menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Wreszie Zbigniew Zioro powiedział prawdę 27-06-2008 19:21
Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wyjaśnił, dlaczego nie używano służbowych telefonów, a na karty pre-paid.  Tłumaczy Magdalenie Rubaj z "Dziennika": "Trzeba było zachować najwyższe standardy bezpieczeństwa, bo nasze państwo kontroluje podsłuchy w bardzo ograniczonym zakresie(...) Podkreślam, nasze państwo ma bardzo ograniczoną możliwość kontroli ewentualnych nielegalnych podsłuchów"

(2) komentarzy / skomentuj

Przecież nie było nielegalnych podsłuchów 26-06-2008 15:57
Kto dzisiaj pamięta publiczne wypowiedzi decydentów wymiaru sprawiedliwości, polityków, zapewniających, że istnieją tylko legalne podsłuchy, że osoby mówiące o podsłuchach cierpią na manie prześladowczą? Trywializowano ten problem. Wyśmiewano.

Dzisiaj okazuje się jednak, że zaprzeczający temu sami nie wierzyli w swoje słowa. Nie wierzyli, że w Polsce można być wyłącznie legalnie podsłuchiwanym. Nie wierzyli nawet własnym służbom.

Maciej Duda (Newsweek.pl) pisze: „Była szefowa warszawskiej Prokuratury Okręgowej latem 2007 r. dostała specjalny telefon do szyfrowanych rozmów z najważniejszymi osobami w rządzie PiS(…)

Prowadzący sprawę przecieku śledczy i funkcjonariusze ABW i CBA mieli informację, że sami mogą być rozpracowywani przez policyjne Centralne Biuro Śledcze, którym kierował Jarosław Marzec, protegowany Kaczmarka. Dlatego zdecydowali, że będą się porozumiewać przez specjalne, szyfrowane telefony.

- Owszem miałam taki telefon, ale nie był on szyfrowany - mówi serwisowi Newsweek.pl Elżbieta Janicka. To był telefon na karte pre-paid. Używaliśmy takich telefonów bo mieliśmy uzasadnione podejrzenia, że jesteśmy podsłuchiwani - potwierdza prokurator Janicka."
(2) komentarzy / skomentuj

Politycy obiecywali co innego. Wiedzieli jednak, że nikt ich nie rozliczy. 26-06-2008 11:24
"Władze irackie - jak doniosła Agence France Press - ogłosiły w niedzielę, że zawarły kontrakty z 41 zagranicznymi firmami na wydobycie ropy naftowej na północy i południu kraju - pisze Jarosław Jakimczyk dla Money.pl. - Oznacza to powrót do Iraku zagranicznych koncernów w 36 lat po wyrzuceniu ich przez Saddama Husajna. Nie ma wśród nich jednak ani jednej firmy z Polski(...)

Iracka administracja wybrała 35 międzynarodowych koncernów przyznając im koncesje na eksploatację pól naftowych.

Z punktu widzenia polskiego interesu narodowego liczy się szczególnie to, że kontrakty z ministerstwem ropy podpisało też 6 narodowych kompanii naftowych z Algierii, Angoli, Pakistanu, Tajlandii, Turcji i Wietnamu. Wśród firm, które uzyskały dostęp złóż roponośnych w Iraku nie ma natomiast ani jednego podmiotu znad Wisły.

Jest to tym bardziej zdumiewające, że żaden z szóstki wymienionych krajów nie brał udziału w trwającej od wiosny 2003 r. operacji wojskowej Iraqi Freedom, podczas gdy Wojsko Polskie uczestniczy w niej od samego początku ponosząc straty w ludziach (21 zabitych i 1 zmarły na posterunku)."
(3) komentarzy / skomentuj

Tajny motyw i rozgrywki polityków 25-06-2008 17:42
Bilans dziesięciu lat śledztwa w sprawie zabójstwa generała Marka Papały, to brak aktów oskarżenia i nieudolnie sporządzony wniosek ekstradycyjny, zakończony przegraną w amerykańskim sądzie.

Dzisiaj na konferencji prasowej wiceprokurator generalny Jerzy Szymański, dorzucił do tego przełomową wiadomość, że śledczy posiadają informacje, na podstawie których można określić motyw zbrodni, odmówił jednak podania szczegółów.

Nic nie wspomniał o tym, że na początku 2008 roku powołano grupę analityków policyjnych. Nie zgodzono się jednak na stworzenie w policji i prokuraturze, niezależnej od istniejącej obecnie, nowej grupy dochodzeniowej, któryby zweryfikowała dowody, na nowo przesłuchałaby świadków. Sprawdziłaby inne wątki.

Dlaczego?

Jak wyjawił mi jeden z obecnych decydentów. przestraszono się, że obecna prokuratorsko-policyjna grupa „rzuci papierami”, a z ich dymisji „opozycja uczyni spektakl polityczny."
(1) komentarzy / skomentuj

Prokuratorzy to zawistni ludzie 18-06-2008 11:42
Według Elżbiety Janickiej, byłej szefowej prokuratury okręgowej w Warszawie, przesłuchiwanej przez sejmową komisję śledczą do spraw nacisków, "w prokuraturze nic nie może zdziwić".

"Prokuratorzy to zawistni ludzie", część z nich działa z niskich pobudek. To spiskowcy .Chodzi im o to by zasiąść w fotelu w „zielonym gabinecie”. "O stanowisko i tytuł". „Nie ważne jak krótko, ale ważne, że w kwitach byłem prokuratorem okręgowym”.

Prokuratorzy to płochliwe istoty, które z przerażenia "zamykają się w swoich pokojach".

W prokuraturze panuje mobbing, zwany "psychotechniką": "Raz przysłała do mnie smsa wieczorem i nie odpisałam i była za to awantura." Te awantury trudno było przeżyć. "Nie sądzę, żeby ktoś miał odwagę zadzwonić do szefowej. Szefowej Kowalskiej się bano.(…) Trudno uwierzyć w to do czego zdolni są prokuratorzy"

„Takie to jest środowisko, nic na to nie poradzę."
(2) komentarzy / skomentuj

Czy jaskółka nadal lata? 17-06-2008 13:37
"ABW używało w tym czasie specjalnego pojazdu, nazywanego jaskółką, wyposażonego w najnowszej generacji aparaturę potrafiącą podsłuchiwać wybrane numery telefoniczne. Jaskółka była (jest nadal?) używana poza oficjalną procedurą, podsłuchiwała bez zgody sądu, a nagrane przez nią rozmowy nie trafiały do akt prowadzonych spraw. Miała dawać funkcjonariuszom wiedzę operacyjną, a nie procesową. Paradoks polega na tym, że dzisiaj emocje dotyczą podsłuchów zakładanych zgodnie z prawem i pod pełną kontrolą (czynności prowadzone przez CBŚ), a nie całkowicie wyjętych spod kontroli operacji dokonywanych przez ABW, za pomocą m.in. jaskółki" (Piotr Pytlakowski, "Gra w Marca," Polityka 16 czerwca 2008)

(3) komentarzy / skomentuj

Sytuacja zaczyna normalnieć? Poranna rozmowa na skypie... 14-06-2008 11:56
Sylwester:  zdałem sobie sprawę, że od dwóch lat żyję w odpychającym świecie... patrzenie poprzez niego na rzeczywistość staje sie nieznośne... pęka też wiara, że może być inaczej...
R: jednak może, jesli spojrzeć na to wszystko z perspektywy ostatnich dziesięciu lat, to chyba jednak, choć z ogromnymi kłopotami, sytuacja zaczyna normalnieć.

Sylwester: nie wiem
R: może to wszystko idealizuję; ale mam wrażenie, że sztama między światem policyjnym a gangsterskim nie może być już tak silna jak jeszcze niedawno, a media publikują na ten temat nieco więcej informacji
Sylwester: niestety nikt z esbeckiej mafii nie czuje sie zagrożony, pomimo że upływa czas, więcej, nadal czują się dobrze...wprowadzili w swoje interesy rodziny... i niby teraz ma być inaczej, skoro w zdegenerowany sposób kolejne pokolenie coś dostało? Obok mnie mieszka kilku takich następców tatusiów... Kiedyś nie kojarzyłem, dlaczego patrzą na mnie dziwnym wzrokiem, potem okazało się, kim oni są...
R: to prawda; ta świadomość bywa co najmniej bulwersująca. jeszcze wyraźniej widać to poza warszawą. czsem spotykam (...)kolegów z podziemia z małych ośrodków. nie dość, że w latach 70. i 80. zakres represji w stosunku do nich był znacznie większy niż w Warszawie, to jeszcze teraz spotykają swych dawnych prześladowców opływających w dostatki; a  oni sami mają kiepskie pensje albo głodowe emerytury. stąd ich frustracja. nie podzielam ich fascynacji pisem, ale psychologicznie mogę zrozumieć taką postawę
(27) komentarzy / skomentuj

Wyścig nazywany wolnością 13-06-2008 21:32
Powieść Pawła Huelle "Ostatnia Wieczerza" jest jedną z 20 książek nominowanych do Nagrody Literackiej "Nike." Marek Radziwon pisze w Gazecie Wyborczej w recenzji "Wyścig nazywany wolnością":
"Osią fabuły jest wydarzenie realne: Mateusz, znany gdański malarz, chce, żeby grupa dawnych przyjaciół wzięła udział w jego akcji artystycznej - mają pozować do nowego przedstawienia Ostatniej Wieczerzy. Taki obraz istotnie powstał przed kilku laty. Kto chciałby się doszukiwać pierwowzorów niektórych postaci z powieści Huellego, mógłby to bez kłopotu zrobić(...)

"Ostatnia Wieczerza" opowiada o losach pewnego pokolenia - zgranej paczki młodych, ambitnych artystów i intelektualistów, którzy w młodości oddawali się pijaństwu, bezkompromisowym dyskusjom o sztuce i ponownie pijaństwu. Dzisiaj, po mniej więcej ćwierćwieczu, wiemy, że ich losy potoczyły się różnie. To jedno popołudnie, kiedy wszyscy bohaterowie próbują się przebić na umówione spotkanie przez zakorkowane miasto, jest jak gorzki rachunek sumienia. Huelle unika jednak tonu serio. Przeciwnie - nie stroni od satyry(...)

"Ostatnia Wieczerza" mówi więc o końcu złudzeń, o marzeniach i planach zmarnowanych na własne życzenie, o szlachetnych ludziach, którzy z czasem gorzknieją i powoli, powoli, grzęzną w byle jakim życiu. Siemaszko, jeden z tych współczesnych apostołów powiada w pewnym momencie: "czym jest dar wolności (...). Jak najwięcej rzeczy i doznań w jak najkrótszym czasie za jak najmniejsze pieniądze. (...) Mąż? Kochanek? Dzieci? Szef działu w firmie? Emerytalny fundusz? Kredyt hipoteczny? Wolne żarty. (...) wyścig, który powszechnie nazywany jest wolnością".
(0) komentarzy / skomentuj

Barnina, Maziuk, Franiewski... Kto naprawdę ich powiesił? 11-06-2008 11:12
W dzisiejszej Gazecie Wyborczej reportaż  Huberta Woźniaka, Bogdana Wróblewskiego "Bandyta pod ochroną?" poświęcony Wojciechowi Franiewskiemu, porywaczowi i zabójcy Krzysztofa Olewnika.

Autorzy  przytaczają  fragment ekspertyzy biegłego, który powinien skłaniać do refleksji nad śmiercią Franiewskiego w celi numer 11 aresztu śledczego w Olsztynie.

Biegły o śmierci Franiewskiego napisał: "Sposób przeprowadzenia samobójstwa świadczy o świetnej znajomości anatomii człowieka. Pętla posiadała zawiązane dwa supły (praktyka niespotykana). Powodowało to uciśnięcie tętnic przez co osadzony w pierwszej kolejności stracił przytomność, a następnie osunął się o dwa, trzy centymetry. To powodowało zaciśnięcie pętli i jego uduszenie. Osadzony w ten sposób uniknął reakcji obronnych - nie szamotał się".

Dodajmy do tego,  że w  moczu zmarłego znajdowały się śladowe ilości alkoholu i amfetaminy.  Wcześniej Franiewski skarżył się w listach, że coś mu podsypują do jedzenia.  Samo porwanie nie mogło być wykonane tylko przez osoby, które prokuratura oskarżyła. Ktoś musiał jeszcze za nimi stać, wspierać porywaczy. Portret osobowościowy zabójcy Krzysztofa Olewnika każe raczej oczekiwać innego zachowania niż popełnianie samobójstwa w pilnie strzeżonej celi.

Zbyt wiele jest wątpliwości w tej sprawie, ale Marek Staszak, prokurator krajowy swoje wie: - Wersja samobójczej śmierci, bez udziału osób trzecich, jest najbardziej prawdopodobna – mówi dziennikarzom.

"Franiewski z trudem - bo wcześnie zaczął kraść - wyuczył się na ślusarza. Jego uniwersytetem były więzienia. Czy uczą w nich anatomii? Może."
(1) komentarzy / skomentuj

Na marginesie przesłuchań sejmowych komisji śledczych: Tajemnica państwowa to narzędzie ignorantów 10-06-2008 11:02
"Decyzja w sprawie bomby wodorowej została podjęta przy drzwiach zamkniętych, bez publicznej debaty(...), bez uczciwej oceny skutków. Tajemnica państwowa stała się narzędziem polityki ignorantów." („Amerykański Prometeusz”  Kai  Bird, Martin J. Sherwin)

(2) komentarzy / skomentuj

Kto naprawdę go zabił? 09-06-2008 12:02
W 2005 roku ukazała się książka Wojciecha Sumlińskiego "Kto naprawdę go zabił” wydana przez Rosner & Wspólnicy, wydawcę, który zdecydował się wydać także moją książkę „Zabić Papałę”. Sumliński podważył to, co od lat sądzono o tej sprawie. To za jego sprawą ukazał się film dokumentalny w telewizji „Polsat” (Łukasz Kurtz, Mirosław Majeran), obszerny artykuł w tygodniku „Wprost”, potem dwa programy „Konfrontacja” (których byłem współautorem).

Dzisiaj ponownie w "Superwizjerze" powrócono do tematu śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Zobaczyliśmy nowe ujęcie tego, co przedstawił w swojej książce Wojciech Sumliński, przytaczając ustalenia śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Burzą mit Waldemara Chrostowskiego. Tym samym Przemek Witkowski i Piotr Litka z TVN stali się następnymi, jak i pozostała reszta, oszołomami, którzy mają czelność podważać raz ustaloną przez SB (proces Toruński to była farsa)  prawdę o tamtej zbrodni.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zapowiedź programu Konfrontacja z 2005 roku: Wierni zapalający znicze przy grobie księdza Jerzego Popiełuszki są do dziś przekonani, że zginął on 19 października 1984 roku, a wszyscy bezpośredni sprawcy tej zbrodni zostali osądzeni. Tymczasem dokumenty i relacje świadków zebrane przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego z lubelskiego oddziału IPN - do których dotarliśmy – jednoznacznie wskazują, że było inaczej. Wynika z nich, że wszystko, co do tej pory było wiadomo o zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce, poza miejscem i datą uprowadzenia, jest kłamstwem.

W naszych publikacjach ujawniliśmy, że w IPN znajdują się materiały, nie tylko obszerne, ale też doskonale udokumentowane, które zmieniają dotychczasową wiedzę o okolicznościach tej zbrodni (m. in. o roli jej jedynego „świadka”, Waldemara Chrostowskiego), a także o jej zleceniodawcach i nadzorcach. Mimo dowodów zebranych przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego po odebraniu mu sprawy i przekazaniu jej do Katowic śledztwo utknęło w martwym punkcie. Milczenie wokół nowych faktów dotyczących tej zbrodni i okoliczności odebrania sprawy Witkowskiemu było tym bardziej zastanawiające, że nowy gospodarz śledztwa, prokurator Przemysław Piątek, przez ostatni rok nie zrobił nic, by popchnąć sprawę do przodu.

Kto naprawdę go zabił? - Konfrontacja TVP2: 2005-11-09
Kto naprawdę go zabił? cz. 2 - Konfrontacja TVP2 : 2006-01-09
W programie wystąpili m.in:Zbigniew Wasserman - inicjator śledztwa w sprawie związku przestępczego w MSW, Andrzej Witkowski - prokurator IPN, który dotad miał wydany zakaz wypowiadania się dla mediów, prof. Mirosław Piotrkowski - KUL w Lublinie, Wojciech Sumliński - dziennikarz, współpracownik Wprost, W felietonach: prof. Witold Klesza - V-ce prezes IPN,Leszek Pietrzak - IPN, Lublin, Janusz Kurtyka - prezes IPN.

Program można obejrzeć na stronach itvp.pl:
http://www.itvp.pl/video.html?channel_id=499&site_id=611&genre_id=503&form_id=473&video=16983
http://www.itvp.pl/video.html?channel_id=499&site_id=611&genre_id=503&form_id=473&video=16185
(5) komentarzy / skomentuj

Walencja, Pekin 07-06-2008 23:03
Maciej w Hiszpanii. Może jesienią tego roku będziemy tam razem z ekipą filmową, gdy dojdzie do zaprezentowania publiczności jego „Ostatniej Wieczerzy”.  Dokumentacja, wstępny scenariusz do filmu zakończony. Teraz oczekiwanie na możliwość rozpoczęcia  zdjęć.  Być może postawiłem za wysoką poprzeczkę realizacyjną. Ale nie sądzę by pójście na kompromis jest być albo nie być tego projektu.


Leszek wrócił z Pekinu. Nie zagrał tam żadnego koncertu, zostały odwołane w związku z żałobą narodową. Czekam na jego mszę, kompozycję, o której pisze na swojej stronie, że jest „na chór mieszany, fortepian, instrumenty perkusyjne i czelestę. Pozostają do wykonania prace montażowe, zmiksowanie całego materiały oraz mastering. W dwóch częściach mszy wystąpił Zohar Fresco. Utwór ten został napisany na zamówienie Akademickiego Chóru Uniwersytetu Gdańskiego.” Zamierzamy także wykorzystać ją na soundtracku filmu.

Dzisiaj oddech od redakcji wydawniczej książki „Zabić Papałę.” W przyszłym tygodniu powinien być już znany termin ukazania się książki w księgarniach. Powracam do lektury biografii Roberta Oppenheimera - „Amerykańskiego Prometeusza. ”  Kai  Bird, Martin J. Sherwin pracowali nad nią przez 25 lat. Czymże jest przy tym moja ponad dwu letnia praca nad filmem i książką o sprawie zabójstwa generała Maraka Papały, a teraz kilkumiesięczne oczekiwanie na zdjęcia do "Ostatniej Wieczerzy"?
(1) komentarzy / skomentuj

Notatka służbowa oficera SB 04-06-2008 23:26
S. Grażyna przypuszczała, że spotka M. Piotra i jego  żonę w kabarecie „Sexorama,” gdzie osoby te produkowały się na scenie w repertuarze sexy(wg.posiadanych przez nią danych.”)
(0) komentarzy / skomentuj

Zestaw IPN-owski 04-06-2008 18:15
Przed wejściem do czytelni IPN kilka mocnych kaw i tabletka antyalergiczna, po wyjściu szklanka whisky.
(6) komentarzy / skomentuj

Koledzy patrzą dzisiaj na mnie krzywym wzrokiem 03-06-2008 21:39
Starszy mężczyzna wchodzi do czytelni IPN. Jest poruszony. Rzuca płócienną siatkę na stolik i wgłębia się w akta. Po godzinie głośno mówi do jednego z pracowników IPN:

- Jaki ślad jest tutaj? Nie ma zobowiązania. Nie brałem pieniędzy. Miałem donosić na reżyserów? Znałem wszystkich. Wszystko się kręci wokół sprawy Chojeckiego, którego nie znam osobiście. O to chodzi, że koledzy patrzą dzisiaj na mnie krzywym wzrokiem. Chcę zgłosić protest.

(2) komentarzy / skomentuj

A propos klapsów 30-05-2008 13:54
Brak konsekwencji w walce z klapsami u decydentów. Warto zadać im pytanie: Dlaczego stosuje się środki przymusu w stosunku do dzieci przez policję, w zakładach poprawczych? Przecież nie wolno bić dzieci.

Co rodzic ma zrobić w sytuacji ekstremalnej, gdy dziecko dostaje szału, histerii, i zaczyna tłuc, rzucać kamieniem  w inne dziecko, skoro, jak dzisiaj usłyszałem na konferencji premiera, nawet „szarpnąć” dziecko nie można, by schwycić go i siłą powstrzymać od napadu agresji?

Wynika z tego, że należy zadzwonić po policję i spokojnie przyglądać się jak dziecko tłucze kamieniem drugie dziecko albo rodzica, zanim przyjedzie radiowóz. Uwaga, jak dziecko zacznie uciekać na ulicę w ataku histerii, także go nie chwytajcie, nie szarpcie… wzywajcie policję… a jak wpadnie pod samochód… no cóż, nie macie prawa stosować siły fizycznej wobec dzieci.
Oczywiście interwencja policji będzie  skuteczna i oprze się tylko o słowną perswazję.

Bezmyślnie uogólnia się patologiczne zachowania niektórych rodziców na resztę matek i ojców. To łatwiejsze dla polityków, niż zajęcie się sprawą biedy w rodzinach wychowujących dzieci, bo to ona zazwyczaj doprowadza do tragedii.

PS.
Nigdy nie dałem jeszcze dziecku klapsa, w przeciwieństwie do premiera, który dawał, a dzisiaj jak już ma dorosłe dzieci i problem wybuchu agresji dziecka już go nie dotyczy, stał sie nagle ich przeciwnikiem.
(2) komentarzy / skomentuj

Prozatorska wizja WSI Leszka Pietrzaka 29-05-2008 11:31
Przed oblicze Komisji Weryfikacyjnej przy ul. Koszykowej 82 przybył pułkownik P. pragnący wysłuchania niczym spragniony wędrowiec wody na pustyni. Jednak od pierwszej chwili jego przybycia dało się zauważyć, coś niezwykłego, coś, co było znacznie silniejsze od zwyczajnej tęsknoty za sfinalizowaniem procesu własnej weryfikacji. Można było odnieść wrażenie, że pewność siebie, jaką zademonstrował ów oficer, każe mu niechybnie samemu przystąpić do weryfikowania czteroosobowego zespołu roboczego Komisji Weryfikacyjnej(...)Szczególną uwagę członków komisji zwrócił noszony przez oficera sygnet z godłem WSI, rozmiarów nie mniejszych niż sygnety rodowe królów i książąt polskich. Był to pierwszy zewnętrzny znak, że w istocie członkowie Komisji Weryfikacyjnej mają do czynienia z „arystokracją WSI” (...)

Przebrnąwszy przez gąszcz niezbędnych formalności, weryfikatorzy zaczęli prowadzić wysłuchanie przybyłego „oficera-arystokraty” zadając mu zgodnie z obowiązującą procedurą szczegółowe pytania odnośnie przebiegu jego służby. Jednak w miarę rozwoju sytuacji wysłuchanie to, coraz bardziej przeradzało się w monolog ogniskujący coraz większe emocje. Sołdatokrata kwestionował dosłownie wszystko – począwszy od przepisów regulujących działanie Komisji, po zasadność zasiadywania w niej poszczególnych jej członków oraz ich ustawowe kompetencje. Gdy poruszono kwestię działań sprzecznych z prawem lub łamiących prawo, „oficer–arystokrata” wyraźnie poirytowany, gromkim głosem wyraził swoje stanowcze oburzenie. Bo czym jest prawo?.(...)

Spotkanie to było dla czterech członków Komisji Weryfikacyjnej niemal mistycznym doświadczeniem, pozwalającym zbliżyć się chociaż na chwilę do tajemniczego świata arystokracji WSI. Świata niedostępnego dla przeciętnego śmiertelnika w III Rzeczypospolitej i jakże „fascynującego”. Prawda o tym świecie jest jednak znacznie mniej fascynująca(...)

Korzenie ich późniejszych karier w WSI sięgają faktycznie drugiej połowy lat 70-tych. Po ukończeniu kursów operacyjnych rozpoczęli praktykę w jednostkach podległych Zarządowi II Sztabu Generalnego lub w kontrwywiadzie WSW. W latach 1982-1990 zostali wytypowani na kursy operacyjne w ZSRR. Kurs w Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, kurs operacyjny organizowany przez GRU czy inne kursy operacyjne w ZSRR były dla ówczesnych służb wojskowych czymś porównywalnym z przedwojennymimi studiami w paryskiej Ecole Supereiure de Guerre. Krótko mówiąc, radzieckie kursy dawały polskim absolwentom pewność, że wylądują na ważnej placówce zagranicznej, bądź obejmą w przyszłości lukratywne funkcje dowódcze w polskich służbach i tylko jakieś złe zrządzenie losu, może im w tym przeszkodzić. Po powrocie z radzieckich szkoleń, w przeciągu najbliższych dwóch lat udało im się zaliczyć staż w jednym z attachatów w krajach NATO, bądź innych krajach liczących się w relacjach pomiędzy światem socjalistycznym a kapitalistycznym. Tam zdobywali pierwsze szlify w pracy wywiadowczej, zbierając informacje o „wrogich” armiach NATO. Tam również zaczęli utrwalać i nawiązywać nowe przyjaźnie z radzieckimi towarzyszami. Gdy wracali do kraju obejmowali funkcje kierownicze na różnym poziomie struktur służbowych Zarządu II i kontrwywiadu WSW, znacznie wyprzedzając innych swoich kolegów, z którymi rozpoczynali razem karierę w służbach wojskowych.

W 1989r. sytuacja w PRL zaczęła się radykalnie zmieniać. Komunistyczny establishment musiał podzielić się władzą z opozycją. W oczy oficerów służb specjalnych zaczęło zaglądać widmo politycznego sieroctwa. Gdy w 1991r. z Zarządu II SG i z Kontrwywiadu WSW utworzone zostały nowe Wojskowe Służby Informacyjne, sołdatokraci odzyskali jednak wiarę w przyszłość. Uwierzyli, że nowe służby mogą stać się politycznym Combo w III Rzeczypospolitej, niezależnym samorządnym i suwerennym podobnie jak NSZZ Solidarność. Absolwenci sowieckich uczelni przejmowali władzę na wszystkich szczeblach nowych służb. Niewiele było stanowisk kierowniczych w WSI, które trafiłyby w ręce przypadkowych oficerów. De facto dopiero wówczas stali się „prawdziwą arystokracją” nowych służb. Arystokracją która panuje, rządzi i wychowuje prosty „lud WSI”. Taką arystokracją, która sama podejmuje decyzje o tym, gdzie, kiedy i kto pojedzie na placówkę, kto i gdzie obejmie ważną funkcję w służbie. Arystokracją, która sama ustala, co jest interesujące dla służb wojskowych i sama decyduje, jak ustawić ster WSI w czasie zmieniającej się pogody politycznej w kraju(...)

Peerelowska sołdatokracja otrzymywała w III Rzeczypospolitej szlify pułkownikowskie i generalskie. Decydowała o obsadach attachatów, misji wojskowych, delegowała własnych ludzi do misji inspekcyjnych ONZ. Najbardziej wszakże zależało jej na tym, aby znaleźć się w kręgach dowódczych NATO. Od 1994r. Polska musiała wysyłać swoich przedstawicieli w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju” do Mons, Brukseli i innych ośrodków NATO-wskiego dowodzenia. Reprezentowanie polskiej armii w gremiach dowódczych NATO zdejmowało z nich odium wcześniejszej działalności wywiadowczej na rzecz Układu Warszawskiego i legitymizowało sołdatokratyczne życiorys(...) W 1999r. do Mons skierowano Generała I. Miał on reprezentować Polskie Siły Zbrojne, pomimo iż w latach 80-tych prowadził działalność szpiegowską przeciwko Stanom Zjednoczonym. Mimo zastrzeżeń sojuszników, prezydent Aleksaner Kwaśniewski udzielił mu wsparcia i ów były sołdatokrata objął pełnioną kadencyjnie funkcję szefa Partner Coordination Cell (PCC). Przeszłość okazała się nieważna; w końcu dawna i nowa działalność generała koncentrowała się wokół NATO(...)

Dzień „arystokraty WSI” w centrali firmy w Warszawie zaczynał się od służbowych narad najpierw w gronie samych sołdatokratów. Pierwszym tematem codziennych debat była bieżąca sytuacja społeczno-polityczna w kontekście wynikających z niej zagrożeń dla służby. Z tematem tym związane były rozważania o możliwych przeciw-działaniach WSI. Drugim tematem były sprawy związane z potencjalnymi kierunkami zainteresowań firmy(...)

Mnóstwo czasu zajmowała analiza bieżących informacji, jakie pozyskiwała WSI. Niemało czasu poświęcano także analizie już prowadzonych spraw operacyjnych. Sprawy te miały różne kategorie ważności. O ich randze decydowało to, kto je nadzorował. Prawie zawsze istniała określona grupa spraw operacyjnych, które nadzorował sam „szef arystokracji” – Generał Marek. Bo jeśli przykładowo przedmiotem sprawy operacyjnej była opieka WSI nad Sejmową Komisją d/s Służb Specjalnych, usiłującą wyjaśnić np. niecodzienne przypadki łamania embarga w handlu bronią przez polskich kontrahentów z tej branży, to ranga sprawy była wysoka, albowiem i zagrożenie dla WSI było poważne(..)

Nie zaniedbywano też pracy oświatowo-wychowawczej z niższymi klasami społecznymi WSI. Była to typowa robota w nadbudowie. Nie unikał jej nawet sam szef, wspomniany generał Marek. To on jesienią 2005r. osobiście wizytując poszczególne komórki w Centrali, wygłaszał pogadanki dla „prostego ludu WSI”, mające ukształtować właściwy stosunek do obrzydliwej propagandy prasowej szkalującej dobre imię WSI.

Zasadniczym jednak celem ciężkiej pracy „arystokracji WSI”, był zgodnie z prawami ekonomii pieniądz. Dlatego tak niezmiernie ważne w WSI było planowanie operacji, które mogły dostarczyć firmie pozabudżetowych funduszy, na rzecz – jak to ujmowano – „zabezpieczenia interesów obronnych”; ma się rozumieć – nie interesów państwa, tylko firmy. Pozyskiwanie funduszy miało miejsce w różnych sektorach, w szczególności jednak w sektorze zbrojeniowym(...) Transakcje zbrojeniowe dostarczały sporo kasy i emocji. Jeden z bohaterów tej branży niejaki „Wolfgang Frenkel”, pracujący całe lata dla „arystokracji WSI” powiedział kiedyś, że „prawdziwe emocje rosły powyżej miliona dolarów”.

Handel bronią był branżą atrakcyjną nie tylko ze względu na dużą kasę. Można też było spotkać w niej osoby wielce wpływowe i ciekawe jak Al-Kassar, Wiktor Bout czy sam Adnan Kashodi – które znane były wszystkim walczącym stronom wszystkich wojen i międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości. O transakcjach z ich udziałem nie mógł wiedzieć ani minister obrony narodowej ani premier, ani nawet prezydent.

Transakcje „eksport – import” obejmowały także branżę, paliwową i energetyczną. O wszystkim decydowały rynkowe prawidła popytu i podaży. Konstruowano nowe mechanizmy finansowe i sprawdzano je w praktyce jako operacje pilotażowe. Szukanie pieniędzy, dużych pieniędzy, wymagało jednak szerokiego otwarcia się „arystokracji” na świat cywilny. Owoce polityki otwarcia na świat przyszły bardzo szybko. I tak wspólnymi siłami wojskowo-cywilnymi w II połowie lat 90-tych „opędzlowano” budżet Wojskowej Akademii Technicznej na kwotę ponad 100 milionów dolarów. Koncepcja wyprowadzenia kasy z WAT-u narodziła się w gronie „arystokratów” odpowiedzialnych za sprawowanie „opieki” nad tą wojskową uczelnią. Stworzony przy tej okazji łańcuszek firm i kosmicznych umów zawieranych w imieniu WAT-u był genialnym przedsięwzięciem biznesowym, na tyle genialnym, że nie była w stanie poradzić sobie z nim żadna prokuratura w Polsce, nie mówiąc o prokuraturze wojskowej.

Życie codzienne „arystokracji WSI” nie było wypełnione jedynie żmudna pracą operacyjną. Dbano o właściwe zorganizowanie różnych uroczystości. W budżecie zawsze zabezpieczano niezbędne fundusze na ten cel. Nie były to jednak uroczystości państwowe. Obchodzono hucznie wszystkie rocznice związane z pełnieniem służby, imieniny, urodziny, organizowano pożegnania „arystokratów” odchodzących ze służby, wyjeżdżających i przyjeżdżających z placówek zagranicznych lub ważnych misji. Wszystko oczywiście musiało mieć odpowiednią oprawę, łącznie z firmowymi zaproszeniami. Wręczano okolicznościowe prezenty, egzemplarze broni oraz sygnety z godłem WSI, mające dowodzić przynależności do klasy panującej. Nigdy w trakcie tych uroczystości nie zabrakło poczęstunku i odpowiedniej ilości alkoholu.

Alkohol był czymś ważnym w życiu codziennym „arystokracji WSI”. Był on obecny od samego rana do późnych godzin wieczornych w różnych formach i w różnej postaci. Piła nie tylko „arystokracja”, ale piły wszystkie „stany” w WSI. Pito w Centrali i w terenie, pito na placówkach i misjach zagranicznych. Pito dla integracji, ze strachu i dla otuchy. Ale nie tylko dlatego. Picie, tak jak stosunek z kobietą w przedrewolucyjnych Chinach, było dla „arystokratów WSI” ulubioną forma spędzania wolnego czasu. Jednak zdecydowanie więcej pito poza krajem. Nostalgia wymagała ukojenia. Historia kariery pułkownika K. – „arystokraty” na placówce w koreańskim kraju obrazuje to najlepiej. Pił z dużym rozmachem czasowym i dużą ilością gotówki, doprowadzając się do stanów absolutnej nirwany na wiele godzin. Przeszedł do historii jako człowiek w niekoniecznie czystych ineksprymablach, którym uwagę poświecił nawet sam prezydent Kwaśniewski. Ale cóż, w końcu wszyscy jesteśmy, excusez le mot, w gaciach i możemy sobie powiedzieć verba veritas bez ogródek.

„Arystokracja” nie stroniła od kobiet. Ich obecność nie miała jednak wymiaru mistycznego. Dominowało służbowo–użytkowe podejście do przeciwnej płci. Skrupulatnie dobierano personel żeński w WSI. Oczekiwano gotowości do poświęceń, zależnie od potrzeby chwili. Zdarzało się, że relacje „arystokratów WSI” z personelem żeńskim przypominały zamierzchłe czasy szlacheckie. W końcu, co pańskie należy do Pana. Dokumenty i relacje dotyczące pułkownika W. – szefa jednego z oddziałów kontrwywiadu WSI na południu Polski mówią m.in. o tym, jak wieziony samochodem przez swojego podwładnego usiłował posiąść jego znajdującą się również w samochodzie małżonkę. Zaistniała sytuacja wytworzyła skomplikowany problem lojalności.

Znacznie większym problemem był niedobór kobiet na placówkach zagranicznych. Tutaj jednak, o dziwo, z pomocą przychodziły „żenszczyny” z radzieckich a potem rosyjskich attachatów i placówek dyplomatycznych. Szczególnie frapujące okazały się przygody generała O. na placówce w odległym dalekowschodnim kraju. Jego rosyjska wybranka, obok wielu uciech lubiła okolicznościowe fotografowanie.

Gdy 30 września 2006r. zakończyły swój żywot Wojskowe Służby Informacyjne, życie „arystokracji” zamarło. Pozostała nostalgia za minionym. Dzisiaj, Anno Domini 2008, byli sołdatokraci niczym Taleyrand mogą powiedzieć: „Kto nie żył w czasach ancien régime, ten nie zna rozkoszy życia”.

Leszek Pietrzak
http://wyszkowski.com.pl/content/view/306/152/
(3) komentarzy / skomentuj

Mac ściaga za Puławiaka 27-05-2008 10:21
Półtora roku temu ktoś anonimowy napisał komentarz (2006-08-17 godz. 23:24:10), a dzisiaj otrzymuję e-maila:

„Szanowny Panie,
Na Pana blogu znalazła się wypowiedź (wątek: Ominąłem, autor: puławiak, data zamieszczenia: 2006-08-17 godz. 23:24:10), która narusza moja dobre osobiste. Proszę zatem pana o jej usunięcie. Jest to obszerny fragment publikacji czasopisma „NIE", z racji której wytoczyłem autorce i wydawcy proces o ochronę dóbr osobistych. Prawomocnym postanowieniem z dnia 29 kwietnia 2008 r. Sąd Okręgowy w Warszawie (sygn, akt III C 70/08) nakazał pozwanym Izabeli Kosmali-Świerczyńskiej i wydawnictwu URMA sp. z o.o. usunięcie inkryminowanej publikacji z zasobów internetowych, do którego to nakazu pozwani zastosowali się. Proszę zatem, w konsekwencji tego postanowienia, o usunięcie przedruku tej publikacji z Pana strony internetowej, gdyż za przypadki naruszania prawa Pan, jako jej administrator, ponosi konsekwencje prawne.
  Z wyrazami poważania
 Jerzy Sławomir Mac”

Dlatego wkrótce całkowicie zlikwiduję i tak już ograniczoną możliwość komentowania bloga, nie stać mnie na zatrudnianie prawników. Nie chce mi się wchodzić w nie swoje spory, sprawy, donosy, żółcie, zawiści, zemsty...
(3) komentarzy / skomentuj

Presley o... Marcinkiewiczu 26-05-2008 20:49
Na jednej z konferencji prasowych zapytano Elvisa Presley'a o wizerunek.
- Wizerunek to jedno, człowiek to drugie – odparł.
- Czy człowiek bardzo różni się od wizerunku?
- Trudno dorównać wizerunkowi.

(0) komentarzy / skomentuj

Zlecenie Lichockiego na Borowskiego 24-05-2008 22:55
Pułkownik Aleksander Lichocki pomimo kolejnych zmian politycznych doskonale poruszał się po świecie służb, biznesu i dziennikarzy. Dla tych ostatnich był cenionym informatorem. Nie przeszkodziło mu to, że znalazł się w raporcie weryfikacji WSI, gdzie można przeczytać:

„K. ocenił, że kontakty por. Polaszczyka z politykami prawicy z lat 1991-1993 mogły być inspirowane przez wysokich rangą byłych oficerów Szefostwa WSW: płk. Aleksandra Lichockiego (ostatniego szefa Zarządu I Szefostwa WSW) oraz płk. Marka Wolnego (ostatniego szefa Oddział II w Zarządzie III, a wcześniej szefa Oddziału III w Zarządzie I Szefostwa WSW)93. Według K. por. Polaszczyk utrzymywał w tym czasie częste kontakty z tymi oficerami.”

Obecnie, po akcji ABW, w czasie której został zatrzymany, rozmówcy niechętnie przyznają się do kontaktów i znajomości z Aleksandrem Lichockim. Z konieczności (tajemnica dziennikarska) milczałbym i ja na ten temat, ale kiedy usłyszałem jak chwali się dziennikarzom z kim to on się nie spotykał, uznałem, że Lichocki upadł na głowę, bo rzadko informator sam się demaskuje i zwalnia dziennikarza z tajemnicy zawodowej. Ale nie tylko ten fakt powoduje, że pragnę szerzej napisać o kontaktach z Lichockim. Wielu dziennikarzy powinno dokonać kwerendy swoich kontaktów z Aleksandrem Lichockim, by nakreślić wreszcie jego prawdziwy portret. Kim naprawdę jest Lichocki? Jakie zadania realizował w ostatnich latach w mediach? Ile prowokacji, zadań, udało mu się zrealizować dzięki mediom?

Moje kontakty z płk Aleksandrem Lichockim są ubogie. Nie zdążyliśmy przejść na „ty” jak uczyniło to z nim wielu dziennikarzy. W czasie programu „Konfrontacja” w pierwszej połowie roku 2006 odbyłem z nim tylko trzy spotkania. Zachęcił mnie do nich dziennikarz, z którym współpracowałem przez pewien okres. Lichocki był przekonany, że nie wiem z kim się spotykam, gwarantować miał mu to organizator spotkania, chwalił się tym ostatnio w rozmowach z dziennikarzami „Dziennika,” wspomniała mi o tym Anna Marszałek. (Wymienił wówczas wielu dziennikarzy, z którymi się kontaktował). Rzeczywiście Lichocki i dziennikarz mogli tak myśleć. Niestety pułkownik był na tyle popularną postacią, że jeden z dziennikarzy uświadomił mi kim jest osoba „bawiąca się w super tajemniczą postać o wszechpotężnej wiedzy o kulisach działania tajnych służb w Polsce.” Znał dobrze zażyłość dziennikarza z Lichockim. Ów dziennikarz krył tożsamość Lichockiego nie tylko przede mną, ale też innymi osobami, z którymi współpracował. Dla mnie miał być on tylko „panem Olkiem”.

Lichocki znał Macierewicza i jego ludzi?

Aleksander Lichocki w czasie spotkań budował obraz człowieka o dużej wiedzy i szerokich kontaktach, wręcz wpływach na decydentów. O Maciarewiczu, mówił Antoni. Przy mnie zadzwonił na jego telefon komórkowy. Numer do szefa komisji weryfikacyjnej otrzymałem właśnie od niego. Prawdziwy, jak później sprawdziłem. Nie dodzwonił się jednak. Natrafił na automatyczną sekretarkę. Do dzisiaj nie wiem, czy blefował, czy naprawdę był wówczas w tak dobrych stosunkach jak wynikało to z rozmowy. Dziennikarz, który zorganizował spotkanie z Lichockim do dzisiaj twierdzi, że wówczas (połowa 2006 roku) pułkownik był związany z „towarzystwem Macierewicza.” Fakt jest jednak taki, że niby dobre stosunki z Macierewiczem nie uchroniły go od znalezienia się w raporcie weryfikacji WSI.

Na pewno Lichocki miał dobry kontakt z jednym z dostojników kościelnych, z którym bez problemu połączył się telefonicznie i umówił się z nim następnego dnia na poranną kawę. Rozmowa dotyczyła powiązań tegoż dostojnika kościelnego z ludźmi zajmującymi się devloperstwem w Warszawie.

Papała to czuły punkt Lichockiego

Jedno ze spotkań dotyczyło sprawy zabójstwa generała Marka Papały. Aleksander Lichocki wykazywał szczególne zainteresowanie tym tematem. Jak twierdzili moi informatorzy pułkownik Aleksander Lichocki na miesiąc przed zabójstwem generała Maraka Papały miał spotkać się z pułkownikiem Janem Bisztygą i rozmawiać o zagrożeniu dla byłego komendanta głównego policji. Wkrótce okazało się, że Lichocki zaczął mnie unikać, a dziennikarzowi, który zorganizował spotkanie ze mną zrobił scenę, że rozpytuję o niego na prawo i lewo.

 - Gumka myszka – powiedział Lichocki do dziennikarza, grożąc, że wymaże go ze swoich kontaktów.

Dla dziennikarza był na tyle cennym źródłem informacji, że po rozmowie ze mną nasze stosunki ochłodły.

Lista zleceń Lichockiego

Od początku pułkownik Aleksander Lichocki nie wzbudzał mojego zaufania, mieszał prawdziwe fakty, często pozyskane z gazet a nie z archiwów tajnych służb, z kłamstwami. Należało uważnie go słuchać i oddzielać ziarna od plew, zakładając, że więcej będzie w tym brudu, manipulacji, niż prawdy.

Pułkownikowi Aleksandrowi Lichockiemu zależało by upowszechniać niby wiarygodne informacje, które miały skompromitować Marka Borowskiego, Zbigniewa Bębenka (Prezesa ZPR), Ireneusza Wilka (byłego Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej w rządzie Jerzego Buzka, obecnie pełnomocnika rodziny Olewników), płk Zenona Bilewicza (zastępcę szefa wywiadu w latach 2002-2005), płk Janusza Luksa (W latach 90. kierował wywiadem Urzędu Ochrony Państwa.), gen. Jana Podgórskiego (byłego szefa wojskowego szpitala na Szaserów), płk Romana Kurnika, Włodzimierza Jermanowskiego, Zdzisława Skorże (obecnego v-ce szefa ABW), Mirosława Rusinowicza, płk Afekta, gen. Zbigniewa Nowka (byłego szefa AW)

W pierwszej połowie 2006 roku najważniejsza dla pułkownika Aleksandra Lichockiego  była jednak postać Marka Borowskiego. To on w czasie spotkań stawał się najważniejszym negatywnym bohaterem jego opowieści.

- Kto dał zlecenie Lichockiemu na Borowskiego? – zapytałem po kolejnym spotkaniu z dziennikarzem, który dostarczył mi nowe informacje od pułkownika. – Chcą utracić Borowskiego, by wpłynąć na wybory prezydenckie.

Wówczas Marek Borowski, po wyborczej porażce jako przewodniczący SdPl uczestniczył w 2006 w tworzeniu koalicji Lewica i Demokraci celem wspólnego udziału w wyborach samorządowych. W tych wyborach ubiegał się o stanowisko Prezydenta Warszawy. Ostatecznie zajął trzecie miejsce, przegrywając z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Hanną Gronkiewicz-Waltz.

Nie skorzystałem „z rewelacji Lichockiego.”

Kto wprowadził w środowisko dziennikarskie Lichockiego?

Pułkownik Aleksander Lichocki był przez wiele lat dla dziennikarzy informatorem, z niektórymi zbliżył się na tyle blisko, że mówiono o wzajemnej przyjaźni.  Patrząc z perspektywy czasu na jego kontakty z dziennikarzami, poznając kolejne nazwiska, śledząc publikacje prasowe, można odnieść wrażenie, że pułkownik Lichocki był jednym z aktywniejszych ludzi dawnych służb w mediach.

Dziennikarz Leszek Misiak jest jednym z tych, który nie wypiera się kontaktów z Aleksandrem Lichockim, już w 2007 roku wspominał w Gazecie Polskiej , jak działał:

„W końcu marca 2004 roku, gdy pracowałem w "Superexpressie" zadzwonił do mnie mężczyzna, który powiedział, że ma dla mnie informacje o tajemniczym wypadku syna Bronisława Komorowskiego, który został potrącony, gdy przechodził po pasach na zielonym świetle. Twierdził, że potrącił go mercedes jednego najbogatszych Polaków, który jechał w obstawie dwóch lancii BOR z pokazu Ferrari w hotelu Victoria. Syn Komorowskiego został ciężko ranny. Informator bardzo dokładnie zrelacjonował przebieg zdarzenia, od czasu wyjścia syna posła z Filharmonii w towarzystwie dziewczyny i kolegi. Według niego śledztwo tuszowano, a nagranie z monitoringu skrzyżowania ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, gdzie doszło do tragedii, urywa się dziwnym trafem tuż przed najechaniem auta na chłopca.

Poinformował mnie, że Bronisław Komorowski był czasie wypadku w Finlandii, a gdy wrócił zadzwonił "wściekły" do komendanta stołecznego policji, Siewierskiego, że policja nic nie robi. Podczas kilku spotkań informator nie tylko w szczegółach zrelacjonował przebieg przesłuchań dotyczących wypadku, ale skontaktował mnie z pełnomocnikiem Komorowskiego w tej sprawie mec. Maciejem Bednarkiewiczem. Spotkałem się z mecenasem. Byłem jedynym dziennikarzem, który posiadał informacje w tej sprawie. Ówczesny premier, Józef Oleksy, pytany przez Monikę Olejnik, skąd były auta eskortujące mercedesa, odpowiedział, że z Urzędu Geodezji i Kartografii. Sprawa wypadku, jak się dowiedziałem, nigdy nie znalazła finału w sądzie.

W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW, Aleksander L.”

Leszek Misiak w rozmowie ze mną wspomina kilka spotkań z Lichockim, zapamiętał go jako miłośnika czerwonego sok grejpfrutowego. Ulubionym miejscem spotkań było pięterko w restauracji „Bez Kantów” przy ulicy Królewskiej. Lokal ten uchodził za „knajpę ludzi WSI”.

- Kłaniali mu się tam w pas – mówi Leszek Misiak. – Kiedyś widziałem jak witał się z zarządem Orlenu, czym nie omieszkał się pochwalić.  Kontakty z nim się ucięły, gdy zacząłem go wypytywać o ludzi WSI w TVP.

W czyim imieniu Aleksander Lichocki prowadził ożywione kontakty, często je inicjując, z dziennikarzami? To pytanie, na które nie znamy odpowiedzi, jak i na kolejne - Kto wprowadził pułkownika Aleksandra Lichockiego w środowisko dziennikarskie, na pewno nie był to Wojciech Sumliński? Sumliński poznał Lichockiego już jako zaufanego informatora innych dziennikarzy.
(36) komentarzy / skomentuj

Ustawa "po cichu" 24-05-2008 11:47
Artykuł  w Dzienniku „Zagadkowa kariera szefa tajnych służb” (Tomasz Butkiewicz, Luiza Zalewska, współpraca Robert Zieliński), przynosi rozdział „Dlaczego mnie podsłuchujecie?”, według którego tajne służby pragnęły wpłynąć na ustrój demokratycznego państwa, inicjując i próbując „po cichu” przeforsować w Sejmie nowelę ustawy telekomunikacyjnej,

Smutne, że stał za tym Antoni Mężydło, były działacz opozycji w okresie PRL, który powinien wiedzieć, że debata publiczna nad ustawami jest wpisana w ustrój demokratyczny, a nie popierać zakulisowe, tajne wpływanie na powstanie takiej a nie innej ustawy.



Dziennik pisze: „Jeden z naszych informatorów opowiada szczegóły tej supertajnej akcji: "Wszystko to uznaliśmy za prawdopodobne. Nasze podejrzenia rosną, gdy zaraz po zleceniu na podsłuch osobie X. ta osoba przysyła nam pismo z pytaniem, dlaczego jest inwigilowana! To już wygląda na jawną kpinę, ale na zebranie materiału procesowego i wnioski do prokuratury nie mamy szans".

Bazujemy na informatorach i próbujemy zebrać dowody. Chcemy założyć podsłuchy, ale okazuje się, że budynki operatorów są tak profesjonalnie zabezpieczone, że nie mamy takiej możliwości technicznej! Rozpaczliwie szukamy pomysłu, jak ich pokonać. Wpadamy na pomysł noweli prawa telekomunikacyjnego i po cichu próbujemy przeforsować to w Sejmie. Ideałem jest rozwiązanie amerykańskie, gdzie służby mogą się podpinać do systemu bez wiedzy operatorów. Nam wystarczy, by wszystkie połączenia były rejestrowane na jednym serwerze, do których dostęp mają też służby. Nowela jednak ostatecznie nie przechodzi.

Antoni Mężydło, który w poprzedniej kadencji pilotował nowele prawa telekomunikacyjnego, precyzuje: "Projekt utknął w uzgodnieniach międzyresortowych, a gdy już dotarł do Sejmu, Sejm się rozwiązał".
(0) komentarzy / skomentuj

Irena Dziedzic pisze bloga 22-05-2008 22:01
"Ostatnio (16. 04. 2008) wykopali i mignęli fragmentem filmowego "Tele-Echa" sprzed 45 lat, które kręciłam z bohaterami “Pana Wołodyjowskiego” w scenerii pałacu w Radziejowicach. Mignęli także fragmentem moich półgodzinnych wywiadów (było ich ponad dwieście przez osiem lat, od października 1983 do września 1991) i w tym akurat wystąpiła Małgorzata Niezabitowska. Przypadek?

Pod te mignięcia udało im się zdążyć z jedynym argumentem, którym się posługują od czerwca 2006: “Donosiła na kolegów za pieniądze, pod pseudonimem MARLENA”. Ten pseudonim, co za kicz! Czy mam rozumieć, że to co doniósł Wildstein, było honorowo?

To, że ogłosiłam parę razy, że nikt nigdy nawet nie próbował mnie werbować – nie ma znaczenia. Dowody? - nie mają znaczenia. Jacyś “prowadzący”, choćby jeden? – nie ma znaczenia. A moje podpisy pod pieniędzmi były? – nie ma znaczenia. Przy tysiącach rozdanych autografów i przy obecnej technice – nic nie ma znaczenia. Natomiast ma znaczenie to, że trzeba się przyłączyć i zasłużyć."

http://irenadziedzic.webnode.com/
(1) komentarzy / skomentuj

Bezpieczne londyńskie latarnie 22-05-2008 21:37
"Państwo (nad)opiekuńcze, zwane Wielką Brytanią, tak strasznie się przejęło jakimś banalnym sondażem – z którego wynikało, że co dziesiąta osoba doznała urazu bo nie koncentrowała się na tym co robi, tylko na swej komórce – że postanowiło teraz zacząć owijać latarnie gąbką.

Firma 118118, która zamówiła sondaż, wraz z organizacją charytatywną Living Streets, rozpoczęły pilotażowy program owijania latarni (to nawet brzmi kretyńsko) na Brick Lane we wschodnim Londynie. Tam rzekomo – jak wynika z sondażu – najwięcej osób w całym kraju właziło na kosze i latarnie w trakcie pisania smsa (...)

Organizacja zapowiada, że będzie pytała przechodniów na Brick Lane o reakcję i – jeżeli odzew będzie pozytywny – zamierza owijać latarnie, słupy, kosze na śmieci i inne takie także w Birmingham, Manchesterze i Liverpoolu."

Michał Dzierża, http://www.dzierza.co.uk/
(1) komentarzy / skomentuj

Niewygodny temat 22-05-2008 18:44
Ponad 35 proc. Polaków mówi, że nie stać ich na posiłek zawierający mięso, drób albo ryby przynajmniej co drugi dzień - wynika z opublikowanego w czwartek raportu Komisji Europejskiej o sytuacji społecznej w UE.

To jeden z najgorszych wskaźników w UE. Gorsza sytuacja panuje tylko w Słowacji (41 proc.) i na Łotwie (37 proc.). (PAP)

(0) komentarzy / skomentuj

Smutni panowie dwaj, w skórach, nie mający o czym ze sobą rozmawiać, którzy przykleili się do spotkania z jednym z bohaterów ostatniej akcji ABW. 20-05-2008 22:31

(1) komentarzy / skomentuj

Apartament w Wilanowie 18-05-2008 23:23

(1) komentarzy / skomentuj

Burzą meczet. Spełnia się marzenie Fallaci? 18-05-2008 23:18
W miasteczku Oppeano na północy Włoch zburzono meczet. Na jego miejscu ma powstać plac imienia Oriany Fallaci.
(0) komentarzy / skomentuj

Korea po polsku 17-05-2008 01:01
Fragment reportażu Marcina Bora "Jak otwierałem fabrykę LG, czyli Great Company Great People"

Kiedy rozpocząłem swoją „wielką” przygodę z azjatycką kulturą pracy w jednej z koreańskich firm grupy LG budujących swą fabrykę pod Wrocławiem, fabryki jeszcze nie było, ale rosła jak na drożdżach. Kiedy kończyłem pracę, okazało się...że drożdże były trochę przeterminowane i przereklamowane (...)
Jest piękna wiosna. Koniec kwietnia. „Odurzony” budzącą się do nowego życia przyrodą, składam papiery do LG. Nie wiem, co osiągnę zawodowo dzięki temu posunięciu i nie piszę w CV o jakichś swoich szczególnych osiągnięciach. Pracowałem już wcześniej w międzynarodowych (europejskich) koncernach i na tym opieram swą „siłę ataku”. Po miesiącu dostaję zaproszenie na spotkanie.
Nigdy mnie miałem takiej rozmowy kwalifikacyjnej. Rozmowa jest oczywiście po angielsku, bo koreańskiego nie znam. Przepytujący mnie Koreańczyk wciąż marudzi, że w sumie nie umiem tego, nie znam się na tym, nie mam doświadczenia tu i że generalnie muszę pokonać swoją słabość. A ja, z potem cieknącym po twarzy, bredzę niczym nawiedzony kaznodzieja, jak to wspaniale byłoby rozwijać swoją karierę w wielkim koncernie LG i poznawać nowe wspaniałe technologie. Gdzie ktoś, kto nawet nic nie umie, zrobi coś, o czym się dowie cały świat. I tak dalej, i tak dalej...

- Musisz pracować dwa razy ciężej, żeby dojść do takiego poziomu jak ja. - stwierdza z satysfakcją na końcu spotkania mój skośnooki rozmówca. – I musisz pokonać swoją słabość – podkreśla po raz kolejny.
Rzeczywiście mi słabo. Ale to chyba efekt braku wentylacji w pokoju przesłuchań(...)
Dzień pierwszy. Stawiam się do pracy w tymczasowym biurze przy ulicy Kościuszki. Mało miejsca. Pracownicy ściśnięci jak śledzie przy wielkich biurkach. Zaduch, bo lato mamy w pełni. Jestem w dziale jakości. Duży stół, kilka komputerów i jeden wentylator. Moim szefem zostaje ten sam Koreańczyk od pokonywania słabości. To Mister S. - guru od jakości telewizorów w naszej firmie. „Mister” tak zwracamy się do wszystkich Koreańczyków. Nie ważne czy menadżer, czy zwykły monter. Nie ma czasu na zapoznanie się z biurem, bo dowiaduję się, że za pięć dni jadę na miesięczne szkolenie do Korei. Oczywiście, nie było o tym mowy na rozmowie kwalifikacyjnej, bo przecież byłem osłabiony swoją słabością do pokonania.
Poznaję pierwszą tajemnicę sukcesu Koreańczyków. Działać z zaskoczenia. Taki mały wyjazd w delegację zagraniczną. Prawie jak z Wrocławia do Pragi. Tyle że prawie robi różnicę. Rozpoczynam gorączkowe przygotowania, aby zdążyć na czas. Zmieniam plany, które miałem jeszcze dzień temu. Odwołuję wizytę na ślubie kolegi. Najwyżej nie będzie świadka.
- Musisz pokonać swoją słabość. Dowiedzieć się jak najwięcej o kontroli jakości i przywieźć tutaj tę wiedzę i wdrożyć ją – poucza mnie Mister S.
Zaczyna to być nieco podejrzane. Czyżby nasi azjatyccy wybawiciele oprócz walizki pieniędzy na inwestycję pod Wrocławiem nie przywieźli z Korei nic więcej?
Z tym zdobywaniem wiedzy jest mały problem. Na przykład koledzy, którzy w ramach szkoleń jeżdżą do Mławy (tam powstała pierwsza fabryka LG w Polsce), muszą zachowywać się jak szpiedzy przemysłowi.
- Musiałem wprost wykradać dokumentację techniczną i robić zdjęcia z ukrycia, żeby mieć jakiekolwiek materiały do pracy – opowiada Karol starszy inżynier, który siedzi najdłużej w dziale i usiłuje coś stworzyć z chaosu dokumentacji pełnej koreańskich literek-krzaczków, którą zdobył z narażeniem życia."

http://www.ithink.pl/artykuly/aktualnosci/pozostale/jak-otwieralem-fabryke-lg-czyli-great-company-great-people/
(3) komentarzy / skomentuj

Auto żony 17-05-2008 00:44
Portal "Piąta Władza" pokazuje jak coraz bardziej odlatuje ta wyższa władza.

"Było włamanie do samochodu. Skradziono auto z nawigacją satelitarną. Wydarzenie jak wydarzenie. Jedno z wielu we Wrocławiu. Samochód jednak należał do żony wicepremiera Grzegorza Schetyny. To powoduje, że o zdarzeniu nie może mówić wrocławska policja. Jej przedstawiciele odsyłają do rzecznik MSWiA. I tak administracja rządowa angazuje się w sprawę włamania do prywatnego auta. Co ciekawe kilka tygodni temu kiedy kolizję we Wrocławiu miał minister kultury, jakoś policja nie odsyłała do rzecznika Bogdana Zdrojewskiego, a udzielała ochoczo informacji ..."

http://www.5wladza.blogspot.com/
(1) komentarzy / skomentuj

Wyszedł 15-05-2008 23:49
Wojtek Sumliński po wyjściu z sądu, gdzie trafił z policyjnej izby zatrzymań,  zadzwonił. Rozmowa była traumatyczna. Mówił o ludzkim a nie politycznym aspekcie jego doświadczeń z minionych dwóch dni. Myślę, że jeszcze nie wie, czy to koniec, czy początek.

(5) komentarzy / skomentuj

Sprawa adwokata Henryka G. 14-05-2008 15:32
15 maja b.r. (czwartek) o godz. 11 w Sądzie Rejonowym w Kielcach odbędzie się prawdopodobnie ostatnia rozprawa w sprawie Henryka G.

W trakcie uczestniczenia w przeszukaniu funkcjonariusze Policji zażądali od adw. Henryka G. wydania posiadanych przez niego dokumentów. Adwokat odmówił ich wydania wyjaśniając, że są one związane są z wykonywaniem przez niego funkcji obrońcy i są objęte tajemnicą adwokacką. W odpowiedzi na to funkcjonariusze Policji używając wobec adwokata siły fizycznej odebrali mu posiadane przez niego dokumenty. Ponadto policjanci kierowali w stosunku do adwokata groźby aresztowania i postawienia zarzutów poplecznictwa.

Adw. Henryk G. został oskarżony o popełnienie czynów z art. 13 § 1 k.k. w związku z art. 239 § 1 k.k. poprzez utrudnianie prawidłowego toku postępowania przygotowawczego w postaci usunięcia a następnie odmowy dobrowolnego wydania dwóch segregatorów z fakturami i paragonami.

W wyniku postanowienia Sądu Najwyższego sprawa Henryka G. została na początku procesu przekazana do rozpoznania sądowi równorzędnemu spoza okręgu krakowskiego tj. sądowi rejonowemu w Kielcach. SN uznał, że rozpoznanie jej przez inny sąd wymaga dobro wymiaru sprawiedliwości. Helsińska Fundacja Praw Człowieka występuje w sprawie w charakterze
przedstawiciela społecznego
(2) komentarzy / skomentuj

W sprawie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego 13-05-2008 20:54
Mam nadzieję, że wobec dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego są zgromadzone wiarygodne dowody, a nie to, że ktoś słyszał, ktoś się powoływał na kogoś. Chciałbym usłyszeć na taśmie, że Wojciech Sumliński powołuje się na wpływy i żąda jakiejś kwoty za to co zarzuca mu prokuratura. Słowa ludzi służb, biznesmenów, agentów, nie są dla mnie wiarygodne. Zwłaszcza, że rola płk Aleksandra Lichockiego w tym wszystkim każe zachowywać nieufność, ostrożność. Wcześniej to nie Wojciech Sumliński miał być pośrednikiem według niego a inny dziennikarz pewnego tygodnika.

Jestem krytycznie nastawiony wobec „Misji specjalnej”, ale to co uczyniło dzisiaj ABW z dziennikarzami jest skandalem. Dziennikarze nie przedarli się przez kordon policji, nie zerwali taśm odgradzających działania służb, podeszli jak najbliżej miejsca zdarzenia. To problem ABW, że nie odgrodziło, nie oznaczyło miejsca. Przepraszam, ale jak funkcjonariusz mówi, wyłączyć kamerę, to nie oznacza, że należy to uczynić. Dziennikarz nie jest pracownikiem policji, ABW. Z zasady dziennikarz, reporter, operator jest po drugiej stronie barykady.

Jakoś ABW za czasów Zbigniewa Ziobry, PIS, których krytykowałem za najście mojego domu, nie wyrwało mi telefonu komórkowego, którym filmowałem, jak zakładają kajdanki na ręce Janusza Kaczmarka.

PS. 1.
Rzeczpospolita, piórem Cezarego Gmyza, przedstawiając  Wojtka Sumlińśkiego pisze „drugi to dziennikarz współpracujący z kontrowersyjnym reporterem telewizyjnym Sylwestrem Latkowskim.” Nigdy nie byłem reporterem telewizyjnym, ale mniejsza o to. Rozumiem, że mam być listkiem figowym, ale może tak dobrze by było by niezależny, uczciwy dziennik Lisieckiego, Wildsteina, Janke, zacząłby obiektywnie przedstawiać rzeczywistość. Od ponad dwóch lat nie współpracuję z Wojciechem Sumlińśkim, który wybrał współpracę z Waszą opcją i współpracuje z Grzegorzem Górnym, pracuje dla lubelskiego oddziału TVP, o czym dobrze wiecie. Więc, darujcie sobie te manipulacje i miejcie odwagę mówić prawdę. Nie chrońcie się za moimi plecami i nie wyrzucajcie tak szybko za burtę Wojciecha Sumlińskiego.
(9) komentarzy / skomentuj

Kim naprawdę jest Jasiński? 12-05-2008 21:47
Prokurator Piotr Jasiński miał być tym „dobrym  szeryfem” w sprawie porwanego i zabitego Krzysztofa, przekonywała mnie rodzina i prawnicy Olewników, z czasem okazało się, że nie jest to „szeryf bez skazy”.

Śledząc ostatnie doniesienia medialne zauważam coś niepokojącego, staje się on wybitnie czarną postacią sprawy Krzysztofa Olewnika.  Jakby to on odpowiadał za skandaliczne błędy w śledztwie, które doprowadziły do śmierci porwanego Krzysztofa. Jakoś nie słyszę o postępowaniach dyscyplinarnych wobec innych prokuratorów.

– Jasińskiemu zapowiedziano, że go wykończą i to sie dzieje – mówi osoba znająca realia w Olsztynie.

Jaka jest prawda? Być może kiedyś ją poznamy, bo na razie media są karmione półprawdami i kłamstwami przez informatorów, takimi ja te w artykule Mariusza Kowalewskiego i Małgorzaty Zawadki „Chwalony prokurator wpadł w tarapaty” w Rzeczpospolitej.

– Jasiński chodził wtedy po prokuraturze dumny jak paw – czytamy. -  W Olsztynie zorganizowano konferencję na temat porwań. Była rodzina Olewników i specjalny gość Janusz Kaczmarek, a u jego boku prym wiódł Jasiński. Do dziś w jego gabinecie wisi dyplom z tamtego zdarzenia – opowiada nam prokurator z Olsztyna.

Byłem uczestnikiem tej konferencji, inauguracji Fundacji Krzysztofa Olewnika i nie widziałem tam Piotra Jasińskiego, wiec nie mógł tam wieść prymu i puszyć się jak paw. Za to po raz pierwszy usłyszałem tam o jego konflikcie z obecnym prokuratorem okręgowym w Olsztynie  Cezarym Kamińskim i miejscowym oddziałem CBŚ.
(3) komentarzy / skomentuj

Funkcjonariusz publiczny staje się mniej świętą krową niż jest 12-05-2008 19:21
Trybunał Konstytucyjny uznał, że art. 213 par. 2 kk dotyczący znieważenia funkcjonariusza publicznego jest niekonstytucyjny. Oznacza to, że  jeśli dziennikarz wykaże, że dochował staranności i rzetelności dziennikarskiej przy pracy nad swoim materiałem nie będzie podlegał karze dwóch lat więzienia.

(0) komentarzy / skomentuj

Z cyklu "Żart dnia" 12-05-2008 10:07
"Wczoraj zaczął się jeden z najważniejszych procesów w wolnej Polsce".... twierdzi Piotr Pacewicz w Gazecie Wyborczej i ujawnia w tekście "Dziękujemy Anecie Krawczyk" o jaki proces chodzi.
PS.
Zapytano mnie: A w takim razie, to który jest najważniejszy?
Odpowiedziałem: Rozumiem, że ważniejszy od procesów Wujka, Grudnia 70...

(4) komentarzy / skomentuj

Recenzenci 11-05-2008 18:58
"Głupi, niewrażliwi recenzenci zniszczyli mnóstwo świetnej muzyki i artystów, którzy okazali się nie dość silni, żeby tak jak ja powiedzieć - A pierdolę was równo". Miles Davis

(0) komentarzy / skomentuj

Niedzielne popołudnie 11-05-2008 15:27



(9) komentarzy / skomentuj

Trójmiejska rewitalizacja 10-05-2008 00:19

(3) komentarzy / skomentuj

Koniec kneblowania ust mediom tajemnicą państwową? 09-05-2008 16:34
Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy wydał ważne orzeczenie dla wolności słowa w Polsce. Umorzył karny proces przeciwko Jarosławowi Jakimczykowi i Bertoldowi Kittlowi z powodu braku cech przestępstwa. Sprawa dotyczyła ujawnienia tajemnicy państwowej.

Miejmy nadzieję, że od tej pory prokuratura nie będzie wszczynać śledztw przeciw dziennikarzom za ujawnienie przez nich w swoich publikacjach informacji objętych tajemnicą państwową. Wszczynanie śledztw nie tylko umożliwiało prokuraturze, służbom, możliwość legalnej inwigilacji dziennikarzy, ale przede wszystkim było próbą kneblowania ust mediom.

(6) komentarzy / skomentuj

Rymanowski inwigilowany 07-05-2008 21:49
Bogdan Rymanowski opowiada o tym, co towarzyszyło mu podczas realizacji serialu „Szpieg”:
- Mnie dwukrotnie próbowano się włamać do mieszkania, a kiedy wracaliśmy z Majorki, gdzie szukaliśmy śladów Władymira Ałganowa, zaginęły nam bagaże. Kilka razy miałem dowody na to, że jesteśmy podsłuchiwani. Rozmawiałem kiedyś z Zacharskim przez telefon stacjonarny, a następnego dnia fragment tej rozmowy ktoś nagrał mi na skrzynkę komórki. Nie wiem, co o tym myśleć, może ktoś chciał nam dać do zrozumienia, że dobrze wie, czym się zajmujemy? (Dziennik)

(2) komentarzy / skomentuj

Czy PO w tajemnicy zamienia Polskę w państwo Orwela? 07-05-2008 02:05
Platforma Obywatelska nie wyjaśniła sprawy inwigilacji mediów i innych spraw, choć mijają miesiące. Dlaczego?  Bo mają takie same inklinacje? Chcą mieć także niepokornych pod kontrolą?

Okazuje się,  że rząd  PO „chce, by prokurator mógł sam decydować o tym, czyje konto bankowe weźmie pod lupę. Jego właściciel nie będzie musiał mieć nawet postawionego zarzutu. Nowelizacja zdejmuje również obowiązek zaopiniowania wniosku prokuratorskiego przez sąd. A bank będzie musiał udostępnić wszystkie żądane informacje. "To poluzowanie dostępu do tajemnicy bankowej i złamanie prawa do prywatności" - oburza się ekspert ZBP.
Jak rząd uzasadnia potrzebę tak kontrowersyjnej zmiany? Tym, że dotychczas banki, zasłaniając się tajemnicą, często odmawiały udzielania informacji o kontach jednoosobowych firm.
"Brak dostępu do takich kont często paraliżował śledztwa w sprawie np. mafii paliwowej" - mówi DZIENNIKOWI były koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann z PiS. - A takie grupy do swojej działalności przestępczej najczęściej wykorzystują sieć tzw. słupów: podstawionych osób fizycznych, które prowadzą działalność gospodarczą.”


Rozumiem, że Platforma Obywatelska każdego obywatela zacznie podejrzewać o bycie słupem w mafii paliwowej, węglowej i innej…. Ale  premier Donald Tusk przecież zapewniał i nadal zapewnia, że nie traktuje obywateli jak potencjalnych przestępców.

„Eksperci Business Centre Club proponowali wielokrotnie, by prawo do wglądu w konta osobiste mógł mieć tylko prokurator stopnia nie niższego niż okręgowy oraz pod warunkiem, że ograniczy swój wniosek jedynie do ściśle określonego typu transakcji i kontrahentów – pisze Dzennik. - Mimo to ani poprzednie, ani obecne kierownictwo MSWiA nie wprowadziło w swojej propozycji żadnych zabezpieczeń. "Autorami nowelizacji były również resorty sprawiedliwości i finansów" - broni swojego resortu rzecznik MSWiA Wioletta Paprocka. Od innego przedstawiciela rządu usłyszeliśmy, że to dziwne, że resort Zbigniewa Ćwiąkalskiego nie skorygował z propozycji samego Zbigniewa Ziobry."
(2) komentarzy / skomentuj

Czy ta książka może cokolwiek zmienić? 06-05-2008 17:32
Zamknąłem maszynopis książki „Zabić Papałę. Kulisy śledztwa”.  Czy ta książka może cokolwiek zmienić? Gdybym nie wierzył, że pisanie jej ma sens, nie mógłbym pisać. Przytoczę słowa Ryszarda Kapuścińskiego. „Oczywiście jestem świadom wszelkich ograniczeń, jakie stawiają nam okoliczności, sytuacje, historia i czas. Toteż moja wiara, aczkolwiek głęboka, nie jest absolutna, nie jest ślepa.

Na czym polega główne ograniczenie? Na tym, że pisanie rzadko tylko, w wyjątkowych wypadkach, wpływa na ludzi i na bieg historii bezpośrednio, radykalnie i natychmiast. Oddziaływanie słowa pisanego jest raczej pośrednie, a może być nawet  na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, niewidoczne, nieodczuwalne."

(5) komentarzy / skomentuj

Kurski jak nigdy grzeczny. Wpadka z dzieleniem esbeków na swoich i obcych. Czuma lepszy niż Kalisz. 05-05-2008 19:06
Komisja do spraw nacisków zaczęła się leniwie. Dawno nie widziałem takiego ugrzecznionego Jacka Kurskiego. Obawy, że poseł  Andrzej Czuma nie będzie radził sobie  z jej prowadzeniem, jak na razie się nie sprawdzają. Daje sobie lepiej radę niż Ryszard Kalisz, szefujący komisją do sprawy wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy.

Próba obalenia płk Jerzego Stachowiaka ze stanowiska eksperta  komisji zakończyła się wypomnieniem Jackowi Kurskiemu i Arkadiuszowi Mularczykowi tego, że dzielą esbeków, na swoich dobrych i obcych złych.

Były esbek Bogdan Libera występował jako ekspert w sejmowej komisji ds. Orlenu, z pełnomocnictwa Zbigniewa Wssermanna. A Libera to człowiek, który pracował na tak kluczowym dla służb specjalnych PRL miejscu jak Wiedeń, gdzie ukrył się pod płaszczem radcy handlowego polskiej ambasady.

Strategia PIS na komisję (o jej części pisałem w artykule „Prokom i kontra" w Polityce) na razie nie działa. Nie udało się rozpocząć komisji od sprawy afery gruntowej i przesłuchania jako jednego z pierwszych Ryszarda Krauzego. Sprawa byłego ministra sportu Tomasza Lipca, od której zaczyna się komisja, jest dla PIS niewdzięczna, uderzy w ich obóz polityczny, a rykoszetem w Lecha Kaczyńskiego. Lipiec za prezydentury w Warszawie Lecha Kaczyńskiego pełnił funkcję dyrektora Stołecznego Ośrodka Sportu i Rekreacji, był też członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta Polski.

Arkadiusz Mularczyk w "Magazynie 24 godziny", zapytał: „ Kto kieruje komisją śledczą ds. nacisków? Poseł Andrzej Czuma czy ktoś zza jego pleców? Dobre pytanie. Ale warto też zadać kolejne pytanie. Kto kieruje posłami Mularczykiem i Kurskim? Czy oni sami sobą, czy ktoś za ich pleców?
(5) komentarzy / skomentuj

Gadzinowskiego flaszka z Głódziem i wstręt Dorna, czyli PIS wreszcie uznał tygodnik „Nie” 03-05-2008 13:04
Z prezydium Rady Programowej TVP usunięto medioznawcę popieranego przez PO. Na jego miejsce członkowie Rady, związani z PiS i LPR, wybrali dziennikarza tygodnika "NIE" Piotra Gadzinowskiego - ustalił "Newsweek" (Joanna Tańska).

Przypomina mi się niezadowolenie Ludwika Dorna, gościa programu Konfrontacja, który widząc wypowiedź dwóch dziennikarzy tygodnika „Nie”, obruszył się na to, uważając, że nikt nie powinien dawać prawa głosu dziennikarzom pisma, którego naczelnym jest Jerzy Urban. Pamiętam, jak kiedyś chciałem zaprosić do studia Jerzego Urbana i jak na to reagowali prawicowi politycy i publicyści. Przygryzali wargi, jak widzieli go później na ekranie monitora, puszczonego z taśmy.


Czyżby politycy w PIS uznali wreszcie tygodnik „Nie” za taki sam wartościowy tytuł jak reszta prasy?  Nie? Rozumiem, że Ludwik Dorn i tym razem zaprotestował. Wsparli go w tym inni PIS-owscy politycy, którzy bronili abp. Słwoja Leszka Głodzia, gdy ten stawał się metropolitą Gdańskim. Przecież jeszcze kilka dni temu Piotr Gadzinowski na swoim blogu pisał:

„Głódź był stałym ,  abonamentowym wręcz  bohaterem publikacji  w " Nie".    To u nas został " Flaszką " ochrzczony,   my potem sławiliśmy jego miłość do gorzały i chłopaków z żandarmerii wojskowej.
Kiedy  Głodź służył u Kwaśniewskiego -zwierzchnika sił zbrojnych, to bywał na  corocznych przyjęciach  wydawanych przez ówczesnego prezydenta.
I ja tam też  bywałem. I zawsze musiałem oganiać się od podchmielonego  hierarchy  polskiego Kościoła kat.   Głódź po wypiciu płynów alkoholowych przypominał sobie wszystkie / !!!/ publikacje  z " Nie" poświęcone  jemu.   I z flaszką w garści,  najpierw wyszukiwał , potem  dopadał mnie.    Chciał byśmy się napili,  i po wypiciu flaszki przynajmniej,  polubili się (…) 
Problem w tym, że   piję, jak na Polaka,  rzadko. A jeśli już , to tylko z tymi,  których wcześniej choć trochę polubiłem.  Jedynie kurtuazyjny taost dopuszczam ze wszystkimi. Radośnie, towarzysko  pić mogę  tylko z osobami  miłymi  mi. Rzadko niestety.
Głodzia nigdy nie lubiłem. Pomimo jego corocznych  prób wciskania mi rozkochujących płynów, inaugurowania zakochania  przez uchlewanie, nigdy go nie polubiłem.”

Hipokryzja polityków rozdzierających szaty w obronie mediów publicznych wzbudza odruch wymiotny. Ich wiarygodność zawsze można zrewidować poprzez konkretne decyzje personalne w mediach.  I cieszyć się tylko można, że Piotr Gadzinowski idzie w górę, przynajmniej trochę „zasmrodzi” im powietrze swoim brakiem politycznej poprawności.
(4) komentarzy / skomentuj

A co z prokuratorami nadzorującymi pracę Remigiusza Mindy? Tylko kibicowali? 28-04-2008 12:43

(8) komentarzy / skomentuj

Żart dnia 27-04-2008 21:14
W tej chwili w Warszawie i jej okolicach nie działa żadna znacząca grupa zorganizowana - twierdzi rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Sokołowski.

(2) komentarzy / skomentuj

Temat dla komisji w sparwie śmierci Blidy 25-04-2008 23:26
Jest pewien element, który wystąpił po śmierci Blidy. Próby zaangażowania Policji w tę sprawę, ale nie mogę się o tym wypowiadać, to temat na komisję śledczą - powiedział w rozmowie ze mną wysoki funkcjonariusz KGP.

(4) komentarzy / skomentuj

Mafia węglowa istnieje 25-04-2008 15:59
Kiedy z sejmowej mównicy Kazimierz Kutz grzmiał, że nie ma mafii węglowej, doskonale oddawał atmosferę, jaka panuje wokół tej sprawy. Wszyscy najchętniej by zapomnieli o tym, co od lat jest prawdziwym problemem na Śląsku. A problem istnieje. Śląsk toczy gangrena przestępczych związków biznesmenów, szefów firm węglowych, samorządowców, polityków i przedstawicieli prawa.

Straty w obrocie węgla wynoszą od 50 do 150 miliardów złotych. Prawie budżet Polski. Zmieniają się rządy, opcje polityczne i nic z tego nie wynika. Układ korupcyjny trwa. Węgiel na Śląsku jest ponad podziałami politycznymi. Z niego żyją całe rodziny. Trudno rozbić ten układ wzajemnych powiązań, interesów a jest to konieczne, by zmienić Śląsk.

Tragiczna śmierć Barbary Blidy nie powinna przykryć tej prawdy.
(5) komentarzy / skomentuj

Przypadek czy gra? 24-04-2008 23:11

Dzisiejszy Newsweek napisał:
„Latkowski świadkiem ws. przecieku z afery gruntowej
- Sylwester Latkowski zostanie przesłuchany dzisiaj o godzinie 14 - potwierdziła w rozmowie z Newsweekiem Katarzyna Szeska rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
- Jestem zdziwiony, że prokuratorzy w tak ważnej sprawie, po tylu miesiącach pracy zaczynają przesłuchiwać dziennikarzy, którzy zajmowali się sprawą tajemnicy 40. piętra Hotelu Marriott - powiedział w rozmowie z Newsweekiem Sylwester Latkowski. - Nie wiem czego oczekują prokuratorzy tym bardziej, że obowiązuje mnie tajemnica dziennikarska. Wolałbym, żeby prokuratorzy równie gorliwie zajmowali się wyjaśnianiem przypadków nielegalnej inwigilacji dziennikarz - dodał dokumentalista."


Byłem zdziwiony wezwaniem, ale po przesłuchaniu już mniej. Prokuratorzy mieli podstawę wezwać mnie w charakterze świadka. Szkoda, że nie od razu tego uczynili. Czy była to wówczas świadoma decyzja?

Być może Zbigniew Ziobro, Bogdan Święczkowski i Grzegorz Ocieczek (postać, która niesłusznie jest cały czas w cieniu) chcieli mieć pretekst do, tym razem, od pewnego momentu, niby legalnej inwigilacji?

Czy obawiano się, że mógłbym zeznać w sprawie inwigilacji?  Był to okres (od czerwca), kiedy w tej sprawie zwracałem się wielokrotnie m.in do ówczesnego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka (otrzymałem smsa od niego, że wszczął oficjalny bieg), zamierzałem zgłosić się z problemem do sejmowej komisji do spraw służb specjalnych, rozmawiałem o tym z dziennikarzami. Gdybym zeznał to wówczas, należałoby wszcząć oddzielne postępowanie, które nie było na rękę ówczesnym decydentom.

Na pewno już dzisiaj mogę powiedzieć jedno - Nie bez powodu zatrzymano w moim mieszkaniu Janusza Kaczmarka, nie czekając aż wyjdzie i wsiądzie do służbowego samochodu z BOR-owcami, którzy mogli go zawieźć do prokuratury. Chciano upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Media nie okazały się jednak bezmyślnym przekaźnikiem.

Teraz pozostaje mi tylko wyjaśnić  postępowanie Janusza Kaczmarka.  Czy był to ciąg przypadków, czy jego świadoma gra, która miała osłaniać jego osobę?

PS. Rano otrzymałem sms-a: "Googol: W naszym mieście wszyscy to kanalie. Jedyny uczciwy człowiek, to prokurator, a i on też świnia."
(9) komentarzy / skomentuj

Nie najlepszy czas 23-04-2008 22:56
Dla moich bliskich znajomych to nie najlepszy czas.

 M. zmarł ojciec.  Przez kilka ostatnich dni czuwał przy nim. Kilka miesięcy wcześniej zmarła mu matka.

Dwa dni temu po kilkudniowym milczeniu, wreszcie rozmawiałem z (…)
- J. miał wylew częściowy do mózgu, byłem w (…) – wyjawia, ku mojemu zaskoczeniu.
- Częściowy? – pytam.
- Tak, uszedł z życiem ... ale czekamy na skrzep, aby można było go operować. Na razie się nie może ruszać (…) Modlę sie za niego aby z tego wyszedł...

(1) komentarzy / skomentuj

U Maxima w Gdyni 19-04-2008 00:53
Wróciłem z Trójmiasta. Wystawiono do licytacji  nocny lokal „Maxim” w Gdyni-Orłowie. W Polsce znają ten lokal z piosenki zespołu Lady Pank.  Nocny klub, w który Nikoś, w 1974 roku stał na bramce, a potem z trójmiejskimi gangsterami integrował  się z gwiazdami show biznesu.

Rozmówcy z Trójmiasta szykują się na ostrzał, który padnie z poważnych tytułów prasowych wymierzony w Ryszarda Krauze i związanych z nim osób. Ubolewają, że nie wiedzą, czym wszystko się zakończy.
 
Tylko jeden rozmówca wspomniał o wymianie abp. Gocławskiego na abp Głódzia, i ani nie ubolewał ani się cieszył.  Protest bardziej żyje w mediach niż wśród ludzi z Trójmiasta.

- Kto naprawdę z tych krzyczących przeciwko abp. Głódźowi chodzi do kościoła co niedziele? – powiedział.

Ludzie Tuska, wywodzący się  z Trójmiasta zaczynają cierpieć na chorobę władzy i już mają problem z odbieranie telefonów od swoich znajomych. Typowe.

Przed wyjazdem miałem smutną rozmowę z policjantem, który zwracał uwagę na to, że u niego nic się w firmie nie zmienia. Nadal trwa choroba na Naj. Powołuje się kolejne ekipy z najlepszych policjantów, najlepszych analityków.  Potem okazuje się, że ci Naj nie mają nic takiego w swoim zawodowym dorobku. Ile może być tych Najlepszych? I czy jeśli się powoła ekipę najlepszych policjantów do sprawy Olewnika, to w sprawie Papały nie ma już Najlepszych, i czy Najlepszych starczy do innych spraw?
(8) komentarzy / skomentuj

Co się dzieje w areszcie przy Montelupich? 15-04-2008 12:29
Joanna Skibniewska w reportażu "Katownia w Krakowie" opublikowanym na łamach tygodnika "Nie" opisała mroczną rzeczywistość panującą w krakowskim areszcie, gdzie zagłodził się na śmierć rumuński obywatel, Claudiu Crulic.
Skibniewska opowiada o innych ofiary krakowskiego aresztu przy Montelupich, w którym zdarzenia takie, jak to dotyczące rumuńskiego więźnia, wcale nie są wyjątkowe. Przy tej okazji także wyłania się skandaliczny obraz pracy prokuratury w Krakowie.

„Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany. Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie.(…)
Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne.
Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.

Stanisława Chmielewska(…) Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!(…)
Na Montelupich trafił także jej syn, zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem(…)

Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną.(…)

Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne, że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę. Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać, umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki. Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu(…)
Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał(…)

Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę(…)

We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie wszystkich praw człowieka.”
(9) komentarzy / skomentuj

Szef więziennictwa do dymisji 11-04-2008 22:20
W Rumunii kryzys w rządzie po śmierci Rumuna w krakowskim areszcie. Minister spraw zagranicznych Rumunii Adrian Cioroianu zrezygnował z urzędu, krytykowany za niewłaściwe zajmowanie się sprawą Rumuna, który zmarł w Polsce w konsekwencji strajku głodowego w areszcie.

A w Polsce cisza. Kto będzie przejmował się śmiercią głodową jakiegoś Rumuna? Trwa próba zamiecenia  sprawy pod dywan. Przy przyzwoleniu mediów.

Dlaczego do dymisji nie podał się dyrektor aresztu śledczego w Krakowie, płk Stanisław Potoczny, Dyrektor Okręgowy Służby Więziennej w Krakowie, mjr mgr Zygmunt Lizak i Dyrektor Generalny Służby Więziennej,  gen. dr Jacek Pomiankiewicz.
(4) komentarzy / skomentuj

Świeszewski, Ks. Niedałtowski, Huelle i cygaro 10-04-2008 16:41

(2) komentarzy / skomentuj

Chciałbym aby Sopot wyglądał tak, jak dzisiaj Harlem 09-04-2008 23:25
Maciej Świeszewski wrócił wczoraj z Nowego Jorku.
- Dlaczego masz taką depresję po tej podróży? – pytam.
- Zawsze jak ze Stanów wracam do Polski to się zastanawiam… To było za krótko, za intensywnie. Jeszcze dzisiaj poszedłem na Uczelnie i… Ale nieważne…  Tyle wystaw zobaczyłem , byłem na koncercie IV symfonii Beethovena. Widziałem wystawę  „Wierzę w zmiany.” Wielka instalacja…
Jak zderzasz się z tym całym absurdem, z tą niemocą ludzi tutaj. Coraz bardziej rozumiem na czym polega problem Polaków. Nie ma życzliwości i optymizmu. Zaciekłość i zawiść zżera ludzi.
Byłem kiedyś na kolacji ze Zbigniewem Brzezińskim i zapytano go, jaka jest przyczyna klęski Polaków? Odpowiedział: W Ameryce jest dwóch sąsiadów. Jeden ma więcej, drugi więcej, to ten co ma mniej zastanawia sie co on ma zrobić, żeby być lepszym od sąsiada, a przynajmniej dorównać mu. A w Polsce człowiek myśli  jak załatwić sąsiada by nie miał nic.

Maciej wspomina wypad do Harlemu. Był tam poprzednio w 1974 roku.
- To jest w tej chwili piękna część Nowego Jorku. Czysta. Odświeżona. Zaczyna ta dzielnica kwitnąć. Tam jest czyściej niż u nas. Chciałbym aby Sopot wyglądał tak jak dzisiaj Harlem.

Czy można się dziwić temu, że Sławomir Mrożek zamierza po raz drugi wyemigrować z Polski?
– Tak, zamierzam osiąść w Nicei i tam dokonać żywota – mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
(7) komentarzy / skomentuj

W sprawie kreta Kalisza 08-04-2008 22:56
- W grupie policjantów, którzy badali sprawę Krzysztofa Olewnika był "kret", czyli osoba działająca w policji i służąca komuś innemu - powiedział na antenie TVN24 Ryszard Kalisz, były minister spraw wewnętrznych.

Czy Ryszardowi Kaliszowi chodziło o funkcjonariusza Mirosława G., z tej grupy, który miał udzielać informacji prywatnemu detektywowi Marcinowi Popowskiemu? Popowski przecież współpracował z Włodzimierzem Olewnikiem a nie porywaczami, jak insynuował w domyśle Kalisz.

Funkcjonariusz Mirosław G.  nie został jednak jeszcze skazany. Spędził w areszcie 3 miesiące. Obecnie toczy się w sądzie jego sprawa o ujawnienie tajemnicy służbowej, ale nie dotyczy to przekazania informacji związanej ze śledztwem związanym z porwaniem Krzysztofa Olewnika. Mirosław G. miał podać informację do kogo należy samochód o konkretnym numerze rejestracyjnym.

W rozmowie Mirosław G. twierdzi, że sporządził analizę akt operacyjnych prowadzonych przez grupę kierowaną przez Remigiusza Mindę w Radomiu.

- Wielokrotnie  zgłaszałem kierownikowi grupy Grzegorzowi K. uwagi dotyczące pomijania niektórych wątków, których wyjaśnienie byłoby wskazane - mówi Mirosałw G. -  Szef  specjalnej grupy CBŚ Grzegorz K. miał przez cały czas lansować wersję samouprowadzenia.

  Grzegorz K. nadal pracuje w Komendzie Głównej Policji.
(25) komentarzy / skomentuj

Kultura w Polsce idzie na dno 08-04-2008 10:28
Czy kultura idzie na dno? -  pyta Joanna Derkaczew w Gazecie Wyborczej przytaczając smutne wyniki badań, jakie pod koniec zeszłego roku przeprowadził TNS OBOP – „wykazały one, że 70 proc. dorosłych Polaków w ogóle nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych - kolejne dane przyniósł raport z początku tego roku instytutu ARC Rynek i Opinia. Z tych badań wynika, że jedynie 27 proc. badanych wykazało choćby niewielkie, okazjonalne zainteresowanie kulturą. W porównaniu z badaniami z 2004 r. to prawie 10-proc. spadek Dla porównania: osoby deklarujące "zdecydowanie zainteresowane" to tylko 2-proc. elita.

Kultura coraz częściej ogranicza się dla Polaków do dostępnych w domu form rozrywki: •  telewizję ogląda 99,2 proc.; •  DVD - 57,5 proc. (od 2004 r. wzrost o ponad 17 proc.); •  książki czyta 37,2 proc. (spadek o blisko 15 proc.). W ciągu czterech lat o połowę spadło zainteresowanie koncertami - z 22,6 proc. do 10,8 proc., a trzykrotnie wystawami - z 15 do 5,6 proc. i teatrem - z 15,2 do 6,8 proc.”
(3) komentarzy / skomentuj

Prokuratorowi, który dokonał przełomu w śledztwie w sprawie porwania Olewnika grozi dymisja 06-04-2008 22:30
Otrzymałem informację od osoby znającej kulisy śledztwa w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika:

"Prokurator Piotr Jasiński z Olsztyna, który w kilka tygodni od przekazania mu sprawy porwania Krzysztofa Olewnika wyłapał zabójców i odnalazł zwłoki, a następnie stworzył białą księgę błędów organów ścigania w tej sprawie, został odsunięty od śledztwa i grozi mu zwolnienie z pracy."

(17) komentarzy / skomentuj

Olewnik oskarża detektywa Rutkowskiego: Pomógł nas oskubać z pieniędzy. 06-04-2008 17:44

Włodzimierz Olewnik : „Rutkowski pomógł nas oskubać z pieniędzy. Kierownik jego grupy podesłał nam informatora, który wyłudził około milion złotych. Płaciłem za informacje, niby dogadywanie się z innymi gangsterami.”

Do tej pory nikt z policji, prokuratury nie wyjaśnił roli w tym nieudolnym śledztwie detektywa Krzysztofa Rutkowskiego.
(4) komentarzy / skomentuj

Tajemnicze samobójstwa w sprawie Olewnika. Faniewski: Zastanawiam się, czy mi tu czegoś nie dosypali do jedzenia, żeby mnie załatwić. 05-04-2008 11:05


Wczoraj powiesił się w celi Sławomir Kościuk (51 lat), który otrzymał dożywocie w procesie o porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika. To dzięki niemu było możliwe poznanie okoliczności tej zbrodni. To on wskazał miejsce, gdzie znajdowało się ciało Olewnika.

Wcześniej, w nocy z 18/19 czerwca 2007 roku,  w celi Aresztu Śledczego w Olsztynie powiesił się Wojciech Franiewski uważany za organizatora tej zbrodni. Okoliczności jego śmierci wzbudzają dużo wątpliwości. W jego organizmie znajdował się alkohol i amfetamina.  Tuż przed śmiercią napisał list do żony, który nie wskazywał, że targnie się na siebie.  „Ogólnie to mam huśtawkę nastrojów, ale w tej sytuacji to normalne i zdając sobie z tego sprawę jakoś pokonuje dzień za dniem.”  Wskazywał żonie na sprawy, które należy wyjaśnić. Prosił między innymi, aby ustaliła kilka szczegółów.

Do dzisiaj nikt nie odpowiedział, jak to możliwe, że do celi będącej pod szczególnym nadzorem, monitorowanej, mogły trafić narkotyki i alkohol. Wcześniej Franiewski skarżył się w jednym z listów, że chyba mu coś podają.

W liście z dnia 7 stycznia 2007 roku pisał do żony:

„Długo nie pisałem, bo byłem chory. W niedzielę 31 grudnia dali tu („gulasz”) na obiad i zaraz poczułem się źle. O 3 po południu wyrzygałem to gówno, ale byłem już zatruty i tak mnie kołdun bolał od wczoraj. Nic nie chciało mi się jeść, pić, żyć, być (…) Zastanawiam się, czy mi tu czegoś nie dosypali do jedzenia, żeby mnie załtawić.”

Obie śmierci łączy jedno. Miały miejsca w specjalnych monitorowanych celach dla osób niebezpiecznych, będących pod szczególnym nadzorem. 

Przypomnę, że tak naprawdę nie poznaliśmy do dzisiaj zleceniodawców porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Jedną z osób, która mogłaby coś wyjaśnić w tej sprawie był Henryk Niewiadomski, pseudonim Dziad. Tropy prowadziły do starego Wołomina. Niestety nie zdążyłem z nim porozmawiać, dopadła go śmierć w radomskim areszcie ( w jego przypadku z przyczyn naturalnych).

(6) komentarzy / skomentuj

Abp. Głódź niepokornych w Trójmieście powiesi na haku Stella Maris 04-04-2008 22:10
Kilku moich rozmówców z Trójmiasta odnosząc się do wymiany na fotelu Metropolity Gdańskiego abp. Tadeusza Gocłowskiego na abp. Sławoja Leszka Głódzia, jako najważniejszy problem wymieniło sprawę Stella Maris, a nie religijny. W przeciwieństwie do tego, co się sądzi, sprawa Stella Maris nie została jeszcze zamknięta do końca. W kościelnych archiwach Metropolity Gdańskiego jest trochę ukrytych trupów.

Bokiem przeszedł tekst w Trybunie Marka Czarkowskiego „Nie ruszajcie Stelli Maris”, który zwracał uwagę na ważny aspekt w tej aferze. „Wbrew temu, co często można przeczytać – (Stella Maris – od aut.) nie była u swego zarania spółką z o.o., lecz powołanym dekretem biskupa gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego z dnia 10.01.1989 r. Wydawnictwem Archidiecezji Gdańskiej Stella Maris. Dyrektorem tej firmy był ksiądz Zbigniew B., a jego zwierzchnikiem abp Tadeusz Gocłowski. Postać na Wybrzeżu bez wątpienia wpływowa.

Ale istniało też Wydawnictwo Archidiecezji Gdańskiej Stelle Maris spółka z o.o. z siedzibą w Sopocie, ul. Abrahama 41/43. Działająca zgodnie z przepisami kodeksu spółek handlowych od dnia 30.07.2001 r. (repertorium A nr 2014/2001).


Jedynym jej udziałowcem była parafia katolicka pw. św. Bernarda w Sopocie. Prezesem owego podmiotu był znany nam wcześniej ksiądz Zbigniew B. Łatwo to sprawdzić (…)

Wszak w przeszłości prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego twierdziły, że kościelna fabryka lewych faktur działała w latach 1999 – 2000. Zatem mówili o firmie, która nie posiadała osobowości prawnej i była częścią archidiecezji gdańskiej, a nie o późniejszej spółce z o.o.!"

Abp. Sławoj Głódź  uzyska dostęp do wiedzy skrytej pod biskupią sutanną, dzięki czemu stanie się posiadaczem haka na niepokornych. Wystarczy, że zdecyduje się upuścić trochę krwi abp. Gocławskiemu i kilku znaczącym trójmiejskim postaciom, by uzyskać posłuszeństwo i na głos wyrażany szacunek.
(5) komentarzy / skomentuj

Mamy ministra, który ma problemy z czytaniem na głos 03-04-2008 12:27
Nic dziwnego, że premier Donald Tusk miał problemy z „udawaniem”, że słucha swojego ministra finansów Jacka Rostowskiego.

Po dzisiejszej konferencji okazało się, że mamy ministra, który ma problemy z czytaniem na głos w języku polskim. 

Jak sie okazuje łatwiej było załatwić ministrowi  Rostowskiemu NIP i PESEL niż zapisać go na lekcję czytania na głos.

(2) komentarzy / skomentuj

Marka to jest to! 02-04-2008 18:48
W 2004 roku przeprowadzono badanie, z którego wynikało, że konsumenci w ślepym teście wolą smak Pepsi. Gdy jednak pojawiała się marka uważali, że bardziej smakuje im Coca-Cola. (Brief 102/03, rozmowa z M.Lindstromem)

(0) komentarzy / skomentuj

W polskich aresztach jest tak dobrze, że umiera się z głodu 02-04-2008 14:30
Historia Claudiu Crulica, który umiera w polskim areszcie  (w XXI wieku, w demokratycznym, europejskim kraju), jest przykładem na  to jak mylne panuje u nas wyobrażenie  o dobrej sytuacji aresztach i więzieniach.  

Co jakiś czas pojawia się artykuł prasowy lub reportaż telewizyjny, w którym maluje się niedorzeczny obraz, że tylko złotych klamek brakuje w kurortach wypoczynkowych dziwnie zwanymi aresztami.

Małgorzata Nocuń pisze w "Tygodniku Powszechnym: „Do jednego z krakowskich szpitali trafił z aresztu śledczego skrajnie wygłodzony człowiek. Przy wzroście 175 cm ważył 40 kilogramów. Po 24 godzinach zmarł. Coś takiego nie zdarzyło się w Europie od wielu lat(...)
We wrześniu 2007 r. Claudiu napisał list do dyrektora aresztu śledczego przy Montelupich, w którym "w związku z zatrzymaniem i osadzeniem" domaga się kontaktu z rumuńskim przedstawicielstwem dyplomatycznym. I oznajmia, że rozpoczyna głodówkę.
W styczniu 2008 stan Crulica określono jako ogólnie zły, miał wyniszczony i odwodniony organizm, ale orzeczono, że "może być leczony w szpitalu więziennym". Głodował od czterech miesięcy.
14 stycznia sąd wyraził zgodę na badanie krwi chorego i karmienie go przy pomocy sondy (…)
17 stycznia z aresztu do sądu dotarł ostatni faks w sprawie Crulica. Jego stan zdrowia oceniony został jako "bardzo ciężki, chory skrajnie wyniszczony, nie może wykonywać żadnego ruchu". Aresztowany ważył zaledwie 40 kg.
Dalej lekarz napisał: "Chory wymaga intensywnego długotrwałego leczenia głębokich zmian metabolicznych, przekracza to możliwości leczenia w warunkach więziennej służby medycznej. Pogłębianie się istniejących zaburzeń może doprowadzić do zgonu.
18 stycznia po południu Crulic umarł. Gdy do Krakowa przyjechała matka po zwłoki syna, nie rozpoznała go.”

Może historia Claudiu Crulica skłoni dziennikarzy do refleksji, zanim popełnią kolejny nie mający nic wspólnego z realiami tekst o wspaniałym życiu aresztanta lub więźnia.

Sytuacja w aresztach polskich jest dramatyczna i tylko dzięki przyzwoleniu opinii publicznej nadal mało się tam zmienia.
(3) komentarzy / skomentuj

Kartka świąteczna od oprawcy 01-04-2008 19:41
W czasie procesu porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, jeden z oprawców, Stanisław Owsianko, wysłał z aresztu rodzinie Olewników kartkę z życzeniami na święta. Sąd ją zatrzymał. - Jeśli pan czuje skruchę i modli się, jak pan podkreślał, to niech pan się modli w swojej celi - powiedziała sędzia Ewa Bońkowska-Konca. - Niech pan nie dręczy już tej rodziny.

(1) komentarzy / skomentuj

Gorzeliński i Kasprów do spindoktorów prawicy 01-04-2008 01:30
"(...) Eliot Spitzer jest profesjonalnym politykiem w każdym calu. W dzisiejszych czasach polityka i życie zawodowe są ze sobą splecione. Dlatego również życie prywatne Eliota Spitzera zostało zaplanowane perfekcyjnie. Przykładny mąż trójki dzieci, wykształcony, zamożny, z dobrego domu (tata w nieruchomościach). Już kiedy jako młody prokurator zaczynał swoją karierę wiedział, że aby się wybić trzeba wziąć się za tematy gdzie łatwo trafić na pierwsze strony gazet. Rozpoczął więc walkę z kilkoma znanymi prezesami firm z Wall Street domagając się uczciwości w biznesie, która w jego opinii powinna polegać na zmniejszeniu płac dla prezesów wielkich firm. Jego przesłaniem stało sie „zabrać chciwym biznesmenom, którzy niszczą Amerykę“. Na media zadziałało świetnie. Kilka znanych postaci świata amerykańskiego biznesu przeszło za sprawą Spitzera i uwielbiających go dziennikarzy prawdziwe piekło.

W walce z okropnym biznesem niszczącym Amerykę nie wahał się sięgać po każde argumenty. Jedną z ostatnich spraw prokuratora generalnego był pojedynek jaki stoczył z Richardem Grasso, szefem NYSE. Spitzer rozpętał medialną wojnę pokazującą, że szef giełdy zarabia za dużo i ma podejrzane kontakty. Nie wahał się nawet pytać publicznie (tzw. pytania badawcze) czy prawdą jest, że ma romans ze swoją sekretarką. Jedną z ulubionych metod walki ze zdemoralizowanym biznesem były przecieki do zaprzyjaźnionych mediów(...)

Eliot Spitzer zresztą uwielbiał nadawanie przez innych polityków i zaprzyjaźnionych dziennikarzy określeń jego osob: „pogromca Wall Street“, „nowy Elliott Ness“, „człowiek, którego nikt nie zatrzyma“. Uwielbiał określać sam siebie jako “a f****** bulldozer” ( w wolnym tłumaczeniu - „bulterier prezesa“). Eliot Spitzer nie przebierał w środkach, był nowym wcieleniem amerykańskiej prokuratury. Jako prokurator generalny (jeden z najmłodszych) w 1999 roku wiedział jak wykorzystywać nowoczesną technikę aby wytropić chciwych biznesmenów. Musiało nie być im łatwo, nerwy puszczały nawet poważnym ludziom. Keneth Langone, założyciel znanej również w Polsce firmy Home Depot tak się wyraził o nagonce urządzonej przez Spitzera: „Wszyscy mamy nasze prywatne piekło. Mam nadzieję, że jego prywatne piekło będzie gorętsze niż kogokolwiek innego“. Langone okazał się nie tylko prorokiem biznesu.

Dzięki swojej bezkompromisowej postawie Spitzer jako prokurator został szybko gubernatorem Nowego Yorku, jasną gwiazdą na firmamencie demokratów. Jego ambicje prezydenckie były oczywiste dla wszystkich komentatorów politycznych w Ameryce. Jako gubernator postawił na hasło „odnowy moralnej“ Wielkiego Jabłka. Postanowił przywrócić temu zdeprawowanemu miastu brakującą mu moralność. W 2003 roku rozpętał burzę przeciw biuru podróży, które wysyłało klientów na sex wyprawy do Azji(...)

Spitzer był profesjonalistą zawsze. Kiedy w hotelu „Mayflower“ w Waszyngtonie (...) zamawiał usługi ekskluzywnej call-girl wybrał Emperors Club, wysokiej klasy firmę działającą od Los Angeles do Londynu. Reszta jest znana. Sprawa się wydała. Media ujawniły, że ten bezwzględny zwolennik odnowy moralnej i pogromca chciwych biznesmenów jako „Klient nr 9“ płacił po 4,3 tys baksów za godzine ekskluzywnej call girl. Nie był to jedyny przypadek. Spitzer był klientem tej firmy od wielu lat.

Spitzer był profesjonalny do końca. Kiedy afera została ujawniona przez kilka dni milczał (najcenniejsza porada PR: „nic nie rób, czekaj aż przycichnie“). Kiedy sprawa nie schodziła z pierwszych stron gazet trzeciego dnia zrobił konferencję prasową z wybaczającą żoną u boku i trzema córkami w tle (tło granatowe, odcień konserwatywny, żona wstrząśnięta nie zmieszana). Kiedy stało się jasne, że wariant „na Clintona“ nie przynosi rezultatu jego ludzie przystąpili do kontrataku.

Cała afera Spitzera ma być zemstą chciwych biznesmenów z Wall Street. Znalazły się nawet na to dowody. Otóż okazuje się, że cała afera wyszła dlatego, że Spitzer zrobił na rachunek pewnej firmy pośredniczącej w opłacie dla Emperors Club trzy przelewy na sumę 15 tys dolarów. Zgodnie z przepisami o praniu pieniędzy wprowadzonymi po 2001 roku monitorowany jest każdy przelew powyżej 10 tys. Spitzera nikt nie powinien niepokoić. Tymczasem jakiś urzędas z Norh Fork Bank potraktował przelewy Spitzera robione wiosną i latem jako jeden przelew na sumę 15 tys. Slędztwo wykazało prowadzone w tej sprawie przez podstawionego agenta (sic!) wykazało, że chodzi nie o podstawioną na front firmę QAT International ale Emperiors Club. Spitzer twierdzi, że wykończył go układ, z którym walczył. Ma nawet dowody potwierdzające hipotezę. Profesor prawa z Harvardu, Allan Dershowitz, potwierdza tą wersję: „Przelew takiej sumy pieniędzy rozłożonej w czasie nawet dla wysokiej klasy prostytutki nie mógł uruchomić śledztwa na pełną skalę“.

Eliot Spitzer jest oburzony tym, że w jego sprawie takie śledztwo jednak było, co jest ewidentnym złamaniem swobód obywatelskich. Układ naruszył jego prawo do prywatności. Na dodatek bezprawnie opublikowane zostały w mediach fragmenty jego prywatnych rozmów telefonicznych m.in. o zaletach dziewczyny o imieniu Kristin. Spitzer domaga się sprawiedliwości. Jednak na razie musiał podać się do dymisji. Dzisiaj profesjonalnego polityka, bezwzględnego Eliota Spitzera zastąpi na stanowisku nowy gubernator Nowego Yorku. David Paterson, czyli niewidomy Afroamerykanin (...)

Po co to wszystko piszemy? Drodzy spin–doktorzy z PiSu, panowie politycy prawicy zaglądający do okropnego warszawskiego klubu Sofia, odnowiciele moralni i pogromcy chciwych biznesmenów. Chcieliśmy zwrócić uwagę, że idą inne czasy, może najwyższa pora pokazać inna, prawdziwą twarz.(...)"

http://blog.marazm.pl/?p=165#comments
(1) komentarzy / skomentuj

Dwa dożywocia mają zakneblować prawdę o tej zbrodni? 31-03-2008 16:07
Dzisiejszy wyrok w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika jest porażką wymiaru sprawiedliwości. Dwa dożywocia mają zakneblować prawdę o tej zbrodni?

Co ze zleceniodawcami? Nie oszukujmy się, siedzący na ławie oskarżonych to tylko wykonawcy.

Nie usłyszały zarzutów osoby, które mataczyły śledztwem.  Żaden z przedstawicieli prawa nie odpowiada do dzisiaj za skandaliczne prowadzenie sprawy porwania syna Włodzimierza Olewnika.  Sprowadzanie odpowiedzialności do policjanta z drogówki jest przykrywaniem właściwego problemu. Prawdopodobnie Krzysztof Olewnik by żył, gdyby policja i prokuratura działała tak jak powinna.

Sprawiedliwości w tej sprawie nigdy nie będzie .

(4) komentarzy / skomentuj

Partia Demokratyczna płaci za ideową prostytucję 29-03-2008 21:50
Szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej Wojciech Olejniczak, ogłaszając, że dotychczasowa forma współpracy z Partią Demokratyczną została zakończona zrobił to, co dawno było do przewidzenia.

Śmieszna jest reakcja na to, Janusza Onyszkiewicza, Bogdana Lisa, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Frasyniuka, Marka Edelmana, Mariana Filara, Grażyny Staniszewskiej, Jana Kułakowskiego i Jana Lityńskiego (Kłócący się z Joanną Senyszyn w "Magazynie 24 Godziny" - SLD chce nas potraktować tak jak kiedyś PZPR traktował SD, ale my się nie damy.), żalących się, że potraktowano ich jak prostytutki w domu publicznym, każąc im po wspólnie spędzonej nocy (wyborczej) wyjść z pokoju. Świadczy to tylko o tym, że nie rozumieją, iż za każdą prostytucję płaci się jakąś cenę.

(3) komentarzy / skomentuj

Wreszcie byłoby normalnie 29-03-2008 21:14
Zbigniew Ćwiąkalski chce zlikwidować karę ograniczenia i pozbawienia wolności za zniesławienie - dowiedział się "Wprost". Minister sprawiedliwości zamierza zmienić art. 212 kodeksu karnego.

Kary ograniczenia bądź pozbawienia wolności zastąpiłaby grzywna. Osoba skazana przez sąd karny nawet na karę grzywny będzie jednak przez pięć lat figurować w rejestrze skazanych jako przestępca.

Dobra osobiste mogą być skutecznie chronione za pomocą innych artykułów kodeksu karnego, a przede wszystkim przez kodeks cywilny. Dziwię się, że ten przepis nie zostanie całkowicie zniesiony - mówi "Wprost" prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
(0) komentarzy / skomentuj

Czy zagraża nam antypisiorożączka? 26-03-2008 21:49
Jedna z dziennikarek: „Zaczynam mieć wrażenie, że po prostu jak przedtem pisiory miały jakąś fobię i wszędzie widziały wrogów, tak teraz dziennikarze chorują już na jakąś mega antypisiorożączkę.”

(6) komentarzy / skomentuj

Poprawianie rzeczywistości (internetowe malowanie trawy na zielono) 25-03-2008 10:26

http://www.pardon.pl/artykul/4359/sondazowe_oszustwo_platformy_zobacz
http://www.poznanski.upr.org.pl






(3) komentarzy / skomentuj

Ku pamięci - Janusz "Kosa" Kosiński (1944-2008). Kosa o pierwszym jont'e u Hołdysa,TVP, "Pampresach", Dodzie, narkotykach i konflikcie z młodymi 24-03-2008 18:40

(2) komentarzy / skomentuj

Cyniczny uśmieszek Millera 23-03-2008 19:01

Dzisiaj w nocy obejrzałem amerykański film dokumentalny James’a Longley’a  „Irak w Kawałkach”. Film pozbawiony taniej propagandy. Okrutny obraz dla tych, którzy bezczelnie potrafią mówić „w Iraku jest dobrze, będzie jeszcze lepiej.” Mija pięć lat od wysłania nieprzygotowanego polskiego wojska do Iraku i jak widać żadnej refleksji u współodpowiedzialnych za tę decyzję, nadal można ujrzeć cynicznie uśmiechniętą twarz Millera, który nie potrafi przyznać się do błędu.  W swoim cynizmie używa jako argumentu  zabitych polskich żołnierzy. Szkoda, że nie wysłał tam swego syna, zamiast na spotkanie w sprawie Bakomy z Mazurem, Wieczerzakiem i Papałą.

Marek Kęskrawiec w swoim blogu pisze: 
„Były premier Leszek Miller powiedział dziś w TVN24, że nie żałuje swej decyzji o uwikłaniu Polski w wojnę w Iraku, ponieważ byłoby to podważeniem sensu ofiary, jaką złożyło 22 polskich żołnierzy, którzy zginęli nad Eufratem. Rzadki rodzaj hipokryzji, typowy dla polityków. Wyświechtane frazesy zmiast słów przeprosin dla rodzin zabitych Polaków oraz krewnych 700 tys. irackich cywili, którzy zostali zabici w wojnie domowej, jaka wybuchła po interwencji tzw. koalicji.

Od dawna wiadomo, że broń chemiczna i biologiczna, jaką miał posiadać satrapa Husajn, była tylko produktem bogatej wyobraźni jastrzębi z Białego Domu. Tak samo jak kompletnym idiotyzmem okazały się rzekome związki skrajnie świeckiego Saddama z paranoicznie religijnym Bin Ladenem. Ktoś powie, że warto było prowadzić wojnę choćby po to, by obalić reżim. Tylko dlaczego Amerykanie obalają jedynie te reżimy, które siedzą na złożach ropy? Jakoś nikt nie szykuje armii w obronie mordowanego przez Chińczyków Tybetu. Zgoda, Chiny są zbyt silne. Ale co stoi na przeszkodzie, by zakończyć mordy w Darfurze?

Mimo zdetronizowania Husajna, ceny ropy osiągają kolejne rekordy, na czym korzysta Rosja. Korzystają też Chiny, które zawierają sojusze z państwami z czarnej listy szalonego Busha i rosną w siłę wprost proporcjonalnie do upadku autorytetu USA. A na dokładkę prezydent Iranu Ahmadineżad odwiedza tryumfalnie Bagdad, miasto do niedawna wrogie przywódcom Iranu.

Jeśli to ma być sukces według Millera, to mogę mu tylko poradzić, aby poleciał do Iraku i zobaczył jak wygląda dziś państwo na skraju totalnego upadku i wielce prawdopodobnego rozpadu na trzy części (kurdyjską, szyicką i sunnicką). Taki jest krajobraz po wojnie, która miała przynieść Irakijczykom wolność i demokrację.”

http://www.newsweek.pl/blogi/blog.asp?AutorBloga=m_keskrawiec
(2) komentarzy / skomentuj

Pomoc dziennikarzom 21-03-2008 23:09
Fundacja im. Stefana Batorego realizując Program Przeciw Korupcji proponuje pomoc dziennikarzom, którym postawiono zarzut pomówienia lub wytoczono powództwo o naruszenie dóbr osobistych w związku z publikacjami ujawniającymi nadużycia w życiu publicznym.

Fundacja im. Stefana Batorego od ośmiu lat udziela bezpłatnych porad prawnych związanych z zapobieganiem i zwalczaniem korupcji. Wspiera m.in. dziennikarzy. W tym roku w ramach Programu Przeciw Korupcji finansowanego przez Unię Europejską chce położyć szczególny nacisk na wspieranie osób, które demaskują nadużycia w swoich miejscach pracy lub środowiskach. Zaliczają się do nich dziennikarze lokalni, którzy opisują nieprawidłowości w swojej miejscowości. Często muszą oni liczyć się z przykrymi konsekwencjami – m.in. z utratą pracy, odpowiedzialnością karną za pomówienie, z powództwem cywilnym o naruszenie dóbr osobistych. Zdaniem Fundacji ani polskie ustawodawstwo, ani orzecznictwo sądów nie dostrzega w sposób wystarczający wagi, jaką dziennikarze odgrywają w prawidłowym funkcjonowaniu organów władzy i innych instytucji publicznych. Fundacja chce monitorować wybrane postępowania sądowe związane z demaskowanie korupcji. Chce do nich przystępować w charakterze przedstawiciela społecznego, który może wspierać stronę poprzez zajmowanie stanowiska przed sądem.

Fundacja proponuje pomoc dziennikarzom, którym postawiono zarzut pomówienia lub wytoczono powództwo cywilne o naruszenie dóbr osobistych w związku z materiałami o nadużyciach w życiu publicznym. Informacji udziela Anna Wojciechowska-Nowak (tel. 022 36-02-57).
(9) komentarzy / skomentuj

Jak można się wybić nie tracąc sił? 21-03-2008 18:55
Nena83 pisze: "Postanowiłam napisać bo tak naprawdę trochę czytam o artystach i wchodzę na stronki gdzie sie da... stad też mam adres postanowiłam napisać gdyż chciałam spytać jak można się wybić nie tracąc sił? nie piszę książek nie śpiewam ale trenuje gimnastyke i chcialabym sie gdzies pokazac a mam dla kogo a nie jest to latwe w tym swiecie...Moze choc jakies rady? Pozdrawiam Serdecznie"

(1) komentarzy / skomentuj

Eutanazja telewizji publicznej trwa 20-03-2008 17:14
Decyzja Telewizji Polskiej o rezygnacji z uruchomienia kanału tematycznego TVP Film, który w założeniu miał emitować najciekawsze filmy fabularne i dokumentalne znajdujące się w zasobach TVP, pokazuje prawdziwą twarz telewizji publicznej.  Twarzą TVP stały się programy „Przebojowa noc” i „Gwiazdy tańczą na lodzie,” gdzie topi się miliony złotych.

Od czasów Bronisława Wildsteina trwa niszczenie w TVP dokumentu, reportażu i debiutów fabularnych. Po północy emituje się  premiery filmów dokumentalnych, tych resztek jakie jeszcze zostały. Nie ma mowy o stworzeniu prestiżowego pasma i oddaniu je pod opiekę komuś będącemu  poza układem politycznym, towarzyskim i produkcyjnym. 

Reportaż śledczy, który powinien być domeną telewizji publicznej, częściej gości na antenie TVN. 

Jeszcze dalej tak, a PO (których kilku doradców medialnych powinno być z dala trzymanych od wpływ na TVP) nawet nie będzie miała co zlikwidować, jeśli jest to jej zamiarem.

Eutanazja telewizji publicznej trwa. Ale czy ktoś tym się  naprawdę przejmuje?
(5) komentarzy / skomentuj

Węglarczyk, trochę refleksji i może tak w pozycji wyprostowanej przed Amerykanami! 20-03-2008 12:05
Bartosz Węglarczyk, codziennie po kolejnym zamachu terrorystycznym w Iraku, jak mantra musi chyba powtarzać to co napisał na swoim  blogu:  "Trzymam kciuki za generała Petraeusa. Póki co wydaje się, że w Iraku będzie coraz lepiej. Jeszcze długo nie będzie dobrze, ale jest coraz lepiej."
(4) komentarzy / skomentuj

Kaczyński ma rację 20-03-2008 00:47
- Status dziennikarza jest w Polsce niezwykle mizerny, można wręcz powiedzieć, że dziennikarze są jak chłopi pańszczyźniani. Nie buntują się - powiedział Jarosław Kaczyński na spotkaniu ze studentami, transmitowanym na żywo przez tvn24.pl. Kaczyński ma rację. Tylko powinien pamiętać, że jego partia, jej partyjni kacykowie, zarządcy mediów, także zaczęli traktować dziennikarzy jak chłopów pańszczyźnianych. Niepokornych eliminowano. Do dzisiaj ma to miejsce, tam gdzie PIS zachował wpływy w mediach.

(2) komentarzy / skomentuj

Do pani minister pracy w sprawie gejów 17-03-2008 01:03
Nie wiem dlaczego Ministerstwo Pracy ma wspierać rozrywkowe imprezy „pedałów”, to świadoma prowokacja słowna, bo tak nazywa gejów Michał Witkowski (gej – od aut.) w swojej powieści „Lubiewo”, używa jeszcze bardziej ostrych określeń, powieści, która z niezrozumiałych dla mnie powodów nie otrzymała nagrody NIKE, skoro wcześniej przyznali Masłowskiej.

Już bardziej pasowałby minister kultury niż minister pracy.  Jego obowiązkiem jest wspieranie twórczości, także innej niż heteroseksualna.

Jakoś nie uważam, że gej w Polsce ma problemy z pracą. W show biznesie to bycie gejem daje zazwyczaj pracę i z niejednego geja zrobiło gwiazdę (znam także przypadek  lesbijki, ex-żony pewnej gwiazdy). S. by palców u rąk by nie starczyło aby podać nazwiska. Kiedyś nakłaniałem go, jako najbardziej znanego i wszechmocnego w mediach geja, by obwieścił światu swoją skłonność do mężczyzn i wymusił na wykreowanych przez siebie gwiazdach tego samego, a nie rzucanie na bilbordy anonimowe osoby, które po takim wyznaniu  (że są homo) nie mają co liczyć na wsparcie w swoich zapyziałych miasteczkach.

Kiedyś zrobiłem program o „pedałach” (emisja w TVP2, 4.02.2005), za co zredukowano „Nakręconą noc”, aż wreszcie ją zlikwidowano.  Wiem, że geje mają problem z tolerancją w Polsce. Tu nadal gej oznacza piekielne zboczenie. Dlatego geje  piosenkarze i aktorzy w Polsce udają macho choć tylko interesują się pupami macho. Żaden z nich nie nakręci teledysku z całującymi się policjantami, itd.

Nie muszę  być politycznie poprawny, geje, łącznie z Krystianem Lagierskim, wiedzą, że mogą na mnie liczyć w walce o swoje prawa, poza jednym – możliwością adopcji dzieci, więc proszę ze mnie nie robić wysłannika polskiego ciemnogrodu, by móc powiedzieć minister pracy Jolancie Fedak z PSL, że zrobiła coś niestosownego finansując  imprezę z udziałem duetu transwestytów zorganizowaną na zakończenie Europejskiego Roku Równych w warszawskim klubie M 25.

- Projekt powstał w departamencie rok temu, nie ja go podpisywałam i trudno, żebym ja go odwoływała – wyjaśnia teraz pani minister dla „Dzeinnika”.  Nie wspomina nic o tolerancji, a to by ją tłumaczyło, więcej, czytam o cenzurowaniu, zamknięciu imprezy przed dziennikarzami.-  Prosiłam tylko departament kobiet i rodziny, by występ mieścił się w granicach przyzwoitości i nikogo nie bulwersował .

Niech wpierw pani minister rozwiąże problem pracy geja, lesbijki i większości heteroseksualnej  w supermarketach, niepełnosprawnych, bezrobocia, itd… a nie zaczyna swojej kadencji od imprez transwestytów. Te niech zostawi Bogdanowi Zdrojewskiemu lub Andrzejowi Urbańskiemu, który powinien puścić relację z tej imprezy.
(5) komentarzy / skomentuj

Dziennikarze i tajne służby 16-03-2008 02:21

(5) komentarzy / skomentuj

Jedni atakują śmigłowcami Krauzego, drudzy prom Rogalin 15-03-2008 21:58
Romuald Szeremietiew na swoim blogu przypomina to, o czym zapomnieli niektórzy politycy i komentatorzy: Dwa wojskowe śmigłowce z tajnymi agentami na pokładzie, na rozkaz ministra obrony, wystartowały z Warszawy, aby schwytać Ryszarda Krauzego. Musiały zawrócić. Bo choć 13 lipca zeszłego roku nakaz zatrzymania biznesmena był gotów, plany pokrzyżował świadek, który nie zeznał tego, czego spodziewał się Zbigniew Ziobro - poinformował Dziennik.pl. Przy tej okazji można było wysłuchać głosów oburzenia na poczynania ministrów z PiS. Usłyszałem nawet opinię obecnego Prokuratora Krajowego, że taki śmigłowcowy postępek zdarzył się w Polsce pierwszy raz. Naprawdę?

Przytomny tekst á propos "Polityczna skleroza Platformy" przeczytałem w „Naszym Dzienniku” (14.03.br.):

Politycy Platformy Obywatelskiej oburzają się działaniami wymiaru sprawiedliwości w stosunku do Ryszarda Krauzego. Bulwersuje ich szczególnie fakt, że minister obrony narodowej wysłał wojskowe śmigłowce z funkcjonariuszami służb specjalnych, tak by prokuratura mogła przesłuchać Krauzego, zanim skontaktuje się z osobami zamieszanymi w aferę w ministerstwie rolnictwa. Platforma chce, by sprawę wysłania śmigłowców wyjaśniła sejmowa komisja ds. służb specjalnych.
- Nie wystąpiły żadne przesłanki, by użyć tak spektakularnych środków. Nie mówimy przecież o schwytaniu członka mafii czy płatnego mordercy - grzmiał w TVN 24 wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld.
- To skandal. Sprawą musi zająć się komisja ds. służb specjalnych - wtóruje mu poseł Paweł Graś (PO), członek speckomisji(...)


Politycy partii Donalda Tuska zapomnieli już bowiem o wydarzeniach z 2001 r., kiedy to pod naciskiem Bronisława Komorowskiego i Janusza Pałubickiego funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa dokonali napaści - bo inaczej nie można tego nazwać - na prom "Rogalin" płynący po części Morza Bałtyckiego należącej już do Szwecji. Naciskiem wymuszono wówczas na premierze Buzku - dziś eurodeputowanym Platformy Obywatelskiej, zgodę na wysłanie śmigłowca marynarki wojennej, użycie służb specjalnych - desantu UOP - by opanować pływający pod obcą banderą prom i zawrócić go do Polski. A wszystko po to, by zatrzymać Zbigniewa Farmusa, asystenta byłego ministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa, w sprawie dotyczącej podejrzenia korupcji w MON. Do tak spektakularnej akcji wystarczyły zeznania Bogdana Letowta, który zapewnił dziennikarzy, iż wręczył Farmusowi łapówkę w wysokości 20 tys. złotych. W wyroku z 18 grudnia 2006 r. sąd uwolnił Farmusa od zarzutu łapownictwa, o czym zapewne autorzy spektakularnego zatrzymania tego człowieka, dziś krytykujący poprzedni rząd za wysłanie "śmigłowców po Krauzego", najwyraźniej pamiętać nie chcą.
Wojciech Wybranowski"

Przy czym nawiązując do powyższego tekstu warto wspomnieć (pisze Szeremietiew - od aut.), że w momencie zatrzymania  Farmusa prokuratura nie dysponowała żadnymi dowodami. Nie było żadnych zeznań wspomnianego Letowta. Dopiero po zamknięciu Farmusa w areszcie agenci UOP pojechali do RPA, miejsca zamieszkania Letowta i tam go przesłuchali. Ówczesny szef UOP Zbigniew Nowek opowiadał o tym w wywiadzie dla „Wprost” .

Ponadto w akcji bałtyckiej był jeszcze jeden smaczek – dotarła do mnie informacja, że śmigłowiec wówczas użyty nie miał prawa latać. Był po przeglądzie w łódzkich Wojskowych Zakładach Lotniczych, a przed oblataniem dopuszczającym do pełnienia służby. Mimo to na polecenie min. Komorowskiego został wysłany nad Bałtyk. Jeżeli tak rzeczywiście było, to minister ON naruszył prawo.

Sam Letowt został potraktowany przez prokuraturę bardzo przyjaźnie. Mimo udziału w łapownictwie  zarzutem objęto tylko Farmusa. O Letowcie prokuratura zapomniała. Nie podjęła żadnych czynności, nawet nie postanowiła, że np. zwalnia go z odpowiedzialności za danie łapówki. Natomiast Letowt po ujawnieniu afery uczestniczył z sukcesem w przetargu na CEPIK (Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców) ogłoszonym przez MSWiA.  O podejrzeniach wobec łapówkodawcy Letowta i przetargu pisał „Super Express”(...)

W momencie zatrzymania Farmus nie miał zakazu poruszania się, ba nie miał nawet wezwania do stawienia się w prokuraturze. Samo zatrzymanie na pokładzie statku po obcą banderą (Wysp Bahama) było aktem piractwa morskiego, godziło w swobodę żeglugi.  I jak się okazało dokonano tego wobec kogos, kogo sąd z zarzutów łapowniczych uniewinnił.

Tyle Romulad Szremietiew. Dodam, że w akcji zatrzymania Farmusa jednak nie użyto tylko śmigłowca. To była oduża operacja.  Większa od tej ze śmigłowcami lecącego po Krauzego. Decyzja zapadła w gabinecie ministra sprawiedliwości Stanisława Iwanickiego. O pólnocy zjawili się u niego: Bronisław Komorowski, szef resortu obrony, minister Janusz Pałubicki, koordynator służb specjalnych, szef UOP płk Zbigniew Nowek oraz szef Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie Zygmunt Kapusta.

Jak opisuje Polska Zbroja w artykule „Desant na Rogalinie” (2000 rok): "Dowódca Marynarki Wojennej adm. Ryszard Łukasik otrzymał polecenie od szefa MON Bronisława Komorowskiego: Na "Rogalin" ma polecieć śmigłowiec z oficerami UOP z gdańskiej delegatury. Niecałą godzinę później Mi-14 PŁ z 2. Dywizjonu Lotniczego MW z Darłowa z dodatkowymi zbiornikami paliwa czeka na start na lotnisku w Gdyni-Babich Dołach. Na wszelki wypadek przebazowany zostaje też, jako maszyna zapasowa, jeszcze jeden śmigłowiec. Przygotowane jest również dodatkowe lotnisko na platformie wiertniczej Petrobalticu, 25 mil morskich na północ od Rozewia. W stan gotowości bojowej postawione są wszystkie punkty obserwacyjne Marynarki Wojennej
W tym samym czasie zostaje nawiązana łączność z Wojciechem Sobkowiakiem, kapitanem "Rogalina", który dowiaduje się o całej akcji. O zaistniałej sytuacji poinformowany jest też rząd szwedzki kanałami dyplomatycznymi od ministra spraw zagranicznych Andrzeja Ananicza.”

Szwedzkie siły powietrzne wysłały dwa myśliwce Viggen z jednostki F 16 na Gotlandii w celu nadzoru, aby helikopter wojskowy widoczny na radarze nie wszedł do szwedzkiej przestrzeni powietrznej, donosił szwedzkie media. Akcję koordynował samolot rozpoznawczy M-28 Bryza 1RM z 3. Dywizjonu Lotniczego MW w Siemirowicach, który pierwszy pojawia się nad promem. W tym czasie "Rogalin" był już nieopodal szwedzkiej wyspy Gotlandia na wysokości miasta Visby. Zawrócił  jednak i skierował się na wody międzynarodowe.

Warto także dodać, że  Zbigniew Farmus, b. asystent b. wiceszefa MON Romualda Szeremietiewa został skazany na 2 i pół roku więzienia za ujawnienie tajnych informacji, od korupcji uniewinniony.
http://szeremietiew.blox.pl/2008/03/Do-czego-sluzy-smiglowiec-wojskowy.html
(2) komentarzy / skomentuj

Stare dobre czasy 14-03-2008 05:47
Plotki nie tylko polityczne: „Każdy pretekst jest dobry, by zabawić się w karnawale, nawiązując bliższe więzi z dziennikarzami – uznało kierownictwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i urządziło jubileusz I półrocza istnienia ABW. Na imprezkę przybyła wierchuszka Agencji, z panami Andrzejem Barcikowskim, Zbigniewem Goszczyńskim, Mieczysławem Tarnowskim i Pawłem Pruszyńskim na czele, i z panem Andrzejem Anklewiczem (który nie pracuje przecież w ABW tylko w GIC) na doczepkę. Nie brakowało jedzenia i picia, zwłaszcza schłodzonych wyrobów polskich gorzelni i browarów (szef ABW tym razem nie pił swego ulubionego drinka: wódki z winem). Losowano nagrody dla dziennikarzy – cudownym zbiegiem okoliczności nagroda specjalna szefa ABW (ortalionowa kurtka z odblaskową nazwą Agencji) przypadła wysłanniczce „GP”.” („Gazeta Polska” 22.01.2003, s. 21,   EZ i AG)

(0) komentarzy / skomentuj

Wystarczy kulturalniej opluć, i jest ok? 13-03-2008 17:42
Czytam ostatni wpis w blogu Gorzeliński/Kasprów i tak się zastanawiam, czy czasami nie lepiej po prostu powiedzieć przepraszam, a nie odkręcać kota ogonem?

Jerzy Marek Nowakowski  w swoim blogu napisał:

„Właśnie wróciłem z sądu, który uznał, że Minister Obrony ma mnie przeprosić za włożenie do raportu Macierewicza. Zmieniam więc zapis pod moim nazwiskiem uznając, że w sensie formalnym jest posprzątane. W istocie oczywiście jeszcze przez lata będę czytał takie rzeczy jak w liście wiceprezesa J&S ( a dokładniej spółki Merkuria) do Newsweeka  który był uprzejmy oburzyć się jak "agent sowieckiego GRU" może wypowiadać się o uczciwej międzynarodowej firmie.”

Spotkało się to z natychmiastową reakcją:

„Naszym zdaniem takie słowa pod adresem Marka Nowakowskiego byłyby oburzające. Piszemy byłyby, gdyby bowiem były prawdziwe. Jest to niestety kolejna manipulacja Marka Nowakowskiego.
Proponujemy poznać fakty.
W liście Davida Ensora nigdzie nie ma takiego sformułowania. Mowa jest o “konsultancie” WSI a nie ” agencie sowieckiego GRU” (...)
Na zakończenie listu David Ensor napisał, że publikacja takiego artykułu dziwi go tym bardziej, że Marek Nowakowski był „konsultantem” wojskowych służb specjalnych i, że w jego ocenie ta instytucja z korzeniami w czasach komunistycznych była blisko związana z sowiecką GRU.”


Jakby nie odkręcać tego, co napisał David Ensor,  to wychodzi na to, co twierdzi Nowakowski. To samo powiedziano w kilkunastu słowach, z uwagą, by prawnie nie podpaść. Kulturalniejsza i cyniczna forma oplucia. Ensor mógł nie używać tego argumentu, tym bardziej, że i jeden z autorów bloga także znalazł się w raporcie WSI.

PS. Właśnie odbyłem pouczającą rozmowę z czytelnikiem niniejszego wpisu . Słusznie zwrócił mi uwagę, żebym spojrzał, od czego zaczęła się wojna miedzy nimi. Więc, by  Nowakowski nie wychodził na dziewicę, trzeba przyznać Gorzelińskiem i Kasprówowi, że w artykule „Mocarstwo na ropę” zamieszczonym w „Newsweeku,” Nowakowski użył przeciw J&S i w domyśle także MDI broni, którą wobec niego użył Maciarewicz (WSI to prawie GRU). Po artykule cynicznie, z zemsty, autorzy bloga Gorzeliński/Kasprów zemścili się wytykając mu konsultacje dla WSI. Kto mieczem wojuje, czasami, od miecza ginie.
(2) komentarzy / skomentuj

Tego obawia się kilku oficerów wojskowych służb 11-03-2008 22:29
Przedstawiam fragment artykułu Witolda Gadowskiego z Gazety Polskiej "Gaz cuchnący mafią - Ślady baronów śmierci”. W tekście Gadowski zajmuje się związanymi z polskimi służbami interesami Monzer'a Al Kassar'a.

"To nazwisko do dziś wywołuje popłoch wśród bardziej doświadczonych oficerów WSI  – Monzer Al Kassar.

Jeżeli dotrą do Polski zeznania handlarza złożone przed szwajcarską prokuraturą, kilku oficerów powinno zapakować szczoteczki do zębów do swoich podręcznych bagaży. Wśród nich jest także oficer często kontaktujący się ze znanym dziennikarzem telewizyjnym.



10 marca 1992 roku zarejestrowany w Hondurasie statek „Nadia” zacumował w porcie Ceuta (hiszpańskie terytorium w Maroku).Załogę statku stanowiło grono kilkunastu byłych wojskowych i przemytników.
Gdy służby celne skontrolowały zawartość ładowni „Nadii” okazało się, że zawierały one 27 kontenerów wypełnionych bronią. Według znajdujących się w posiadaniu kapitana statku dokumentów broń została wysłana przez polska centralę Cenrex (w całości kontrolowaną przez Wojskowe Służby Informacyjne).
Międzynarodowy handel bronią podlega jednak ścisłemu limitowi i każdy ładunek musi zawierać tzw „poświadczenie endusera” czyli dokument ostatecznego użytkownika broni. W tym wypadku jako odbiorca broni w dokumentach figurowało ministerstwo obrony Jemenu. „Nadia” wypłynęła z portu kierując się w stronę  arabskiego państwa.

Statek jednak nie popłynął do Jemenu. Szybko zawrócił i został rozładowany w Rijece...Akcję odbioru broni na potrzeby HVO (Hrvatskiej Vojenej Organizacji) zorganizował Zeljko Mikulić.
Broń, pomimo ONZ – owskiego embarga, trafiła na wojnę z armią Miloszevicia.

Monzer Al. Kassar, wraz ze swoją żoną, dla operacji przesyłania broni na Bałkany założył specjalne konto bankowe.
Na jego konto numer 1964 w Audi Banku w Szwajcarii wpływały pieniądze z handlu polską bronią w Chorwacji i Bośni w czasie wojen na Bałkanach.

Odnaleziono cztery przelewy pomiędzy Al Kassarem i polską centralą Cenrex:
 – 2/14/92 – kwota 500 tysięcy 35 dorarów,
 2/16/92 – 222535 dolarów,
 5/13/92 – 413285 dolarów
 i 5/27/92 – 413285 dolarów.
 Razem – 2 549 135 dolarów.

Transakcje odbywały się m.in. przez konta Snejany i Zeljko Mikulic w Erste Bank w Wiedniu(…)

Kwotę 2. 5 miliona dolarów dla Cenrexu udało się wyłapać obserwując przepływy z konta Al Kassara z Audi Banku na konto Cenrexu w banku w Luksemburgu (…)

Dochodzenie w sprawie afery Centex – Al. Kassar  po raz pierwszy pokazało szwajcarski mechanizm prania pieniędzy z interesów z bronią i narkotykami.

Kilka poszlak ujawnionych podczas tego postępowania skierowało uwagę śledczych na tzw „polski trop”.

Informacje o Al. Kassarze pojawiają się w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych.  Jest tam mowa o interesach z oficerami z oddziału „Y” II Zarządu Sztabu Generalnego oraz o późniejszych związkach Kassara z oficerami WSI. Pada nazwisko pułkownika Jerzego Dembowskiego pseudonim „Wirakocza” i kilku innych oficerów. Zdaniem autorów raportu do właśnie Dembowski odpowiada za operację przesyłania broni na Bałkany zamiast do Jemenu. Jest mowa o firmie Dembowskiego „Skorpion Int. Services” założonej w Wiedniu. Podane są szczegóły przesyłania przez Łotwę tysięcy pistoletów.
Raport jest jednak w tym miejscu bardzo nieuporządkowany i trudno wyciągnąć z niego ostateczne wnioski.
Być może odtworzona przeze mnie historia, wraz ze szczegółami transakcji bankowych, pozwoli wyjaśnić niektóre zapisy raportu i treść dosyć chaotycznie przywołanych tam dokumentów.

Jedno jest pewne powiązania Monzera Al. Kassara z polskimi oficerami, także tymi którzy dziś „konsultują” się z pewnym znanym dziennikarzem, są bezsporne (…)

Szukając śladów działalności rosyjskich służb specjalnych i ich związków z polskimi agentami najważniejsza jest analiza przepływów przez konta bankowe. Aby jednak analizować konkretne rachunki trzeba wiedzieć w jakich bankach zostały one otworzone.
O kilku bankach przez które szły pieniądze za transakcje bronią już napisałem.
Warto jednak zwrócić uwagę na banki, w których współcześnie lokowane są pieniądze zarobione na eksporcie z Rosji surowców.
Moi informatorzy zwrócili mi uwagę na przepływy przez konta Donaubanku. Tu załatwiane   były m.in. operacje firmy RosUkrenergo dostarczającej gaz do Polski.

Ciekawe są też rachunki i operacje w najbardziej oczywistym banku pieniędzy z surowców czyli Gazprombanku.

Interesujące nazwiska można także znaleźć na liście klientów Vneshekonombanku.

Zdaniem moich informatorów gdyby polska prokuratura zdobyła wydruki przepływów finansowych na konta polskich oficerów i polityków tylko z tych banków mógłby w Polsce wybuchnąć niejeden skandal finansowy"

Dostęp do takich dokumentów posiada szwajcarska prokuratura, która, jak pokazała to sprawa Al. Kassara, jest bardzo skuteczna przy analizowaniu transakcji prania brudnych pieniędzy, łapówek i pieniędzy za broń."
(10) komentarzy / skomentuj

Młody odcina się Staremu 11-03-2008 21:22
Bloger Ireporter pisze: "Wiem, że może nie warto odnosić się do tego typu kwiatków i lepiej puścić je mimo monitora. Mówi to jednak gość szefujący największej partii opozycyjnej, a znając chwiejność i "wahadłowość" przekonań polskiego elektoratu być może ponownie przyszły premier. Co zrobić? Rozłożyć ręce? To być może nic nie znaczące słowa. Internetu ogarnąć się nie da. Zerkam na USA. To co się dzieje w sieci wokół kampanii Baracka Obamy (a wcześniej Rona Paula) to czystej wody obywatelski, oddolny ruch. Ludzie masowo blogują, organizują spotkania, zbierają pieniądze. Nikt nie zastanawia się nawet, czy na co dzień oglądają porno w sieci pijąc przy tym piwo i paląc jointa. Internet tak wrył się w krajobraz kampanii w USA, że z ust analityków padają nawet porównania Hillary Clinton do PC, a Baracka Obamy do Mac'a. Nie mówiąc o pytaniach od internautów podczas debat."

Ciekawe co zrobiłby Jarosław Kaczyński, gdyby taki młody internauta zadał mu pytanie o wybory przez sieć? Chciałby się upewnić, czy na biurku nie stoi puszka browaru, a w osobnym oknie przeglądarki nie ma odpalonego Youporn'a?

Ciekawe z punktu widzenia PR jest użycie tych słów właśnie w wywiadzie dla portalu. Gdyby padły w "Dzienniku", albo w "Rzepie", to jeszcze mógłbym się uśmiechnąć pod nosem. Ale opowiadanie takich głupot o internautach w internecie to bardzo ciekawe zagadnienie. Te słowa to zresztą kolejny dowód, że politycy trzęsą portkami przed internautami. Ich znaczenie należy odczytywać dokładnie odwrotnie, niż to wynika z treści. Jeżeli Kaczyński stwierdza, że "wiadomo, kto ma przewagę w internecie", to nie znaczy, że internauci są z układu, ale że nie bardzo (socjotechnicznie) da się ogarnąć tę pozornie rozproszoną grupę ludzi. Z kolei słowa, że "tą grupą najłatwiej manipulować" znaczą mniej więcej tyle, że jest najmniej podatna na jakiekolwiek manipulacje. Trzeba ją zatem maksymalnie zmarginalizować."

http://ireporter.blox.pl/html
(1) komentarzy / skomentuj

Kim jest doktor Rybicki? 10-03-2008 13:17

Jednym z bohaterów śledztwa Jarosława Jabrzyka, Macieja Dudy i Bertolda Kittla i (TVN/Newsweek) jest Władysław Stanisław Rybicki. Absolwent wydziału lekarskiego Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi (1971). Założył on Centra Medycyny Biologicznej w Rybnie i w Warszawie przy ulicy Królowej Marysieńki. Wcześniej, jak podają autorzy, miał też swoją placówkę w Gdyni.

W Centrum Medycyny Biologicznej leczyło się wielu znanych biznesmenów, polityków, oficerów służb, aktorów, dziennikarzy, producentów telewizyjnych. Lista pacjentów-VIP-ów Rybickiego jest teraz własnością Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która w ubiegłym roku dokonała rewizji i przejęła dane jakie znajdowały się w posiadaniu CMB.

Doktor, którego małżonką jest Rosjanka, na wieść o tym, co dzieje się wokół jego osoby, pozostał u żony, znanej prawniczki, w Moskwie, ostatnio miał wyjechać do Hiszpanii (mieszka tam córka żony), i nie wraca do Polski. Choć wiąże się to dla niego ze stratami finansowymi i zaprzestaniem działalności CMB. Czy robi słusznie? Wszystko wskazuje na to, że jego milczenie jest błędem. Tylko on może uciąć wszelkie niedomówienia, które od miesięcy narastają wokół jego osoby.


Jak podaje Newsweek: „Z naszych ustaleń wynika, że do śledczych zgłosiła się była pracownica Centrum Medycyny Biologicznej doktora Władysława R. Po jej zeznaniach o spotkaniach w gabinecie dr. R. prokuratura zarzuciła Kaczmarkowi, że kłamał, gdy zeznał, iż nie zna prywatnie Krauzego. Kobieta jest przestraszona. Pytana o kontakty Kaczmarka i biznesmena, zaczyna płakać: - Dajcie mi spokój, ja mam już dość!”

Jeden z jego znajomych powiedział mi:

- Doktor nigdy nie zajmował się polityką. On żyje w innym świecie. Wplątany został w coś z czym w ogóle nie ma wspólnego. Łatwiej bronić się z wolności niż  z więzienia. Widzi przecież jak tu się zamyka ludzi.

Władysław Rybicki tak wyjaśnia czym się zajmuje:

„Medycyna biologiczna faktycznie jest medycyna naturalną, i ekologiczną, i ludową, i niekonwencjonalna, gdyż jej źródło i filozofia to cała dotychczasowa wiedza ludzkości na temat organizmu ludzkiego i jego zdrowia: wiedza  częściej  wymedytowana i empiryczna niż wypracowana przez oficjalną naukę swoich czasów. Przekazywana różnymi kanałami, z rodu na ród, z pokolenia na pokolenie, a nie za pośrednictwem oficjalnych lekarskich czasopism (…)

Jest ona pomostem pomiędzy współczesna medycyną akademicką a tzw. medycyną niekonwencjonalną. Jednocześnie jest ich syntezą (…)

Wprzęgnięcie bowiem najnowszej techniki w stosowane od tysiącleci metody leczenia daje często znakomite efekty i znacznie skraca czas leczenia. I tak dla przykładu: studiując starożytne wodolecznictwo opracowaliśmy i zastosowaliśmy z dużym powodzeniem metody stymulacji funkcji przy pomocy najnowocześniejszej techniki niskich temperatur. Jest to bardzo często znakomite połączenie i synteza: starożytna, sprawdzona filozofia i metoda ubrana w najnowocześniejszą techniką.

Stawiamy sobie zatem za cel przywracanie i upowszechnianie zapomnianych, a skutecznych metod leczenia (…) Uznajemy człowieka i jego organizm za niepodzielną całość, z a jednostkę psycho-emocjonalną–cielesną i duchową. Dlatego szczególną uwagę zwracamy na zależności między zdrowiem fizycznym, psychicznym i duchowym.

Wierzymy i wiem, że organizm ludzki wyposażony jest w niewykorzystane jeszcze siły samolecznicze i szukamy metod, które mogą je rozbudzić.

Traktujemy kręgosłup za narząd odpowiedzialny za harmonię w organizmie ludzkim i tu widzimy klucz do zdrowia. Wszak organizm ludzki jest przecież organizacją narządów  i układów a nie prostą ich sumą. A kręgosłup ( z zawartością, oczywiście) pełni w tej organizacji rolę szczególną. Jest przecież głównym kanałem energetyczno-informacyjnym między mózgiem i narządami.”

(15) komentarzy / skomentuj

Zabójców Ks. Popiełuszki się chroni, dzieci już nie trzeba 09-03-2008 21:48
Bogusław Chrabota w blogu (wirtualnemedia.pl) opisał kolejny przykład degeneracji mediów. Wygrywa gonitwa z newsem, szokującym materiałem. Liczy się oglądalność. Pamiętam jak w programie "Konfrontacja" zamazano mi twarze morderców Ks. Popiełuszki w archiwalnym materiale z procesu toruńskiego.  Zrobiono to nawet bez mojej wiedzy. Dowiedziałem się o tym na pięć minut przed wejściem na antenę. Oczywiście powiedziałem, co o tym myślę, bo program na szczęście był na żywo.  Dlaczego zabójcy Ks. Popiełuszki mogą liczyć na większą ochronę niż niewinne dzieci? Bo się nie upomną?



Chrabota pisze: "Dzięki aktywności twórczej dziennikarki Wiadomości TVP Agaty Dzikowskiej, Polacy nie tylko dowiedzieli się o FAS, ale pozwolono im obejrzeć twarzyczki dzieci obdarowanych przez pijące mamy tym strasznym syndromem. Redaktor Dzikowska wyjaśniła „pod obrazki”, że maluchy z FAS uczą się źle, znamionuje je swoisty niedorozwój i nigdy nie osiągną poziomu umysłowego równolatków. Oczywiście twarzyczki pokazane były na tyle długo, że wszyscy je doskonale zapamiętaliśmy (teraz, gdy spotkamy je z opiekunami w sklepie, będzie można szybko je skojarzyć z FAS).”

Agata Dzikowska swoją przygodę z telewizją rozpoczęła dość wcześnie, bo już w liceum biegała do telewizji kablowej w Lubinie. W redakcji "Wiadomości" od września 2004r. Zadebiutowała w wydanich flash na początku października. Od listopada 2004 prowadzi wydania wcześniejsze. Jest także prowadzące reionalne "Fakty" na antenie TVP3 Wrocław. We Wrocławiu swoich sił próbowała najpierw w radiu „Klakson”, a potem w Polskim Radiu Wrocław.
(3) komentarzy / skomentuj

Poręba listy pisze 09-03-2008 10:19
W „Dużym formacie" (Gazeta Wyborcza) wywiad z Bohdanem Porębą, który żali się, że po upadku PZPR, PRL nie może zrobić filmu. Smutna lektura. Bo człowiek liczy, że z upływem czaseu ludzie się zmieniają. Potrafią spojrzeć na swoje życie krytycznie i powiedzieć - przepraszam. Ale Bohdan Poręba, nie jest zdolny do autorefleksji i stęka, pluje, wylewając swą żółć:

- Jak PiS doszedł do władzy, to pomyślałem - o, nastał mój czas. Wysłałem ten list, spowiedź życia. Otworzyłem się. Opisałem, jaka jest sytuacja człowieka skazanego na zapomnienie. Moich filmów i spektakli dla Teatru Telewizji nie powtarza się od lat, serial "Polonia Restituta" też trafił na półkę. Od czasu do czasu puszczają tylko "Hubala". Napisałem, że mam masę nowych pomysłów, gotowe scenariusze. Wystarczyłby przecież jeden gest ze strony premiera, żeby namówić telewizję na realizację tych planów. No, ale PiS najwyraźniej też mnie nie chce. Nazwisko Poręba ma czarną legendę. I brakuje odważnego, który podałby mi rękę. Ale ja nigdy nie składam broni. Teraz napiszę do nowej władzy, do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego. Powiedział, że jego drzwi są dla filmowców zawsze otwarte. No to zobaczymy, czy Poręby też to dotyczy. A jak nie Zdrojewski, to następny, póki sił będę krzyczał i walczył o powrót do zawodu. Bo dlaczego mam być poza krwiobiegiem polskiej kultury?

Na szczęście Grzegorz Sroczyński, rozmówca Poręby, przypomina mu jak gnoił artystów myślących inaczej niż wyznaczała linia PZPR i MSW. Ale Poręba nie bije się w pierś. Nie mówi, przepraszam. Jest twardy tak jak mur na Rakowieckiej.

Stenogram z kolaudacji "Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego (1982), pierwszego filmu pokazującego stalinowskie przesłuchania. Bohaterkę graną przez Krystynę Jandę Poręba oceniał tak: "Na miłość boską, jakimż symbolem pokolenia akowskiego jest ta kurwa na ekranie, przepraszam bardzo?". A w kolaudacyjnym formularzu napisał : "Kategoria - czwarta, zasięg rozpowszechniania - nikt, festiwale - nie, jestem przeciwny ukazaniu się filmu".

Film "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Stanisława Barei (1977). Tym razem nie spodobała się mu świnia biegająca po ulicach Warszawy. Poręba: "Chodzi mi o tę świnię, z tego wynika, że wszystko jest ześwinione, łącznie z ludźmi, nie zgadzam się z tym". Pod względem ideowym - w skali od 1 do 25 - ocenił film na zero. Bareja potem przez rok musiał film przerabiać i kastrować pod dyktando cenzury.

Film "Hotel Palace" Ewy Kruk według opowiadania Stanisława Dygata (1977). Poręba: "Jeśli młody reżyser chce robić szmoncesy na temat narodu polskiego, to ja nie mogę tego znieść jako Polak". I zapowiedział Ewie Kruk proces za znieważanie narodu.

W 1980 roku razem z 43 filmowcami, dziennikarzami i aktywistami partyjnymi pisze Bohdan Poręba  apel do władz PRL o zaostrzenie polityki kulturalnej. Postuluje ograniczenie "masowego wystawiania sztuk takich jak Mrożek, Gombrowicz" i nagradzania filmów takich jak m.in. "Człowiek z marmuru" Wajdy. Nie podobał się im też Kabaret pod Egidą, gdyż "wyszydza podstawowe wartości socjalizmu i prowadzi nie przebierającą w środkach agitację antyradziecką".
(1) komentarzy / skomentuj

Motto filmu i książki "Zabić Papałę" 08-03-2008 23:25
Każda rzecz ma więcej niż jedną powierzchnię i wiele świateł i cieni.

Michel Eyquem de Montaigne


(0) komentarzy / skomentuj

Prawne wybiegi pedofila "Misiaczka" 06-03-2008 12:23
Niemożliwe, a jednak. Pedofilska strona "Małego Księcia" nadal działa. Autor tej strony ma się dobrze. Policja i prokuratura nadal ma problem z jego odnalezieniem. Pomimo, że kontaktował się z mediami. Pozostawiał ślady. Ten pedofil nie może anonimowo funkcjonować  w społeczeństwie. Twarz i personalia "Misiaczka" powinny wisieć w internecie zamiast jego pedofilskiej strony.


Poniżej fragment wywiadu z pedofilem ukrywającym się pod pseudonimem Misiaczek. Być może poda mnie do sądu za zamieszczenie tylko tego wycinka, dzięki czemu publicznie ujawni swoją tożsamość, bo jak uprzedza: " To jest materiał dla prasy. Wyrażam zgodę na rozpowszechnianie go pod warunkiem, że nie będzie skracany, zmieniany merytorycznie lub rozbudowywany bez mojej akceptacji i zostanie podane źródło - adres lub nazwa strony."

- "Czy usunie pan stronę z internetu, jeśli prawo w Polsce się zmieni i zabroni rozpowszechniania takich poglądów?

- Nie, ponieważ strona nie podlega polskiemu prawodawstwu. "Mały Książę" umieszczony jest na zagranicznym serwerze, na który pliki wgrywa (spoza terytorium Polski) obywatel innego państwa. Państwa, w którym wolność słowa nie jest fikcją. Od 1 sierpnia zawieszam aktualizowanie strony, więc nawet gdyby weszło w życie w Polsce drakońskie prawo skazujące za przekazywanie pocztą propedofilskich materiałów światopoglądowych, to nie muszę się go obawiać, ponieważ prawo nie może działać wstecz. Zawsze mogę też pojechać za granicę i przesłać pliki z zagranicznej kawiarenki internetowej. A gdybym chciał dalej prowadzić działalność z terytorium Polski i osobiście wgrywać pliki na serwer, to mogę przerobić stronę w taki sposób, by nie podpadała pod Kodeks Karny i równocześnie była tak samo zrozumiała dla odbiorców. Dziś będzie zakazane słowo "pedofilia", to pojawi się "childlover". Zakażą słowa "childlover", to pojawi się "kochający dzieci inaczej", etc. Pomysłowość ludzka zawsze będzie o jeden krok przed zmianami legislacyjnymi. Sugerowałbym raczej podjęcie społecznej dyskusji nad problemami, na które zwracam uwagę, a nie wysuwanie pomysłów ograniczania wolności słowa i praw człowieka. Tak to się zawsze zaczyna. Teraz zapiszą, że głoszenie poglądów pedofilskich jest zakazane, jutro dopiszą do tego poglądy antyklerykalne a pojutrze zakazana będzie krytyka władzy. Dzisiaj cenzura - jutro dyktatura."
(4) komentarzy / skomentuj

Marszałek Dorn reprezentuje republikę bananową Polska 05-03-2008 20:36

Ludwik Dorn na blogu wyjawia: "Przyjąłem darowiznę w postaci telewizora ciekłokrystalicznego firmy LG Electronics o wartości ok. 8500 zł. Wpisałem ją do rejestru korzyści, jak nakazuje mi prawo oraz zgłosiłem do opodatkowania.”

Uzasadnienia to:

„Skoro prezes LG podkreślał, jak bardzo mu zależy, by telewizor znalazł się w moim domu, to uchylenie się od przyjęcia prezentu najpewniej zostałoby bardzo źle odebrane. Po zastanowieniu zdecydowałem się złamać zasadę, by nie przyjmować drogich prezentów.”

PS. Cytaty z "Tygodnika Ciechanowskiego: "LG Elecstronics Mława (LGEMA) zatrudnia ochroniarzy. Kilku z nich stoi przed wejściem. To wyszkoleni, dobrze zbudowani mężczyźni ubrani po cywilnemu, każdy w bejsbolówce. Gdy przechodzi Koreańczyk, salutują mu. Był przypadek, że za odmowę złożenia honorów jeden z ochroniarzy, na oczach kolegów, dostał w twarz. Zwolnił się na własną prośbę.", "jedną z form oddawania hołdu koreańskiemu pracodawcy (Polacy na kierowniczych stanowiskach tego zaszczytu nie dostępują) jest ukłon. Ale nie byle jaki. Wymagane pochylenie to kąt 90°. Gdyby było to takie proste i oczywiste, pracownicy nie musieliby odbywać szkolenia. Jeden opowiada jak kiedyś pewien pracownik, który być może cierpiał na korzonki, a może po prostu się buntował, nie chciał wykonać pełnego ukłonu. Został powalony na ziemię przez kadrowicza", "Jak można się skarżyć w mieście z 26% bezrobociem? Wie pani, że na moje miejsce czeka 20 innych? A za co ja mam rodzinę utrzymać? Dobre tyle, co dają. Trzeba brać, nie dyskutować (~www.BlogMatriksa.blogspot.com)"


(0) komentarzy / skomentuj

Krótka pamięć 04-03-2008 03:25

Romuald Szeremietiew wytyka na swoim blogu krótką pamiec niektórym politykom: "W grudniu 1991 r. klub parlamentarny Konfederacji Polski Niepodległej wniósł pod obrady projekt ustawy o restytucji niepodległości (13 punkt porządku dziennego: Pierwsze czytanie , druk nr 15). W dyskusji poseł Kazimierz Michał Ujazdowski występujący w imieniu Unii Demokratycznej (był wówczas członkiem UD) mówił:„Panie Marszałku! Wysoka Izbo! W chwili obecnej Polska jest krajem niepodległym .... Nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, aby w trybie ustawowym potwierdzić odzyskanie niepodległości, potwierdzić, a nie restytuować, bo w trybie ustawowym nie odzyskuje się niepodległości.” ...Projekt Konfederacji Polski Niepodległej mówi o przestępstwach związanych z funkcjonowaniem systemu komunistycznego. ... Unia Demokratyczna opowiada się za tym, aby sprawcy tych przestępstw podlegali indywidualnej odpowiedzialności na zasadach przewidzianych w kodeksie karnym. Natomiast jesteśmy zdecydowanie przeciwni tym wszystkim zabiegom dokonywanym na przepisach prawno karnych, zabiegom przeczącym standardom prawno karnym i wymogom prawa międzynarodowego, które oznaczają przesunięcie terminu przedawnienia w stosunku do paru przestępstw, rozszerzenie kategorii przestępstw, których nie obejmują mechanizmy instytucji przedawnienia. ...Projekt Konfederacji Polski Niepodległej proponuje zasadę powszechnej weryfikacji. Owa powszechna weryfikacja ma się odnosić nie tylko do osób zatrudnionych w organach bezpieczeństwa, ale także do sędziów, prokuratorów, a nawet adwokatów.... Unia Demokratyczna nie zgadza się z tą zasadą ... Nie wiadomo też, dlaczego projekt KPN zmierza do przeprowadzania weryfikacji sędziów. Sądownictwo polskie w ciągu ostatnich 2 lat uległo zasadniczym zmianom. Znam bardzo wielu sędziów w moim wieku, sędziów młodych, którzy nie mogą w żaden sposób ponosić odpowiedzialności za system komunistyczny. Zresztą złem nie była i nie jest przynależność do korporacji sędziowskiej. Problemem sądownictwa jest obecność w nim dosłownie kilkudziesięciu sędziów, którzy sprzeniewierzyli się zasadzie niezawisłości. Problemu tego nie można jednak rozstrzygać na zasadzie niezgodnej z rządami prawa, na zasadzie decyzji politycznej, decyzji weryfikacyjnej. Problem ten można rozwiązać na gruncie nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych.


Po Ujazdowskim w imieniu klubu PC przemawiał Jarosław Kaczyński. Odrzucił projekt ustawy. Powiedział:  „Podzielamy tutaj opinie wyrażone w szczególności przez przedstawicieli: Klubu Parlamentarnego Unia Demokratyczna...”.


Po zakończeniu wystąpień klubowych wicemarszałek Andrzej Kern zarządził głosowanie i ogłosił wynik: „Stwierdzam, że 207 głosami przeciwko 77, przy 36 posłach wstrzymujących się od głosowania, Sejm odrzucił projekt ustawy.”


Za odrzuceniem projektu ustawy w pierwszym czytaniu, czyli bez przekazania projektu do komisji głosowały kluby Unii Demokratycznej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Klubu Liberalno-Demokratycznego, Klubu ˝Solidarność Pracy˝, Klubu ˝Chrześcijańska Demokracja˝, Unii Polityki Realnej, Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. Wśród posłów odrzucających projekt ustawy byli nie tylko Kaczyński i Ujazdowski, także Antoni Macierewicz (ZChN) i Jan Olszewski (PC)."

http://szeremietiew.blox.pl/2008/02/Memento.html

(0) komentarzy / skomentuj

Gorzeliński i Kasprów ścigają tajne konta 03-03-2008 18:04

"Za Odrą służby specjalne za walizkę dolarów kupiły od Heinricha Kielera (byłego pracownika banku LGT) płytkę CD zawierającą dane 1400 osób posiadających konta w alpejskim raju podatkowym. Niemcy liczą na odzyskanie kilku miliardów dolarów niezapłaconych podatków. Do Niemców po dane zgłosiła się już Wielka Brytania, która zapłaciła 100 000 funtów za dane dotyczące ich obywateli. Ponoć zgłosiła się już Nigeria licząc na odzyskanie ponad 200 mln dolarów. Przedstawiciele innych państw na publicznych konferencjach informują, kiedy otrzymają dane dotyczące ich obywateli od niemieckiej prokuratury(...)

Gdyby przypadkiem jakiegoś asa wywiadu bądź prokuratora interesowała zawartość płyty podpowiadamy, że nie trzeba organizować w tej sprawie specjalnej akcji w stylu Jamesa Bonda. Wystarczy zadzwonić do prokuratora Hansa-Ulricha Kruecka z Bochum. Dla ułatwienia podajemy numer telefonu 0234 / 967 -2587"


http://blog.marazm.pl
(0) komentarzy / skomentuj

Wyrzucony na bruk za autorskie teksty, wcześniej odrzucone przez dziennik Polska 28-02-2008 19:11

Sms od dziennikarza Piotra Sieńki: „Na moje pismo (treść pisma poniżej – od aut.) z żądaniem wyjaśnienia dostałem wypowiedzenie. Powód? Utrata zaufania i publikowanie tekstów autorskich na mojej stronie. Zdaniem „Polski” było to działanie konkurencyjne wobec wydawnictwa. Niezłe :) Prywatne archiwum internetowe konkurencją dla ogólnopolskiego dziennika o sprzedaży 400 tys.”

Piotr Sieńko na swojej internetowej stronie - sienko.org zamiesił trzy autorskie teksty „Podejrzane transfery Bumaru,” „Skarb państwa kontra urzędnicy oraz ich fałszywe zeznania w prokuraturze”, „Rosyjska mafia przejmie kontrolę nad kolebką „Solidarności”?”. Każdy z tych tekstów nie został dopuszczony przez redakcję do druku, dopiero wówczas Sieńko umieszczał je na swojej internetowej stronie.


Pismo Piotra Sieńki do Redaktora Naczelnego dziennika „Polska”, po którym zamiast odpowiedzi otrzymał wypowiedzienie umowy o pracę:

„W związku z powzięciem informacji, jakoby redaktor naczelny oraz jego zastępca rozpowszechniali informacje, iż jestem powiązany ze światem przestępczym używając m.in. określeń: „masz kontakty z półświatkiem”; „masz z tym coś wspólnego”; (chodzi o udział w przestępstwie uszkodzenia mienia), zwracam się o natychmiastowe wyjaśnienie zaistniałej sytuacji i podjęcie stosownych kroków mających na celu wyeliminowanie tego typu bezpodstawnych insynuacji.

Od dłuższego czasu występują również inne działania i zachowania skierowane pod moim adresem, takie jak permanentne zaniżanie mojej przydatności zawodowej, poniżanie i ośmieszanie mojej osoby oraz uporczywe i ciągłe straszenie mnie zwolnieniem z pracy. Należy także nadmienić, iż podejmowane są działania wskazujące na dyskryminowanie mojej osoby, takie jak: utrudnianie mi wykonywania swoich obowiązków poprzez ciągłe krytykowanie wszelkich przejawów mojej aktywności zawodowej, ustne i pisemne groźby oraz pogróżki różnego rodzaju, unikanie merytorycznych rozmów na temat przygotowywanych przeze mnie materiałów, uniemożliwienie racjonalnego przedstawienia swoich racji poprzez lekceważący stosunek i niedawanie możliwości odezwania się na temat przygotowanych publikacji, oraz uniemożliwianie rozwoju zawodowego poprzez tamowanie wszelkich przejawów aktywności zawodowej wykraczających poza wykonywanie zadań zleconych w minimalnym zakresie (publikowanie wyłącznie krótkich tekstów informacyjnych, pozbawionych większego znaczenia dla czytelnika, z jednoczesną odmową publikacji materiałów, których ranga w sposób niekwestionowany przyczyniłaby się do wzrostu zainteresowania dziennikiem, co niewątpliwie miałoby swoje odzwierciedlenie w ilości sprzedanych egzemplarzy).

Wymienione powyżej sytuacje i zachowania powtarzają się wielokrotnie i trwają od dłuższego czasu, począwszy od końca października 2007 roku. Istnieje prawdopodobieństwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę groźby zwolnienia z pracy, iż zachowanie to ma na celu spowodowanie, abym wypowiedział umowę o pracę. Ponadto podważana jest moja wiedza i umiejętności. Działania te wskazują, iż ich celem jest wywołanie u mnie zaniżonej oceny przydatności zawodowej i pośrednio prowadzą do wyeliminowania mnie z zespołu współpracowników (wśród współpracowników panuje opinia, że przygotowywane przeze mnie publikacje są umyślnie blokowane przez kierownictwo redakcji, bez podania jakiegokolwiek powodu takich decyzji). 

W związku z powyższym, zwracam się o pisemne ustosunkowanie się do ww. stwierdzeń, natychmiastowe wyjaśnienie zaistniałej sytuacji, w tym spowodowania rzetelnego i merytorycznego rozpatrywania przygotowywanych przeze mnie materiałów oraz podjęcia stosownych kroków w celu unormowania stosunków w pracy i spowodowania zaprzestania tego typu działań i zachowań w przyszłości.”

(8) komentarzy / skomentuj

Chichot historii 27-02-2008 09:48

"Z mojej wiedzy wynika, że została wszczęta jakaś procedura operacyjna w stosunku do mnie i moich współpracowników. Odniosłem wrażenie, że jesteśmy obserwowani" - mówił tajemniczo Bogdan Święczkowski. Podkreślił jednak, że nie ma dowodów na to, że ktoś go śledzi. Ale zaraz dodał, że gdyby okazało się to prawdą, to byłoby to łamanie prawa.


(1) komentarzy / skomentuj

To nie Gadowski zamknął Dochnala 26-02-2008 01:20
Rozumiem ból Dochnala za skandaliczny czas aresztu, jaki doświadczył. Nie rozumiem jednak, dlaczego zamiast listy skorumpowanych polityków i korumpujących biznesmenów, słyszę o Witku Gadowskim. Bo to łatwiejszy cel? Polityków Dochnal się obawia.  To nie Gadowski przecież wsadził do aresztu Dochnala. Wolałbym posłuchać, jak korumpował polityków. Jak załatwiał prywatyzację? Ile kosztuje w Polsce sprywatyzowanie przedsiębiorstwa?

A nawet gdyby mu Gadowski poradził zostać świadkiem koronnym, to co w tym złego? Nie chce mi się jednak wierzyć , znając Gadowskiego,  że było to w konwencji szantażu i w to, że był wysłannikiem Ziobry.

Na marginesie Witek Gadowski, jak mi dzisiaj powiedział, rozmawiał z żoną Dochnala z innym dziennikarzem, więc ma świadka. Wówczas nie był w TVP, a pracował w TVN.

(6) komentarzy / skomentuj

Kaberet Wyrwigrosz staje się naparwdę śmieszny 25-02-2008 11:38
Trudno nie przyznać racji Kabaretowi Wyrwigroszowi, że słusznie żąda poszanowania praw autorskich. Głupie są tłumaczenia, że każdy sobie może puścić „Donald  marzy”, wystarczy, że zapłaci za ZAiKS.

„Joachim Brudziński, przewodniczący zarządu PiS dla Gazety Wyborczej: - Wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Agencja, która organizowała nam medialną oprawę, zapłaci kabaretowi należne tantiemy.”

Jest jednak różnica między partyjnym zgromadzeniem a studniówką. To już nawet kwestia smaku.

Ale czytając wypowiedź  dla tejże samej Gazety Wyborczej kabareciarza Łukasza Rybarskiego trudno nie ujrzeć krokodylich łez i śmiesznego uzasadnienia swego kabaretowego dziewictwa:

- Od dziś nie jesteśmy już bezpartyjnym kabaretem. Teraz będziemy kojarzeni z PiS. Internauci już nazywają nas "PiS-owskimi szmatami". A przecież ta piosenka nie jest przeciwko komuś, nie jest za kimś, jest o polskim bałaganie. My nie sympatyzujemy z partiami politycznymi, zwłaszcza z PiS, jesteśmy normalni.

http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4959233.html
(9) komentarzy / skomentuj

Internet po wietnamsku 24-02-2008 11:27
Wszystkie wietnamskie media są kontrolowane przez rząd lub Wietnamską Partię Komunistyczną. Sankcje karne grożą za publikacje, umieszczenie na stronach internetowych i używanie Internetu, które rozpowszechnia informacje wymierzone przeciw władzom, zagrażające bezpieczeństwu państwa i ujawniające tajemnice państwowe.

Serwisy internetowe dostawców z zagranicy (ISP) są zakazane. Właściciele kawiarenek internetowych są zobowiązani do spisywania danych osobowych i numeru dokumentu ze zdjęciem swoich klientów. Dane te są przekazywane wietnamskim ISP. Te zaś mają obowiązek instalowania urządzenia monitorującego i identyfikującego użytkownika internetu i jego pracy w internecie oraz przechowywania tych informacji przez rok. Rząd kontroluje działania w Internecie, blokuje strony internetowe, zawierające treści dotyczące praw człowieka, wolności religijnych, ugrupowań demokratycznych, niezależnych mediów. Właściciele stron muszą uzyskać rządowe zezwolenie na daną publikację.

Raport Human Rights Watch o Wietnamie. Przekład: Ton Van Anh, Robert Krzysztoń
http://www.prawica.net/node/1059
(1) komentarzy / skomentuj

Po czyjej stronie jest prezes PZU? 24-02-2008 10:49
Gazeta Finansowa, Eliza Snowacka: "PZU skierowało zawiadomienia o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na zawieraniu niekorzystnych dla PZU umów z firmą McKinsey. Z dokumentów wynika, że latach 1999–2006 z PZU do McKinsey’a trafiło 107,336 mln zł. Do innej firmy doradczej – Boston Consulting Group (BCG) w latach 2003–2006 trafiło przynajmniej około 5 mln zł (m.in. umowa z 5 maja 2006 r., na 1,3 mln zł, umowa z 30 września 2005 r. na 1,1 mln zł, umowa z 2 maja 2004 r. na 2,7 mln zł). Co charakterystyczne, zlecenia dla BCG powtarzały to, co wcześniej robił McKinsey. Na przykład podpisano z BCG umowę „w ramach projektu Centrum Likwidacji Szkód w PZU SA” (za 1,8 mln zł). Tymczasem ekspertyzy dotyczące sprzedaży i likwidacji szkód wykonała już dla PZU ponad dwa lata temu firma McKinsey(...)

Co jednak ciekawe, obecny prezes PZU – Andrzej Klesyk, zanim objął funkcję prezesa PZU w latach 1993–2000 był pracownikiem londyńskiego oddziału McKinsey&Company, a w latach 2003–2007 był partnerem w The Boston Consulting Group w Warszawie. Przedstawia się także jako współtwórca Handlobanku (detalicznej części Banku Handlowego), który miał tworzyć na zlecenie Cezarego Stypułkowskiego – od maja 2003 r. do czerwca 2006 r. prezesa PZU SA. Właśnie Stypułkowski zaczął zamawiać usługi w Boston Consulting. Klesyk po objęciu stanowiska w PZU na członka zarządu i wiceprezesa wybrał Witolda Jaworskiego, który przez cztery lata pracował jako konsultant dla McKinsey’a.

Czy zatem, będąc dawnym pracownikiem obu firm, które zarabiały w podejrzany sposób na umowach z PZU, Klesyk powinien zarządzać PZU? Pytanie, czy w interesie nowego zarządu jest pomaganie w śledztwie, dotyczącym wyprowadzania pieniędzy z McKinsey’a?

Rzeczpospolita, Piotr Nisztor:" Klesyk przez siedem lat pracował w londyńskim oddziale McKinseya. – Wówczas nie miałem żadnej styczności z PZU – zaznacza. Przyznaje jednak, że od 2003 roku po przejściu do BCG zajmował się tam bezpośrednio projektami PZU. – We wszystkich miałem większy lub mniejszy udział – mówi.

W realizacji umów z PZU z ramienia McKinseya brał natomiast udział Witold Jaworski, obecnie wiceprezes PZU. Potwierdza to Klesyk, zastrzegając, że z samym podpisywaniem umów Jaworski nie miał nic wspólnego. – Był analitykiem i konsultantem dopiero rozpoczynającym karierę – wyjaśnia prezes PZU. Jaworski pracował w McKinseyu przez cztery lata.

Andrzej Klesyk zapewnia, że będzie współpracował ze śledczymi. – Ze względu na normalne standardy korporacyjne ten zarząd nie może sobie pozwolić na wycofanie wniosku z prokuratury – zaznacza prezes PZU. Do śledztwa podchodzi jednak sceptycznie. – Trudno mi sobie wyobrazić, aby duże, uznane międzynarodowe firmy wchodziły w jakieś kryminalne układy – mówi."

http://www.gazetafinansowa.pl/?d=kraj&id=1598
http://www.rp.pl/artykul/92106,95347.html
http://www.pzu.pl/?nodeid=97
(2) komentarzy / skomentuj

Wcześniej YouTube cenzuruje, teraz oskarża prokuratura 23-02-2008 02:44
Lew Ponomariew , jeden z obrońców praw człowieka w Rosji, dzięki któremu świat mógł m.in. obejrzeć  zdjęcia z brutalnej akcji OMONu  w więzieniu w Jekaterinburgu, po swojej ostatniej podróży  po Stanach Zjednoczonych, gdzie opowiadał o torturach i nadużyciach w rosyjskich aresztach i więzieniach, został pobawiony wyjazdu z kraju. Wszczęto wobec niego śledztwo, oskarżając o popełnianie oszczerstwa przeciwko Federacji Rosyjskiej.

(0) komentarzy / skomentuj

Kolejny autorski tekst Sieńki 22-02-2008 12:53
To już zaczyna być tradycja. Piotr Sieńko, dziennikarz gazety Polska, zamieszcza na swojej internetowej stronie kolejny autorski tekst, tym razem poświęcony Bumarowi:

"Sprawdziliśmy Subci Ltd., której siedziba w owym czasie mieściła się w samym sercu Londynu przy ul. Whitfield 45-51 w City of Westminster, kilka przecznic od polskiego konsulatu. Okazuje się, że w chwili zawierania umowy konsultacyjnej firma o takiej nazwie w ogóle w brytyjskich rejestrach nie istniała. W angielskim sądzie rejestrowym w Cardiff zgłoszono ją dopiero dwa miesiące po podpisaniu umowy z Bumarem i, jak się również okazało, po wykonaniu rzekomej usługi, czyli konsultacjach! Jedyny ślad jaki pozostał w dokumentach Bumaru po przeprowadzonych konsultacjach, to faktury wystawione przez Subci Ltd.

Ile na tym zarobiła Subci Ltd.? Przykładowo, za konsultacje między 25 a 30 sierpnia oraz między 10 a 15 września 2001 r. Bumar przelał na rachunek londyńskiej firmy 80 tys. Euro. Jednak w tytule przelewu nie wpisano konsultacji. Co zatem?
- Tytułem płatności dla Subci Ltd. była prowizja agencyjna – ujawnił nam pracownik pionu księgowego w Bumarze.
Polecenie przelewu, tak jak samą umowę, podpisał ówczesny prezes Bumaru Roman Baczyński, dziś doradca zarządu tej firmy i pretendent do fotela prezesa, na wyłonienie którego ogłoszono niedawno konkurs.
Współpraca obu firm układała się wyjątkowo dobrze. Bumar „konsultował się” z Subci jeszcze przez wiele lat i to w różnych sprawach, m.in. dotyczących kontraktów zbrojeniowych (!) z Azji i Bliskiego Wschodu. Wszystko skończyło się wraz z odejściem prezesa Baczyńskiego.
Chcieliśmy dowiedzieć się, dlaczego pomoc Subci Ltd. w negocjacjach Bumaru była dla tej firmy tak niezbędna i po co w ogóle przy podpisywaniu umowy handlowej między dwoma warszawskimi firmami potrzebny był konsultant z Wielkiej Brytanii? Postanowiliśmy dowiedzieć się u źródła na czym polegały konsultacje. Jednak okazało się, że poza wpisem do rejestru Subci nie prowadzi żadnej działalności.
- Zanim powstała Subci Ltd., była to zwykła działalność gospodarcza o nazwie Simpart Nr. 238 Ltd. założona przez jedną z londyńskich kancelarii na sprzedaż. Jej kapitał początkowy wynosił 100 funtów – mówi Mark Leapman, londyński prywatny detektyw, którego poprosiliśmy o pomoc w tej sprawie. – Od czasu powstania, Subci Ltd. kilkakrotnie zawieszała swoje funkcjonowanie. Ostatni wpis do rejestru z 10 października 2007 r. mówi, że jej wartość wynosi 2 funty. Jej współwłaścicielami jest nadal dwóch prawników – dodaje.
Z Michaelem Simkinsem i Ianem W. Burlinghamem, na których zarejestrowana jest Subci Ltd. próbowaliśmy się skontaktować – bezskutecznie. Dlaczego były już dziś prezes Bumaru podpisał umowę na konsultacje z nieistniejącą spółką? Jakie usługi wykonali jej pracownicy, jeśli w ogóle takowi byli, dla zbrojeniowego potentata z Polski? Na te i kilka podobnych pytań nie uzyskaliśmy odpowiedzi, tak od Bumaru, jaki i z nadzorujących go resortów Ministerstwa Skarbu Państwa i Gospodarki. Porozmawiać za to udało się nam z Romanem Baczyńskim, który jest w Indiach i jako doradca Bumaru pomaga właśnie szefom tej firmy w negocjacjach nad kolejnym kontraktem. Roman Baczyński zasłaniał się niepamięcią w rozmowie z nami. Potwierdził jednak, że umowy z Subci Ltd. były zawierane i jak twierdzi, były one koniecznością. Powiedział jednak, że był tylko ich sygnatariuszem, a przygotowanie ich leżało w gestii Sławomira Smolińskiego jednego z dyrektorów biur mu podległych. Skontaktowaliśmy się z dyrektorem Smolińskim.
- To tajemnice handlowe firmy, o których rozmawiać nie mogę, gdyż nie jestem do tego upoważniony – stwierdził dyrektor.
Odesłał nas do rzecznika. Ten nie raczył nam jednak odpowiedzieć na uprzednio wysłane pytania."

http://www.sienko.org/index.php?p=art&id=184
(0) komentarzy / skomentuj

Pauczajaca lektura dla nawiedzonych lustratorów: Jak podpisałem współpracę. 22-02-2008 02:34
czwartek, 26 stycznia 2006
jak podpisałem współpracę
Original Message -----
From: Jerzy Prus
To: kulturzentrum1-owner@yahoogroups.de
Sent: Wednesday, January 25, 2006 10:36 PM

Spowiedź po latach
Wersja pierwsza z własnej pamięci
 
Wydarzenia ze stycznia 1982 r. – są dwie wersje. Mnie jest dostępna jedna, tylko moja pamięć coraz bardziej dziurawa – mijają 24 lata, mija 17 lat wolnej Polski, która nie potrafi się uporać z przeszłością. Przeciwko mnie jak 24 lata temu jest ubecja i jej archiwum. Nie porównam tego, bo nie mam statusu pokrzywdzonego, ale prawodawca zapomniał o czymś istotnym, że krzywda nie dopytuje się o status, krzywda po prostu jest.


Pierwsza rewizja na Kinowej zwanej także Waszyngtona, cztery pokoje, cztery maszyny do pisania, z trzech biorą próbki, z czwartej tylko częściowo bo układ czcionki inny i ubek nie może napisać wymaganego zdania. Na szczęście nie konfiskują. Póżniej się dopytują o jedną z nie, mówię: „sprzedałem i nie wiem komu, dałem ogłosznie na przystanku tramwajowym, chyba jeszcze wisi”. „Na którym?” „Tym najbliższym mnie, na Waszyngtona”. Ogłoszenie rzeczywiście wywiesiłem i sprawdzałem, by wisiało, jak ktoś się zgłaszał mówiłem, że sprzedana, maszyny poszły do kolegów z Mazowsza.

Druga rewizja w domu na Ożarowskiej, u rodziców. Czterech ubeków wrzuciło mnie do samochodu, na tylne siedzenie, jeden z lewej, drugi z prawej. Przywieżli do domu, kierowca chyba czekał w samochodzie. Rodzice otworzyli przestraszeni, zostali w przedpokoju. Ojciec niedowidzący, był po wylewie inwalidą I klasy, szepnął do Mamy „patrz by czegoś nie podrzucili”. Ubecy weszli do pokoju. Mama stanęła w drzwiach. Jeden z ubeków wydał okrzyk: „tu jest cała biblioteka, tyle książek, pierwsze widzę”. Książek było rzeczywiście wiele, trzy regały pod sufit, książki w podwójnych rzędach i wiele pryzm stojących przed regałam. Dużo bibuły. To wszystko sprzed 13 grudnia – powiedział jeden po przeglądaniu jedenj ze stret. „Co pan zbiera to?” – „Jestem historykiem.” – „Lepiej jakby to pan wyrzucił, bo jak przyjdziemy następnym razem to zabierzemy”. O tego jeszcze nie widziałem – mówi ubek biorąc książkę chyba o reformach gospodarczych Rafała Krawczyka. „Niech pan weźmie, ciekawe” - mówię. „Możemy tylko skonfiskować” – dodaje nadzorca ubeków. I skonfiskowali kilka książek niezależnych, w tym Krawczyka. „No to gdzie są obecne wydawnictwa?” - pyta się ubek. „Nie ma” – odpowiadam. „Jak znajdziemy - będzie źle”. „Szukajcie”. Rozglądają się, jeden bierze, coś przerzuca, odkłada. Trwa to z pół godziny, za dużymi pryzmami regał, na regale Piłsudski na szczęście bez  tytułu na grzbiecie, nad nim dzieła Stalina, obok pełny Marks i pełny Lenin, ponad 40 tomów w ciężkiej oprawie, na najwyższej półce. „O Lenina pan też czyta? Na pewno coś ukrył Pan za Leninem” i drapie się opierając się o mało stabilną pryzmę bibuły. „Niech pan uważa, bo półka może spaść na głowę”. „A co pan myśli, że ja nie wiem jak po książkę sięgnąć”. „Ja tylko ostrzegam”. Gramoli się, chwycił jeden tom Lenina, reszta Lenina, 39 tomów, zwaliło mu się na głowę. Usiadł w fotelu, trzyma się za głowę, na pocieszenie dałem mu „Playboya”, więcej już nie szukał. Koledzy mu współczuli, bo trochę ubek oberwał, „oberwałeś od samego Lenina, czuj się wyróżniony” zażartował jeden. Główny ubek zgromił żartownisia wzrokiem.

Pierwszy dzień na Mostowie, chyba 20 stycznia 1982 r. Trzecia rewizja osobista, łącznie z wsadzeniem palca w dupę,  przemacaniu całej odzieży w poszukiwaniu grafitu, odbraniu Biblii, poczem wrzucili do celi. Pogaduszki z więżniami. Jak historyk, to się nawet ucieszyli, będzie się można coś dowiedzieć. Zrobiłem wykład o Powstaniu Listopadowym i jak zbudowano Cytadelę, obiecałem następny o represjach popowstaniowych, „o to będzie jeszcze ciekawsze” – mówi jeden . Rano wcześnie pobudka. Po śniadaniu przynieśli gazetę. Najstarszy więzień odebrał „Żołnierza Wolności”, starannie złożył w ósemkę, bez zytania podarł, położył przy kiblu. Za jakiś czas wołają, że można z biblioteki wypożyczyć książkę. Poszedłem, skansen stalinowski, książki o Dzierżyńskim jako bohaterze i Pawce Morozowie, jedyna książka zachodnia, to wspomnienia Eleonory Roosevelt wydanie jeszcze z lat 40-tych. Wzywają na przesłuchanie. Oficer młodszy, aktywniejszy „Kaczanowski” zauważyłem że tak się podpisał na kwstionariuszu jakimś, był dobrym ubekiem, zły, starszy, stał obok, on to co jakiś czas straszył i machał mi pieścią przed nosem.

Daję im punkt przerwagi czyli jak podpisałem współpracę. Ojciec mnie ostrzegał, że jak cię złapią ugnij się, bo cię zgnoją. Wtedy mi po raz pierwszy opowiedział o zamordowanym bracie w 1947 r., był za Mikoiłajczykiem, rodzina dostała go  zalutowanej trumnie. Byłem głupi, że się dałem złapać, dozorca mnie przestrzegał wiele razy, że byli, że dopytywali się o mnie, często kluczyłem, okna zwyczajowo zasłonięte, by nbie było wiadmo czy jest ktoś, czy nie. Często także poza domem. W końcu złapali. Postawili wybór: albo pan podpisuje, albo idzie do więzienia, albo internat, albo one-way-ticket. Mówię że po 13 grudnia nie działam, a więc to wszystko jest zbyteczne, a ponadto i tak nie z „Solidarnością” nie da rady wygrać, bo to statystycznie nieprawdopodobne. Strzygą uszami, dopytują się, mówię, że tu działa prawo wielkich liczb. Ale my nie jesteśmy przeciwko „Solidarności”, my tylko chcemy by nie była przeciwko sojuszom – tłumaczą ubecy. My chcemy odbudować „Solidarność” ale bez awanturników i szpiegów z Zachodu. Ubecy stawiają sprawę ostro ... podpisze pan, wychodzi pan na wolność, nie – do więżienia (lub jak wcześniej), a będzie pan podskakiwał wymyślimy jeszcze coś lepszego. I niech pan nie próbuje nas oszukać, bo widzi pan że wszystko o panu wiemy, recytuje. Chwalą się ile wiedzą, nie przerywam, wiedzą dużo, ale i z błędami, liczę te błędy, i każdy następny ich błąd jest moją nadzieją. W ciągu ok. 10 minut naliczyłem ich 18. Potym kazali napisać życiorys. Pisząc zastanawiałem się czy wcześniejsza recytacja nie była po to bym napisał to co wyrecytowali. Lepiej dać to niż cokolwiek innego, życiorys składał się z ogólników i tego czym się chwalili.

Pytają się o „Wiadomości Dnia”. „Co wiedziałem, to napisałem.” -  „A skąd pan wiedział?” -  „Jak to skąd? Z gazet, z radia ...” – „... zapewne Wolna Europa, co?” –  „...szukałem prawdy i jak oceniałem, że to prawda, to drukowałem” –  „... i tak bez zezwolenia cenzury?” – „... nie słyszałem by cenzura się dopominła o cenzurowanie.” – „A skąd ten maniakalny antykomunizm, zapewne Macierewicz kazał panu tak pisać?” – „Nic nie kazał, dlaczego miałby mi kazać, a poza za tym gdzie pan tam widzi antykomunizm? Przynosił teksty ciekawe, drukowałem.” – „Niech pan scharakteryzuje swą redakcję. Dlaczego mą? Ja z redakcją się rozstałem wiele miesięcy temu, czas szybko biegnie, ludzi było wiele, już mi nic w głowie istotnego nie tkwi o „Wiadomościach Dnia”, a ponadto definitywnie  się z tą grupą rozstałem.”  „No dobrze, a ten Dorn, przecież pan ciągle jego analizy socjologiczne zamieszczał?” - „Przyzna pan – mówię do ubeka - że ciekawe, ale ja jestem historyk, na socjologii się nie znam...” – „...na czym się jeszcze pan nie zna?” drwi ubek „będzie pan idiotę udwał, że nie wie, co dobre, a co antykomunistyczne, i takie antykomunistyczne opinie pan drukował za tym Dornem” - ”...a czy to jego wina, że takie były opinie związkowców?”. „No tak i to wszystko bez cenzury, to było przestępstwo”. „Wydaj mi się, że przestępstwem to dopiero mogłoby być po 13 grudnia”. „No dobrze, zostawmy to, to było przed 13 grudnia, wiemy, że pan Dorna widział przed Sylwestrem?”. „Myli się pan, ostatni raz w Mazowszu, długo przed stanem wojennym ...” – „...i co mówił?” – „nie nie mówił, spieszył się ...” – „...a gdzie się tak spieszył?” – „wydaje mi się, że szedł na drugie piętro?” – „Pytam się do kogo, a nie gdzie?” – „O przepraszam, nie zrozumiałem pytania, muszę pana rozczarować, niestety nie pobiegłem za nim, co chyba jest naturalne?” – „Pan tu sobie żarty robi, a to się może źle dla pana skończyć, rozmowny to pan nie jest ...” – „ ...a o czym tu mówić, że się ktoś spieszy i nie wiadomo gdzie?” – „no tak, to do Dorna podobne” – wzdycha ubek.  Dla Czytelnika drobne wyjaśnienie, w „Wiadomościach Dnia” Ludwik Dorn z Ośrodka Badań Społecznych NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze (kierował tym ośrodkiem Antoni Macierewicz i Rada Programowa) przedstawiał systematyczne i niezależne badania opinii publicznej, było to coś nowego w dziejach komuny, że ktoś niezależnie robi takie badania i okazuje się, że ludzie nie są tak zachwyceni władzą jakby ta chciała.
02:14, kultur , Jerzy Prus, New Jersey - agent Służby Bezpieczeństwa
Link Dodaj komentarz »
my też pracujemy dla Ojczyzny i pieniądze bierzemy

„No dobrze, pracował pan w Biurze Informacyjnym? Co by pan o nim powiedział.” – „Nic.” – „Jak to nic?” – „Nic, po prostu, ledwo co wszedłem, nic nie zdążyłem poznać.” - „Ale Niezgodzkiego pan znał, przecież był szefem Biura Informacyjnego i współwydawcą „Wiadomości Dnia” ...” – „znać znałem, ale był tak zajęty, że to było tytularne, a nie rzeczywiste”. Tak łatwo nie dali się zbyć, mówili, że Onyszkiewicz jest be, a Niezgodzki cacy, a w tym co mówili było powtórzenie rozmów jakie często były w Biurze Informacyjnym.

Wyjaśnienie dla Czytelnika: o Biuro trwał konflikt personalny między Januszem Onyszkiewiczem i Pawłem Niezgodzkim, który krystalizował się wokół tworzących się grup ideowych, lewicy laickiej z jednej strony, prawicy wielkształtnej z drugiej, wśród prawicy była grupa „prawdziwych Polaków”.  

Ponieważ wręcz cytowali wcześniejsze wypowiedzi, musieli się widocznie z podsłuchu na pamięć wyuczyć, przytakiwałem. Czasami wręcz wiernie powtarzali moje słowa. Jakbym był u Onyszkiewicza zapewne by mówili dobrze o nim, żle o Niezgodzkim - byle tylko zyskać przychylność. Pytam się, że jak zgadzają  się, że Niezgodzki jest dobry to zapewne widzieliby go jako szefa Biura Informacyjnego jak znowu będzie „Solidarność”. „To może być, a Pan byłby też przez nas wspierany, bo taki zdolny”, kadzą, kadzą, aż się odurzyć można było. Pomyślałem, że co za różnica czy Niezgodzki czy Onyszkiewicz, Biuro Informacyjne zdemolowali jak barbarzyńcy, teleksy porąbane, i na środku pokoju jeszcze nasrali, chociaż obok była ubikacja. Ale szkoda, że macie to wojsko słabo zdyscyplinowane? O czym pan mówi? No bo jak zajęliście Mazowsze, to wszystko już było wasze, a jak było wasze to po co jeszcze niszczyć było teleksy. „Skąd pan to wie?” – „Tak było w  „Żołnierzu Wolności”, co nie czytał pan?” -  „No tak, nie zauwżyłem, kiedy to było (tylko w mojej fantazji, ale nikt do niewiedzy nie chce się przyznać, a już szczególnie ubekowi nie wypadało), nie powinni ich niszczyć...” – mamrocze ubek, „... ale to nie pana sprawa”, dodaje znenerwowany.

Podpisałem, mówią, żebym scharakteryzował Dorna na piśmie, trzymam w ręku podpisaną lojalkę i „mówię, że nic nie będę więcej pisał ani podpisywał” – „to idzie pan do więzienia.” – „No to drę to co podpisałem” i szykuję się do podarcia. „Niech pan nie drze, niech pan to odda, nie będzie  pan musiał pisać, niech pan to odda.” Oddałem i właśnie z powodu tych dwu chwil słabości – za podpisanie i nie podarcie tego – czytają Państwo ten tekst, a ja ciągle się łamię czy nie trzeba było iść do więzienia, wyjechać z Polski, iść do internatu, byłbym pod ich kontrolą, nie czepialiby się tyle ...

Odzyskali ten kawałek papieru, „Kaczanowski” mówi, że dziwi się mnie, że ja jako dobry Polak zadaję się z takimi Żydami jak Dorn, Naimski i Macierewicz, co to szkodzą Polsce. Pytam się go jak szkodzą, bo nie słyszałem. No bo za pieniądze żydowskie rozwalają państwo. Powiedziałem „uhuu ...” i pytam się: a Macierewicz też Żyd? A to pan nie wiedział? Nie, wydawało mi się, że to mądry Polak. Nie prosze, pana, Żyd na pewno - dodał ten starszy ubek pełniący rolę gorszego ubeka, i tak nienawidzi tego socjalizmu, który przecież dał nam wolność. Postrzymywałem się by śmiechem nie parsknąć, bo to mrożekowa sytuacja, by w Mostowie wyśpiewywać peany o wolności wobec uwięzionego.

Ubek wręcza mi kopertę, to dla pana. Biorę do ręki, czuję, że są tam pieniądze, nie pamiętam czy ją otworzyłem czy nie, na pewno nie przeliczałem. Zwracam ją, mówię – dziękuję, nie wezmę. Teraz nie powiem czy to Sławek mówił czy Andrzej, gdzieś padły słowa, że tam było 3000 zł. Ubek zaskoczony pyta się dlaczego. Przez głowę w ciągu sekundy burza: kuszenie św. Antoniego miesza się z klasyczną definicją zdrady: ... za pieniądze, gdybyś je wziął jedyne co by ci zostało, to gałąż Judasza. I ból, że ja im tego powiedzieć nie mogę, że muszę szybko, natychmiast znaleźć racjonalizację. Mówię, zgadzam się na współpracę z pobudek patriotycznych, ale dla Ojczyzny za pieniądze pracować nie będę ... My też pracujemy dla Ojczyzny i pieniądze bierzemy, co w tym złego?”. „Ale ja nie wezmę ...” – „No jak pan chce ...”

Wybrałem wolność, by opuszczając Mostowo mieć ostrą świadomość, że tylko idę do większej celi. Ale w tej większej celi czasami się można było ukryć, w mniejszej nie. W tej mniejszej każda rozmowa łatwo mogła być kontrolowana, w tej większej czasami miało się wrażenie, że można mówić. W tej mniejszej nie miałeś prawa przyjmowania gości, a tej większej ... długo by wyliczać, ale jedna i druga zaczynała upodabniać się. Tego samego dnia, w większej celi napisałem wiersz, że wolę być z Żydami niz z Polakami wysługującymi się Moskwie, przeczytałem ten wiersz Andrzejowi Grabowskiemu, „Szalony Jędruś”, redagował pismo „Cel”, bo mu się podobał i chciał publikować. Czy to zrobił nie wiem, bo „Cel” ukazujący się nieregularnie docierał do mnie jeszcze bardziej nieregularnie.

Na Kinową przyszli znajomi, chyba były imieniny. Ktoś puka, ubek, za rogiem widzę że stoi drugi. Trzymam drzwi nogą, on nogę w drzwi wstawia, mówi że musimy porozmawiać, mówię, że jestem zajęty i że go nie wpuszczę. No to wejdziemy siłą – mówi ubek. Ee tam siłą,  proszę bardzo, mam przedstawić? Ubek speszony – no, nie, niech się pan bawi spokojnie, ale niech pan obieca, że się z nami skontaktuje, chyba po tym było spotkanie w Lasku na Kole.

Wstępny wariant drugi: Andrzej Burghardt mówił, że w dokumencie jaki mu pokazywał Sławek Cenckiewicz było, że doniosłem, że będzie u mnie party przywódców „Solidarności”, przyszli i wyaresztowali, bodajże nawet podawali nazwiska aresztowanych. Sławek dokumentu mi nie pokazał, bo dokumenty widocznie nie są dla agentów, ale ma on problemy z odróżnieniem prawdy od fałszu, bo nie wie zbytnio jak odróżniać (zob. wywiad w „Najwyższym Czasie” nr 1 z 7 stycznia 2006, str.XXX, kol.3). Dodał Andrzej, że był podsłuch na Kinowej. Nie składałem im żadnego donosu o party u mnie, to brednia zupełna. Nie było u mnie żadnego spotkania przywódców podczas którego by przyszła ubecja i aresztowała.

Na Kinowej byli trzy razy, raz jak mnie aresztowali w styczniu 1982, drugi raz jak przerwali mi imieniny, co wyżej opisałem i trzeci raz pod moją nieobecność chyba w 1983 r., gdy pobili Bogusia, była wtedy czwarta rewizja, bibuły nie znaleźli, chociaż kipisz zrobili.

Piąta rewizja, dokładniej jej próba. Dokładnej daty nie pamiętam, ubecy przyszli na Ożarowską. Był tylko Ojciec. „Otwierać milicja, rewizja”. - „Jestem sam i inwalidą, nie otworzę” – „Wywalimy drzwi” – „Idę do okna i będę krzyczał, że napad” – „Niech pan otwiera musimy wręczyć wezwanie dla syna” – „Nie otworzę, a wezwanie włóżcie pod wycieraczkę” – „Nie możemy bo to dokument...” – „...tam jest bezpieczne miejsce” – „No dobrze, zostawiamy wezwanie dla syna po wycieraczką”. Wieczorem Ojciec mi to opowiada „po co ci to wszystko było synu?” – „Tato, tak trzeba...”. Nie chciałem iść, Ojciec mówi, że i tak cię dopadną, idż i uważaj. Poszedłem z Grażyną, przyjaciółką z Biura Informacyjnego, córką pułkownika ze sztabu generalnego (jego o ile pamiętam zwolniono). Córki się czepiano wiele razy, pytał się kiedyś Antoni o nią, bo czytał zeszyt jej ubeka, zbyłem go, nie chciałem o tym mówić ze względu na sprawy emocjonalne, nie drązył tematu. „Mów modlitwę do św. Bernarda, to pomaga” – powiedziała na pożegnanie, czekała z dwie godziny w samochodzie, modlilam się za ciebie, później jej opowiedziałem całość.

Ubek chce bym zidentyfikował tekst Uli Doroszewskiej, chcieliby bym zdradził wnuczkę Profesora, z którą prawie od samego początku pracowałem w „Wiadomościach Dnia”, chyba jedną z najbystrzejszych kobiet jakie spotkałem w życiu. Niedoczekanie wasze. Podtyka mi tekst, skserowany, powiększony. Biorę ten tekst i udaję, że czytam, ale nie czytam, zastanawiam się co mogę powiedzieć. Czasu na racjonalną decyzję jest mało, po pierwsze absolutnie nie mogę powiedzieć, że to jej tekst, po drugie muszę zlekceważyć to. No i co? - dopytuje się ubek. Nic nie zrozmumiałem, bo panowie nade mną stoicie. Dobrze, dobrze, niech pan czyta spokojnie, może kawy? Poproszę. Zawołali, przyniesiono. Znowu udaję, że czytam. No i co? To nie jest jej tekst. Dlaczego pan tak myśli? Tak mi się wydaje. Bo co styl inny czy co? Nie jestem specjalistą od analizy stylu, a poza tym nie rozumiem ani tego tekstu, ani tego, że tak niejasnym tekstem wy się zajmujecie i tracicie czas. Pan nie jest od pouczania nas na co mamy tracić czas – ostro rzuca tzw. złu ubek i wyrywa mi tekst. Więcej mi takich ekspertyz nie dawano.

Pytają się o Klub Służby Niepodległości. Mówię: a co w tym złego, przecież panowie też są na służbie - no tak...  - i też są za niepodległością – oczywiście, ale nie jesteśmy jak wy przeciwko sojuszom ... . Mówię, nie widziałem niczego co by wskazywało, że  jesteśmy przeciwko Moskwie, to jest raczej klub za Warszawą, panowie chyba też Warszawiacy? – niech pan przestanie z tą idoktrynacją, bo pan w ryja dostanie – ... proszę pana, przecież pan jest urzędnikiem państwowym, a ja obywatelem i od kiedy to urzędnik bije obywatela. Hmm, mruczy z wściekłości ubek, no dobrze, rozmawiajmy spokojnie.  No właśnie – mówię – myślę, że przesadzacie z tym twardym bezpieczeństwem – z jakim twardym? – no z takim, żeby ludzi bić czy też straszyć, lepsze jest bezpieczeństwo miękkie i jak ludzie mogą wybierać np. tak jak jest w Ameryce – co panu znowu z tą Ameryką? – a co panu przeszkadza? – nie nic, i co z tym bezpieczeństwem? – lepsze może byłoby miękkie np. gdyby ludzie finansowali lokalną milicję i milicja miałaby szacunek i obywatele większy – co pan głowę zawraca ...
02:13, kultur , Jerzy Prus, New Jersey - agent Służby Bezpieczeństwa
Link Komentarze (1) »
UB-eków zasadniczo nie ruszono

Pytają się o nazwiska. Mówię, że nie pamiętam, nie znam, że owszem rok temu chyba gdzieś go wiedziałem, widzą że kręcę, nawet tego zbytnio nie udaję, mówię, że więcej mówić nie będę, grożą więzieniem i pobiciem, mówię – trudno. Ku mojemu zaskoczeniu wypuszczają mnie żegnając groźbą, że jak znajdą coś na mnie, to w więzieniu spędzę wiele lat.

W Lasku na „Kole”. Było to latem, raczej 1982 niż 1983. Ubecy wydzwaniali, że chcą się spotkać, migałem się, w końcu przyjechali do mnie na Ożarowską. Tradycyjnie we dwóch. Musimy porozmawiać. Coś się pytali odpowiadałem, wedle standardu, po pierwsze nie wiem, po drugie pierwsze słyszę, po trzecie nie pamiętam, po czwarte „coś podobnego!” lub podobne zdziwienie. Poczem znowu od początku, czasami nieregularnie, bo regularność byłaby zbyt podejrzana. Ale schemat odpowiadania miałem przetrenowany. Jak się pytają, też się pytaj i odwracaj nie każde, ale ile można pytanie w pytanie. To już trenowałem z nimi i wywoływało ich wściekłość, po ataku wściekłości starałem się coś powiedzieć kojącego, ale nie merytorycznego. W Lasku na „Kole„ dodałem kolejny element: obsesję że jestem śledzony. Co się pan tak rozgląda? Bo się boję? Kogo się pan boi? Bezpieki. Nas się pan boi? Nie, bezpieki Solidarności, oni są wszędzie. Nie wiem czy to zapisali i jak w aktach, ale po tej inscenizacji dali mi spokój na dłuższy czas. Ocierałem się i mam tego świadomość o wariactwo, czasami najlepiej być wariatem.

Co do podsłuchu na Kinowej to lekko jestem tym zaskoczony, ale tylko lekko. Jak przesłuchiwali mnie na Mostowie, w pewnym momencie ubek siedzący za biurkiem otworzył szufladę i jakby coś włączył, lekko się uniosłem by coś dojrzeć, stojący za nim drugi ubek do mnie: niech pan siedzi. Często wpadałem do pracowni Michała Więckowskiego na wódkę, Michał na początek przypominał zasadę bhp „Panie pułkowniku nagrywa się?, bo zaczynamy pić”. Za jakiś czas wołamy „panie pułkowniku podrzućcie pół litra i jakąś zakąskę pod drzwi tak jak ostatnim razem”. Za jakiś czas wołamy, „wódka jest, a co zakąski zabrakło?”. Jeśli to nagrywali, to te fragmenty musiały sporą konfuzję robić wśród ubeków czy rzeczywiście który tej wódki nie podrzucił. Na plebani u św. Stanisława Kostki, gdzie redagowałem wraz z Anią Urbanowicz i Kasią Kętrzyńską „Informacje” od 19 paździenika do chyba 3 listopada 1984 (44 numery), pierwszy w stanie wojennym lub przybliżonym dziennik niezależny, który po tygodniu miał informacje prawie z całej Polski, w tamtym małym pokoiku podsłuch zainstalowano szybko. Został zidentyfikowany, nie wolno było w okolicy podsłuchu prowadzić rozmów istotnych, dla błahych było to miejsce wskazane.

O najważniejszych sprawach zasadniczo się nie mówiło, pisało się na kartkach i paliło się je, szło się na spacer. Tworzył się slang konspiracji, ale każdy slang można rozszyfrować. Slang był drugorzędny, tworzyły się nawyki zwierzęcia ściganego. Słynna była opowieść jak ubecy nie odstępowali na krok Zbyszka, nazwiska nie pamiętam. Wysiadł z autobusu na Ursynowie i brnie przez śnieg chyba z pół kilometra, ubecy za nim, okrążył samotnie stojące drzewo, powiedział „dzień dobry” mijanym ubekom i powrócił, ubecy zziajani za nim. Oglądanie się za siebie, zmiana kierunku, wyskakiwanie w ostatniej chwili z autobusu, widzenie w bliźnim nie człowieka, lecz ubeka – to były deformacje okresu nienormalności, okresu konspiracji. Gdzieś chyba w 1983 rozpoczęł się ruch antyalkoholowy, poszły ulotki z gębą Breżniewa mówiącego „Pij - będziesz czerwony”. Koniec z piciem – mówię do Michała, masz rację, poszedł do ks. Sikorskiego i zaprzysiągł abstynencję okresową. Póżniej przyszło nastawienie lekko antykonspiracyjne: konspiracja strasznie okalecza człowieka. Dyskutuję z przyjaciółmi, najwięcej z Michałem o tym. Zgadzamy się, nie można żyć w paranoi, trzeba żyć normalnie, konspirację ograniczać do tego, co potrzebne. To, co komuna najbardziej chciałaby zniszczyć to normalność, kraj był nienormalny i chcieli jeszcze żeby ludzie też byli nienormalni, pozbawieni racjonalizmu, wiary, tradycji, ufności i nadziei. Już łagodnieją, już rozglądają się, bo widzą że nie wygrają, musimy iść ostrzej, koniec z pogaduszkami z bezpieką, najwyżej zamkną, a oni już chcieliby wypuszczać bardziej niż zamykać, chociaż nie ma dnia by kogoś nie zamknęli. Zamykają, wypuszczają, ludzie opisują system opresji.

Naród żył w konspiracji, konspiracja schodziła do coraz młodszych roczników, rozchwytywany jest „Mały konspirator” i „Wielka gra”. Z początkiem 1985 r. wybrałem się do kuratorium, chciałem uczyć jako nauczyciel historii w liceum. Jak usłyszano, że pracowałem w Mazowszu panienka od razu powiedziała, że nie mam czego szukać. Schodzę po schodach, dogania mnie ta panienka i mówi, jak pan chce uczyć to jako historyka od razu pana wywalą, niech pan uczy polskiego i w podstawówce. Tak trafiłem do postawówki na Kole, uczyłem polskiego w VI-ej klasie. Kiedyś uczniowie wymalowali swastykę z sierpem półmetrowej wielkości na tablicy. Wchodzę do klasy i to widzę, nie patrzę na tablicę, sprawdzam listę, proszę o zapisanie tematu. Wtedy trzeba tablicę zetrzeć. W każdej chwili mogłaby wejść partyjna dyrektorka. Dyżurny powiada, że gąbki nie ma, no to zetrzyj bez niej, ściera powoli wszystko starannie omijając. Temat zapisany, był akurat romantyzm, pominąłem Mickiewicza, omawiam „Nowosilcowa w Wilnie” Lelewela jak carskie stupajki biły polską młodzież za przypomnienie Konstytucji 3 Maja. Dzwonek już się odezwał, a uczniowie otoczyli mnie i zadają ciągle pytania. Za jakiś czas po skończonej lekcji prawie cała klasa mnie odprowadza, idziemy przez Glinki, dopytują się o bibułę, znają wiele tytułów „Tygodnik Mazowsze”, „Tygodnik Wojenny”, „Wola”, „Wiadomości”. Innym razem dopytują się o Katyń. Jeszcze innym razem uczeń wyszedł do ubikacji i nie wraca, wrócił, pytam się co tak długo, a bo stałem na schodach i obserwowałem jak długo będzie dyrtektorka podsłuchiwała co pan mówi. To była VI-ta klasa, kiedyś miałem zastępstwo chyba w IX-ej, godzina wychowania obywatelskiego. Dyrektorka mówi, żebym im coś z historii opowiedział. Klasa z wyraźną rezerwą, nastrój całkowitego bojkotu nauczyciela. Mówię, że przypadkowo tu jestem, bo wyrzucili mnie z roboty, stała się cisza, słuchają. Pytam się czy coś wiedzą o Szarych Szeregach, mało. Mówię im o Alku, Rudym, Anodzie, „Kamieniach na Szaniec” i „Wielkiej Grze”.

Dla niektórych przeszłość jest monolityczna i wedle jednego schematu, jest to wygodna symplifikacja. Siłą „Solidarności” nie była tylko jej masowość,10 milionów, ale i wykorzystywanie różnych metod walki, ich rozmaitość była bardziej twórcza niż możliwości bezpieki, która nie nadążała. Przyjaciół miałem najbardziej ze szkoły – to dawne czasy, z konspiracji, do nich się mogę zawsze zwrócić, i z czasu obecnego, czasu ostrej próby.

Faktycznie nie wiele tych faktów co ostały się w pamięci, ale kac był i jest potężny. Podpisałem współpracę, ale jeśli diagnoza ks. Tischnera o pracy była zasadna, i polska praca była chora, to czy wspólpraca mogła być lepsza. Warto też sobie wyraźniej coś uzmysłowić: jestem w kategorii automatycznie potępionych i bez prawa obrony z tego co rozumiem, urzędnik coś mi powie, w końcu się zmęczy i najłatwieszy werdykt wyda, bo mu się myśleć nie chce, bo tak wygodnie. Tylko to jest ciągle totalitarna skamielina: automatyzm potępienia, faktyczna odmowa prawa do obrony, wyrok bez procesu sądowego. I jeszcze to bredzenie, że akta bezpieki są wiarygodne, tak – są wiarygodnym świadectwem upodlania ludzi, ale tylko w tym zakresie, o tym co było wielkiego i szlachetnego – nic nie powiedzą, bo tego się bali.

Łatwo jest mistyfikować przeszłość i całe odium zrzucić na współpracowników bezpieki ujętych formalnie i bez zróżnicowania. Doświadczenie mi mówiło, że kto wychodził ten często był złamany, ale bez tych złamanych i ich działań często będących odkupieniem słabości, do zrozumienia której też trzeba dojrzewać, nie byłoby nadłamania komuny i nieśmiałego wchodzenia w niepodległość. Ubeków zasadniczo nie ruszono, prawo o IPN to mieszanina postulatów ubecji i opozycji, a te tysiące, to bardzo skromne liczenie, którym dokopywano dokopuje się dalej. Domagam się sprawiedliwości od 1968 r. i idę od klęski do klęski ... ciągle pamiętając „być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo” ...

Jerzy Prus

21 stycznia 2006

PS. Copyright należy do mnie, wolno publikować z podaniem żródła i jedynie w całości.

 ----- Original Message -----

    From: SOWA
    To: kulturzentrum@yahoogroups.de ; kulturzentrum1@yahoogroups.de ; kulturzentrum_@yahoogroups.de ; sowa-frankfurt@yahoogroups.de
    Sent: Wednesday, January 25, 2006 5:46 AM
    Subject: [sowa] Euro-Ombudsman; Prof. Andrzej ZOLL i Centrum Praw Czlowieka w Oswiecimiu; Jerzy PRUS, New Jersey - byl kapusiem w SB;Mgr inz. Józef Bizon: Polsce potrzeba kontrrewolucji
    http://de.groups.yahoo.com/group/kulturzentrum1/message/49
Na zdjęciu:Jerzy Prus, Marian Golebiewski, Romuald Szeremietiew; New York, czerwiec 1987
(1) komentarzy / skomentuj

Nieudany atak Klicha na US193 21-02-2008 19:23
- Bogdan Klich pomylił porządek rzeczy - za bezpieczeństwo w kraju odpowiada MSWiA, a nie wojsko. Wojsko może jedynie pomagać - powiedział Aleksander Szczygło. Podniesienie stanu gotowości w polskim wojsku, w związku z zestrzeleniem amerykańskiego satelity, były szef MON ocenił jako zabawę Klicha w "Gwiezdne Wojny".

Słusznie. Kiedy minister obrony zwołał specjalną konferencję prasową, zastanawiałem się jak wygląda te podniesienie stanu gotowości? W Puławach żołnierze będą spać w mundurach? Wyda się im broń z ostrymi nabojami?

Co sobie wtedy pomyślał poborowy w Rawie Mazowieckiej o decyzji ministra? Kolejny durny rozkaz? Gdyby  Klich zapytał się szeregowego z Puław ten żołnierskimi słowami wyjaśniłby to czego minister chyba nie wie, że „nasze wojsko jest z krótkie”, by poradzić sobie z upadającym satelitą.  Nie ma czym go zestrzelić, a nasz myśliwiec F16 choćby nie wiem w jakiej był gotowości bojowej, nie przechwyci nawet kawałka satelity.

Chyba, że Bogdan Klich realizował tajną operację specjalną z pogranicza socjotechniki "Jak przekonać Polaków do tarczy antyrakietowej?", w której element wywołania niepokoju i strachu przed zagrożeniem z kosmosu miałby zapewnić przychylność społeczeństwa do umieszczenia u nas części systemu antyrakiertowego. Nie piszę tego poważnie, choć może powinienem. Oto Michał Rachoń, były rzecznik MSWiA, w swoim blogu zwraca uwagę, że


„Supermocarstwa prześcigają się ostatnio w działaniach rodem z rynku public relations” (…) Obiekt US193, który stał się bohaterem ostatnich doniesień wymknął się spod kontroli US Army ponad rok temu. Myślę, że warto zastanowić się nad terminem ujawnienia tej informacji. Warto również zastanowić się, dlaczego - chociaż satelity wszelkiej maści lataja nad naszymi głowami od lat, akurat dzisiaj, w kilka dni po nowych - starych rewelacjach Putina, okazuje się że Polska zagrożona jest akurat takim niebezpieczeństwem, jakie są w stanie zniszczyć istniejące dzisiaj instalacje tarczy przeciwrakietowej (…) Będzie to również celny PRowy strzał."

Tylko czemu tak głupio nabrały się na to niektóre media? Czyżby z braku newsu? Naprawdę odkąd nie ma konferencji Leppera i Giertycha tak jest ciężko z tematami w newsroomach?

http://www.michalrachon.salon24.pl/
(6) komentarzy / skomentuj

Pan Prezydent i ABW 21-02-2008 18:42
Robert Gwiazdowski w swoim bogu na prawica.net pisze:

"Zdaniem Pana Prezydenta, zgodnie z ustawą o ABW, Święczkowski miał obowiązek przekazać mu taką informację.

Więc sięgnijmy do ustawy z dnia 24 maja 2002 roku o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu. Jej art. 18 stanowi:

    „1. Szefowie Agencji, każdy w zakresie swojej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i Prezesowi Rady Ministrów informacje mogące mieć istotne znaczenie dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej Polskiej.

    2. Szefowie Agencji, każdy w zakresie swojej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej informacje, o których mowa w ust. 1, w każdym przypadku, kiedy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej tak zdecyduje.

    3. Jeżeli informacje, o których mowa w ust. 1, dotyczą spraw objętych zakresem działania właściwego ministra, Szef Agencji przekazuje je temu ministrowi, chyba że Prezes Rady Ministrów zdecyduje inaczej.”

Więc Pan Prezydent musiał uznać, że zamiar zatrzymania byłej poseł przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego stanowi „informację mogącą mieć istotne znaczenie dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej Polskiej”. No ale szkopuł w tym, że o zamiarze zatrzymania kogokolwiek decyduje (a przynajmniej teoretycznie powinien decydować – zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa) prokurator, a nie szef ABW. A tu się okazuje, że Prokurator, szef ABW i Prezydent RP nie mają nic lepszego do roboty tylko się spotykają i naradzają kogo zamknąć."

http://www.prawica.net/node/10601
(0) komentarzy / skomentuj

Prawa człowieka w rosyjskich więzieniach (cenzura YouTube) 21-02-2008 15:11
W grudniu 2007 roku na stronie internetowej Roberta Amsterdama zamieszczono fragment filmu z brutalnej akcji OMONU w rosyjskim więzieniu. Zdarzenia te ujrzały światło dzienne dzięki  jednemu z czołowych obrońców Rosji praw więźniów, doktora Lwa Ponomariewa . Nagranie wideo zostało zrobione w 2006 przez strażnika więziennego w więzieniu w Jekaterinburgu.

Dzisiaj nagranie wideo możemy oglądać dzięki Wrzucie.pl, bo serwis YouTube je zablokował.

(4) komentarzy / skomentuj

Szefowie służb obowiązkowo do psychiatry 20-02-2008 15:51
W jednego oficera rzucił krzesłem, w drugiego pilotem od telewizora, a w pracownicę sekretariatu ryzą papieru.  O wyzwiskach, ubliżaniu, nie musze wspominać. Jego ataki furii były tym bardziej niebezpieczne z uwagi na potężną posturę. O kim ta opowieść? O szefie służb specjalnych republiki bananowej? Nie. Tak zachowywał się jeden z byłych szefów polskich służb specjalnych.

Warto się poważanie zastanowić, czy osoby zajmujące kluczowe stanowiska, a szczególnie szefowie służb specjalnych i policji nie powinni podlegać obowiązkowym badaniom psychiatrycznym.

(5) komentarzy / skomentuj

Bezkarność sędziów 17-02-2008 01:25
Temida nie tylko jest ślepa. Potrafi być cyniczna w obronie swojej korporacji. Rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski w tekście "Sędziowie po ciemnej stronie mocy, opublikowanym na prawica.net, pisze:

"Niedawna decyzja sędziów Sądu Najwyższego o nieuchyleniu immunitetu emerytowanemu sędziemu z lat 80., któremu IPN chciał postawić zarzuty, jest bezpośrednią konsekwencją uchwały sędziów z 20 grudnia 2007 roku. Uchwała ta zwalnia z odpowiedzialności sędziów, którzy w grudniu 1981 roku stosowali dekret o stanie wojennym, wiedząc, że jest to dekret retroaktywny, czyli uznający za przestępstwa czyny – tj. działalność związkową – które w momencie ich popełnienia przestępstwami nie były. Uchwała została wpisana do księgi zasad prawnych. Formalnie oznacza tyle, że wszystkie inne składy sądzące są nią na przyszłość związane(...)

Tragicznym paradoksem tej sprawy jest zaś to, że sędziowie Sądu Najwyższego stwierdzili, iż sędziowie orzekający w stanie wojennym nie byli wówczas zwolnieni z obowiązku stosowania przepisów uznających za przestępstwa czyny, które w momencie ich popełnienia przestępstwami nie były. W stwierdzeniu tym zawarte jest domniemanie, że wręcz spoczywał na nich obowiązek stosowania tych przepisów.

Otóż jest wręcz odwrotnie: mieli obowiązek niestosowania czegoś, co prawem nie było. Narusza to bowiem podstawową zasadę prawa, a mianowicie nullum crimen sine lege poenali anteriori, czyli: nie ma przestępstwa bez ustawy obowiązującej w czasie jego popełnienia.

Jeśli uznamy, że sąd nie był zwolniony z obowiązku stosowania przepisów retroaktywnych (sic!), to tym samym godzimy się na to, że sędzia może orzekać na podstawie czegoś, co nie jest prawem. Warto też pamiętać, że na samym początku posługiwali się maszynopisami dostarczonymi przez posłańca, gdyż Dziennika Ustaw jeszcze nie było. Został wydrukowany – jak już wspominałem – 17 grudnia, a do niektórych miast dostarczano go dopiero w styczniu 1982 r.(...)

Ówcześni sędziowie powinni zaś zdawać sobie sprawę z tego, że nie kwestionując jego legalności, sami w tym zamachu stanu niejako uczestniczą. Stają się wykonawcami ustawowego bezprawia. Wykonawcami, którzy przechodząc na "stronę cienia", stracili prawo do nazywania ich sędziami."

http://www.prawica.net/node/10496
(0) komentarzy / skomentuj

Kto dowodzi "durniami"? 16-02-2008 11:59
Romuald Szeremietiew w swoim blogu pisze:

Wojsko Polskie nie ma szczęścia do reform i reformatorów. Zwykle aby coś zreformować, naprawić, trzeba się na tym znać. Raczej nie oczekujemy, że kowal naprawi nam zegarek. Ministrami obrony w kolejnych rządach byli m.in. doktor matematyki i z zamiłowania grotołaz, nauczyciel z seminarium duchownego i magister historii, bibliotekarz – niedawno ujawniony jako „współpracownik” SB , ekonomista, a w PRL zawodowy działacz młodzieżowy, prawnik podążający krok w krok za Lechem Kaczyńskim, inżynier rybołówstwa morskiego, był fizyk, wymieniony na tzw. liście Macierewicza jako TW...

http://szeremietiew.blox.pl/2008/02/Na-pochyle-drzewo.html
(2) komentarzy / skomentuj

Adwokaci także na podsłuchu 15-02-2008 12:26
Temat przemilczany, ale wielokrotnie adwokaci w prywatnych rozmowach mówią, że są inwigilowani. Co jakiś czas zamawiają specjalistów, by odpluskwiono ich biura.

Wystarczy bronić klienta w tzw. głośnej sprawie, a należy się liczyć z tym, że stanie się obiektem zainteresowań policji lub służb. Jak założyć oficjalnie podsłuch prawnikowi? Wystarczy podejrzenie o korupcję.

W dniu 11 lutego 2008 roku na ręce ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego wpłynęło pismo ze skargą od mecenas Jolanty Wolff, adwokata Janusza Grafa, w którym  czytamy:

„Niezależnie od podniesionej wyżej kwestii pragnę podnieść, iż moja „nieustępliwa” postawa w sprawie wyrażająca się w pisaniu bezskutecznych skarg na błędy w postępowaniu i żądaniu respektowania praw mojego klienta – spowodowała zainstalowanie mi podsłuchu.”

(2) komentarzy / skomentuj

Wczoraj 14-02-2008 22:36

(5) komentarzy / skomentuj

Szczygło zapomniał, że obowiązuje polityczna poprawność 12-02-2008 14:06

(3) komentarzy / skomentuj

Egzamin poprawkowy z zawalonej ekstradycji Mazura 10-02-2008 21:27
Maciej Duda tak kończy artykuł„Śledczy badają powiązania generała Papały” na stronach internetowego wydania „Newsweek”:

„Aby wznowić starania o ekstradycję, polskie Ministerstwo Sprawiedliwości musi tylko uzupełnić stary wniosek o nowe dowody. Problem w tym, że nowych dowodów nie ma. - Dotychczas nie uzyskaliśmy takiego materiału od prokuratora prowadzącego śledztwo, mimo że postępowanie nadal się toczy - potwierdza Ewa Piotrowska, rzecznik resortu sprawiedliwości. Dlaczego tak długo to trwa? - Nowy materiał dowodowy musi być starannie przygotowany - twierdzi Piotrowska.”


Czyli wniosek ekstradycyjny był jednak źle przygotowany? Do dnia dzisiejszego nie usłyszeliśmy żadnego merytorycznego wyjaśnienia. Kto poniesie za to odpowiedzialność? Jakie wnioski zostaną wyciągnięte? Czy temu niby najbardziej prestiżowemu śledztwu to się nie należy? Czy ktoś z kolejnego wniosku ekstradycyjnego chce zrobić egzamin poprawkowy? I ile lat ktoś zamierza repetować w tej samej klasie?

(5) komentarzy / skomentuj

Zostawcie ochronę Jarosława Kaczyńskiego w spokoju 10-02-2008 20:21
Odebranie ochrony Jarosławowi Kaczyńskiemu to błąd. To udawanie, że Jarosław Kaczyński nie jest silnie identyfikowany z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim. Dla potencjalnego wariata lub zamachowca wystarczy atak na Jarosława Kaczyńskiego by osiągnąć swój cel. Dlaczego w tym komukolwiek ułatwiać? Może się to nie podobać, ale póki prezydentem jest Lech Kaczyński, nie ma innego wyboru, należy mu się państwowa ochrona.
(1) komentarzy / skomentuj

Piecuch o sprawie Papały 09-02-2008 23:06
"Chodzi o tzw. “Układ Wiedeński”. I to nie tylko ten gangstersko mafijny, bo to jest jedynie wierzchołek góry lodowej. Korzenie układu sięgają czasów głębokiego Peerelu. W tych korzeniach można się dogrzebać kilku moich przyjaciół, agenta służb wszelakich [m.in. KGB, CIA, wywiad i kontrwywiad MSW] z ponad 25-letnim stażem B.Z. Walewskiego, byłego wiceszefa MSZ M. Dobrosielskiego, kilku generałów i pułkowników, nie wspominając już o bardziej nikczemnych szarżach. O “Układzie Wiedeńskim” wspominam w kontekście doniesień medialnych dotyczących reanimacji lub jak kto woli – aktywizacji specgrupy wyjaśniającej sprawę zabójstwa gen. M. Papały. Było koło tego morderstwa ostatnio trochę jazgotu, a to za sprawą zgrabnej reporterskiej książki A. Marszałek, która udowodniła wszem i wobec, że generał Papała został zamordowany prawie dziesięć lat temu i nadal nie żyje.

Ech! Żal dupę ściska, gdy się czyta, przedstawione z dużą dziennikarską maestrią fakty dotyczące dotychczasowych bojów tzw. organów ścigania zmierzających do wyświetlenia prawdy. Te podchody pod gangsterskie płotki, sugestie, że za głowę generała zaoceaniczny biznesmen oferował 40 tys. USD itd., itp. głupstwa i półprawdy świadczą o jednym, za wyjątkiem krótkiego okresu, nie było zdecydowanej woli politycznej, aby naprawdę wyjaśnić sprawę morderstwa.

Dlaczego? Hm, tu sprawa się komplikuje i wchodzi w niepotwierdzone hipotezy. Chodzi bowiem m.in. o “Układ Wiedeński”. A to oznacza służby specjalne. I to nie byle jakie. Ale nie tylko o slużby specjalne, bo i o polityków. I to nie tylko z Kraju Pieroga i Zalewajki, ale także o niektórych senatorów USA. To zaś są, tak sądzę, dla naszych polityków święte krowy świętsze od krów hinduskich. Nie mając do USA tak nabożnego stosunku jak Hindusi do Gangesu powiem, że chodziło o gigantyczne łapówki płacone, tak, tak, przez stronę polską, za poparcie naszego wejścia do NATO. Była to precyzyjna kombinacja operacyjna z udziałem wielu osób, z których tylko kilka wiedziało o co w tym interesie chodzi. Jednym z nich był płk. M. Wieczorek. Dziwnym trafem zmarł na wylew wkrótce po tym, jak ogłosił, że zamierza napisać książkę o zabójstwie gen. Papały."

Blog Henryka Piecucha http://piecuch.pl/blog/
(0) komentarzy / skomentuj

Agentura w mediach wynosi 600-800 osób? 09-02-2008 18:58
Z emaila WP: "Z  programu Wojtka Sumlińskiego 30 minut wynika, że mieliśmy 115 agentów WSI w mediach, ujawniono  9. Do tego należe doliczyć podobną liczbę agentury cywilnej (dlaczego mieliby być gorsi?), dawnych konfidentów SB, WSW i II zarządu, no i wreszcie informatorów CBŚ i CBA. Pozwala to oszacować, że poziom agentury w mediach wynosi 600-800 osób. Duża różnica w szacunkach wynika, że nie wiadomo jak dużą część stanowili agenci działający dla wielu organizacji.  No więc jak tu, mówić o niezależności."

(1) komentarzy / skomentuj

Hipokokryzja mediów 09-02-2008 14:04
Rozmawiam od wczoraj za pośrednictwem e-maili z dziennikarzem śledczym, którego redakcja w pewnym momencie zostawiła samego na placu boju w walce o prawdę z potężnym koncernem, wymuszając na nim podporządkowanie się.

Jedno zdanie z jego dzisiejszego e-maila: "Hipokryzja rządząca światem mediów jest porażająca. Jest też układ: my nie piszemy o waszych układach, a wy nie piszecie o naszych."

(4) komentarzy / skomentuj

Pęczak przypomina mi korzenie 07-02-2008 22:59

Wczoraj Mirosław Pęczak, zaciągnął mnie z Piotrem Pytlakowskim do Elbląskiego Salonu Polityki. Po raz pierwszy od wielu lat nocowałem w tym mieście.  Choć nie obyło się bez kilku szklanek whisky, a noc w hotelowym łóżku nie należała do spokojnych. To miasto jest nadal dla mnie traumą. Wiąże się ze wszystkim co najgorsze w moim życiu.
- Może wreszcie dzięki temu przezwyciężysz swoją niechęć – wspierająco rzucił Mirek.
Na pamiątkę pobytu wręczył mi książkę „Co się lubi, co się ma. Uczestnictwo w kulturze. Elbląg i powiat elbląski”, którą napisał wspólnie z Jackiem Nowińskim, obecnym dyrektorem Biblioteki Elbląskiej, a moim dawnym znajomym z początku lat 90-tych. Pęczak jest bardziej elblążaninem niż ja.

W dedykacji napisał „z pamięcią o jego (czyli mojej) krytycznej opinii o rodzinnym mieście”. Choćby po lekturze tej książki nikt nie powinien się dziwić, że z ulgą przyjmuję, iż tam już nie mieszkam. Autorzy piszą: „Nasze badania pokazały sytuację paradoksalną. Niby wszystko się zmienia, ale kultura (Elbląga – od aut.), zwłaszcza ta o zasięgu lokalnym zastygła w swojej postaci znanej  jeszcze z czasów PRL.”
Przy tym ten nieznośny brak dystansu do siebie, nadmierna wrażliwość na swoim punkcie niektórych elblążan jest irytująca. Oto Piotr Szarzyński nazwał  w swoim artykule elbląską starówkę, atrapą starówki i od razu się oberwało Mirosławowi Pęczakowi za swojego redakcyjnego kolegę.
 Słuchając słów oburzenia nie rozumiałem, o co chodzi?  Pamiętam z dzieciństwa , że nic prawie nie zostało ze starówki, została zniszczona w czasie II wojny światowej.  Resztki rozebrano i w postaci cegieł wywieziono do Warszawy, by odbudować tamtejsze stare miasto. Ta nowa starówka ciągle powstaje od dwudziestu lat i jak na razie jest atrapą dawnego starego miasta Elbing.
Choć przyznam, że jak w każdym mieście „z dala od drogi” spotkać tu można fantastycznych ludzi, od których niejedna przybłęda warszawska mogłaby się nauczyć bycia europejczykiem. Kilku nawet się zjawiło na naszym wieczorze.

Na zdjęciu moja pierwsza klasa z elbląskiej średniej szkoły.  Rok 1981. Cztery miesiące przed stanem wojennym. Ten pierwszy od lewej młodzieniec w szytym na miarę garniturze będącym szkolnym mundurkiem, to ja. Wychowawcą był polonista Bogdan Brzeziński, dzięki któremu przetrwałem szkołę, której specjalnością była obróbka skrawaniem.
(0) komentarzy / skomentuj

Najłatwiej znaleźć świadka w kryminale 07-02-2008 20:33
W programie Konfrontacja i w artykułach mecenas Jan Widacki, obecny poseł SLD, nie był moim pozytywnym bohaterem. Zdania o nim zresztą nie zmieniam i dzisiaj. Jednak irytujące jest to sztukowanie śledztw poprzez wynajdywanie w kryminałach chętnych do obciążania upatrzonych przez prokuratorów, policję, czy polityków osób. Oto świadczyć przeciw Widackiemu zaczął Sławomir R. Tygodnik "NIE" w artykule Andrzeja Rozenka i Bożeny Dunat "Schadzki WiceZiobry" przybliża nam postać świadka i okoliczności składania przez niego zeznań:

"Było to w październiku zeszłego roku, u szczytu kampanii wyborczej. Więzień Sławomir R. napisał do redakcji list. Wyznał, że uczestniczył w spisku wymierzonym w znanego krakowskiego adwokata prof. Jana Widackiego, w tej kadencji posła LiD. Spisku zorganizowanym przez prokuratorów. Ma na to dowody, przekaże je dziennikarzowi.
Więzień ów okazał się groźnym 30-letnim recydywistą odbywającym w białostockim więzieniu karę 25 lat pudła. Na tak wysoki wyrok skazał go białostocki sąd za dwa za-bójstwa na zlecenie i usiłowanie trzech kolejnych oraz za brutalne pobicie i gwałt na 5-letniej dziewczynce.
Sławomira R. bezzasadnie przypisuje się do pruszkowskiej mafii. Nie ma on z nią wiele wspólnego. Ot, przez pewien czas siedział w jednej celi z pomniejszym bossem Pruszkowa.
„Sprawa ta ma wspólny „łącznik”. Tym łącznikiem jest mec. Jan Widacki – i tu się kończy prawda, a zaczyna się coś co można nazwać szukaniem ludzi do manipulacji i docierania do skazanych” – napisał w liście do redakcji Sławomir R. Na końcu wskazał znajomego, z którym redakcja powinna się skontaktować, by dowiedzieć się więcej.
Wskazaną przez Sławomira R. osobą okazał się pan Łukasz. Oświadczył, że za namową prokuratorów Sławomir R. miał oskarżyć Jana Widackiego o nakłanianie do fałszywych zeznań w procesie Mirosława D. „Malizny” oskarżonego o zamordowanie Andrzeja Kolikowskiego „Perszinga”, domniemanego przywódcy gangu pruszkowskiego. Wplątany w ten sposób w układy z Pruszkowem Widacki miał być przez Sławomira R. i Marka Dochnala wkomponowany w większy układ, z byłym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. Akcją, zdaniem naszego rozmówcy, miał kierować znany prokurator prokuratury krajowej, wspólnie z prokuratorami z Białegostoku oraz funkcjonariuszami CBŚ. Od kiedy Sławomir R. przyłączył się do spisku, był lepiej traktowany w więzieniu, otrzymał przywileje zupełnie niezwykłe w przypadku tak groźnego kryminalisty. Prokuratorzy obiecali mu też pieniądze, lecz nie dotrzymali słowa. Przedstawiciel Sławomira R. twierdzi, że więzień ma na to dowody i świadków. Faktem jest w każdym razie to, że sam szef prokuratury jeździł do białostockiego konferować z mordercą.
(…) Udało nam się też ustalić, że do odbywającego karę 25 lat pozbawienia wolności Sławomira R. wielokrotnie przychodzili prokuratorzy. Był on też wiele razy wzywany do Prokuratury Apelacyjnej na długie rozmowy. Dowody tego znajdują się w dokumentacji białostockiego aresztu. Ze Sławomirem R. przeprowadzano też jakieś czynności, choć był on odbywającym karę więźniem i nie toczyły się przeciwko niemu żadne postępowania. Dlatego siedział w areszcie tymczasowym, a nie w więzieniu. Wiemy też, że na rozmowy ze zwykłym bandytą R. specjalnie z Warszawy przyjeżdżał ówczesny prokurator Prokuratury Krajowej Jerzy Engelking - główna osoba przy byłym ministrze sprawiedliwości Zbigniewie Ziobrze."
(1) komentarzy / skomentuj

"The Billion Dollar Don" and "The Brainy Don" (Semion Mogilevich, pseudonim Seva) 05-02-2008 18:22

(0) komentarzy / skomentuj

Jak telewizja publiczna zabija film dokumentalny 05-02-2008 02:05

Otrzymałem sms-a od Alexa Kłosia, że wczoraj, kwadrans po północy TVP2 wyemituje film o Grzesiuku. To premierowy pokaz dokumentu. Dlaczego nie wyemitowano tego filmu nad ranem ?


(0) komentarzy / skomentuj

Amputacja 05-02-2008 00:05
Miałem napisać o śledczym filmie, który jakiś czas leżał na półce, a który właśnie obejrzałem. Ale nagle film się urwał. Nie dlatego, że za dużo wypiłem, ale ktoś dokonał na filmie zabieg amputacji. Tak, wiem, że jutro... Itd...

PS. Pozdrowienia dla Witka Gadowskiego i Przemka Wojciechowskiego.

(2) komentarzy / skomentuj

Na podsłuchu bez kontroli 04-02-2008 16:02
Kiedy jest mowa o podsłuchach, zazwyczaj się słyszy: O co chodzi? Przecież wszystko dzieje się pod kontrolą sądu. Taką argumentację używają od przedstawiciele służb i politycy, co więcej także niektórzy dziennikarze potrafią głosić takie poglądy.

A jak to wszystko wygląda w praktyce pisze Ewa Siedlecka w Gazecie Wyborczej w artykule: „Tłumaczą Tajne służby podsłuchują do woli i bez kontroli”:

Sąd wszystkie wnioski o podsłuchy przyklepywał, bo sędziowie nie mieli czasu i możliwości ich weryfikować - mówił w piątkowej "Gazecie" nowy szef ABW Krzysztof Bondaryk. To prawda, jeśli chodzi o tzw. podsłuchy operacyjne - potwierdzają sędziowie.



Tzw. podsłuchy operacyjne. Zakładane są na podstawie ustaw o policji, ABW, CBA, wywiadzie skarbowym, wywiadzie i kontrwywiadzie wojskowym. M.in. dla "rozpoznawania i zapobiegania", to znaczy wtedy, gdy przestępstwa jeszcze nie ma, a nawet nie jest planowane - a przynajmniej nie wiedzą o tym służby. Takim podsłuchem prewencyjnym byłby podsłuch założony w szpitalu, urzędzie czy ministerstwie, żeby zbadać, czy jest tam korupcja.
O zgodę na jego założenie występuje szef danej służby do prokuratora generalnego. Jeśli ten się zgodzi - wniosek idzie do Sądu Okręgowego w Warszawie. Tylko że sędzia, który go rozpatruje, nie ma sposobu, żeby sprawdzić, czy jest uzasadniony.

- Nie toczy się w tej sprawie postępowanie, więc nie ma żadnych materiałów, z którymi mógłby się zapoznać - mówi sędzia Rajmund Chajneta, przewodniczący VIII wydziału karnego Sądu Okręgowego w Warszawie.

Ten sąd jest jedynym, który rozpatruje wnioski o podsłuchy operacyjne. - Wniosek powinien zawierać uzasadnienie. Ale jak może on wyglądać, skoro nie ma podejrzanych, dowodów, a nierzadko nawet przestępstwa? Wniosek często oparty jest o relację informatora. Jak sędzia ma sprawdzić wiarygodność tej relacji? Nie może wezwać informatora i przesłuchać - dodaje sędzia Wojciech Małek z tego samego wydziału.

W dodatku po zakończeniu podsłuchu operacyjnego sąd nie ma żadnej możliwości skontrolowania tego, co służby z niego zachowują. O tym decydują szefowie tych służb. Mają tylko obowiązek zameldować prokuratorowi generalnemu o "sposobie wykorzystania w postępowaniu karnym" materiałów uzyskanych z podsłuchu.

- To jest żadna kontrola. I wiele wskazuje na to, że mamy podsłuchowe szaleństwo - ocenia prof. Stanisław Waltoś z UJ, ekspert od procedury karnej, współautor kodeksu postępowania karnego."

Jeśli dodamy do tego informację, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego używała podsłuchów telefonicznych nawet wtedy, gdy nie miała sądowej zgody. ABW dostawała od sądów zgodę na miesięczną lub trzymiesięczną inwigilację jakiejś osoby, upływał termin, a agencja nadal podsłuchiwała. Kontrola w ABW ujawniła jak dotąd 94 takie przypadki.

Ale nie tylko ABW podsłuchuje w Polsce. Uprawnienia mają policja, CBŚ, CBA, wywiad skarbowy, wywiad i kontrwywiad wojskowy. Jak tam wyglądają audyty podsłuchów? Nie wierzę, że tylko ABW była Czarnym Piotrusiem.

Nadal pozostaje nie wyjaśniona sprawa inwigilacji mediów. Odnoszę wrażenie, że jakoś brak jest zapału do ujawnienia prawdy. Mijają miesiące i tkwimy w tym samym miejscu.  W czym jest problem? Czyżby zamierzano zamieść inwigilację mediów pod dywan? Dlaczego? A może nowa władza także zamierza wisieć z uchem na naszych telefonach?
(1) komentarzy / skomentuj

Brudne wątki 03-02-2008 21:42
Wreszcie ponownie zacząłem pisać, ale dwa dni temu utknąłem w „brudnych wątkach” w sprawie zabójstwa generała Marka Papały. Przejrzałem fragment filmu temu poświęcony, ale to co tam zamknąłem, w książce, rozbijane na szczegóły męczyło. Zniechęcało. Kiedyś Nina Terentiew powiedziała do mnie: „Czemu ty się babrzesz w gównie? Zajmij się czymś innym.” Dzisiaj obudziłem się po piątej rano i zacząłem pisać. W południe zakończyłem to, o czym mówi jeden z moich rozmówców: „Śledztwo powinno być wszechstronne. Musi uwzględniać wszystkie okoliczności, żadna wersja kryminalistyczna nie może być lekceważona. Nie może być zeznań poza protokołami. Nie może być wypowiedzi, które nie utrwalone procesowo. Jeśli jakaś informacja nie została zaprotokołowana, to ona przepada dla śledztwa. Bowiem każda informacja może wskazać nam kierunek śledztwa.”

(1) komentarzy / skomentuj

Prawdziwa twarz Kaczmarka 02-02-2008 01:24
Janusz Kaczmarek próbuje wyjść z tego co powiedział o tzw. układzie trójmiejskim metodą Józefa Oleksego. Byłem pijany. To była kolacja. Prywatna rozmowa z dwójką dziennikarzy, ze mną i Piotrem Pytlakowskim. Nie ważne, że od początku Piotr Pytlakowski trzymał zeszyt w ręce i notował. Nieważne były pytania, sposób ich zadawania. W pewnym momencie Janusz Kaczmarek rzucił mi: „Pan mnie przesłuchuje!”. To wszystko jest na taśmie. Istnieją także inne zapisy rozmów z Januszem Kaczmarkiem, które pokazują, że Janusz Kaczmarek chciał rozegrać kolejny raz dziennikarzy. To, co robił wielokrotnie wpierw jak był prokuratorem krajowym a następnie szefem MSWiA.

Na marginesie. nie przeszkadza Kaczmarkowi opowiadać w książce, co mówił prokurator Engelking w czasie ich alkoholowej rozmowy.

Dlaczego dopuszcza się w książce manipulacji i kłamstw? Ponieważ kiedy to mówił bał się przeraźliwie, że będzie zatrzymany. Był samotny. Opuściło go jego dotychczasowe towarzystwo polityczne, nie chciał by to samo stało się z ludźmi z Trójmiasta. Oni powinni być mu zresztą wdzięczni za okres kiedy tam był prokuratorem, według niego. Naszymi rękoma  (Piotr Pytlakowski ze mną przeprowadzał rozmowę z Kaczmarkiem) chciał przesłać im informację, nie zostawiajcie mnie samego, bo zacznę mówić także o was. Ale wszystko się potoczyło inaczej i został wypuszczony na wolność. Spotkał się z reperkusjami w Trójmieście. Zabolało go także to, że obok bronienia jego osoby, wytknąłem mu kłamstwa. Niestety Janusz Kaczmarek nie tylko mówi prawdę, ale też kłamie.

Kilka dni po wypuszczeniu Janusza Kaczmarka odbyłem z nim rozmowę telefoniczną, w której mówiłem mu, że nie można ciągle kłamać. Obwiniać wszystkich, ale nie siebie. Mijają miesiące i jak widać po lekturze jego książki, prawda miesza się z kłamstwem, przemilczeniem, naginaniem faktów.

Czy nadal wierzę w Janusza Kaczmarka? Coraz mniej. Ale nie zamierzam przekreślać  jego tak jak to inni czynią. Cały czas mam nadzieję, że zwycięży w nim prawdziwa twarz Janusza Kaczmarka.

(10) komentarzy / skomentuj

Język mafii 01-02-2008 21:05
Język mafii w ABW? Jarek Jakimczyk w Newsweek donosi: „Przejmując gabinet Bogdana Święczkowskiego funkcjonariusze ABW natknęli się pod biurkiem na dokument z informacjami o interesach brata nowego szefa. Dziwne odkrycie miało miejsce w połowie listopada ubiegłego roku, zaraz po tym, jak premier Donald Tusk powierzył kierownictwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztofowi Bondarykowi. Członkowie ekipy dokonującej oględzin pomieszczenia zobaczyli tkwiącą pomiędzy wykładziną dywanową a najniższą szufladą biurka kartkę formatu A4. Był to wydruk komputerowy z danymi dotyczącymi działalności gospodarczej starszego z braci Bondaryków.

Marek Biernacki (PO), członek sejmowej komisji ds. służb specjalnych, nie wierzy w przypadek. - Bractwo, które ze względu na wynik wyborów pożegnało się ze służbami, sięgnęło po język mafii, chcąc zastraszyć Bondaryka na dzień dobry - tak tłumaczy znaczenie odkrytego dokumentu."

Przypomina mi się wizyta w pokoju pewnej ekipy śledczej, gdzie w stosunku do mnie, także się posłużono kartką papieru, pokazując mi ksero artykułu sprzed 8 lat. Cóż ludzie służb, kiedy się czegoś obawiają zawsze chwytają się szantażu, by zastraszyć i zniechęcić.
(0) komentarzy / skomentuj

Służby od lat manipulują zdjęciami z zatrzymań 31-01-2008 21:39
Podniósł się rwetes w związku z ujawnieniem filmów instruktażowych ABW. "Jak filmować zatrzymania, by dobrze wypadały w telewizji?" Tymczasem manipulacja materiałami zdjęciowymi z zatrzymań policji, CBŚ, ABW trwa od lat. Nie tylko za rządów PIS. Może warto przypomnieć historię pewnego klipu wyborczego AWS, w którym komendant główny policji mówi: Oto rozbiliśmy Pruszków. Słowa ilustrują zdjęcia z zatrzymania gangsterów.  Podobne do tych z filmu instruktażowego ABW.

Tymczasem prawda wyglądała inaczej. Nagranie zostało zrealizowane na dziedzińcu PZ-tów. Bandytów grali policjanci. W zwiazku z emisją materiału, doszło do nieprzyjemnego zdarzenia. Jeden z rodziców policjanta rozpoznał na zdjęciach swego syna i zadzwonił przerażony do komendy policji. Co się stało? Dlaczego aresztowano syna?

(2) komentarzy / skomentuj

Dla niektórych śledczych obrazą jest weryfikacja dowodów 30-01-2008 10:24
Policjanci i prokuratorzy skarzą się na sędzię Barbarę Piwnik  na łamach dziennika Polska: „Konflikt na linii sąd-prokuratura i policja dotyczy nie tylko przepychanek śledczych i oskarżających z sądzącymi. Ci pierwsi zarzucają sędziom, że poza podważaniem wiarygodności zabranych przez nich dowodów, sąd dezawuuje także ich samych. Śledczym chodzi głównie o zachowanie Barbary Piwnik na sali rozpraw, jej wrogość do śledczych i pozytywny stosunek do oskarżonych.”

Widać śledczy zapomnieli, że sąd nie ma być przyklepaniem aktu oskarżenia a jego weryfikacją, co mało powinno mieć wspólnego z sielankową dla nich sytuacją. Marzy się herbatka i kawka z sędzią, podczas której ustali się wyrok dla oskarżonego?
(2) komentarzy / skomentuj

Sikora o Polakach w Rekjaviku 28-01-2008 11:11
Sławek Sikora, wyemigrował za pracą do Islandii.  W blogu opisuje swoich współtowarzyszy: „Niestety większość Polaków tu chla, i to bardzo. Nie uczą się języka żadnego, żyją w polskich enklawach i tylko narzekają, jak to im jest źle bo są daleko od ojczyzny. Wrrr... (…) Piją, żalą się na niskie zarobki, kupują jedzenie w najtańszych sklepach. Jedynie na czym nie oszczędzają to na piciu, paleniu, wylewaniu żali i karmienia się zawiścią do całego świata na niesprawiedliwy los."
http://splacamdlug.blog.interia.pl/
(4) komentarzy / skomentuj

Krótka recenzja „Kto zabił Papłę?” Anny Marszałek 22-01-2008 19:32
Anna Marszałek wreszcie odezwała się w sprawie zabójstwa generała Marka Papały. Jeśli ktoś chce poznać obecne ustalenia śledczych, to spokojnie może sięgnąć po książkę, zwłaszcza, że czyta się ją jednym tchem.

(10) komentarzy / skomentuj

Wajda utarł nosa 22-01-2008 19:03
Nominacja „Katynia” Andrzeja Wajdy do Oscara to pokazanie, że po chwilowej zapaści „lekturowej” potrafił zrobić film, który jest czymś więcej niż my w Polsce uważaliśmy. Przyznam, że Wajda utarł nosa tym, którzy go przekreślili. Już nie chcę, żeby mi oddawał za bilet na "Zemstę".

(3) komentarzy / skomentuj

Wrócił na stare rewiry 21-01-2008 21:03
Pojawiłem się na Gali Wręczenia Nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Kiedy ujrzałem znanego reżysera, nie wytrzymałem i wyszedłem. Kiedyś przez jakiś czas nie bywał w takich miejscach, w ogóle przebywał głownie poza Polską. Uroczystość odbywała się w „Złotych tarasach”, położonych przy Dworcu Centralnym. Wrócił na swoje stare rewiry, pomyślałem.

(2) komentarzy / skomentuj

Dla wielu najlepiej by było gdyby Wieczerzak powiesił się w celi 18-01-2008 20:51
Wczoraj otrzymałem smsa o zatrzymaniu Grzegorza Wieczerzaka, z przypomnieniem, że zapowiedziałem to jemu osobiście pod koniec listopada ubiegłego roku w redakcji „Gazety Finansowej”. Wieczerzak nie wierzył w scenariusz jaki krótko mu nakreśliłem. Kilkanaście dni później, 6 grudnia, w hotelu Mercure w Warszawie, nagrywałem z nim blisko dwugodzinną rozmowę.

Od wczoraj siedzę i przesłuchuję nagrania rozmów z Grzegorzem Wieczerzakiem, Januszem Lazarowiczem i innymi bohaterami historii, które się wzajemnie krzyżują, przecinają. Prawda nie jest taka oczywista, prosta do ustalenia, jak ochoczo przedstawiają niektórzy komentatorzy. Teorie spiskowe mieszają się z próbą narzucenia słusznego myślenia o sprawie i indoktrynacją policji, służb, pijarowców. Wydaje się, że w tym medialnym zgiełku nikomu nie zależy na ustaleniu stanu faktycznego.

Kiedy dzisiaj ktoś mnie zapytał, co sądzę o zatrzymaniu Grzegorza Wieczerzaka? Odparłem, że dla wielu najlepiej by było gdyby się powiesił w celi. Na tyle ile zdołałem poznać Wieczerzaka nie jest to jednak typ samobójcy. Chyba, że ktoś mu w tym pomoże. Areszt nie jest najbezpieczniejszym miejscem.
(4) komentarzy / skomentuj

Nasza klasa: IV RP 17-01-2008 11:04

(1) komentarzy / skomentuj

Na grupę "trzymająca władzę" w służbach nie ma mocnych 16-01-2008 10:43
Czy na „grupę trzymającą władzę” w tajnej policji nie ma mocnych? Pyta retorycznie Trybuna w artykule "Tajna śmierć ministra”.

"Kiedy były minister spraw wewnętrznych Janusz Kaczmarek zaczął sypać swoich szefów i opowiadać o kulisach funkcjonowania prokuratury oraz służb specjalnych, Graś stwierdził, że „to nie jest wiedza porażająca. To jest wiedza przerażająca. Słuchając tego czułem się, jakbym słuchał relacji z funkcjonowania Stasi w NRD, lub Securitate w Rumunii”. Dla facetów kontrolujących specsłużby nie mogło być wątpliwości, że gdy Graś dostanie ich w swoje  ręce, to nie będzie zmiłuj, a wielu z nich w najlepszym razie zostanie zmuszonych do poszukania sobie nowej roboty, w najgorszym – do poszukania dobrego adwokata."

Zbigniew Siemiątkowski wyjaśnia trudną sytuację Grasia:
– Graś miał w ogóle bardzo niską pozycję. Był tylko sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera. Nie miał nawet rangi ministra-koordynatora. W sytuacji, kiedy szefowie służb są szefami centralnych urzędów i sami mają rangę sekretarzy oraz podsekretarzy stanu oraz bezpośrednio podlegają premierowi, to osoba pośrednicząca między premierem a szefami służb jest „techniczna”. W momencie, kiedy nie został członkiem Rady Ministrów, jego relacje z szefami służb były bardzo słabe. Pod względem ustrojowym był im równorzędny, a jednocześnie nie miał tego, co oni mieli, czyli potężnego aparatu – Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego(..) Zobaczymy, kto przyjdzie na jego miejsce. Ale ktokolwiek to by był, z tak niską rangą nic nie będzie w stanie zrobić ze służbami.

Przy okazji mówi, jak daleko służby gotowe są się posunąć:
– Ja mogłem np. przeczytać o sobie w gazecie w 2001 r., że wynajmuję mieszkania i nie płacę za to podatku. Co oczywiście było nieprawdą. Kiedy zrobiłem wewnętrzne dochodzenie, to bez większych kłopotów odkryłem, że inspiratorami tej fałszywej informacji była grupa oficerów przeznaczonych do zwolnienia.Tego typu ludzie mogą sięgnąć do wszelkich metod. Mają możliwości – znają dziennikarzy, polityków i mają dostęp do kwitów. Najczęściej są to półprawdy,ćwierćprawdy.

http://www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2008011602
(3) komentarzy / skomentuj

Śledczak (3): Cela zabezpieczająca, czyli stosowanie środków przymusu bezpośredniego w aresztach. 15-01-2008 15:39

(2) komentarzy / skomentuj

Apel do Macieja Gorzelińskiego i Rafała Kasprówa 14-01-2008 22:19
Otrzymałem od Was sms-a zachęcającego by wejść na Waszego bloga. Wszedłem, choć bym i tak to uczynił, systematycznie zaglądam do niego. Uważam, że macie jeden z ciekawszych blogów w sieci, pomimo, że nie jest tak jak zapewniacie, że Wasz blog zaczyna się tam, gdzie kończy MDI.

We wpisie na blogu „Jerzy Nauman zaginął bez śladu” wracacie do sprawy wytoczonej przez Was Wojciechowi Czuchnowskiemu (Gazeta Wyborcza). Wielokrotnie w rozmowach przekonywałem was, prosiłem i ponownie apeluję o to byście wycofali pozew. Jako byli dziennikarze nie podpierajcie się paragrafem kodeksu karnego 212.

(2) komentarzy / skomentuj

Religa w Rzeczpospolitej o swoim piciu 14-01-2008 00:26
W Polsce picie polityków jest tematem tabu. Na poruszaniu tego tematu nie wychodzi się najlepiej. Znam to ze swojego doświadczenia.

(0) komentarzy / skomentuj

Koniec lżenia dawnych wartości w sztuce? 13-01-2008 21:43
Czy ten film nie powinien stanowić argument w dyskusji o sztuce współczesnej? Czy nie powinien zwrócić uwagę w sporze współczesnych krytyków, na to, co pisze w przedmowie jeden z najwybitniejszych krytyków sztuki w Stanach Zjednoczonych , Donald Kuspit, do wystawy „Nowi Dawni Mistrzowie,” jaka miała miejsce w Muzeum Narodowym w Gdańsku: „ Tak zwana „sztuka awangardowa”, stała się we wszystkich jej permutacjach dekadencka, przestarzała, wyeksploatowana i, z ludzkiego punktu widzenia, nieistotna. Drepcze w miejscu, bo nie ma dokąd  pójść. (…) Czas dojrzał do tego, by wprowadzić poważne zmiany a przynajmniej, pora skierować uwagę na te obszary sztuki, które dotąd były marginalizowane przez zinstytucjonalizowaną sztukę awangardową”. Dodać należy, że przez krytykę i establishment decydujący o tym, co będzie pokazane, na co sie znajdą pieniądze, a na co nie. Dawna sztuka, umiejętności dawnych mistrzów awangarda dyskredytuje, wręcz poniża.

Głośniej było o penisie przybitym do krzyża Nieznalskiej niż dziele Macieja Świeszewskiegpo. Czy jaja na krzyżu Nieznalskiej przetrwają próbę czasu? Będą wyznacznikiem twórczości XXI wieku?

Donald Kuspit kontynuuje: „teraz, kiedy sztuka moderny uprzedmiotowiła sama siebie, kiedy „nowe” stało się „neo”, jak mówią niektórzy teoretycy, czas powrócić do sztuki tradycyjnej.”

Aby nie stać po żadnej ze stron, należ zacytować jeszcze słowa: „Jeśli sztuka tradycyjna i sztuka modernistyczna nie stopią się w jedno, stanowiąc pożywkę dla siebie, i sztuka modernistyczna nie zintegruje się na powrót z głównym nurtem historii sztuki, a sztuka tradycyjna nie przyjmie do wiadomości, że niekoniecznie cała moderna znajduje płaskie, zjełczałe i nieprzynoszące żadnych korzyści, innymi słowy: historyczne w najgorszym tego słowa znaczeniu. W takiej sytuacji sztuka nie będzie miała przed sobą żadnej znaczącej przyszłości. Będzie jedynie przejawem swej epoki, zamiast stać się osiągnięciem estetycznym i ogólnoludzkim, którym można się cieszyć poza jego kontekstem historycznym, i które mówi rzeczy doniosłe dla każdego czasu.”

(0) komentarzy / skomentuj

Kuspit o "Ostatniej Wieczerzy" Świeszewskiego 12-01-2008 13:19

Maciej Świeszewski w swej „Ostatniej Wieczerzy”, 1995-2005, zaludnia sławną Leonardowską „Ostatnia Wieczerzę” własnymi apostołami, a konkretniej znanymi postaciami kultury polskiej – pisze jeden z najwybitniejszych krytyków sztuki Stanów Zjednoczonych Donald Kuspit. -  Stół lewituje w rozległej błękitnej przestrzeni, unosząc ze sobą postaci, jakby na latającym dywanie i sugerując, że wszystkie są istotami wyższymi. (…) Cała scena ma wydźwięk transcendentalny, mimo, iż malarz ujął postaci realistycznie, ze staranną obserwacją gestu. Ich wywyższenie może okazać się przedwczesne, niemniej bez wątpienia postaci przynależą do niebios intelektu, choćby jeszcze bardzo były z tego świata. (…)

„Ostatnia Wieczerza” Świeszewskiego mówi jasno, że wielka sztuka religijna przeszłości naprawdę przemawia we współczesnych trudnych czasach. Mitologizuje te same ludzkie i społeczne problemy, jakie istniały od zawsze, bez względu na ideologiczny kontekst."


(0) komentarzy / skomentuj

Kenia na własne oczy 11-01-2008 15:43
W trakcie jednej z demonstracji policja strzela na oślep gazem łzawiącym – również w kierunku osób postronnych. Uciekamy i obmywamy sobie twarze wodą. Ciężko oddychający starszy człowiek płacze: to przecież miała być demonstracja pokojowa, my tylko chcemy pokoju. Pyta, skąd jestem. Z Europy – odpowiadam, przez łzy. Słyszę pytanie: czy nam pomożecie? - relacja z Kenii Brata Radka Malinowskiego, która znalazł blogier Geralt, a zamieszczona na internetowej stronie Centrum Duszpasterstwa Młodzieży i Kościoła p.w. Ducha Świętego w Lublinie - http://www.duch.lublin.pl

http://geralt.blox.pl/html
(0) komentarzy / skomentuj

Jakimczyk przypomina o Przywieczerskim 10-01-2008 14:59
Jarosław Jakimczyk w felietonie dla Money przypomina o zapomnianej już osobie Dariusza Przywieczerskiego:

"Skądinąd dziwne wydaje się, że podobnej konsekwencji jak wobec Mazura rząd PiS nie przejawiał w ściganiu skazanego za defraudację pieniędzy Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego Dariusza Tytusa Przywieczerskiego. Tak jak Mazur zdążył on wyjechać bezkarnie z Polski i jest widywany co pewien czas w Stanach Zjednoczonych, gdzie ma zarejestrowaną spółkę BSTC Group, Inc.

Różnica polega na tym, że na Przywieczerskim ciąży prawomocny wyrok i jest on obywatelem polskim, więc łatwiej jest go ścigać. Najwyraźniej jednak sprawa FOZZ uznana została przez strategów medialnych PiS za zbyt zamierzchłą w czasie i nazbyt skomplikowaną, żeby angażować w ściganie Przywieczerskiego takie siły i środki jak w stosunku do Mazura. Stało się tak, mimo że były prezes Universalu sponsorował postkomunistów i przez lata łożył na wydawanie ich dziennika ,,Trybuny".

W odróżnieniu od polskiej prokuratury, policji i służb specjalnych, ich odpowiedniki nie żyją w rytmie od wyborów do wyborów i nie muszą liczyć się z partykularnymi interesami aktualnie sprawującej władzę partii. Dlatego mogą pozwolić sobie na rzetelne i skrupulatne gromadzenie dowodów, co procentuje później przed sądem jak dowiódł proces ekstradycyjny Riccardo Fanchiniego."

http://www.money.pl/archiwum/felieton/artykul/jakimczyk;prokuratury;zyja;w;rytmie;wyborow,88,0,312152.html
(1) komentarzy / skomentuj

Wiśniewski jako Borat. Czyli jak podsyca nienawiść do siebie. A mógł przecież zrobić z siebie warszawską syrenkę jak Edyta Górniak. 10-01-2008 10:55
Przysłano mi zdjęcie Wiśniewskiego z wakacji, żebym skomentował.  A co tu komentować. Wiśniewski i tyle. Pracuje w showbiznesie, rozrywce, a nie w polityce. Wolę na niego patrzeć niż na posła z Big Brathera, który pytany o pierwsze wrażenia w nowej roli zaczyna mówić o słabo wyposażonej sejmowej siłowni.  Rozumiem, że jego jedynym dorobkiem w tek kadencji Sejmu będzie jej doposażenie. Dodajmy też tych co tańczą, chodzą na wybiegach mody.

Na Planete reklamują emisję mojego dokumentu poświęconego Michałowi Wiśniewskiemu „Gwiazdor”.  Kiedyś żałowałem, że zrobiłem ten film. Dzisiaj nie. Być może kiedyś powstanie „Gwiazdor 2”.

(3) komentarzy / skomentuj

Śledczak (2): Prawa aresztanta 08-01-2008 15:44

Fragmenty filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego "Śledczak" (TVP2). Film opowiada o aktualnej sytuacji panującej w polskich aresztach śledczych, ze szczególnym uwzględnieniem naruszania praw człowieka.
(2) komentarzy / skomentuj

1682 znaków na początek 07-01-2008 19:40
Do południa w łóżku. Włączam kolejny film, bo nie potrafię zebrać się do pisania książki „Zabić Papałę”. Jakaś staroć z Clint`em Eastwood`em wcielającym się w despotycznego reżysera, który postanawia kręcić film w Afryce, nie pozwala jednak zapomnieć. Wygaszam ekran telewizyjny. Wracam do biurka. Stos papierów, plików w komputerze wywołuje raczej irytację niż zachętę. Nie wspomaga, nie inspiruje. Porzucam to na rzecz lektury rozmowy z Aleksandrem Litwinienko „Przestępcy z Łubianki”

Pretekst wyjścia na kawę z Bertoldem Kittlem natychmiast wykorzystuję. W Jadłodajni zamiast kawy zamawiam jednak zupę pomidorową. Rozmawiamy o braku korporacji dziennikarzy. Słabości prasy. Potem każdy wyrusza do pracy w swoją stronę. Wreszcie zaczynam pisać. 280 wyrazów, 1682 znaków na początek.

(4) komentarzy / skomentuj

Kto zaciągnie ministrów pod Trybunał Stanu? 07-01-2008 00:19
Romualda Szermietiewa dobiła informacja, że w 2007 r. budżet MON wykonano w 52%. Przyznam, że mnie także powaliła ta informacja. Znając realia życia politycznego i medialnego przejdzie ona bokiem i na pewno nikt nie wyciągnie żadnych konsekwencji od odpowiedzialnych za to osób. Politycy nigdy nie odpowiadają za to jak rządzą, choć wyrządzają większe straty niż złodziej w supermarkecie.

Szeremietiew w swoim blogu pisze: „Największy procent wydatków MON stanowi tzw. cześć wegetatywna tj. płace i utrzymanie wojska, w tym prawie 700 mln zł na misje w Iraku i Afganistanie. Ta część wydatków jest „sztywna”, czyli wiadomo jak i kiedy je realizować. Inaczej jest z częścią przeznaczoną  na zakupy uzbrojenia i sprzętu wojskowego - obecnie ponad 20 % budżetu. W przypadku tych wydatków, jeśli nie rozpocznie się odpowiednich procedur na początku roku, możliwie najwcześniej, to później będzie klapa. A od tego zależy zarówno proces modernizacji wojska, jak i zamówienia w zakładach zbrojeniowych, a wraz z tym, czy pracujący w nich ludzie będą mieli za co wyżywić rodziny.

Ze skandalicznie nieudolnym sposobem wydawania pieniędzy przez MON mięliśmy do czynienia w ub. roku. Dlaczego tak się stało? Różni obserwatorzy wskazują, że w MON panuje swoista psychoza korupcyjna. Obecnie w zasadzie każdy przetarg rodzi podjerzenia łapownictwa. Min. Sikorski ulgając tej psychozie ustanowił specjalnego pełnomocnika do zwalczania korupcji, takiego monowskiego pitera, przez którego muszą iść wszystkie dokumenty przetargowe. A min. Szczygło twórczo to uzupełnił zarządzając, aby każdy przetarg wraz z otwarciem procedury trafiał pod osąd Żandarmerii Wojskowej. I tak się dzieje w każdym przypadku, gdy w MON ktoś chce dokonać jakiegoś zakupu. Nic więc dziwnego, że ludzie odpowiedzialni za przetargi wolą jak najmniej kupować – po co się narażać na podejrzenia „pełnomocnika” i żandarmów. A podjęte procedury leżakując w biurkach monowskich kontrolerów ciągną się bez końca. No i mamy efekt – w 2007 r. nie wydano ponad 2 mld PLN. Jednak to nie jest tylko skandal. To jest zdarzenie bez precedensu w MON, które powinno skutkować odpowiedzialnością przed Trybunałem Stanu. Takie wykonanie budżetu jest oczywistym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa."

http://szeremietiew.blox.pl/2008/01/A-w-MON-ciagle-zle-sie-dzieje.html
(3) komentarzy / skomentuj

Miller z nienawiści postanowił zagryźć lewicę? 06-01-2008 17:02
Leszek Miller jak Wańka Wstańka nie pozwala o sobie zapomnieć.  Niektórzy uznali, że staje się „killerem” lewicy.  Inni uważają, że po ostatnim nerwowym rzucie w ramiona Andrzeja Leppera i jego Samoobrony, wykorzystując upadek swojego odwiecznego wroga Aleksandra Kwaśniewskiego,   postanowił nie tonąć samotnie i zamierza  niedawnych współtowarzyszy także pociągnąć na dno. Mój ostatni rozmówca, znana lewicowa postać, stwierdził, że „Miller w ogóle się dziwnie ostatnio zachowuje. W czasie przesłuchań w prokuraturach składa bijące w swoich ludzi zeznania. Gra już tylko na siebie”

Patrząc na Leszka Millera trudno nie zauważyć, że to już nie ta sama osoba co dawniej, potrafiąca grać luzem i dowcipem. Jego twarz skurczyła się, bruzdy zmarszczek się wyolbrzymiły. Zgorzkniał. Z  jego słów  toczy się żółć. Przypomina poobijanego psa, który leczy rany po przegranej walce i szuka swojego domu.

Tylko czy samo gryzienie wystarczy, by odzyskać choć część swego niedawnego terytorium?
(2) komentarzy / skomentuj

Znany dziennikarz śledczy: 06-01-2008 13:54
Sylwester: A czy kogoś jeszcze obchodzi kto i dlaczego zabił Papałę?
Może jakieś 100 - 200 osób.
(3) komentarzy / skomentuj

Śledczak (1) Jak się załatwia areszt w Polsce? 05-01-2008 20:08

Fragmenty filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego "Śledczak" (TVP2). Film opowiada o aktualnej sytuacji panującej w polskich aresztach śledczych, ze szczególnym uwzględnieniem naruszania praw człowieka.
(7) komentarzy / skomentuj

Lekcja pokory według Bogusława Kaczyńskiego 03-01-2008 12:18
Razem z Bogdanem Kaczyńskim jedziemy do Doroty Wellman i Marcina Prokopa do „Dzień dobry TVN.” Kiedy powoli schodzi do samochodu, podpierając się laską, widzę innego pana Bogusława niż ostatnio. Schudł. Każdy jego krok to wysiłek. Mijając szpital na Sobieskiego, rzuca, że spędził tam pół roku. Przechodzi teraz rekonwalescencję, po tym jak doznał udaru mózgu. Do niedawna jeszcze mówił monosylabami. W marcu na nowo ma się uczyć jeździć samochodem. Nie jest jednak w stanie samodzielnie obrać jabłka.

Okazuje się, że program w TVN Style, kiedy to się po raz ostatni spotkaliśmy, był jego ostatnim występem przed atakiem choroby, ten dzisiejszy krótki wypad do studia telewizyjnego jest pierwszym do porannej telewizji po wyjściu ze szpitala. Po wszystkim odprowadzam go do drzwi jego domu. Pomimo wszystkiego ma tyle wiary w siebie, nie pozwala sobie pomóc przy wchodzeniu po schodach. Chce być nadal samodzielny, odzyskać jak najwięcej z tamtego sprawnego Bogusława Kaczyńskiego.

http://dziendobrytvn.onet.pl/1461020,aktualnosci.html

(4) komentarzy / skomentuj

Polacy w Londynie (2) 02-01-2008 12:41

(1) komentarzy / skomentuj
Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

"Blokersi" to film o polskiej kulturze hip hopowej. Opowiada o młodych ludziach z wielkomiejskich blokowisk, o tym jak żyją, jaka jest dzisiaj ulica w Polsce. Poza raperami są tu grafficiarze, break dance`owcy i ludzie związani z kulturą hip hopu. Prawdopodobnie po raz pierwszy wiele osób zobaczy, czym jest w naszym kraju kultura hip hopu, kto w niej żyje i kto ją tworzy.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS