menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Pocztówka z gór 29-12-2008 20:03
Na stokach leży sztuczny śnieg. Bryczkę ciągniętą przez konie powozi góral z Radomska; jak  mówi, kiedyś przyjechał do brata w odwiedziny i został na stałe. W hotelu serwują kuchnię tajską, więc zamiast kwaśnicy na obiad proponują zupę słodko-kwaśną, a zamiast bigosu krewetki po królewsku. Od dwóch dni bezskutecznie szukamy dla dziecka białego misia, no bo jak to ma obejść się bez pamiątkowego zdjęcia z niedźwiedziem z gór; ostał się tylko bernardyn, ale przebywa w Szklarskiej Porębie.

(1) komentarzy / skomentuj

Pokój z widokiem 28-12-2008 11:19

(1) komentarzy / skomentuj

Gomorra i polski śnieg 27-12-2008 12:07
Nad ranem zakończyłem czytać książkę Roberta Saviano „Gamorra.” Słabe, pośpieszne tłumaczenie  uczyniło z niej połamaną, chwilami irytującą lekturę. Poczuć jednak można to czym jest mafia, jej smak. Obraz mafii w Polsce pokazywany jest w sposób karykaturalny, sprowadzony został do „Pruszkowa” i „Wołomina”. Ton opowieści o niej wyznaczył świadek koronny Masa, który nie tylko chętnie współpracował z prokuraturą, ale i dziennikarzami.

W południe odpalam samochód; przyprószony jest niewielką ilością śniegu i zmrożony nocą; rozgrzewam go, a w tym czasie surfuje po net. Czytając o 120 trupach po akcji izraelskich sił powietrznych nad Strefą Gazy i 33 na polskich drogach, uciekam oczami w zaśnieżony krajobraz. Postanawiam zjechać na kawę. Spacer odpada. W pośpiechu zapomniałem zabrać zimowe obuwie. Po kawie czas wracać. Ten krótki wypad wystarczył by nabrać świeżego powietrza.  Zresztą jutro ponownie wyjazd w góry, tym razem z rodziną. Planuję tam zacząć pisać kolejna książkę.

(0) komentarzy / skomentuj

Drugi dzień świąt 26-12-2008 18:51

Czasami tak trzeba. Pakuję się pośpiesznie. Do torby wkładam Jacka Danielsa. Jadę przed siebie. Po dwóch godzinach włączam GPS. Nastawiam kierunek: góry. Nakazuje zawrócić. O zmierzchu, na stacji benzynowej wyjmuję notebooka i w sieci szukam jakiegoś przyzwoitego hotelu. Miejsc brak, słyszę. Ludzie zamiast spędzać czas w domu coraz częściej wybierają pokoje hotelowe. Tam znajdują swoje najlepsze miejsce na spędzenie świąt. Po chwili okazuje się, że niespodziewanie ktoś zwolnił hotel, w którym będę miał gwarancję przyzwoitego noclegu. Recepcjonistka pyta dwukrotnie, jakby nie wierzyła, że ma być to jednoosobowy pokój.
- Tak, pojedynczy z dużym łóżkiem – samotność także potrzebuję miejsca do snu, dodaję w myślach.
W recepcji, bez zbędnych już pytań, dostaję klucz do pokoju.
- Do której godziny czynna jest sauna? – pytam.
- Jeszcze trzy godziny.
W pokoju wypijam z ulgą pierwszego dzisiejszej nocy Jacka D.

(3) komentarzy / skomentuj

Jak prokuratura pozbawiła mnie dobrej whisky 23-12-2008 23:34

Przed wyjazdem z Warszawy zaglądam na pocztę by odebrać przesyłkę z prokuratury. Świąteczna kolejka prawie doprowadza do pasji.  I na co tak marnowałem czas? Rozrywam kopertę, a tam na dwóch stronach maszynopisu, powołując się na paragrafy, wykładnie prawa, uzasadnia się decyzję, że nie zwrócą mi za bilety całej kwoty, ponieważ oni tylko uznają wagony II klasy. „To dlaczego minister sprawiedliwości nie jeździ Fiatem Punto, a BMW7?”  – pomyślałem. Dorzucić jeszcze powinienem rachunki za Wars, ale pewno musiałbym odstać kolejne pół godziny na poczcie, by przeczytać tym razem czterostronicowe uzasadnienie, że mogłem wziąć kanapki na drogę.

Czy dokonałem jakiegoś przestępstwa by poświęcać cały dzień i swoje pieniądze, koszt dobrej whisky, by mieć wątpliwą przyjemność bycia przesłuchanym w tajnej kancelarii prokuratury apelacyjnej w Koninie? Dużo nie mogę powiedzieć, bo oklauzulowano mnie tyloma paragrafami, że nie spamiętałem iloma.  Jedynie tyle wyjawię, że zaprowadził mnie przed oblicze, nawet sympatycznego prokuratora, jeden z moich wpisów w blogu, który stał się zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa.


(2) komentarzy / skomentuj

Ostatnie zdjęcia w tym roku 22-12-2008 18:27

(0) komentarzy / skomentuj

Robocze śniadanie 22-12-2008 08:20

(0) komentarzy / skomentuj

Gratulacje dla Press i Marciniaka, czyli co najważniejsze jest dzisiaj w dziennikarstwie śledczym... cz.2 19-12-2008 10:59
Świadek, który wie wszystko
W aktach głośnej ostatnio sprawy inwigilacji dziennikarzy „Rzeczpospolitej” (formalnie: inspirowanie publikacji prasowych narażających osoby publiczne na utratę zaufania) znajdują się m.in. zeznania świadka Jacka Marciniaka. Dzisiaj toczy się spór, czy faktycznie szukano przekraczających uprawnienia oficerów UOP, czy też skupiono się na śledzeniu dziennikarzy. Być może to właśnie zeznania Marciniaka są kluczem do rozwikłania tych wątpliwości.

Jacek Marciniak (30 l.) stał się znany w środowisku dziennikarskim, kiedy z hukiem wyleciał z posady asystenta ówczesnego posła Ireneusza Sekuły (SLD). Oferował swoje usługi i informacje wielu reporterom stołecznych redakcji – był też w „Polityce”, ale uznaliśmy go za osobę niewiarygodną. Podobnie rewelacje byłego asystenta Sekuły potraktowali inni dziennikarze. Przesłuchujący go prokuratorzy Józef Giemza i Roman Pietrzak naszych wątpliwości najwyraźniej nie podzielali.
Marciniak, kilkakrotnie przesłuchiwany, opowiadał im o swoich kontaktach z Anną Marszałek i Bertoldem Kittelem z „Rzeczpospolitej” oraz z Andrzejem Szozdą, wówczas dyrektorem programowym radia TOK FM. Twierdził, że z Szozdą spotykał się kilkadziesiąt razy i dzięki niemu nawiązał kontakt z pewnym oficerem UOP, który miał go nakłaniać do zbierania haków na polityków lewicy, ale także UW i niektórych działaczy AWS. Prokuratorów zainteresowały też plotki, jakie Marciniak znał na temat red. Marszałek, więc ten chętnie się nimi dzielił. Opowiadał, co się w środowisku mówi o dziennikarce, że jest nielubiana, bo nie chodzi na bankiety i nie szuka informacji, „ona je po prostu ma”.

Marciniak pochwalił się prokuratorom, że niektóre rozmowy z red. Szozdą i Anną Marszałek nagrał bez ich wiedzy. Okazało się jednak, że rzekome nagranie rozmów z red. Marszałek gdzieś zagubił, a stenogram kasety z red. Szozdą świadczy, iż to Marciniak nagabywał dziennikarza, który niezbyt chętnie z nim rozmawiał. Marciniak sugerował redaktorowi, że pewnie wie coś o działaniach UOP, a ten zdziwiony odpowiadał: „Nie mam zielonego pojęcia”.

W tym samym czasie, kiedy Marciniak był dla prokuratorów Giemzy i Pietrzaka ważnym świadkiem, prokurator Anna Karlińska z warszawskiej prokuratury okręgowej miała już pewność, że to osoba o skłonnościach mitomańskich. Kiedy przesłuchiwany przez nią jako świadek (w innej sprawie) oznajmił, że UOP zmuszał go do obciążania polityków lewicy, zwróciła się do UOP o wyjaśnienia. Przeprowadzono postępowanie, które stwierdziło, że to nie UOP, ale Jacek Marciniak bezskutecznie zabiegał o kontakt z funkcjonariuszami. Wszystkie jego opowieści to pomówienia. Szefostwo UOP zwróciło się do stołecznej prokuratury o wszczęcie postępowania karnego o zniesławienie.

Prokuratorzy Giemza i Pietrzak – o czym świadczą akta sprawy – musieli wiedzieć, że Marciniak jest oszustem, który raz przedstawia się jako pracownik kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego, raz jako „świadome źródło informacji dla UOP”, czasem jako dziennikarz radiowy. Wyłudza od ludzi pieniądze, podaje fikcyjne adresy. Jedynym wytłumaczeniem ich gorliwości w przesłuchiwaniu go jako świadka był brak jakichkolwiek postępów w śledztwie dotyczącym rzekomego inspirowania dziennikarzy przez służby specjalne. Po złożeniu równie wyczerpujących jak fałszywych zeznań Jacek Marciniak powinien być postawiony w stan oskarżenia za świadome wprowadzanie organów ścigania w błąd. Nie uczyniono tego. Być może dlatego, że uznano, iż Marciniak jeszcze się przyda. Wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby się okazało, że jest asem wyjętym z rękawa, który będzie potwierdzał tezę, że w Polsce nie ma wolnych mediów.

Piotr Pytlakowski
Polityka - nr 10 (2545) z dnia 11-03-2006; s. 16 Ludzie i wydarzenia
(0) komentarzy / skomentuj

Gratulacje dla Press i Marciniaka, czyli co najważniejsze jest dzisiaj w dziennikarstwie śledczym... 19-12-2008 00:13
W dziennikarstwie śledczym Press nominował Jacka Marciniaka: Pedofil - prowokacja” – materiał telewizyjny Jacka Marciniaka („Magazyn Ekspresu Reporterów”, TVP 2) będący efektem prowokacji dziennikarskiej, która ujawniła, że 29-letni poznany na czacie mężczyzna jest pedofilem.

To, że pokazana metoda łapania pedofilów to plagiat z mojego filmu nie ma znaczenia. Marciniak nauczył się przy mnie, towarzysząc przez pewien czas na planie. Metoda znana od dawna. Ale Jacek Marciniak to w ogóle ciekawa postać. Warta artykułu w Press, by wyjaśnić kogo promuje.

 Na razie przypomnę to, co napisałem w blogu w 2004 roku. Wkrótce więcej o tym, co Press zmilczy...

Kim jesteś panie Marciniak?
19-10-2004 09:47:53

Pierwszy e-meil od Jacka Marciniaka otrzymałem 9 września br. „Witam. Wiem że robi Pan dokument o pedofilii, a właściwie Pan już kończy. Jednak gdyby potrzebował Pan pomocy, a zwłaszcza jakiś informacji o niektórych osobnikach z Żurawiej, to poproszę o kontakt. Albo mail, albo kom. Jacek, pozdrawiam.”  Wkrótce otrzymałem następny: „Kiedyś niestety sam padłem ofiarą, było to już b. dawno temu, ale wiem o handlu dzieciakami i w W-wie na Zurawiej czy Fantomie, albo np w Łodzi na Piotrkowskiej. W W-wie pedofile mają specjalnych gońców na Żurawiej, którzy im wyłapują chętne Jestem w Warszawie”. Postanowiłem się spotkać. Umówił się ze mną na Ordynackiej, w siedzibie ZSP, gdzie niby to pracował. Tam roztoczył wizję człowieka znającego temat i ludzi. Był asystentem Ireneusza Sekuły, zna osobiście Zbigniewa Siemiątkowskiego. Po tym spotkaniu przyssał się do mnie jak pijawka do ciała, którą trudno było odczepić. Niepokoiło to nie tylko mnie, ale zwróciło uwagę ekipy filmowej na Marciniaka. Nie wiem, kto pierwszy z nas żartując nazwał go agentem. Postanowiliśmy, ilekroć się pojawiał, w miarę możliwości, rejestrować wszystko. Dużo mówił o gejach i pedofilach związanymi z lewicą. Jednym z nich niby to ma być obecny wiceminister spraw wewnętrznych  Brachmańskim. Pokazywał miejsca ich spotkań. To nawet nie zaskakiwało, skoro był człowiekiem związanym z lewicą od czasu asystowania posłowi Ireneuszowi Skuły po niby pracę na Ordynackiej. Ważnym wątkiem była jego znajomość z Zielińskim. Dziesięć dni później pisze do mnie. „Witam; Tak jeszcze pomyślałem, czy może nie skontaktować się z tym kolesie z Roweru Błażeja, podamy się za jakiś tam pismaków i podpuścimy go, czy może za kasę nie zechciałby wrobić Z. Jak się zgodzi to będziemy mogli zdemaskować ewentualną próbę wrobienia. Co o tym myślisz? Pozdrawiam i miłego dnia. Jacek” W kolejnym e-mailu: Dzwonił przed chwilą do mnie Zieliński., zapytałem go czy może domyśla się kto z Roweru może na niego coś mówić, ale Sławek twierdzi ze nie ma pojęcia. Albo po prostu nie chce powiedzieć. A Ty nie domyślasz się o kogo może chodzić, inaczej to będzie szukanie igły w stogu siana. Powiedział tylko ze z jakąś P. miał wtedy na pieńku i ją zwolnił, no ale to kobieta, a dupki z TVN mają podobno chłopca do swojego materiału. Zresztą kobieta w przypadku Zielińskiego odpada z wiadomych przyczyn.” Wolontariusz w walce z pedofilami Jacek Marciniak ciągle był skłonny do pomocy, oferował współpracę i wiedzę, a przede wszystkim swoje kontakty. W miedzy czasie kontaktuje się z dziennikarzem Mariuszem Kuczewskim z Super Expressu, kilka dni po moim spotkaniu z Kuczewskim. Do dzisiaj nie wiemy, skąd wiedział o tym spotkaniu i o tym, że utrzymujemy kontakt w związku z tematem pedofilii. Wystawia Kuczewskiemu spotkanie Zielińskim z niby jakimś agentem. Ten pędzi w to miejsce. Fotoreporter się spóźnia. Materiał nie powstaje. Po czasie wiemy, że tym agentem był sam Jacek Marciniak, to on spotkał się wtedy z Zielińskim. W ubiegłym tygodniu jego anonimowy informator zamienia się we współpracownika Zielińskiego i umawia się na spotkanie w poniedziałek przy Epik-u na Nowym Świecie. Ma mieć informacje o Zieliński. Twierdzi, że zna „nielata” Arka, który to miał być w domu Zielińskiego. Mariusz Kuczewski podaje mi jego numer telefonu. Sprawdzam, okazuje się, że to telefon Jacka Marciniaka. 30 września, kiedy powiedziałem mu wprost kim jest, otrzymałem ostatni e-meil: „Ja czyim informatorem? A już nie bardzo wiem czego prowokatorem?!” Wczoraj w czasie konfrontacji w obecności dziennikarza Super Expressu, Mariusza Kuczewskiego, dziennikarza Życia, Wojciecha Sumlińskiego, po moim pytaniu „Kim naprawdę jesteś panie Marciniak?” Ten podnosi się i ucieka. Na skos przemierza Nowy Świat i ginie w jednym z podwórzy kamienic. Pół godziny później  wchodzimy do gabinetu Waldemara Zbytka, przewodniczącego Zrzeszenia Studentów Polskich przy ulicy Ordynackiej 9. Okazuje się, że niby to każdy student może wejść na Ordynacką z ulicy i korzystać przez kilka miesięcy z ich telefonów, komputerów, pokoi, nawet w nocy bez czyjegokolwiek nadzoru. Studenci wszystkich krajów łączcie się, nie musicie już od dzisiaj korzystać z kafejek internetowych, kupować sobie telefonów, wystarczy przyjść na Ordynacką 9. Przewodniczący Zbytek nawet nie wie, gdzie studiuje i czy w ogóle studiuje Jacek Marciniak, ale to też  nie ma żadnego znaczenia. Wszystko to przypadek.

Jacek Marciniak, wkrótce stał się gwiazdą mediów, był tym zastraszanym dziennikarzem, który walczy z pedofilami pracując dla programu „Interwencja” telewizji Polsat. Kilka miesięcy później wraz z Jerzy Kamińskim, wydawcą Interwencji, opuścili szeregi słonecznej telewizji. Pracownicy zostali wcześniej zawieszeni w służbowych obowiązkach, według nieoficjalnych informacji postawiono im zarzut działania na szkodę członka zarządu stacji – Tomasza Lisa.
(2) komentarzy / skomentuj

Sms do Rymanowskiego: Pacewicz upadł na głowę. Przepraszam za niego. 18-12-2008 22:27
Ostatnio Bogdan Rymanowski stał się obiektem ataków Gazety Wyborczej. Dzisiejszy komentarz Piotra Pacewicza pokazuje, że nie warto im podpadać. Z dziennikarza można stać się niedziennikarzem. I to w ciągu jednej nocy.

Piotra Pacewicza warto by zapytać, dlaczego tak gardzący telewizją dziennikarz, i jego koledzy, chodzą do niej?

Na szczęście Gazeta Wyborcza to nie tylko Piotr Pacewicz, sporo tam dobrych dziennikarzy, pozbawionych żółci i małostkowości. Potrafiących się różnić w poglądach.

Rozmawiając z byłym Dziennikarzem Roku (z mininych lat) zapytałem:
- Może Pacewicz chciał zostać dziennikarzem roku?
- Może…:) – usłyszałem.
(0) komentarzy / skomentuj

Ścigany 17-12-2008 03:01
Od ponad półtora roku finansista Janusz Lazarowicz ucieka przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Postawiono mu zarzut podżegania do zabójstwa, wydano list gończy. Według prokuratury poszukiwany przepadł bez śladu. Odnaleźliśmy go w RPA. Tam się spotkaliśmy.

Lotnisko w Kapsztadzie. Janusz Lazarowicz czeka w samochodzie. Czarnoskóry policjant grozi mandatem, auto stoi w niedozwolonym miejscu. Lazarowicz coś mu tłumaczy, policjant uśmiecha się i odchodzi. Jak na ściganego międzynarodowym listem gończym, ten Polak zachowuje się dość bezczelnie.

Polak? Właściwie tak, chociaż sam uważa się za obywatela świata. Ma paszporty brytyjski i południowoafrykański. Polskiego obywatelstwa nigdy się nie zrzekł, chociaż kiedy mówi słowo ojczyzna, ma na myśli najpierw Anglię, potem RPA, a dopiero na końcu Polskę.

Pierwsza ucieczka zdarzyła mu się w 1979 r. Miał wtedy 29 lat, młodą żonę i małą córeczkę. Był magistrem ekonomii. Pracował w rodzinnym Trójmieście w przedstawicielstwie British Petroleum. Chciał wyrwać się w świat. Z żoną umówili się w Londynie. On wyjechał na paszport służbowy, żona z córeczką dwa tygodnie później z paszportem turystycznym. W Londynie zgłosili w ambasadzie RPA chęć wyjazdu do tego kraju. Na zgodę czekali kilka miesięcy. W tym czasie Lazarowicz pracował na czarno: układał podsufitki, mył samochody, nosił cegły na budowie. Później już nigdy nie musiał w pracy napinać mięśni.

W 1980 r. dotarli do RPA. Pewien południowoafrykański bank przyjął go na próbę. Zajmował się, mówiąc w uproszczeniu, handlem walutowym. Szybko awansował, został szefem departamentu. Po pięciu latach wysłano go do londyńskiej filii banku. Służbowa willa w luksusowej okolicy (z wyjściem na pole golfowe), zarobki z najwyższej półki. Bez dwóch zdań, niedawny uciekinier zza żelaznej kurtyny wdrapał się wysoko w bankowej hierarchii.

Za namową żony postanowił otworzyć własny biznes. Został udziałowcem firmy brokerskiej. Kupił dom w Bromley pod Londynem. Tam do dzisiaj mieszka żona. – W interesach miałem szczęście. W 1994 r. w wieku 44 lat postanowiłem zawiesić działalność w biznesie i zacząć korzystać z życia, podróżować – opowiada. – Ale wtedy jeden z przyjaciół, profesor ekonomii Leszek Pawłowicz, namówił mnie, abym wykładał na Uniwersytecie Gdańskim i przy okazji zajął się doradztwem Bankowi Gdańskiemu, który miał wtedy jakieś kłopoty.

Życie w tramwaju

Myślał, że wraca do Polski na chwilę, ale ten epizod potrwał dwanaście lat. Doradzał w Big Banku Gdańskim (przez osiem godzin był nawet jego prezesem, ale Bogusław Kott, którego miał zastąpić, odbił przyczółek). Pracował w warszawskim oddziale Raiffeisen, był prezesem Raiffeisen Investment Polska, pomagał Grzegorzowi Wieczerzakowi (patrz ramka) w przejęciu kontroli nad trzema NFI, prezesował w XIV NFI Zachodnim.

Do Warszawy przylatywał w poniedziałki, do Londynu wracał w piątki. Samolot był wtedy dla niego tramwajem. Czasem wypuszczał się do Portugalii, gdzie wraz z żoną mieli nieruchomość. Czasem z rodziną latał na wakacje do egzotycznych krajów. W październiku 2007 r. odbył, jak do tej pory, ostatni lot na trasie Londyn–Kapsztad. Po raz drugi w swoim życiu wybrał RPA jako miejsce ucieczki.

Miasto Stellenbosch, kilkadziesiąt kilometrów od Kapsztadu; to tu osiadali pierwsi holenderscy zdobywcy tej ziemi. W Stellenbosch jest znany, a w miejscowym banku przyjmowany z honorami. Jak na banitę, cieszy się nadspodziewanym szacunkiem. – Niektórzy wiedzą, jaka jest moja sytuacja, ale raczej się z tym nie obnoszę – mówi.

Jeżeli, jak twierdzi, jest niewinny, dlaczego nie przyjedzie do Polski, aby przekonać do swojej prawdy prokuraturę i sąd? – Bo nie wierzę w polski system sprawiedliwości – odpowiada. – Bo zanim dowiódłbym, że nie mam nic wspólnego z dramatem pana Głowali (patrz ramka – red.), musiałbym spędzić kilka lat w areszcie. Byłbym upokarzany, maltretowany psychicznie, a na końcu ktoś może powiedziałby: przepraszam, to była pomyłka. Nie chcę być jak Jurand ze Spychowa, nie chcę, aby wyłupiono mi oczy i obcięto język.

To samo mówił, kiedy kilkanaście miesięcy temu rozmawialiśmy telefonicznie. – Przez ten czas nic się nie zmieniło – twierdzi. Zwrócił się za pośrednictwem adwokata do warszawskiej prokuratury z prośbą, aby przesłuchano go w kraju, w którym przebywa (nie podał jednak, gdzie konkretnie). Zaproponował, aby prokurator przyjechał do wskazanego miasta albo żeby skorzystano z możliwości przesłuchania elektronicznego bądź konsularnego. Prokuratura nie odpowiedziała na te propozycje. – Upoważniam panów do powiadomienia prokuratury, że przebywam w RPA. Jestem obywatelem tego kraju. Mogą wystąpić o moją ekstradycję, ale wtedy muszą przedstawić wiarygodne dowody mojej winy. Nie zrobią tego, bo w RPA żaden sąd nie uzna za dowód czyjegoś pomówienia – mówi z głębokim przekonaniem. Kto go pomawia? – Grzegorz Wieczerzak – odpowiada. – Jestem ofiarą zemsty pana Wieczerzaka.

Układa sekwencję zdarzeń. Przez pierwsze dwa lata od śmierci Piotra Głowali był jednym z wielu świadków w sprawie. Kiedy do władzy doszedł PiS, szukano haków na lewicę i Wieczerzak był w tym pomocny. – To on mówił dziennikarzom, że za śmierć Głowali na sto procent odpowiadam ja. Dorobiono mi gębę faceta związanego z lewicą, pojawiły się plotki, że finansuję tę partię, przyjaźnię się z Kwaśniewskim, Kaliszem, Szmajdzińskim i Siwcem. A ja żadnego z nich nawet nie znałem. To nie miało znaczenia. Ważne było, że mają podejrzanego o zbrodnię, a do tego przyjaciela postkomunistów. Sprawę Głowali dano prokuratorowi G., to on postawił mi zarzuty i kazał mnie aresztować, a kiedy PiS stracił władzę, uciekł z prokuratury, dzisiaj jest radcą prawnym i wszystko ma w nosie – opowiada.

Ale to nie tylko Grzegorz Wieczerzak obciążał go za śmierć Głowali. Funkcjonariusz CBŚ, który pracował przy tej sprawie, twierdzi, że znalazł się rozmowny świadek koronny. Według prokuratury to członek zamieszanej w tę zbrodnię grupy przestępczej Janusza Grafa. Andrzej L. ps. Kajtek miał zeznać, że Lazarowicz żalił się Grafowi, że Głowala go szantażuje. Grafa, a pośrednio Lazarowicza, obciąża też Adam J. ps. Małolat, zawodowy oszust, przez kilka lat działający w grupie Grafa. Nawet śledczy przyznają, że Adam J. nie jest wiarygodnym świadkiem. Budowanej tylko na tych zeznaniach wersji o zleceniu zbrodni trudno byłoby dowieść przed sądem.

W Stellenbosch, w salce konferencyjnej małego hotelu improwizujemy przesłuchanie Janusza Lazarowicza. Nie pada formuła, że będzie mówić prawdę i tylko prawdę. Pytamy go o fakty interesujące dla polskich prokuratorów i niejako w ich zastępstwie. Mamy świadomość, że może mijać się z prawdą, aby zbudować wiarygodną linię obrony. Oto skrócony stenogram jego odpowiedzi.

Nie zabija się posłańca

„Nie wiem, kto i dlaczego zabił Piotra Głowalę. Spotkałem go w maju 2004 r., wcześniej go nie znałem. Twierdzenie prokuratury, że Głowala znał mnie z czasów wspólnej pracy w Raiffeisen Banku i jakoby wiedział o moich defraudacjach, jest kłamstwem. Na nagraniu pierwszej rozmowy, jaką z nim odbyłem, Głowala mówi: »Nie mieliśmy okazji się poznać, chociaż obaj pracowaliśmy w Raiffeisen, ale w różnych okresach«. Głowalę nagrywałem, bo wiedziałem, że przysyła go pan Wieczerzak, którego miałem podstawy się obawiać. Z Głowalą widziałem się dwa razy. Raz u mnie w biurze, drugi raz w restauracji Dyspensa. Dla prokuratury kluczowym dowodem przeciwko mnie są zapisane w nagraniu przekazanym przeze mnie prokuratorowi słowa, jakie skierowałem do Głowali: »pan sobie grób kopiesz«. Było to wypowiedziane w emocji kolokwialne stwierdzenie. Gdybym rzeczywiście miał coś wspólnego ze śmiercią pana Głowali, czy przekazywałbym organom ścigania dowód własnej winy?

Podczas spotkania z panem Głowalą w Dyspensie przy sąsiednim stoliku siedział mój znajomy, biznesmen Jan Łuczak. O ile pamięć mnie nie myli, towarzyszył mu jego przyjaciel Kazimierz Marcinkiewicz, późniejszy premier. Zanim spotkałem się z Głowalą, w roli emisariusza Grzegorza Wieczerzaka wystąpił właśnie Jan Łuczak. Przekazał mi kartkę z żądaniami Wieczerzaka. Pan Wieczerzak domagał się 800 tys. dol. jako rekompensaty za straty, jakie rzekomo poniósł z powodu odsunięcia go od możliwości zarządzania trzema NFI. Identyczne żądanie przedstawił w jego imieniu pan Głowala. Odszedł z kwitkiem.

Pana Wieczerzaka poznałem bodajże w 2000 r. na Walnym Zgromadzeniu Big Banku. Później zaproponował, abym pomógł mu przejąć kontrolę nad trzema NFI: VII, X i XIV. Chodziło o wykupienie firmy zarządzającej tymi NFI. Firma zarządzająca należała do BRE Banku i nosiła nazwę BRE Private Equity, a po przejęciu została nazwana Private Equity Poland, czyli PEP. Wieczerzak działał w imieniu PZU Życie i za pieniądze tej spółki Skarbu Państwa chciał sobie kupić złoty spadochron w postaci firmy zarządzającej. PEP to była zwykła skrzynka pocztowa do pobierania pieniędzy. Firmy zarządzające wymyślił ustawodawca, kiedy tworzono projekt narodowych funduszy inwestycyjnych. Myślę, że wynikało to z obawy, że w Polsce brakuje menedżerów zdolnych do kierowania funduszami i dlatego stworzono czapy w postaci instytucji zarządzających, każda miała pod sobą kilka NFI. Każdy fundusz musiał zgodnie z ustawą zrzucać się na spółkę zarządzającą, roczna opłata to 1,6 mln euro. PEP za sam fakt istnienia dostawał więc rocznie 4,8 mln euro. I o te pieniądze walczył pan Wieczerzak. Na początku jego drogi była inwestycja PZU Życie, a na końcu prywatna własność pana Wieczerzaka. Jako prezes Raiffeisen Investment pomogłem mu przejąć od BRE kontrolę nad trzema NFI. Potem on razem z mecenasem Andrzejem Wyglądałą przeprowadził mały pucz i usunął moich ludzi z zarządów trzech NFI. A kiedy trafił do aresztu, mecenas Wyglądała razem z wiceministrem skarbu Ireneuszem Sitarskim zaproponowali, abyśmy wspólnie odsunęli Wieczerzaka i ponownie przejęli kontrolę nad funduszami. Można powiedzieć, że podczas lunchu w Grand Hotelu dokonaliśmy kontrrewolucji. O to pan Wieczerzak ma do dzisiaj pretensje.

Rzekomo miałem podżegać do zabójstwa Piotra Głowali mojego znajomego Janusza Grafa. Poznałem go, kiedy byłem prezesem Raiffeisen Investment. Przyprowadził go do mojego biura Robert Poczman, który chciał, abym zainwestował pieniądze w posiadany przez niego hotel Orle Gniazdo w Szczyrku. Nawet jeździłem do tego hotelu, oglądałem, ale na inwestycję się nie zdecydowałem. Potem Janusz Graf zaczął się sam ze mną kontaktować. Był to potężny mężczyzna, elegancko ubrany, sądziłem, że jest biznesmenem. Przedstawiał propozycje wspólnych interesów, niektóre przeprowadziliśmy. Nie miałem pojęcia, że pan Graf jest wiązany z gangiem pruszkowskim. O wizytach Piotra Głowali raz mu tylko opowiedziałem, podczas jazdy samochodem. Nie było z mojej strony najmniejszej sugestii, aby coś z panem Głowalą zrobić. Nie sądzę, aby Janusz Graf z własnej inicjatywy postanowił rozwiązać tę sprawę. Wiedział przecież, że to nie Głowala stawia żądania, ale Wieczerzak. Nie zabija się posłańca”.

Gonić króliczka


Kiedy dowiedział się o europejskim nakazie aresztowania, przeżył gonitwę myśli. Ta pierwsza: uciec jak najdalej. Druga myśl: co jest lepsze – kilkuletni areszt czy dożywotnia ucieczka? I myśl trzecia: moje więzienie będzie rozciągać się między Namibią a Zimbabwe.

Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego w 2006 r. pozwolono mu wyjechać z Polski, skoro już wtedy był podejrzany. Dlaczego przy pomocy angielskiej policji nie zatrzymano go, kiedy przebywał w Londynie, przecież prokuratura znała jego angielski adres? Czekano, aby uciekł na koniec świata? Lazarowicz cytuje Skaldów: „nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale by gonić go”.

Sprawa Janusza Lazarowicza przypomina historię Edwarda Mazura (biznesmen z Chicago podejrzany o udział w zabójstwie gen. Marka Papały). Mazurowi też pozwolono wyjechać z Polski, chociaż gangster-świadek wskazywał go jako zleceniodawcę. Potem zwrócono się do USA o ekstradycję, ale amerykański sąd wniosek odrzucił, bo uznał, że strona polska nie przedstawiła wiarygodnych dowodów winy podejrzanego. Dowody przeciwko Lazarowiczowi, podobnie jak w sprawie Mazura, oparto na zeznaniach przestępców. W gruncie rzeczy nie jest znany motyw, dla którego miałby zlecić zabójstwo. Wniosek o jego ekstradycję ma małe widoki na powodzenie, bo RPA wydaje swoich obywateli równie niechętnie jak USA.

Prokuratura powinna uczynić wszystko, aby ujawnić prawdę o śmierci Piotra Głowali. Zeznania Lazarowicza są do tego niezbędne. Skoro chce poddać się przesłuchaniu w miejscu aktualnego przebywania, trzeba go przesłuchać. Warto to uczynić nie tylko w sprawie Piotra Głowali, ale też na temat funkcjonowania NFI i uwłaszczania się na majątku prywatyzowanych firm (patrz ramka: „Listy z aresztu”). Ścigany dobrowolnie do Polski nie przyjedzie. Jego argumenty mają sens. W Polsce nadużywa się tymczasowych aresztów, trwają niejednokrotnie latami, a prawa osób aresztowanych są łamane. Lazarowicz twierdzi, że jest niewinny. Na razie linię obrony przedstawia dziennikarzom, bo prokurator słuchać nie chce.
-----
Przeżywam tu chwile braku wiary w cokolwiek...

Dotarliśmy do listów, jakie otrzymywali m.in. Janusz Lazarowicz i mecenas Andrzej Wyglądała. Listy te pisane były w imieniu Grzegorza Wieczerzaka, a dostarczane adresatom przez jego ojca Michała Wieczerzaka. Najprawdopodobniej pisał je ojciec i ówczesna żona Grzegorza Wieczerzaka, pod jego dyktando. Sygnowane są jego podpisem. Zarówno Wieczerzak, jak i odbiorcy tych listów dzisiaj nie chcą, by ujrzały światło dzienne. Poniżej przytaczamy fragment jednej z korespondencji.

„15.05.2003
Drogi Januszu,
Janusz powiedz szczerze mojemu ojcu co i jak. Sytuacja jest podobna do tej rok temu, gdy prosiłem o jasną odpowiedź co z pieniędzmi za Elektrim, to dostaniesz swój udział. Zaczynam sądzić, że świadomie mnie chcecie w całości obrać do zera. (...)

Janusz przeżywam tu chwile braku wiary w cokolwiek. Naprawdę bywam bliski załamania. Dobrze wiesz, że ukrycie sposobu zdobywania władzy w funduszach kosztowało mnie i Ciebie sporo wysiłku. Dlaczego chcecie to zniszczyć. (...)

Janusz zrozum ja nic nie mam poza funduszami. Zainwestowałem tam wszystkie swoje pieniądze i nie miałem dlatego na kaucję (...). Wiesz o tym dobrze, że moja żona w niczym nie pomaga i nie pomoże. Nie przewidziałem takiej sytuacji i w niczym ojca nie zabezpieczyłem. (...) Błagam nie możecie go zostawić bez środków. (...) Mecenasi chcą rezygnować z obrony ponieważ Tata nie ma pieniędzy na ich finansowanie. Chyba nie dopuścicie do tego, żebym musiał brać obrońcę z urzędu.(...)

Janusz wybaczam wam to co się stało i proszę o wybaczenie jeśli jest gdzieś w tym moja i mojej żony wina. Uczciwa wartość funduszy przy rozsądnym gospodarowaniu to jeszcze około 150 mln dol. Byłoby bez pośpiechu po 50 mln na głowę i nic nie trzeba robić tylko się pogodzić i nie oszukiwać się. (...) Dlatego nalegam o zawarcie ugody i wprowadzenie ludzi do zarządów i rad według klucza.(...)

Janusz błagam cię. Wiem, że tam za murami nie myśli się o wspólniku w więzieniu ale o zarabianiu pieniędzy. Ale zastanówcie się czy nie starczy dla wszystkich. Ja sporo jeszcze wytrzymam tylko muszę wierzyć w sens tego. (...) Jeśli zapewnicie mi współudział w tym co tak naprawdę zostało zbudowane dzięki Tobie i mnie. (...)
Proszę Was na kolanach i na głowy moich dzieci. Nie zmuszajcie mnie do rozpaczy, do wyboru pomiędzy dobrem mojej rodziny a poddaniem się. (...)
Grzegorz".

Polityka, 15 grudnia 2008, Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski
http://www.polityka.pl/scigany/Lead33,933,276632,18/

(3) komentarzy / skomentuj

Tabloizacja stanu wojennego 13-12-2008 11:46
Poranek 13 grudnia.  Marianna z Mini-Mini przełącza pomyłkowo na TVN24,  a tam stan wojenny w wersji uproszczonej, gdzie „frikowaty”  Robert Leszczyński, pozytywnie odstaje od reszty, od tabloidalnej próby ujęcia tego draństwa, które miało miejsce 27 lat temu. Leszczyński wyłamał się i przypomniał, że stan wojenny to nie tylko generał a prymitywne wojsko i milicja obywatelska na ulicach. Nie da się patrzeć na to jak traktuje się tamte wydarzenia w sposób pocztówkowy, sprowadzając do wspomnień o radiomagnetofonie Unitra.

Spod łóżka wyciągam laptopa, ściągam elektroniczne wydanie Świątecznej Gazety Wyborczej. Od dawna przegląd prasy nie ma nic wspólnego z szelestem papieru i zapachem świeżo wydrukowanej gazety. Liczyłem, że przeczytam większe fragmenty odtajnionych raportów płk. Ryszarda Kuklińskiego, a nie opracowanie. W zamian mam festiwal generała Jaruzelskiego, o którym nic nowego się nie mówi. I to nieznośne sprowadzenie 13 grudnia do jego postaci.  Tabloizacja stanu wojennego i tu trwa.

I już miałem wykasować plik „Wyborczej”, ale natrafiłem na rozmowę z Michałem Pisukiem o swoim scenariuszu do filmu, który nie powstał, poświęconego „Paktofonice”. Pisuk opowiada o tym, co jest normą w świecie filmowym, gdzie posiadanie dobrego scenariusza, historii, tematu nie oznacza, ze film powstanie. Wręcz przeciwnie.

(5) komentarzy / skomentuj

Ścigany odnaleziony 08-12-2008 17:14
"Polityka" ujawnia, że poszukiwany ENA (europejskiem nakazem aresztowania) finansista Janusz Lazarowicz ukrywa się w RPA.

Ujawniamy, że poszukiwany od marca 2007 r. krajowym listem gończym, a od października 2007 r. ENA (europejskiem nakazem aesztowania) finansista Janusz Lazarowicz ukrywa się w RPA. Chociaż prokuratura nie potrafiła tego ustalić (do władz RPA nie wpłynęła prośba o ekstradycję), bez problemu uczynili to dziennikarz „Polityki" Piotr Pytlakowski i dokumentalista (autor m. in. książki i filmu „Zabić Papałę") Sylwester Latkowski. Znaleźli poszukiwanego i spotkali się z nim w okolicach Kapsztadu. Podczas wielogodzinnych rozmów opowiedział im o swojej ucieczce i jej przyczynach. Jest przekonany, że padł ofiarą zemsty Grzegorza Wieczerzaka, b. prezesa PZU „Życie". Upoważnił dziennikarzy, aby podali do publicznej wiadomości miejsce jego pobytu.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie ściga Janusza Lazarowicza, b. prezesa Reifeisen Investement i b. prezesa XIV NFI Zachodniego pod zarzutem nakłaniania w 2004 r. do zabójstwa Piotra Głowali.  25 maja 2004 r. został on uprowadzony w Warszawie, a po dwóch dniach w okolicach miejscowości Brześce znaleziono jego zmasakrowane zwłoki. Ustalono, że wcześniej kontaktował się m. in. z Januszem Lazarowiczem i przekazywał mu żądania finansowe powołując się na upoważnienie Grzegorza Wieczerzaka.


Cała historia jest o tyle dziwna, że już w 2004 r. Lazarowicz był przesłuchiwany w tej sprawie jako świadek i sam przekazał prokuraturze nagrania dwóch rozmów jakie odbył z Piotrem Głowalą. Zarzut jaki postawiono mu później oparto na treści tych nagrań (słynne zdanie jakie wypowiedział do Głowali: „pan sobie kopiesz grób"). Sprawa jest też dlatego niezwykła, że później Lazarowicz występował do prokuratury, aby ta przesłuchała go poza granicami Polski. Jego prośby nawet nie rozpatrzono.

W jednym z najbliższych wydań „Polityki" opublikujemy reportaż o kulisach ucieczki Janusza Lazarowicza, o jego życiu w RPA i  o tajemniczych listach Grzegorza Wieczerzaka, których prokuratura nie potrafiła znaleźć, a są niezmiernie ważne, gdyż ujawniają jego prawdziwe intencje.

(4) komentarzy / skomentuj

Wieczerza u Świeszewskiego ( z ks.Krzysztofem Niedałtowskim i Pawłem Huelle) 06-12-2008 19:52



(0) komentarzy / skomentuj

Pokój o podwyższonym standardzie 05-12-2008 11:05

Samotność w hotelu zawsze jest nieznośna. A kiedy rano trzeba samemu wyprasować koszulę, bo nie ma w nim takiej usługi, przypominasz sobie nie tylko puste, zimne łóżko, z którego rano wyszedłeś… Na szczęście podali śniadanie do pokoju.

(0) komentarzy / skomentuj

Duży format 05-12-2008 01:15

(0) komentarzy / skomentuj

Londyn. Plan zdjęciowy 29-11-2008 17:29




(0) komentarzy / skomentuj

Metro, autobus, podmiejski pociąg, czyli piątek w Londynie 29-11-2008 17:00










(0) komentarzy / skomentuj

Poranny lot na Heathrow 28-11-2008 16:24




(0) komentarzy / skomentuj

Penderecki rulez 23-11-2008 22:46
Wieczór w Teatrze Wielkim-Opery Narodowej, gdzie swoje 75 urodziny świętował Krzysztof Penderecki. Pod jego batutą wykonano "Siedem bram Jerozolimy."

(1) komentarzy / skomentuj

Alaska 22-11-2008 21:56
Autor jedzie do ojczystego kraju, a zdaje się, że wyruszył na Alaskę. Jak to jest, kiedy miejsca, które na ogół są oswojone i bezpieczne, nagle stają się groźną, niezrozumiałą Alaską? ("Pisarze ze strefy bakłażana", Gazeta Świąteczna)

(0) komentarzy / skomentuj

Kiedyś także bywała w stanie.... i nie przeszkadzało 22-11-2008 00:18

Rano naniosłem ostatnie poprawki w reportażu dla Polsatu „Niebezpieczne kontakty Sumlińskiego”. Na szczęście wszystko można było zrobić w łóżku. Zmęczenie po wczorajszych zdjęciach było tak silne, że dopiero południowy pobyt w saunie pozwolił mi stanąć jakoś na nogach. Rozmowa z Wojtkiem Sumlińskim przeprowadzona w czasie jego pobytu w szpitalu psychiatrycznym od miesiąca leży w Polsat. Ma pójść razem z reportażem.

Jeśli wszystko pójdzie planowo, na początku stycznia ukaże się na DVD film „Zabić Papałę”. Zdecydowałem się pokazać  film w kilku miastach w Polsce i spotkać się z jego widzami. Choć niechęć do kontaktów z ludźmi ostatnio jest bardzo silna. Przypomina mi się sytuacja z  „To my, rugbiści”, „Blokersami”, które dopiero po jakimś czasie, po okresie krążenia w obiegu zamkniętym trafiły na srebrny ekran.

Jakże wybiórcze są media. Kiedyś przypadkowo natknąłem się z ekipą telewizyjną na pewnego znanego senatora „pod wpływem”. Wówczas usłyszałem o manipulacji, nierzetelności, a niektórzy dziennikarze, zaprzyjaźnieni z pijarowcami senatora, przeprowadzili analizę taśmy, z której wynikało, że senator był trzeźwy. To, że mówił od rzeczy, że czuć od niego było woń alkoholu było bez znaczenia. Za karę zredukowano emisję „Nakręconej nocy” i wyznaczono specjalną osobę odpowiedzialną do kontroli, czego media nie zauważyły. Przemilczały. No cóż, Elżbieta Kruk dzisiaj jest zaledwie posłem, jako szefowa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, mogła upijać się do woli, chodzić w stanie wskazującym  i  żadna stacja nie miała odwagi puścić jej „pod wpływem” Dziennikarze taktownie spuszczali wzrok.

Na zdjęciu kadr z wczorajszych zdjęć. Zdjęć Elżbiety Kruk było dzisiaj w nadmiarze. I może Piotr Pacewicz ma racje, że w tym polowaniem dzisiaj na Elżbietę Kruk  zatracono proporcję.

(2) komentarzy / skomentuj

Konstytucja swoje a Sąd swoje 20-11-2008 23:09
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w Art. 45. gwarantuje:

1. Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd.
2. Wyłączenie jawności rozprawy może nastąpić ze względu na moralność, bezpieczeństwo państwa i porządek publiczny oraz ze względu na ochronę życia prywatnego stron lub inny ważny interes prywatny. Wyrok ogłaszany jest publicznie.

Tymczasem w  polskich sądach rzeczywistość wygląda czasami tak jak w Sądzie  Rejonowym dla Warszawa- Śródmieście. Dzisiaj realizowałem tam  zdjęcia. Dwie strony, poszkodowany i oskarżony, zgodziły się na rejestrowanie przebiegu rozprawy. Rozprawa nie ma klauzuli tajności. Kto się przeciwstawił? Wysoki sąd. On nie chciał by ktokolwiek patrzył na ręce. Pozwolił tylko na używanie przeze mnie długopisu.

(2) komentarzy / skomentuj

Nocny lot według Bartka Piotrowskiego 18-11-2008 00:17


(1) komentarzy / skomentuj

Żagiel o Zacharskim i Mazurze. Fragment ksiązki "Zabić Papałę" 17-11-2008 15:04
"Aleksander Żagiel wspomniał jeszcze prokuratorowi o znajomości Mazura z Józefem Oleksym i generałem Marianem Zacharskim:
„Z tego, co wiem, Edek Mazur znał się z Oleksym. Pamiętam taką sytuację, która miała miejsce jeszcze w czasie, gdy prowadziliśmy wspólne interesy z Edkiem. Wylatywaliśmy samolotem do Warszawy: ja, Andrzej i Edek. Na lotnisku w Wiedniu Edek podszedł do Zacharskiego. My do niego nie podchodziliśmy. Ja odniosłem wrażenie, że Edek i Zacharski znali się, ale nie wiem, jakie interesy ich łączyły. Potem Edek zapytał nas, co się stało, że Zacharski się o nas negatywnie wyraża”.
Pytany o swoją znajomość z Edwardem Mazurem Józef Oleksy odmawia komentarza.
- To jest odległa przeszłość – ucina."

Fragment rozdziału: Żagiel ujawnia interesy Sasina z Mazurem.

(0) komentarzy / skomentuj

Sprawa Szermietiewa, część dalsza... 15-11-2008 22:17
Romuald Szeremietiew: "Byłem w TVN24 i red. Rymanowski powołał się na tekst p. Marszałek ogłoszony na Pańskim blog\'u (gratuluję Panie Sylwestrze koledzy czytają Pański blog). A w związku z tym, co u Pana napisała red. Marszałek, ukazało się oświadczenia ministra Macierewicza.

-------------------------------------------
Oświadczenie
W związku z powołaniem się pana redaktora Bogdana Rymanowskiego w dniu12.11.08r. w TVN24 na moje rzekome rozmowy z panią Anną Marszałek oświadczam, że wszelkie informacje pani Marszałek na temat moich opinii o Ministrze Romualdzie Szeremietiewie są bezpodstawne. Ze względu na szczególną rolę pani Marszałek w życiu publicznym, w tym ze względu na jej udział w atakach na Komisję Weryfikacyjną nie udzielam jej żadnych wypowiedzi i nie prowadzę z nią żadnych rozmów.
Z poważaniem
Antoni Macierewicz
Poseł na Sejm RP
Warszawa,
dn. 12. listopada 2008r.
------------------------------------

Czy będzie wobec tego jakieś oświadczenie p. Marszałek?"


Przypomnę fragment wpisu Anny Marszałek z dnia 2008-08-08 14:58:19. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Anna Marszałek kłamałaby o rozmowie z Antonim Macierewiczem. Być może teraz Macierewiczowi niewygodnie jest się przyznać do swoich słów i najprościej wyprzeć się tego, że kiedyś coś tam się chlapnęło niepotrzebnie. Teraz, po wyroku uniewinniającym Romualda Szeremietiewa, lepiej być po jego stronie niż przeciwko niemu:


"Romualda Szeremietiewa oskarżyła prokuratura i toczy się jego proces. Nie jest moją winą, że trwa to tak długo. Nie ja odpowiadam za taki a nie inny akt oskarżenia, który — nawiasem mówiąc — prokuratura tak spartoliła, że bardziej nie można.
Ja natomiast odpowiadam za tekst, który pokazywał, jak jego asystent żąda łapówek oraz bierze takowe, a Szeremietiew od tego swojego człowieka (o którym mówił, że jest tak biedny, że musiał mieszkać w mieszkaniu komunalnym) pożycza dwieście tysięcy złotych, bo mu brakuje na willę... Wszystkie zarzuty z mojego tekstu podtrzymuję.

Działalność Szeremietiewa od lat budziła wiele wątpliwości. Czy naprawdę Państwo uważają, że jest normalne, iż poseł i wiceminister obrony prowadzi razem ze swoim asystentem fundację i domagają się na nią wpłat od zależnych od swojego resortu firm zbrojeniowych i handlujących bronią?

Ale nie o etykę tu tylko chodzi. Złamane zostało także prawo. Nie jest prawdą, że Szeremietiew i jego asystent Zbigniew Farmus zostali całkowicie oczyszczeni z zarzutów. Wprawdzie mówi tak oficer służb PRL szkolony w dezinformacji generał Sławomir Pelelicki, ale jakie ma argumenty — „bo Romek jest jego przyjacielem”. A wtóruje mu inny przedstawiciel służb — mecenas Wojciech Brochwicz. Co wie o sprawie? Nic, ale jest przyjacielem Petelickiego. Żaden z nich nie miał wglądu w akta sprawy, a mogą wiedzieć o niej tyle, ile Szeremiew albo Farmus im powiedzieli...

Tymczasem my pisząc tekst w 2001 r. dotarliśmy do świadków i ustaliliśmy fakty. Oto one: Przedstawiciel koncernu z RPA twierdził, że Farmus żądał od niego 100 tysięcy dolarów za przetarg na armatohaubice. Świadkami tego żądania była pewna kobieta z firmy handlującej sprzętem specjalnym oraz Robert Poczman, przedsiębiorca z Wołomina znany bardziej jako „kasjer mafii”. Kobieta potwierdziła nam, że słyszała to żądanie Farmusa. Poczman — był „świadkiem obrony” Farmusa, a przy okazji przyznał się, że to on spłacił długi Szeremietiewa za budowę domu. Bezinteresownie? Wątpię. Zwłaszcza, że sam chwalił się pośrednictwem w operacjach specjalnych dla MON np. z Indiami.

Firma z RPA jak wiadomo z przetargu odpadła. — Mój szef chciał wiedzieć, dlaczego. Poszedłem do Farmusa i kupiłem po 10 tysięcy dolarów za sztukę dokumenty przetargowe konkurencji — opowiadał nam przedstawiciel tego koncernu.
W tekście ta informacja jest opisana przez inne źródło, do którego dotarliśmy.

„(...) Znany poseł SLD przedstawił \"Rz\" inną historię. - Przedstawiciel jednego z zagranicznych koncernów, które przegrały przetarg w MON, mówił mi, i to w obecności dyplomatów ze swego kraju, jak kupował od Farmusa dokumenty - opisuje poseł. - Jego szefowie chcieli znać oferty konkurencji i tajne protokoły posiedzeń komisji przetargowej. Przedstawiciel ten opowiedział mi, że umówił się z Farmusem w jego gabinecie w budynku przy alei Niepodległości. Wymiana odbywała się niemal bez słów. Farmus przynosił żądany dokument i wychodził na pół godziny, a przedstawiciel w zamian przekazywał kopertę. Za każdy dokument dawał 10 tys. dolarów. Miał w ten sposób zdobyć trzy dokumenty i zapłacił 30 tys. dolarów. Kiedy mówiłem, że to niemożliwe i zapytałem o dowody, pokazał mi mikrofilm.
- Powtórzy pan to w sądzie?
- Tak.(...)”
I powtórzył. Farmus został skazany za bezprawne udostępnienie przedstawicielowi koncernu z RPA tajnych dokumentów, jednak sąd pierwszej instancji nie dopatrzył się w tym korupcji. Z doświadczenia sądu najwyraźniej wynikało, że takie rzeczy robi się za darmo. Państwo też tak uważacie? Zobaczymy, co powie sąd II instancji...
Spisek WSI!

Medialni i anonimowi obrońcy Szeremietiewa ogłosili jako prawdę objawioną, że tekst był częścią spisku WSI przeciwko Szeremietiewowi, a miało chodzić o odsunięcie go od przetargu na samolot wielozadaniowy.
Bzdura! Ale skoro taka jest linia obrony Szeremietiewa, to chętnie spotkam się z nim w sądzie, jeśli kiedykolwiek zdecyduje się na proces.

Proszę zwrócić uwagę tylko na jeden aspekt. Gdyby było tak, że na zlecenie WSI dziennikarze załatwili uczciwego Szeremietiewa, to powinno się to znaleźć w raporcie Macierewicza jako sztandarowy przykład bezprawnych operacji tych służb. Naprawdę nie zastanowiło Państwa, że Macierewicz, który nie ma powodów, by darzyć mnie sympatią, nigdy nie stanął w obronie Szeremietiewa, a ta sprawa nie znalazła się w raporcie? Powiem więcej, w rozmowie ze mną Antoni Macierewicz przyznał, że „Szeremietiew nie jest czysty”.

Sprawa Szeremietiewa jest jedną z tych spraw, którą powinna zająć się sejmowa komisja śledcza. Oczywiście jest wiadome, że nigdy tak się nie stanie. Nikt na niej nie ugra dla siebie kapitału politycznego więc po co ryzykować, że samemu się przy tym oberwie.
(3) komentarzy / skomentuj

Śmiałowicz: Papała i inni 14-11-2008 21:22
Przeczytałem niedawno książkę Sylwestra Latkowskiego "Zabić Papałę". Wydaje mi się, że to dobre podsumowanie dziesięciu lat śledztwa w sprawie zabójstwa generała. Z książki Latkowskiego można wyciągnąć wniosek, że śledztwo to było bezowocne. Jedyny ślad, na który śledczy wpadli dotyczy Edwarda Mazura, ale dowody przeciw niemu są bardzo wątpliwe, co potwierdziło odrzucenie wniosku ekstradycyjnego przez amerykański sąd.

Bo choć prokurator Jerzy Mierzewski bardzo oburza się na Latkowskiego za wybielanie na siłę Mazura, ja nie mam takiego wrażenia. Przecież Latkowski przytacza w całości wniosek ekstradycyjny, w którym polska prokuratura musiała ujawnić wszystko, co ma. Wielokrotnie zmieniane zeznania Artura Zirajewskiego, wzajemnie ze sobą sprzeczne, zeznania Słowika po konsultacjach z "Bolem" Raźniakiem - wszystko to każe bardzo sceptycznie patrzeć na przebieg słynnego spotkania w gdańskim hotelu Marina w kwietniu 1998 roku. A przecież to spotkanie ma być kluczowym dowodem przeciwko Mazurowi. Dlatego trudno dziwić się sędziemu Keysowi, że odrzucił wniosek ekstradycyjny. To oczywiście nie oznacza, że Mazur jest niewinny. Wiele poszlak wskazuje, że miał jakiś związek z zabójstwem. Może nawet było tak, że nasze organy śledcze miały jakieś informacje wskazujące na winę Mazura, których jednak nie mogły wykorzystać procesowo. Postanowiły wiec dorobić trochę dowodów.

Książka ma jedną podstawową zaletę. Pozwala skonstatować, ze wszystkie rozpatrywane hipotezy śledcze nie muszą być ze sobą całkowicie sprzeczne. Bo występujące w nich postacie gdzieś się ze sobą zetknęły. Mazur rozmawiał o zabójstwie z Pruszkowem, a Pruszków to też Bogucki i Niemczyk. Mazur rozmawiał z Kanigowskim, a Kanigowski to Baranina. Baranina przez układ wiedeński współpracował z Kuną i Żaglem, a ci ze Zdzisławem Herszmanem i Markiem Michnbergiem. Na spotkaniu w Marinie mógł być Kazimierz Hedberg vel Wasiak, który z kolei znał braci Długoszów z Radomia. Mazur znał dobrze Józefa Sasina, Hipolita Starszaka i Romana Kurnika. Kurnik utrzymywał bliskie relacje z żoną Papały Małgorzatą. Wiele z tych postaci gdzieś kiedyś otarła się też o podejrzenie handlu narkotykami, a obawa o ujawnienie przez Papałę narkotykowego interesu to najbardziej prawdopodobny motyw zabójstwa. Jeżeli jeszcze przyjmiemy pojawiająca się tu i tam hipotezę, że w proceder narkotykowy zaangażowana była sama policja, wówczas zamyka się krąg podejrzeń. Zaczynamy też rozumieć, dlaczego śledztwo ma tak mizerne efekty.

Książka oczywiście wprost nie daje odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zabójstwem. Jest jednak na tyle inteligentnie skonstruowana, że najbardziej prawdopodobną hipotezę można wyczytać między wierszami. Sądzę, że nieprzypadkowo Latkowski na początku opisuje regularne obiadki w restauracji Kuźnia w Wilanowie, w których brali udział Kurnik, Sasin, Starszak i Papała. Nieprzypadkowo w szczegółach pisze o biografii uczestników tych obiadów.

Piotr Śmiłowicz, BLOGI - III RP istnieje, http://www.newsweek.pl/blogi/blog.asp?AutorBloga=p_smilowicz
(0) komentarzy / skomentuj

Polityczna poprawność, czyli opowiadając dowcip o czarnym jesteś rasistą 11-11-2008 22:42
Już na lotnisku usłyszałem żart o wozie Drzymały, czyli Barak Obamy, we Frankfurcie nad Menem grupa Polaków opowiadała dowcip, który tez miał opowiedzieć minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski: "Wiedzą państwo, że Barack Obama ma polskie korzenie Tak, jego dziadek zjadł polskiego misjonarza". Potem było jeszcze gorzej. Na miejscu biali tłumaczyli, dlaczego murzyni nie mieszkają na górze, gdzie mieszczą się ich posiadłości: „ Bo chodzą zbyt wolno na górę”. „U nich Czarny w białym domy nazywa się włamywaczem, a w USA prezydentem.” Itd. I wszyscy, ja i cała ekipa śmiała się aż po ból brzucha z tych rasistowskich żarów, anegdot. Czy oznacza to, że jestem rasistą? Bzdura. Czarni na temat białych też opowiadają dowcipy. Posłuchajcie hiphopowych czarnoskórych artystów, to jest dopiero "rasizm" do białych.

(2) komentarzy / skomentuj

Stopklatka 10-11-2008 23:38




























Ilekroć wchodziłem do pokoju zawsze był ten sam obraz. Nie było miejsca na nieporządek. Pokój nie pozwalał się oswoić mną. Moim osobistym bałaganem.

Rzuciłem torbę w kąt, przesunąłem krzesło, odwiesiłem ręcznik na kabinę prysznicową, na chwilę spocząłem na łóżku, przesuwając poduszki. Ten bałagan trwał do mojego wyjścia. Potem wszystko wracało na swoje miejsce. Wystarczyło, że wróciłem godzinę później i zastawałem ten sam perfekcyjnie zachowany porządek, odkąd wszedłem tutaj pierwszy raz.

Kiedy ujrzałem jak przed hotelem myte są białe kamyki, jeden po drugim, zwątpiłem w stereotyp brudnej, zakurzonej, spoconej Afryki.
- Tylko, że mu nie jesteśmy w Afryce – usłyszałem.
- A gdzie? – odparłem.

(0) komentarzy / skomentuj

Gentlemen's Breakfast w Stellenbosch 09-11-2008 23:19


(0) komentarzy / skomentuj

Afrykański chaos 08-11-2008 22:56

Wylądowałem. Poczułem się jak na innej planecie. Po kilku dniach pobytu zrozumiałem, że nie ma jednej Afryki. Nie da się jej opisać, zamknąć w jakimś jednym obrazie. Tą różnorodność najlepiej oddaje słowo chaos.

(0) komentarzy / skomentuj

Klatka dla palaczy 07-11-2008 11:54


Frankfurt nad Menem. Lotnisko. Przesiadka. Palacze chwilę po odprawie nerwowo wyszukują szklanych klatek, w którym można zapalić papierosa. 
- Jak możesz dobrowolnie zamknąć się w tak śmierdzącej klatce – rzucam.
Odpowiedzią jest wzruszenie ramion.
Potem patrząc na niego w klatce widzę jak zaczyna się uspakajać i oddychać spokojnie. Dla niego jest to łyk świeżego powietrza, łyk jego wolności, którą współczesny świat mu coraz bardziej odbiera.
Pali paczkę papierosów dziennie. Za sobą ma dwie godziny lotu bez papierosa, a czeka go jeszcze dwanaście godzin braku nikotyny.

(0) komentarzy / skomentuj

Pytlakowski o dziennikarzach z UOP 02-11-2008 10:46

(0) komentarzy / skomentuj

Pierwszy dzień zdjęciowy "Ostatniej Wieczerzy" 29-10-2008 02:06





(1) komentarzy / skomentuj

Głupi traci dwa razy 28-10-2008 17:57
Ostatnia grupa polskich żołnierzy z Iraku wylądowała na lotnisku w Goleniowie. Generał Stanisław Koziej, były wiceminister obrony narodowej w rozmowie z "Rzeczpospolitą, mówi:

Trochę to przykre, że my poświęciliśmy dużo wysiłku wojskowego, straciliśmy też ludzi, a kto inny teraz będzie tam robił interesy gospodarcze. Na przykład Niemcy, które nie wysłały tam swoich żołnierzy - dodaje Ostatnia grupa polskich żołnierzy z Iraku wylądowała na lotnisku w Goleniowie.

(2) komentarzy / skomentuj

Czy film Latkowskiego będzie półkownikiem? 27-10-2008 21:10
„Zabić Papałę” – film dokumentalny Sylwestra Latkowskiego zobaczyłem na prywatnym pokazie dla kilku osób. Prapremiera wersji roboczej odbyła się co prawda podczas festiwalu w Gdyni, jednak dopiero teraz dokument został poddany odpowiedniemu montażowi, skrócony i opatrzny lepszym dźwiękiem.

Pokaz odbył się w podwarszawskim Konstancinie, w prywatnej willi wyposażonej w kameralną salkę kinową. Dokument Latkowskiego trwa 86 minut. Zaczyna się wizytą w rodzinnej wsi Marka Papały. Kończy się obrazami nakręconymi na miejscu zabójstwa, bezpośrednio po zbrodni.

Film Latkowskiego stał się już przedmiotem krytyki, głównie ze strony policjantów i prokuratorów prowadzących śledztwo. Rozpowszechniane są pogłoski o rzekomej niewiarygodności zarówno filmu, jak i reżysera. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” prokurator Mierzewski oświadczył, że to, co robi Latkowski, jest elementem dezinformacji, a jego książka na ten temat „jest wyjątkowo podła, sprawia wrażenie obiektywizmu, powołuje się na do-kumenty, ale moim zdaniem ogólne wrażenie ma być takie, że w śledztwie zmuszano świadków do składania fałszywych zeznań, kombinowano z materiałem, popełniono niesamowite błędy. I nie wiadomo, dlaczego uparto się na jednego, biednego Mazura. Bo przecież generał to kobieciarz, homo-seksualista, zabiła go żona. Taki moim zdaniem jest wydźwięk tej książki”.

Tymczasem dokument, który obejrzałem, demaskuje partactwo ekipy śledczej, która przez 10 lat bezskutecznie poszukiwała odpowiedzi na pytanie, kto zabił generała Marka Papałę. Próba zdezawuowania książki i filmu przez prokuratora, który śledztwo to od początku prowadził dowodzi, że Latkowski trafia celnie i boleśnie, a prokuratorowi Mierzewskiemu puszczają nerwy.

Dla kogoś, komu udało się przebrnąć przez pełną szczegółów i rewelacyjnych odkryć książkę o tym samym tytule, film będzie rozczarowujący. Latkowski skoncentrował się w nim na jednym wątku – roli w tej sprawie osób wywodzących się ze służb specjalnych. Jednak książka to skrupulatny zapis dziennikarskiego śledztwa, przeznaczony dla czytelnika pasjonującego się tematem. Film natomiast jest wycinkiem tego śledztwa, swoistym streszczeniem dla przeciętnego widza.

Latkowski odpytuje najbliższych znajomych zamordowanego. Tak się składa, że są to w większości funkcjonariusze specsłużb tego i poprzedniego systemu. Niektórzy byli oficerowie rozmawiają w sposób otwarty i szczery, opowiadając o swoich relacjach z Papałą, jak chociażby gen. Andrzej Anklewicz. Inni, jak gen. Józef Sasin (były szef Departamentu V MSW), zostali nagrani z ukrycia, nie pomogły im nawet rutynowo używane w służbach specjalnych systemy zagłuszające. Są też tacy, jak płk Roman Kurnik, którzy za wszelką cenę unikają kamery. Nie chcą odpowiadać na najprostsze nawet pytania. A Kurnik akurat - zdaniem autora - mógłby powiedzieć bardzo wiele. Przez wszystkich rozmówców Latkowskiego jest wskazywany jako osoba naj-bliższa Papale, jego mentor, ojciec jego oszałamiającego sukcesu (Papała był najmłodszym i najszybciej awansującym komendantem policji) i protektor. Na kilka tygodni przed zabójstwem dochodzi jednak do niespodziewanego ochłodzenia między Papałą a Kurnikiem. Dlaczego? O tym Kurnik nie chce mówić.

Zdaniem Latkowskiego Papała uwikłał się w dziwne zależności od tych ludzi. Zarówno finansowe, jak i towarzyskie. Zespół śledczych nie zajął się tym wystarczająco, chociaż w poszukiwaniu motywu zbrodni powinien zgłębić towarzyskie i służbowe zależności zabitego szefa policji. Oficerowie UOP mówią, że niektórych wątków nie wolno im było drążyć. Potwierdza to były minister koordynator specsłużb Zbigniew Siemiątkowski, który podkreśla, że niektóre wątki zostały potraktowane niestarannie. Pierwszy, zdaniem kryminologów najważniejszy, tom zapisów śledztwa zawiera mnóstwo szkolnych wręcz błędów i niedociągnięć. Warto dodać, że w skład ekipy weszli ci sami policjanci, którzy bezskutecznie usiłowali wykryć morderców byłego premiera Jaroszewicza i jego żony.

Jedną z osi dokumentu jest wielokrotnie w filmie cytowane nagranie, które redakcja „NIE” udostępniła Latkowskiemu. To nieupubliczniona dotąd rozmowa dziennikarzy „NIE” Doroty Pardeckiej i Macieja Wiśniowskiego z Piotrem W. pseudonim Generał, przestępcą, który został świadkiem koronnym. Jego zeznania w oficjalnym śledztwie stanowią jeden z głównych dowodów. W mającej miejsce kilka lat temu rozmowie z naszymi dziennikarzami Piotr W. będący wówczas jeszcze na wolności i nie podlegający władzy prokuratorów i klawiszy, mówi o zleceniodawcach zabójstwa, wskazując na bliżej nieokreślone szczyty władzy. Na osoby, których nazwiska bał się wymienić, bo są tak wszechpotężne, że „mogłyby każdego z nas obrócić w pył”. Oskarża też prowadzącego śledztwo prokuratora Jerzego Mierzewskiego o to, że „jest kupiony przez „Wołomin”. „Czy wiarygodny jest świadek Piotr Wierzbicki, który bezpodstawnie pomawia prokuratora Jerzego Mierzewskiego?” – pyta retorycznie Latkowski. A to istotne pytanie, bowiem zeznania tego sa-mego Piotra W. prokuratorzy prowadzący śledztwo traktowali bezkrytycznie. Nie wiedzieli jednak, co ten nieomylny w ich rozumieniu świadek wcześniej opowiadał o nich samych. Skoro zmyślał związki Mierzewskiego z „Wołominem” to skąd wiemy, że później mówił prawdę?

Inny obrazek. Były oficer UOP, tyłem do kamery, opowiada o tym jak wytropił groźnego mordercę Ryszarda Niemczyka pseudonim Rzeźnik, przez dłuższy czas typowanego przez ekipę śledczą na zabójcę Papały. Przełożeni oficera, szefowie śląskiej delegatury UOP, rozkazali jednak, żeby się nie zajmował tym mordercą poszukiwanym przez wiele lat. Dlaczego?

Wedle zapewnień kolejno rządzących polityków i śledczych sprawa morderstwa szefa policji uzyskała najwyższy priorytet. Jednak jeden z podejrzanych skutecznie ukrywa się w górach a następnie czmycha z Polski, mimo że UOP znał miejsce jego kryjówki. Byłego oficera UOP, który o tym opowiadał nikt nigdy nie przesłuchał, prokuratorzy do niego nie dotarli. Latkowski owszem.

I jeszcze inny fragment – rozmowa z byłym oficerem CBŚ nazywanym „Miami”, który opowiada o tym jak przez lata śledził każdy krok gdańskiego gangstera „Nikosia”. Policjant ten nie potrafi zrozumieć, czemu ekipa śledcza go nie przesłuchała. Jego zdaniem opisywane w śledztwie spotkania, w których miał uczestniczyć „Nikoś”, nigdy się nie odbyły. A na jednym z takich spotkań zdaniem prokuratury doszło do złożenia zamówienia na głowę Papały. Zamawiał biznesmen Mazur, a „Nikoś” brał w spotkaniu udział. Wraz z nimi przy stole siedzieć miał „Słowik” – gangster z Pruszkowa. Zdarzenie to kwestionuje „Miami” twierdząc, że po pierwsze z pewnością wiedziałby o takim spotkaniu, a po drugie „Pruszkowscy” nigdy nie usiedliby do stołu z „Nikosiem”, którego podejrzewali o współpracę z policją.

W tym poważnym filmie są też momenty komiczne, na przykład gdy Latkowski pokazuje nagraną przez policję scenę rozpoznawania przez świadków Edwarda Mazura. ON jako jedyny wśród okazywanych mężczyzn ma jaskrawo czerwony sweterek na sobie i zawsze ten sam numer 3. Amerykański sędzia Arlander Keys, który odrzucił wniosek ekstradycyjny, wręcz dworuje sobie z takiego „niezawodnego” rozpoznawania podejrzanych.

Kampania kwestionująca wiarygodność filmu Latkowskiego przynosi efekty. Od dłuższego czasu trwają pertraktacje dotyczące wyemitowania go w jakiejkolwiek telewizji. Nie idą najlepiej. Warto upomnieć się o ten film, dać szansę Latkowskiemu, poznać jego ustalenia. Ekipa śledcza miała 10 lat na wykazanie swoich racji. Jak dotąd nie potrafiła nawet spłodzić skutecznego wniosku ekstradycyjnego by sprowadzić do Polski biznesmena Mazura. Nie umie wskazać jakiegokolwiek motywu zbrodni. Nadal nie wiemy, kto i dlaczego zabił generała polskiej policji. Film „Zabić Papałę” jest oskarżeniem wymierzonym w ekipę śledczą i w polityków. Zdaniem Latkowskiego liczba błędów i zaniechań popełnionych w śledztwie przekracza granice niekom-petencji, wskazuje na celowe działania zmierzające do ukrycia prawdziwych zabójców i ich mocodawców. Dokument „Zabić Papałę” może zostać półkownikiem, pewnie dlatego, że zbyt wiele w nim pułkowników.

Andrzej Rozenek Czy film Latkowskiego będzie pułkownikiem? Papała wciąż nie żyje NIE43/2008

„Zabić Papałę”, reż. Sylwester Latkowski, muzyka Piotr Krakowski, zdjęcia Krzysztof Gromek, montaż Rafał Samborski, produkcja Artnet, PISF.
(3) komentarzy / skomentuj

Sobotni przegląd prasy, czyli lepiej nie czytać prasy przy kawie, bo można zepsuć sobie poranną przyjemność jej picia 25-10-2008 13:55
Czytam wywiad z Olewnikami w dzisiejszej „Polsce”.  Danuta Olewnik mówi:

„Były obietnice, że sprawa będzie rozwiązana. Padały deklaracje, że to, co się wydarzyło, nie powinno się zdarzyć w państwie polskim. Pytano, jak to się stało, że nikt nam nie pomógł. PO i PiS załamywały ręce. I co się teraz dzieje ze śledztwem? Nic. Słyszymy, że spływają akta, że nie możemy nic z tym zrobić. Nikt nie jest zatrzymywany. W tym tygodniu byliśmy w Sejmie. Chcieliśmy pokazać tatę, że to nie jest jakiś oszołom, który rzuca się na człowieka. Miała być debata, ale wniosek przepadł.”

A na co liczyli, że maszyna prokuratorsko-policyjna przyzna się do błędów? Prokurator i policjant  zawsze ma rację, nawet jak jej nie ma to jest w stanie ją udowodnić. Czasami myślę, że w większości karierę w policji i prokuraturze robią ci, którz są w stanie udowodnić, że kłamstwo jest prawdą.

Dobrze pamiętam rozmowę z funkcjonariuszem Z., który przejawiał tak silną niechęć do rodziny, do ich oskarżeń (spotkaliśmy się kilka dni po transmisji telewizyjnej z Sejmu), że jakoś nie chciało mi się wierzyć w szczerość publicznego zapewnienia, że oni teraz wyjaśnią kulisy. Poszły zresztą pierwsze przecieki, kwity, do niektórych dziennikarzy na Krzyśka, na Olewników. Więcej wysiłku w pewnym momencie poświęcano znajdowaniu kwitów i haków na Olewnika niż wyjaśnianiu, jak to się stało, że tak spaprano śledztwo.

Nie wiem, czy na to liczył Romuald Szeremietiew, ale ma krótki tekścik w Gazecie Wyborczej. Inne media? (Szermietiew sam relacjonuje na swoim blogu: Wczoraj oglądałem dziennik TV1 – ani słowa o moim uniewinnieniu. Dziś zaglądam do gazet. Przyzwoity artykuł w „Naszym Dzienniku”, nijaki tekścik w „Gazecie Wyborczej”, malutka wzmianka w „Super Expressie” i... to wszystko.) A kogo interesuje była gwiazda newsów sprzed siedmiu lat? Bo jeśli liczył, że wiadomość o uniewinnieniu go z zarzutów korupcyjnych stanie się newsem wszystkich mediów, to musiałby liczyć na to, że media rządzą się jakimikolwiek zasadami. Powinien podziękować  Bogdanowi Wróblewskiemu,  że  w ogóle zdecydował się napisać i tak zatytułować. „Szeremietiew: „Nie jestem złodziejem”.
(1) komentarzy / skomentuj

Mocne słowa Piesiewicza 21-10-2008 18:59
Tekst Wojciecha Czuchnowskiego zamieszczony w Gazecie Wyborczej wart jest przytoczenia, choćby ze względu na mocne słowa Krzysztofa Piesiewicza:



Zabójstwo ks. Popiełuszki: wątpliwości na korzyść morderców z SB

- Co pewien czas przedstawiane są rzekomo nowe fakty podważające okoliczności śmierci księdza Popiełuszki i negujące twierdzenia co do funkcjonariuszy SB będących jej sprawcami. Tymczasem jak dotąd nie ma żadnych mocnych dowodów, które podważałyby winę esbeków skazanych za tę zbrodnię-mówi „Gazecie” mec. Krzysztof Piesiewicz, który w 1985r, był oskarżycielem posiłkowym w procesie morderców księdza.
- Jeżeli w opinii publicznej utrwali się przekonanie o tym, że za tę zbrodnię skazano niewłaściwe osoby to będzie triumf morderców- podkreśla prof. Witold Kulesza, do 2006 r. szef pionu śledczego IPN badającego sprawę śmierci księdza.
Nieznana prawda-słabe dowody
W sobotnim numerze dziennika „Polska” pod sensacyjnym tytułem „Nieznana prawda o śmierci ks. Jerzego” opublikowano tekst mający podważać dotychczasowe ustalenia na temat okoliczności jednej z najbardziej ponurych zbrodni PRL- zamordowania w 1984r. kapelana Solidarności. Autorem tekstu jest Leszek Pietrzak, b. prokurator IPN a do niedawna członek komisji weryfikacyjnej WSI.
Materiał opublikowano w przeddzień 24 rocznicy śmierci księdza.
Według ustaleń z procesu sprawców tej zbrodni, ks. Popiełuszko został 19 października 1984 r. uprowadzony przez trzech funkcjonariuszy SB: Grzegorza Piotrowskiego (skazany na 25 lat, wyszedł po 15) Leszka Pękalę(15 lat, wyszedł po 6), Waldemara Chmielewskiego(14 lat wyszedł po 4).
Esbecy torturowali księdza a wrzucając go do bagażnika samochodu, związali w taki sposób, że udusił się krępującym go sznurem. Ciało kapłana wyrzucili do zalewu pod Włocławkiem. Zwłoki znaleziono 30 października. Trzech esbeków i ich przełożony płk Adam Pietruszka(dostał 25 lat, wyszedl po 10) sądzonych było na przełomie 1984 i 85 w tzw. procesie toruńskim. Władza starała się w nim wykazać, że ze zbrodnią nie mają nic wspólnego szefowie MSW ani partii komunistycznej.
Główne teza artykułu Pietrzaka jest następująca:kapłan nie zginął 19 października.Był torturowany przez kilka dni bo esbecy chcieli go zwerbować do współpracy.W Toruniu nie skazano właściwych sprawców a proces był reżyserowany.
Pietrzak pisze: - ludzie Piotrowskiego torturowali  księdza w starych bunkrach koło miejscowości Kazuń.
- potem „nad ranem [z 19 na 20 października] półprzytomnego księdza przejęła inna grupa operacyjna(...)ksiądz znalazł się w rękach innego zespołu(...)na pewno kontynuowano brutalny proces werbunku, nie stroniąc od bicia i grożenia śmiercią”.
- „w dniach 20-25 października ksiądz mógł przebywać na terenie jednej z sowieckich jednostek w rejonie Kazunia, gdzie znajdowała się ekspozytura KGB”.
Pietrzak nie podaje żadnych bliższych danych na temat „innej grupy operacyjnej”. Nie pisze też jakie są mocne dowody na to, że duchowny żył po 19 października.
Obalana wersja Witkowskiego
W swoim artykule Pietrzak powtarza, to co w książce o sprawie Popiełuszki napisał w 2006r. dziennikarza Wojciech Sumliński. 
Sumliński i Pietrzak opierają się na ustaleniach prokuratora Andrzeja Witkowskiego, który prowadził śledztwo w sprawie śmierci księdza od lat 90. i przeszedł z tym śledztwem do IPN. W 2005r. Kulesza odebrał mu sprawę i przekazał do IPN w Katowicach. A tamtejsi prokuratorzy uznali, że tezy o innym niż dotychczas przebiegu zabójstwa księdza nie maja pokrycia w faktach. Wobec publicznych protestów Witkowskiego  nadzór nad postępowaniem przejęła Prokuratura Krajowa. W marcu 2006r. prokuratura w Toruniu uznała, że nie ma podstaw by od nowa wszcząć „proces toruński”.
Jednocześnie w IPN powołano zespół śledczych badających nadal sprawę zabójstwa duchownego, ale i działalność nieformalnej grupy esbeków, którzy w latach 80. zajmowali się pobiciami  i skrytobójczymi mordami.
Czy teraz IPN potwierdza rewelacje Pietrzaka?:- Nie komentujemy tych twierdzeń. Zespół nadal pracuje-mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu.
Piesiewicz: degenerowanie prawdy
- Prokuratorzy w Katowicach i w Toruniu mieli ten sam materiał co panowie Pietrzak i Witkowski. Jest nie do pomyślenia, żeby ukryli jakieś dowody- mówi prof. Kulesza, potwierdzając, że już w peerelowskim MSW prowadzono nieformalne działania mające odsunąć podejrzenia od skazanych w Toruniu morderców księdza. - Byłoby nieszczęściem, gdyby np. teraz wznowiono proces na podstawie teorii o śmierci 25 października. Oczyszcza ona Piotrowskiego, Chmielewskiego i Pekalę, bo zatrzymano ich  3 dni wcześniej. Skończyłoby się na umorzeniu sprawy z powodu niewykrycia sprawców i oczyszczenia tych, którzy w tym procesie zostali skazani-podkreśla b. szef pionu śledczego IPN.
- W sferze faktograficznej podczas procesu toruńskiego okoliczności śmierci księdza udowodniono na 100 procent, na podstawie zeznań i materiałów dowodowych. Dopóki nie będzie mocnych materialów, które to podważą nie uwierzę w inna wersję. Proces toruński był reżyserowany, ale władzy chodziło wtedy o to by ukryć właściwych inspiratorów i oczernić w oczach opinii publicznej księdza Popiełuszkę. - mówi mec. Piesiewicz. I dodaje: - Powracające próby „ujawnienia nowej prawdy” o śmierci księdza   to przy słabości dowodów prezentowanych przez ich głosicieli degenerowanie prawdy i brak szacunku dla strasznej tragedii jaką było porwanie i zabicie księdza Jerzego.
(1) komentarzy / skomentuj

To rewelacje Sumlińskiego a nie Pietrzaka 18-10-2008 22:40
Leszek Pietrzak, autor dzisiejszej publikacji w dzienniku „Polska”, bliski (choć dzisiaj niechętnie się do tego przyznaje) znajomy Wojciecha Sumlińskiego, który wspierał go w pracach nad książką „Kto naprawdę Go zabił?”, ani słowem się nie zająknął, że jego artykuł zawiera rewelacje z książki opublikowanej trzy lata temu. Nie dziwię się, że musiało to zaboleć Wojciecha Sumlińskiego. Przebywa obecnie poza szpitalem, z którego oficjalnie zostanie wypisany w poniedziałek. Rozmawialiśmy o tym. Słowa Wojtka, które poniżej zamieszczę są mocne, ale historyk Leszek Pietrzak powinien pamiętać, że cytuje się źródła.

„Dzisiejszy (18.10.2008 r.) dziennik "Polska The Times" zamieszcza na pierwszej stronie tekst opatrzony tytułem: „Prawda o śmierci ks. Popiełuszki”. „Polska” dotarła do informacji, które rzucają nowe światło na ostatnie dni księdza męczennika – czytamy w dzienniku. To dobrze, że taka publikacja powstała. Prawda o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki jest bowiem ukrywana od blisko 25 lat, a zaciemnianiu tej prawdy bierze udział wiele osób: ci, którzy brali udział w zamordowaniu księdza Jerzego bądź w wydarzeniach z nią związanych; ci, którzy później zacierali ślady tej jednej z najgłośniejszych zbrodni PRL; ci, którzy obawiają się, że w toku wyjaśniania tej zbrodni wyjdzie na światło dzienne prawda o ich ponurej przeszłości. Niestety – również ludzie dobrej woli, którzy – często z jak najbardziej uczciwych, ale mylnych pobudek – obawiają się, że odkrywanie prawdy o morderstwie na księdzu Jerzym może opóźnić Jego beatyfikację. Również te środowiska, które sądzą, że postawa niektórych osób na przełomie lat 80. i 90. może zmazać ich wcześniejsze winy, czyli przyzwolenie na zbrodnie dokonywane prze komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Wreszcie – nieudolni oficerowie śledczy i prokuratorzy, z winy których w ostatnich latach śledztwo w sprawie morderstwa na ks. Jerzym ugrzęzło w martwym punkcie.

Dziś już powszechnie wiadomo, że proces toruński od początku do końca realizowany był wedle z góry napisanego scenariusza, który na pewno nie powstał na biurku sędziego. A mimo to ustalenia procesu obowiązują do dzisiaj. To nie przypadek, że prokuratora Andrzeja Witkowskiego, który dwukrotnie prowadził śledztwo dotyczące tej zbrodni, również dwukrotnie odsuwano w kluczowych momentach od tegoż śledztwa – dokładnie wówczas, gdy chciał stawiać zarzuty generałowi Czesławowi Kiszczakowi. To wreszcie nie przypadek, że każdemu, kto próbuje wyjaśnić tajemnice dotyczące tej zbrodni, urabia się opinię szaleńca lub bądź niszczy w inny sposób, wedle starej metody: jeżeli nie można polemizować z faktami, zawsze można podważyć wiarygodność tego, kto te fakty ustalił.

Ze wszech miar zatem publikacja dziennika „Polska” jest cenną próbą nagłośnienia spraw skrywanych. Przykro mi zatem, że w związku z tą publikacją muszę zaprotestować: nie tyle przeciw tezom artykułu, bo zgadzam się z nimi całkowicie, tylko próbie przedstawienia ustaleń Autora jako całkowicie nowych, odkrywczych, rzucających, jak napisano, nowe światło na ostatnie dni księdza męczennika.

Rzecz w tym, że artykuł stanowi powtórzenie zasadniczych ustaleń i tez zawartych w książce mojego autorstwa „Kto naprawdę Go zabił?”, wydanej w roku 2005 nakładem Wydawnictwa Rosner i Wspólnicy, a następnie omówionej w dwóch odcinkach programu „Konfrontacje” Sylwestra Latkowskiego (TVP), w programie Bogdana Rymanowskiego (TVN 24) oraz w programie „30 minut” (TVP), a także w filmie z cyklu „Interwencja” (Polsat). Dobry obyczaj wymagał zatem, by miast pisać o docieraniu do nowych informacji, zwyczajnie powołać się na źródła. Tylko tyle i aż tyle. Wspomniana już tutaj książka "Kto naprawdę Go zabił?" mimo czynionych olbrzymich wysiłków na rzecz jej przemilczenia – przebiła się do szerokiego forum (głównie dzięki zaangażowaniu kolegów dziennikarzy, zwłaszcza wspomnianych Sylwestra Latkowskiego i Bogdana Rymanowskiego); na jej podstawie ma powstać serial dokumentalny w Telewizji Polskiej, o czym zresztą TVP już informowała. Szkoda zatem, że w cennej i ze wszech miar potrzebnej publikacji dziennika „Polska” nie odwołano się do źródeł.

Szkoda tym bardziej, że przed czterema miesiącami, a więc jeszcze przed tragedią, która stała się udziałem moim i mojej rodziny rozmawiałem z dziennikarzem „Polski” w sprawie „nowych faktów” dotyczących zabójstwa księdza Jerzego. W trwającej blisko godzinę telefonicznej rozmowie przedstawiłem wszystkie fakty, przytoczone w obecnym tekście „Polski” (dziennikarz „Polski” mówił mi zresztą, że moją książkę zna i że wywołała ona w redakcji poruszenie, stąd – jak twierdził – jego telefon). Dziennik „Polska” zapowiada kolejną publikację na temat nowych faktów dotyczących zbrodni na księdzu Jerzym już w najbliższy poniedziałek. Dobrze by było, gdyby wcześniej sprawdzono, czy są to naprawdę nowe fakty, czy też może „nowe fakty”. Różnica tylko pozornie drobna.
Wojciech Sumliński"
(3) komentarzy / skomentuj

Lista inwigilowanych ludzi mediów za PIS ( Nie chodzi tylko o podsłuchy) 17-10-2008 23:07
Były minister Zbigniew Ziobro z uśmiechem na twarzy przekonuje, że inwigilacja za czasów, gdy rządził, zmalała. Na konferencji cytuje oficjalne dane o zakładanych podsłuchach. Za PIS według statystyki zmalała ich ilość. Tymczasem inwigilacja to nie tylko podsłuchy, ale i obserwacja, robienie wywiadów, sprawdzanie bankowych kont, finansów, kontrolowanie budowy domów, mieszkań, sprawy obyczajowe, rozpoznanie środowiskowe, grzebanie w życiorysie. Zbierano haki, tylko dlatego, że nie podobała się  ta czy inna osoba lub uznana została za przeciwnika politycznego. Jedną z grup podlegających inwigilacji (szeroko rozumianej, patrz wyżej) były media.

Poniżej lista osób, które według mojej wiedzy doświadczyły specyficznego zainteresowania niektórych decydentów PIS.To wiedza zgromadzona przez ostatnie lata. Część z nich padała już w publikacjach prasowych w Dzienniku, Gazecie Wyborczej, Newsweeku. Przypomnę tekst  mój  i Piotra Pytlakowskiego  „Wszyscy byli odwróceni” (Polityka), w którym opisaliśmy dlaczego niektórzy dziennikarze byli poddani inwigilacji.  Uważni czytelnicy bloga od lat  powinni pamiętać moje wpisy na ten temat. Proszę nie wymagać bym podawał swoje źródła informacji.

Jerzy Baczyński
Jan Wejchert
Mariusz Walter
Zygmunt Solorz
Nina Terentiew
Wojciech Czuchnowski
Romana Daszczyński
Maciej Duda
Piotr Pytlakowski
Bertold Kittel
Roman Osica
Andrzej Rozenek
Sylwester Latkowski
Tomasz Lis
Robert Zieliński
Krzysztof Wójcik
Monika Olejnik
Grzegorz Indulski
Tomasz Sekielski
Anna Marszałek
Janina Paradowska
Kuba Wojewódzki
Piotr Pacewicz
Łukasz Kurtz
Marek Kęskrawiec
Andrzej Stankiewicz
Piotr Śmiłowicz
Piotr Sieńko
Andrzej Morozowski
Jacek Żakowski
Marek Balawajder
Ewa Święcińska

Może już niektórzy zapomnieli, ale obowiązywała czarna lista dziennikarzy w ministerstwie sprawiedliwości. Do rozpracowywania dziennikarzy używano wysokich funkcjonariuszy policji i ABW.  Czasami wydawało się to wręcz śmieszne. Oto na jednej z narad powstał groteskowy plan rozpracowania Macieja Dudy. Zlecono to wysokiej randze funkcjonariuszce policji.  Dostała polecenie od Zbigniewa Ziobry i Janusza Kaczmarka,  by umówić  się z nim na wino (Duda jest podobno miłośnikiem wina), upić go i dowiedzieć się, kto jest jego informatorem. Załatwić także jego bilingi telefoniczne.

Zapytany o komentarz Maciej Duda (obecnie Newsweek), odpisał :

- Wiem o sprawie od swoich źródeł, które były świadkami tych ustaleń. Rok temu próbowałem na własną ręke ustalić, czy rzeczywiście powstał plan takiego niby operacyjnego rozpracowania mnie. Historia ta jest w sumie śmiechu warta, ale tak naprawdę czasami czuję ciarki ze strachu na plecach, gdyż wiem, że czy to politycy czy ludzie służb, czy wpływowi biznesmeni mogą sięgać po zupełnie nieformalne metody by zdobyć informacje o dziennikarzach lub by ich spróbować skompromitować. Każdej władzy zależy na kontrolowaniu mediów. Wielokrotnie padałem i padam ofiarą czarnego PR.  Wiem, że prokuratorzy w Zielonej Górze przesłuchują świadków, sprawdzają czy rzeczywiście próbowano mnie rozpracowywać. Wierzę, że to śledztwo zakończy się jednak sukcesem.

Śledczy z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze sprawdzają przypadki inwilgilowania innych dziennikarzy. Chodzi tutaj o nielegalne, pięciodniowe podsłuchy zakładane w ramach operacji Centralnego Biura Śledczego gdy kierował nim Jarosław Marzec. Podsłuchiwani w ten sposób mieli być Wojciech Czuchnowski (GW), Bertold Kittel ( TVN i "Newsweek Polska"), Piotr Pytlakowski ("Polityka"), Sylwester Latkowski (niezależny dziennikarz, reżyser) oraz Łukasz Kurtz ("Polsat"). Oprócz nich media donosiły o podsłuchiwaniu Romana Osicy i Marka Balawajdera ( "RMF FM") oraz Roberta Zielińskiego ("Dziennik")
(11) komentarzy / skomentuj

Europejskie filmy według Woody Allena 16-10-2008 21:26

Europejskie filmy (…) są grubo ciosane. Amerykańskie ekipy to banda świrów zbzikowanych na punkcie filmu. Jedną z rzeczy, która podoba mi się w europejskim kinie, jest brak perfekcji. Aktorzy czasami wychodzą nieostro. Europejscy filmowcy nigdy nie mieli pieniędzy, więc nie mają czasu na wycyzelowanie każdej minuty filmu. Ruchy kamery nie zawsze są doskonałe, przy zbliżeniach obiektyw skacze.


(0) komentarzy / skomentuj

Sprawa Ziętary, odpuściliśmy sprawę 13-10-2008 19:56
Marek Kęskrawiec w „Reportażu bez końca” w Newsweek przypomniał  (a raczej wypomniał) nie wyjaśnioną od 16 lat sprawę tajemniczego zaginięcia dziennikarza „Gazety Poznańskiej” Jarosława Ziętary.  Sprawę, którą media ogólnopolskie, bo lokalne to czynią od czasu do czasu, odpuściły.

Tymczasem póki nie wyjaśni się, czy za tą tragedią mogła stać praca dziennikarska Ziętary, środowisko mediów powinno  się ciągle upominać o jej wyjaśnienie, żądać specjalnego nadzoru prokuratury krajowej i powołania nowej grupy śledczej. Niech przyczynkiem do tego stanie się  artykuł Kęskrawca.

Jak na razie możemy się wstydzić, że odpuściliśmy sprawę.
(3) komentarzy / skomentuj

W odpowiedzi Mierzewskiemu 09-10-2008 23:01
W dzisiejszej rozmowie z "Gazetą" prokurator Jerzy Mierzewski, od 10 lat prowadzący śledztwo w sprawie śmierci gen. Marka Papały, zaatakował książkę, którą o tej sprawie napisał Sylwester Latkowski. Mierzewski twierdzi, że ukrytym celem książki jest oczyszczenie z podejrzeń Edwarda Mazura(uważanego za zleceniodawcę zabójstwa)Ma również pretensje o ujawnienie przez Latkowskiego informacji o życiu osobistym generała. Latkowski po tym wywiadzie przesłał "Gazecie" odpowiedź.

Lektura wywiadu z prokuratorem Jerzym Mierzewskim robi przygnębiające wrażenie. Kolejny raz Mierzewski pokazuje, że nie ma dystansu do sprawy, którą prowadzi od dziesięciu lat.


Mierzewski przyznaje się do jednego błędu, który wytknięto mu w książce i filmie, czyli okazania Edwarda Mazura w sposób sugerujący świadkowi, kogo ma poznać. Błąd był tak oczywisty, że trudno to zatuszować. Choć i w tym przypadku tłumaczy się: to nie ja, to koledzy Innych błędów nie widzi. Włącznie z tymi powszechnie krytykowanymi, np. złym zabezpieczeniem miejsca zbrodni.

Prokurator stawia mi zarzut udziału w kampanii dezinformacyjnej w obronie Mazura. Nie będę używał języka prokuratora Mierzewskiego i nie nazwę tego podłością. Może raczej: mijaniem się z prawdą w złych intencjach. W książce "Zabić Papałę" i w filmie (którego Mierzewski jeszcze nie widział) Mazur nie jest bynajmniej pozytywnym bohaterem. Po raz pierwszy mówię publicznie o takich szczegółach jego życiorysu, które wolałby ukryć.

To nie ja, lecz prokurator Mierzewski był jednym z autorów skandalicznego wniosku ekstradycyjnego w sprawie Mazura; ten wniosek był tak napisany, że sędzia Arlander Keys z Chicago po prostu nie mógł wydać innego orzeczenia.

Zajmując się opisem nieudanego śledztwa, nie mogłem przemilczeć obszernego tekstu autorstwa sędziego Keysa - uzasadnienia odmowy ekstradycji Mazura, druzgocącego dla autorów wniosku ekstradycyjnego.Sędzia wylicza w nim szkolne błędy, które popełnili polscy prokuratorzy.

Tekst uzasadnienia był tak ważny, że zdecydowałem się na przedrukowanie go w obszernych fragmentach w mojej książce. I chyba właśnie publikacja tego tekstu wywołała furię pana prokuratora. Czy sądził, że nikt nie dotrze do ogólnodostępnych materiałów amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości?

Prokurator Mierzewski dobrze wie, że nie stawiam żadnej tezy. Ta książka jest podsumowaniem dziesięciu lat śledztwa. Nie szukałem sprawców morderstwa, nie epatuję wiedzą tajemną, nie stawiam karkołomnych hipotez - i nie mnożę listy podejrzanych. Po prostu chciałem się dowiedzieć, jak przebiegały działania ekipy śledczej i dlaczego nie przyniosły efektów. O wszystkich tych sprawach, nawet najtrudniejszych, opowiadali mi świadkowie, których relacje rejestrowałem. Książka pokazuje tylko fragment zebranego materiału. Prokurator Mierzewski w wywiadzie dla "Gazety" potwierdza zresztą większość moich ustaleń, choć z wyraźną niechęcią.

Dziennikarze mają prawo zadawać trudne pytania. A jest o co pytać. Do dzisiaj nie znamy sprawcy zabójstwa, nie znamy motywu. Jeśli Mazur rzeczywiście był zleceniodawcą, to nie mógł działać sam. Do dzisiaj nie wiemy, z kim działał.

Nie chodzi mi o atakowanie prokuratora Mierzewskiego ani samego śledztwa, tylko o to, żeby śledczy przestali dreptać w miejscu. Żeby naprawili błędy tam, gdzie je zrobili.

I żeby wreszcie po tych dziesięciu latach przestali się kreować na jedynych sprawiedliwych, którym wszyscy rzucają kłody pod nogi. Niech się zajmą tym, do czego zostali powołani i postawią wreszcie przed sądem sprawców zabójstwa generała Marka Papały.

Źródło: Gazeta Wyborcza
(6) komentarzy / skomentuj

Prokuratorze Pluto, miej cohones i daj spokój Olewnikowi 07-10-2008 21:24
„Biznesmen, ojciec porwanego i zamordowanego Krzysztofa Olewnika, podczas czytania akt w kancelarii tajnej w Sopocie, rzucił się na prokuratora z pięściami.

Wiele wskazuje na to, że Włodzimierz Olewnik będzie miał w tej sprawie postawiony zarzut pobicia. Za naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza Kodeks karny przewiduje karę do trzech lat więzienia - informuje RMF FM.”

Kilka dni temu rozmawiałem z Włodzimierzem Olewnikiem. Poznałem jego wersję tamtych wydarzeń. 

Czy byłem zdziwiony emocjonalną reakcją ojca porwanego i zabitego Krzysztofa Olewnika? Nie. Zdziwiony jestem tym, że szefowie prokuratora Grzegorza Pluto, zwłaszcza minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski i prokurator krajowy Marek Staszak, nie reagują, nie wzywają go na dywanik i mówią:

- Coś ty, na głowę upadł? Do czego doprowadziłeś? Olewnika traktujesz jak oprawcę jego syna?  Miałeś być wsparciem Olewników w walce o wyjaśnienie skandalicznego zachowania się przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w tej sprawie a nie doprowadzać Włodzimierza Olewnika do takiego skrajnego stanu, że „puściły mu nerwy.” Jakby tobie zabito syna, to też byś trzymał nerwy na wodzy? To stary człowiek. Nie mogłeś załagodzić, stonować atmosferę? Po co wywlekłeś to poza swój gabinet? Latasz na skargę jak przedszkolak, którego w piaskownicy dziewczynka z młodszej grupy zdzieliła łopatką po głowie, bo chciała foremkę a ty jej dałeś sitko do piasku. Facet, miej cohones, jeśli chcesz pracować w tym zawodzie.

To po stronie prokuratora Grzegorza Pluto, jego urażonej ambicji, leży wina, a nie Włodzimierza Olewnika. Prokurator nie uwzględnił wieku ojca Krzysztofa, ma 59 lat, jego fatalnej kondycji psychicznej. To człowiek o starganych nerwach, przez lata pozostawiony samemu sobie, który chodząc na grób syna ma świadomość, że mógł on żyć, gdyby policja i prokuratura działały właściwie. Jeśli prokurator tego nie rozumie to jest niewłaściwą osobą skierowaną do prowadzenia tego postępowania.
(8) komentarzy / skomentuj

Żart Klicha 04-10-2008 21:05
„Nasz 5 letni pobyt w Iraku to ewidentny sukces” –  stwierdził na konferencji podsumowującej koniec misji polskiej w Iraku Bogdan Klich.

(2) komentarzy / skomentuj

Hipokryzja polityków 27-09-2008 21:22
Fragment wpisu z bloga Galopującego Majora "Syn Ćwiąkalskiego":

Gdańska prokuratura, którą kierował obecny prokurator krajowy Janusz Kaczmarek, zarzuciła plagiat i oszustwo dziekanowi, który podjął korzystną dla syna prokuratora decyzję o przyjęciu na studia po odwołaniu - podał w oświadczeniu minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jego zdaniem, to argument przemawiający za tym, że między ówczesnym prokuratorem apelacyjnym a dziekanem nie było żadnych zobowiązań.

"Dlatego publikacja +Gazety Wyborczej+ nie ma wpływu na moją ocenę pracy Janusza Kaczmarka" - zaznaczył minister Ziobro w przekazanym PAP w poniedziałek wieczorem oświadczeniu.

"Gazeta Wyborcza" napisała w poniedziałek, że syn Kaczmarka jest jedną z 68 osób, które dostały się w 2004 r. na wydział prawa Uniwersytetu Gdańskiego po odwołaniu, bo uzyskał za mało punktów na egzaminie. Według gazety, dostał się na Uniwersytet Gdański dzięki pozycji ojca.

Ziobro napisał, że Kaczmarek nie podjął żadnych działań, które miałyby pomóc jego synowi w dostaniu się na studia. "Nie wykonał żadnego telefonu w tej sprawie, do nikogo nie zwracał się z prośbą, na nikogo nie wywierał jakichkolwiek nacisków" - podał Ziobro w oświadczeniu.

"Syn Prokuratora Krajowego w swoim odwołaniu wskazywał motywacje, dla których chce zostać prawnikiem. Podał m.in., że chce kontynuować dłuższą tradycję rodzinną, nie tylko swojego ojca, oraz że miał wysoką średnią ocen" - przekonuje minister sprawiedliwości.

"To niezwykle smutne, że skoro nie można nic +znaleźć+ na doskonałego prokuratora, jakim jest Janusz Kaczmarek, atakuje się jego najbliższą rodzinę. Warto zaznaczyć, że dla wielu środowisk działania podejmowane przez prokuraturę kierowaną między innymi przez Janusza Kaczmarka, są niewygodne i zagrażają ich interesom" - napisał Ziobro w oświadczeniu.

"Zdezawuowanie jego pozycji zawodowej na pewno ucieszyłoby wielu przestępców. Jednak te nadzieje spełzną na niczym. Ja jestem tego gwarantem" - zapewnił minister sprawiedliwości.


Takie stanowisko zajął  minister Ziobro  w sprawie  powiązaniach rodzinnych w dniu 28.08.2006 r. 

A  takie w dniu 26/09.2008 r.:  Jeśli to prawda, że jego syn dostał się na aplikację, to niestety może to oznaczać, że wracają stare czasy. Dzieci wpływowych prawników dostają się, a zwykli śmiertelnicy mogą sobie pomarzyć – komentował w rozmowie z reporterem „Teraz My!”

http://galopujacymajor.salon24.pl/index.html
(2) komentarzy / skomentuj

Do poprawki 27-09-2008 16:32
Nocne zdjęcia. Kończę przed północą. Zziębnięty i głodny wpadam na kebaba przy Puławskiej. Potem dwie aspiryny i dwie szklanki whisky. Dziwna rozmowa na skype, gdzie raczej oczy mówiły niż słowa.

Rano wgrywanie materiałów do avida.  Telefon do Krzysztofa Szpetmańskiego, by znalazł czas na zmontowanie nocnych zdjęć. Umawiamy się na wtorek.

Co dalej z „Zabić Papałą”? Książki nie ma, bo pierwszy nakład się wyprzedał. Od poniedziałku ma pojawić się ponownie. Film poszedł do poprawki. Nie tylko dźwięk.

(0) komentarzy / skomentuj

Prawie cztery godziny 23-09-2008 22:08
Prawie cztery godziny spędziłem w szpitalu, rozmawiając z… Chwilami zagryzałem zęby. Jakże śmieszni, cyniczni, bez serca, pustymi wydmuszkami są osoby, które twierdzą, że to była i jest jego gra.

W pewnej chwili podchodzi do nas ksiądz, przedstawiam się mu, ale on robi gest i pokazuje czerwony krzyż na sutannie. Kamilianin. Uśmiechamy się…

Rozmawia chwilę z księdzem, potem klęka na sali i przyjmuje opłatek.

(20) komentarzy / skomentuj

Po Gdyni 21-09-2008 19:03
Latkowski zaprezentował dokument o zabójstwie Papały (PAP)

Reżyser Sylwester Latkowski zaprezentował na festiwalu filmowym w Gdyni swój film dokumentalny "Zabić Papałę", dotyczący okoliczności śmierci byłego Komendanta Głównego Policji gen. Marka Papały.

- Minęło 10 lat od zabójstwa generała Papały. Myślę, że po dziesięciu latach śledztwa można zadawać pytania, których po roku pierwszym, drugim czy trzecim zadawać nie powinno się - powiedział Latkowski przed projekcją filmu w gdyńskim kinie Silver Screen.

Marek Papała - były Komendant Główny Policji zginął 25 czerwca 1998 r. w Warszawie. Zastrzelono go z pistoletu, gdy wsiadł na parkingu do swego samochodu. Poszukiwania zabójcy trwają do dziś.

Film Latkowskiego trwa 91 minut. Reżyser pracował nad nim przez ostatnie dwa lata. W dokumencie znalazło się wiele rozmów nt. Papały prowadzonych przez Latkowskiego, m.in. z b. premierem Leszkiem Millerem, byłym ministrem zdrowia Mariuszem Łapińskim oraz emerytowanym pułkownikiem SB Hipolitem Starszakiem.

Ludzie, którzy znali Papałę, zastanawiają się np. dlaczego w ostatnich dniach przed śmiercią były Komendant Główny Policji zachowywał się dziwnie, sprawiał wrażenie zdenerwowanego.

W opowieściach dotyczących okoliczności śmierci Papały pojawia się konsekwentnie nazwisko polonijnego przedsiębiorcy Edwarda Mazura.

Latkowski uważa, że śledztwo w sprawie śmierci Papały "to wielka mgła". Jeden z "rozdziałów" jego filmu nosi tytuł "Zadeptano ślady". "To nie jest film z tezą" - zapewnia Latkowski. "Nie szukałem zabójcy" - dodał. Przyznał jednocześnie, że chciał pokazać, iż w śledztwie dotyczącym zabójstwa Papały popełniono błędy.

Latkowski nie wie jeszcze, jakie będą dalsze losy dokumentu "Zabić Papałę". Powiedział tylko, że w Gdyni zamierza odbyć rozmowy z firmami zajmującymi się w Polsce dystrybucją filmów kinowych.

Filmowi "Zabić Papałę" towarzyszy książka Latkowskiego pod tym samym tytułem, opublikowana nakładem wydawnictwa Rosner & Wspólnicy.

33. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni trwa od poniedziałku, zakończy się w sobotę późnym wieczorem. Festiwalowe nagrody, wśród nich Grand Prix - Złote Lwy dla najlepszego polskiego filmu fabularnego, a także nagrody za najlepszą reżyserię, dla najlepszego aktora i aktorki, zostaną przyznane podczas gali w Teatrze Muzycznym.

Film Latkowskiego nie startował w żadnym z festiwalowych konkursów.

(3) komentarzy / skomentuj

Montaż filmu "Zabić Papełę" na Gdynię zakończony 19-09-2008 16:04
15. 37. Zakończyłem montaż filmu „Zabić Papałę”. Jutro o godzinie 14 premiera roboczej wersji (ze względów technicznych) filmu na 33 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Z filmu wyciąłem wszystko, co może wywołać skandal, bo skandalem w  Polsce jest już zbyt często powiedzenie wprost jak sprawy wyglądają, może wreszcie zacznie się merytoryczna dyskusja, a nie to, co miało miejsce po ukazaniu się książki.

Zastanawiam się jednak, czy w wydaniu filmu na DVD nie dać usuniętych scen z filmu.

(4) komentarzy / skomentuj

Wyłączyłem się 14-09-2008 21:12
Wyłączyłem się. Do premiery filmu mam 6 dni i to jest najważniejsze. Tak jak w książce w filmie nie mam żadnej tezy. Nie ma w nim wątków zawartych na 10 stronach z 415, które stanowiły spór w czasie śledztwa. Nie będzie można więc w ten sposób przykryć tego, co książka i film pokazuje. Bo niektórzy dokonali uproszczenia. Cynicznie. Zapominając, że jest tam kwerenda 10 lat śledztwa i nic więcej.

Przypomnę, że 25 czerwca 2009 roku mija 11 rocznica zabójstwa generała Marka Papały, co wtedy będzie się mówić? Jak przykrywać gorzką prawdę?

(1) komentarzy / skomentuj

Nikt przecież nie może zagwarantować mi bezpieczeństwa (rozdział z książki "Zabić Papałę") 12-09-2008 01:33
Duża część relacji kilku innych świadków, zeznających w sprawie znajomości ze Zdzisławem Herszmanem, odnosi się do jego rozlicznych interesów i bardzo rozległych kontaktów. Aleksander Żagiel, jeden z organizatorów wiedeńskiego spotkania biznesmena Jana Kulczyka z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem, zeznał prokuratorom:
- Była taka sytuacja, że Herszman chciał pomóc Grubemu Markowi (Minchbergowi, od aut. ) w uzyskaniu licencji na kasyno. Wybraliśmy się we trzech do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Byliśmy u jakiegoś wiceministra (nazwiska nie pamiętam) i Herszman usiłował przekonać tę osobę do przyznania licencji Markowi (…) Słyszałem, że Papina też znał Grubego Marka. (…) Marek po nim prowadził nielegalne kasyno w Polsce przed otwarciem legalnych kasyn. Chyba raz spotkałem się z Markiem i Wojtkiem Papiną, chyba w Wiedniu.

Z zeznaniami tymi współgra relacja Wojciecha Papiny:
 – Herszman wykorzystywał polityczne znajomości do swoich interesów, które prowadził wszędzie, gdzie były pieniądze do zarobienia. (…) Znał bardzo dobrze Wojciecha Paradowskiego, Nikodema Skotarczaka, Kolikowskiego, Hedberga i wiele innych osób z tak zwanej grupy pruszkowskiej; Leszka Grota, alias Pisarek. Leszek Grot handlował bronią z Cenzinem. A także znał Jeremiasza Barańskiego, Wojciecha Kudłę, Andrzeja Zielińskiego (pseudonim Słowik, od aut.) (…)

Herszman miał bardzo dobre kontakty z pracownikami BOR, oni go chronili. Herszman znał doskonale szefów BOR-u. Dzięki Herszmanowi ja, także Minchberg, mieliśmy osobistą ochronę BOR-u. Wiem, że Herszman używał samochodów BOR-u, a także samolotów rządowych. (…) Miał w swoim apartamencie hotelowym (w Hotelu Europejskim, od aut.) zainstalowaną specjalną linię telefoniczną”.

Ten wątek zeznań znajduje potwierdzenie także w relacji samego Herszmana. Na pytanie prokuratora Mierzewskiego, czy miał ochronę
ze strony polskich władz, odpowiedział krótko: 
- W tamtych czasach byłem znaczącą osobą. (…) Oni wysyłali po mnie samolot i zabierali mnie z Malmö lub ze Sztokholmu… Tak więc zawsze miałem ich ochronę (…) Abym mógł bez problemów wchodzić do budynku rządowego. Oni przyjeżdżali i zabierali mnie.
Herszman wspomina, że kiedy przebywał z żoną w Polsce, zastał go stan wojenny:
- Nie mogliśmy się wydostać z Polski; dostałem pomoc i mogłem polecieć do Sztokholmu.
Co ciekawe, po upadku komunizmu Herszman nadal korzystał z rządowych środków transportu, tylko musiał za to płacić. Wcześniej, jak twierdzi, nie musiał.

Według Zbigniewa Herszmana, bliskie kontakty z ludźmi władzy PRL-u miały go doprowadzić do konfliktu z generałem Michałem Janiszewskim, który od 1972 pełnił funkcję szefa gabinetu generała Jaruzelskiego (1972-1981 jako ministra obrony narodowej, 1983-1989 jako przewodniczącego Komitetu Obrony Kraju). Kierował także Urzędem Rady Ministrów od 1981 w czasie, gdy Jaruzelski pełnił funkcję premiera, oraz w kolejnych gabinetach – Messnera i Rakowskiego (od 1985 jako członek rządu, minister-szef Urzędu). Od września 1989 do grudnia 1990 był szefem Kancelarii Prezydenta PRL/RP.

- On się bał, że ja mam za duży wpływ na generała Jaruzelskiego (…) Generał Marcinkowski  był kolegą z Jaruzelskim i myśmy się spotykali u niego w tej tam, w piwnicy była taka jacht struga (…) On sobie ubzdurał, że mam za duży wpływ i że ja jego wykończę i dlatego on dał rozkaz żeby, bo ja miałem stałą wizę do Polski, znaczy i on dał zakaz wydania mi wizy, to ja się dowiedziałem od naprawdę szefa policji, tam gdzie oni dawali mi ten stempel….

To go zmusiło do wyjazdu do Budapesztu. Powrócił do Polski po upadku komunizmu.

W latach osiemdziesiątych Herszman miał poznać Pershinga. Według niego pseudonim ten wziął się od tego, że „on latał po wyścigach za czasów komunizmu, to tam trzymał bukmacherkę i dlatego nazywali go Pershing”. Poznać go miał  w nielegalnym kasynie, które wędrowało po Warszawie. Raz mieściło się w jednym z mieszkań na Pradze, raz w śródmieściu. Istniało także w czasach komunizmu, jak wspomina Herszman,  kasyno „na Marszałkowskiej na szóstym piętrze”.  Potem, w latach dziewięćdziesiątych, Pershing bywał w biurze  Herszmana i pożyczał od niego pieniądze.

- On przychodził bardzo często do mnie, przywitał się, daj mi trochę pieniędzy, jutro ci oddam i to było (…) Dostawał ode mnie 2, 3, 4 tysiące dolarów na dwa, trzy dni (…) Czasami w  nocy, jak spałem już… do drzwi do mnie…. Mówi, otwórz, wujek, bo oni nazywali mnie wujek…

Z innych swoich znajomych wspomina Wojciecha Papinę, Wojciecha Kudłę, Marka Minchenberga, Jeremiasza Barańskiego i Aleksandra Żagla oraz jego wspólnika Andrzeja Kunę; Nikodema Skotarczaka, Wojciecha Paradowskiego.

Herszman nie wyjaśnia, dlaczego nagle w 1993 roku opuszcza Polskę i nie wraca do niej nigdy, tylko mówi:
- No, słyszałem różne rzeczy, o tym, o tamtym, wie pani, sprowadzają papierosy, wie pani, ja się chciałem jak najszybciej od tego usunąć i ja wyjechałem z Polski i na tym się zakończyły moje kontakty z Polską.

Wyjechał do Wiednia. Tam trafił na osiem miesięcy do austriackiego więzienia. Przez jakiś czas mieszkał w Moskwie.
Na pytanie, jak się nazywali Rosjanie, z którymi współpracował, odpowiada:
- A to, proszę pana, to są moje sprawy, to, proszę pana, jak ja jestem o coś podejrzany, to ja wzywam adwokata i panowie ode mnie się nie dowiedzą… o Rosji. W ogóle ja nie chcę mieszać Rosjanów, bo Rosjanie przyjadą i łeb urwą.
Z Rosji Herszman, poprzez Austrię i Niemcy, wraca do Szwecji i zamieszkuje w  Helsingborgu.

W 2006 r., w czasie spotkania z koordynatorem służb specjalnych Zbigniewem Wassermanem, usłyszałem od niego, że Zbigniew Herszman ostatnio zadzwonił do jego sekretariatu. Otrzymuję od Wassermana numer telefonu, z którego dzwonił. Niestety, słyszę tylko komunikat, że nie ma takiego abonenta.

Zbigniew Herszman jest zdenerwowany wizytą gości z Polski i celem przesłuchania: „Kontakty Herszmana z różnymi osobami, tło stanowi morderstwo komendanta głównego (Policji, od aut.) w Polsce w 1998 roku”.

- Nie mam nic wspólnego, tyle lat w Polsce. Oprócz tego, że Marek (Minchberg, od aut.) był w ubiegłym roku, po tylu latach, u mnie. Dlaczego nagle do mnie? Ja nie mam nic wspólnego, nie chcę się mieszać. Resztę  życia chcę poświęcić, mam siedemdziesiąt lat, jestem schorowany i nie chcę mieć takich odwiedzin, i żeby mi ktoś groził… Był zagrożeniem dla życia. Nikt przecież nie może zagwarantować mi
bezpieczeństwa.

Czego obawiał się Zbigniew Herszman, nie wyjaśnił śledczym.

„Zabić Papałę” – wydawnictwo „Rosner i Wspólnicy”, Warszawa 2008
(5) komentarzy / skomentuj

Komentarz Anny Marszałek: Nie tylko Latkowski ma wątpliwości... 10-09-2008 21:09
TVN24 pokazała wdowę po generale Marku Papale, która w bardzo emocjonalnym wystąpieniu mówiła: „dość szkalowania dobrego imienia mojego męża”.

Kobieta ma prawo do takiej reakcji, ale dziennikarze mają prawo pokazywać fakty. Także te niewygodne. „Płacząca wdowa”, to tabloidowy chwyt, który powoduje jednak przemilczenie poważniejszych problemów podniesionych w książce Sylwestra Latkowskiego.

To prawda, że pokazał niejednoznaczną niekiedy postać generała Papały. Szkoda, że nie umiał się zdystansować do wątku gejowskiego czy lansowanego przez UOP a potem ABW wątku osobistego. Ale jego książka wcale nie jest o tym.

To jest w rzeczywistości poważny akt oskarżenia przeciwko śledczym. Latkowski dotarł do materiałów tajnego dotąd postępowania policyjno-prokuratorskiego i akt, np. z IPN, po które śledczy nie sięgnęli. Z ujawnionych przez niego dokumentów i wypowiedzi ludzi wyłania się zagmatwana plątanina podejrzanych interesów ludzi z dawnych i obecnych służb oraz ich agentów, brylujących na politycznych salonach. Ale co najważniejsze, książka pokazuje błędy w śledztwie i to tak poważne, że niektórych już nigdy nie będzie można naprawić. Latkowski oskarża o poważne czyny — manipulopwanie zeznaniami Zirajewskiego, manipulowanie okazaniami ze zdjęć i na żywo m.in. z udziałem Mazura, dogadywanie się śledczych z gansterami-policyjnymi agentami, by wzmocnili jedyną przyjętą przez prokuraturę linię śledztwa.

Jaka jest reakcja prokuratury na książkę? Merytorycznie — żadna.

Prokurator Jerzy Mierzewski w TVN24 zarzucił dziennikarzom, w tym Latkowskiemu i mnie, „torpedowanie śledztwa” . Reakcja była niemal tak samo emocjonalna, jak wdowy po generale. Zdaniem Mierzewskiego komuś chodzi bowiem o odsunięcie śledczych, czyli także jego, od sprawy.

Mnie o to nie chodzi. Nie zgadzam się z Sylwestrem Latkowskim w krytycznej ocenie tego prokuratora. Być może inny na jego miejscu nie osiągnąłby nawet tego, co Mierzewski. Pamiętam też czas, kiedy rzucano mu takie kłody pod nogi, a ja — wraz z wieloma innymi dziennikarzami — stawałam w jego obronie.

Ale, skoro po 10 latach, wyniki śledztwa są co najmniej wątpliwe, a niestety na pewno mizerne (nadal nie wiadomo, kto i dlaczego strzelał, ani kto i dlaczego tę zbrodnię zlecił), dziennikarze mają prawo zadawać trudne pytania. Sylwester Latkowski napisał dobrą książkę, po czym został zaatakowany na poziomie „gier emocjonalnych” i został z tym całkiem sam.

Gratuluję odwagi i życzę wytrwałości przy realizacji filmu!
Anna Marszałek
(3) komentarzy / skomentuj

Błąd Mierzewskiego 07-09-2008 15:22
Prokurator Jerzy Mierzewski od 10 lat zajmuje się sprawą Papały bez szczególnych efektów. Nie ma aktów oskarżenia, sprawców, zleceniodawców. Jak długo jeszcze będą winni temu wszyscy, tylko nie on? Tym razem zarzuca on mi, a także innym dziennikarzom, którzy odważyli się krytycznie wypowiedzieć o przebiegu śledztwa, jego torpedowanie. Tymczasem nie chodzi mi o atakowanie prokuratora ani samego śledztwa. Chodzi mi o to, żeby śledczy przestali dreptać w miejscu. Żeby naprawili błędy tam, gdzie je zrobili. I wreszcie po tych 10 latach przestali się kreować na jedynych sprawiedliwych, którym wszyscy rzucają kłody pod nogi. Niech przestaną grać na emocjach i zaczną dyskusję merytoryczną.

Mam świadomość, że teraz najważniejsze będzie spacyfikowanie mojego filmu; najlepiej, by w ogóle nie doszło do premiery.

Poniżej publikuję rozdział książki „Zabić Papałę” zatytułowany „Błąd Mierzewskiego”. Nie tylko ja popełniam błędy…

Błąd Mierzewskiego

Paweł Biedziak, ówczesny rzecznik prasowy komendanta głównego policji:
- Byłem świadkiem najczarniejszego dnia w historii polskiej policji, kiedy zapadła tajemnicza decyzja o zwolnieniu Edwarda Mazura z izby zatrzymań. Widziałem rozpacz i brak wiary, że coś pozytywnego w tej sprawie się zdarzy. A potem, jak po wyjściu na wolność poszedł imprezować z rządzącymi, postanowiliśmy puścić przeciek, by choć ludzie się o tym dowiedzieli.

Edward Mazur po opuszczeniu policyjnej izby zatrzymań udał się na tradycyjną, organizowaną co roku, imieninową imprezę Mirków (Wierzbowskiego i Rusinowicza), Zdzisława Skorży (wiceszefa ABW przyjaciela Waldemara Pawlaka) i Romana Kurnika do restauracji Belvedere w Warszawie. Z 240 gości niewielu chce dziś pamiętać, że uścisnęli wtedy dłoń Edwarda Mazura. Impreza ta powtarzała się do roku 2005; wcześniej, w 2004, ze wspólnych imienin zrezygnował Zdzisław Skorża.

W mediach i ustnych relacjach rozpowszechniano przez wiele lat pogląd, że za zwolnieniem Edwarda Mazura stał Urząd Ochrony Państwa, a zwłaszcza pułkownik Ryszard Bieszyński. Prokurator Jerzy Mierzewski przedstawiany był jako osoba, która heroicznie walczyła do końca o aresztowanie Mazura. Miał wręcz zagrozić dymisją.

Dziennikarz śledczy, który od lat pisze o tej sprawie, mówi:
- Mierzewski wmawiał mi, że był bohaterem, że go zgnoili, że się stawiał. To samo opowiadał innym.

Dzisiaj już możemy więcej powiedzieć, co działo się w dniach 27 i 28 lutego 2002 roku w prokuraturze.
16 czerwca 2005 roku wszczęto śledztwo w sprawie wypuszczenia Edwarda Mazura po zawiadomieniu prokuratury przez sejmową komisję śledczą PKN „Orlen” o podejrzeniu popełnienia przez ówczesnego prokuratora krajowego Karola Napierskiego przestępstwa. Miało ono polegać na bezprawnym zwolnieniu Edwarda Mazura, zatrzymanego w sprawie zabójstwa Marka Papały.

Kiedy pod koniec 2005 roku pytałem o to ówczesnego prokuratora krajowego Janusza Kaczmarka, ten powiedział:
- Postępowanie trwa zbyt długo. Mam wrażenie, że coś innego działo się w tym gabinecie, niż dzisiaj ludzie mówią.

13 stycznia 2006 roku umorzono prokuratorskie śledztwo. Wznowiono je ponownie 6 lutego 2006 roku. Nie bez wpływu na tę decyzję było toczące się postępowanie ekstradycyjne Edwarda Mazura. Śledztwo umorzono ponownie w listopadzie 2007 roku.

Pierwsza narada została zwołana przez prokuratora apelacyjnego w Warszawie, Zygmunta Kapustę, przed południem 28 lutego 2002. W naradzie wzięli udział prokuratorzy: Zygmunt Kapusta; Bogusław Michalski – zastępca prokuratora apelacyjnego w Warszawie, nadzorujący pion do spraw przestępczości zorganizowanej; Artur Morgała – nadzorujący śledztwo; Marek Deczkowski – pełniący obowiązki zastępcy prokuratora okręgowego w Warszawie oraz Jerzy Mierzewski.

W uzasadnieniu umorzenia śledztwa przez prokuraturę okręgową w Katowicach czytamy:
„Przed naradą prokurator Michalski zapoznał się, na polecenie prokuratora Zygmunta Kapusty, z częścią akt sprawy, dotyczącą zabójstwa generała Marka Papały, w szczególności tomów akt zawierających zeznania Artura Zirajewskiego. W tym zakresie, na potrzeby zwołanej narady, przeprowadził analizę zgromadzonego materiału dowodowego, wówczas jako jedyny prokurator spośród prokuratorów nadzorujących i przełożonych”.

Michalski przedstawił zebranym wyniki przeprowadzonej analizy.  Wytknął Jerzemu Mierzewskiemu:
- brak pouczenia Artura Zirajewskiego o treści art. 183 kpk, co w jego ocenie stanowiło błąd formalny przesłuchania ;
- obawa odwołania zeznań przez Artura Zirajewskiego, w szczególności po dokonaniu stosownego pouczenia lub nawet utrata tego dowodu po przedstawieniu mu zarzutu popełnienia przestępstwa.

W uzasadnieniu  katowiccy prokuratorzy piszą:
„Omówiono też wątpliwości (zarówno, od aut.) co do wiarygodności świadka Artura Zirajewskiego, wynikające ze zmieniania przez niego treści zeznań w trakcie kolejnych przesłuchań, jak i umorzenia śledztwa przez prokuratora Janusza Regulskiego. Wskazywano, że jest to świadek niewiarygodny, który już raz zaprzeczył swym obciążającym zeznaniom. Fakt istnienia podobnych wątpliwości nie został zanegowany przez żadnego z prokuratorów uczestniczących w naradzie.

W szczególności, w ocenie jej uczestników, nie budził sporu fakt popełnienia przez prokuratora Jerzego Mierzewskiego błędu formalnego, w postaci wspomnianego braku pouczenia świadka o treści art. 183 kpk, zwłaszcza podczas przesłuchań w dniu 22 stycznia i 27 lutego 2002, kiedy świadek składał zeznania obciążające Edwarda Mazura”.

Naradę przerwano po tym, kiedy Zygmunt Kapusta zadzwonił do Karola Napierskiego, by zreferować mu informację o zatrzymaniu Edwarda Mazura i wątpliwości związane z głównym dowodem, jakim są zeznania Artura Zirajewskiego. Napierski zażądał zwołania narady w prokuraturze krajowej. Odbyła się ona następnego dnia rano.

Wzięli w niej udział Karol Napierski; Andrzej Kaucz, kierujący w 2001 roku, w ramach Prokuratury Krajowej, grupą prokuratorów kontrolujących bieg śledztwa w sprawie zabójstwa generała Marka Papały; Artur Kassyk, nadzorujący śledztwo z ramienia biura do spraw przestępczości zorganizowanej prokuratury krajowej; Bogusław Michalski; Artur Morgała; Marek Deczkowski oraz Jerzy Mierzewski.
„Nastąpiła wymiana opinii pomiędzy uczestnikami narady. Zaprezentowane przez prokuratora Bogusława Michalskiego wątpliwości, dotyczące dowodu z zeznań Artura Zirajewskiego, nie były kwestionowane przez żadnego z uczestników narady.

Co do dalszego postępowania z zatrzymanym Edwardem Mazurem, Jerzy Mierzewski już na początku narady zaprezentował stanowisko, iż wymienionemu należy przedstawić zarzut popełnienia przestępstwa, a następnie wystąpić z wnioskiem o zastosowanie względem niego tymczasowego aresztowania.

W dalszym toku narady nie reprezentował już jednak w tym względzie tak zdecydowanego, jednoznacznego stanowiska. Zapytany wprost przez Karola Napierskiego, jak zachowa się Artur Zirajewski po uprzedzeniu go o treści art. 183 kpk, oświadczył,  iż odwoła on złożone przez siebie zeznania, zaś zapytany o stanowisko co do dalszego postępowania z Edwardem Mazurem nie odpowiedział, wykonując gest świadczący o niezdecydowaniu, rozkładając ręce”.

Jak zachowali się inni uczestnicy narady?

„Artur Morgała nie zabrał w czasie narady głosu, zaś Artur Kassyk podzielał stanowisko  zaprezentowane przez Bogusława Michalskiego. Andrzej Kaucz i Marek Deczkowski, dostrzegając ryzyko decyzji o przedstawieniu zarzutów Edwardowi Mazurowi, opowiadali się jednak za takim rozwiązaniem. Bardziej jednoznaczne stanowisko reprezentował przy tym Andrzej Kaucz. Bogusław Michalski sformułował też wniosek, iż materiał dowodowy jest niewystarczający do przedstawienia Edwardowi Mazurowi zarzutu popełnienia przestępstwa, w związku z czym należy wymienionego niezwłocznie zwolnić i przesłuchać w charakterze świadka. (…) Było to wyłącznie stanowisko własne prokuratora Bogusława Michalskiego. Naradę zakończył prokurator Karol Napierski, akceptując stanowisko prokuratora Bogusława Michalskiego stwierdzeniem, że  również w jego ocenie brak jest podstaw do przedstawienia zarzutu. (…) Po tych słowach prokurator krajowy zwrócił się do wszystkich zebranych mówiąc, że wszystko jest jasne i uczestnicy opuścili gabinet.

Po zakończeniu narady Jerzy Mierzewski, w swej ocenie wykonując polecenie prokuratora krajowego, przesłuchał Edwarda Mazura w charakterze świadka jeszcze w dniu 28 lutego 2002 roku, o godzinie 14.50, a następnie zarządził jego zwolnienie. Faktyczne zwolnienie Edwarda Mazura nastąpiło w wymienionym dniu o godzinie 16.20 na nakaz zwolnienia wystawiony przez zastępcę biura służby kryminalnej komendy głównej policji Jerzego Skryckiego”.

Śledczy z prokuratury okręgowej w Katowicach po analizie prawnej zachowań uczestników narady, przesłuchaniu jako świadków innych osób i zapoznaniu się z analizą zebranego materiału dowodowego doszli do następujących wniosków:

„W żadnym wypadku brak pouczenia (o treści art. 183 kpk, od autora)  nie dyskwalifikował dowodu z zeznań Artura Zirajewskiego. Notabene, kiedy prowadzono dyskusje o konieczności uprzedzenia świadka o treści art. 183 kpk, istniała możliwość bardzo szybkiego konwalidowania tego ewentualnego braku. Chybione były też zarzuty, formułowane w czasie narad, że świadek zmieniał zeznania obciążające Janusza Regulskiego. Doszło w istocie do umorzenia postępowania prowadzonego w tej sprawie, jednak na skutek zaniedbań i błędów prowadzącego śledztwo, w żadnym zaś fragmencie Artur Zirajewski zeznań swych nie zmienił (…)

Nie ulega natomiast kwestii, że zwolnienie, bez przedstawienia zarzutu, w dniu 28 lutego 2002 roku podejrzanego Edwarda Mazura wyrządziło szkody w śledztwie, negatywnie wpłynęło na możliwość pociągnięcia domniemanego sprawcy do odpowiedzialności karnej (…)
Bez wątpienia ani prokurator Karol Napierski, ani żaden z przełożonych prokuratora Jerzego Mierzewskiego nie wydał mu pisemnego polecenia służbowego co do treści czynności procesowej. Więcej nawet, okoliczność tę przyznał nawet prokurator Jerzy Mierzewski; ani Karol Napierski, ani żaden z innych uczestników narad nie zwrócił się bezpośrednio do referenta sprawy z wyrażonym ustnie poleceniem przeprowadzenia określonych czynności procesowych i zakazem przeprowadzenia innych. Nie sposób bowiem traktować wygłaszanych w trakcie wymiany poglądów własnych, subiektywnych, nawet nietrafnych czy błędnych ocen jako poleceń służbowych, których forma jest wszak ściśle określona w ustawie.

In concreto Jerzy Mierzewski działając w błędzie uznał, że otrzymał polecenie służbowe. Ta błędna analiza znaczenia wypowiadanych słów, usprawiedliwiona okolicznościami, wynikła, bez żadnej wątpliwości, z faktu podsumowania rozmowy osobiście przez prokuratora krajowego – najwyższego zwierzchnika służbowego wszystkich prokuratorów w ramach struktury opartej na hierarchicznym podporządkowanie prokuratury, zdenerwowania z powodu nieuznania przez rozmówców przedstawionych własnych racji, rozczarowania i niepokoju o dalszy tok śledztwa (…)

Równie niewątpliwie jednak podkreślić należy, że formułowanie rażąco błędnych ocen materiału dowodowego, rażąco błędnych ocen prawnych, a w konsekwencji doprowadzenie do oczywiście błędnych decyzji procesowych, które wyrządziły realne, wymierne i, być może, nieodwracalne szkody w śledztwie, winno być przedmiotem analizy w trybie postępowania służbowego”.

Fragment książki „Zabić Papałę” – wydawnictwo „Rosner i Wspólnicy”, Warszawa 2008
(3) komentarzy / skomentuj

Media to nie pasy transmisyjne polityków i służb 06-09-2008 20:16
Czy media maja prawo zajmować się tematem tajnego amerykańskiego więzienia na Mazurach, lotami samolotów CIA?
Kiedyś uległem tezie, że poruszanie tej kwestii naraża Polskę, ale to było niesłuszne myślenie.
Zmilczenie tego tematu to bezkrytyczna akceptacja działań polityków i służb,  danie im prawa do funkcjonowania poza społeczną kontrolą.

(0) komentarzy / skomentuj

Poza kontrolą 06-09-2008 19:56
- O ile w sejmowej komisji ds. służb specjalnych kontrolujemy CBA, ABW, AW i służby wojskowe, to żadna z komisji nie nadzoruje pracy operacyjnej służb Ministerstwa Finansów czy nawet samej policji – mówi Marek Biernacki w rozmowie z Robertem Zielińskim w „Dzienniku”.

(0) komentarzy / skomentuj

POLSKA: Nie dałem się uwieść esbekom 05-09-2008 20:11
Kto, Pana zdaniem, zabił Marka Papałę?

Nie odpowiadam na takie pytania. Mnie interesowało śledztwo.

Dlaczego Pan nie szukał zabójcy Papały?

Nie byłbym w stanie go znaleźć. Chciałem zrozumieć, jak to jest, że nie udało się tego wyjaśnić przez 10 lat. A także, czy to, że wokoło pojawiają się nazwiska znanych polityków, miało znaczenie dla sprawy, czy nie. Czy śledztwo nie utknęło także dlatego, że pewni ważni ludzie znają się nawzajem. Czy to, że wiceszef ABW jest znajomym Edwarda Mazura, może mieć wpływ na to, czy nie?

W książce nie stawia Pan żadnych konkretnych, ostrych tez.

Ja nie chcę tu mieć zdania. Chciałem przedstawić na chłodno te dziesięć lat śledztwa, które przedstawiano jako sprawę honoru polskiego wymiaru ścigania, a które jest w tym samym punkcie, w którym się zaczęło. Chcę, by wnioski mógł wyciągnąć czytelnik.

W książce Papała jawi się jako człowiek kontrowersyjny. Awans zawdzięcza dawnym esbekom, ma powiązania z podejrzanymi biznesmenami. To zrzucanie generała z pomnika jest konieczne?

Tak, jeżeli chcemy dojść do prawdy. Nie dojdziemy do prawdy, jeśli i policjanci, i dziennikarze nie będą bazować na faktach. A one często są dalekie od mitu. Jak choćby to, że Marek Papała pośredniczył w rozwiązywaniu konfliktów pomiędzy biznesmenami Zbigniewem Komorowskim i Edwardem Mazurem. Albo właśnie jego powiązań ze środowiskiem wysokich funkcjonariuszy SB. Wysokość pomnika, na jakim znalazł się Papała, była jedną z przyczyn, dla których śledztwo utknęło.

Ostatni minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro bardzo ambicjonalnie podchodził do śledztwa. Ale nawet nie udało mu się sprowadzić do polski podejrzanego Edwarda Mazura.

Prawdopodobnie tak jak większość ministrów sprawiedliwości Ziobro czerpie wiedzę z tak zwanych referatów. Nie ma czasu na uważną lekturę akt śledztwa. I tu pojawia się problem.

W referatach jest nieprawda?

Mogą być przekłamania. Może być położony nacisk na wątki poboczne. Dowody twarde mogą być przedstawiane jako miękkie i na odwrót.

Dlaczego śledztwo utkwiło?

Co się dzieje z trenerem piłkarskim, który wciąż ponosi klęski?

Zostaje wymieniony...

A tu ci sami ludzie kręcą się w kółko. Przyjęto jedną wersję wydarzeń i jej się trzymano. Po dziesięciu latach nawet najlepsi śledczy byliby już wypaleni, nie chcieli się przyznać do pomyłek. Brak jest świeżego spojrzenia.

Czemu ich nie zastąpił kto inny?

Tam jest taki klimat: i w policji, i w prokuraturze, że nikt nie chce się dotykać tej ekipy. Bo będzie to odebrane jako naciski polityczne, próba mataczenia.

Obecna ekipa rządząca coś zmienia? Ma powstać grupa analityków, którzy skontrolują śledztwo.

To ruch w dobrym kierunku, ale wciąż za mało. Potrzebna jest całkowita rewizja. Przesłuchanie na nowo świadków.

W Pana książce pada stwierdzenie, że "Papałę zniszczyła warszawka". Co to jest ta warszawka?

To mówi Zbigniew Siemiątkowski. Warszawka to te wszystkie rauty, towarzyskie układziki, śledziki, wódeczki w zamkniętym gronie ludzi policji, dawnych służb, ale i polityki czy biznesu. Dołączenie do nich było wrotami do kariery.

Warszawka źle przyjęła to, że kręci Pan film o śledztwie w sprawie Papały?

Nie chciała się zgodzić na niego żadna z dużych telewizji. W organach ścigania obawiano się nas, traktowano jak intruzów, badano, co robimy, mnie śledzono.

Macki ludzi, którzy zabili generała Marka Papałę, są tak wszechogarniające, że wszyscy, którzy są w policji, boją się im podpaść?

To o co innego chodzi. Szperanie w tym to dotknięcie przeszłości wielu ludzi, którzy byli zaangażowani w tę sprawę, bo byli świadkami, znajomymi. W śledztwie wypływały rozmaite prywatne szczegóły. Pisząc tę książkę, musiałem pokazać, jak wygląda ta policja: biznesowe powiązania oraz panowie z dawnych służb, którzy do jakiegoś stopnia tym wszystkim trzęśli. Decydowali o tym, kto robił karierę i kto jakie stanowisko zajmie.

Oni faktycznie trzymają się razem, w jakiś sposób są zorganizowani?

Spotykają się razem. Jeśli przyjmiemy, że te spotkania służą nie tylko piciu wódki, to na pewno próbują wspólnie wywierać nacisk na rozmaite rzeczy.

Jako najbardziej wpływowa osoba jawi się w Pana książce Roman Kurnik, człowiek SB, były zastępca Papały, a potem zastępca ministra Janika. Jego ludzie wciąż są w policji?

Oczywiście. Ludwik Dorn jako minister zwracał na to uwagę, ale na tym się skończyło. Zresztą proszę pamiętać, że to niełatwe środowisko, by cokolwiek wyjaśniać. Choćby ze względu na powiązania rodzinne. Policja jest pełna wujków, braci i ojców. I jak to ma być? Rodzina siedzi sobie przy obiadku, jest miło, a tu kuzyn nagle wujkowi założy podsłuch?

To dotyczy także podejrzanych?

Na uroczystościach z okazji 9. rocznicy śmierci Papały widziałem, w jakich relacjach jest wielu policjantów z osobami, które w którymś momencie były w kręgu podejrzenia. Łza się w oku kręciła. Czy jedni drugich mogliby porządnie przesłuchać?

Widzi Pan wyjście z tej sytuacji?

Zaproponował je kiedyś Paweł Biedziak - ściągnąć ludzi spoza Warszawy. Najlepszych policjantów z kraju.

W książce pisze Pan o swoich rozmowach z byłym ministrem i prokuratorem krajowym Januszem Kaczmarkiem. Pisze Pan, że rozmawiał on z Panem tylko po to, by wyciągać informacje o przygotowywanym przez Pana filmie i książce, ale nie pisze Pan po co.

Wczoraj się dowiedziałem, że robił to dla szefowej grupy "Generał", która zajmuje się śledztwem. Choć wolałbym wierzyć, że Kaczmarek nie jest aż tak niecny.

Bardzo dużo w Pana książce mówią byli funkcjonariusze służb PRL, choćby Hipolit Starszak, Jan Bisztyga, Józef Sasin. Nie został Pan po prostu przez nich ograny i nie sprzedał ich wersji?

Przeciwnie. Chciałem wreszcie przerwać zasadę, że funkcjonariusze mówili przy wyłączonych mikrofonach jedno, a przy włączonych drugie. W ten sposób manipulowali dziennikarzami. U mnie oni mówią pod nazwiskiem.

Wiedzą o tym?

Część nagrań zrobiłem z ukrycia. Przyjąłem podobną zasadę jak autorki filmu "Trzech kumpli". Chciałem skończyć z zaklętym kręgiem, w którym dziennikarze byli ogrywani przez nich.

Ale mimo wszystko nie będzie to wyglądać tak, że rozlicza Pan śledczych ustami esbeków?

Nie. Bo jeżeli chodzi o śledztwo, oparłem się na aktach. Esbecy przedstawiają tylko swoją wersję tła wydarzeń.

W książce sypie Pan nazwiskami policjantów, tych z grupy "Desperados", skupionej wokół Marka Papały, czy właśnie szefowej grupy "Generał", inspektor, która rozpracowywała gang płatnych zabójców w Gdańsku.

Podaję te nazwiska, które pojawiały się w mediach. Policjanci z "Desperados" to byli jawni pracownicy KG Policji, o pani Wierchowicz pisała prasa. Nazwisk, których ze względu na śledztwo bądź bezpieczeństwo tych osób nie powinienem ujawniać, nie podałem.

Opisuje Pan rozmaite wątki, które śledczy brali pod uwagę. Po jaką, przepraszam, cholerę, opisuje Pan słabo udokumentowany i sensacyjny wątek gejowski sugerujący, że generał ukrywał swój homoseksualizm? Te dwie strony mogą zadecydować o odbiorze całej książki.

Ja nie odkrywam tu jakiejś sensacyjnej prawdy na temat Papały, tylko pokazuję jeden z powodów, dla których śledztwo stoi. Jak do nowego szefa MSWiA przychodzi generał i mówi: niech nie zajmuje się pan Papałą, bo to "sprawa pedalska". Pokazuję, jakie absurdy się w nim pojawiały, by zniechęcić osoby postronne do grzebania w tym.

Sądzi Pan, że uda się doprowadzić śledztwo do końca?

Sądzę, że nawet jeśli akt oskarżenia zostanie sformułowany, to na skutek rozmaitych błędów skończy się jak w Chicago z Edwardem Mazurem. Materiał dowodowy okaże się zbyt słaby.
 
Rozmawiał Wiktor Świetlik, Polska, 2008-09-05
(1) komentarzy / skomentuj

Polityka: Porwane wątki 04-09-2008 21:17
Po dziesięciu latach od śmierci generała policji Marka Papały wciąż nie wiemy, kto zabił i dlaczego. Schwytanie sprawców tej zbrodni, to punkt honoru organów ścigania. Trzeba więc zadać pytanie: gdzie są sprawcy i gdzie jest honor?

Marek Papała nie był wyłącznie, jak go przedstawiano, ascetycznym komendantem głównym policji. Po jego śmierci nikt nie odważył się publicznie powiedzieć, że ta tragiczna postać miała nie tylko zalety. Sylwester Latkowski, autor wielu filmów dokumentalnych, od kilku lat tropiciel afer w licznych programach telewizyjnych i artykułach prasowych, ujawnił we właśnie wydanej książce „Zabić Papałę”, że generał bywał na salonach, przyjaźnił się z politykami, biznesmenami i księżmi (m. in. prałatem Henrykiem Jankowskim), kłócił się z żoną, miewał romanse.

Do dzisiaj nikt także nie miał odwagi powiedzieć wprost, iż ci, którzy prowadzili śledztwo w sprawie śmierci generała, błądzili we mgle i błądzą nadal. Latkowski nie tylko to powiedział, ale i przekonująco udowodnił. Dotarł do wszystkich świętych sprawy Papały. Na szczęście nie szukał sprawców morderstwa, nie epatował wiedzą tajemną, nie stawiał nawet – jak to czasem ma w zwyczaju, karkołomnych hipotez - i nie mnożył listy podejrzanych. Po prostu chciał się dowiedzieć, jak przebiegało śledztwo i dlaczego nie przyniosło efektów. Zadawał suche pytania i sumiennie egzekwował odpowiedzi. Zdobył nieznane opinii publicznej dokumenty ze śledztwa, stenogramy przesłuchań, prywatne listy, ekspertyzy.

Pracował nad książką ponad dwa lata (równolegle nad filmem, którego premiera zapowiedziana jest podczas wrześniowego festiwalu w Gdyni). Napisał ją językiem prostym, wręcz chropawym. Trochę się spieszył, chciał zdążyć na dziesiątą rocznicę śmierci, dlatego zdarzają się błędy w imionach i nazwiskach ważnych postaci, kilka przekręconych dat, czasem styl reporterskiej opowieści zmienia się w niedbały język policyjnego raportu, ale te niedostatki to drobiazg. „Zabić Papałę” to w gruncie rzeczy potężny akt oskarżenia wobec tych wszystkich, którzy przez lata ogłaszali opinii publicznej, że nie spoczną, aż zabójcy Papały trafią za kraty. Postawili ok. 18 hipotez, możliwych scenariuszy zdarzenia, ale sami, bez głębokiej analizy, skupili się ostatecznie na jednym tropie, tym wiodącym do Chicago, do Edwarda Mazura.

Latkowski nie broni Mazura, ale pokazuje krok po kroku, jak śledczy brnęli w wersję, która nie wydaje się bardziej prawdopodobna niż inne wątki. Początkowo badano m. in. czy: Marek Papała padł ofiarą przypadkowego sprawcy; zabójstwa dokonano na tle seksualnym, z powodu nieporozumień rodzinnych; zabójcą był inny policjant; zabójstwo wykonano na zlecenie z powodu wiedzy, jaką generał posiadł. Na koniec przyjęto, że zginął z ręki wynajętego zabójcy, a wśród zleceniodawców był Mazur. I już tylko takiego scenariusza się trzymano.

Latkowski odsłania kulisy pracy grupy śledczej „Generał”. Ujawnia, jak ewoluowały zeznania Artura Zirajewskiego, najważniejszego świadka na udział w spisku Edwarda Mazura. Śledczy przyjęli, że zabójca może wywodzić się z kręgu trójmiejskiego tzw. klubu płatnych zabójców. Trafili do siedzącego w areszcie Marka Ruprechta, podejrzanego o udział w morderstwie gdańskiego biznesmena. Innym podejrzanym w tej sprawie był Zirajewski. Ruprecht złożył zeznania, z których wynikało, że w śmierć gen. Papały zamieszany jest gangster Kazimierz Hedberg, kiedyś współpracownik SB, potem UOP, po wyjeździe do Szwecji zorganizował tam kanał przerzutowy amfetaminy. Skazany w Szwecji, karę odbył na własne życzenie w Polsce. Rok po śmierci Papały Hedberg (ps. Kartofel) zmarł na raka. Zeznania Ruprechta potwierdził Zirajewski. Ani słowem nie wspomniał o Edwardzie Mazurze. Dopiero pięć miesięcy po pierwszych zeznaniach nagle pamięć mu się odświeżyła. W sierpniu 1999 r. po raz pierwszy wymienił nazwisko Mazura, jako uczestnika spisku na życie „grubego psa” (takim kryptonimem przestępcy określali gen. Papałę). Latkowski zauważa, że w każdych kolejnych zeznaniach pamięć Zirajewskiego cudownie się powiększała. Dodawał nowe szczegóły, daty, nazwiska. Czy wpływ na to miały spotkania z członkami grupy śledczej „Generał”?

Niezależnie od śledztwa grupy prokuratorsko-policyjnej swoje zadania wykonywali funkcjonariusze UOP (potem ABW). Dochodziło do nieporozumień. Oficerów UOP interesowały bowiem wątki z życia osobistego generała policji. Jeden z funkcjonariuszy UOP-ABW płk Ryszard Bieszyński nie wierzył w udział Mazura w spisku na życie Papały. W 2005 r. odszedł ze służby na emeryturę. Sam zgłosil się w charakterze świadka, aby złożyć zeznania podczas rozprawy ekstradycyjnej Edwarda Mazura w Chicago. Całość jego zeznań Latkowski zamieszcza w swojej książce. Na pytanie obrońcy, dlaczego Bieszyński zgłosił się na świadka, ten odpowiedział: „Ponieważ wierzę, że pan Mazur jest niewinny”. Ale jego wiary nie podzielali inni. Dlatego trop Mazura przesłonił wszystkie pozostałe, a kiedy  sąd w Chicago odmówił ekstradycji, grupa „Generał” wykorzystała to jako alibi: bez Mazura sprawy nie dokończymy.

Latkowski charakteryzuje tło zbrodni, opisuje sylwetki przyjaciół i znajomych Marka Papały: Romana Kurnika, Wojciecha i Andrzeja Długoszów, Józefa i Jacka Sasinów. Przedstawia galerię znanych postaci ze świata przestępczego: Ryszarda Boguckiego, Andrzeja Zielińskiego ps. Słowik, Zygmunta Raźniaka, wspomnianego Hedberga, Baraniny, Kanigowskiego, Herszmana, Papiny. Każdy z nich mógł mieć związek z zabójstwem, ale żadnemu winy nie dowiedziono. Śledztwo wciąż pozostaje w stadium domniemań. Nie ma dowodów, a zeznania świadków brzmią mało wiarygodnie. Latkowski pyta: „Czy w wymiarze sprawiedliwości znajdzie się ktoś na tyle odważny, by podjąć zdecydowane działania w sprawie śledztwa, które tylko od czasu do czasu odżywa w mediach?”. Niech ktoś wreszcie mu odpowie.

Piotr Pytlakowski, Polityka, 3.09.2008
„Zabić Papałę” – wydawnictwo „Rosner i Wspólnicy”, Warszawa 2008
(0) komentarzy / skomentuj

"1612" i „Zabić Papałę” na festiwalu w Gdyni 03-09-2008 23:04
Pokazy rosyjskiej kostiumowej superprodukcji "1612. Kroniki Wielkiej Smuty" w reżyserii Władimira Chotinienki oraz dokumentu Sylwestra Latkowskiego "Zabić Papałę" są w programie tegorocznego 33. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (FPFF)

Festiwal potrwa od 15 do 20 września. O jego programie opowiadali na konferencji prasowej w Warszawie organizatorzy festiwalu. Gościem specjalnym konferencji był minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.

"Kino to znakomita wizytówka polskiej kultury w świecie" - ocenił minister Zdrojewski, który jest przewodniczącym Komitetu Honorowego 33. FPFF.

Jak poinformował dyrektor artystyczny festiwalu Mirosław Bork, rosyjscy twórcy obrazu "1612. Kroniki Wielkiej Smuty" nie przyjadą do Gdyni, ekipę będzie reprezentował polski aktor Michał Żebrowski, odtwórca jednej z ról w tym filmie.

"1612..." to opowieść o Wielkiej Smucie, czyli czasach zamętu, w jakim po śmierci cara Borysa Godunowa, na przełomie XVI i XVII stulecia, pogrążyła się Rosja. Głównym wątkiem filmu jest wypędzenie z Moskwy polskiej załogi Kremla przez pospolite ruszenie kupca Kuźmy Minina i księcia Dymitra Pożarskiego. Żebrowski gra w tym filmie awanturniczego polskiego hetmana.

Duże kontrowersje, ze względu na to, co w nim przedstawiono, wzbudzić może film Sylwestra Latkowskiego "Zabić Papałę" - uważa Bork. Dokument Latkowskiego dotyczy okoliczności śmierci byłego komendanta głównego policji gen. Marka Papały. Na festiwalu w Gdyni odbędzie się premierowy pokaz tego filmu.

http://www.rp.pl/artykul/9146,185604__1612__i__Zabic_Papale__na_festiwalu_w_Gdyni_.html
(2) komentarzy / skomentuj

ZABIĆ PAPAŁĘ”: Śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Papały to kompromitacja polskich organów ścigania. 01-09-2008 11:57
Sylwester Latkowski, znany reżyser dokumentalista i publicysta może śmiało dopisać sobie kolejny tytuł – dziennikarz śledczy. Mało tego, śmiem twierdzić, że „Zabić Papałę” to książka jakiej jeszcze nie było. Zasługuje na miano biblii polskiego dziennikarstwa śledczego.

To nie jest broszurka powielająca wątpliwe ustalenia bezskutecznie działającego od dziesięciu lat zespołu policyjno-prokuratorskiego. To wielowątkowe śledztwo prowadzone z wielkim rozmachem i rzetelnością.

Najpierw trzeba rozwiać złudzenia. W książce Latkowskiego nie ma jednoznacznego wskazania kto zabił i kto kazał zabić generała polskiej policji. Na przeszło 400 stronach Latkowski przedstawia kilkanaście tropów. Większość nie zbadanych przez śledczych, którzy w zasadzie od samego początku z uporem maniaka przywiązali się do jednej, własnej hipotezy. Zresztą z książki Latkowskiego jasno wynika, że hipoteza ta ulegała znacznej modyfikacji, wraz ze zmieniającymi się wciąż zeznaniami głównych świadków. Grupa policyjno-prokuratorska swoją wersję zabójstwa oparła o wyjaśnienia zatwardziałych bandytów, w większości skazanych na gnicie w więzieniu przez kilkadziesiąt lat. Nic zatem dziwnego, że zmianie ulegały podstawowe ustalenia śledztwa – osoba cyngla, zleceniodawcy, uczestników mordu. Czytelnik nie może oprzeć się wrażeniu, że przestępcy chociaż siedząc za kratami, mieli ogromny wpływ na działanie spec-grupy tropiącej zabójców Papały, kręcąc nią w dowolnym kierunku. Taki sposób prowadzenia sprawy musiał zakończyć się kompromitacją – spektakularną odmową amerykańskiego sądu wydania biznesmena Mazura. Efekt: przywiązana do jednej wersji ekipa śledcza, pozbawiona głównego podejrzanego, otoczona świadkami zmieniającymi wciąż zeznania, staje przed ścianą.

Wśród hipotez, które nie cieszyły się wzięciem śledczych Latkowski wymienia tak zaskakujące jak chociażby wątek gejowski. Były szef MSWiA Marek Biernacki tak o tym mówi na łamach ksiązki: „Papała był zainteresowany nie tylko paniami. Mówiono, że lepiej, by to nie wyszło na zewnątrz, bo wtedy będzie skandal – komendant główny policji podejrzany o związki homoseksualne”. Inne wątki związane z życiem osobistym komendanta Papały też nie zostały należycie sprawdzone. Nie wyjaśniono do końca roli żony Papały, która jako pierwsza odnalazła zwłoki i z nieznanych przyczyn w chwili znalezienia ciała męża zabrała jego portfel. Nie znalazł definitywnego rozstrzygnięcia inny trop, prowadzący do kuzyna komendanta, Wojciecha G., który był w wielkiej zażyłości z komendantową. Również dom, który wielkimi nakładami środków budował Papała w podwarszawskim Chotomowie, sąsiadujący z posiadłością „Dziada” – domniemanego herszta wołomińskiej grupy towarzyskiej, nie specjalnie interesował śledczych. Chociaż, było oczywiste, że jak pisze Latkowski „... Papała wykorzystywał swoją pozycję do celów prywatnych. Korzystał ze sponsorowanych wyjazdów, gościn. Przyjmował drogie prezenty”. Nie był więc kryształowym pogromcą bandytów na jakiego wykreowały go media.

Innym tropem zlekceważonym przez śledczych a znanym między innymi z łamów „NIE” były częste wizyty w klasztorze na Jasnej Górze.  „... Marek Papała regularnie, dwa albo trzy razy w miesiącu przyjeżdżał na Jasną Górę. Cel tych wizyt nie zostanie wyjaśniony. Nie pomoże w tym już o. Ireneusz Pompa, do którego na krótko przed śmiercią zadzwonił Marek Papała, ujawniając mu, że jest śledzony” – stwierdza Latkowski. Ireneusz Pompa, przeor klasztoru zmarł 18 marca zeszłego roku, zabierając ze sobą nie tylko tajemnicę kontaktów z Papałą, ale i swoich wcześniejszych stosunków ze służbami specjalnymi PRL.

Książka Latkowskiego przeraża. Liczyłem trupy świadków, potencjalnych informatorów mogących wnieść coś do sprawy zabójstwa komendanta policji. Takich podejrzanych zgonów jest już kilkanaście. Do tego dodać trzeba następne, samobójstwa i naturalne odejścia – śledztwo trwa już dziesięć lat... Wyjaśnienie tajemnicy morderstwa Papały staje się coraz mniej prawdopodobne...

Wbrew pozorom to nie jest książka o jednym zabójstwie. To wstrząsająca relacja o panujących w Polsce obyczajach, o tym jak już dawno zatarły się granice między światem polityki, światem biznesu, światem służb specjalnych a światem zorganizowanej przestępczości. Latkowski nie odpowiada na pytanie kto zabił Papałę. Ale czy jakiekolwiek głośne morderstwo polityczne zostało wyjaśnione? Czy wiemy kto zamordował Jaroszewicza? Czy wiemy kto zabił Dębskiego?

– Ta książka wywoła trzęsienie ziemi – dzielę się z Latkowskim pierwszymi wrażeniami po przeczytaniu.
– Zostanie przemilczana. A nawet jeśli nie, to będą próbowali mnie zniszczyć, skompromitować... – spokojnie odpowiada – Zbyt wiele interesów pokazałem, naruszyłem.

Książka nie wyczerpuje całości dwuletniego śledztwa Latkowskiego. Jest tylko preludium do filmu, jego głównego dzieła. Premiera – 20 wrzesień 2008 Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni. Przemilczą czy zniszczą?

Andrzej Rozenek

Sylwester Latkowski „Zabić Papałę” Wyd. Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2008.

Wersja autorska. Tekst ukazał się w tygodniku „NIE” pod tytułem „Paplanina o Papale”.
(0) komentarzy / skomentuj

Wydrukowana 22-08-2008 22:54
Dzisiaj po zdjęciach do reportażu ( o nim napiszę niedługo, choć na pewno ABW już roztoczyło nad nim swój parasol wścibstwa, tak w ramach wolności słowa, demokracji) zdążyłem odebrać wydrukowaną książkę.

Właśnie przeczytałem na 416 stronie, że mój wydawca ma siedzibę przy ulicy Okrzei, na tej samej, gdzie ma siedzibę CBŚ. To tam kiedyś wezwali żonę Andrzeja Zielińskiego pseudonim „Słowik”, by przestrzec ją przed kontaktami ze mną. Podsłuchano moją rozmowę z R., pośrednikiem. Próbowała się spotkać, przekazać informacje od Słowika. Nawiązać kontakt. Zagrożono jej, że wsadzą ją do aresztu. A ma przecież dziecko. W rozmowie telefonicznej ze mną potwierdziła to, dlaczego zrezygnowała.

Z Ryszardem Boguckim musiałem rozmawiać poprzez prawników, bo oczywiście odmówiono mi nagrania rozmowy z nim.  Pułkownik Roman Kurnik zawsze z uśmiechem odprawiał mnie z kwitkiem, tak samo jak obecny wicepremier Waldemar Pawlak i jego kolega wiceszef ABW, Zdzisław Skorża oraz ich wspólny znajomy Zbigniew Komorowski, prezes Bakomy; Małgorzata Papała nasłała prawnika, generał Józef Sasin wykręcał się chorobą żony, Edward Mazur milczał jak grób, choć z jego pośrednikami udało mi się porozmawiać; jeden z przyjaciół Nikosia zadzwonił kiedyś po 23 w nocy i przekonywał, że powinienem zapomnieć o… Inny rozmówca proponował mi powrót do TVP… Szantażowano mnie, grożono… Ale wszystko zmierza już do finału, książka 1 września będzie w księgarniach, jeszcze przede mną 20 września tylko premiera filmu.

Co prawda powiedziano mi ostatnio, że muszę spodziewać się zemsty, bo miałem czelność ruszyć „święte krowy”, inna osoba twierdzi, że będzie próba przemilczenia, ale jakoś nie wierzę, że media są u nich na tak krótkiej smyczy.

(16) komentarzy / skomentuj

Kto jest w tej zabawie zabawką, a kto jej panem? 20-08-2008 22:05
To fragment e-maila, autor otarła się aferę aneksową:

"Mamy do czynienia z "zabawami środowiskowymi", które podjęte zostały przez służby. Podjęte zresztą też na żądanie  naszego środowiska. I kto jest w tej zabawie zabawką, a kto jej panem, nie tylko przestało być wyraźne, ale i ważne. Show must ... Da się jednak przewidzieć zwycięzcę tych igraszek: tradycyjnie będę nimi metody. Uniwersalne metody równie uniwersalnych służb. Są uniwersalne tak jak ekumeniczny jest pieniądz...
Ale i to też nie jest zaskakujące. Służby są przecież takie jak oczekiwania klasy politycznej."

(0) komentarzy / skomentuj

Do premiery książki 14 dni, a filmu 34 18-08-2008 22:33
Końcowy montaż film „Zabić Papałę” rozpoczęty. Do premiery zostało 34 dni. Dzisiaj wyciąłem początkowych 12 minut filmu.
- Od tego zaczniemy (od słów świadka w sprawie zabójstwa generała Marka Papały) – mówię do Rafała.
Andrzej Rosner, wydawca książki o tym samym tytule co film, swoiste wprowadzenie do niego, przed chwilą poinformował mnie, że „książka będzie w sprzedaży w ciągu tygodnia, nie wcześniej (może w Warszawie w niektórych księgarniach), a w Empikach na początku września.”

(1) komentarzy / skomentuj

W mediach nadchodzi zimna wojna? 15-08-2008 22:15
Słuchając niektórych polityków, komentatorów, pierwszą inwestycją jaką powinienem zrobić w najbliższym czasie to wybudowanie sobie schronu, na wypadek wojny. Ta propaganda militarystyczna w mediach staje się nieznośna. Może tak warto by redaktorzy przypomnieli sobie i społeczeństwu, które według nich żyje w ogromnym zagrożeniu, niektóre kroniki z czasów zimnej wojny i spuścili trochę powietrza z samo nakręcających się polityków i komentatorów.

Jeden z amerykańskich polityków powiedział:"Pierwszą ofiarą wojny jest prawda." Warto o tym pamiętać. Polecam przed wejściem do studia telewizyjnego wsadzić im nogi do misek z zimną wodą.

(3) komentarzy / skomentuj

Leniwy poniedziałek 11-08-2008 21:24
Wróciłem z Sopotu. I nic z tego, co zamierzałem nie zrobiłem. Zaplanowane spotkania odwołałem.  Zmęczenie i niewyspanie daje o sobie znać. Jedynie z Piotrem Pytlakowskim wypijam kawę, wpada do mnie.
Piotr żartuje, nawiązując do jego ostatniego występu w TVP INFO:
- Czy my się możemy spotykać w twoim prywatnym mieszkaniu?
- Część to moje biuro, przyjmijmy, że siedzisz teraz w nim – odpieram.
Po czterech wypalonych papierosach wychodzi.



Piszę treatment reportażu, który obiecałem przesłać w niedzielę. Cztery dni wcześniej zapytano mnie, czy zrealizowałbym go na początek września. Zgodziłem się, choć po uszy siedzę w montażu „Zabić Papałę” i uciekających zdjęciach Gwiazdora 2.

Potem zero polityki, mafii, afer. Pchanie wózka po supermarkecie i dzieci, które skutecznie odwodzą mnie od tego by ponownie wejść w ten świat.

Wieczorem krótka rozmowa z Maciejem Świeszewskim, wraca taksówką z koncertu Leszka Możdżera w sopockim „Sfinksie”.  Jest zrelaksowany. Obiecuje przesłać notatki z prac nad „Ostatnia Wieczerzą”.

Oczywiście, że nie da się pominąć wydarzeń w Gruzji. Ale im więcej czytam, słucham relacji, opinii tym mniej wiem. poza jednym, że Rosja ma ciągle tą samą imperialną twarz. Przy tym mam poczucie, że tak naprawdę wszyscy politycy mają gdzieś tragedię tysięcy ludzi dotkniętych tym konfliktem.

Na zdjęciu: Spacer z Maciejem Świeszewskim po sopockiej plaży.
(3) komentarzy / skomentuj

Jednak wolny! 08-08-2008 18:35

16.55. Telefon od Moniki Sumlińskiej, żony Wojtka.
- Jest wolny - słyszę.
Głos Moniki po raz pierwszy od miesięcy ma inną barwę, jakby uwolniony został z kajdan, przytłaczającego ciężaru.
Wojtek w szpitalu może pozostać jeszcze kilka tygodni, mówi.
Wkrótce otrzymuję sms-a: „0pinia kogoś, kto się z nim widział: jest strzępem człowieka. Mówi jednostajnym, monotonnym głosem. Musiałem wyjść, bo łzy mi w oczach stanęły…”


(14) komentarzy / skomentuj

Jednak idzie do aresztu 08-08-2008 14:40

Mam spotkanie z jednym z polityków Platformy Obywatelskiej, kiedy przychodzi do mnie sms: „Jednak idzie do aresztu…”. Czytam na głos wiadomość.
- To głupie zamykać chłopaka, skoro już dwa razy się ciął – komentuje mój rozmówca. – Dobrze się to przecież nie skończy.
- Niech Ćwiąkalski i Bondaryk nadal umywają ręce od kwestii aresztu Sumlińskiego, zobaczymy dokąd to ich doprowadzi – odpieram. – Tu nie chodzi o to, czy jest winien czy nie, czego wydaje się nadal nie rozumieją.


(16) komentarzy / skomentuj

Skręcona noga Wiśniewskiego. Julke nie zarobi w tym sezonie na reklamie. 08-08-2008 09:35

Sopot. Wjeżdżam z Michałem na piąte piętro Sheratona. Kuśtyka, skręcił nogę w czasie próby przed występem. Wchodzimy do saloniku biznesowego. Spotykam X.
- Jeszcze chwila a natknąłbyś się tutaj na Karnowskiego – uśmiecha się. – Ciekaw jestem jaką miałby minę.
- Nie jestem tutaj w sprawie „afery Sopockiej” – odpieram.
Wcześniej spotykam przy windach Jacka Łagwę.
- Ile to lat się nie widzieliśmy? – pyta.
- Sześć.


On, Anna, Hrabia, Alex, Bartek i jeszcze jedna osoba z Michałem rozkładają przenośny stół do pokera. Pojawiają się żetony, karty, notebook mierzący czas. Michał owija stopę reklamówką i wkłada ją do kubła z lodem. Zaczynają grę. Z X-em siedzimy obok nich.
- Trzy miesiące nagrywał przyjaciela i tylko to mu się udało nagrać – słyszę o Julke.
Na szczęście rozmowa schodzi na inny temat. Po godzinie, minęła druga w nocy, porzucamy towarzystwo i idziemy na Monciak zjeść kolację. Proponuje Spatiff. Nie dobijamy tam jednak. Zatrzymujemy się przy jednym z ogródków. Zamawiamy szaszłyk i piwo.
- A Karnowski skutecznie nadal zasłania rusztowaniami główną ze ścian domu towarowego „Laura” Julkiego – rzucam. – W tym sezonie Julke nie zarobi na reklamie.

(0) komentarzy / skomentuj

Plujcie dalej, ja będę robił swoje, by Wojtka Sumlińskiego nie zmielił na wióry wymiar sprawiedliwości 07-08-2008 10:17
Nie czytam wszystkiego, co ukazuje się forach, blogach, czasami ktoś mi coś podeśle, sam znajdę. Lektura jest smutna. Pokazuje, że tak naprawdę niektórzy mają gdzieś dramat Wojtka Sumlińskiego i jego rodziny, dla nich najważniejsza jest polityczna nawalanka.

O co mi chodziło i chodzi w sprawie Wojciecha Sumlińskiego? O to by nie popełnił samobójstwa w areszcie. O to by nie stosowano wobec niego aresztu wydobywczego. O to, by służby, prokuratura się opanowały i odstąpiły od swego myślenia, że z Wojtka można mieć „plastycznego świadka.” Nie tylko w sprawie Wojtka tak postępują, co jakoś nie stało się tematem. Zbyt często oficerowie i prokuratorzy wykazują cynizm, bezduszność w tym zmiękczaniu, łamaniu świadka, podejrzanego. O tym wszystkim rozmawiałem z wieloma osobami.

Kiedy otrzymałem tekst "ty sprzedajny chuju” (adresat nadał z komputera IP 83.20.50.98), gorzko się uśmiechnąłem, wiedziałem, że po ostatnim moim wpisie na blogu, teraz na mnie zostanie wylany kubeł pomyj i stanę się agentem, piątą kolumną, Dlaczego? Bo mam odwagę mówić własnym głosem i mam gdzieś teorie spiskowe, które teraz nie pomogą Wojtkowi. Takim gadaniem nie można pomóc Sumlińskiemu. Trzeba to robić czynem i uwzględniać realia.

Plujcie dalej, ja będę robił swoje, by Wojtka Sumlińskiego nie zmielił na wióry wymiar sprawiedliwości.

(8) komentarzy / skomentuj

Marszałek i Czuchnowski zachowali się przyzwoicie wobec Sumlińskiego 05-08-2008 22:02
Postanowiłem ustosunkować do tego, co dociera do mnie, głosów plujących na Annę Marszałek i Wojciecha Czuchnowskiego w związku ze sprawą Wojtka Sumlińskiego.

Krótko powiem, mając wiedzę większą niż ta znana publicznie: Wojciech Czuchnowski i Anna Marszałek zachowali się bardzo przyzwoicie w sprawie Wojtka Sumlińskiego.

Nie plujcie na ludzi, którzy przyczynili się wraz z innymi dziennikarzami, tu należy przytoczyć długą listę idącą w poprzek podziałom politycznym, do tego, że Wojtek Sumliński ma wsparcie w mediach, chyba, że tylko pozornie zależy Wam na jego losie, a interesują Was rozgrywki polityczne.

Media w sprawie Wojtka Sumlińskiego nie uległy presji, wrzutkom służb i prokuratury, a zapewniam, że mogły postąpić inaczej i publikować przecieki ze śledztwa.

Przestańmy patrzeć na pewne sprawy tak jakby obowiązywały tylko dwie strony, biała i czarna. Pomiędzy nimi jest jeszcze szarość.

Dostrzeżmy to, że media w sprawie Sumlińskiego zachowały się ponad układami redakcyjnymi i politycznymi. W przeciwieństwie do sprawy Wojtka, kiedy do mnie wchodziło ABW, część mediów, dziennikarzy zadbało o interes ówczesnej władzy (wykorzystującej dzisiaj sprawę Wojtka Sumlińskiego).

Zapewniam, że jak Wojtek Sumliński będzie mógł wypowiedzieć się swobodnie, potwierdzi moje zdanie. Na tyle go znam.
(11) komentarzy / skomentuj

Powrót do montażu filmu Zabić Papałę (vers. 121 min) 04-08-2008 16:57

(2) komentarzy / skomentuj

Kto tu mataczy, panie ministrze sprawiedliwości? 01-08-2008 10:59
Panie ministrze sprawiedliwości Zbigniewie Ćwiąkalski,  powiedział pan w radiu  Tok FM, że nieprawdą jest, że Wojciech Sumliński podjął próbę samobójczą 13 maja.

Kto pana wprowadza w błąd? Jaki ma w tym cel? Nie jesteśmy kłamcami, wspólnie potwierdzamy fakt, że Wojciech Sumliński w czasie majowego zatrzymania próbował popełnić samobójstwo. Zakończyło się to samookaleczeniem.  Proszę obejrzeć sobie przeguby jego dłoni. Ślady tam jeszcze są widoczne. Niech pan zażąda stenogramów podsłuchów Sumlińskiego, który zaraz po wyjściu z izby zatrzymań rozmawiał o tym telefonicznie.

Mamy nadzieję, że będzie miał Pan odwagę wyjaśnić  sprawę tuszowania samobójczej próby Wojciecha Sumlińskiego, jaka miała po raz pierwszy miejsce w czasie majowego zatrzymania. Tym razem podległe panu osoby mataczą informacjami na ten temat.

Sylwester Latkowski
Wojciech Czuchnowski (Gazeta Wyborcza)
Leszek Misiak (Gazeta Polska)
(14) komentarzy / skomentuj

Czy Sumliński powiesi się w areszcie? 30-07-2008 01:05
Wracam do Warszawy. Dzwoni Piotr Pytlakowski i pyta, co się dzieje? Na czerwonym pasku w TVN24 przeczytał o aresztowaniu Wojciecha Sumlińskiego. A skąd mam wiedzieć? Z Wojtkiem nie widziałem się po jego wyjściu, gdy przyszedł podziękować z żoną za wsparcie, a potem w czasie spotkania z Anną Marszałek, w czasie którego byłem wobec niego bardziej ostry niż dziennikarka Dziennika. Nie przyjmowałem za wiarygodne pewnych wyjaśnień. Mówię, tyle co wiem, czyli nic poza tym, że sąd widocznie rozpatrzył zażalenie prokuratury na uchylenie aresztu przez sąd niższej instancji.

Rozłączamy się. Po chwili postanawiam zadzwonić do rzecznika Centralnej Służby Więziennej Luizy Sałapy. Jedna z osób, która od lat pokazuje ludzką twarz a nie bezmyślnego klawisza. O czym rozmawialiśmy? Przekazałem jej kilka refleksji o stanie psychicznym Wojtka, który poddany został presji psychicznej od chwili zatrzymania przez ABW. O jego próbie samobójczej w policyjnej izbie zatrzymań na Mokotowie. Dziwne, że funkcjonariusze ABW, prokuratorzy, przesłuchując go nie spostrzegli śladów na przegubie dłoni. Czy sporządzono protokół z tego zdarzenia? Aresztowanie ma jeszcze bardziej spotęgować oddziaływanie na niego, złamać go. Służby doskonale wiedzą o tym, że Sumliński nie jest w najlepszym stanie psychicznym.Ten areszt jest aresztem wydobywczym. Sumliński mógł odpowiadać  z wolnej stopy, nie mataczył, nawet bał się spotykać z dziennikarzami. Ostatnio odmówił rozmowy z Anną Marszałek z Dziennika. I tak ponosi już wysoką cenę za swoją lekkomyślność, głupotę, a jeśli jest winien, to niech sąd orzeknie o tym i  niech Wojtek odsiedzi swoje. Areszt nic do sprawy nie wniesie, chyba, że ma inny cel.

- By nie okazało się, że Sumliśńki popełni samobójstwo w areszcie – rzucam.

Sałapa dziękuje za informację. Mam poczucie, że trafiły do właściwego człowieka.  Mam też nadzieję, że będą mieli tam świadomość, że jeśli Sumliński powiesi się w toalecie, nikt tego nie uzna za tragiczny wypadek.

ABW, prokuratura i sąd także powinni mieć świadomość tego, że media, a przynajmniej kilku dziennikarzy, będą patrzeć na ręce.

Po tysiącu stu kilometrach przebytej drogi dojeżdżam do Warszawy, na jednym z Mc Donaldów, tuż przed północą, odbieram od wysłannika Wojtka Sumlińskiego dziewięcio stronicowy list. Chwilę rozmawiam z wysłannikiem. Dzwonię do Wojtka. Rozmawiamy, krótko. Po lekturze ponownie wykonuję telefon, tym razem jest to dłuższa rozmowa. Trudna, bo Wojtek ma świadomość, że jest podsłuchiwany. Choć według mnie tym razem powinien to mieć gdzieś.

Umawiamy się na rano.

- Jeśli będzie to nam dane – zaznacza Wojtek.

15.40. Wróciłem ze szpitala, gdzie trafił Wojtek po próbie samobójczej. To stamtąd ostatecznie przewiozą go do szpitala więziennego. Prawo jest bezduszne.

21.00. TVN 24 ( za Onet): "Sylwester Latkowski, dziennikarz i reżyser powiedział w TVN24, że aresztowanie człowieka po tym, gdy trzy miesiące przebywał na wolności, jest łamaniem praw człowieka. - Nie jesteśmy Białorusią - dodał oburzony. - Areszt stosuje się, aby wykluczyć mataczenie. Wojtek był trzy miesiące na wolności i nie mataczył. Uważam, że to areszt wydobywczy. Areszt tymczasowy nie może się przeradzać w karę, bo to sąd decyduje o karze - mówił na antenie TVN24 Latkowski.

Anna Marszałek, dziennikarka śledcza "Rzeczpospolitej", powiedziała, że "gdyby decyzja o tym areszcie zapadła natychmiast po zatrzymaniu, przez chwilę miałoby to jakieś uzasadnienie".

- Prowadziliśmy śledztwo dziennikarskie. Wyszło nam, że dziennikarz za bardzo się zbliżył do L., który powoływał się na znajomości z dziennikarzem, a nie, że dziennikarz był łapówkarzem - dodał Marszałek.

Wojciech Czuchnowski z "Gazety Wyborczej" powiedział, że "przy pierwszej próbie samobójczej sąd się przestraszył i nie zastosował tego aresztu wobec Wojtka", więc tym bardziej, nie rozumie obecnej decyzji.

- Jestem ogromnie rozdarty. Areszt to brutalny środek zapobiegawczy, więc jego zastosowanie musiało mieć jakieś podstawy, ale Wojtek ideowo podchodzi do swojego zawodu. W najgorszym razie został w coś wplątany - powiedział Czuchnowski.

Ceazary Gmyz z "Rzeczpospolitej" powiedział, że jako dziennikarz śledczy w swojej pracy styka się z różnymi ludźmi, także przestępcami, podobnie jak prokuratorzy. - Mimo to uważam, że kontakty Wojciecha z L. poszły za daleko - powiedział."
(18) komentarzy / skomentuj

Host 28-07-2008 13:59
„Przychodzą i mówią, tu są pieniądze i chodźmy do łóżka. Powiedzmy, że je przelecę, pewnie więcej tu nie wrócą. Uprawiając seks osiągają swój cel. Nie mogę zaoferować nim nic więcej  (…) Choć pracujemy przede wszystkim ciałem, sprzedajemy przede wszystkim marzenia” – mówi host, męski rodzaj hostesy z nocnego klubu, męskiej prostytutki, w dokumencie „Złodzieje serc z Osaki” (reżyseria Jake Clennell).

Film zaprzecza poprawnemu głoszonemu przez media wizerunkowi prostytucji. Tutaj obie strony są ofiarami, nie tylko prostytutki, ale i klienci. Większość klientek hostów to dziewczyny sprzedające swoje ciało za pieniądze.

„ Tak, jestem zadowolona, nawet jeśli kupuję szczęście” – mówi klientka, zajmująca się w swoim codziennym życiu prostytucją, wynajmująca na noc hosta.
(1) komentarzy / skomentuj

Zatrzymanie 26-07-2008 20:32
Wreszcie udaje mi się zatrzymać. Postanawiam nie wychodzić z domu. W sypialni nie podnoszę żaluzji. Większość dnia spędzam w łóżku oglądając filmy. Głównie dokumenty.  W tym film o Janis Joplin, po którym można zrozumieć co to znaczy mieć charyzmę, i „Życie jest muzyką.”  Film Faith’ a Akin’a opowiada o Stambule poprzez muzykę, wykonawców tam żyjących. "Kiedy tu mieszkasz, twoje uszy są otwarte na różne rzeczy, nawet jeśli tego nie chcesz"- mówi jeden z bohaterów filmu. Czy dałoby się zrobić taki film, o którymś z polskich miast?

(2) komentarzy / skomentuj

Berlińska bezsenność 19-07-2008 20:54
Wczoraj budzę się przed piątą rano, po czterech godzinach snu. Oczy przekrwione. Pieczą rozgrzanym piaskiem. Nie wiem czy ze zmęczenia, czy z powodu alergii. Schodzę do samochodu po tabletki. Wracam, ponownie wchodzę do łóżka, ale bezskutecznie próbuję usnąć. Biegam bezmyślnie po bezmyślnych niemieckich programach telewizyjnych, proponujących głownie seks na telefon. W sam raz dla samotnych w hotelowych łóżkch.

Do Berlina dojechaliśmy o 21. W hotelu czeka już ekipa realizacyjna teledysku Michała Wiśniewskiego. Zrzucamy tylko bagaże i schodzimy na spotkanie produkcyjne. Siadam z boku. Krzysztof Gromek robi kilka ujęć. Na podbiciu. Warunki oświetlenia fatalne, nie ma jak rozłożyć światła w hotelowym barze, wypełniającym się coraz bardziej gośćmi spragnionymi piwa. Whisky piją tylko Polacy, czyli my. Zresztą nie liczę na odkrywczą dyskusję. Ciekawiej się robi, gdy co jakiś czas Wiśniewski z kilkoma palaczami wychodzi na papierosa. W barze hotelowym obowiązuje zakaz palenia. Stoimy przed wejściem hotelowym. Dobry klimat na rozmowę. Przez chwilę się zastanawiam, czy nie porozmawiać z Michałem do kamery. Rezygnuję jednak. Ani ja, ani on nie czujemy się na siłach, by zacząć mówić o sześciu latach, jakie minęły od Gwiazdora.
- Koniec zdjęć na dzisiaj - oznajmiam.
Operator wreszcie może się przyłączyć do nas i napić.

Rano, mając za sobą trzy godziny snu, zjawiam się na planie i zostaję na nim do czwartej nad ranem. Podchodzę kilka razy do rozmowy z Michałem, ale nijak nie potrafię przedrzeć się przez jego pancerz zmęczenia, przemilczeń, nieufności, niechęci do drażliwych wspomnień i tematów. Obaj zresztą uważamy, że na prawdziwe rozmowy przyjdzie czas. Musimy na nowo oswoić się ze sobą. Przyzwyczaić. Poznać. Każdy z nas jest już trochę innym człowiekiem.
(13) komentarzy / skomentuj

Uciekające zdjęcia do nowego filmu 16-07-2008 11:55
Wczoraj w nocy zapada decyzja o zdjęciach. Operator na szczęście nie wyjechał na wakacje. Jest w Warszawie. W południe wyjazd.

Dobrze zrobi mi uwolnienie się na kilka dni od krętactw, rozgrywek jakich ostatnio jestem świadkiem.  Bo w całej sprawie nikomu z zainteresowanych nie chodzi o prawdę.

(1) komentarzy / skomentuj

Julke przestań mataczyć nagraniami 15-07-2008 14:39
W rozmowie ze mną Sławomir Julke stwierdził, że ma więcej nagrań. Ubolewał, że musiał chodzić z dyktafonem na spotkania. Ile jest rzeczywiście nagrań do dzisiaj nie wiadomo, bo Julke wyciąga je jak króliki z kapelusza i jedne ma wolę upublicznić inne nie. Albo oświadcza, że jest nagranie ale nieczytelne. I po problemie według niego.

Tymczasem problem istnieje, bo w obecnej sytuacji nie Julke powinien decydować, które nagrania „istnieją”, a które nie. To nie on powinien stwierdzać, czy coś się nagrało, a specjaliści. W tym miejscu warto zadać pytanie, dlaczego prokuratura od razu nie zażądała od niego wydania wszelkich nagrań dotyczących tej sprawy?

Postawa Sławomira Julke jako rozgrywającego nagraniami prędzej czy później obróci się przeciw niemu, straci wiarygodność. Mleko już się rozlało i czas po męsku powiedzieć wszystko a nie mataczyć wiedzą i nagraniami.
(5) komentarzy / skomentuj

Prokuratura bez kręgosłupa, czyli rządy sie zmieniają a stan ten sam 15-07-2008 09:45
"Czasem doprawdy nie wiadomo, czy w ogóle trzeba jeszcze naciskać na prokuratorów, czy też oni po prostu "wzięli sprawy w swoje ręce" - sami sobą manipulują, by władza była zadowolona."(Wojciech Czuchnowski, Gazeta Wyborcza)

(1) komentarzy / skomentuj

To się teraz wszystko posypie? Julke ma więcej nagrań 12-07-2008 21:55
Rozmowa telefoniczna 1 (12.07):
-  To ten blondynek? – pyta mój rozmówca z Sopotu po tym, co ujawniła dzisiaj Rzeczpospolita.
- Tak – potwierdzam. - Dwa razy się z nim widziałem, przyprowadził go na spotkanie X. Julke to miłośnik gorzkiej miętówki Palikota.
- Jeśli robił to jako Easy Reider to Karnowski wyjdzie z tego, inaczej czeka go siedem lat. A wtedy się wszystko posypie.

Rozmowa telefoniczna 2 (12.07):
- Nie bez powodu Tusk nie chciał Karnowskiego na liście do Sejmu jako numer 1 – przypomnia mi K.

Rozmowa telefoniczna 3 (12.07):
- Sławek chyba nie myślał, że to się tak potoczy – stwierdza  w rozmowie X., który poznał mnie z Julke.
- Chyba nie był takim naiwniakiem?
- Nie dopieprzaj mu, tam jest drugie dno.
- Miał dość i puściły mu nerwy?
- Tak.

Rozmowa telefoniczna 4 (12.07):
-  To walka buldogów pod dywanem, z tego Julke to latrerek – mówi G.
- ?
- Julke to świnia, nagrywa przyjaciół. Oni byli bardzo związani ze sobą. Karnol go wykreował. Miał być nawet jego doradcą.
- ?
- Karnowski rozmawiał z nim inaczej niż by rozmawiał z obcym.
- Skrótem myślowym?
- Właśnie - śmieje się G. – Może chciał od niego to mieszkanie kupić, ma problemy rodzinne. Musi założyć nowy dom. A rozmawiał tak jak z kumplem. To kłótnia w rodzinie, która się wylała poza cztery ściany. Pozostanie po niej tylko kwas i nic więcej.

Rozmowa telefoniczna 5 (13.07):
- PiS-owi też nie zależy na tym by robić z tego aferę - wyjaśnia T. - Tam jest system naczyń połączonych.

Rozmowa telefoniczna 6 (13.07):
- Jest więcej nagrań - informuję rozmówcę z Sopotu.
- No to jest źle - odpiera. - To może uderzyć w znajomych Karnowskiego, o których kiedyś pisałeś.
- Tych?
- Tak.
- Czyli nikomu nie zależy by szło to dalej?
- Dokładnie.

PS.1 (12.07)
Sławomir Julke poprzez X przekazuje mi, że przez telefon nie będzie rozmawiał. Chętnie się spotka w Sopocie.
Wykręcam  jego numer telefonu: „Przepraszamy, wybrany abonent jest w tym momencie nie osiągalny, prosimy spróbować ponownie.”
Prezydent Sopotu Jacek Karnowski telefon ma włączony, ale nie odbiera połączenia. Dostępny jest tylko dla znajomych.
PS.2 (13.07)
Rano zadzwonił Sławomir Julke. Według niego jest więcej nagrań.
- Nie czuję się z tym dobrze, że musiałem z dyktafonem chodzić na spotkania z Karnowskim, który grał mojego przyjaciela - rzuca na koniec rozmowy.
(10) komentarzy / skomentuj

Natalia Stankiewicz, czyli jak skutecznie wywołać zainteresowanie swoją osobą w sieci 12-07-2008 20:25
- Jakie były Twoje początki na GL? Jak tu trafiłaś? Czy pamietasz pierwszy post?

Natalia Stankiewicz: tak - to było równo rok temu - zaprosiłam do kontaktów faceta, parę dni potem spotkałam się z nim w realu, ale CBŚ przeleciało mu firmę zanim on zdążył przelecieć mnie i zerwał ze mną wszelkie kontakty, bo myślał, że jestem kimś podstawianym czyli od razu głęboka woda.

- Czy cbś przelecialo tez ciebie?

Natalia Stankiewicz: byłam wtedy jeszcze na Śląsku, przyjechałam do Warszawy tylko na jeden dzień bo kumple z kabaretu akurat jechali na występ to się zabrałam - i spotkałam się z koleżanką w Złotych Tarasach na spacer po sklepikach a potem na spotkanie z tym prezesem, bo powiedział że mi załatwi robotę i mnie zarekomenduje

Był uroczym człowiekiem, ale potem zaczęłam czytać o nim w gazetach i się okazało że to jedna z większych afer IVRP

no to się zaczęłam interesować dziennikarstwem śledczym i zakochałam się mobilnie w jednym dziennikarzu, choć niby oficjalnie świrowałam za jego kumplem

przeprowadziłam się do Warszawy i trochę go tam bajerowałam, ale przed samym Bożym Narodzeniem mi napisał, że ma narzeczoną... więc miałam dość i spędziłam Święta sama w Warszawie... potem dochodziły mnie słuchy że zerwał z narzeczoną, więc chciałam się spotkać w realu, ale dostałam smsa "odpierdol się od mojego narzeczonego, dobrze ci radzę"

no to stwierdziłam że mam dość jednostronnych fascynacji i daję sobie spokój

-To faktycznie ostry początek, ale ten przypadek nie załamał cię. czy już wtedy postanowiłaś publikować na tak szeroką skalę?

Natalia Stankiewicz: szeroka skala moich publikacji wynikała z tego, że gdzieś musiałam wyładować energię

a poza tym lubię pisać, ale jestem zbyt mało zdyscyplinowana na pisarkę, więc piszę byle gdzie, na różnych forach, skaczę sobie to tu, to tam.

Fragment wywiadu z Natalią Stankiewicz z jej forum na GoldenLine.pl/Grupa:Fanklub Natalii Stankiewicz (pisownia oryginalna).
(10) komentarzy / skomentuj

Krótki wypad do Sopotu 10-07-2008 23:57
Krótki wypad do Trójmiasta. W Sopocie z Maciejem Świeszewskim spotykamy się z jednym z mecenasów, sponsorów filmu „Ostatnia Wieczerza.” Wcześniej Maciej zabiera mnie na obiad do „Grand Hotelu.”  Tam przez godzinę atmosfera spokoju, izolacji od tego co jeszcze kilka godzin temu miałem w sobie.
- Aż się nie chce wracać do Warszawy – rzucam.
Odwożąc Macieja do domu słuchamy „Mszy” Leszka Możdżera, którą zamierza wykorzystać w muzyce do filmu. Przebijanie się przez zatłoczone ulice tym razem nie męczy, nie irytuje. Kilka dni temu po pierwszym wysłuchaniu kompozycji napisałem Leszkowi sms-a:"Nowoczesne podejście do Mszy, bez sakralnego patosu, nie na kolanach. Wyśmienite”.

(5) komentarzy / skomentuj

Tajne sms-y Janickiej i Kowalskiej 03-07-2008 21:59
XYZ: Tam jest śmiesznie, bo Kowalska i Janicka pozachowywały sobie jakieś smsy, które je nawzajem obciążają...
Sylwester: Kiedy to wyjdzie?
XYZ: Nie wiem. To one same pewnie to wyjmą postawione pod ścianą. Byłoby dobrze, gdyby teraz wezwano Ziobrę, a dopiero potem Kowalską, to złapałby go na nieścisłościach i kłamstwach. Jeżeli wezwą pierwszą Kowalską, to Ziobro dostosuje swoje zeznania do tego, co ona powie. Baby się pożarły o wpływy u Ziobry i jeżeli dobrze to rozegrają, to same się wysypią...

Popatrz! Kowalska była niezastąpiona, chodziła do pałacu, czym się chwaliła, i nagle zostaje na aucie. Mówiło się wtedy nawet, że ma być odwołana. Poszła na jakiś urlop, potem zwolnienie, ale cały czas trzymała rękę na pulsie m.in. przez Szeligę (chociaż ten grał na dwie strony), ale też tych późniejszych puczystów, którymi przecież ona sterowała. Janicka z psiapsióły nagle stała się wrogiem, bo dostała się bezpośrednio do Ziobry i miała z nim kontakt na tę bezpośrednią komórkę tylko do tych celów. Starała się więc jak mogła, żeby zrobić to czego Ziobro chciał, albo ona myślała, że chciał. A że obie kobitki są dość egzaltowane nie tylko sobie gadały dość ostro, ale i do siebie pisały, przy okazji powołując się — i jedna i druga — na Ziobrę...

PS. A może tak śladem komisji Rywinowskiej , obecna komisja do spraw nacisków zażąda bilingów telefonów prok. Elżbiety Janickiej i Marzeny Kowalskiej? Czy będą takie jak np.  Adama Halbera do Roberta Kwiatkowskiego: "Może byś wrócił do Piotrka Urbankowskiego. To jest świetny koleś - pracowity i lojalny, lubię go i cenię. Precz z siepactwem. Chwała nam i naszym kolegom. Ch... precz!".
(10) komentarzy / skomentuj

Urban rozstał się ze Starszakiem 02-07-2008 16:47
Nie ma rzeczy niemożliwych. Jerzy Urban rozstał się z Hipolitem Starszakiem, dotąd szarą eminencją tygodnika „Nie”. Starszak pełnił funkcję dyrektora wydawnictwa URMA.  Dziennikarze tej redakcji milczą na temat sporu, który doprowadził do wypowiedzenia umowy Starszakowi.

(4) komentarzy / skomentuj

Tytuł tygodnia 01-07-2008 17:37
Tygodnik "Nie" opublikował  rozmowę Andrzeja Rozenka z  byłym szefem WSI Markiem Dukaczewskim. Zatytułował ją "Rozmowa z niemową."

(0) komentarzy / skomentuj

Olimpiada w Pekinie bez transmisji na żywo 01-07-2008 10:07
Film dokumentalny „Olimpiada w Pekinie 2008 – Dwie strony medalu” (reżyser Anthony Dufour), bezlitośnie podważa propagandową wizję igrzysk olimpijskich głoszoną przez chińskie władze i MKOL.

Prawo dziennikarzy do swobodnego poruszania się po Chinach, przeprowadzania wywiadów to fikcja.

W filmie jest scena rozmowy z dyrektorem generalnym chińskiej telewizji, który z uśmiechem na twarzy informuje, że transmisje telewizyjne będą miały celowo 20 i 30 sekundowe opóźnienie. W wiadomym celu, by cenzura mogła zadziałać, gdyby komukolwiek przyszło do głowy wykonać jakiś gest protestu. Nie obejrzymy więc na żywo biegu na 100 metrów, a tylko jego powtórkę. Obecny rekord świata wynosi przecież 9,72 sekund.
(2) komentarzy / skomentuj
Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Film opowiada o aktualnej sytuacji panującej w polskich aresztach śledczych. Zdjecia rozpoczęto 1 września 2003 roku, ich zakończenie planowane jest w maju.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS