięcy temu Janusz Kaczmarek nerwowo sprawdzał, kto rozsiewa pogłoski o tym, że ma założone w Rydze konta. Przepytywał na ten temat dziennikarzy i pewnego adwokata z Warszawy. Wyraźnie obawiał się, że sprawa zostanie ujawniona publicznie. Podczas sławnej już nocnej rozmowy jaką odbyliśmy z Kaczmarkiem tuż przed jego zatrzymaniem, wyjaśniał, że nie miał w Rydze żadnych lokat, a dom na Witominie wybudował legalnie. Zaprzeczył też jakoby w jakikolwiek sposób wpływał na bieg śledztwa. Sprawą zajmowała się Prokuratura Okręgowa, a on nie wtrącał się do postępowania (patrz obok: „Opowieści Karczmarka”). Nie odbierał sprawy ABW, nie przekazywał CBŚ. Nic nie wie o funkcjonariuszu Rafale Sz.

Układ czyli urodzinowe okazje

Co łączyło Kaczmarka z Ryszardem Krauze? Według zaufanej osoby z otoczenia biznesmena , była to nic nie znacząca znajomość, zaledwie kilka spotkań, z czego większość przy okazji publicznych imprez. Według Kaczmarka były to zaledwie trzy, albo cztery spotkania. Pierwsze podczas uroczystej sesji rady miasta Gdynia, Kaczmarek był tam zaproszony jako prokurator rejonowy. Krauzego widział z daleka. Podczas festiwalu filmów fabularnych w Gdyni (trzy, cztery lata temu) doszło do pierwszej rozmowy. Z Krauzem miał go wtedy poznać Marek Biernacki, dzisiaj poseł PO. Przedstawił Karczmarka, a Krauze powiedział, że wiele słyszał o prokuratorze, ale nie było okazji się poznać.

Dotychczas Kaczmarek upierał się przy innej wersji – z potężnym biznesmenem miał go zapoznać Lech Kaczyński, bardzo wtedy zaprzyjaźniony z Ryszardem Krauze. Nam opowiedział wersję z Biernackim, zaznaczając, że nie ujawnił jej nawet przed komisją sejmową. Dlaczego – tego już nie rozwikływał.

Kolejne dwa spotkania z Ryszardem Krauze odbyły się już w obecności Lecha Kaczyńskiego. Pierwsze z okazji urodzin Adama Jedlińskiego, postaci dużo znaczącej w Trójmieście, radcy prawnego, współwłaściciela najbardziej znanej na tym terenie kancelarii prawnej – „Głuchowski, Jedliński, Rodziewicz, Zwara i Partnerzy”. Na imprezie było wielu gości, Kaczmarek nie pamięta, czy rozmawiał wtedy z Krauzem na osobności. Na pewno z nim rozmawiał, a nawet przeszli na „ty” podczas kolejnego, tym razem kameralnego spotkania, znów u mec. Jedlińskiego. Poza gospodarzem i Krauzem był tam też Lech Kaczyński, już jako prezydent-elekt. – To była pierwsza prawdziwa rozmowa z Kraulem, odbierałem to jako nobilitację – opowiadał nam Janusz Kaczmarek. Wspomniał też o jeszcze jednym spotkaniu na prywatnej imprezie jednego z trójmiejskich biznesmenów. – Więcej spotkań nie było – oświadczył. Do końca upierał się, że nie rozmawiał z Ryszardem Krauze w hotelu Marriott, wieczorem 5 lipca. Z zapisów kamer w Marriocie prokuratorzy wydedukowali, że Kaczmarek kłamie. Był w apartamencie 4020 na 40 piętrze hotelu w tym samym czasie kiedy przebywał tam Krauze. Ale ujawniony publicznie obraz z kamer nie przesądza tego do końca, nie widać momentu, kiedy Kaczmarek wchodzi do pokoju. Według prokuratury potwierdza to jednak opinia biegłego.

Zbigniew Ziobro zapowiada ujawnienie nowych dowodów. Daje do zrozumienia, że będą wśród nich te, które zdemaskują prawdziwy charakter znajomości Kaczmarka z Krauzem. Mieli znać się wcześniej, niż ujawniają i znacznie głębiej.

Układ czyli kancelaria

Udowodnienie, że relacje jakie łączyły Kaczmarka z Krauzem były bardzo zażyłe, ma służyć demaskacji Układu, to jasne. Sytuacja jest jednak mocno kłopotliwa, bo umowny Układ Trójmiejski nie da się zdefiniować łatwo i prosto. Ryszard Krauze utrzymywał zażyłość z wieloma osobami ze świecznika. On zapraszał i jego zapraszano. Do pracy w swoich firmach i radach nadzorczych ściągał osoby z różnych kręgów politycznych. Nie tylko barona SLD, ale i związanego z PiS Wiesława Walendziaka, mec. Wojciecha Brochwicza (kojarzonego z PO), Zbigniewa Okońskiego (ministra obrony z nadania Lecha Wałęsy), gen Sławomira Petelickiego i wielu innych byłych funkcjonariuszy służb specjalnych. To normalna w Polsce strategia – podobnie postępowali zawsze np. Sobiesław Zasada i Aleksander Guzowaty.

Najistotniejsza dla Układu kwestia to bez wątpienia zażyłość łącząca Krauzego z Lechem Kaczyńskim. Mówi o niej Kaczmarek, a prezydent nie zaprzecza. To za prezesury Kaczyńskiego w NIK, Krauze informatyzował tę instytucję, ale znali się chyba jeszcze wcześniej. Lech Kaczyński w udzielonym dwa lata temu wywiadzie mówił Piotrowi Najsztubowi, że ufa Krauzemu, bo ten okazywał mu sympatię w czasach kiedy on, Kaczyński nic w życiu publicznym nie znaczył. Wiec teraz stratedzy Piś muszą znaleźć sposób, jak wyjąć z Układu prezydenta.

Janusz Kaczmarek Układ i swój w nim udział opisuje następująco:  Spoiwem, które w Trójmieście łączy ważne postaci jest kancelaria prawna „Głuchowski, Jedliński, Rozdziewicz, Zwara i Partnerzy”. Tam się bywa zapraszanym i wtedy trudno nawet odmówić. To rodzaj salonu. W kancelarii spotykali się Ryszard Krauze, Lech Kaczyński, Kazimierz Marcinkiewicz, prezydenci Gdyni, Sopotu i Gdańska, Jaromir Netzel, Wiesław Walendziak i Janusz Kaczmarek. – Wszyscy, dosłownie wszyscy – mówił nam Kaczmarek – Czy to jest układ? Jeżeli uznamy, że Jarosław Kaczyński ma racje, to to jest układ.

Ten układ – jak twierdzi - wyniósł go na funkcje prokuratora krajowego i ministra, układ, czyli Kancelaria. Jeden z jej właścicieli Marek Głuchowski jest szefem rady nadzorczej PKO BP. Drugi Adam Jedliński jest przewodniczącym rady nadzorczej SKOK (organizacja parabankowa) i wiceprezesem zarządu związanej ze SKOK Fundacji na Rzecz Polskich Związków Kredytowych. Na początku lat 90. przewodniczącym rady nadzorczej tej fundacji był Lech Kaczyński.

W kancelarii Głuchowskiego i Jedlińskiego Lech Kaczyński dorabiał, kiedy odszedł z NIK. Teraz robi w niej aplikanturę adwokacką jego córka. Od naszych trójmiejskich rozmówców wiemy, że od kiedy w sprawie Janusza Kaczmarka doszło do przesilenia, Adam Jedliński przestał pokazywać się publicznie. – Prawdopodobnie chce przeczekać tę awanturę i nie wypowiadać się – uważa nasz informator, blisko związany z kancelarią.

Układ czyli komendant z prezesem

Z podsłuchów ujawnionych przez prokuraturę wylania się oryginalny obraz stosunków łączących niektóre osoby Układu (tego definiowanego przez Zbiorę i premiera). Okazuje się, że Jaromir Netzel jest w bardzo bliskiej komitywie z byłym już dzisiaj komendantem głównym policji Konradem Kornatowskim. Janusz Kaczmarek w noc przed swoim zatrzymaniem opowiedział nam, że on sam Netzla znał słabo, ale Kornatowski dobrze. Nie wiedział jednak, do jakiego stopnia ich znajomość była zażyła.

Prywatny detektyw z Gdańska, Rafałi twierdzi, że Netzel wykorzystywał swoje znajomości, aby uzyskiwać wiedzę do jakiej nie miał prawa. Rutkowski był świadkiem w śledztwie prowadzonym przez warszawską prokuraturę na wniosek Netzla (który czuł się obrażony artykułem  Bertolda Kittla w „Rzeczpospolitej”). Podczas konfrontacji w gabinecie prokuratora pytania dotyczyły m. in. nieobecności Rafała na poprzednim terminie konfrontacji. Netzel  ujawnił, że (prawdopodobnie z bilingów) wie, iż Rutkowski nie stawił się, chociaż był w Warszawie. – Mam dowód, iż Netzla łączył z Kornatowskim szczególny związek – ujawnia teraz Rafał. 19 marca siedział przy stoliku w barze hotelu Westin w Warszawie. Przy sąsiednim stoliku siedział Netzel, który wtedy go jeszcze nie znał. Ok. godz. 23.30 wpadł zdyszany Kornatowski. Był w długim zielonym płaszczu. – Neztel miał pretensje, że Kornatowski się spóźnił. Wziął od niego czarną teczkę z nadrukiem Komendy Głównej Policji i wyjął z niej kilka dokumentów, po czym poszedł je skserować – opowiada Rafał. – Po powrocie dość obcesowo polecił Kornatowskiemu, aby ten odszedł. Kornatowski poprosił o papierosa. Netzel dał mu całą paczką i  zażądał, aby wreszcie zniknął. To wyglądało jakby Netzel był szefem, a Kornatowski posłusznym podwładnym.

Rafałi nie wie, czego dotyczyły dokumenty. Domyśla się jedynie, że skoro wyjęto je ze służbowej teczki mogły zawierać poufną treść.

Rafał jest tym gdańskim detektywem, którego podsłuchiwano pod pozorem podejrzeń o kontakty z rezydentem rosyjskiej mafii (w gruncie rzeczy właścicielem knajpy od kilkunastu lat przebywającym w Polsce). To od niego podsłuchy przeszły na grupę dziennikarzy („P” – „Życie na podsłuchu” nr ???), którzy do niego telefonowali. Janusz Kaczmarek i Zbigniew Ziobro obawiali się, że Rafał na czyjeś zlecenie zbiera na nich kompromitujące materiały. Kaczmarek opowiadał nam, że Rafał był blisko związany z ABW i że wiedział o tym od swojego przyjaciela szefa ABW w Gdańsku. Sam Rafałi tak wyjaśnia swoje związki z ABW. Po odejściu z policji starał się o pracę w UOP, potem zajął się działalnością detektywistyczną. – Współpracowałem z ABW organizując dla nich szkolenia – mówi.

Układ czyli rejs pod przymusem

Zarówno Układ definiowany przez PiS, jak i ten z  opowieści Janusza Karczmarka przenikają się nawzajem. Dla Jarosława Kaczyńskiego wytropienie Układu jest celem nr 1, bo dopiero to uzasadni definiowane przez niego od lat zagrożenia dla Polski. 

Linia obrony Kaczmarka ośmiesza teorię spisku. Nieustannie podkreśla, że jeżeli Układ istniał, to tkwili w nim wszyscy z Lechem Kaczyńskim na czele. Na razie efektem całej awantury są małej wagi zarzuty wobec Karczmarka, Netzla i Kornatowskiego i fakt, że Ryszard Krauze z konieczności pływa jachtem po Morzy Śródziemnym. Nie ukrywa się, nie ucieka, ale wyraźnie obawia się powrotu do kraju. Czego boi się człowiek określany mianem oligarchy? On sam twierdzi, że niczego. Po prostu nie chce być w spektakularny sposób zatrzymywany przez ABW, skuwany w kajdanki, wieziony do prokuratury i tam przesłuchiwany,  a wszystko po to by go publicznie upokorzono.  Prawdopodobnie, kiedy ten numer „P” znajdzie się w kioskach, znane już będzie oświadczenie nad jakim pracuje teraz Krauze. Ma w nim ponownie stwierdzić, że 5 lipca nie widział się w hotelu „Marriott” z Januszem Kaczmarkiem.

Sylwester Latkowski
Piotr Pytlakowski

Rozszerzona wersja artykułu, który ukazał się w Polityce, Nr 36, 8 września 2007


 

(7) komentarzy / skomentuj

Wersja Kaczmarka (fragmenty rozmowy) 14-09-2007 20:10

 


Fragmenty  rozmowy przeprowadzonej  w nocy (30/31 sierpnia 2007) przed zatrzymaniem bylego ministra spraw wewnetrznych i administracji.

Piotr Pytlakowski: Przywiozła go ochrona – dwóch borowców ok. godz. 19.20. Poprosił, żeby Sylwek zawiózł go na spotkanie (Marszałkowska róg Pięknej). Tam czekała na niego osoba, która miała podać mu jakieś materiały. Chciał je nam przekazać. Wyszedł i podszedł do czekającej osoby. Po chwili zadzwonił z innego telefonu i powiedział, że nie dostał materiałów i w związku z tym musi się z kimś spotkać. Poprosił aby Sylwek czekał na niego. Wrócił ok. 21, miał przy sobie jedynie opinię Zrzeszenia Prawników Polskich na temat akcji CBA. 

O atmosferze w ministerstwie sprawiedliwości
Jest jedna wielka bojaźń, kierowcy mówią, że wychodzą ci dyrektorzy od Ziobry przestraszeni, jak to wszystko kiedyś wyjdzie na jaw to my się będziemy w piekle palić. Trzeba na komisję sejmową wezwać kierowców, wziąć na przesłuchanie Sieraka (dyr. wydziały przestępczości zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej), który się boi czy Ziobro jest mocno czy słaby. Tu nie tylko chodzi o mnie, ale o Leppera. To było robione od strony polityki, a nie od strony prawnej. Chodziło im o przejęcie Samoobrony.

Oglądamy Zbiorę w TVN
Ziobro przypisuje sobie humanitarne motywy decyzji o zwolnieniu z aresztu księgowej lobbysty Marka Dochnala. Kaczmarek komentuje:
To jest facet tak zakłamany że głowa boli.
Jego zasługa w tej sprawie jest zero. To miał być areszt wydobywczy. Zamknięto w ciąży kobietę, Katowice (prokuratura – przyp. aut.) miały problem, nic nie wychodzi ze sprawy Dohnala. Jak Katowice zamknęły księgową, Ziobro był zadowolony i wtedy media krzyczą, że zamknięto kobietę w ciąży. Mnie na rozmowę poprosiła żona pana prezydenta. Mówi, to jakaś granda, słuchaj, zainteresuj się tą sprawą. Ja napiszę pismo do Ziobry które pomoże ci w działaniu. Czy tak ma wyglądać IV Rzeczpospolita, tak ma wyglądać wymiar sprawiedliwości, żeby zamykać kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży? To pismo napisała, ale Ziobro nie odpisał. Ja kazałem skontrolować tą sprawę. Biuro pezetów (wydział przestępczości zorganizowanej – przyp. aut.) w Warszawie zreferowało, że areszt powinien być uchylony. W związku z powyższym ja napisałem do Katowic, żeby uchylili areszt, ponieważ nie ma podstaw do stosowania. To pismo jest na pewno w aktach. I co się dzieje? Nic się nie dzieje! Prokuratura katowicka która ma dobry kontakt z Ziobro omijając mnie nie uchyla tego aresztu. Mają poparcie Ziobry, który mówi, żeby ją trzymać. Spotykam się z prezydentem. Mówię, Leszek, jest moje pismo o uchylenie, jest moje stanowisko, ale niestety masz do czynienia ze swoim ministrem, który po prostu nie ma zamiaru tego honorować. Tego typu rozmów i spotkań  było mnóstwo, temu prezydent nie może zaprzeczyć. W tym momencie wkurzony prezydent, jak to jest możliwe, że jego żona nie dostaje odpowiedzi. Panowie z prokuratury katowickiej przychodzą do pana ministra i zaczynają rozpowiadać, że żona pana prezydenta dlatego wysłała to pismo, bo przechodzi (pojawia się – przyp. aut.) w materiałach dochnalowskich. Nie wiem czy tak jest naprawdę, ale oni tak mówią. Ten prokurator to przyjaciel Świączkowskiego, szef pezetów w Katowicach Gajewski. Po czym prezydent osobiście bierze Ziobrę na rozmowę i mówi, że to nie do pomyślenia żeby kobietę w dziewiątym miesiącu trzymać, jego żona interweniuje i poleca mu, żeby zwolnił ją ze względu na potrzeby humanitarne. Ziobro teraz kreuje się na bohatera, a był tym który był przeciwny uchylenia tego aresztu.
Ziobro miał pretensje, że ja napisałem pismo, żeby uchylać ten areszt i że Maria Kaczyńska przechodzi w aktach dochnalowskich.

Okoliczności poznania Krauzego (na komisji sejmowej pytał go o to poseł Jan Bury).
Krauzego poznałem jako wielkiego prezesa kiedy byłem prokuratorem rejonowym w Gdyni, podczas uroczystej sesji rady miasta, albo z powodu turnieju tenisowego Prokom Open, już dokładnie nie pamiętam. Widziałem go wtedy z daleka. Pierwszą osobą która nas poznała, czego nie powiedziałem na komisji, ale tak zeznałem w prokuraturze, był Marek Biernacki. Jest festiwal filmów fabularnych w Gdyni, stoimy w grupkach, akurat stoi Biernacki, Karnowski, ktos tam jeszcze, podchodzi Krauze i Biernacki mówi: panie prezesie niech pan pozna prokuratora apelacyjnego. Krauze mówi: słyszałem wiele, ale jeszcze nie było okazji się poznać. To było około trzech lat temu. Rozmawialiśmy w tzw. kółku z dziesięć minut. A później miałem okazję go spotkać podczas prywatnej uroczystości, urodzin, ale nie chcę wchodzić w szczegóły, bo to jest osoba która się przyjaźni z Lechem Kaczyńskim i jest to osoba którą ja też znam (prawdopodobnie chodzi o mec. Jedlińskiego – przyp. aut.) . Na urodzinach tej osoby było wielu gości, był tez Lech Kaczyński i Ryszard Krauze.

Któregoś dnia ta osoba (mecenas) do mnie dzwoni i zaprasza, żebym do niej wpadł. Wpadam do jej mieszkania, a tam jest tylko Krauze i Lech Kaczyński. Rozmawiamy przez godzinę o różnych rzeczach. Było wino, rozmawialiśmy. Oni w trójke byli ze soba na „ty”.  Ja byłem na „ty” z dwójką osób, z Krauzem nie.  Kaczyński z Krauzem znali się od dawna. Krauze potem nawet do Juraty jeździł do ośrodka prezydenckiego.

W pewnym momencie Krauze zaczął do mnie mówić na „ty”. To była taka pierwsza prawdziwa rozmowa z Krauzem. Odbierałem to jako nobilitację, możliwość spotkania z osobami z pierwszych stron gazet. To spotkanie było ok. 1,5 roku temu. Kaczyński był wtedy prezydentem-elektem.

Niedawno mi się przypomniało, że spotkaliśmy się podczas urodzin jednego z moich znajomych, który ma dużą firmę na wybrzeżu. Krauze był tam krótko i na chwile przysiadł się do mojego stolika. To było zanim jeszcze zostałem ministrem.

Więcej prywatnych spotkań nie było. Wiem, że teraz szukają jakichś niegodziwych relacji między nami, ale mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nigdy nie brałem od niego pieniędzy, ani prezentów.
(rozmowę przerywa telefon do Kaczmarka. Mówi do słuchawki: Mam tę wiadomość ze środka. Szybko kończy rozmowę i jest trochę poruszony).

Podobno jest zawiadomienie o popełnieniu przeze mnie przestępstwa, bo ujawniłem tajemnicę państwową przed komisją sejmową. Jest jedna sprawa którą tam powiedziałem i może być uważana za złamanie tajemnicy. Ujawniłem sprawę podsłuchu Czuchnowskiego.

O sobie
Kiedy zostałem w wieku 31 lat prokuratorem rejonowym w Gdyni, trochę mi odbiło, zachłysnąłem się, bywałem na salonach, na imprezach, imponowało mi, że jestem zapraszany. Piękna rzecz. Każdy ma taki moment zachłyśnięcia się wielkim światem.  W pewnym momencie żona mi wytknęła, że całkiem odjechałem, żebym się opamiętał. Ty oddalasz się od rodziny, zatracasz się, jestes na balach a nie w domu. Jest rodzina, to jest ważne. Dzięki żonie zrozumiałem, że zachwycam się nieistotnymi rzeczami. Miała rację. Kiedy awansowano mnie na prokuratora okręgowego zmądrzałem, już unikałem takiego rozgłosu i bywania. Każdy ma moment błyszczenia i rozsądku

O Kornatowskim i Marcu
Miałem kontakt z Kornatowskim,  Marzec jest zdołowany, coś się z nim złego dzieje. Pytam Kornatowskiego, czego boi się Marzec? Potem spotkałem się z Marcem, trząsł się jak galareta, a po 15 minutach zaczął coś dukać. Mówię mu, niech się pan odbuduje, czy ma pan kogoś w domu, kto panu pomoże. A on mówi że jest sam, a na dodatek zdechł mu kot. Nie zupełnie nikogo. Pytam, czy jest cos takiego, co powoduje, że pan się tak boi. Dla mnie to było niezrozumiałe widzieć go w takim stanie, ja tez byłem rozbity, ale jakoś się trzymałem.  On odpowiada, panie ministrze, jest jedna rzecz. W moim komputerze był materiał ze starej sprawy, którego nie wykasowałem. Martwię się, że teraz prokuratura postawi mi zarzuty i stracę emeryturę i wszystko. Jestem człowiekiem który nie ma mieszkania, nie ma nic. Nie wiem czy to jest powodem jego stanu, ale tak mi to wytłumaczył.

O Lechu Kaczyńskim
Bardzo przeżywałem to,  że nominację na prokuratora okręgowego otrzymałem od Lecha Kaczyńskiego. To był człowiek prawy, tak się o nim mówiło. Tym doniesieniom o sprawach Telegrafu nie wierzyłem, bo to była gazeta „Nie”. Jak mi Lech kaczyński zaczął wszystko tłumaczyć, to uznawałem, że on ma rację. Nie pytałem , kto był w tym Telegrafie. Kaczyński był to dla mnie światły człowiek, miałem do nie pełne zaufanie.  Kiedyś Lech Kaczyński powiedział, że zaraz zapozna mnie ze swoim bratem Jarosławem. I powiedział coś , co zapamiętałem na całe życie: „Pamiętaj, mój brat, to nie ja”.

O Ziobrze i premierze Kaczyńskim
Ziobro strasznie kłamie, nie wiem dlaczego. Wkradł się w łaski premiera i go owinął. Kiedys mu powiedział, panie premierze, ja tak jak pan nie mam rodziny, bo chcę się cały poświęcic służbie dla kraju. A kiedys spytał premiera, co zrobić, żeby Pis był długo u władzy. Kaczyński odpowiedział mu żartobliwie, że najpierw trzeba pozamykać opozycję, potem koalicjantów, wreszcie część kolegów z własnej partii i wtedy można długo rzadzić. Niby był to żart, ale zabrzmiał wcale nie do śmiechu.

Konta w Rydze. Sprawa plotek o budowie domu na obce nazwisko na Witominie, o załatwieniu synowi posła Woszczerowicza umorzenia sprawy i o koncie w Rydze.

Buduję dom, ale na nazwisko moje i żony. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wszystkie środki mam udokumentowane. M. in sprzedaliśmy mieszkanie.
Nie znałem wcześniej Woszczerowicza, niczego jego synowi nie załatwiałem, nie wiedziałem nawet, że był sprawcą jakiegoś wypadku. Woszczerowicza poznałem jako posła. Zaczepił mnie kiedyś na korytarzu sejmowym, zamieniliśmy zdawkowo kilka słów. Nigdy nie był w moim gabinecie, w przeciwieństwie np. do posłanki Hojarskiej, która przychodziła w sprawie Romów.

Plotki o tym, że mam konta w Rydze (założone przez Krauzego – przyp. aut.) pojawiały się już na jesieni ub.r. Nawet poprosiłem o spotkanie redaktora (tu pada imię i nazwisko), bo mówiono mi, że to on tak uważa. Mam wrażenie że dowiedziałem się o tym od Netzla, ale nie daję za to głowy. Redaktor zaprzeczył, że to jedna wielka bzdura, aczkolwiek przyznał, że dostał takie sygnały. Sprawdzał, gdyby to się potwierdziło, to już by mnie walnął.

Tajne konta można mieć w Szwajcarii, to jest nieweryfikowalne, ale w Rydze można wszystko sprawdzić. Pojawia się pytanie, czy ktoś nie założył mi konta bez mojej wiedzy, żeby mnie skompromitować. Ja na pewno nie zakładałem.

Stella Maris
Na szefa prokuratury apelacyjnej w Gdańsku powołano mojego wroga. Szuka na mnie haków, przy Stella Maris. Nigdy nie podejmowałem tam żadnych decyzji, prokuratorzy działali samodzielnie. Mogli robić co chcą, nie ingerowałem. Śledztwo toczyło się cały czas przy pomocy ABW, nie przekazywałem tego do CBŚ, do Marca.   Jedną rzecz mogą mi przy Stella Maris wyciągnąć. Jak się wszystko zbliżało ku Jendykiewiczowi Kurczuk przyjechał do Gdańska rozmawiał z prokuratorami i ze mną żądając żeby Jędykiewicz był przesłuchiwany w charakterze świadka. Mówił, że nie ma materiału dowodowego, nie ma prania pieniędzy. (nie kontynuuje już tego wątku, prawdopodobnie Jędykiewicza początkowo traktowano faktycznie jako świadka, a nie podejrzanego)

O Jaromirze Netzlu
Neztla poznałem jako prezesa PZU. Co prawda on studiował ze mną na jednym roku, ale to była znajomość anonimowa, zapamiętałem go z powodu charakterystycznego wyglądu, dużej postury. Jemu awans do PZU załatwił Głuchowski (oddział warszawski kancelarii prawnej z Gdańska Głuchowski, Jedliński, Rozdziewicz, Zwara i Partnerzy) i Gosiewski, bo Neztel był jego doradcą w czasach komisji ds. PZU. Gluchowski był pomysłodawcą kandydatury Neztla, a Gosiewski to załatwiał.
Kiedy został prezesem mieliśmy wiele rozmów, liczne spotkania.
Nigdy nie zajmowałem się jego sprawami, kiedy miał problemy w Gdańsku. Ja byłem prokuratorem apelacyjnym, a tym zajmowała się prokuratura okręgowa.
Netzla dobrze znal Kornatowski. Powiedział mi, że pamięta Netzla jako adwokata, poznał go jako prokurator, już nie pamiętam w jakiej sprawie. Później  ich relacje stały się bardzo pozytywne, kiedy Neztel został prezesem PZU, dawał pieniądze na laptopy dla policji. Byli na „ty”.

Układ Krauzego
Krauze jest protektorem prezydenta Gdynia Wojciecha Szczurka, podobnie jak Jerzego Zająca , sekretarza miasta Gdynia. Szczurek jest doradcą prezydenta Kaczyńskiego. Ja też znam Szczurka, spotykamy się. Nas Krauze nie łączył, ale niektórzy mogą tak myśleć i tworzyć fikcyjny układ.

Najważniejsza w układzie jest Kancelaria Głuchowskiego, Jedlińskiego, Zwary i innych. Jest tym spoiwem, które łączy wszystkich: Karnowskiego, Szczurka, Adamowicza, Netzla, Krauzego, Marcinkiewicza, Walendziaka, dosłownie wszystkich. Lecha Kaczyńskiego też! Tam się ludzie spotykają i rozmawiają. Czy to jest już układ? Jeżeli uznamy, że Jarosław Kaczyński ma rację, to to jest układ. To znaczy, że mnie układ wyniósł na pozycje prokuratora krajowego i ministra, bo jedyną osobą, która mnie forsowała był Lech Kaczyński, którego znam od wielu, wielu lat, zanim poznałem pana Krauzego. Natomiast jeżeli uznamy, że jest coś takiego jak znajomość różnych ludzi, to daj panie Boże, żeby tak było. Lech Kaczyński zanim zdecydował się mnie forsować na prokuratora okręgowego i zastępcę prokuratora generalnego zbierał o mnie informacje od Franciszki Cegielskiej i Marka Biernackiego i u prof. Cieślaka z wydziału prawa Uniwersytetu Gdańskiego.

O prowokacji w sprawie Ziobry
Dostaliśmy informację, że jest firma pijarowska, która ma za zadanie zdyskredytować Zbiorę. Później pojawiła się jeszcze jedna informacja, że Zbiorę trzeba odstrzelić. To już była chyba projekcja Ziobry, a nie realna groźba. Powodem miała być jego walka z przestępczością zorganizowaną. Ziobro w gabinecie powiedział: tak między nami, jakby tak do mnie strzelano, nie tak by zabić, ale postrzelić, to PiS  by niezłe punkty uzyskał.

Wypowiedzi spisali Sylwester Latkowski i Piotr Pytlakowski

(3) komentarzy / skomentuj

Termometr w herbacie 14-09-2007 00:26

Pracujemy z Piotrem Pytlakowskim nad tekstem do „Polityki” „Wszyscy są odwróceni”.
- Czemu tak poważnie o tym piszesz? – pyta Piotra - Przecież to groteska.
Przyznaję mu rację. Poważni ministrowie, poważne służby dają się wciągać w bajkę o żelaznym wilku. Wsadzili termometr do herbaty i latają teraz z nim na potwierdzenie swojej tezy, że wykryli wysoką temperaturę . Skutki tego jednak nie są już śmieszne.


(1) komentarzy / skomentuj

Dwa latat temu mówiono o powołaniu komisji śledczej 13-09-2007 12:25

(1) komentarzy / skomentuj

Nerwowość 12-09-2007 11:46

Powrót z Trójmiasta do Warszawy. Jak krótko podsumować sytuację panującą w Trójmieście?  Nerwowość. Cisza po ostrzale i czekanie na kolejny atak. Kule latają na oślep, więc każdy może być trafiony. Nikt nie wierzy, że to koniec.


(3) komentarzy / skomentuj

Więcej sprzętu, niż ubrań 10-09-2007 01:16

Długie godziny przepisywania nagrań. „Ma takie kontakty z policją i służbami, że wiedział, że przyjdzie do niego na rewizję terror kryminalny. Byli o 6.30 a on już siedział ubrany w dresach, popijał herbatę, bo wiedział, że za chwilę do niego wjadą.”. Za kilka godzin z Piotrem Pytlakowskim jedziemy do Trójmiasta. „Bo zbierał materiały na.... I został ujebany za to. Dostali materiały z komputera. (…) Na mój nos on jest wykorzystywany przez ABW lub wojsko do takich gierek, no wiesz.” Do torby pakuję baterie, dyktafon, urządzenia nagrywające, kamerę, telefony, pda, taśmy, ładowarki. Więcej sprzętu niż ubrań. Lista rozmówców długa, ale brakuje jeszcze kilku nazwisk. Czy ten wyjazd ostatecznie przybliży do wyjaśnienia sprawy inwigilacji mediów?


(4) komentarzy / skomentuj

Dzisiaj w czasie spotkania ze mną Włodzimierz Olewnik zapytał: Gdzie są prawdziwi zleceniodawcy? 07-09-2007 21:53

(3) komentarzy / skomentuj

Bez komentarza 07-09-2007 20:59

Ludwik Dorn, rękoma jego rzecznika Witolda Lisickiego i  dyrektor biura prasowego kancelarii sejmu Joanny Trzaska-Wieczorek od kilku dni nie wpuszcza ekipy filmowej „Zabić Papałę” do sejmu. Dzisiaj, kiedy zakomunikowałem rzecznikowi prasowemu marszałka sejmu, że rozmowa ta, jak i poprzednia, jest nagrywana i zostanie użyta w filmie, rozłączył się.


(5) komentarzy / skomentuj

Tym razem nie ABW a alarm przeciwpożarowy 06-09-2007 20:54

Siedzimy kolejną godzinę w pokoju Piotra Pytlakowskiego w redakcji Polityki. Nadymione, jak zwykle. W pewnym momencie dzwoni telefon. Ochrona informuje, że włączył się alarm przeciwpożarowy. Za chwilę poleje się na nas z góry woda. Piotr uchyla okno. Spogląda na sufit. – Ktoś odkleił taśmę z czujnika – stwierdza niezadowolony. Razem z Markiewiczem okleili go taśmą, by w ten sposób móc spokojnie palić papierosy i przekraczać dozwolony poziom zadymienia pokoju.


(3) komentarzy / skomentuj

Nie jestem po żadnej ze stron 05-09-2007 23:54

We wczorajszym „Dzienniku” wyznanie Janusza Kaczmarka, że odsłuchiwanie przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego w gabinecie ministra sprawiedliwości nagrań  z podsłuchów dziennikarzy było z jego strony „ściemą” uogólniono do stwierdzenia, że Kaczmarek zaprzeczył inwigilacji dziennikarzy. A to nieprawda. Nie zaprzeczał inwigilacji, a tylko odsłuchiwaniu podsłuchów przez ministra sprawiedliwości i szefa ABW.

Po raz pierwszy od godziny 7.15, czwartkowego poranka, spokojniejsza noc. W saunie zmywam cały brud tamtego zdarzenia i tego wszystkiego, co po nim nastąpiło. Mój dom to także miejsce mojej pracy. Tu mam swój gabinet. Systemy montażowe do realizacji filmu. Nie pracuję w żadnej redakcji. Nie jestem na  żadnym etacie. Okazało się, że połączenie tych dwóch rzeczywistości przynosi fatalne skutki. Ciekawe, czy gdyby Janusz Kaczmarek był o tej porze w jakiejś redakcji, też by po niego weszli?  Czy może poczekaliby na jego wyjście? Mogli mu przecież zablokować telefon albo dzięki podsłuchowi uzyskać kolejne nagrania dowodzące spisku, układu, że ktoś go informował, uprzedzał. Nie ukrywałbym go przecież. Wchodząc do mojego lokalu pokazali, że mają gdzieś niezależność dziennikarską, reżyserską.  To dla nich pojęcie abstrakcyjne. Zbigniew Ziobro zapewnia, że nic nie wiedział o zatrzymaniach. Miał się dowiedzieć z mediów. Z mojego filmu nakręconego telefonem komórkowym? Mam w to wierzyć? I czemu służyły te zatrzymania skoro Krauzego nie było, a tamci i tak nic nie powiedzieli, co by zmieniało sytuację prawną? Przy takich dowodach jakie zgromadzono nie można tego inaczej wytłumaczyć jako próbą zastraszenia i pokazania na zewnątrz, że oto walczymy z układem. Zatrzymania były preludium przed multimedialną konferencją prokuratorów. Każdy kto choć trochę zna pijar i sztukę przekazu zewnętrznego wie, iż to jak wyglądała konferencja prowadzona przez prokuratora Engelkinga była wcześniej przygotowana, na długo przed zatrzymaniami.

Słucham różnych komentarzy na mój temat polityków PIS i propisowskich dziennikarzy. Ścinają mi głowę, ale kiedy im wygodnie, posługują się moją osobą by przyłożyć Januszowi Kaczmarkowi, gdy punktuję jego kłamstwa.

Czy tak trudno zrozumieć niektórym, że są ludzie, którzy nie opowiadają się za żadną ze stron? Czy może jest już to obowiązkowe?


(7) komentarzy / skomentuj

Pod moim domem (01.09.2007) 05-09-2007 12:13

(3) komentarzy / skomentuj

Wszystko zaczęło się od filmu "To my, rugbiści" (2000) 04-09-2007 09:49

(4) komentarzy / skomentuj

Tendencyjny wywiad 02-09-2007 01:14

W piątek trafiła do mnie źródłowa taśma z wywiadem z Grzegorzem Żemkiem, dyrektorem generalnym Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ). Dopiero znalazłem czas, by ją obejrzeć. I nie wiem, o co chodzi? To tendencyjny wywiad, bez trudnych pytań dla Żemka. Bezkrytycznie pozwolono, żeby Grzegorz Żemek wszystko sprowadził do jednej partii i polityków jednej opcji. Czy ma on być użyty w kampanii wyborczej? Jeśli tak, to oznacza, że kampania będzie stekiem prowokacji, manipulacji, tendencyjnie zebranych rewelacji. Żadna ze stron nie będzie przebierać w środkach.

PS. Wywiad przeprowadził Marek Czyż dla Programu 1 TVP. Otrzymałem do wglądu pełen zapis źródłowy tego nagrania. Dwie kasety Beta. Na jednej jest Grzegorz Żemek, na drugiej Marek Czyż. Jak się dzisiaj dowiedziałem, wywiad nie został wemitowany w  Programie 1 TVP. Na taśmie po jego zakończeniu jest zarejestrowana dalsza rozmowa Żemka z ekipą realizacyjną. Wywiad miał tylko jeden cel.  Atak na jedną partię polityczną. Jeśli ktoś chce sprowadzić aferę FOZZ do jednej partii i kilku polityków, to manipuluje. Nie było żadnych innych pytań. Cele był tylko jeden. Nie można tego  inaczej nazwać, jak brudną dziennikarską robotą. Chyba nawet ówczesne władze TVP uznały, że to szycie butów grubymi nićmi.


(29) komentarzy / skomentuj

Ściema Kaczmarka 01-09-2007 15:29

W czasie naszej (z Piotrem Pytlakowskim) rozmowy z Januszem Kaczmarkiem, kiedy poruszaliśmy sprawę inwigilacji mediów Kaczmarek przyznał się do kłamstwa. Janusz Kaczmarek był wówczas prokuratorem krajowym. W autorytecie prokuratora krajowego konfidencjonalnie poinformował o tym, że minister sprawiedliwości z szefem ABW odsłuchiwał nagrań z podsłuchów dziennikarzy.

Zapytany: - Czy to jest prawda,  że Ziobro i Świeczkowski słuchali w gabinecie Ziobry nagrań  dziennikarzy?
Odparł: – To jest nieprawda. Ja nie kojarzę takiej sytuacji, żebyśmy coś we trójkę słuchali. To jest moja ściema.

Pozostaje do wyjaśnienia kwestia, o której pisał Piotr Pytlakowski w „Polityce”, wspomniałem o tym we wpisie w blogu „Nie obwiniajmy za wszystko tylko Zbigniewa Ziobro”, roli CBŚ i ABW w sprawie wykorzystywania podsłuchów i innych działań operacyjnych związanych z detektywem, byłym policjantem, Rafałem R.  Dużo o tym może powiedzieć były szef CBŚ Jarosław Marzec i były szef delegatury trójmiejskiej ABW. Kaczmarek zaprzecza, że miał coś z tym wspólnego.  Nie można odpuścić sprawy inwigilacji mediów, wpływu służb na nie. Opowieści, że służby są czyste w tej kwestii można włożyć między bajki.


(11) komentarzy / skomentuj

Wiarygodność Kaczmarka 01-09-2007 15:28

Co jest prawdą, a co kłamstwem z nocnej rozmowy z Januszem Kaczmarka? Część rzeczy daje się zweryfikować. Kaczmarek w czasie rozmowy przyznał się do kłamstw, choć i na pewno także przemilczał, kluczył, nie odopowiadał, kłamał. Oto jak przedstawiał relacje z Ryszardem Krauze:

„Krauzego poznałem jako wielkiego prezesa kiedy byłem prokuratorem rejonowym w Gdyni, podczas uroczystej sesji rady miasta, albo z powodu turnieju tenisowego Prokom Open, już dokładnie nie pamiętam. Widziałem go wtedy z daleka. Pierwszą osobą która nas poznała, czego nie powiedziałem na komisji, ale tak zeznałem w prokuraturze, był Marek Biernacki. Jest festiwal filmów fabularnych w Gdyni, stoimy w grupkach, akurat stoi Biernacki, Karnowski, ktos tam jeszcze, podchodzi Krauze i Biernacki mówi: panie prezesie niech pan pozna prokuratora apelacyjnego. Krauze mówi: słyszałem wiele, ale jeszcze nie było okazji się poznać. To było około trzech lat temu. Rozmawialiśmy w tzw. kółku z dziesięć minut. A później miałem okazję go spotkać podczas prywatnej uroczystości, urodzin, ale nie chcę wchodzić w szczegóły, bo to jest osoba która się przyjaźni z Lechem Kaczyńskim i jest to osoba którą ja też znam (prawdopodobnie chodzi o mec. Jedlińskiego – przyp. aut.) . Na urodzinach tej osoby było wielu gości, był tez Lech Kaczyński i Ryszard Krauze.

Któregoś dnia ta osoba (mecenas Jedliński) do mnie dzwoni i zaprasza, żebym do niej wpadł. Wpadam do jej mieszkania, a tam jest tylko Krauze i Lech Kaczyński. Rozmawiamy przez godzinę o różnych rzeczach. Było wino, rozmawialiśmy. Oni w trójkę byli ze sobą na „ty”.  Ja byłem na „ty” z dwójką osób, z Krauzem nie.  Kaczyński z Krauzem znali się od dawna. Krauze potem nawet do Juraty jeździł do ośrodka prezydenckiego.

W pewnym momencie Krauze zaczął do mnie mówić na „ty”. To była taka pierwsza prawdziwa rozmowa z Krauzem. Odbierałem to jako nobilitację, możliwość spotkania z osobami z pierwszych stron gazet. To spotkanie było ok. 1,5 roku temu. Kaczyński był wtedy prezydentem-elektem.

Niedawno mi się przypomniało, że spotkaliśmy się podczas urodzin jednego z moich znajomych, który ma dużą firmę na wybrzeżu. Krauze był tam krótko i na chwile przysiadł się do mojego stolika. To było zanim jeszcze zostałem ministrem.
Więcej prywatnych spotkań nie było.”


Niestety nie przypomniał sobie o spotkaniu w Mariocie. Czy to, że skłamał oznacza, że kłamie zawsze? Nie wierzę, że przez 4,5 godziny można non stop kłamać w każdym szczególe.  Kaczmarkowi nie wolno odmawiać prawa do wypowiedzi. A niektórzy chcą to uczynić. Powinien jednak wiedzieć, że jeśli dalej będzie kłamał może ponieść konsekwencje - nie tylko całkowitą utratę twarzy, a usłyszeć zarzut pomówienia. Mam nadzieję, że ta lepsza część Janusza Kaczmarka wreszcie w nim zwycięży.


(9) komentarzy / skomentuj

Jak aresztowano Janusza Kaczmarka? 01-09-2007 01:43

(8) komentarzy / skomentuj

Co z tą Polską? 01-09-2007 01:41

(1) komentarzy / skomentuj

Zatrzymanie Kaczmarka 30-08-2007 07:28

(3) komentarzy / skomentuj

Nie obwiniajmy za wszystko tylko Zbigniewa Ziobro 27-08-2007 23:52

Ktaryna pyta: „Dlaczego dziennikarze przez tyle czasu nie pisnęli ani słowem, że byli podsłuchiwani i udawali, że dowiedzieli się o tym dopiero od Kaczmarka? Wiedzieli co najmniej od 29 lipca. Skąd ta zmowa milczenia? Dlaczego naciskali na usunięcie wpisu? Tylko proszę nie mówić, że prowadzili jakieś dziennikarskie śledztwo i dlatego Pana ocenzurowali.”

Odpowiadam:

Prośba o wykasowanie wpisu była motywowana potrzebą prowadzenia dalszego śledztwa dziennikarskiego. To jest sprawa wymagająca niezbitych dowodów, potwierdzenia przez wiele źródeł informacji. Obiecałem, że nie będę dalej o tym pisał w blogu. Daliśmy sobie czas do początku września. Kto mógł wiedzieć co siewkrótce wydarzy? Dymisja Kaczmarka i ciąg dalszych wydarzeń?Czy warto było? Chyba nie. Bo dzisiaj sprawę inwigilacji, szczucia, szukania haków przykrywa się ”rewelacjami Kaczmarka”, sprowadzając wszystko do jego zeznań na komisji. A sprawa zaczęła się na początku roku 2007, a niektóre działania wobec mojej osoby miały miejsce już w 2006 roku.

Dopiero w ostatnim czasie, po wykasowanym wpisie w blogu, Piotr Pytlakowski uzyskał wgląd w „Rejestr wniosków i zarządzeń dotyczących kontroli operacyjnych” Komendy Głównej Policji. O tym napisze w najbliższej „Polityce”. Więc jednak prowadzono w tym czasie jak widać skuteczne śledztwo dziennikarskie. Co uzyskali Maciej Duda i Bertold Kittel powinniśmy zgodnie z ich zapewnieniami poznać na początku września na łamach „Newsweeka”.

Od razu zaznaczę, że w przypadku mojej osoby, jak i Piotra Pytlakowskiego, Bertolda Kittla, Wojciech Czuchnowskiego pojawia się także CBŚ. A to oznacza, że musiał o tym wiedzieć Jarosław Marzec i Janusz Kaczmarek (ówczesny prokurator krajowy). Zastanawiające dla mnie jest to, że Janusz Kaczmarek nie wspomniał ani słowem na komisji ds. służb specjalnych o sprawie detektywa Rafała R., która posłużyła do inwigilacji kilku dziennikarzy. Czy jest to sprawa, o której nie mógł mówić bez zwolnienia go z tajemnicy służbowej? Czy też dlatego przemilczał, bo nie był bez winy w tej sprawie? Prawdy nie znam. Mam nadzieję, że wkrótce to się wyjaśni.

Użycie sprawy Rafała R. w stosunku do mojej osoby skutkowało konkretnymi oddziaływaniami na pracę nad moim filmem i książką „Zabić Papałę”. 

Wszyscy, którzy dzisiaj chcą sprowadzić sprawę podsłuchów, inwigilacji, szukania haków w sferze mediów do sprawy ostatnich zeznań Janusza Kaczmarka dokonują manipulacji. Świadomie chcą przykryć prawdziwy  problem, który wystąpił także w IV RP. Bo to, że w III RP służby także robiły to samo w stosunku do mediów jest oczywiste. Przykładem może być choćby Maria Wiernikowska i jej praca nad filmem „Zwariowałam”. Ale miało być podobno inaczej.

Kiedy słyszę, że dziennikarze byli podsłuchiwani bo istniała ku temu podstawa, to wyjawię, że moja działalność przestępcza w ciągu minionych lat miała odbicie w programach „Konfrontacja”, po których część osób uznała mnie za PIS-owca, a ostatnie półtorej roku będzie widoczne w filmie i książce „Zabić Papałę”. Życzę dobrego samopoczucia po premierze filmu i książki tym, którzy będę uzasadniali, czemu inwigilowali, knuli, uprawiali czarny PR wobec mojej osoby. W tym mojej rodziny.  Ludzie dawnych służb występujący w sprawie zabójstwa gen. Marka Papały nie doznali takiego zainteresowania służb, ludzi wymiaru prawa, co moja osoba, w czasie realizacji filmu.

Zapewniam, że są materialne dowody w tej sprawie. O tym na razie tyle. Dzisiaj, a także jutro i w środę odbywam kolejne spotkania w tej sprawie.  Od Rafała R. po Janusza Kaczmarka. Czy też to ma być podstawą do dalszej inwigilacji mojej osoby?


(24) komentarzy / skomentuj

Biuro numerów 27-08-2007 00:31

L., znajomy dziennikarz, opowiedział o swojej ostatniej wizycie w prokuraturze okręgowej. Pani prokurator skarżyła się, że długo nie mogli uzyskać jego aktualnego numeru telefonu. Dopiero jak się zwrócili do ABW otrzymali od nich dwa obecnie używane przez niego numery. W tym znali numer nie zarejestrowany na jego osobę. Należy do redakcji jednego z prawicowych tytułów.


(5) komentarzy / skomentuj

Przedsionek piekła? 25-08-2007 09:26

Tak jak pisałem wcześniej, to kwestia czasu. Powoli wychodzą pewne zdarzenia na powierzchnię. Poniżej zamieszczam wpis (datowany przed dymisją Janusza Kaczmarka), który po kilku godzinach publikacji w moim blogu, na prośbę dziennikarzy zdjąłem.  W tym czasie mieli zbierać kolejne informacje w sprawie inwigilacji mediów. Dzisiaj ukazał się tekst Wojciecha Czuchnowskiego. W najbliższej Polityce ma się ukazać artykuł  Piotra Pytlakowskiego. Nie wiem, co ostatecznie napisze Maciej Duda i Bertold Kittel, czy ich tekst kiedykolwiek się ukaże? Z czasem poznamy kolejne puzzle układanki, która nie jest taka prosta jakby się to komuś mogło wydawać – tylko Zbigniew Ziobro chciał inwigilować media. Nie tylko on. Zapewniam. Kto tak naprawdę był zainteresowany sprawą Rafała R?  Do czego naprawdę wykorzystano tę sprawę, a i być może samego Rafała R.?

Dla niektórych Polska to jednak kraj na podsłuchu
29-07-2007 22:59
Przejechałem ostatnio w ciągu kilku dni kilka tysięcy kilometrów polskimi drogami. Konieczność, a nie przyjemność. Odkąd na podsłuchach znaleźli się  Kittel, Pytlakowski, Ryciak i moja osoba, pretekstem miał być niejaki RR (Rafał R), doświadczając wątpliwej przyjemności wścibstwa  Z, Ś i K, należy zakładać, że jednak żyjemy w kraju na  podsłuchu.

Na marginesie, panowie, zazwyczaj ludzie kiedyś wyrastają z podglądania przez dziurkę od klucza. Czyżbyście zatrzymali się na etapie krótkich spodenek? Poczucie wszechwładzy, bycia Bogiem też przy tym będzie krótkotrwałe. Wiecznie na stołkach nie będziecie. Małość panowie pokazali, nic więcej. A  Bertold, Piotr, Igor i Maciej skoro nie chce  tekstu o tym wydrukować niezależna i wolna gazeta, wrzućcie to w Internet.

PS. Kolegów dziennikarzy pracujących zbyt często dla Z, Ś i K. prosiłbym by tym razem zrobili sobie wakacje, a nie posłusznie wykonali "brudną robotę".

Na koniec zacytuję Roberta Zielińskiego, który napisał na zamkniętym forum "Newsroom":  "A to co wiemy, to dopiero przedsionek piekła."


(12) komentarzy / skomentuj

Nasze dzieci: "To już idzie na Youtube" 25-08-2007 02:56

(2) komentarzy / skomentuj

Jak łatwo szafujemy słowami 24-08-2007 22:32

Otrzymałem e-mail od Krzysztofa Czumy w związku z komentarzem anonimowego internauty zamieszczonym pod grudniowym z 2006 roku wpisem w blogu „Jak zostać posłem”.  Odszukanie zajęło chwilę. Od razu po przeczytaniu, wykasowałem. Po chwili jednak zrozumiałem, że w ogóle skrzywdziłem posła Andrzeja Czumę. Bezmyślnie zacytowałem fragment artykułu poświęconego posłowi Andrzejowi Czumie. Smutna konstatacja: Jak łatwo wyrzucamy z siebie słowa, które innych ranią, a czasami niszczą. Postanowiłem w ogóle wykasować wpis w blogu. Nie chcę by po nim pozostał ślad. Przesłałem także przeprosiny i wyrazy szacunku dla Andrzeja Czumy.


(0) komentarzy / skomentuj

Media: Czego to nie zrobimy dla ludzi władzy? 24-08-2007 10:10

http://mediacafepl.blogspot.com/
(2) komentarzy / skomentuj

Odrzucony prolog do filmu "Zabić Papałę" (wersja robocza) 23-08-2007 03:11

(11) komentarzy / skomentuj

Co zrobił gen. P dla płk. K? 23-08-2007 01:38

Czytam: „Były szef Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie i żona groźnego gangstera "Słowika" podejrzewanego o nakłanianie do zabójstwa gen. Marka Papały, są w rękach CBA. Agenci wraz z Żandarmerią Wojskową zatrzymali kilka osób podejrzanych o wystawianie zwolnień lekarskich przestępcom - pisze DZIENNIK.”

Generał Jan P. to interesująca postać.  Według płk. XYZ troszczył się także o to by zły stan zdrowia miała jedna z ważnych postaci w sprawie zabójstwa generała Marka Papały. Płk.  K. miał mieć załatwianą legendę chorobową dzięki właśnie gen. Janowi P. Pośredniczyć w załatwianiu tego mieli płk J. i Włodzimierz J.


(1) komentarzy / skomentuj

Ważniejszy chory pies 20-08-2007 22:22

Mój znajomy rozmawiał telefonicznie z pełnomocnikiem Janusza Kaczmarka Wojciechem Brochwiczem. Umawiał się z nim na spotkanie. W pewnej chwili poprosił  go by spotkanie nastąpiło jak najwcześniej i uzasadnił tym,  że musi wracać do chorego psa, a dla niego jego pies jest ważniejszy niż to wszystko, co się teraz dzieje.


(4) komentarzy / skomentuj

Przeciwko wojnie w Iraku protestują w Polsce juz tylko punkowcy - Uliczny Opryszek "Irak" 17-08-2007 19:10

(0) komentarzy / skomentuj

W więzieniu za zabójstwo, którego nie popełnił 16-08-2007 21:25

Historia opisana w Trójmiejskiej Gazecie Wyborczej  dla tych, którzy bezgranicznie wierzą w  słuszność oskarżeń prokuratorów i w wyroki sądowe.  Także dla zwolenników kary śmierci.

„Tomasz K. , 30-latek ze Starej Wisły (maleńka wioska niedaleko Malborka), cierpiący na lekkie zaburzenia psychiczne,  w listopadzie 2003 r. został skazany na 15 lat więzienia za zamordowanie w Lisewie Malborskim 10-latka (zginął od 17 ciosów nożem). Po zatrzymaniu K. przyznał się do przestępstwa. Dlaczego? Twierdzi, że wpłynęli na to policjanci - najpierw krzyczeli, a potem obiecywali "wymarzone policyjne moro". W sądzie już się do zabójstwa nie przyznawał.

W malborskim i gdańskim areszcie, a następnie w zakładzie karnym w Starogardzie Gdańskim przeżył koszmar: - Współwięźniowie pluli na mnie, kopali, grozili, że poderżną gardło. Prawie codziennie wykorzystywano mnie seksualnie. Musiałem pić dodawane do herbaty chemikalia - Kreta do czyszczenia rur, płyn do toalety. Byłem o krok od samobójstwa, ale strażnicy nie reagowali na skargi, tylko przerzucali z celi do celi.

Tomasz K. wyszedł na wolność, bo do przypisywanego mu zabójstwa w Lisewie przyznał się 30-letni Piotr T. Został on zatrzymany we wrześniu 2005 r. podczas obławy, kilka godzin po zamordowaniu 11-letniego chłopca z Łęgowa koło Pruszcza Gdańskiego. W konsekwencji sprawa Tomasza K. trafiła do Sądu Najwyższego, który na początku tego roku unieważnił wyrok.


(6) komentarzy / skomentuj

Wałęsa o plusach bycia Bolkiem. Czyli dzięki mnie nie ma samosądów. 15-08-2007 22:45

Piotr Sieńko: - Nie jest Pan trochę zmęczony tą sytuacją, która się wokół Pana wytworzyła? Historia Pana domniemanej współpracy z bezpieką, awantura z Kaczyńskimi, aresztowanie Wachowskiego…

Lecha Wałęsa: Tak, ale wyobraźmy sobie inną sytuację, że los nie dotknął mnie tym całym świństwem. W Polsce byłyby samosądy, a tak ludzie mówią: o, nawet Wałęsa współpracował. Dzięki temu opadły im ręce i nie było linczów, a tak musiałyby być.


- Samosądy?

- Gdyby ktoś otrzymał wiadomość, że jego sąsiad z klatki był „kapusiem”, to powiesiłby go. A tak dowiedział się, że także Wałęsa, Chrzanowski i inni też mieli z tym coś wspólnego i pomyślał: co ja tam będę robił skoro i oni mieli do czynienia z esbekami. W ten sposób uratowaliśmy kraj od samosądów. Los, brudząc i obciążając mnie, dał nam szansę utrzymać spokój w społeczeństwie. Teraz dopiero przyszedł czas, aby wyjaśnić to wszystko i będzie to zrobione.

Fragment wywiadu Piotra Sieńko z Lechem Wałęsą, Goniec Polski nr. 187 sierpień 07

(3) komentarzy / skomentuj

Każdy z nas może stać się Judaszem! 15-08-2007 20:42

Po kilku dniach znowu wchodzę w „Ostatnią Wieczerzę” Macieja Świeszewskiego. Zabrałem do ogrodu opasły album dokumentujący powstanie tego dzieła, które jednych zadziwia, a drugich oburza. W czasie ostatniego pobytu zaproponowano mi bym obejrzał obraz w jego naturalnym wymiarze. Odmówiłem. Wpierw chciałem poznać człowieka, Maćka. A po spotkaniu poznać historię powstawania „Ostatniej Wieczerzy”. Twórczość Świeszewskiego.


Do Warszawy wróciłem z albumami Świeszewskiego. Przede mną jeszcze lektura kilku książek, w tym „Ostatnia Wieczerza” Pawła Huellego. Jedno dzieło zazębia się z drugim.

W namalowanym dziele widzimy dwunastu mężczyzn ubranych w ciemne marynarki. Twarze tych mężczyzn to znane postacie z Trójmiasta. Ks. Krzysztof Niedałtowski, który wspierał Macieja w powstawaniu obrazu, pisze: „Kto będzie Judaszem tak brzmiało zazwyczaj pierwsze pytanie. Dopiero potem szukano kandydata do postaci Jezusa. Na nic zdały się prowokacje dziennikarzy i środowiskowe plotki. Nasze założenie było jasne: nie ma prostego kodu osobowego. Każdy z nas może stać się  Judaszem!”

(0) komentarzy / skomentuj

Syn poznaje Wojsko Polskie 15-08-2007 17:01

(1) komentarzy / skomentuj

Sonda na Prawica.net 15-08-2007 00:03


(3) komentarzy / skomentuj

A w szołbiznesie jak w polityce 14-08-2007 22:47

Wczoraj do czwartej rano rozmawiałem z Katarzyną Kanclerz. Własnie wróciła z USA. Dawno nie rozmawiałem z kimś tak zadowolonym z życia. Jeszcze niedawno po tym jak ją wyrzucili z Universalu obwieszczono, że to jej śmierć. Zawodowa trumna. Teraz jest menadżerką najbardziej dochodowego artysty w Polsce – Piotra Rubika. Odpoczywałem, bo ani słowa o polityce, sprawach kryminalnych, aferach.  Afery w polskim szołbiznesie  wzbudzają raczej litość niż oburzenie.

Oto ostatni skandal. Michał Wiśniewski ogłosił na swoim blogu ścierwem roku Karolinę Korwin – Piotrowską. Tytuł niestety nie ma uzasadnienia. Wiśniewski nie ujawnił dowodów potwierdzających swoje oskarżenie. Artyści w jednym przypominają polityków. Nie znoszą dziennikarzy, choć bez nich by nie istnieli.

Jednego jednak nie można mu odmówić. Jest jednym z tych, który ma odwagę mówić coś za co później nieźle obrywa. Ale Karolinię Korwin-Piotrowską mógłbyś sobie Michał darować. Naprawdę nie było kogoś bardziej godnego do tego tytułu?


ąhttp://ania-i-michal.blog.onet.pl/2,ID242538501,index.html
(1) komentarzy / skomentuj

Niech sami siebie nawzajem wykończą 12-08-2007 23:14

Patrzę na to wszystko. Słucham. Rozmawiam. Sms-uję, e-mailuję. I popijam whisky. Nabieram przekonania, że rację mieli ci, którzy odwodzili mnie, by teraz wrzucać swoje pięć groszy wiedzy w to, co się dzieje. Każda władza korumpuje,  zmienia człowieka. Politycy, ludzie władzy uważają, że zawsze są ponad, ich nie obowiązują pewne zasady, o prawie nie wspomnę. "Niech nawzajem się wykończą". Usłyszałem. Kłamią czasami topiąc jeden drugiego, ale także mówią prawdę, nie zapominajmy o tym. "Podżynając sobie nawzajem gardła - tłumaczył mój rozmówca - poznamy także jakąś prawdę o minionych zdarzeniach."A więc trzeba zagryźć zęby, wziąć szklankę lub kieliszek do ręki i patrzeć jak wreszcie spadną kolejne maski?


(4) komentarzy / skomentuj

Czarnecki chętnie "pogaworzy" o kulturze 12-08-2007 07:22

(1) komentarzy / skomentuj

Taśm nie ma 11-08-2007 22:23

Jeśli ktoś mówi, że ma taśmy na kogoś to bardzo się mija z prawdą. Gdyby to miał być zapis rozmów telefonicznych, czyli podsłuchów,  jest on wyłącznie cyfrowy.  Istnieje na dysku twardym lub zapisany jest na płycie CD-R lub DVD-R.


(0) komentarzy / skomentuj

To nie depresja 09-08-2007 05:03

Internautka Krystyna Klinowska  skomentowała mój wpis:

Ostatnio piszę wpisy, które nie zamieszczam. We mnie zaczyna wyrastać ściana, która zaczyna mnie od wszystkiego dzielić. A napisane słowa wpychałyby mnie poza nią.

Stwierdziła: „Tak sie zaczyna depresja.”

Może ma trochę racji. Choć raczej jest to niechęć do uczestniczenia w tym, w czym nie do końca z własnej woli tkwię.

Powinienem skomentować odwołanie Janusza Kaczmarka z funkcji szefa MSWiA? Otrzymałem dzisiaj sporo telefonów i e-mali w tej sprawie.  Był częstym gościem „Konfrontacji”. Niby powinienem. Wszyscy tym niby przecież żyją. Tylko po co mam wrzucać swoje pięć groszy, czyli swoja wiedzę? Więc napisany przeze mnie na gorąco wpis nie został opublikoway w blogu. Czy mam stać się uczestnikiem nie swojej sprawy? Dla mnie najważniejsze obecnie jest ukończenie filmu i książki o zabójstwie generała Marka Papały. I tak zaczynam mieć problemy w związku z pracą nad tym tematem. Pojawiają się dziwne sytuacje, dwuznaczne rozmowy, naciski, groźby. Nawet chcą uderzyć w moją rodzinę.

Od razu jednak zaznaczę, że zadzwoniłem wczoraj do Janusza Kaczmarka i chwilę z nim rozmawiałem. Lecz co to za rozmowa, wiedząc, że jest słuchana przez inne osoby? Uznałem, że powinienem wykonać telefon i nie po to by zapytać go o komentarz do zaistniałej  sytuacji, ale tak po ludzku zamienić z nim kilka słów.

Wierzę jemu, czy Kaczyńskiemu, a raczej Ziobrze? Bez whisky tego nie rozbierzesz, odpowiem, zamieniając rosyjskie przysłowie.

Minęła piąta rano. Na zewnątrz robi się jasno. Tkwię w montażu filmu „Zabić Papałę”. Właśnie na ekranie pojawiła się twarz płk. Romana Kurnika, który patrzy z niepokojem w kamerę. Ucieka od półtorej roku przede mną. Rozpowiada bzdury o tym, że robię film jakoby Małgorzata Papała miała zabić swego męża. W ten i inny sposób zniechęca moich rozmówców. Przyznam, że w tym zniechęcaniu gra wspólnie z ekipą śledczą, która woli rozmawiać z Kurnikiem niż ze mną. Chronić jego osobę. Utajnili nawet jego prawdziwą drogę zawodową.


(8) komentarzy / skomentuj

Ściana 09-08-2007 00:14

Ostatnio piszę wpisy, które nie zamieszczam. We mnie zaczyna wyrastać ściana, która zaczyna mnie od wszystkiego oddzielać. A napisane słowa wypychałyby mnie poza nią.


(1) komentarzy / skomentuj

CBA u Krauzego 05-08-2007 12:25

Jestem w Gdyni. Pytanie: - Co tam się mówi w Warszawie, kto następny? Odpowiadam, że nie wiem. Chwilę później słyszę o przesłuchaniach ludzi Ryszarda Krauzego przez CBA.  Mają też ciekawe nagrania z podsłuchów rozmów Krauzego z politykami, także z prominentną osobą z PIS-u. Odpowiadam, no to masz odpowiedź.


(1) komentarzy / skomentuj

A co z rannymi spod Sochaczewa? 04-08-2007 18:59

Nie rozumiem, dlaczego ranni w wypadku pod Grenoble otrzymają specjalne rządowe renty, a ranni w innych wypadkach nie skorzystają z takiej możliwości?  Czy fakt bycia ofiarą medialnej katastrofy jest wystarczającym uzasadnieniem? Jak to się ma do pojęcia społecznej sprawiedliwości?


(5) komentarzy / skomentuj

Surfowanie 04-08-2007 18:04

Czyżby rację miał Zygmunt Bauman, którego przywołuje w  przedmowie do albumu  Macieja Świeszewskiego „Tratwie szaleńców” Paweł Huelle, że istotą naszej epoki jest „surfowanie”. „Współczesny mieszkaniec globalnego polis charakteryzuje się nade wszystko umiejętnością szybkiego, płynnego przechodzenia do jednej rzeczywistości do następnej, nie przywiązując się do żadnej”? W czasie pobytu w Trójmieście surfowałem od „Ostatniej Wieczerzy”  do sprawy zabójstwa Papały. Na przemian spotkania z Maciejem Świeszewskim i ludźmi ze świata dawnego „Posejdona”. Tylko u mnie nie ma już takiej łatwości zapominania.

Przeglądam teraz album Świeszewskiego, patrzę na jego prace i porównuję do tego człowieka, z którym spędziłem jeden wieczór i wypiłem poranne kawy. Odstaje on od dzisiejszego świata, a jednocześnie potrafi się w nim jakoś odnaleźć. Obaj szybko złapaliśmy porozumienie w opinii o współczesnej sztuce, w której dla niektórych nie chodzi o nic innego niż o skandal. Pusty, bezideowy wrzask. Przykładem jest krzyż z męskim przyrodzeniem Nieznalskiej. Jak słusznie zauważa Maciej dla takich jak ona spokojnie można by było w akademii sztuk pięknych założyć wydział obierania ziemniaków, tam Nieznalska i tym podobni mogliby być jego mistrzami, profesorami. Jak w ogóle można porównać twórczość Świeszewskiego i bełkot twórczy Nieznalskiej?


Fragment "Anatomia Kukły" Maciej Świeszyński

(3) komentarzy / skomentuj

Oczywiście, że urojenia 03-08-2007 16:34

Kolejne wchodzenie w Sopot roku 1998. I dwa zdarzenia. Wieczór na Sopockim Monciaku. Rozmawiam z M. Dwukrotnie błyska flesz. Młody mężczyzna robi nam zdjęcie. Oczywiście, że jest to paparazzi lub mój fan. Następnego dnia. Biały Opel Omega przykleja się do mnie tak nieznośnie, że kilka moich nieprzepisowych manewrów demaskuje jego kierowcę. Zrobił sobie ze mnie przewodnika po Trójmieście. Tym razem to ja robię zdjęcia.


(1) komentarzy / skomentuj

Chuligańska bluza Wassermanna :) 01-08-2007 21:17

Zbigniew Wassermann w ulubionej marce dresów polskich chuliganów :)


(5) komentarzy / skomentuj

Operacja Lepper 01-08-2007 20:48

Ile w tym parwdy? A ile podskórnego kształtowania PR Leppera jako ofiary rozgrywek służb? Warto jednak przeczytać wpis w blogu Victora: "Latem, chyba w lipcu 2006 roku w kawiarni na końcu ulicy Krakowskie Przedmieście dwóch byłych oficerów jednej z formacji policyjnych informowało się nawzajem o tym, co jest możliwe w polityce. - Dni Leppera są policzone –mówił jeden tajemniczo - Osoba blisko związana z europosłem C. mówi, że już wkrótce wyjdą na jaw powiązania Leppera z byłymi żołnierzami radzieckimi.


Drugi przyglądał mu się z niedowierzaniem.

- Czy pamiętasz pobicie zarządcy gospodarstwa rolnego, niejakiego Chodorowskiego przez Leppera i jego szajkę? – pytał pierwszy oficer, nazwijmy go A. Oficer B. pamiętał samo pobicie tylko. Nie wiedział, że Chodorowski był kiedyś dostawcą płodów rolnych do jednostek radzieckich w Polsce. Był też jednym z założycieli Samoobrony. Kiedy za Lepperem na skutek plotek o powiązaniach z radzieckimi zaczęli chodzić oficerowie UOP postanowił on – twierdził A. - zerwać z Chodorowskim i urządzić pokazowe pobicie zarządcy, aby na wypadek oskarżenia o powiązania z nim powiedzieć, że Chodorowski kłamie, mści się za pobicie itp.

Lepper to sprytny gracz i dlatego do wyeliminowania go potrzeba specjalnych działań, powiedział na koniec tajemniczo oficer A.

B. zgodnie z obietnicą daną A. próbował zainteresować tematem kilka najpoważniejszych gazet ze szczególnym uwzględnieniem mniej doświadczonych dziennikarzy. Nikt nie podjął tematu ,fakty uznano za ,,nie do sprawdzenia”, a sam temat za ograny i nieciekawy.

Niewątpliwie jednak osoba z otoczenia europosła C. nie zniknęła z pola widzenia i nie zaprzestała obserwacji Leppera. Kilka miesięcy później , chyba w grudniu 2006 roku, jedna z najbardziej wiarygodnych gazet otrzymała informacje o szczególnych związkach przewodniczącego z Łyżwińskim i o tym, że korzystał on z jego (Łyżwińskiego) sposobu na naganianie do łóżka młodych panienek. Wybuchł skandal, który o mało co zakończył się dymisja wicepremiera. Mało co, bo Lepper wrócił do koalicji w stanie niepogorszonym, jak mówią prawnicy. Odnotować należy fakt, że do oskarżenia Łyżwińskiego i Leppera przyczynili się działacze Samoobrony, którzy odchodzili z niej nagle i z nieznanych powodów. Działacze, którzy nie wiadomo dlaczego do Samoobrony trafili i kiedy. Tak jak Piotr Podgórski spod Lublina, który odegra jeszcze rolę przy innym, trochę poważniejszym oskarżeniu wobec Leppera. Okaże się bowiem, że to Podgórski, niedoszły polski konsul we Lwowie ,poznał Leppera z popem Hinajło i może być kluczowym świadkiem w tej sprawie.

Kolejna odsłona operacji utopienia Leppera to zwołana przez niego samego konferencja prasowa w grudniu 2006 roku, podczas której z wielkim przejęciem opowiadał o przygotowywanej przez kogoś prowokacji, polegającej na oskarżeniu go, jakoby był rosyjskim agentem. Lepper nie zdradza szczegółów, wymienia tylko nazwisko popa Hinajły. Mówi, że został ostrzeżony o tej prowokacji i że teraz, kiedy już o tym powiedział publicznie, sama prowokacja będzie niemożliwa i nieskuteczna. Dobrze poinformowana prasa, w tym wypadku „Rzeczpospolita”, publikuje na początku roku sensacyjne informacje o powiązaniach Leppera ze szkołą na Ukrainie, za którą stoją podejrzane instytucje międzynarodowe .

Publikacja nie skutkuje dymisją Leppera. Plotki o jego związkach z radzieckimi krążyły od dawna i fakt ten osłabił wymowę artykułu.

Prasa, pisząc o akcji CBA zakończonej dymisją Leppera w lipcu 2007 roku twierdzi, że operacja przeciwko niemu zaczęła się styczniu. To logiczne, jeśli założymy, że prowadzona przez inny zespół operacja nie przyniosła spodziewanego efektu i wtedy podjęto kolejną .

Ta ostatnia operacja prowadzona była przez najlepszego w Polsce fachowca od operacji specjalnych o pseudonimie Wrzask. Oficer ten całkiem niedawno opuścił CBŚ. Miał do dyspozycji tylko młodych funkcjonariuszy CBA po kilkumiesięcznym przeszkoleniu. Funkcjonariusze ci położyli całą ściśle tajną operację, która miała ostatecznie skompromitować Leppera, a być może nawet doprowadzić do jego aresztowania. Z dramatycznego tonu oświadczeń wicepremiera, żądania powołania komisji sejmowej do zbadania sprawy itp. wynika, że groźba była realna, a operacja przygotowana dobrze, choć niewątpliwie, jak to czasem bywa, zawinili ludzie.

Tak się składa, że w tej ostatniej operacji CBA brał udział jeden z wymienionych na wstępie oficerów, którzy w stopniu porucznika opuścili UOP, a następnie pracowali w różnych firmach, zawsze w bliskim kontakcie ze sferą budżetową. W dodatku oficer ten jest tą samą osobą z otoczenia europosła C. która latem 2006 r. zapowiadała bliski koniec Leppera i wyrzucenie go z koalicji, ale z zatrzymaniem w niej, jeśli się uda, jego posłów. Co zresztą się stało latem 2007 i na co nie mogę patrzeć bez zażenowania.

Operacja Lepper trwa."
 
http://wolnyblogobywatelski.salon24.pl/

(0) komentarzy / skomentuj

Kat Warszawy ma się dobrze 01-08-2007 19:32

Michał Trypa (wiadomości24.pl) słusznie proponuje by 1 sierpnia spakować się i zamiast w Warszawie uczcić rocznice wybuchu powstania warszawskiego w  Westerland na wyspie Sylt. Dlaczego? Tam żyje kat powstańczej Warszawy SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth. Trypa podaje też jaką cenę zapłacił za swoją zbrodnie Reinefarth.


” Heinrich „Heinz” Reinefarth urodził się 26 grudnia 1903 w Gnesen. Przypomnijmy, że chodzi o miejscowość na terenie Warthegau, to jest jednego z tych landów Tysiącletniej Rzeszy, które - jak by to ujął pewien nobliwy przedstawiciel Pruskiego Powiernictwa - zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym, znajdują się obecnie pod przejściową administracją polską. Jak głosi uładzona, niemiecka biografia Reinefartha, pan burmistrz był człowiekiem wierzącym, żonatym i dochował się dwojga dzieci. Po ukończeniu szkoły podstawowej i gimnazjum, w latach 1922-1927 studiował prawo i wiedzę o państwie na Uniwersytecie w Jenie. W 1927 zdał prawniczy egzamin państwowy I stopnia i został mianowany referendarzem sądowym. Lata 1927-1930 to okres praktyki referendarskiej. 1930 - zakwalifikowanie do urzędu sędziego. W latach 1932-1942 i 1950-1951 to okres jego praktyki adwokackiej. W latach 1942-1945 był kapitanem policji porządkowej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Rzeszy. Od grudnia 1951 - burmistrzem w Westerland na wyspie Sylt. Poseł do parlamentu okręgowego i członek komisji okręgowej Südtondern. Członek zarządu okręgowego GB/BHE. Członek zarządu Zjednoczenia Prawa Pracy i Zrzeszenia Turystycznego w Nordmark. Przewodniczący Komisji Lokalnej wyspy Sylt przy Niemieckim Stowarzyszeniu Ratowników Morskich i DLRG Westerland.”

13 grudnia protestuje się przed domem Jaruzelskiego, może tak warto następnego 1 sierpnia zaprotestować zapalając znicze pod domem szanowanego obywatela Niemiec Heinza Reinefartha.

(3) komentarzy / skomentuj

Koniec kina Bergmana 30-07-2007 22:09

Każdy ma filmy, które w młodości wywarły na niego wpływ.  Filmy Bergmana wbijały mnie w kinowy fotel elbląskiego DKF-u. Pierwsze scenariusze jakie przeczytałem, to scenariusze Bergmana. Kilkukrotnie. Bergman miał cholerną wiarę w siłę obrazu.


(0) komentarzy / skomentuj

To tylko kwestia czasu 30-07-2007 15:47

Otrzymuję emaile, komentarze, co sie stało ze wczorajszym nocnym wpisem "Dla niektórych Polska to jednak kraj na podsłuchu" ? Na prośbę kilku osób go zdjąłem. Uczyniłem to, by nie zaszkodzić sprawie.  Chwilowo. Zapewniam, że to tylko kwestia czasu. Mam nadzieję, że pojęcie wolnych mediów w Polsce nie jest tylko pustym zapisem w konstytucji, deklaracach decydentów medialnych  i polityków.


(1) komentarzy / skomentuj

Zakiwać sie na śmierć 27-07-2007 19:46

Docierają do mnie tylko skrawki rzeczywistości. Kolejna faza montażu filmu „Zabić Papłę” i kolejna seria spotkań dokumentacyjnych. Pochłania mnie to całkowicie. Refleksja? Niektórzy za chwile zakiwają się i nawet nie spostrzegą jak piłka będzie poza nimi.


(3) komentarzy / skomentuj

Pies wagi państwowej 26-07-2007 17:54

(2) komentarzy / skomentuj

Czy będzie to przełom w śledztwie? 20-07-2007 16:32

(7) komentarzy / skomentuj

Folklor protestacyjny 20-07-2007 15:11

Były poseł Zbigniew Nowak zapakował się w przyczepę kempingową i zamist pojechać na wakacje nad morze lub Mazury, zawitał przed wejscie stacji telewizyjnej TVN.


(0) komentarzy / skomentuj

Obecne CV Bertolda Kittla 18-07-2007 00:35

(0) komentarzy / skomentuj

Draństwo policjantów z Łukowa 17-07-2007 23:21

Właśnie w internecie na stronach Dziennik.pl zobaczyłem reportaż „Wydarzeń” Polsatu. Szok. Łuków. Policjanci wywlekają siłą dzieci. Ciągną za nogi. Dlaczego? Bo realizują nakaz sądowy odebrania ojcu synów. Nie można było tego inaczej zrobić? Gdzie negocjatorzy? Psycholodzy? Za tak przeprowadzoną brutalnie akcję w stosunku do niczemu nie winnych dzieci powinny polecieć policyjne głowy. Mijają godziny i żadnej reakcji. Bedzie, jak inne media się tym też zajmą, inaczej można sobie darować? Pielęgniarki były lepiej potraktowane niż te dzieci.  Gdzie rzecznik praw dziecka, który tyle uwagi poświęcił Teletubisiom? Gdzie poseł Kalisz, który ganiał z asystentem i telefonem wśród pielęgniarek walcząc o ich prawa? Gdzie inne osoby? Czy mam rozumieć, że posłowie wezwą na dywanik szefa MSWiA? Komendanta Głównego Policji? Kto się naprawdę przejmie draństwem policji w stosunku do dzieci z Łukowa?

http://www.dziennik.pl/Load.aspx?TabId=14&Acion=LoadF&lsnf=AS03-0012&mediaId=6711&articleId=53213


(4) komentarzy / skomentuj

Siła wojskowych. Niewygodny artykuł, więc przemilczany 17-07-2007 22:37

Artykuł Grzegorza Indulskiego, poświęcony korupcji w polskiej misji wojskowej w Iraku, został opublikowany w ubiegłym tygodniu przez Newsweek.


(3) komentarzy / skomentuj

Dlaczego nie można pić z Kittlem i jak Gawlikowski uniknął zostania czubkiem 15-07-2007 00:46

Ileż można wywnioskować ze wspólnego picia? Stwierdzenia faktu, że się wypiło nie planując tego z tym i owym. Jak przeczytałem, dużo. Dla niektórych mój wpis o pobycie w Krakowie na konferencji dotyczącej dziennikarstwa śledczego, jak widać po niektórych blogach, komentarzach, wywołał wstrząsające reakcje. Junona,  pisząca o sobie: „Warszawianka,Pracownik PR, Błądząca, bo Poszukująca, Pasjonatka tego i owego” w swoim blogu napisała: „Panie Jacku zrobiłam kiedyś "ołtarzyk", tak teraz mi się sprawa rypła. (…) Jeśli się pan utożsamił w jakimkolwiek_to_bądź względzie z Kittelem, to ja panu z żalem (nad sobą i kolejnym moim roczarowaniem) definitywnie, choć z żalem, ale już dziękuję. Ale co tam, Latkowski podobno pił do rana na wiadomej konferencji (o której pan też blogował). Wspomniał o dwóch innych kompanach, którzy się "zmęczyli" wcześniej. Czyżby pan był wśród nich ?


Faktycznie, naprawdę jacy jesteście, panowie żurnaliści - nie wie nikt...Dokładnie jak politycy. Prędzej czy później - ręka rękę myje. Mocodawcy i tapeta na ścianie płaczu - to jedyne zmienne. Żal...”

Ręka rękę myję… No cóż. Piło się dobrze, ale żeby od razu ręka rękę myła?  Pamiętam nazbyt jeszcze jak to na stronach Rzeczpospolitej za program o Szermietiewie wzywano do zdjęcia Konfrontacji. Bertold nie protestował. Ale jakoś nie zamierzam chować do niego i Anki Marszałek urazy. Rzeczywistość nie jest zero jedynkowa.

Potem kolejne wbicie sie we mnie pazurami Junony: „Doprecyzowuję: Latkowski w Krakowie twórczo "wchłaniał" do rana z rzeczonym Bertoldem. Bez tego uściślenia, cały mój poprzedni wpis nie ma sensu.  Tak czy siak, bez sensu panowie. Nikogo, komu ufać...”

O kiedy to picie ma coś twórczego? U mnie, tylko w czasie montażu i to nie zawsze i nie przy takiej ilości. Kraków, noc. Ten, z którym przyjechałem, Piotrek Pytlakowski się zmęczył wcześniej i zostawił mnie na starym rynku. Na szczęście pozostali okazali się dobrymi kompanami do picia. Dobrze się z nimi dotrwało do rana. Mam rozumieć, że picie z Kittlem jest niepolitycznie poprawne?

Następnie czytam, jakąś rozdygotaną odpowiedź Jacka Łęskiego, który nagle chce się przypodobać Junonie. Na marginesie, Jacek ( tam w Krakowie mówiliśmy sobie na ty, a nie na pan) także byś przestał już wznosić się na górne C, bo to męczące.  Co cię uraziło, napisanie, że się piło z tym i owym? Przecież nie z tobą.  Problemem w mediach jest właśnie brak informacji kto z kim ciągle, a nie od przypadku pije i uprawia życie towarzyskie, kto z kim tworzy układzik. Kilku takich kumpli od kieliszka, prawicowych kumpli od kieliszka, kiedyś postanowiło się na mnie odegrać za to, że ruszyłem ich kolegę. I odegrało. Ale dość tego pisania, wolę się napić, tym razem sam, bez Bertolda Kittla. Choć tylko dlatego, że go nie ma obok mnie. Kiedyś mieliśmy ze sobą wymianę e-maili, po której dla mnie Bertold ma ludzką a nie gazetowa twarz. To co ostatnio zrobił, jeśli było prawdziwe a nie wyrachowane, tylko potwierdza moje tamtejsze odczucia.

Junona, a ty czasami sobie wypij, bo nie wiem, jak wytrwasz w tym świecie PR. Świecie, który jak wiadomo jest rzeczywistością czystą jak łza.

PS 1. Czasami warto nakłuć igłą nadmuchany niebotycznie balon.

PS 2. Z uwagą przeczytałem komentarz Macieja Gawlikowskiego, który zamieściła na swoim blogu Kataryna.:

„Udawane zdziwienia...
> W okresie szczytowym Kwaśniewszczyzny wspartej
> Michnikowszczyzną atmosfera w mediach była tak duszna,
> że rzygać się chciało.

A wcześniej niby było lepiej?
A w mediach zarządzanych nie przez Michnika czy SLD-owców było lepiej?
Przypomnij sobie jak było w TVP za Wieśka kiedy robiliśmy razem Puls Dnia. Przypomnij sobie telefony "z góry", naciski, narzucanie gości, zakaz zapraszania niektórych osób, np. Czabańskiego (bo komuś podpadł). Przypomnij sobie to, kiedy Maciek jako dyrektor anteny kazał mi zmienić temat Pulsu w rocznicę 13. Grudnia, bo postanowił dowartościować Andrzeja Wajdę (co podobno miało jeszcze inne podteksty - natury biznesowej).
Może już tego nie pamiętasz ale dla mnie to ważny moment, bo m.in. za to wyleciałem z roboty.
Dyrektor anteny nagle wydaje mi przez telefon polecenie (jako redaktorowi programu), że 13.12. gościem Pulsu ma być Wajda a tematem rozmowy jego heroiczna postawa wobec komunistów. Stanowczo odmówiłem, więc usłyszałem bluzg w słuchawce, następnie w ogóle zdjęto tego dnia Puls a Wajda zaprezentował swą martyrologię w oprawie dnia Jedynki w rozmowie z Kraśką.
Minęło parę tygodni i Krzysiek Nowak wypowiedział pamiętne dla mnie słowa: "Wiesiek stracił do ciebie zaufanie! Nie możesz dłużej pracować w Pulsie Dnia, bo to nasz okręt flagowy i musimy mieć tam ludzi pewnych".
Zostałem wywalony z dnia na dzień na zbity pysk.
Co prawda pisałeś list do Wieśka z protestem w mojej sprawie (podpisali go wszyscy z naszej redakcji oprócz Piotra S.), ale żeby ktoś się mocniej postawił... Co to, to nie :-)
Załogę w ten sposób zastraszono, szefem Pulsu został kumpel Wieśka z Łodzi - właściciel dwóch pralni chemicznych, gość bez doświadczeń pracy w telewizji (ba, w jakiejkolwiek redakcji!), człek ponury i mało lotny, za to łapiący w lot pomysły "góry". I komuś to przeszkadzało? :-)

> Ja uważałem, że przestrzeń dziennikarskiej wolności
> jest tak ograniczona, że lepiej dać sobie spokój.

A wtedy, za czasów Pulsu, uważałeś "przestrzeń wolności" za wystarczającą? :-)

> Rozumiem, że dziś i on ma podobne odczucie.

Tak. I jego zdziwienie nagłym "ograniczeniem przestrzeni " jest równie nieszczere jak Twoje, które opisujesz (wybacz!).
Nie jesteście dziećmi i nie mów mi, że mieliście jakiekolwiek złudzenia - Ty parę lat temu, a Bertold parę tygodni temu.
Dziwi mnie tylko forma wypowiedzi Bertolda. Czułem niesmak po tym tekście. Chyba zbytnio przegiął pałę - może wpłynie to dobrze na wysokość kontraktu w nowej redakcji ale na dłuższą metę mu się nie opłaci, nie przysporzy wiarygodności.

> Wszystko bez słowa komentarza kolegów po fachu.

I to Ty pierwszy rzucasz kamieniem??? :-)))

> w czasach, gdy z
> zawodu w latach 1998 - 2004 wypychano wartosciowych
> ludzi to reszta najczęściej milczała, co najwyżej
> przekazywała prywatne wyrazy ubolewania.

Podobnie jak Ty w 1995 roku kiedy wywalano np. mnie za brak politycznej dyspozycyjności. A złudzeń, co do politycznego charakteru sprzątnięcia mnie przez kolegów-pampersów nie miałeś (co jasno napisałeś w liście do Wieśka, który mam gdzieś w domowym archiwum).

> Tylko, że syf nie zaczął się ani wczoraj ani dzisiaj. (...)
> W III RP też obowiązywała zasada, że pokorne cielę
> dwie matki ssie. Dobrze widać to na przykładzie całego
> towarzystwa z Polityki, czy medialnych tuzów TVN i
> Polsatu.

Syf był, jest i będzie. Nie miej złudzeń.
Będzie, dopóki w tym zawodzie będą dominować ludzie bez charakterów, bez honoru, bez jaj. A taką selekcję negatywną widać nie tylko wśród ekip TVN-u czy Polityki. Także w tzw. naszym środowisku.
Każda władza woli mieć w tym cyrku swoje małpki. Małpki skaczące w rytm podanej muzyki a nie zwierzęta z rodziny kotowatych mogące użreć przy próbie tresury :-)
Dlatego z Wiadomości musiał teraz odejść Radek Rybiński - człowiek porządny, uczciwy i dobry fachowiec.
Dlatego dla odmiany teraz karierę w tym głównym politycznym ołtarzyku zacznie niejaki Horodyski - mierny adept dziennikarstwa wyrzucany z krakowskich redakcji a to za dziennikarską nieuczciwość, a to za okradanie pracodawcy (robił na lewo na sprzęcie radiowym reklamy PiS-u). I taki ktoś zostanie reporterem politycznym Wiadomości. Kiedy spotkałem Jarka Grzelaka, powiedział mi, że biorą go, bo "nie ma kim robić". Brzmiało to mało przekonująco :-) Nie ma kim robić... mokrej roboty :-)

Jeszcze jedną historyjkę Ci przypomnę - cykliczne imprezki organizowane w połowie lat 90-tych w Klubie Architekta (tak to się chyba nazywało) przez Annę Marszałek, gwiazdę dziennikarstwa śledczego. Dałem Ci się wyciągnąć raz na taki jubel mimo wstrętu do salonowych imprez. O mało nie skończyło się to mordobiciem, bo okazało się po jakiejś godzinie, że popijający obok mnie piwo gruby gość jest działaczem Ruchu NIE Urbana i równocześnie jakimś doradcą SLDowskiego szefostwa MSW. Część uczestników tego "salonu" to były jakieś szemrane typy z bezpieki, wywiadu, SLD, wojskówki czy innych gangów a większość to kwiat dziennikarstwa, zwłaszcza śledczego. Wszyscy pili sobie z dziubków, sztama była, że hej!
Powstrzymaliście mnie wtedy przed rękoczynem a mocno podpity urbanoid nie ryzykując starcia czmychnął z lokalu, wsiadł za kierownicę służbowej lancii z granatowym kogutem za szybą i odjechał z piskiem opon.
Tak w symbiozie z komunistyczną gangsterką żyli wówczas dziennikarze śledczy i nawet nikogo to nie dziwiło, nie oburzało, nikt szat nie rwał z tego powodu.
Wiem, że takie odświeżanie pamięci kolegom nie przysparza mi ich sympatii, ale od czego do cholery są blogi...
Też jestem bliski rzucenia dziennikarskiej roboty, ale niczego poza tym w życiu robić nie umiem, więc się nadal męczę :-)
Bogu dzięki, że pracuję od 10 lat jako free lancer, zawsze to lepiej. Z telewizji pewnie bym dawno odjechał prosto do czubków.
Pozdrawiam.”

(7) komentarzy / skomentuj

Wycofanie, czy kryzys? 12-07-2007 22:41

TS w pewnym momencie mówi, że zauważył we mnie zmianę od ostatniego spotkania. Przypuszcza, że mi się już mniej chce w sprawie Papały. „Nie, filmu nie odpuszczę, tu chodzi tylko o wycofanie się z pewnej rzeczywistości po nim. Mam do czego wracać, pokazuje na wiszące plakaty w moim gabinecie. Jest jeszcze inny świat”


(0) komentarzy / skomentuj

Na łazienkowskiej po staremu 09-07-2007 18:51

Po wczorajszych zamieszkach chuliganów w Wilnie słyszę, że nie będzie już tolerancji dla tzw. pseudokibiców. Dzieje się to po raz kolejny. Tymczasem rzeczywistość jest inna, szefowie grup kibiców spokojnie chodzą po łazienkowskiej. Znają ich wszyscy bywalcy. Przez lata akceptował ich także nowy zarząd Legii. Kiedy trzy lata temu próbowałem wraz z szefem Antyradia Michałem Figurskim zorganizować premierę filmu Klatka na stadionie Legii, duża część zdjęć była wykonana na nim, by w ten sposób spróbować wywołać dyskusję, zwrócić uwagę na problem o piłkarskich chuliganach, napotkało to opór.   Miało to godzić w wizerunek Legii, twierdzono, że to fałszywy obraz.  Próbowano też wpłynąć na Michał Figurskiego, by wycofał się z media patronatu, ale nie okazał się miękkim facetem i słowa dotrzymał, Antyradio było ze mną do końca.


Ostatecznie premiera odbyła się w Ursynowskim Multikinie. Tam doszło do wejścia bojówki kibiców, która podeszła do mnie i towarzyszących mi osób. Nie przejmowała się, że jest w miejscu publicznym, nie zakrywali twarzy. Posłali mi kilka gróźb, zrobiła się duszna atmosfera, i tylko dzięki zimnej krwi udało się nam wymknąć tylnym wyjściem z Multikina.  Producent ścieżki dźwiękowej, który zlekceważył ten incydent z trudem umknął pościgowi samochodom ekipy chuliganów . Wszystko to działo przy skandalicznej bierności stołecznej policji, która wcześniej chroniła Multikino i jak się okazało za wcześnie zdjęła policjantów z miejsca premiery. Z incydentu zachowały się taśmy video, policja je przejęła. Komendant stołeczny Ryszard Siewierski obiecał dyrektor programu drugiego TVP Ninie Terentiew zająć sie sprawą.   Do dnia dzisiejszego policja nic nie uczyniła w tej sprawie. Chuligani z łazienkowskiej okazali się górą!

(2) komentarzy / skomentuj

Dlaczego nie skomentowałem? 04-07-2007 13:02

Dlaczego nie skomentowałem wypowiedzi Bertolda Kittla? Nie wiem, co tu komentować. Pod wieloma słowami sam bym się podpisał. Mam gorzką satysfakcję, że to co uraziło niektórych przedstawicieli medialnego  środowiska w programach „Konfrontacja”, m.in. odcinki zatytułowane „Układ medialny”, teraz przestało być tabu.  Za to oberwałem. Przestałem się podobać tym po prawej i po lewej stronie, bo tak naprawdę środowisko mediów nie jest tak podzielone politycznie jak myślą czytelnicy i widzowie. Okładanie się na ekranie lub stronach gazet nie zmienia faktu, że kolesiostwo i układziki są w nim najważniejsze.

Na ten świat patrzę z dystansem, bo ponad roczna praca nad filmem „Zabić Papałę”, odsunęła mnie od tego wszystkiego. Prawie nie utrzymuję z tym światem kontaktów. Ostatnio przez dwa dni zetknąłem się z nim w Krakowie podczas konferencji o tendencjach i przyszłości dziennikarstwa śledczego „Misje czwartej władzy”. Pierwszej nocy, przed konferencją, właśnie piliśmy z Bertoldem Kittlem, Jarkiem Jabrzykiem i Piotrem Pytlakowskim (jako pierwszy poszedł spać). Do rana. Podobno alkohol rozwiązuje języki. Ale wbrew temu co można sądzić nie rozmawialiśmy o tym jakim „kurestwem, prostytucją” jest to, co robimy, to w czym tkwimy.


Nic nie jest do końca białe i czarne. Każdy popełnia błędy, czasami idzie na kompromis. Świat idealny to jest w bajkach, choć i tam są złe moce.

Czy w Bertoldzie coś pękło? Czy to tylko chwilowy wyrzut sumienia? Czy może to jakaś gra, jak sądzą niektórzy? Wolę uznać jego wypowiedź za zwykły ludzki odruch, człowieka, który zaczął mieć już dość akceptacji tego w czym siedzi, co widzi.

Trzeba robić swoje i próbować iść dalej. Nie wolno godzić się z tym, że w dzisiejszych czasach ważniejszy jest news, reklamodawca, pokazanie się w telewizorze niż to, co się ma naprawdę swoim dziełem, pracą do przekazania.  Warto próbować, jeśli się ma się jeszcze na to siłę. Laurów za to się lepiej nie spodziewać.

(7) komentarzy / skomentuj

Sprawa szafy Lesiaka trafiła do szafy 04-07-2007 09:58


Elżbieta Isakiewicz w swoim blogu pisze o „zaskakującym zaniku pamięci prokuratury”:

„Ciekawe, kto z Państwa zauważył tę maleńką informację, jakby nieśmiało zamieszczoną na którejś tam, mniej ważnej stronie przynajmniej jednego dziennika. Oto prokuratura, tak, ta chodząca jak zegarek pod wodzą min. Ziobro instytucja, nagle dała plamę: ZAPOMNIAŁA wnieść apelacji odwołującej się od wyroku w sprawie płk Lesiaka. Przypominam: chodzi o inwigilację prawicy w wolnej już Polsce.”

Przyznam, że także nie odnotowałem żadnego medialnego poruszenia, a jeszcze niedawno sprawa szafy Lesiaka nie schodziła z czołówek mediów. Nie słyszałem, że odpowiadający za złożenie apelacji prokurator został ukarany przez ministra Zbigniewa Ziobro. Opozycja także milczy. Zdumiewająco nie chce nawet wykorzystać tego faktu do krytyki znienawidzonego przez nich ministra sprawiedliwości. Zresztą co, to za opozycja w tej sprawie? Tak samo była zainteresowana tym, by wreszcie zaprzestano grzebania w tej szafie.

http://www.newsweek.pl/blogi/blog.asp?AutorBloga=e_isakiewicz

(0) komentarzy / skomentuj

Kittel o dziennikarstwie śledczym 03-07-2007 09:57

Bertold Kittel na http://www.goldenline.pl/5999 pisze:

"Kierownictwo mediów biesiaduje z władzą i redaguje teksty pod jej dyktando" (...)


"Zrobiliśmy masę fajnych rzeczy, jechaliśmy po bandzie na maksa, walczyliśmy z całym światem. (...) Zaczęto mówić, że dziennikarstwo śledcze "Rzepy" jest wzorcem, punktem odniesienia. (...) Nie mówię, że nie popełnialiśmy błędów, ale czasem coś za bardzo chcieliśmy zrobić, bo nie byliśmy zimnymi technokratami. Ale nigdy, nigdy, nigdy nie zrobiliśmy niczego pod dyktando władzy ani kogokolwiek innego" (...)

"Dziś pytam siebie, gdzie są nasze ideały. Dlaczego dziennikarstwo stało sie zawodem prostytutki władzy? Dlaczego określenie "dziennikarz śledczy" staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z rządowego biurka? Dlaczego praca w prorządowych mediach dla tak wielu ludzi staje się powodem nie do wstydu, ale do dumy? Dlaczego głównym osiągnięciem dziennikarzy staje się puszczenie w Internecie często zmanipulowanej informacji wyłącznie w celu osiągnięcia cytowalności? Dlaczego nie mówimy głośno o wstrzymywaniu materiałów, manipulowaniu, przewalaniu tekstów, o promowaniu uzależnionych miernot?

O tym, co czujemy, kiedy mówimy informatorom o ochronie źródeł, o zachowaniu tajemnicy zawodowej w firmie, w której kierownictwo popija aperitify z władzą, a bezpośredni zwierzchnicy płacą raty mafijnym lichwiarzom. Patrzę na łamanie kręgosłupów świetnych reporterów. W gazetach, w telewizji, w radiu. Dziś każdy ma do zapłacenia hipotekę. Co miesiąc. Więc jak zetną tekst, nie puszczą materiału, to po prostu udaje, że to nic takiego, że im jeszcze pokaże, jak znajdzie robotę. A jak nie może znaleźć, to jest skazany. I idzie chlać z kolegami, narzeka, a potem idzie do roboty, której nienawidzi. To jest ludzkie, tak bardzo ludzkie, jak ludzkie musi być to, co robimy. Większość z nas marzyła o tym, żeby być dziennikarzem. A Większość z nas marzyła o tym, żeby być dziennikarzem. Ale z czasem zapomnieliśmy, o co tak naprawdę nam chodziło. Idziemy na łatwe kompromisy, dostając za to premie, wyższe limity na komórki, laptopy itp. Naprawdę jesteśmy dobrze opłacanymi marionetkami, które wiedzą, w co grają i się na to godzą. (..) Ktoś kiedyś powiedział, że sława trwa pięć minut. Niesława trwa o wiele dłużej"

(11) komentarzy / skomentuj

Nerwy puszczają 02-07-2007 22:10
Uderz w stół a nożyce się odezwą, tak można podsumować to, co dzieje się w czasie mojej pracy nad filmem o zabójstwie generała Marka Papały. Niektórym osobą puszczają nerwy.
(3) komentarzy / skomentuj
Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Potężny mężczyzna powolnymi ruchami, nieco leniwie, goli głowę. Opowiada o swoim barwnym życiu, o więzieniu i drużynie rugby. Ale nie jest to kadr z amerykańskiego obrazu "Urodzeni mordercy", a jedna ze scen polskiego filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego o chuliganach Arki Gdynia, których teraz bardziej niż rozróby fascynuje męski, twardy sport.
(...) Kamera podąża za bohaterami niemal wszędzie. Jest na treningu, meczu, w szatni, w samochodzie i nawet w łazience.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS