menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Gawronik. Przykład jak ograć swoich rozmóców 29-06-2009 14:36
Wywiad w Gazecie Wyborczej z Aleksandrem Gawronikiem. Przykład jak ograć swoich rozmówców i przez dwie strony nic nie powiedzieć. Grę w durnia Gawronik ma opanowaną.

(0) komentarzy / skomentuj

59 Macieja Świeszewskiego 28-06-2009 20:03

(0) komentarzy / skomentuj

To śledztwo tylko od czasu do czasu odżywa w mediach 25-06-2009 13:20
Piotr Pytlakowski kiedyś napisał, że to śledztwo w sprawie zabójstwa  generała Marka Papały tylko od czasu do czasu odżywa w mediach. Rano wspomniałem o tym w rozmowie z jednym z dziennikarzy.
- Dla niektórych to wymarzona sytuacja, media zapomniały o 11 rocznicy  śledztwa w sprawie zabójstwa Marka Papały.
- Wiedziałem, że coś przegapiłem – odpowiada znajomy dziennikarz. - Co za czasy...
- U niektórych raczej świadomy wybór.
- Wiesz co, szczerze akurat dzisiaj muszę robić coś innego i po prostu zapomniałem o tym, tak zwyczajnie.

(2) komentarzy / skomentuj

Bez planu śledztwa 25-06-2009 13:10
Dziś przed sejmową komisją śledczą ds. nacisków zeznawał prokurator Andrzej Szeliga, który z ramienia Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie nadzorował prace zespołu prokuratorskiego powołanego w 2007 w sprawie zbadania przecieku z akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Prokurator Szeliga wyznał z rozbrajającą szczerością, że w tej sprawie nie było sporządzonego planu śledztwa.

(0) komentarzy / skomentuj

W sprawie zabójstwa generała Marka Papały już od pierwszych minut nie wszystko odbywało się tak, jak powinno. 25-06-2009 00:24
25 czerwca 1998 roku. Kilka minut po godzinie dwudziestej drugiej. W zamkniętym kręgu osób rozchodzi się wiadomość o zabójstwie generała Marka Papały. Przepływ tej informacji nie jest jednak zwykły. Oficer dyżurny komendy stołecznej niezwłocznie przekazuje wiadomość o zdarzeniu ówczesnemu komendantowi stołecznemu Michałowi Otrębskiemu. Ten jednak nie telefonuje do komendanta głównego Jana Michny, by osobiście go poinformować. Dzwoni do innych osób, między innymi polityków SLD – choć nie ma żadnych formalnych podstaw, bo byli wówczas poza rządem.
- Przyszedł do mnie Zbigniew Sobotka, który jest moim sąsiadem, i powiedział, że jedzie tam z Millerem (Leszkiem, od aut.) – wspomina Hipolit Starszak, były zastępca prokuratora krajowego, znajomy generała Marka Papały. - Zapytał, czy się nie zabiorę z nimi. Odmówiłem. Oni pojechali.
Michał Otrębski zaprzecza, że informował polityków. Zapewnia, że dzwonił do komendanta głównego policji, ale przyznaje, że nie od razu. Uczynił to z miejsca zabójstwa.
- Jak na własne oczy przekonałem się, że to Papała nie żyje – wyjaśnia.
Jan Michna jednak nie pamięta tego, żeby dzwonił do niego komendant stołeczny. O zabójstwie generała Papały dowiedział się od dyżurnego oficera komendy głównej.
Jak było naprawdę, tego nie można dzisiaj ustalić, ponieważ nie podjęto na początku śledztwa decyzji o zabezpieczeniu billingów wielu osób związanych z osobą generała Marka Papały i ze sprawą zabójstwa.
Kiedy po czasie próbowano pozyskać informację o połączeniach telefonicznych z tamtego okresu, wielu nie dało się odtworzyć, ze względu na ówczesny stan techniczny central telekomunikacyjnych.

Zbigniew Matwiej był zastępcą rzecznika prasowego Komendy Głównej Policji. Pamięta, że wrócił z pracy. Przygotowywał się do snu. Po dwudziestej drugiej zadzwonił oficer dyżurny z Komendy Głównej Policji.
- Słuchaj, Zbyszek, zginął Papała. - Uznałem, że to ponury żart. Dyżurny powtarzał mi to trzykrotnie, zanim uwierzyłem, że doszło do dramatu. Zaczęli wydzwaniać dziennikarze. Pojechałem do komendy. Wbiegłem na drugie piętro do komendanta głównego. W gabinecie był też generał Wachowski. Tych dwóch pamiętam, inni wchodzili i wychodzili. Wszyscy zaskoczeni. Komendanci nie potrafili usiedzieć w jednym miejscu.
Pojechałem na miejsce. Zastałem tam bardzo dużo ludzi. Kręcili się wszędzie. Policjanci, dziennikarze, politycy. Widziałem ministra Budnika, komendanta stołecznego Otrębskiego, jego zastępców. Policjantów z Komendy Głównej Policji. Romana Kurnika, Leszka Millera. Kłębowisko ludzi.
- Nie zastanawiało cię, po co oni tam przyszli? – pytam.
- Byłem zdziwiony. Ale miałem inne problemy na głowie. Był niesamowity bałagan. Tego nie ukrywam.
- Politycy tak sobie po prostu chodzili po miejscu zbrodni?
- Tak. To później było napiętnowane przez wszystkie komisje w Komendzie Głównej. Potężny błąd. Dopiero, kiedy przyjechałem, zaczęto taśmą oddzielać to miejsce. Przypuszczać można, że część śladów zadeptano.

- Byłem wtedy dziennikarzem PAP - mówi Marcin Trzciński, późniejszy rzecznik prasowy szefa MSWiA Marka Biernackiego. - Jako pierwszy podałem krótki komunikat do mediów.

PAP:
Godz. 22.43
***pilna*** Zastrzelono Marka Papałę, b. komendanta policji.
25.6
Warszawa (PAP) – Na warszawskim Mokotowie został zastrzelony w czwartek w godzinach wieczornych Marek Papała, były komendant główny policji.
(PAP)
Trz/zk/

- Na miejscu zobaczyłem nieprzygotowanych ludzi – ciągnie opowieść Marcin Trzciński. - Policjanci wyglądali tak, jakby byli wyciągnięci prosto z łóżek. Zachowywali się mało profesjonalnie. Początkowo byliśmy bardzo blisko miejsca zabójstwa. Dopiero z upływem czasu zaczęto nas odsuwać coraz dalej. Po czasie zdałem sobie sprawę, że ta nieudolność policji doprowadziła do tego, że każdy z nas uczestniczył w zadeptywaniu śladów. Było nerwowo, policjanci omal nie pobili dziennikarza „Panoramy” programu drugiego telewizji publicznej, Wojciecha Nomejki, który z bliska zaczął filmować samochód Papały skapany w policyjnych światłach. Potem Nomejko przeniósł się na wiadukt, skąd robił zdjęcia.
Były szef Urzędu Ochrony Państwa, Zbigniew Siemiątkowski, wspomina:
- Pamiętam, jak czytałem pierwszy tom akt (akta prokuratorskie, od aut.), który według wszelkiej sztuki jest najważniejszym tomem. Widać było chaos śledztwa.
Generał Adam Rapacki i były prokurator krajowy Janusz Kaczmarek przyznają, że miejsce zbrodni zostało źle zabezpieczone.
Pułkownik Ryszard Bieszyński, wcześniej dyrektor departamentu postępowań karnych UOP, potem ABW, wylicza:
- Kule znaleziono w samochodzie później. Pewne rzeczy znikły z miejsca zdarzenia. Nie dokonano rutynowych czynności, które by zrobiono w przypadku każdego zabójstwa. Nie przeszukano mieszkania ofiary, zabezpieczono tylko broń generała.
Ówczesny komendant stołeczny, generał Michał Otrębski, który był na miejscu przeprowadzania czynności przez podległą mu policyjną grupę, zaprzecza zarzutom:
- Miejsce przestępstwa było prawidłowo zabezpieczone kilkanaście minut po zabójstwie – stwierdza.
 Generał Józef Semik, wówczas zastępca komendanta głównego policji, który na miejscu nadzorował działania policji, nerwowo reaguje na przytoczone argumenty, wskazujące na to, że oględziny i inne czynności związane z zabójstwem były źle wykonane. Broniąc się, zwraca uwagę, że nie można zrzucać winy tylko na policję, jest prokurator nadzorujący.
- Proszę zajrzeć do protokołu oględzin, on tam się wpisał – dodaje. -  Co on tam robił? Przyszedł pokibicować?
Generał Michał Otrębski dodaje:
- Ktoś, kto nie jest w stanie wskazać zabójcy, ucieka w tego typu argumenty.

Kolejni rozmówcy jednak wskazują inne przykłady. Funkcjonariusz policji, któremu na początku powierzono część zadań związanych ze śledztwem w sprawie zabójstwa Papały, mówi:
- W nocy, w Komendzie Stołecznej, przepisywano ponownie protokół oględzin.
Pułkownik Mieczysław Tarnowski, były wiceszef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego za rządów SLD stwierdza:
- Analiza dwóch pierwszych tomów akt śledztwa (akta prokuratorskie, od aut.) pokazuje, że fatalnie prowadzono pierwsze czynności. Na przykład oględziny samochodu na miejscu zdarzenia i potem, gdy go przewieziono stamtąd, nie zgadzały się. Po przeczytaniu każdej strony opisu pojawiały się dwa, trzy pytania, na które nie można było znaleźć odpowiedzi. Po upływie czasu nie da się odzyskać tego, co na miejscu przestępstwa powinno być właściwie zabezpieczone.
Marek Biernacki, były minister spraw wewnętrznych i administracji, zwraca uwagę na to, że:
 - W każdym kluczowym śledztwie, tam gdzie pojawiają się w tle politycy, policja, służby – sprawa Jaroszewiczów, Olewników, Blidy – dochodzi do błędów w trakcie oględzin, zaniechań w pierwszych dniach śledztwa. Tak jakby komuś zależało, aby zadeptano ślady.
W sprawie zabójstwa generała Papały już od pierwszych minut nie wszystko odbywało się tak, jak powinno.

Fragment książki "Zabić Papałę". Wydawnictwo Rosner&Wspólnicy.
(2) komentarzy / skomentuj

Odebrałem z wydawnictwa świeżo wydrukowany egzemplarz książki Śmierć za 300 tysięcy”. Raczej nie będzie to nasz ostatni głos z Piotrem Pytlakowskim w tej sprawie. 22-06-2009 21:44

(2) komentarzy / skomentuj

Śmierć za 300 tysięcy: Kazimierz Olejnik odpowiada (fragment) 20-06-2009 12:55
Prokurator Kazimierz Olejnik: Przez pewien czas byłem przekonany, iż czynności wykonywane przez tą specjalną grupę policyjna nie dały żadnego efektu, zaś sprawa została wyjaśniona dopiero po jej przekazaniu do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. W jednej z publicznych wypowiedzi, już po śmierci Kościuka postawiłem nawet taki zarzut. Skontaktowali się wtedy ze mną policjanci pracujący w tej grupie i wyjaśnili mi, iż jestem w błędzie, gdyż sprawa została wyjaśniona w dużej części na ich ustaleniach, zaś śledztwo zostało przekazane do Olsztyna już po zatrzymaniu Kościuka i ujawnieniu przez niego okoliczności popełnienia tego przestępstwa (tu prok. Olejnik jest w błędzie, Kościuk zaczął zeznawać dopiero w Olsztynie – przyp.. aut.). Nie jest więc do końca prawdą, iż przełomem było przekazanie sprawy do Olsztyna.

Prawdą jest natomiast , iż do dnia mojego wypadku policjanci zajmujący się tą sprawą wielokrotnie podczas kolejnych spotkań zapewniali mnie, iż Krzysztof Olewnik żyje i utrzymuje kontakty z  niektórymi członkami rodziny. W mojej ocenie jest to jeden z podstawowych dylematów w tej sprawie wymagających bezwzględnego wyjaśnienia, czy był to błąd, pomyłka, czy też celowe wpuszczenie śledztwa w ślepy zaułek. Jeżeli szukamy przyczyn tak licznych błędów to może jest to zagadnienie  podstawowe.

Fragmenty rozdziału "Olejnik odpowiada" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.

(1) komentarzy / skomentuj

Bezmyślna propaganda sukcesu, czyli jak wojsko posługuje się mediami. 20-06-2009 09:12

(8) komentarzy / skomentuj

Plan "Ściganego". Oczekiwanie. 19-06-2009 14:16



(0) komentarzy / skomentuj

Plan "Ściganego". Godz. 8.30. Pierwsza kawa. Prokuratura krajowa. 19-06-2009 09:07



(0) komentarzy / skomentuj

Netzel nowonarodzony 18-06-2009 23:10
Patrzyłem dzisiaj na byłego prezesa Jaromira Netzela i nie poznawałem człowieka. Nowonarodzony. To nie ten facet, który kiedyś (2007 rok) na granicy załamania nerwowego mówił, że ma juz dość, za chwile mogą go zapakować za kratki. Na co odparłem mu, że każdy prezes PZU powinien zakładać krótszą lub dłuższą  odsiadkę, w zamian ma piękny widok z okna swego gabinetu na Warszawę i wysoką odprawę.

(0) komentarzy / skomentuj

Ramazan Kadyrow i jego maszyny 18-06-2009 15:47

Ramzan Kadyrow (ur. 5 października 1976 w Centeroj ), syn Achmada Kadyrowa, bojownik i polityk czeczeński, premier Czeczenii w latach 2006 - 2007, od 2007 jej prezydent.


Dziennikarka rosyjskiej opozycyjnej "Nowej Gaziety" Anna Politkowska twierdziła, że swoim domu w Centeroj (Chosi-Jurt) urządził katownię dla przeciwników ojca. Zarzucała mu także inspirowanie morderstw, udział w strzelaninach i burdach. Za główne źródło dochodów Kadyrowa Politkowska uważała porwania ludzi dla okupu.

Uważa się go za człowieka Putina w Czeczenii. W rosyjskich wyborach prezydenckich w marcu 2004 stał na czele regionalnego sztabu wyborczego. Trzy godziny po zamachu na jego ojca Achmada Kadyrowa został przyjęty przez Putina na Kremlu.

Dzień później (10 maja 2004) został mianowany wicepremierem i faktycznie kierował rządem w Czeczenii - po przejęciu przez Siergieja Abramowa obowiązków prezydenta. 29 grudnia 2004 nadano mu tytuł Bohatera Rosji - najwyższe rosyjskie odznaczenie. W lutym 2006 wybrany przewodniczącym republikańskiego oddziału prokremlowskiej partii Jedna Rosja, najliczniejszej obecnie partii politycznej w Czeczenii i Rosji. Od 4 marca 2006 oficjalnie już jest premierem Czeczenii, aspiruje do stanowiska prezydenta republiki.

Według opinii Centrum Praw Człowieka Memoriał z 2007, rzeczywista sytuacja pod rządami Ramzana Kadyrowa wcale się nie poprawiła, dochodzi nadal do porwań, którymi według działaczy "Memoriału" zajmują się potajemnie bojówki Kadyrowa, oficjalnie funkcjonujące jako Służba Bezpieczeństwa - w szczególności bataliony specjalne "Siewier" i "Wostok". Według opinii "Memoriału" nadal dochodzi w Czeczenii do stosowania tortur, zabójstw politycznych i pogwałceń praw człowieka a ogólną sytuację można określić jako "potworną" - pracownicy centrum twierdzą iż rosyjskie władze federalne nieoficjalnie tolerują te praktyki.

Krytycy związani ze środowiskiem politycznym Kadyrowa, oceniający działalność Centrum Praw Człowieka Memoriał twierdzą, iż batalion specnazu GRU nie jest "bojówką Kadyrowa", gdyż nie podlega on Kadyrowowi w żaden sposób i jest z nim skłócony oraz zaprzeczają, że jednostka wojsk wewnętrznych MSW - FR "Siewier" jest Służbą Bezpieczeństwa. Zwolennicy Kadyrowa twierdzą także, że liczby porwań dokonywanych zarówno przez siły republikańskie oraz federalne, jak też separatystów corocznie spada.

15 lutego 2007 Ramzan Kadyrow po podaniu się do dymisji przez Ału Ałchanowa został mianowany pełniącym obowiązki prezydenta Czeczenii. Zaprzysiężono go oficjalnie 5 kwietnia 2007.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ramzan_Kadyrow

(0) komentarzy / skomentuj

Wątek ukraiński w sprawie Olewnika 17-06-2009 12:22
Czy ukraiński biznesmen zajmujący się w Polsce m.in. handlem stalą zlecił  Wojciechowi Franiewskiemu porwanie Krzysztofa Olewnika?  To jedna z hipotez brana od jakiegoś czasu pod uwagę. Nie była ona gruntownie zbadana przez poprzednie ekipy śledcze. Wątek ukraiński i związany z nim handel stalą praktycznie nie istniał w śledztwie.

Ukraiński biznesmen to partner handlowy firmy Jacka Krupińskiego i Krzysztofa Olewnika „Krup-stal”.  Płocka firma miała się nie rozliczyć z ukraińskim przedsiębiorcą.

Przesłuchany w charakterze świadka w dniu 6 lipca 2005 roku ukraiński biznesmen zeznał, że współpracował z Krupstalem. Płocka firma miał mieć najlepszą ofertę na dostawę 50 ton stali tzw. „czarnej”, tańszej o ok. 15-20% od cen obowiązujących wtedy na rynku. W 2001 roku ukraiński biznesmen skorzystał z tej oferty, ale odebrał tylko 24 ton stali. Okazało się, że faktury, które otrzymał nie były prawdziwe.

Analiza połączeń telefonicznych Wojciecha Franiewskiego wykazała, że wielokrotnie kontaktował się z tamtejszymi numerami telefonicznymi. W okresie porwania wyjeżdżał na Ukrainę.

Ukraiński biznesmen ostatnio postanowił zlikwidować swoje interesy w Polsce, twierdzą znające go osoby. Biznesmen jednak zaprzecza: „Teren pod P. jest da wynajęcia lub ( jak będzie dobry klient ) do sprzedaży, ale to nie jest likwidacja.”

Ukraiński biznesmen jest zirytowany pytaniami o sprawę Krzysztofa Olewnika, grozi złożeniem doniesienia do prokuratury:

„Nie czytam polskich gazet, nie oglądam polskich wiadomości, nie chodzę po barach, knajpach, nocnych klubach, agencjach, nie utrzymuję kontaktów z gangami. uważam iż nie mam obowiązku znać kto jest Franiewski, domyślam się że jest związany z porwaniem, tak? A de facto mi to nie interesuje (…) Nie interesuje mnie polityka, ani głośne sprawy a tym bardziej sprawa Olewnika. Tak byłem przesłuchiwany w tej sprawie, do dnia dzisiejszego nikt za to ani mnie ani moją rodziną nie przeprosił, wolę o tym zapomnieć.”
(0) komentarzy / skomentuj

Śmierć za 300 tysięcy: Janusz Kaczmarek - Kulisy sprawy Olewnika 16-06-2009 16:54
30 października 2005 r. zostałem prokuratorem krajowym. Niebawem przyjąłem w swoim gabinecie rodzinę Olewników. Opowiadają u kogo interweniowali i jak ich kto potraktował. Największy żal mają do Ryszarda Kalisza. Włodzimierz Olewnik mówił o arogancji z jego strony. W pewnym momencie córka wręcz uklękła i chciała całować ministra po rękach, żeby zainteresował się tą sprawą. Wymieniają też innych: ministra Kurczuka,  ministra Sadowskiego oraz w mniejszym stopniu pana prokuratora Olejnika i pana generała Adama Rapackiego. Wręczają mi książkę, którą nazywają księgą hańby, gdzie są kopie pism do różnych instytucji, do różnych ministrów i do różnych posłów. Mówią , że interweniowali u nich, składali te same prośby, ale brak było reakcji.

Ich pełnomocnik pan mecenas Bogdan Borkowski mówił, bym zainteresował sprawą ministra Zbigniewa Ziobro, bowiem prośby rodziny pozostają bez jakiejkolwiek reakcji, a przecież nawet od strony politycznej mógłby pan Ziobro przy okazji tej sprawy pokazać się jako osoba, która dba o skrzywdzonych.

Wydałem polecenie, aby prokuratorzy dokonali analizy akt. Dostałem ją 30 listopada 2005 r.. Z analizy wynikało, że są dwie obowiązujące wersje: o samo-uprowadzeniu i o uprowadzeniu przez zorganizowaną grupę przestępczą. Ale na pierwszym miejscu wciąż samo-uprowadzenie.

Rodzina Olewników wciąż prosi o przekazanie sprawy do Olsztyna, już z konkretnym wskazaniem, żeby sprawę prowadził pan prokurator Jasiński. Tymczasem prokuratorzy z którymi się konsultowałem uważają, że śledztwo dalej powinno być dalej prowadzone w Warszawie, bo nie została wyeliminowana wersja samo-uprowadzenia i w związku z powyższym nie wiadomo „w co gra rodzina”. A jeśli jednak porwania dokonała zorganizowana grupa przestępcza, to przeniesienie tej sprawy poza Warszawę spowolni to śledztwo. W związku z tym podejmują decyzję o pozostawieniu sprawy w Warszawie. Znów odwiedzają mnie Olewnikowie. Są zrozpaczeni, ale wciąż zdeterminowani. Wyglądają, jak ludzie którzy zrozumieli, że znów odbili się od ściany, a teraz tą ściana z ich punktu widzenia jestem ja. Przedstawiają mi informacje o błędach, które popełniono w tym śledztwie, których nie ma w mojej analizie, mówią o funkcjonariuszach policji, którzy ich zdaniem powinni mieć zarzuty, mówią o prokuratorach którzy zafałszowali niektóre dowody.

Wiosną 2006 r. podejmuję decyzję – sprawa trafi do Olsztyna. Obiecuję to Olewnikom. Wysyłam ich do prokuratora Bogdana Święczkowskiego, szefa wydziału przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej. On już wie o mojej decyzji. Biorę za nią wyłączną odpowiedzialność, na aktach wpisuję stosowną adnotację. Święczkowski stwierdza, że w jego mniemaniu nie ma podstaw przekazania sprawy do Olsztyna, ale oczywiście honoruje moją decyzję. Gdyby to od niego zależało, to by takiej decyzji nie podjął. Identyczne zdanie przedstawił rodzinie Olewników. Jednocześnie zaznaczył, że jeżeli oni kiedyś do niego przyjdą, aby przeniósł sprawę jeszcze do innej jednostki, to ich po prostu wyrzuci za drzwi.

Ja Olewników ostrzegam, że przeniesienie sprawy spowoduje w pierwszym okresie jej spowolnienie, bo przez kilka pierwszych miesięcy prokurator będzie się zapoznawał z aktami. Nawet najlepszy prokurator będzie musiał mieć czas, żeby, zweryfikować plan śledztwa, no i rozpocząć całą sprawę od nowa. Odpowiedzieli mniej więcej w tym stylu: co znaczą miesiące wobec tylu lat które minęły w tej sprawie.

Fragmenty rozdziału "Janusz Kaczmarek  - Kulisy sprawy Olewnika" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.

(0) komentarzy / skomentuj

Śmierć za 300 tysięcy: Synuś i Jaco (fragmenty rozdziału) 15-06-2009 21:50
Krzysztof, najmłodszy z dzieci Ewy i Włodzimierza, rocznik 1976, był, jak to często bywa z najmłodszymi dziećmi, maminym synkiem. Matka go rozpieszczała, ojciec wymagał. Wymarzył sobie, że kiedyś to Krzysio przejmie po nim schedę. Ale syn nie wykazywał uzdolnień biznesowych. Ojciec żalił się nawet znajomym, że chłopakowi wciąż w głowie śpiewają skowronki, nie chce się uczyć. Ganił go za to, a wtedy mama skrycie chłopaka pocieszała. Ale Włodzimierz miał też powody do radości. Krzyś od dziecka interesował się rolnictwem. Podobno w wieku siedmiu lat nauczył się jeździć na traktorze. I lubił pracować w gospodarstwie.

Krzysztof najlepiej czuł się w towarzystwie Danusi. Starszej o trzy lata siostrze mógł powierzać swoje dziecięce sekrety, radzić się, żalić. Zawsze trzymała jego stronę, kiedy trzeba pocieszała, albo chwaliła. A kiedy dorósł, nadal traktował Danusię jako powiernicę swoich, teraz już męskich tajemnic. Miał powodzenie u dziewczyn, siostra rosła w dumę,  kiedy koleżanki zachwycały się jego urodą. Często razem chodzili na imprezy. Krzysztof super tańczył. Na zdjęciach z tego okresu zachowały się ujęcia, kiedy tańczyli razem. Krzysztof uśmiechnięty, a Danusia wpatrzona w niego z miłością. Ich relacje tłumaczą, dlaczego po porwaniu to głównie Danuta Olewnik, a nie najstarsza z rodzeństwa Anna, tak walczyła o ratunek dla Krzysia. Chodziła z ojcem do ministrów, czekała na audiencje udzielane łaskawie przez prokuratorów. I tak zostało do dzisiaj. To Danuta z ojcem, a nie jej mama i siostra, występują publicznie, domagają się ukarania winnych zaniedbań.

Od podstawówki Krzysztof przyjaźnił się z Jackiem Krupińskim. Siedzieli w jednej ławce, a po szkole też nierozłączni, grali w piłkę, chodzili do cukierni i podrywali koleżanki. Krzysztof nazywał przyjaciela „Jaco”, a ten rewanżował się ksywką „Synuś” (w znaczeniu: maminsynek).

Mama Jacka była kucharką, ojciec pracował w warsztacie. W latach 80. status społeczny obu rodzin był mniej więcej równy, chociaż Olewnikom powodziło się nieco lepiej, rolnictwo dawało dochody, a szczególnie chów trzody.  Ale później, po otwarciu pierwszej masarni,  finansowo to już była przepaść. Jaco schował się w cieniu Synusia, ale to go nie urażało. Ambitny, planował, że kiedyś też dojdzie do forsy. Skończyli podstawówkę i poszli do szkół zawodowych. Jeszcze nie mieli wtedy parcia na karierę. Zawodówki były skrojone na ich miarę. Trochę krótkowzrocznie zaplanowali sobie przyszłość, bo kiedy po trzech latach szkoły skończyli, upomniało się wojsko. Bardziej z obawy przed kamaszami, niż z pędu do wiedzy, obaj zdecydowali się na dalszą naukę w płockim technikum mechanicznym. Krzysiek od małego miał smykałkę do dłubania w silnikach. Skończył „mechanika”, ale Jacek odpadł. Nie chciało mu się uczyć, a może proza życia wymusiła, że zamiast do szkoły poszedł do roboty.

Rodzicom Krzysztofa, tak przynajmniej dzisiaj twierdzą, przyjaźń syna z młodym Krupińskim nie przypadła do gustu. W tym chłopaku było coś dziwnego, nie ufali mu, obawiali się, że ma zły wpływ na Krzysia. Być może podejrzewali, że o ile ze strony Krzysia intencje były szczere, to Jackiem kierowało wyrachowanie. Ale otwarcie nigdy nie sprzeciwili się tej znajomości, przyjaźń przetrwała. Dzisiaj Jacek Krupiński siedzi w areszcie pod zarzutem udziału w gangu porywaczy. Według prokuratora miał uczestniczył w uprowadzeniu Krzysia. Jacek nie przyznaje się do winy.

W obszernym liście jaki otrzymaliśmy, Jacek z aresztu opowiada o swoim życiu i relacjach z Synusiem. Ujawnia, że on i jego rodzice pracowali u Olewników. Zaczął zarabiać w wieku 14 lat. Malował płoty, mył samochody firmowe. To były marne grosze, ale dla nastolatka z ubogiej rodziny, niewyobrażalne kokosy. Mama zatrudniła się w masarni Olewnika, a tata najął się za stróża nocnego w jednej z firm pana Włodzimierza (Pek-Mont – Olewnik był tam jednym z udziałowców). W tej samej firmie Jacek, już dorosły, dostał pierwszy w życiu etat, był zaopatrzeniowcem. Jego kolegą z pracy był w tamtym czasie Irek Piotrowski, zwany Bokserem, skazany później za udział w porwaniu Krzysia.

„Wszystko, co miałem, zawdzięczałem Krzysztofowi” – pisze Jacek z aresztu. Dzięki tej przyjaźni korzystał z pomocy całej rodziny Olewników. Jeździł z nimi na wakacje, z Krzysiem wypuszczał się za granicę. Danka dała mu pieniądze na prawo jazdy i pożyczyła na kupno pierwszego samochodu w życiu – starego malucha. Zapamiętał wspólne sylwestry w Zakopanem z Krzyśkiem i Danusią. W końcu, jak twierdzi, za radą Krzysia, otworzył własną firmę. Dostarczał materiały budowlane do zakładów Olewnika. Potem wziął się za obrót stalą. Wspomina słowa jakie usłyszał od pana Włodzimierza: Wierzę, że będą z ciebie ludzie”. Kłamie? Chyba nie, bo przecież to sam Olewnik-senior żyrował mu wtedy 100 tys. zł kredytu, jaki wziął na rozwój firmy. A potem nie chciał zwrotu pieniędzy. W zamian jednak zażądał, aby Jacek dopuścił do spółki Krzysia(...)

Jacek i Krzysio chociaż już w roli poważnych biznesmenów, wciąż uchodzili w Sierpcu i Płocku za używających życia wesołków. Krzysiowi wypadało, był przecież kawalerem, ale Jacek, który w 1999 r. ożenił się z Iwoną, dziewczyną z Pruszkowa, jak na młodego męża i tatusia (szybko urodziło się im dziecko) trochę zbyt lekko podchodził do życia. Pasją obu przyjaciół były skutery wodne. Pływali po Wiśle, ścigali się, baraszkowali, cały Płock im zazdrościł. Często towarzyszył im znajomy z Płocka, Krzysztof W. zwany Panelem. Taki lokalny król życia, drogi samochód, złoty sygnet, wokół piękne dziewczyny. Po zaginięciu młodego Olewnika Panel wyprowadził się z Płocka. Podobno zajmuje się teraz handlem samochodami i skuterami wodnymi. Mieszka w okolicach Warszawy. Wspominamy o nim, bo to charakterystyczna postać. Krąg przyjaciół i znajomych Krzysia Olewnika składał się z wielu podobnych osób. Z jednymi ścigał się po Wiśle skuterem wodnym, z innymi imprezował w nocnych lokalach, z niektórymi rywalizował na strzelnicy sportowej. Był dobrym strzelcem, podobnie jak Jacek, ale tylko Krzysio z pasją oddawał się strzelectwu.  Obaj posiadali legalną broń i bezterminowe zezwolenia. Grzegorz Korytowski, lokalny działacz SLD i były wicestarosta z Sierpca, dzisiaj przedstawiany, jako czarny charakter i oskarżany przez Włodzimierza Olewnika o wyłudzanie pieniędzy za rzekomą pomoc w poszukiwaniu syna, a nawet o udział w spisku na jego życie, miał z Krzysztofem wspólne hobby:
- W gruncie rzeczy łączyło nas zamiłowanie do broni, lubiliśmy strzelać. Jestem członkiem klubu sportowego. Krzyś strzelał tak bardziej rekreacyjnie. Pamiętam, że kiedyś jego tato zorganizował grilla na terenie obok zakładów mięsnych w Świerczynku. Miał tam coś w rodzaju strzelnicy, taki kulochwyt. I strzelaliśmy sobie do celu. Był Krzysio, Jacek Krupiński i zięć pana Włodzimierza, Lech Mikołajewski. Pytają panowie, czy to legalna strzelnica. Szczerze mówiąc nie wiem.
Jest mało prawdopodobne, aby strzelnica w Świerczynku była legalna, ale to nie miało większego znaczenia. Na grillach u pana Włodzimierza bywali policjanci i też zabawiali się strzelaniem z ostrej amunicji do kulochwytu. Pozycja Olewnika seniora była niepodważalna. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby dopytywać, czy ma pozwolenie na prowadzenie strzelnicy sportowej.

Żona Jacka, Iwona nie lubiła Krzysia. Prawdopodobnie uważała, że to on wyciąga jej męża z domu, namawia do grzechu. Krzysztof też za nią nie przepadał. Iwona była o Jacka zazdrosna. Do tego stopnia, że kiedy w domu Krzysztofa odbywało się męskie przyjęcie, to ostatnie poprzedzające uprowadzenie, przyjechała wieczorem tylko po to, aby sprawdzić, czy mąż faktycznie tam jest. Nawet nie weszła do środka. Iwona też znalazła się potem na liście podejrzanych. Pochodziła przecież z Pruszkowa, znała osoby powiązane z tamtejszym, słynnym na cały kraj gangiem. Jedna z jej przyjaciółek, Dorota, była dziewczyną gangstera. Jacek kilka razy spotkał się z nią. Brał namiary na gangsterów. Podczas rewizji w domu Iwony i Jacka znaleziono notes z telefonami. Był wśród nich numer do Krzysztofa M., ps. Fragles, byłego antyterrorysty z jednostki na Okęciu, który pod odejściu ze służby przeszedł na drugą stronę, przystał do bandytów. Uważano go za członka gangu Mutantów specjalizującego się w napadach na Tiry i w porwaniach dla okupu. To Mutanci dokonali słynnego porwania syna przedsiębiorcy mięsnego z Wyszkowa. Jacek Krupiński tłumaczy w liście, że pojechał kiedyś z Dorotą nad zalew Zegrzyński. „Mówiła mi, że ma jakiegoś gościa, który może pomóc. Jeździliśmy po przystaniach, szukaliśmy jakiejś łodzi. Dorota dzwoniła gdzieś z mojego telefonu. Później dowiedziałem się, że chodziło o Fraglesa”. O wszystkim, jak pisze, powiadamiał natychmiast rodzinę Olewników. Konsultował z nimi każdy swój wyjazd w sprawie Krzysia.

Małżeństwo Iwony i Jacka nie przetrwało próby czasu. Rozwiedli się. Iwona z dzieckiem wyjechała z Drobina.

Fragmenty rozdziału "Synuś i Jaco" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.

(1) komentarzy / skomentuj

Śmierć za 300 tysięcy (fragmenty wstępu) 14-06-2009 10:44
...O porwaniu syna przedsiębiorcy z Drobina pod Płockiem media donosiły wstrzemięźliwie (..)
Wydawcy telewizyjni i redaktorzy prasowi nie wyczuli w tej historii bluesa. Dziennikarze, którzy chcieli podejmować temat na nowo, słyszeli, że sprawa jest już skonsumowana. O czym tu jeszcze pisać, to już nudne! Dzisiaj to zabrzmi jak anegdota, chociaż mało zabawna, kiedy na kolegium redakcyjnym jednej z gazet reporter zgłaszający chęć opisania porwania Krzysztofa Olewnika, usłyszał od szefa działu, że to temat przechodzony i żeby zajął się czymś ciekawszym. A po latach, kiedy Olewnikowie byli już na ustach całej Polski, ten sam szef działu grzmiał w programie telewizyjnym, że to skandal, iż sprawę tego porwania zlekceważono i nawet media nie dostrzegły jej wagi.

Zainteresowanie wzrosło, kiedy schwytano sprawców i w październiku 2006 r. znaleziono ciało zamordowanego Krzysztofa. Potem przed płockim sądem odbył się proces gangu porywaczy, zapadły wyroki.

Rodzina ofiary wciąż przekonywała, że na ławie oskarżonych nie zasiadają wszyscy winni zbrodni, że ktoś odpowiada za błędy w śledztwie, a ktoś inny mógł porwanie zaplanować i teraz kryje się w cieniu. Olewnikowie opowiadali o bezdusznych politykach, których bezskutecznie błagali o pomoc, sugerowali, że osoby z ważnych gabinetów też w jakiejś mierze uczestniczyły w spisku na życie ich syna i brata. Ich wynurzenia traktowano jednak z dystansem. Przeżyli dramat i teraz wszędzie wietrzą spisek. Opinia publiczna nadal nie wykazywała szczególnego zainteresowania tą historią.

Wszystko zmieniło się, kiedy w płockim areszcie popełnił samobójstwo Sławomir Kościuk, jeden z morderców Krzysztofa. To było już drugie samobójstwo w tej sprawie. Rok wcześniej w areszcie w Olsztynie pozbawił się życia Wojciech Franiewski, uznany przez śledczych za szefa gangu. A do tej listy na początku 2009 r. dołączył trzeci główny sprawca Robert Pazik. Powiesił się w płockim więzieniu. Taka seria działała na wyobraźnię. Spowodowała, że nagle wybuchło niebywałe zainteresowanie Olewnikami i ich tragedią(...)

Nagły wybuch ogólnonarodowej fascynacji sprawą Olewników, to prawdziwy fenomen społeczny. Łzy ojca, drżący głos siostry i ich przejmująca opowieść o walce i bezradności spowodowały, że utożsamiono się z nimi. Ich ból stał się bólem powszechnym. Reakcją na ich płacz był ogólny szloch. Zadawane przez nich pytania  powtarzano jako własne. Dlaczego nie uratowaliście naszego syna i brata? Dlaczego zlekceważyliście nasze prośby? Dlaczego nie chcieliście w porę schwytać bandytów?

Dla wszystkich stało się jasne, że oto w majestacie państwa, pod okiem organów ścigania i  wymiaru sprawiedliwości popełniono straszną zbrodnię. Od chwili porwania upływały godziny, dni i tygodnie, szanse na uratowanie ofiary topniały, a śledczy wciąż brnęli w ślepe zaułki. Czas w tej sprawie miał pierwszorzędne znaczenie. Uciekał nieubłaganie, przelewał się przez palce, wreszcie go zabrakło. Po prawie 22 miesiącach Krzysztofa zamordowano. Po 55 miesiącach znaleziono jego ciało i ujawniono bezpośrednich sprawców. Dzisiaj już wiemy na pewno, że uczyniono bardzo niewiele, aby uratować Krzysztofa. A może, jak twierdzą niektórzy, nie uczyniono nic. Wykonano co prawda setki czynności śledczych, rozpytywano, przesłuchiwano, analizowano i badano ślady w laboratoriach, ale wciąż błądzono we mgle fałszywych tropów, mylnych hipotez i błędnych wersji.

Ta sprawa pozostanie w świadomości Polaków i  będzie przywoływana jako przykład złego funkcjonowania systemu bezpieczeństwa. To tylko jedna śmierć, ale na miarę symbolu. I chociaż bezpośrednich sprawców schwytano i osądzono, to wciąż panować będzie przeświadczenie, że ktoś jeszcze ukrył się w cieniu, uniknął kary.

Do dzisiaj trwają dyskusje, czy w latach 30. XX wieku słynna guwernantka Rita Gorgonowa zabiła córkę swego chlebodawcy, czy też posądzono ją niesłusznie. Dyskusje o winnych śmierci Krzysztofa Olewnika także będą toczone przez dziesiątki następnych lat.

Wymiar sprawiedliwości poniósł już wiele klęsk. Nie wiadomo kto zabił byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żonę. Kto zlecił zabójstwo generała policji Marka Papały. Nie znane są kulisy wielu ciężkich zbrodni, bo w śledztwach popełniano błędy, gubiono dowody, zadeptywano ślady. Śledztwo w sprawie uprowadzenia Olewnika to, według adwokatów rodziny ofiary błąd na błędzie, pomyłka na pomyłce. W tej książce opowiemy o rodzinie Olewników, dla których czas dzieli się na ten szczęśliwy, sprzed porwania Krzysia i ten straszny, po porwaniu. O kulisach zbrodni i jej konsekwencjach. O tajemnicach śledztwa. O ludziach, którzy pomagali, ale i o tych, którzy żerowali na nieszczęściu. O bandytach i o policjantach. O też o błędach popełnionych przez pokrzywdzoną rodzinę i o próbach wykorzystywania tych obolałych swoim nieszczęściem ludzi dla innych celów, a nie tylko w dążeniu do prawdy.

Opowiemy o historii, która już zawsze będzie znana jako sprawa Olewnika.

Fragmenty wstępu do książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.

(2) komentarzy / skomentuj

Wiarygodność świadka 11-06-2009 20:18
Dzień w ogrodzie, na tarasie. Słońce spaliło skórę. Leniwa lektura książki „Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza” Dave Eggersa. Krótki wypad na karuzelę i plac zabaw dla dzieci.

Kilka telefonów w związku z rewelacjami w sprawie śledztwa Papały. Co tu komentować? Wiarygodność głównego świadka Artura Zirajewskiego pseudonim „Iwan” (tak jak i innych osób: Mazura, Sasina, Kurnika, Raźniaka, Słowika, Bogudzkiego, Wierzbickiego - wszyscy są siebie równi w łgarstwach) warta jest funta kłaków to jedno, ale gorszy jest sposób zdobywania dowodów w tej sprawie metodą sztukowania. Na fastrygę. Lepieniem z zeznań kolejnych przestępców chcących coś ugrać dogodnym dla wizji śledczych zeznaniem. Za kilkanaście dni mija 11 lat od śmierci generała Marka Papały. Nie było i nie ma woli u nikogo by sprawę wreszcie ruszyć do spodu.

(0) komentarzy / skomentuj

Tydzień z Hłaską 09-06-2009 17:09
Janusz Dorosiewicz zaprosił mnie na inaugurację „Tygodnia z Hłaską”, w związku z 40 rocznicą śmierci Marka Hłaski. Organizuje je wraz z organizacją „MłodaRP”. Pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się rocznicą Hłaski, gdyby nie młodzi ludzie ze stowarzyszeni Młoda RP i Dorosiewicz. Czyżby Hałasko miał racje, że zawsze wszyscy są od niego odwróceni?

(1) komentarzy / skomentuj

Długi sen (Cynamonowa, godz.8.45) 09-06-2009 09:38

(2) komentarzy / skomentuj

Regowy komentarz wyborczy (Z albumu Piotra Krakowskiego - Pankracy Sessions) 07-06-2009 22:56

(1) komentarzy / skomentuj

Wybory 07-06-2009 21:20
"Nikt, z wyjątkiem wyborców, nie lubi kłamców" (Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza, Dave Eggers)
(0) komentarzy / skomentuj

Blokersi 06-06-2009 21:11
Przez dwa minione dni w samochodzie słuchałem soundtracka „Blokersów”.  Osiem lat minęło. Wspomnienia. Słucham kilku tekstów Eldo i Peji. Peja genialnie opisał życie na ulicy młodego człowieka, „żołnierza, który jest najniżej układu pokarmowego.” DJ Volt mówi: „Moi rodzice boją się mojej muzyki. Dałem im kiedyś swoją płytę. Przychodzę po roku, a ona nadal leżała nierozfoliowania.” Słuchając „Jestem Bogiem” Paktofoniki nadal mam uczucie jakiegoś drżenia niepokoju w sobie. Choćby dla skojarzenia Leszka Możdżera z Grammatik (Każdy ma chwile) warto było zrobić ten album. Filmu od lat nie oglądałem. Tak jak w przypadku innych nie wiem, kiedy, jeśli w ogóle go obejrzę.

Patrzę na „Rolling Stones w Bacon Theatre” Martina Scorsese. Kieliszek czerwonego wina szybko się spocił. Aby nalać kolejną porcję musiałem go wymienić na nowy.



Patrzę na „Rolling Stones w Bacon Theatre” Martina Scorsese. Kieliszek czerwonego wina szybko się spocił. Aby nalać kolejną porcję musiałem go wymienić na nowy.

Potem „I’am not fhere” (reż. Todd Haynes), nieudany filmowy hołd dla Boba Dylana, który bez muzyki Dylana byłby całkowicie niestrawny. Po godzinie wyłączam. Zaczynam oglądać dokument Larsa Von Triera „Pięć nieczystych zagrań”.

Być może wkrótce uda mi się rozpocząć zdjęcia do kolejnego dokumentu, którego bohaterem będzie artysta i jego muzyka. O tym filmie myślałem już od kilku lat. Kiedyś z Piotrem Metzem w czasie jednej z kolacji obiecaliśmy sobie, że go zrobimy. Ostatnio Michał Leśniewski zadzwonił, że są nieznane amatorskie filmy, kręcone przez członków zespołu. Trzy godziny. Nikt ich jeszcze nie widział.
(1) komentarzy / skomentuj

Rywinowe emocje 06-06-2009 09:51
Lew Rywin, i jego sprawa wywołuje emocje wśród prawników.

- Zadzwonił do mnie (adwokat) z pytaniem, czy to prawda, że bronię Rywina?  - mówi mi warszawski prawnik z dużym stażem w zawodzie. - Nigdy dotąd nikt nie dzwonił z pytaniem, czy kogoś bronię, czy nie.

Ostatnie medialne doniesienia o rezygnacji reprezentujących dotąd pełnomocników Lwa Rywina, tylko podgrzały atmosferę w środowisku. Media podają to jako sensacyjną rezygnację obrońców z podtekstem, że nie chcą już bronić tego „aferzystę Rywina”. Skłaniają do tego niejasne wypowiedzi byłych pełnomocników producenta filmowego. Dlaczego prawnicy nie oświadczą wprost, iż ich sytuacja prawna w tej sprawie  wyłącza ich z obrony Lwa Rywina? Sami będą musieli się tłumaczyć przed prokuraturą.

Ta sprawa to nie tylko Lew Rywin, ale jak widać staje się drugą aferą Rywina. Nie ważne, że rola w tej sprawie Rywina nie jest najważniejsza.
(0) komentarzy / skomentuj

Na szczęście bez wyroku 05-06-2009 09:25
Dorota Jarecka w Gazecie Wyborczej pisze o uniewinniającym wyroku dla Doroty Nieznalskiej:

"W tym procesie chodziło o prawo jednostki do wolnej ekspresji, wyrażania poglądów, do bycia innym niż większość. Prawo bycia obywatelem, człowiekiem, artystą, które jednostce gwarantuje konstytucja. Przez akt oskarżenia artystki zostało ono podważone. Wyrok w sprawie Doroty Nieznalskiej to prawo jednostce zwraca."
(1) komentarzy / skomentuj

4 czerwca 04-06-2009 22:53
W czytelni IPN-u spotykam Jurka, Kamilianina. Witamy się serdecznie. Nie widzieliśmy się już szmat czasu. Jurek lustruje od trzech lat swój zakon, chce to zrobić dokładnie, do spodu. To niewielki zakon, ale i tu znalazły się osoby współpracujące z SB.

- Co z nimi zrobicie?
- A co możemy zrobić? Porcję zupy im zmniejszyć?

Opowiada, że nawet oni w archiwum nie mieli tak dobrze zdokumentowanej wizyty prowincjała zakonu, jak to SB uczyniła. Spisali wiele kazań, które wydawało się, że bezpowrotnie przepadły.
(5) komentarzy / skomentuj

To nie mania prześladowcza to fakt 04-06-2009 09:30
Kownacki usłyszy zarzut ujawnienia raportu ABW? – podaje radio RMF FM.

„Jak się okazuje ABW przedstawiła posłom multimedialną prezentację, podobną do tej słynnej dotyczącej 40 piętra hotelu Marriott: Przygotowano według mnie prezentację solidną i sporo wysiłku włożono, żeby ustalić, kto był autorem lub źródłem tego przecieku - powiedział poseł Janusz Zemke.
Według informacji naszego reportera funkcjonariusze rozpracowywali Piotra Kownackiego angażując spore środki operacyjne. Szczegółowo sprawdzono billingi telefonów, informacje o logowaniu się do przekaźników platform komórkowych, tzw. BTS-ów. Przestudiowano także charakterystyczne błędy poszczególnych egzemplarzy raportu.”


Funkcjonariusze ABW rozpracowując sprawę przecieku nie musieli angażować „sporych środków operacyjnych”.  Po prostu szczegółowo sprawdzono billingi telefonów, informacje o logowaniu się do przekaźników platform komórkowych, tzw. BTS-ów nie tylko Piotra Kownackiego ale i dziennikarzy „Dziennika”.  Wykorzystano tylko program komputerowy. To dzięki porównaniu wykresów przemieszczania się telefonów stwierdzono co do sekundy kiedy i kto przebywał w jednym miejscu. Wkrótce po spotkaniu ministra z dziennikarzami, strony z raportu trafiły na portal internetowy.

Gdyby minister lub dziennikarze nie mieli przy sobie telefonów, najlepiej gdyby krążyły po mieście, z innymi osobami, nie byłoby tej poszlaki.

To dobra naucza dla nas, świata mediów. Należy już nie traktować jako mani prześladowczej - wyciąganie baterii z telefonów, nie branie w ogóle ze sobą telefonów na spotkania z ważnymi informatorami. Świat Orwella stał się faktem.
(4) komentarzy / skomentuj

Faszyzm w wydaniu lewicowym 02-06-2009 15:50


Po kilku dniach miękkiego resetu: kroplówek, środków przeciwbólowych, wizyt w szpitalach, rezygnacji ostatecznie z pobytu w nim, powoli dochodzę do siebie. Miękki reset od tych bzdur wokoło, zwanym światem społeczno-politycznym serwowanym przez media.

Wchodzenie w rzeczywistość zacząłem od lektury akt w IPN, który to wczoraj symbolicznie chciał spalić SLD. Akurat tej formacji się nie dziwię, że pałają chęcią zniszczenia tej instytucja. Media sprowadziły to do niegroźnego happeningu, ale rację ma Krzysztof Skiba, który twierdzi, że: "Takie akcje kojarzą mi się z faszyzmem w wydaniu lewicowym"

(3) komentarzy / skomentuj

Niedzielne popołudnie 31-05-2009 21:57

(3) komentarzy / skomentuj

Kroplówka 30-05-2009 21:41

(0) komentarzy / skomentuj

Tylko tyle z mojego życia? 29-05-2009 23:23
Starszy mężczyzna wchodzi do czytelni IPN-u. Siada z towarzyszącą mu osobą z tej instytucji. Rozkłada „Teczkę nadzoru” , w górnym prawym rogu napis ARESZT. W teczce dwadzieścia, trzydzieści kart, nie więcej. Mija niespełna minuta.
- Tylko tyle z mojego życia? – wyrzuca z siebie z goryczą.
Rezygnuje z czytania teczki. Wychodzi.

(1) komentarzy / skomentuj

Nie przypominam sobie 28-05-2009 10:23
Tym razem zmiana, prokurator Robert Skawiński przed sejmową komisją śledczą do sprawy Olewnika mniej razy odpowiada „Nie pamiętam” niż prokurator Leszek Wawrzyniak, za to preferuje odpowiedź „Nie przypominam sobie.”

(0) komentarzy / skomentuj

Nie pamiętam 27-05-2009 21:40
„Nie pamiętam” - tak bezustannie odpowiadał w czasie przesłuchania przed sejmową komisją śledczą do sprawy Krzysztofa Olewnika prokurator Leszek Wawrzyniak. W ogóle to on był wówczas mało doświadczonym prokuratorem by prowadzić taką sprawę. Czemu w takim razie nie miał odwagi odstąpić od prowadzenia sprawy uzasadniając brakiem kompetencji, tego już nie wyjaśnił? Okazało się także, że on właściwie to kibicował policji, a nie ja nadzorował.

(0) komentarzy / skomentuj

Nielegalne działania operacyjne policji? 23-05-2009 20:14
- Małgorzata Wierchowicz zawsze miała nietypowe metody pracy śledczej, więc czemu nie miała się zgodzić na to by upić winem  Maciej Dudę. Bo upić go miała właśnie winem, Duda podobno jest miłośnikiem wina. Wierchowicz uważała, że Duda ze względu na swoją budowę i sposób wysławiania musi mieć problemy z nadużywaniem alkoholu.
- Bez żartów, tak stwierdziła?
- Tak.
- Z fizjonomii wyczytała? Barwy głosu? Zrobiła jego portret psychologiczny?
- Oczywiście Wierchowicz dzisiaj zaprzecza, że miała przeprowadzić działania operacyjne wobec Dudy przy pomocy wina.  Zaznaczyła jednak, że nie wyklucza, iż zasugerowano jej sprawdzenie bilingów dziennikarza. W czasie spotkań piła tylko kawę, herbatę, wodę mineralną. A Duda zamiast wina pił piwo i niestety nie upijał się, bo zaledwie kończył na dwóch szklankach.
- Czyli jednak nie nadużywa alkoholu.
- Wierchowicz nie raz spotykała się z Dudą, i nie tylko jak mówi teraz na protokół, by poznać jego źródła informacji. Wiadomo, że ekipa Papały dba o dobry pijar i z niektórymi dziennikarzami stara się dobrze żyć. Opisał pan sam sprawę pewnego przecieku w swojej książce („Zabić Papałę”). Wierchowicz prawie odniosła sukces, mówiła, że raz była bardzo blisko, bo Duda podał pewien szczegół ze śledztwa w sprawie Papały i wykonał przy niej telefon by potwierdzić tę informacje. Rozmowa trwała krótko i Duda ją potwierdził. Nie zakładał, że stanie się obiektem inwigilacji. Co jak co ale Wierchowicz nie miała przy nim zawsze zasznurowanych ust w sprawie śledztwa. Jednak po tym spotkaniu zażądała w trybie operacyjnym bilingów Dudy by ustalić z kim się kontaktował. Operacyjnym, czyli bez zgody prokuratury. Należy mieć świadomość, że ekipa „Generał” ma specjalny status i przymyka się oko na formalne sprawy. Doprowadziło to niektórych do demoralizacji, lekceważenia zasad pracy operacyjnej. Rozmówcą dziennikarza była nieznana kobieta z Trójmiasta. Raz ten telefon logował się w trzech przekaźnikach, w Popowni i w okolicach ministerstwa sprawiedliwości. Ostatecznie nie udało jej się ustalić czyj był to numer. Choć raczej w to wątpię.

- A co robiła Małgorzata Wierchowicz na spotkaniach u Ziobry?
- Polubili się, a minister wiedział, że szefowa grupy „Generał” czasami może wyświadczyć jakąś usługę, przy tym to skarbnica wiedzy o wielu osobach w Polsce. Wierchowicz oczywiście twierdzi, że na spotkania zapraszała ją prokuratura, a nie Ziobro.  Ma problem jednak z pamięcią Kowalskiej, która potwierdziła, że często się spotykali. Ziobro dzwonił do niej albo kazał żeby Wierchowicz zadzwoniła albo  przyjechała. Dlatego uważała, że prawdopodobna była sytuacja, w której Ziobro wydawał jakieś polecenie Wierchowicz. Obecnie się od niego dystansuje. Powiedziała, że jeżeli ktoś był podsłuchiwany to był ktoś nielubiany przez ówczesne kierownictwo resortu.
- Tak powiedziała?
- Tak
- Bardzo szczera wypowiedź.
- Czy był to jedyny dziennikarz wobec którego Małgorzata Wierchowicz podejmowała działania operacyjne?
- Wiem jeszcze o jednym przypadku, poza Dudą, sprawdzania operacyjnego dziennikarza.
- Na czyje zlecenie? W ramach jakiej tajnej policyjnej operacji? Kto je akceptował?
- Proszę nie żartować, większość rzeczy działo się na gębę. Wierchowicz powinna z każdego spotkania sporządzić notatkę, przedstawić ją przełożonym.
-  Czy chce pan powiedzieć, że dokonywano nielegalnych działań operacyjnych?
- Tak to wygląda.
- I co na to komendant główny policji, szef MSWiA?
- Proszę ich zapytać.
(6) komentarzy / skomentuj

Maciej Duda: Byłem inwigilowany 22-05-2009 22:38
Czasami jest tak, że konkurujący dziennikarze piszą o sobie nawzajem. Najczęściej niestety źle. Ale zdarza się też i tak, że ujawniają niegodziwości jakie spotkały ich kolegów z rywalizujących redakcji. Tak stało się w moim przypadku.

Piątkowa "Gazeta Wyborcza" ujawniła, co złego mnie spotkało trzy lata temu, gdy pracowałem jeszcze w "Rzeczpospolitej". "Trzeba skończyć z przeciekami w Warszawie" - miał powiedzieć Zbigniew Ziobro Januszowi Kaczmarkowi.

Na jego polecenie Małgorzata Wierchowicz z policyjnej grupy "Generał" (zajmującej się śledztwem w sprawie Papały) kilka razy spotkała się z ówczesnym dziennikarzem "Rz" Maciejem Dudą, współautorem irytujących ministra sprawiedliwości artykułów. Policjantka miała ustalić, kto może być informatorem Dudy. Wierchowicz przed prokuratorem potwierdziła, że tak było. "Możliwe, że zasugerowano mi sprawdzenie billingów, natomiast zaprzeczam, by było polecenie wyciągnięcia informacji przy alkoholu. Przyznaję, że nie raz spotykałam się z Dudą. Celem tego było ustalenie, kto jest jego informatorem. Raz byłam bardzo blisko, bo Duda podał pewien szczegół ze śledztwa w sprawie Papały i wykonał telefon, by potwierdzić tę informację. Rozmowa trwała blisko pół minuty. Po tym spotkaniu zażądałam w trybie operacyjnym billingów Dudy, by ustalić, z kim się kontaktował" - czytamy w "GW.

Jestem wstrząśnięty tą historią. I mimo, że niektórzy mi to zarzucą, to zaręczam, że daleki jestem od lansu i martyrologii. Nic nie poradzę na to, że mnie po prostu najzwyczajniej w świecie nielegalnie inwigilowano.

Policjantka nie miała prawa sprawdzać kto jest moim informatorem i w trybie operacyjnym czytać i analizować bilingów mojej służbowej komórki. Kto jest moim informatorem mogła ewentualnie weryfikować tylko prokuratura, która tropiła przecieki ze śledztw. Ale nie policjantka, której zadaniem było ustalenie - kto i na czyje zlecenie zabił generała Marka Papałę.

Śledztwo w sprawie inwigilacji dziennikarzy na zlecenie byłego ministra sprawiedliwości toczy się prokuraturze w Zielonej Górze. Komisja śledcza w sprawie nacisków zapowiada, że już nie długo zajmie się także przypadkami nielegalnych działań wobec dziennikarzy. I bardzo chce wierzyć w zapewnienia obecnego szefa prokuratury krajowej Edwarda Zalewskiego.

W rozmowie z DZIENNIKIEM prokurator zapewnił: "Uważam, że jeszcze w tym roku powinno zakończyć się większość śledztw, dotyczących bezpośrednio lub pośrednio zagadnień, którymi również zajmuje się Sejmowa Komisja Śledcza ds. tzw. nacisków. Uważam, że powinniśmy poczekać na decyzje prokuratorów, które zostaną podjęte w konkretnych śledztwach. One odpowiedzą na pytania, pojawiające się w mediach".

Maciej Duda, Dziennik.pl
http://www.dziennik.pl/polityka/kuluary/article385450/Bylem_inwigilowany.html
(2) komentarzy / skomentuj

Internautów bardziej porusza sprawa Kataryny niż orędzie prezydenta 22-05-2009 13:07
Przy pierwszej kawie obejrzałem orędzie prezydenta. W między czasie zajrzałem na portale internetowe. A tam czytam „Utracona cześć Kataryny” Cezarego Michalskiego. Piszę do Kataryny, otrzymuję od razu odpowiedź. Dopiero później zaglądam na jej bloga i czytam inne strony. Robię drugą kawę. Znajduję artykuł Sylwi Czubkowskiej i Roberta Zielińskiego – „Wiemy kim jest kataryna” (Dziennik).  Wypijam maślankę, swoje śniadanie. Minister finansów Jan Vincent Rostowski przemawia z mównicy sejmowej, a posłowie patrzą na zegarki, stają się coraz bardziej niecierpliwi – o tej porze to oni zawsze wyjeżdżają do domu, a on gada i gada. Przy tym kto z nich rozumie co oznacza „pół procenta wzrostu PKB” (PKB = produkcja globalna kraju - zużycie pośrednie = suma wartości dodanej ze wszystkich gałęzi gospodarki narodowej.). Więc siedzą na sali, ale w dłoniach rozgrzewają się telefony, krążą sms-y. A wracając do Kataryny, ma duży problem, bo znając media wie, że teraz prześwietlona zostanie jej fundacja. A to nigdy nie jest miłe. A jeśli minister sprawiedliwości Andrzej Czuma jest pamiętliwy, zainteresują się fundacją służby kontrolne państwa. Trzecia kawa. Sprawa Kataryny to wyznaczanie granic anonimowości w internecie, granic wolności słowa. Blog Kataryny w obecnym kształcie nie będzie już możliwy, anonimowość dawała jej gwarancje „nietykalności”, utraciła je dzisiaj. Racje ma Piotr Zaremba (Dziennik) pisząc: "Z drugiej strony wszakże, skoro Polska jest krajem dość ułomnej i pacyfikowanej przez sędziów wolności słowa, taka anonimowość może być dla kogoś błogosławieństwem.”  Szkoda, że jej blog nie będzie już taki sam…

(2) komentarzy / skomentuj

Albo została u ministra, albo zagubiła się po drodze z korespondencją 21-05-2009 09:31
"Bożek (34 lata, wcześniej ABW) opowiadał, jak owo pismo (prośbę o zgodę na rozpowszechnianie informacji ze śledztwa) w specjalnej walizce zaniósł do sekretariatu Ziobry. I otym, że „nie zalicza się do osób, które znają się na sprzęcie komputerowym”, trudno mu więc rozróżnić płytę CD od DVD. Wniosek szefa CBA do Ziobry (z płytą) na upublicznienie nagrań dotyczących Sawickiej nie był uzasadniany dobrem śledztwa, ale „obroną dobrego imienia Biura”. I kilka dni –według zeznań Engelkinga – przeleżał „na stoliczku w gabinecie ministra”.

Ziobro dał zgodę. A Engelking telefonicznie przekazał ją Ernestowi Bejdzie – zastępcy Kamińskiego. I ufa, że Bejda powiedział o tym Kamińskiemu. Z kolei dołączona do wniosku płytka CD (albo DVD) z nagraniami Sawickiej – przyznał Engelking – zaginęła.
„Albo została u ministra, albo zagubiła się po drodze z korespondencją”(…)
Czy ktoś pytał prowadzących śledztwo przeciwko Sawickiej o zgodę na pokazanie dowodów ze śledztwa? Engelking przyznaje, że pomysł ich „rozpowszechnienia” narodził się kilka dni wcześniej w CBA. Nie mówi nawet, żeby ktoś pytał prokuratorów. Bo po co pytać? Engelking uważa, że zgodę mógł wydać każdy ich przełożony do prokuratora generalnego włącznie. Jak w baśni braci Grimm „Stoliczku, nakryj się” – chcesz, to masz."
Bogdan Wróblewski -Stoliczku, nakryj się",Gazeta Wyborcza
(0) komentarzy / skomentuj

Tematu nie ma 20-05-2009 11:52
Kilka dni temu „Dzeinnik” opublikował wyznania Pauliny Młynarskiej, które powinny wstrząsnąć światem mediów, a zwłaszcza branżą filmową. Stało się tak jak było do przewidzenia. Zmilczano, zmarginalizowano słowa Młynarskiej.  Tematu nie ma.

"Zostałam brutalnie wykorzystana, wręcz mentalnie zgwałcona" - tak Paulina Młynarska wspomina współpracę z Andrzejem Wajdą przy kręceniu "Kroniki Wypadków Miłosnych". Członek ekipy miał podać jej alkohol i relanium. Po co? Bo jako 15-latka wstydziła się grać rozbierane sceny.
Młynarska twierdzi, że 24 lata temu, zmuszono ją do rozebrania się przed kamerą, choć tego nie chciała. W wywiadzie dla "Twojego Stylu" stwierdziła, że Wajda "nawet nie poprosił o te sceny osobiście".
"Nasłał na mnie drugą reżyser" - mówiła w wywiadzie prezenterka. Młynarska używając formy "druga", zasugerowała, że naciskała na nią Krystyna Grochowicz, czyli jedyna kobieta wśród reżyserskiej ekipy kręcącej "Kronikę Wypadków Miłosnych".
W rozmowie z DZIENNIKIEM, Młynarska dokładnie opowiedziała to zdarzenie. "Słyszałam jak mówili, że przez takie <nikt> jak ja, przepadnie dzieło wielkiego artysty. Dla 15-latki to było wielkie obciążenie psychiczne. Musieli widzieć, że jestem roztrzęsiona. Jeden z członków ekipy, wszedł do mnie do przyczepy, postawił na stole piwo i podał mi pastylkę, najprawdopodobniej relanium. Jedyny słowa jakie usłyszałam to <life is brutal>" - powiedziała DZIENNIKOWI.
"Nie wiem czy Andrzej Wajda wiedział o tym zdarzeniu. Nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałam. Jednak jestem pewna jednego - tego dnia zostałam brutalnie wykorzystana, wręcz mentalnie zgwałcona. To wydarzenie wywarło negatywny wpływ na całe moje późniejsze życie" - powiedziała Młynarska DZIENNIKOWI.
Niestety, nie udało nam się skontaktować z Krystyną Grochowicz. Andrzej Wajda nie chciał komentować tej sprawy.
Marcin Zieliński”
(0) komentarzy / skomentuj

W Polsce plagiatowanie to rzecz normalna 20-05-2009 10:34
"Laureatka Nagrody Pulitzera i dziennikarka prestiżowego amerykańskiego dziennika "The New York Timesa" Maureen Dowd przyznała się do plagiatu. Najciekawsze w całej sprawie jest źródło, z jakiego korzystała. Skąd ściągała dziennikarka? Od jednego z autorów popularnego liberalnego bloga Talking Points Memo." (TVN24.pl)

U nas jest nie lepiej. Dziennikarze czerpią wiedzę z blogów i przypisują ją sobie. Rzadko zacytują źródło.
(0) komentarzy / skomentuj

Czy prokurator Zalewski nadal bezmyślnie podpisuje decyzje? 19-05-2009 21:36
-Nie wiedziałem dlaczego podpisuje ten dokument i co się z a nim kryje – mówi w magazynie 24 godziny Bogdanowi Rymanowskiemu prokurator krajowy Bogdan Zalewski.

Wyznanie to szokuje w ustach tak znaczącej postaci. Prokuratorowi Zalewskiemu wystarczy podać dokument i podpisuje, nie wynika w powód, motywy, bezmyślnie akceptuje to, że na przykład ktoś będzie zmuszony do przesłuchana przez służbę bezpieczeństwa.  Czy należy rozumieć, że teraz także automatycznie, bezmyślnie, podejmuje decyzję o wnioskach o podsłuchach, inwigilacji, wszczęciu śledztw?

(0) komentarzy / skomentuj

Naiwnością można nazwać wiarę w to, że coś się zmieni. Kittel i Jabrzyk zrobili jeden z ważniejszych reportaży śledczych jaki się od miesięcy ukazał w telewizji. 19-05-2009 00:20


Jak wytłumaczyć cel wizyty oficerów ABW u Aleksandra Śniega? – pytają Bertold Kittel i Jarosław Jabrzyk w reportażu (wyemitowanym w Superwizjerze TVN) poświęconym prokuratorowi krajowemu Edwardowi Zalewskiemu. Jak? Niezmiennością metod działania wymiaru sprawiedliwości, prokuratorów, ministrów i służb. Chyba, że chodziło o pilne sprawdzenie faktów dotyczących prokuratora krajowego. Wtedy działanie ABW zrozumiałe. Dzieje się tak na całym świecie. Ale jeśli tak, to dlaczego nie ma reakcji i nadal pełni on swoją funkcję?  Nie przeszłość Edwarda Zalewskiego jest problemem ale jego kłamstwa i uniki. Należy mieć świadomość roli prokuratora krajowego w systemie wymiaru sprawiedliwości w Polsce.

Bertold Kittel i Jarosław Jabrzyk zrobili jeden z ważniejszych reportaży śledczych jaki się od miesięcy ukazał w telewizji.

(2) komentarzy / skomentuj

Coming out 16-05-2009 21:50

(0) komentarzy / skomentuj

Gra w durnia? 16-05-2009 10:50


Gra w durnia. W młodości czasami się w nią bawiło lub grało w karty. Zadaniem było udawać, że nic się nie wie, nie pamięta, nie poznaje. Kto najlepiej umiał zaprzeczać, grać durnia, wygrywał. Wczoraj niestety minister sprawiedliwości w programie TVN24 przypomniał mi o tej grze. „- Kto to jest Kataryna? – pytał.- To imię, czy nazwisko? Pseudonim? O, bardzo ładny. A może to tylko maszyna, nie człowiek?” Oczywiście, przychodząc do studia nie zaczerpnął wiedzy, w jakiej sprawie ma się wypowiadać, nie rozmawiał wcześniej ze swoim synem…?

Mam nadzieję, że ministra sprawiedliwości Andrzeja Czume nie dopadnie mania prześladowcza (tak jak niektórych jego poprzedników) i nie zacznie używać wymiaru sprawiedliwości do ścigania, szukania haków na wyimaginowanych wrogów swojej osoby i zajmowanego stanowiska. Z pracy w sejmowej śledczej komisji do spraw nacisków dobrze wie, jak usłużni potrafią być niektórzy prokuratorzy, policjanci, czy funkcjonariusze służb.

(1) komentarzy / skomentuj

Swoich to my niechętnie ścigamy... 16-05-2009 10:17
Wczoraj w Radiu TOK FM prof. Stępień mówił wzburzony: – Nie trzeba wielkich ustaleń, by sprawdzić, czy to jest podpis tego prokuratora. Dlaczego więc osoba odpowiedzialna za fałszerstwo jeszcze nie siedzi?

Jerzy Stępień podkreślił, że w razie potwierdzenia fałszerstwa będzie to największy skandal w historii wymiaru sprawiedliwości po 1989 r.
Co więc warszawska prokuratura w tej sprawie zrobiła? Po zeznaniu Krawczyka wystąpiła do Katowic o nadesłanie oryginałów akt Blidy. Jednak akta dotarły do Warszawy dopiero 13 maja – dzień po ujawnieniu zeznań Krawczyka przez „Gazetę”(…)

Rzecznik warszawskiej prokuratury Mateusz Martyniuk zarzut opieszałości uznaje za nie sprawiedliwy.
– To przecież nasze działania do prowadziły do ujawnienia wątku sfałszowania postanowienia. Ale by to wy jaśnić, musieliśmy uzyskać oryginalne dokumenty – tłumaczył nam wczoraj Martyniuk.
Dlaczego trwało to aż 16 dni? Ustaliliśmy, że Katowice dostały prośbę o akta dopiero 5 maja. A do
Warszawy wysłano je dzień po naszej publikacji.
– Musieliśmy je przygotować do transportu, osiem dni to normalny termin – powiedziała nam Marta Zawada- Dybek, rzecznik prokuratury katowickiej.
W przyszłym tygodniu warszawscy śledczy planują kolejne przesłuchanie Krawczyka. – Wątek fałszerstwa zostanie przez nas starannie wyjaśniony – zapewnia prok. Martyniuk. Nie chce jednak zdradzić, czy prokuratorzy powołali już biegłego grafologa.

Gazeta Wyborcza, Skandal w prokuraturze, ale prokuratura ma czas
(1) komentarzy / skomentuj

Koniec anonimowości? 15-05-2009 15:00
Paweł Wroński (Czuma kontra Kataryna. Nie ma plucia bez ognia):
W tej sprawie Krzysztof Czuma i pośrednio Andrzej Czuma kompromitują się z imienia i nazwiska, z otwartą przyłbicą. Blogerka "Kataryna" pozostaje anonimowa, a jej anonimowość jest chroniona przez administratorów Salonu24, którzy przy tej okazji twierdzą, że w ten sposób bronią wolności słowa. W Polsce sfera internetu niestety w dużej części stała się przystanią dla osób sfrustrowanych, pracowników partyjnych biur poselskich sterujących dyskusjami i specjalistów od czarnego PR. Dzięki nowej technologii mogą pluć bezkarnie, bo dawnymi czasy za pisanie świństw na murach mogli przynajmniej dostać w tyłek od dozorcy. Jeśli szef Salonu24 Igor Janke uważa, że prawo do opluwania stoi wyżej od godności osobistą ludzi opluwanych to jego sprawa.

Azrael (Czumowie vs mit kataryny):
W internecie od dawna trwa dyskusja na temat anonimowości blogerów i ich odpowiedzialności za słowo. Kataryna broni swojej niezależności i anonimowości twardo i skutecznie, od lat. Z dobrym skutkiem. Jednak pisanie komentarzy politycznych i tropienie nieprawidłowości władzy wymaga nie tylko sprawnego pióra, odwagi przed klawiaturą, ale również odwagi, jeżeli zachodzi taka konieczność, w życiu realnym, może właśnie przed sądem. Kataryna zbudowała, przy pomocy internautów, ale także dziennikarzy, mit całkowicie niezależnej, bezstronnej, nieuwikłanej w żadne zależności z polityką i mediami komentatorki. To, ponoć, pozwala jej być całkowicie niezależną i bezkompromisową. Nie ukrywam – nie wierzę w ten mit.

Kataryna ma prawo do obrony swojej niezależności i anonimowości. Jednak opinie, które sformułowała powyżej, że jej strach przed stanięciem przed demokratycznymi instytucjami prawa, wynika z niewiary w ich niezależność, i dlatego będzie broniła swojej niezależności – jest dla mnie mocno naciągany. Nie powinno dla blogera, który jest przecież również obywatelem niczego bardziej kuszącego, niż to, że udowadnia się politykowi, funkcjonariuszowi państwa, że kłamie i manipuluje, dla swoich prywatnych celów. Miałaby za sobą cały polski internet, również mnie, jak i większość dziennikarzy i obywateli. Wsparcie dla niej, obywatelskie, i zwyczajne, ludzkie, byłoby ogromne. Kataryna jednak wyklucza taką możliwość stanięcia przed sądem.
Pytanie, na które może odpowiedzieć tylko kataryna – dlaczego? Przytoczone powyżej jej opinie do mnie nie trafiają, a jeżeli są rzeczywiście prawdziwe – oznaczają, że nie potrafi wziąć na siebie odpowiedzialności za to, co pisze. Powstrzymam się, jeszcze, przed sformułowaniem ostrzejszym.
A może kataryno, boisz się ujawnienia czegoś, co mit o Twojej niezależności obali?

http://wyborcza.pl/1,75968,6611591,Czuma_kontra_Kataryna__Nie_ma_plucia_bez_ognia.html

http://azraelkubacki.blog.onet.pl/
(1) komentarzy / skomentuj

Na marginesie skandalicznej sprawy Kataryny. Czarna lista Czumy? Czy niechęć ministra sprawiedliwości do mediów spowoduje przyzwolenie dla ich inwigilacji? 15-05-2009 00:48
W dniu 24 lutego 2009 roku zapytałem sekretariat ministra sprawiedliwości  Andrzeja Czumy:

Sent: Tuesday, February 24, 2009 10:52 AM
Subject: zapytanie... Wróciła czarna lista dziennikarzy w ministerstwie sprawiedliwości?

Wysoki urzędnik ministerstwa sprawiedliwości wyjaśnił mi, dlaczego nie mogę liczyć na wypowiedź ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy: Skoro realizuję film „Ścigany” z Piotrem Pytlakowskim, a Pytlakowski jest dziennikarzem Polityki, a wiadomo, że to „Polityka” piórem Cezarego Łazarkiewicza (też go znam) rozpoczęła nagonkę na ministra Czumę… Na co ja, że nie chodzi mi tylko o „Ściganego”… Nie ważne, słyszę, przecież pan też tam pisuje…
Czy wróciły dawne czasu rządów Zbigniewa Ziobry w ministerstwie sprawiedliwości, który wprowadził w ministerstwie czarną listę dziennikarzy? Czy lista Andrzeja Czumy jest dłuższa?
Czy to jest prawda?

Sylwester Latkowski

Otrzymałem odpowiedź:

Szanowny Panie Redaktorze,
W Ministerstwie Sprawiedliwości nie ma listy, o której Pan wspomina w swoim e-mail-u.
Z poważaniem
Maciej Kujawski
Wydział Informacji

No to poprosiłem:

To w takim razie, czy minister Andrzej Czuma zgodzi sie na spotkanie i rejestrację rozmowy dotyczącą tematów:
- sprawy Janusza Lazarowicza?
- sprawy Krzysztofa Olewnika,
i odpowiedzi na pytanie, czy według niego mafia w Polsce istnieje? Jak sobie z nią radzimy?
z poważaniem,
Sylwester Latkowski

Tym razem nie było żadnej odpowiedzi. Za konkretne pytania, czy jednak czarna lista dziennikarzy?

P.S.
Łukasz Warzecha: Drugi powód jest taki, że w rozpoczętej właśnie wojnie o większą kontrolę nad sędziami, biorę stronę rządu i ministra. Tak się składa, że na ten właśnie między innymi temat chciałem z Andrzejem Czumą przeprowadzić wywiad. W tym celu skontaktowałem się z panią Joanną Dębek z wydziału prasowego MS, która zapewniła mnie, że minister wywiadów udziela i z pewnością chętnie wyjaśni swoją politykę czytelnikom „Faktu”. Przesłałem więc mejlem zagadnienia, które miały znaleźć się w wywiadzie, po czym wczoraj otrzymałem następującą mejlową odpowiedź: „Szanowny Panie Redaktorze, z przykrością informuję, że w najbliższym czasie Minister Andrzej Czuma nie znajdzie czasu, aby z Panem się spotkać i udzielić wywiadu”. Może to oczywiście znaczyć tylko tyle, że pan minister będzie w „najbliższym czasie” niezmiernie zajęty, na przykład udzielanie już wcześniej umówionych wywiadów. Na ile jednak znam relacje dziennikarsko-polityczne, odpowiedź tę należy interpretować jako „pocałujcie nas razem ze swoimi czytelnikami w nos”.
Wystosowałem zatem do pani Dębek kolejnego mejla z następującym pytaniem: „Czy mam rozumieć, że to wyróżnienie spotyka personalnie tylko mnie, moją gazetę jako tytuł czy też może pan minister po prostu nagle zaprzestał udzielania wywiadów?”. Na razie czekam na odpowiedź, która, mam nadzieję, niebawem nadejdzie. Gdyby zaś miało się złożyć tak, że minister Czuma znajdzie jednak w swym niezwykle zapchanym kalendarzu czas dla pół miliona czytelników „Faktu”, nie wyobrażam sobie, abym mógł go nie spytać o „sprawę Kataryny”.

http://lukaszwarzecha.salon24.pl/105457,kataryna-vs-czumowie-dwaj
(3) komentarzy / skomentuj

Kłopot z nazwiskiem 14-05-2009 22:25
Poseł Marek Biernacki ma problem, oto trzecie miejsce na liście kandydatów do Parlamentu Europejskiego Platformy Obywatelskiej w województwie Pomorskim zajmuje Marek Biernacki. Czytając na Money.pl i innych portalach,  klikając na to nazwisko wychodzi strona poświęcona Markowi Biernackiemi, obecnego posła PO.  Sytuacja zaczyna być kłopotliwa dla Biernackiego, wczoraj wydał oświadczenie: „W związku ze zbieżnością imienia i nazwiska kandydata do Parlamentu Europejskiego, oświadczam, że nie kandyduję w wyborach do Parlamentu Europejskiego.” A więc kto się podszywa pod posła Biernackiego? I czy nie mamy tutaj do czynienia z próbą wykorzystania zbieżności imiona i nazwiska by pociągnąć listę oraz osobę zajmującą pozycję nr 3? Szkoda, że poseł Marek Biernacki nie podaje w oświadczeniu kim jest ten drugi Biernacki, czyżby też nie wiedział? I co się wydarzy, jeśli ten drugi Marek Biernacki zapragnie także startować w przyszłych wyborach do Sejmu? Będzie dwóch Marków Biernackich na liście PO?

(1) komentarzy / skomentuj

Zatrzymanie pod publikę 14-05-2009 20:38
W Dzienniku komentarz Mateusza Borka „CBA zepsuło transmisję finału”:

„Po meczu nasz reporter Marcin Feddek chciał wejść do szatni zawodników zwycięskiego Śląska Wrocław. Trwała transmisja, zamierzaliśmy pokazać radość zawodników, lejącego się szampana, wypowiedzi na gorąco, niezwykłe emocje. Coś co w sporcie jest najpiękniejsze (…)
Przed wejściem zatrzymało nas jednak trzech smutnych dżentelmenów, twierdząc stanowczo, że nigdzie nie wejdziemy. „Pan nas źle zrozumiał, my nie jesteśmy ochroniarzami obiektu, reprezentujemy Centralne Biuro Antykorupcyjne i właśnie na terenie stadionu prowadzimy czynności operacyjne” – usłyszeliśmy. Do swojej szatni nie mogli też wejść zawodnicy, którzy zostali trochę dłużej na murawie stadionu, bo udzielali wywiadów(…)
A najbardziej groteskowe jest to, że za kilkadziesiąt godzin ci piłkarze wyjdą z prokuratury i pewnie zagrają w innych spotkaniach. My jako podatnicy zapłaciliśmy za delegację panów z CBA, którzy jechali po Jacka B. z Wrocławia do Wodzisławia, choć on przecież gra w Śląsku i mieszka kilka przecznic od prokuratury. Naprawdę mocno zastanawiam się, czy w tym wszystkim chodzi o prawdziwą walkę z korupcją, czy propagandę sukcesu i skuteczności działania pewnych organów

http://www.dziennik.pl/sport/article379762/CBA_zepsulo_transmisje_finalu.html
(1) komentarzy / skomentuj

Nadużycie słowne Jareckiej, czyli głupota Nieznalskiej jest zaraźliwa 13-05-2009 19:20
„Dziś kolejna rozprawa Doroty Nieznalskiej. Proces trwa siedem lat i porównywano go już z procesem Gorgonowej. Czy Nieznalska to „rytualna ofiara” młodej demokracji?” - pisze w Gazecie Wyborczej Dorota Jarecka. Krótko można by odpowiedzieć Jareckiej, by przygotowywała się do tego co pisze. Widać, że nie ma pojęcia czego dotyczył proces Gorgonowej, o co w nim chodziło? Chyba Jarecka nie kwestionuje autorstwa „Pasji” Nieznalskiej? Ale dobrze brzmi porównanie sprawy Nieznalskiej do Gorgonowej. Nieznalska ma też być „rytualną ofiarą” młodej demokracji! Nieźle. Dorota Nieznalska jest po prostu ofiarą swojej głupoty, bezmyślnej prowokacji. Kiedy zrobiło sie już głośno o sprawie, szukano na siłę wytłumaczenia ukrzyżowania penisa na krzyżu. Pomagano Nieznalskiej szukać argumentów, sama ich nie posiadała by w wystarczającym stopniu uzasadnić swojej pracy. Wiedzą o tym osoby z najbliższego otoczenia Nieznalskiej, więc zejdźmy z wysokiego „C”.

Odrębną sprawą jest fakt ścigania karnego Doroty Nieznalskiej. Do tego nigdy nie powinno dojść. Skazanie Nieznalskiej świadczyłoby tylko o tym, że w Polsce obowiązują te same standarty co w republice islamskiej.

(3) komentarzy / skomentuj

Komu wierzy prokuratura? 12-05-2009 21:12


Chociaż od ujawnienia przez „Politykę” miejsca (RPA) w którym ukrywa się ścigany europejskim nakazem aresztowania Janusz Lazarowicz, minęło już ponad pół roku, prokuratura nadal nie wystąpiła o jego ekstradycję. Lazarowicz, były prezes XIV NFI i bankowiec związany z Reiffeisen Bank Polska, jest podejrzany o podżeganie do zabójstwa gracza giełdowego Piotra Głowali. Zarzut zlecenia zabójstwa postawiono Januszowi G., ps. Graf – znajomemu Lazarowicza. Głowala, według prokuratury, został zamordowany ponieważ w imieniu byłego prezesa PZU Życie Grzegorza Wieczerzaka domagał się od Lazarowicza spłaty rzekomego długu jaki ten miał mieć wobec Wieczerzaka. Lazarowicz podczas odbytej w RPA rozmowy z reporterami „Polityki” oświadczył, że jest niewinny, z zabójstwem Głowali nie ma nic wspólnego. Ukrywa się w RPA, bowiem chociaż jest pewien, że proces sądowy oczyścił by go całkowicie, obawia się aresztowania i długotrwałego pobytu za kratami bez wyroku. Jego zdaniem prokuratura w tej sprawie błądzi, bo przyjmuje za dobrą monetę zeznania niewiarygodnych świadków. Kilkakrotnie za pośrednictwem swoich adwokatów zwracał się do prokuratorów, aby przesłuchali go w RPA, ale odzewu nie było.

Według informacji do jakich dotarliśmy ostatnio prokuratura ma z tą sprawą poważny problem. Jeden z najważniejszych świadków (nadano mu status koronnego), Andrzej L, ps. Rygus, zniknął bez śladu. To on najpierw w 2007 r. przyznał się do udziału w porwaniu Piotra Głowali, a po jakimś czasie i po licznych przesłuchaniach przypomniał sobie, że stało się to na zlecenia Janusza G. i Janusza Lazarowicza. Wiarygodność tego świadka od początku była wątpliwa, o czym prokuraturę informowali m. in. policjanci. Sąd początkowo nie poparł wniosku prokuratury o nadanie mu statusu świadka koronnego, zgodę wyraził w drugim podejściu. Teraz okazało się, że Rygus, któremu w zamian za zeznania zapewniono bezkarność, nie zaprzestał przestępczej działalności w zorganizowanej grupie zbrojnej. Kiedy jego czyny wyszły na jaw, uciekł. Z naszych informacji wynika, że zamierza rozpisać za nim list gończy. A to oznacza, że utraci swój status, a zeznania jakimi obciążył innych prokurator będzie mógł schować na dnie swojej szafy, bo nie mają już żadnej wartości. Prawdopodobnie to właśnie kłopoty z Andrzejem L., ps. Rygus są powodem dla którego prokuratura zaprzestała starań o schwytanie poszukiwanego Janusza Lazarowicza. Cała ta sprawa pachnie kolejną kompromitacją polskich organów ścigania. (Polityka nr 20/2009)

(0) komentarzy / skomentuj

To święto stało się tyle warte co pupa Kylie Minogue 12-05-2009 00:19


Byłem jednym z tych małych żuczków, który w 1989 roku współtworzył to, co 4 czerwca ma być świętowane. Współorganizowałem pierwszy Komitet Obywatelski w ówczesnym województwie elbląskim, powstał on nie w Elblągu a w gminie Ryjewo.  Wspierałem tamte wybory i dzisiaj patrząc na to co się dzieje ogarnia mnie zażenowanie. Politycy dla swoich celów wszystko zeszmacą.

Mój znajomy z Trójmiasta opowiedział mi o kilku historiach jakie działy i dzieją się w związku z organizacją kilku imprez okolicznościowych, jakie mają się odbyć na dwudziestolecie. Tam nie chodzi o nic innego niż o własny interes. Wstydu nie mają!

To święto stało się tyle warte co pupa  Kylie Minogue. Przyznam, że mniej mnie irytuje wizja  płonących opon podpalanych przez stoczniowców niż perfumy i różowa sukienka Kylie Minogue, fakt, że zwycięstwo nad komunizmem uświetnić ma pupa już starzejącej się gwiazdki. To jest prawdziwy skandal świadczący o niekompetencji, braku wrażliwości organizatorów, nie mających świadomości tego, czym jest rocznica 4 czerwca. To nie jest Pierwszy Maja!

(4) komentarzy / skomentuj

Wolność od nauki, talentu, od pracy, od wszystkiego… 11-05-2009 11:41


Poranna kawa. Maciej łączy się ze mną skypem. Jeszcze nie wyszedł na uczelnię. Wstał lewą nogą. Podobnie jak ja dzisiaj. Najchętniej nie wychodziłbym dzisiaj z domu.
- Hipokryci – mówi. -Wolność… Wolność od nauki, talentu, od pracy, od wszystkiego… Im jesteś głupszy, tym lepiej.

(0) komentarzy / skomentuj

Sauna 11-05-2009 02:06
Po raz kolejny patrzę na kilkadziesiąt minut „Ściganego”. Jeszcze niedawno miałem wątpliwości, czy film jest w stanie powstać. Zapędzam się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Mija druga w nocy. Teraz trzeba wyjść z tego wszystkiego. Zrzucić z siebie. Wychodzę z Avida i wchodzę do sauny. Najlepiej wypocić to z siebie i wreszcie usnąć.

(0) komentarzy / skomentuj

Bez komentarza 11-05-2009 00:57
Rodziny osób, które zginęły z rąk komunistów, dostaną od państwa 50 tys. zł odszkodowania. Ale nie wszyscy. Bliscy Ryszarda Siwca, Stanisława Pyjasa czy ks. Jerzego Popiełuszki na pieniądze nie mają co liczyć, bo ustawa dotyczy tylko ofiar wystąpień zbiorowych, a nie indywidualnych.

http://www.dziennik.pl/polityka/article376795/Rodzina_ks_Popieluszki_bez_odszkodowania.html
(0) komentarzy / skomentuj

Tak to maluje Marianka 10-05-2009 22:06
Mój syn (7 lat) wybrał się do Galerii Zachęta. Patrząc na jedną z prac, stwierdził:
- Tak to maluje Marianka (Moja 3-letnia córka)

(1) komentarzy / skomentuj

Łańcuch poszlak, a nie twarde dowody 08-05-2009 16:11
Decyzja płockiego Sądu Okręgowego sprzed kilku dni, odmawiająca przedłużenia aresztu Jackowi Krupińskiemu została uchylona przez Sąd Apelacyjny w Warszawie. Na rozprawie poza mną, Piotrem Pytlakowskim (Polityka) i Bogdanem Wróblewskim (Gazeta Wyborcza) nie było nikogo z mediów. Był to ważny wyrok dla Krupińskiego, bo raczej mało prawdopodobne jest by Sąd Okręgowy w Płocku następnym razem nie uwzględnił wniosku prokuratury. Warto było wysłuchać uzasadnienia sędziego Krzysztofa Karpińskiego, z którego wynika, że wbrew temu co pisały media nie ma twardych dowodów na byłego wspólnika i przyjaciela Krzysztofa Olewnika. Postępowanie prowadzone przez prokuraturę w Gdańsku dostarczyło tylko kolejnych poszlak.


Ustne uzasadnienie sędziego Sądu Apelacyjnego w Warszawie Krzysztofa Karpińskiego:

Materiał dowodowy uprawdopodabnia w stopniu wymaganym popełnienie przez Jacka Krupińskiego zarzucanych mu czynów(…) Zdaniem Sądu Apelacyjnego dowody zebrane w tej sprawie uprawniają do ustalenia, że prawdopodobieństwo takie istnieje. Stanowisko Sądu Okręgowego w Płocku  jest nie do zaakceptowania brak konsekwencji czytając uzasadnienie jego postanowienia, z jednej strony podnosi uprawdopodobnienie popełnionych przez Jacka Krupińskiego czynów, podnosi też, że mógł on prowadzić grę na dwa fronty, ale nie wyciąga z tego właściwych wniosków.

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na zeznania świadków, z których wynika, że w dniu 27 października 2001 roku przed domem Krzysztofa Olewnika o godzinie 6 rano stał samochód BMW Cabrio użytkowany przez Jacka Krupińskiego oraz, że ok. 7.30 podejrzany przejechał tym samochodem do oddalonej o ok. 10 km stacji benzynowej. Jednocześnie należy zwrócić uwagę na zeznania Włodzimierza Olewnika, który stwierdził, że tego dnia w godzinach porannych o godz 7.30 zadzwonił do Jacka Krupińskiego z pytaniem, czy nie wie co się dzieje, bo syn nie odbiera telefonu. Podejrzany odpowiedział, że nie wie i że zaraz pojedzie go obudzić. Z powyższego wynika jednoznacznie, że Jacek Krupiński niemal bezpośrednio po przedmiotowym uprowadzeniu znajdował się na jego miejscu i ukrył to przed Włodzimierzem Olewnikiem. Kiedy usłyszeliśmy od obrońców, że nie miał nic do ukrycia, to dlaczego jednak ukrywał pewne zdarzenia przed rodziną Włodzimierza Olewnika. Oczywiście na to należy odpowiedzieć w śledztwie.

Przedstawione okoliczności zostały przez Sąd Okręgowy w Płocku dostrzeżone jednak interpretacja tego przez Sąd nie może świadczyć, o tym, że Krupiński nie wrócił od razu do domu po nocnej impresji u Krzysztofa Olewnika pozostaje w sprzeczności z materiałem dowodowym. Z materiału tego wynika bowiem, że podejrzany został odwieziony po tej imprezie do domu oraz że na imprezę przyjechał nie samochodem BMW Cabrio lecz innym samochodem BMW o  numerach WP 03033, tym, który w nocy został wykorzystany przez sprawców a następnie spalony. Wykorzystanie przez sprawców samochodu BMW, o podanym przeze mnie numerze, pozostało całkowicie poza sferą rozważań Sadu Okręgowego, że samochód ten miał bardzo skomplikowany system zabezpieczeń przed nieuprawnionym uruchomieniem, znał go oprócz Włodzimierza Olewniaka, Krzysztof Olewnik oraz Jacek Krupiński i jego żona. Kiedy podjeżdżający przed dom samochód sprawców wpadł do rowu, bo taka sytuacja miała miejsce, i zaistniała konieczność wyciągnięcia go za pomocą innego pojazdu, przed domem obok tego samochodu BMW stał także samochód Chrysler posiadający standardowe funkcje antynapadowe należący do Włodzimierza Olewniaka. Skoro Wojciech Franiewski, członek grupy, która uprowadziła Krzysztofa Olewnika, wybrał samochód BMW i bez problemu go uruchomił, uprawniony wydaje się wniosek, że informacje w tym zakresie mógł otrzymać czy też otrzymał od Jacka Krupińskiego. Należy podzielić podzielić ocenę prokuratora o nierealności wersji, by informacje te uzyskano u Krzysztofa Olewnika, który w tym czasie jeszcze był w swoim domu. Sprawcy musieliby wyprowadzić go z domu i zastosować w tym celu przymus. Więc znacznie prostsze w tym celu byłoby wykorzystanie samochodu marki Chrysler. Zwrócić w tym miejscu też trzeba uwagę na istotny, także pominięty przez Sad Okręgowy fakt, że w domu Krzysztofa Olewnika znaleziono i zabezpieczono zakrwawiony dowód rejestracyjny samochodu BMW WP 03033, o tym nie słyszeliśmy z ust obrońców. Znaleziono i zabezpieczono zakrwawiony dowód należący do Jacka Krupińskiego.

Sąd Okręgowy nie rozważył także szeregu innych okoliczności istotnych dla oceny stopnia prawdopodobieństwa popełnienia przez Jacka Krupińskiego zarzucanych mu czynów. Poza sferą rozważań Sądu Okręgowego pozostały okoliczności logowania telefonu Krzysztofa Olewnika w okresie po jego uprowadzeniu, a w szczególności fakt uzyskania i korzystania z duplikatu karty SIM tegoż telefonu przez Jacka Krupińskiego. Dowody uzyskane w czasie przeszukania mieszkania Jacka Krupińskiego, zwłaszcza notatnik z roku 2001, którego zapisy wskazują na bieżące kontakty podejrzanego z porywaczami były utrzymywane bez wiedzy rodziny Włodzimierza Olewnika. Tutaj słyszeliśmy, że nie miał nic do ukrycia. Dowody wskazujące na przekazywanie sprawcom uprowadzenia przez Jacka Krupińskiego informacji dotyczących planowanych działań rodziny Krzysztofa Olewnika z istoty rzeczy mające pozostać w tajemnicy przed porywaczami, tutaj wskazują na to zeznania Lecha Mikołajewskiego i Włodzimierza Olewnika. Wszystkie wskazane wyżej okoliczności tworzą wraz z pozostałymi dowodami zebranymi w tej sprawie, na razie łańcuch poszlak stanowiący podstawę do przyjęcia, ze istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia przez Jacka Krupińskiego czynów, w tej sytuacji Sąd Apelacyjny uznał, ze została spełniona ta główna przesłanka stosowania tymczasowego aresztowania. W dalszym ciągu aktualne pozostają także tzw. przesłanki ogólne do zastosowania środka zapobiegawczego. Rodzaj zarzucanych Jackowi Krupińskiemu przestępstw oraz okoliczności ich popełnienia uzasadniają przekonanie o grożącej mu karze, co stwarza realną obawę, że aby uniknąć odpowiedzialności karnej podejmowałby działania utrudniające posterowanie(…) Przy tej okazji powiem, że przecież postępowanie przygotowawcze nadal trwa i przy tym natłoku czynności trudno zarzucić organom ścigania, przynajmniej na tym etapie opieszałość. W tej sytuacji w celu zabezpieczenia prawidłowego toku śledztwa jest stosowanie według Sądu Apelacyjnego izolacyjnego środka zabezpieczającego.
(0) komentarzy / skomentuj

Pobudka z Kinem ( Teleranek, Roxy FM) 06-05-2009 12:54

(1) komentarzy / skomentuj

Na chwilę muszę odpocząć od realizmu 05-05-2009 21:52
Piotr przywiózł z wydawnictwa skład książki, która ma pójść do druku. Ostatnia możliwość naniesienia poprawek.  Przerwałem montaż „Ściganego”, w 30 minucie filmu,  by sczytać książkę.  Dawkuję sobie ją jednak. Czas mam do piątku, więc wracam do „Ściganego”. I potem znowu w tekst książki. Tak na przemian.

Wieczorem chwila rozmowy z Maciejem na skype. Lampka wina. Siedział przy swoim nowym, dębowym biurku. Tak mała przyjemność jaką sobie sprawił.

-  Zacząłem malować abstrakcyjny obraz, na chwilę muszę odpocząć od realizmu – rzuca.

(0) komentarzy / skomentuj

Dobry dzień dla studia foto "Pałac" 03-05-2009 21:42









Niedziela. Kilkaset kilometrów za Warszawą. Przez pół godziny z nudów jeżdżę samochodem po  mieście.  Dzisiaj żyje ono uroczystością Pierwszej Komunii Świętej. Białe stroje chłopców i dziewcząt, czarne garnitury ojców, chrzestnych, wujków, czerwone spódnice ciotek, specjalnie uszyte garsonki. By móc wyprawić przyjęcie komunijne lokal rezerwuje się z miesięcznym wyprzedzeniem. To dobry dzień dla zakładu fotograficznego „Pałac”. Co piętnaście minut nowy klient.

(1) komentarzy / skomentuj

Majówka 30-04-2009 13:48

(0) komentarzy / skomentuj

Karnowskiemu puszczają nerwy 29-04-2009 22:55
Michał Rachoń, po lekturze jednego z wpisów Jacka Karnowskiego  zamieszczonych na oficjalnej stronie prezydenta Sopotu, stwierdził na swoim blogu , że „Jacek Karnowski pluje jadem”. Czy nie ma racji?

Karnowski pisze:

„Żenada ! Jak podała  internetowa Rzeczpospolita: "Sopocki" PiS chce przeznaczyć na kampanie referendalną w Sopocie ponad 100tys. zł, czyli kilka razy więcej  niż pozwala na to limit finansowy w wyborach na prezydenta Sopotu? Kto chce na tym zarobić? "Sopocki" PiS?  - Aleksandra Jankowska i Michał Rachoń ( kandydatka na prezydenta Sopotu i były rzecznik Janusza Kaczmarka-szefa MSWiA)? Nawet nie mieszkają lub nie są zameldowani w Sopocie?
Zamierzam przeznaczyć na kampanie 10 razy (!!!) mniej niż PiS. Pewnie władze PiS po artykule - w mającej wyjątkowy udział w propagowaniu taśmy Julkego - Rzeczpospolitej znajdą te pieniądze dla pana Rachonia? (…)
Kto to jest Michał Rachoń ? gdzie mieszka? chciałem go powołać na świadka w sądzie, ale nikt nie zna adresu?!?”

Rachoń odpowiada:

„Jacek Karnowski w powyższym tekście znieważa mnie. W zasadzie mógłbym zrobić to samo co on, skierować do sądu prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 Kodeksu Karnego i bujać się dwa lata w sądzie. Ale oczywiście tego nie zrobię, przynajmniej nie tym razem.
Panie Prezydencie. Na swoje szkolenie wizerunkowe przeznaczył Pan 35 tysięcy złotych z pieniędzy podatników. To 35% kwoty, o której pisała Rzeczpospolita. Pisze Pan, że zamierza Pan przeznaczyć na swoją kampanię 10 tysięcy złotych.
Informuję Pana tą drogą, że wydanie przez Pana choćby złotówki będzie złamaniem obowiązującego w Polsce prawa. Jako prezydent odwoływany w drodze referendum nie ma Pan prawa prowadzić jakichkolwiek działań kampanijnych na swoją rzecz. Świetnie Pan o tym wie, bo ustawa stwierdza to wprost.
Na marginesie, dysponuje Pan sprawnym warsztatem PiaRowym w urzędzie. Może proszę poprosić kogoś z pracowników, żeby korygował Pańskie teksty pod względem językowym. To nie wygląda na tekst pisany przez doktora nauk ekonomicznych.
PS. Tak, mieszkam poza Trójmiastem. Między innymi dzięki Pańskiej dzialalności. To Pan osobiście zwalniał mnie z pracy, szantażując swoich biznesowo - politycznych totumfackich i zmuszając ich do rezygnacji ze współpracy ze mną, więc proszę się nie dziwić że szukam dla siebie miejsca poza wpływami Pana i Pańskich kolegów. Do Sopotu wprowadzę się, jak Pana już w nim nie będzie.”

Jacek Karnowski może się nie zgadzać z Michałem Rachoniem, ale oskarżanie go oraz Aleksandry Jankowskiej o to, że „chcieli zarobić na kampanii”, nie mając na to dowodów jest nadużyciem. Cały wpis Jacka Karnowskiego, używając jego słowa jest "żenadą". Rozumiem, że czasami trudno mu wytrzymać napięcia, frustracji, emocji, depresji, wkurzenia, bezradności, ale nie wypada jemu posługiwać się metodami i językiem, który czasami używają jego przeciwnicy. Jeśli prezydent Sopotu ma klasę, powinien przeprosić za swoje słowa. Dla zasady.

PS.
Przy okazji przeczytałem kilka postów Michała Rachonia. Znalazło się też pytanie do mnie. Zazwyczaj nie wdaje się  w dyskusję, ale tym razem, odpowiem.

Wpierw fragmenty bloga Michała Rachonia:

„W dniu, kiedy obecny prezydent Sopotu wiedział już o przedstawionych mu zarzutach z przesłanej do niego korespondencji - spotkał się z Januszem Kaczmarkiem, osobą ciągle niezwykle wpływową w trójmiejskim świecie prokuratorów.
Sam ten fakt utwierdził mnie w przekonaniu, że tak zwana Afera Sopocka jest w istocie rozgrywką dotyczącą tych samych srodowisk, których dotyczyła Mariottowa część Afery Gruntowej. Sławomir Julke nie wiedział z pewnością jaką bombę odpalał naciskają przycisk "rec". Poetycko rzecz ujmując i tu i tu na końcu sznurka jest ten sam kot.
Moje wątpliwości w tej kwestii rozwiało potwierdzenie i uzupełnienie tej informacji, które przyszło z innego - równie anonimowego jak i poprzednie i równie zaufanego źródła. Trzecim rozmówcą w czasie spotkania w Zielonym Dworze był bowiem były szef Centralnego Biura Śledczego KGP Jarosław Marzec.
Zastanawiające z mojego punktu widzenia jest to, że zarówno Janusz Kaczmarek, jak i Jarosław Marzec w rozmowach ze mną w sposób jednoznacznie negatywny wyrażali się o prezydencie miasta Jacku Karnowskim.
Kaczmarek za czasów swojego urzędowania wykreślił ze swojego kalendarza umówione spotkanie z prezydentem Sopotu, wykręcając się ze spotkania wirtualnymi obowiązkami. Drugi z niedawnych rozmówców prezydenta Sopotu w bardzo długiej rozmowie w nocnym pociągu Warszawa - Gdańsk na rok po opuszczeniu MSWiA sugerował mi wręcz swoją głęboką wiedzę na temat układu sopockiego.
Co zatem skłoniło tych trzech panów do spotkania w tak newralgicznym dla Jacka Karnowskiego momencie?
Pytam o tę sprawę publicznie, bo obie osoby, o których mówimy w czasie pełnienia najważniejszych w funkcji w organach ścigania byly przeze mnie informowane o stanie spraw w Sopocie. Wtedy wydawały się mieć ich pełną świadomość.
Pytanie to dedykuję również Sylwestrowi Latkowskiemu, któremu sprawa mariotta jest bliska, a który na swoim blogu rozpatruje sprawę sopocką z punktu widzenia dramatu prezydenta.
PS:  W czasie przerwy na lunch odebrałem ciekawy telefon. Po raz pierwszy od zakończenia współpracy zadzwonił do mnie Janusz Kaczmarek, informując że wpis Dogrywka z mojego bloga wymaga uzupełnienia i korekty.
W spotkaniu Janusza Kaczmarka z Jackiem Karnowskim nie uczestniczył Jarosław Marzec, a spotkanie odbyło się tydzień wcześniej niż napisałem w tekście Dogrywka. Wyjaśniałoby to, dlaczego informacje dotarły do mnie z mniej więcej takim opóźnieniem. Janusz Kaczmarek nie wypierał się spotkania z prezydentem Sopotu, stwierdził jednak że kiedy ten był zatrzymywany, były szef MSWiA był za granicą.”

Panie Michale, zbyt często popada pan w spiskową teorię dziejów. Przy tym nazbyt często pan spogląda na rzeczywistość jakby była czarno biała. Spotkanie Kaczmarka z Karnowskim mogło mieć prozaiczna przyczynę, Sopot to nie jest aż tak duże miasto, panowie mogli rozmawiać o książce, wywiadzie rzece, w której prezydent Sopotu mógłby przedstawić swoją rację. Odpluć to co się do niego przykleiło. Odreagować np. na takich osobach jak pan. Tak samo kiedyś zrobił Janusz Kaczmarek w „Cenie władzy” ( m.in. odreagował na mojej osobie).  Jak się ostatnio dowiedziałem książka Karnowskiego została napisana. Autorami są te same osoby, co publikacji Kaczmarka - Marek Balawajder i Romana Osica. Wydana ma być wkrótce.
(0) komentarzy / skomentuj

Wałesa jest najlepszym skoczkiem 29-04-2009 19:46


Instalacja Grzegorza Klamana, rzeźbiarza związanego z Instytutem Sztuki „Wyspa” mieszczącym się na byłym terenie Stoczni Gdańskiej, zainspirowana warsztatem Wałęsy ma trafić do Muzeum Nobla w Sztokholmie.

– Zadałem sobie proste pytanie: „Gdzie właściwie ten Wałęsa pracował?” – opowiada Klaman Gazecie Wyborczej. –Okazało się, że budynek z jego warsztatem mieści się niedaleko Wyspy. Zapomniany, opuszczony, zawalony narzędziami. Sam metalowy stół do pracy został o metr przycięty, bo komuś do czegoś nie pasował. W pobliżu jest też słynny mur, przez który Wałęsa skakał(…)Instalacja przypomina o tym, że Lech Wałęsa, zanim zrobiło się o nim głośno i nim został prezydentem, był człowiekiem pracy . Ten brutalny, ciężki, robotniczy warsztat wbity w gładką ścianę klasycystycznego pałacyku Muzeum Nobla pokazuje siłę ruchu, jakim była „Solidarność”.

Stołowi towarzyszyć będzie tablica z napisem: „Co mógłby powiedzieć Lech Wałęsa, gdyby tu był?

Instalacja Klamana będzie chyba najpoważniejszą pracą poświęconą Lechowi Wałęsie, jaką wykonał artysta związany z Instytutem Sztuki „Wyspa”.  Kilka lat temu  w czasie realizacji „Nakręconej nocy” natknąłem się na pracę Jacka Niegody (Studiował na Wydziale Rzeźby ASP w Gdańsku w pracowni prof. Grzegorza Klamana) zainspirowaną skokiem Wałęsy, która raczej nie trafi do Muzeum Nobla. Więcej o niej, w dołączonym klipie wideo.  Warto jednak zauważyć, że w Muzeum Nobla potrafią „nie pomnikowo” patrzeć na Lecha Wałęsę, co czasami chce się narzucić w Polsce.

(2) komentarzy / skomentuj

Tequila lekarstwem na świńską grypę 26-04-2009 22:59
- Przyjdzie nam tu umrzeć jak na polu walki. Umrzeć podczas trasy koncertowej - jak przystało na prawdziwego muzyka. Każdy ból brzucha i kichnięcie może być pierwszym objawem choroby. Nie wiadomo, czy to kac, czy już grypa, więc lepiej nie pić tequili. Ale jak wtedy przeżyć tę epidemię? - mówi Michał Czachowski, muzyk z polskiego zespołu Indialucii, który zawitał do Meksyku.

(2) komentarzy / skomentuj

Romkę zaprowadziła do tych starych producentów, do łóżek, żeby mała grała! 25-04-2009 22:14
"Jezus, Maria! Romy Schneider opowiadała mi, że jej matka jako kochanka Goebbelsa była skreślona i nie mogła po wojnie grać w Austrii, to ona Romkę zaprowadziła do tych starych producentów, do łóżek, żeby mała grała! Dwunastoletnią Romkę! I Romy mi to opowiedziała po pijaku, płacząc, że jej życie sentymentalne, uczuciowe zostało zdemolowane w wieku lat dwunastu. To skądinąd nie jest w kinie niezwykłe, przecież co przeżyła Joan Crawford? Matka zrobiła z niej uliczną kurwę." Andrzej Żuławski w rozmowie z Robertem Mazurkiem, Dziennik.

(0) komentarzy / skomentuj

Najlepiej zająć się ogrodnictwem 24-04-2009 21:01
Piotr referuje uwagi i wątpliwości prawników w związku z naszą książką, pewnymi jej fragmentami. Na koniec rozmowy rzucam gorzką refleksję: Najlepiej zająć się ogrodnictwem. Napisać jakiś artykuł o kwiatach doniczkowych. Tak będzie bezpieczniej.
(3) komentarzy / skomentuj

Kto z posłów bierze narkotyki? 22-04-2009 09:56
Wczoraj obruszony poseł Jan Widacki chodził i wymachiwał w Sejmie i przed nim wywiadem Eryka Mystewicza przeprowadzonym przez Michała Karnowskiego, zamieszczonym w Dzienniku (W Polsce skończyła się prawdziwa polityka). Był obruszony.

- Kto w sejmie bierze narkotyki? – zapytał.

Myślałem, że żartuje. Ale on był całkowicie poważny. Podetknął skserowany artykuł z Dziennika, z zakreślonym na żółto fragmentem:
„Nigdy do tej pory nie było tu twardych narkotyków. Był alkohol - jak w każdym środowisku skoszarowanych mężczyzn - natomiast nie było narkotyków” – mówi Eryk Mystewicz. Na co zdumiony Michał Karnowski, pyta: „Teraz są?” Mystewicz odpiera: „Niestety tak.”

Półżartem, pół serio odpowiedziałem, że o narkotykach to ja słyszałem w Kancelarii Prezydenta, był tam urzędnik Artur Piłka, który na własny użytek pochłaniał hurtowe ilości narkotyków, i wymieniłem kilku byłych ludzi z tejże kancelarii, znajomych Piłki, z którymi tenże miał się bawić na imprezach, co skrzętnie zarejestrowała obserwacja CBŚ. Kiedyś wspominałem o tym, że jeden z szefów tejże instytucji myślał o tym, by w toaletach Kancelarii Prezydenta rozrzucić testery narkotykowe. Wątpił on, że tylko Piłka zażywał tam narkotyki.

Widacki jednak nie załapał żartu. Na serio stwierdził:
- Zgłoszę Mystewicza do prokuratury, niech go przesłuchają i powie, kto zażywa w Sejmie z posłów narkotyki. To przestępstwo, będzie musiał powiedzieć.
(1) komentarzy / skomentuj

Ścigany (Wieczerzak): Należy mi się... Dlaczego rok dłużej siedziałem w areszcie 20-04-2009 22:15

(2) komentarzy / skomentuj

O przestępcach, prokuratorach i dentystach 19-04-2009 10:54
Premier Włoch Silvio Berlusconi: "Mój ojciec mówił jedno: jeżeli rodzi się ktoś, komu przyjemność sprawia robienie krzywdy, ma trzy możliwości, może zostać przestępcą, prokuratorem albo dentystą. Dentyści się wyzwolili, bo teraz istnieje znieczulenie".

(1) komentarzy / skomentuj

Impas 18-04-2009 21:32
To nie lenistwo spowodowało, że zmalała ilość wpisów, notatek na blogu. Tak łatwo wpaść w sztuczność i zacząć pisać na siłę. Przy tym coraz bardziej narasta niechęć do prowadzenia dziennika, którą trudno mi przezwyciężać.

Zakończyłem pisanie książki z Piotrem Pytlakowskim. Wchodzę od kilku dni ponownie w montaż „Ściganego”. Najlepszym określeniem dla tego jak przebiega obecnie ten proces jest słowo -  impas. Należy inaczej opowiedzieć historię ludzi, których splotły tamte czasy. Potrzebujemy z Piotrem  kolejnych rozmówców, dni zdjęciowych. Faza montażu filmu to bezlitosna weryfikacja tego co się uzyskało, do czego doszło. Na własne oczy widzisz dziury, mielizny.

Od rana nie byłem  w stanie zasiąść przed monitory, dopiero wieczorem wreszcie się przemogłem. Obejrzałem ponownie pierwszy kwadrans filmu i zacząłem dalej montować.
(1) komentarzy / skomentuj

Świadek debil a prokurator z zanikiem pamięci 15-04-2009 22:30
Mamy świadków koronnych, którzy mają poziom inteligencji określany na poziomie debila, mamy też prokuratorów, którzy publicznie przyznają się, że nie są wystarczająca sprawni intelektualnie i psychicznie, mają zaniki pamięci.

„Komisja śledcza ds. nacisków zdecydowała, że prokuratora Jarosława Dusia przesłucha w późniejszym terminie, w obecności biegłego psychologa. Duś, który był członkiem prokuratorskiego zespołu zajmującego się w 2007 r. przeciekiem z akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa, zeznał przed komisją, że może mieć zaniki pamięci.
Na początku przesłuchania Duś powiedział, że posiada zaświadczenie ZUS stwierdzające 5-procentowy uszczerbek na zdrowiu. Miał go doznać - jak mówił - gdy w prokuraturze spadł z uszkodzonego fotela i uderzył głową w ścianę. Wytłumaczył, że może mieć zaniki pamięci i niektórych spraw nie będzie mógł sobie przypomnieć.
Duś potwierdził, że pełni obecnie funkcję prokuratora i nie jest na zwolnieniu lekarskim.” (PAP, Onet.pl)

Jak widać można zamienić wymiar sprawiedliwości w teatr groteski. Strasznie i śmiesznie. Problemem jednak jest to, że ułomności wymiaru sprawiedliwości dotykają najważniejszych sfer życia ludzi, decydują często o ich  losie lub życiu.
(2) komentarzy / skomentuj

Ostatnia Wieczerza. Świeszewski - Dlaczego maluje? 10-04-2009 10:19

(2) komentarzy / skomentuj

Plan filmu "Ostatnia Wieczerza". Gdańsk, Kościół Św. Jana 08-04-2009 11:13

(0) komentarzy / skomentuj

Ostatnia Wieczerza. Gdańsk.Zdjęcia do 5 nad ranem. 08-04-2009 00:05

















(0) komentarzy / skomentuj

Może zżarły go szczury? 05-04-2009 22:11
Przed jutrzejszym dniem łączę się na skypie z Maciejem Świeszewskim. Maciej przewozi obraz „Ostatnia Wieczerza” do miejsca, gdzie ostatecznie ma być wystawiony, pokazany publiczności. Jego dzieło od ponad dwóch lat leży zwinięte w kościele Św. Jana w Gdańsku. Trwa tam remont.

-Mam stracha jak cholera – mówi Maciej. - Nie wiem, co się stało. Może zżarły go szczury? Uczestniczę w surrealistycznym przedsięwzięciu. Nawet magnez wziąłem dzisiaj.

(1) komentarzy / skomentuj

Intruz 03-04-2009 20:28
Dziwny obyczaj na rozprawach sądowych otwartych dla publiczności, nie utajnionych. Pojawiam się dzisiaj w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Samotnie zasiadam w ławie dla publiczności. Natychmiast reaguje prokurator i żąda by wpisać do protokołu moją obecność. Sąd nie protestuje.

(2) komentarzy / skomentuj

List w obronie dziennikarki skazanej z art. 212 KK 30-03-2009 19:45
Prezydent RP Lech Kaczyński
Prezes Rady Ministrów Donald Tusk
Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochnowski
Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma
Sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka

W obronie dziennikarki skazanej z art. 212 KK

7 października 2007r. Katarzyna Brudnias, była dziennikarka „Super Expressu” została skazana przez Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy, IV Wydział Karny,  na 1 rok pozbawienia wolności (w zawieszeniu na 2 lata) oraz 15 tys. zł. grzywny w procesie wytoczonym jej przez Mariana J.  za czyn z art.212 par. 2 kodeksu karnego.Wyrok został podtrzymany 28 maja 2008r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie, IX Wydział Karny - Odwoławczy.

Obecnie zgodnie z prawem kasację od tego wyroku można wnieść tylko za pośrednictwem ministra sprawiedliwości i Rzecznika Praw Obywatelskich. Minister wniosek dziennikarki odrzucił. Teraz  Katarzyna Brudnias walczy o kasację u Rzecznika.

Przypadek Mariana J.  i jego brata Marcina, Katarzyna Brudnias opisywała w 2003 r. w serii interwencyjnych artykułów na łamach „Super Expressu”. Publikacje te powstały z powodu bezczynności organów ścigania, bezsilnych wobec wieloletniej pedofilskiej aktywności braci J. , o której redakcję informowała między innymi policja. Celem artykułów Katarzyny Brudnias była ochrona dzieci narażonych na niebepieczeństwo ze strony braci J.

Sąd skazał dziennikarkę nie podważając, że w mieszkaniach Mariana i Marcina J. policja kilkakrotnie znajdowała wielkie ilości kaset video i zdjęć z pornografią dziecięcą, a bracia zostali zatrzymani. Policjanci zeznali w Sądzie, że obaj bracia widnieli na pornograficznych zdjęciach z dziećmi, które znajdowały się w mieszkaniach. Sąd nie podważył również faktu, że w oficjalnym komunikacie z 29 kwietnia 2003r. rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji, oświadczył, że obydwu braci zatrzymano w ramach śledztwa dotyczącego produkcji i rozpowszechniania treści pornograficznych z udziałem dzieci. Co do tego, że w mieszkaniu braci J. znaleziono materiały pedofilskie, nie mieli wątpliwości biegli eksperci. Przed Sądem przedstawiono również dowody na to, że nazwiska bracia J.  w przeszłości występowały w innych śledztwach dotyczących rozpowszechniania pornografii dziecięcej. Marcin J.  został w jednej z takich  spraw skazany na 2 lata więzienia.

W uzasadnieniu wyroku Sąd zawarł kuriozalne stwierdzenia, że „z faktu posiadania nagrań o charakterze pornograficznym nie można jeszcze wyprowadzać wniosku, że ich posiadacz jest pedofilem, zboczeńcem, pomaga bratu pedofilowi”.

Sąd stwierdził też, że „nie ustalono żadnej osoby pokrzywdzonej” chociaż na kasetach znalezionych u braci J.  nagrane są drastyczne sceny z udziałem dzieci, niewątpliwie pokrzywdzonych w tej sprawie a molestowane, obecnie osoby dorosłe, z którymi kontaktowali się dziennikarze, stanowczo uważają się za pokrzywdzone. Na nagraniach występuje Marcin J. Nie udało się udowodnić, że za kamerą stoi jego brat, ale dziennikarka miała prawo do stwierdzeń, że co najmniej akceptował on pedofilskie działania i nie próbując im zapobiec przyczynił się do dramatu uwiecznionych na filmach dzieci. 

Zwracamy uwagę, że w obecnie obowiązującym kodeksie karnym (art. 202 par.3) penalizowane jest samo posiadanie w miejscu zamieszkania materiałów pornograficznych o charakterze pedofilskim. Wydając wyrok Sąd wprawdzie musiał oprzeć się o przepisy obowiązujące w 2003r. (kiedy posiadanie wymienionych materiałów nie było karane) jednak powinien wziąć pod uwagę fakt, że nowe prawo powstało właśnie z powodu niewystarczającej ochrony ofiar pedofilii.

Tymczasem Sąd w sentencji wyroku w ogóle nie odniósł się do tego, że  zaostrzono prawo. Stwierdzając, że z faktu posiadania treści pedofilskch „nic jeszcze nie wynika”, Sąd zdaje się polemizować z nowymi zapisami w tym zakresie.

Uważamy, że wyrok Sądu na dziennikarkę jest głęboko niesłuszny, niesprawiedliwy i dowodzi elementarnego braku wrażliwości ze strony osób orzekających w tej sprawie.
Sprawa Katarzyny Brudnias powinna zostać rozpatrzona w drodze kasacji.

Domagamy się przeprowadzenia działań celem ustalenia tożsamości dzieci występujących na pedofilskich nagraniach, tak by mogły wskazać sprawców przestępstwa.
Uważamy że Sąd,  który wydał wyrok, wyjątkowo tendencyjne potraktował dziennikarkę i bezdusznie podszedł do dramatu  ofiar pedofilii.

Stefan Bratkowski (honorowy prezes SDP)
Marek Balawajder (RMF)
Jerzy Bekker (komentator)
Beata Biel (TVN)
Maria Bnińska (PR Media&Realtions)
Andrzej Bober (publicysta)
Jacek Borkowicz („Dziennik”)
Tomasz Butkiewicz (Dziennik)
Jakub Chełmiński (Dziennik)
Wojciech Czuchnowski („Gazeta Wyborcza”)
Roman Daszczyński („Gazeta Wyborcza”)
Zuzanna Dąbrowska  („Dziennik”)
Maciej Duda („Dziennik”)
Piotr Gabryel „Rzeczpospolita”
Dorota Gawryluk („Polsat”)
Mariusz Gierszewski („Radio Zet”)
Cezary Gmyz „Rzeczpospolita”
Artur Grabek „Dziennik”
Piotr Gursztyn „Dziennik”
Jarosław Jabrzyk (TVN)
Janina Jankowska (dziennikarka radiowa)
Aleksandra Karasińska (dziennikarka)
Bertold Kittel (TVN)
Leszek Kraskowski („Dziennik”)
Agnieszka Kublik („Gazeta Wyborcza”)
Tomasz Lachowicz („Gazeta Krakowska”)
Sylwester Latkowski (reżyser)
Maria Leśnikowska ( TVP)
Joanna Lichocka, publicystka;
Łukasz Lipiński („Gazeta Wyborcza”)
Piotr Machajski („Gazeta Wyborcza”)
Anna Marszałek („Dziennik”)
Andrzej Mężyński („Dziennik”)
Paweł Mioduski („Dziennik”)
Bogdan Miś (Studio Opinii)
Anna Monkos („Dziennik”)
Andrzej Nierychło (TV Biznes)
Roman Osica (RMF)
Marcin Pietraszewski („Gazeta Wyborcza”)
Wiesław Podkański (Izba Wydawców Prasy) 
Emilia Przybył („Dziennik”)
Jacek Rakowiecki „Film”
Janusz Rolicki („Fakt”)
Marta Ryczowolska („Dziennik”)
Piotr Semka („Rzeczpospolita”)
Ernest Skalski (publicysta)
Jerzy Sułowski („Gazeta Krakowska”)
Olaf Szewczyk („Dziennik”)
Donat Szyller („Dziennik”)
Dominik Uhlig („Gazeta Wyborcza”)
Mateusz Weber („Dziennik”)
Dominka Wielowieyska („Gazeta Wyborcza”)
Mikołaj Wójcik („Dziennik”)
Wojciech Wybranowski („Rzeczpospolita”
Adam Zadworny („Gazeta Wyborcza”)
Robert Zieliński („Dziennik”)
(3) komentarzy / skomentuj

Kamilianie (film dostępny w sieci) 28-03-2009 22:38

http://www.tvp.pl/filmoteka/serwisy/spoleczenstwo/kamilianie/wideo/film-dokumentalny
(1) komentarzy / skomentuj

Stęchlizna 26-03-2009 13:19
Po lekturze książki Jana Żaryna „Aparat represji wobec księdza Jerzego Popiełuszki” nie rozumiem próby zdyskredytowania tej pracy.  Oczekiwano, że nie wyjdzie stęchlizna tamtych czasów? Kościół jest piękny tylko w swojej fasadzie, w nim są też zwykli ludzie, ze swoimi ułomnościami. Bycie biskupem, księdzem nie oznacza, że nie można też być draniem, miernym człowiekiem.

(1) komentarzy / skomentuj

Trzy dyktafony. Karnowski podejrzewa Julkego, że korzystał ze służbowego dyktafonu CBA 24-03-2009 23:46
Na dzisiejszej konferencji prasowej prezydent Sopotu Jacek Karnowski wspomniał coś o znikającym dyktafonie Sławomira Julkego. Przeszło to bez echa. A może warto jednak zapytać, czy to jest prawda? Karnowski w czasie mojego ostatniego pobytu w Sopocie i nocnego spotkania z nim, dał mi kartkę z tekstem swego autorstwa zatytułowanym „Trzy dyktafony”, wówczas machnąłem ręką. Przyznam, że nie chciało mi się wówczas nawet przeczytać. Rozmowa z nim przypominała rozmowę z kimś, kto dryfuje na skałę, by tam rozbić się doszczętnie. Chwilami irytował niezrozumieniem specyfiki funkcjonowania mediów, pozycją roszczeniową wobec nich. Nie był szczery we wszystkim. I ta nieznośna teoria spiskowa mająca wytłumaczyć wszystko co się z nim dzieje, była nie do zniesienia. Dzisiaj wyprostowałem pogiętą kartkę z tekstem Jacka Karnowskiego, oto co broniący się przed zarzutami korupcji prezydent na niej napisał. Może warto podejść do tego na chłodno i nie odmawiać Karnowskiemu prawa do wysłuchania jego racji. Poniżej tekst Jacka Karnowskiego (pisownia oryginalna):

„Co łączy trzy śledztwa (V Ds. 110/07; RSD - 6108!GD. VDs.365/08; 1V 11 Ds. 22/08) Tzn. śledztwa w sprawie Pawła S., Łazienek Północnych oraz Afery Julkego. Łączy kilka rzeczy: moja skromna osoba, oskarżenia o korupcje bądź jej próbę, dzieją się one w Sopocie....ale łączy je też wyjątkowe urządzenie - DYKTAFON.

W sprawie pierwszej -- S. Pawła - miał on nagrać w rozmowę korupcyjną w sierpniu 2006 z moim zastępcą Czarkiem Jakubowskim. Zeznał tak przebywając w areszcie w 2007 roku, za jakieś wyłudzenia. Są dokumenty, że w sierpniu 2007 interesował się nim CBŚ. To dziwne, że CBŚ interesował się jakimś tam S. siedzący w Areszcie Śledczym    chyba, że zestawi się to z faktem, że rzekoma rozmowa korupcyjna z Cezarym Jakubowskim miała być nagrana na dyktafonie zdeponowanym przez S. u oficera CBŚ M. Ten ostatni temu zaprzecza mówiąc, że S. Pawła zna wprawdzie z dzieciństwa ale widział go ostatnio 5 lat temu. Ale nie wyjaśnia skąd S. miał numer jego komórki siedząc w areszcie. Po Sopocie chodzi za to wiadomość, że S. był informatorem M. No ale dyktafonu nie ma ! Nagranie też gdzieś zginęło.

Sprawa druga rzekomej łapówki dla mnie za odstąpienie od eksmisji i egzekucji długów od Krzysztofa Z. za Łazienki Północne - dyskotekę na plaży...też łączy się z jakimiś nagraniami rozmów korupcyjnych. Trwa chyba dalej śledztwo w tej sprawie. Czy są te nagrania, czy jest dyktafon - nie wiem. Ale ponoć Z. tworzył sobie ..płytotekę" swoich rozmów. Acha, Łazienki Północne chronili oficerowie CBS.

A jak do tego dodać - jak twierdzili dziennikarze - że przed wyborami jesienią 2007 miałem być zatrzymany, to może nie jest to śmieszne. Informowałem po wyborach o tym członków rządu, ale proszono mnie o.. ..dowody.

No i trzeci dyktafon - najsławniejszy Julkego. Gdzie jest nie wiadomo ! ponoć zdeponował dyktafon u kolegi. Ale jak to możliwe, że nie ma go prokuratora krajowa?! Jak to możliwe, że postawiła zarzuty na podstawie pociętej kopi i niepełnego nagrania!? Jak to możliwe, że nikt nic sprawdził jego lewych interesów z Ruchem, że nieznane są szczegóły transakcji domu handlowego Laura - nie ma w sądzie rejestrowym najważniejszej strony umowy, tej z rozliczeniami i partnerami biznesu. A Urząd Miasta i moją osobę trzepie się stosując metodę „trałowania" w myśl zasady Dzierżyńskiego: dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie.

Trzy sprawy. trzy nagrania. trzy dyktafony. w tym dwa na pewno „znikające". A może lepiej ich nie pokazywać bo okaże się, ze służbowe....”
(5) komentarzy / skomentuj

Platforma podzielona w sprawie Karnowskiego 19-03-2009 23:47
„Platforma podzielona w sprawie Karnowskiego”, pisze Trójmiejski dodatek Gazety Wyborczej, odkrywając to, co od miesięcy mówi się w Sopocie w sprawie prezydenta Jacka Karnowskiego, który wydaje się już być przekonany, że to prawda. W rozmowach nie dystansuje się od tego poglądu, który wyjawił mi ostatnio jeden z rozmówców:

– To nie PIS stoi za aferą a Sławomir Nowak i Donald Tusk, nie pozwalając by wyszła cała prawda o biznesmenie Julke. Urząd skarbowy milczy, służby w jego kwestii także. Nowak nigdy nie daruje upokorzenia jakie doznał od Karnowskiego i jego ludzi. Julke teraz nie tylko służy CBA, prokuratorowi Niemczykowi, ale i części rządzącej PO, która chce się rozliczyć z frakcją trójmiejską nie należącą do najbliższego kręgu premiera Donalda Tuska.


Jak w każdej teorii, jest w tym jakieś źdźbło prawdy. Ale warto też przytoczyć słowa jednego z polityków platformy, dalekiego od dworu Tuska, który mówi:
- Nie położyłbym pod topór ręki za Jacka, to nie dyktafon Julkego jest problemem teraz dla niego, a sprawa samochodów.

Karnowski mówi, że wkrótce wyjaśni to i oczyści się z zarzutów, ale na co czeka? Niech to wreszcie zrobi.  Prezydent Sopotu dobrze przecież wie, że nie z Nowakiem i Tuskiem konsultował się Julke w sprawie upublicznienia nagrania z dyktafonem. To, że cała sytuacja może być im na rękę w rozgrywkach międzypartyjnych nie może tłumaczyć obecnej sytuacji Jacka Karnowskiego.

http://miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,6403923,Platforma_podzielona_w_sprawie_Karnowskiego.html
(3) komentarzy / skomentuj

Lista do przesłuchania dla komisji śledczej w sprawie Olewnika. Nie tylko Wassermann powinien się tłumaczyć. 19-03-2009 16:20
Zbigniew Wassermann jako członek komisji śledczej powinien przesłuchać innych adresatów błagalnych listów Włodzimierza Olewnika: ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, premiera Marka Belkę, wicemarszałka Sejmu Donalda Tuska, wicemarszałka Włodzimierza Cimoszewicza, posłów Zbigniewa Ziobrę, Antoniego Macierewicza i Zbigniewa Siemiątkowskiego. Zarówno on jak i wymienieni powinni być sprawdzeni, czy ruszyli choćby palcem, aby pomóc Olewnikom.









(5) komentarzy / skomentuj

Pytlakowski odświeża pamieć Wassermannowi 19-03-2009 14:42


Piotr Pytlakowski na łamach internetowego portalu "Polityki" odświża pamieć posłowi Zbigniewowi Wassermannowi:

"Poseł Zbigniew Wassermann twierdzi („Rzeczpospolita" i TVN 24), że nie wie z jakiego powodu wzywa go na przesłuchanie gdańska prokuratura badająca sprawę nieprawidłowości w śledztwie dotyczącym porwania Krzysztofa Olewnika. „U mnie w biurze nie ma żadnej informacji, by pan Olewnik zwracał się do mnie o pomoc" - mówi. Podejrzewa, że to jakaś celowa gra, która może być wykorzystana do usunięcia go ze składu komisji.

Otóż, to nie przesłuchanie w charakterze świadka może być przyczyną konfliktu interesów wykluczającego posła Wassermanna ze składu komisji śledczej. Wbrew temu co mówi, dostał jednak list z prośbą o pomoc od Włodzimierza Olewnika, ojca porwanego. 19 sierpnia 2005 r. Włodzimierz Olewnik wysłał do niego oraz innych posłów PiS: Antoniego Macierewicza i Zbigniewa Ziobro błagalne pisma. „Znając pana kompetencje, możliwości i zaangażowanie w tego typu sprawach uprzejmie proszę o pomoc w przeniesieniu śledztwa do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. (...) Moje rozpaczliwe starania przeniesienia sprawy nie dają żadnego rezultatu. (...) liczę bardzo na pana pomoc w odzyskaniu syna i odnalezienia sprawców porwania" - pisał do Wassermanna zdesperowany ojciec uprowadzonego. Odpowiedzi, ani tym bardziej oczekiwanej pomocy nie otrzymał. Dopiero prawie rok później sprawa trafiła jednak do Olsztyna, ale nie z powodu interwencji posłów do których Olewnik wysyłał swoje prośby. Decyzję podjął ówczesny prokurator krajowy Janusz Kaczmarek.

Kłopot Zbigniewa Wassermanna polega na tym, że jako wiceprzewodniczący komisji śledczej, mającej m. in. wskazać wszystkich, którzy lekceważąc rodzinę Olewników spowodowali, że śledztwo trwało tak długo i było nieudolne, będzie przesłuchiwał polityków nie reagujących na prośby Włodzimierza Olewnika. Już zapowiedziano przesłuchanie Ryszarda Kalisza. Cytowany list to dowód, że sam Wassermann też może być zaliczony do grona tych, co zlekceważyli, a więc również powinien stanąć przed komisją i złożyć zeznanie. A to, na dobrą sprawę, wyklucza go z komisji. Nie można przecież występować naraz w dwóch rolach: przesłuchującego i przesłuchiwanego."


http://www.polityka.pl/krotka-pamiec-wassermanna/Lead121,1569,285652,18/
(0) komentarzy / skomentuj

Nie wierzę Walendziakowi, że nie ucieszył się z przegranej PIS 19-03-2009 00:12
Kiedy Wiesław Walendziak  w wywiadzie z Agatą Nowakowską i Dominiką Wielowieyską dla Gazety Wyborczej „Dlaczego rzuciłem PIS?”, na pytanie „Odetchnął pan z ulgą, gdy pańska dawna partia – PiS – przegrała wybory?”, odpowiada: „Nie”, nie wierzę mu.

Dobrze wiedział, że miał być jednym z tych, których za rządów PIS miano publicznie pokazać z kajdankami na rękach.

Nie rozumiem, dlaczego nie udzielił szczerej odpowiedzi? Nadal się obawia swoich dawnych kolegów? Ale reszta wywiadu warta jest  przemyślenia i zastanowienia się, czy tak ma dziać się w Polsce?

Szkoda tylko,że nie zapytano Wiesława Walendziaka, czy wszystkie metody pijarowskie stosowane przez Prokom, z perspektywy czasu, uważa za właściwe i słuszne? Buta w kontaktach z mediami także zapracowała na wizerunek, który dzisiaj jest trudno podnieść. Opieranie się na układach, towarzyskich znajomościach w mediach nie jest wystarczające.

(1) komentarzy / skomentuj

Na każdego da się znaleźć świadka 14-03-2009 12:39
W marcu 2006 r. dyrektor służby więziennej wydał ściśle tajną instrukcję o sposobach pracy operacyjno-rozpoznawczej na terenie zakładów karnych – twierdzi Jan Widacki. I domaga się wydania jej sądowi. Podaje sygnaturę pisma. Chodzi o tajne działania służb za murami więzień i aresztów. (Gazeta Wyborcza, Wassermann: Nie byłem u „Woźnego” w celi14.03.2009)

Wielu funkcjonariuszy policji i służb, zamiast prowadzić żmudne śledztwo, idzie na skróty, zamienia swoje dochodzenie w chodzenie po aresztach śledczych i więzieniach. Tam szuka się świadków, którzy coś mogli usłyszeć lub widzieć. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie stała się to w kilku najważniejszych w Polsce śledztwach jedyna metoda na sukces. Świadkowie ci są straszeni, szantażowani lub kuszeni i mamieni atrakcyjnymi ofertami. Jeśli nic nie słyszeli lub nie widzieli, wystarczy, że  mogli słyszeć, bo byli znajomymi, mogli być w danym miejscu w określonym czasie, a resztę da się uzgodnić, można pomóc w odświeżeniu pamięci. Wystarczy chęć współpracy świadka, który dzięki temu otrzymuje możliwość szybszego wyjścia z więzienia lub aresztu albo gwarancję łagodniejszych warunków spędzania życia poza kratami.
(0) komentarzy / skomentuj

Kryminalny Piwowski 13-03-2009 22:05
Siedzę z Markiem Piwowskim w restauracji „Mozaika”. Dzwoni Piotr Pytlakowski, próbujemy ustalić pewne fakty, kiedy zaczynam mówić o policyjnych notatkach operacyjnych,  Marek taktownie daje znak pytając, czy ma odejść od stolika? Powstrzymuję go. Po chwili kończę rozmowę i uświadamiam sobie, że świat  w którym  od kilku lat żyję dawno przestał być normalny.  Rozmowa z Piwowskim także w większości  dotyczyła spraw kryminalnych.

(0) komentarzy / skomentuj

Spatif bez Julkego i Karnowskiego, a z Piotrowską, Świeszewskim i Tomaszewskim 09-03-2009 20:52


Spatif. Tym razem nie ze Sławomirem Julke i Jackiem Karnowskim, kiedyś często wspólnie towarzysko kończyli  tutaj dzień. Ten pierwszy już tam podobno nie przychodzi, ten drugi tam bywa… Ale dla tych co wiedzą więcej… Tak, z Karnowskim się spotkałem w jednym z sopockich hoteli… Kiedy go zapytałem: „O co walczy?” Odparł: „Mnie nie interesuje wyrok w zawieszeniu, dla mnie jest on także moim końcem. Walczę o wszystko. O moje życie”

Na szczęście nie rozmawiam o pokłóconych, poplątanych sopockich relacjach. Z  Tomaszem Tomaszewskim i Maciejem Świeszewskim rozmawiamy o barwach, kontraście. Potem wraz z ze znajomymi Macieja z ASP, przychodzi Agnieszka Piotrkowska, wpadła tutaj z Londynu, na swoje  pokazy filmów w ASP  („Married To The Eiffel Tower”, „Botticelli's Primavera: Myths Or Fingerprints”) i schodzimy z fotografii, obrazów do dokumentu, do relacji między bohaterami a reżyserami. Ona zrobiła film  o Tomaszewskim, ja teraz robię film o Świeszewskim. Oni i my.

(0) komentarzy / skomentuj

Wpadamy z Maciejem Świeszewskim do ASP w Gdańsku, dzień przed wystawą Tomasza Tomaszewskiego. 09-03-2009 12:14







(0) komentarzy / skomentuj

Potomek sześciu rodów 09-03-2009 10:55




Maciej Świeszewski daje mi  pismo Bluszcz z fragmentem książki jego siostry Małgorzaty Niezabitowskiej.
- Dowiesz się więcej o mojej rodzinie – mówi.
„Jest to historia sześciu rodów, z których się wywodzę – litewskich kniaziów i ormiańskich kupców, zamożnych ziemian spod Grójca zubożałej szlachty z Lubelszczyzny, rzekomych potomków królewskiego bękarta oraz pieczętujących się herbem drukarzy” – pisze Niezabitowska.
(0) komentarzy / skomentuj

Trójmiejski polityk z maczetą 09-03-2009 09:36

(0) komentarzy / skomentuj

Najstraszniejsza w hotelu jest samotność. Puste podwójne łóżko szybko wypycha do baru… 08-03-2009 19:28


(0) komentarzy / skomentuj

Tak już jest 05-03-2009 22:54

Wyjeżdżamy z Piotrem Pytlakowskim za Warszawę. Tam po kilku godzinach okazuje się, że musimy być w innej części Polski. Nieplanowany wyjazd kilkaset kilometrów dalej. Do Warszawy wracamy w nocy.
- Znowu wpakowałem się w bagno – podsumowuję traumatyczną rozmowę z jednym z naszych rozmówców.
- Czasami tak już jest – odpowiada.
Obaj oberwiemy za to, że pójdziemy pod prąd.

(1) komentarzy / skomentuj

E-mail z Anglii w sparwie Marcinkiewicza 04-03-2009 23:47
Głos w sprawie tego wszystkiego co ostatnio wydarzyło się z Kazimierzem Marcinkiewiczem, e-mail od osoby, która kilka late temu wyjechała do Anglii i odnosi tam sukcesy w biznesie:

"Marcinkiewicz....no cóż,  żenada to żenada i tak samo wygląda z naszej perspektywy choć używając potocznego języka jest to "hard core"(…)

… wraz z zona czytaliśmy wieczorem kolejny wiersz "Isabel" . Jako, że codziennie przeglądamy polskie media w Internecie… do wejścia na blog Marcinkiewicza (pierwszy raz w życiu) skłoniła nas ostra reakcja Moniki Olejnik opisana w Dzienniku. Relacje z prezentacji nowych butów i garderoby nowej miłości kochliwego Kazia obejrzeliśmy w tvn24 w weekend i powiem szczerze, że nas zamurowało! Jest takie angielskie powiedzenie, które w wolnym tłumaczeniu brzmi "człowiek może opuścić prowincje ale prowincja nigdy nie opuści człowieka" ...nie zawsze sie ono sprawdza ale w tym wypadku pasuje jak ulał. I mam tu na myśli oboje bohaterów tego filmiku...choć ja Izy nie obwiniam...trochę brakuje jej kultury i klasy a trochę juz szykuje sie do 27 edycji „Tańca z gwiazdami”...ale z Kazimierza to sie okazał (zresztą już dużo wcześniej) taki zwykły Kazio. Moja żona uważa, że sie facet po prostu "zakiwał"...chciał trochę jak Sarkozy a wyszło...jak wyszło.

Jedyne co mnie w tej całej historii martwi (bo reszta bawi i zadziwia jednocześnie) to fakt, że po Joli Rutowicz w mediach króluje kolejna przedstawicielka angielskiej Polonii, co w pewnym sensie podtrzymuje wizerunek tych, którzy wyjechali jako tych nieporadnych lub bez piątej klepki. A przecież emigracja to coś więcej...Anglicy emigrują do Australii czy Nowej Zelandii, Niemcy do Kanady i nie wynika to wcale z nieporadności czy nieumiejętności życia we własnym kraju ale z chęci poznania nowej kultury i lepszego zrozumienia świata.

Cale szczęście, że angielskie media nie podchwyciły wątku "byłego polskiego męża stanu" gdyż przy obecnej globalizacji mediów i mackach Ruperta Murdocha coś raz pokazane na SKY za chwile ukazuje sie w różnych medialnych formach i kształtach we wszystkich zakątkach globu."
(0) komentarzy / skomentuj

Zabić Papałę: Czego sie bał? 04-03-2009 12:13

(0) komentarzy / skomentuj

Subiektywne spojrzenie na historię polskiego rocka 03-03-2009 18:05
Obejrzałem pozostałe odcinki mini serialu dokumentalnego Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słota „Historia Polskiego Rocka” . Gnoiński i Słota udowodnili, że nie da się obiektywnie opowiedzieć o szołbiznesie i do końca na poważnie.  Polski szołbiznes jest taki jak budżet ich serialu, bo szycie biedy chwilami razi po oczach. Musieli mieć sporo samozaparcia by dobrnąć do końca realizacji. Czy warto było? Tak. Otrzymaliśmy pierwsze filmowe podsumowanie polskiego rocka. Oczywiście nie dokonała tego telewizja publiczna dysponująca największym archiwum, a TVN Discovery Historia.

(0) komentarzy / skomentuj

Pub 700 (Początek) 02-03-2009 22:02

(3) komentarzy / skomentuj

Skazana za walkę z pedofilią! 02-03-2009 17:00
Sąd skazał dziennikarkę Katarzynę Brudnias, byłą dziennikarkę Super Expressu / Telewizja Polsat, na rok więzienia w zawieszeniu, wpis do rejestru skazanych i 15 tys. zł nawiązki za to, że opublikowała nazwiska braci zamieszanych w aferę pedofilską. Mimo nagrania wideo, skazano tylko jednego z nich. Zaledwie na dwa lata więzienia.

Niestety cisza w tej sprawie w mediach. Poza krótkimi notkami i dzisiejszej "Interwencji Extra" w Polsat News.
http://interwencja.interia.pl/news?inf=1267847
(4) komentarzy / skomentuj

Kaligrafia syna, obrona kumpla i problemy techniczne 01-03-2009 20:40
Rano zasiadam za biurkiem i kiedy patrzę na ten stos papierów: akty oskarżenia, protokoły przesłuchań, analizy, notatki służbowe czuję, że dzisiaj nie będę w stanie już się grzebać w tym wszystkim.

Włączam „Historię Polskiego Rocka”, którą przesłał mi Leszek Gnoiński, współtwórca tego mini serialu dokumentalnego. Po trzech odcinkach wyłączam.  Brak archiwaliów razi w oczy. Ale nie w tym problem. Na pewno obejrzę do końca.

Syn musi odrobić lekcje. Ma problem z pisaniem w liniach a nauczycielka cały czas, prawie co strona pisze, powtarza jak mantre: „Staraj się utrzymać w liniach”. Ojciec także ręcznie nie potrafi pisać, tłumaczę syna. Tylko elektronicznie. Więc macham ręką na jego kaligrafię, nie zamierzam stresować syna, zresztą, kto dzisiaj pisze tak literkę „b”?

Choć z tą elektroniką, światem zero-jedynkowym nie bywa najlepiej. YouTube nie daje sobie rady ze statystyką odtwarzania filmów, nie zlicza. Stoi w miejscu od dwóch dni . Moja główna internetowa strona  nie otwiera się w całości w Windows Internet Explorer.

Janek Pospieszalski przysłał SMS-a: „Solidarni z Krzyśkiem Skowrońskim! Pikieta pod gmachem Polskiego Radia… Zabierzcie gwizdki, trąbki, instrumenty perkusyjne. Podaj dalej.”  Tak sobie myślę, że  chłopaki maja krótką pamięć jak bez zasad tak samo postępowali. Obrona kumpla a nie zasad mnie  nie interesuje.

Kontem oka patrzę na reklamówkę PIS-u, na jakiś idiotyczny pomysł, który pokazuje jak Jarosław Kaczyński spogląda na „Polskę młodych” zza okna limuzyny i mówi: „Pytacie, czy was rozumiem?” Przecież wiadomo, że z perspektywy luksusowej limuzyny mało się już rozumie sprawy zwykłych ludzi. Nie ma to jak ujarany scenarzysta i reżyser,i  chyba tym razem spindokotrzy, którzy nie zareagowali. Wspólny blant był w obiegu w czasie kolaudacji?

Przypomniało mi się jak jeden z oficerów CBŚ wspominał mi, że przed zatrzymaniem za wprowadzanie do obrotu środków odurzających Artura Piłki, urzędnika Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wpadli na pomysł, żeby wrzucić testery narkotykowe do toalet prezydenckiej kancelarii. Według niego więcej osób musiało korzystać z  narkotykowych zasobów Piłki.
(1) komentarzy / skomentuj

To nie wzięło się tylko z lenistwa i głupoty 28-02-2009 14:26
Szanowny Panie, Jestem informatykiem pracującym w samorządzie, którego los rzucił za chlebem do starej Unii ale często zjawia się w starym kraju i na bieżąco śledzi co się tu wyprawia(...) Śledziłem Pana artykuły publikowane na Prawica.net. ( Rozdział z książki „Zabić Papałę” – utajniona droga zawodowa pułkownika Kurnika - od aut.). Pojawił się tam BARDZO ciekawy komentarz na temat roli p. Kurnika w dziele dezinformatyzacji naszej administracji.

„Dodam że w Branży IT nie jest wielka tajemnica że to plk Kurnik rozwalił za Janika świetnie funkcjonujący Departament Rozwoju Informatyki i Rejestrów Państwowych”

Kurnik może akurat najmniej zepsuł - po prostu wsadził swoich niekompetentnych kumpli, ale myślę że informatyzacja jest to ciekawy kierunek badań. Podam jeden przykład w 2004 roku na tele UE pod względem usług elektronicznej administracji kształtowaliśmy sie w okolicy Luxemburga. W ubiegłym roku zajęliśmy przedostatnie miejsce pod względem dostępności eUsług administracji. TO NIE WZIEŁO SIE TYLKO Z LENISTWA I GLUPOTY!!!

Przepraszam za literówki ale pisze z lotniska czekając na opoźniony odlot.

J.

(0) komentarzy / skomentuj

Zabić Papałę: Kłamstwo płk. Bisztygi? 27-02-2009 22:21

(3) komentarzy / skomentuj

Ta cholerna Krześniak uczepiła się biednego Andrzeja… 27-02-2009 19:38
Trudno przejść obojętnie obok reportażu Edyty Krzesniak „Spowiedź Andrzeja Samsona?” (Uwaga, TVN). Dużo samozaparcia musiała mieć autorka by obnażyć śmieszność polskiego wymiaru sprawiedliwości, krętactwa, w sprawie pedofila Andrzeja Samsona. Przy tym nie zrobiła tego nachalnie.

Jeszcze niedawno wmawiano nam, że Samson kona. To kwestia dni. Leży pod kroplówką. Dwa tygodnie później lekarz wypisujący go ze szpitala już tak nie uważa – Jest w średnim stanie – mówi do Krześniak.

Wokół pedofila  Andrzeja Samsona był i nadal jest silny lobbing u części psychologów i dziennikarzy, to osoby mające duże wpływy w mediach i nie tylko, którzy pragną zbagatelizować, umniejszyć, zatrzeć w niepamięć to co zrobił ich kolega. Niektórzy nazywają ich wprost sitwą, układem warszawskim.

Jakoś nie zauważyłem  tytułów „Pedofil na wolności!” Minister sprawiedliwości i politycy milczą o sprawie. Wiadomo, że są dobrzy i źli pedofile. Swój pedofil może liczyć na łaskawość. Tylko ta cholerna Krześniak się uczepiła biednego Andrzeja…

Dlatego warto docenić odwagę Edyty Krześniak i stacji TVN.

(12) komentarzy / skomentuj

Pytlakowski o ślepej hipotezie w sprawie Olewnika 26-02-2009 11:39
Piotr Pytlakowski artykułem „Tajemnice Krzysztofa Olewnika” w "Polityce", pierwotnie miał mieć tytuł  „Ślepa hipoteza,” wkłada kij w mrowisko. Zanim tekst został opublikowany, powiedziałem Piotrowi, że publikacja zostanie przemilczana. Jest niewygodna dla każdej ze stron. Media wolą poruszać się naskórkowo w tej sprawie.

Pytlakowski w rozdziale „Człowiek o stu twarzach”, pisze:

Jeszcze w listopadzie 2005 r. (kiedy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, który dzisiaj chwali się, że to za jego czasów doszło do przełomu w śledztwie) w analizie materiałów  wykonanej przez Prokuraturę Apelacyjną w Warszawie jako równoważne podano dwie wersje śledcze:

„1. Krzysztof Olewnik został uprowadzony w celu uzyskania okupu przez zorganizowaną grupę przestępczą; przez grupę osób wśród których znajdują się osoby, których praca jest lub była w przeszłości związana z policją lub wymiarem sprawiedliwości.
2. Pokrzywdzony upozorował uprowadzenie w związku z trudnościami o charakterze osobistym lub majątkowym”.

Za drugą wersją, według prokuratury, miały przemawiać następujące fakty: Krzysztof Olewnik przeżywał kłopoty „w różnych sferach życia”; w jego domu w widocznym miejscu zostały karty bankomatowe (porywacze powinni je zabrać); przez długi okres czasu (21 miesięcy) nie podejmowano okupu. Za wersją pierwszą przemawiał zaś m. in. fakt, że jednak okup podjęto.

Były prokurator krajowy Janusz Kaczmarek (autor książek o porwaniach dla okupu) pamięta, że w 2003 r. kiedy w Olsztynie wygłaszał wykład na temat porwań, wśród słuchaczy była rodzina Olewników. – Wtedy ich poznałem – opowiada. – Byłem prokuratorem apelacyjnym w Gdańsku, nie miałem wpływu na to śledztwo, ale poprosili abym w miarę możliwości zainteresował się sprawą.

Niebawem miał okazję porozmawiać na ten temat z ówczesnym zastępcą prokuratora generalnego Kazimierzem Olejnikiem. – To świetny prokurator – mówi. – Sprawę porwania Krzysztofa miał w głowie, nie musiał sięgać do akt. Powiedział mi, że najprawdopodobniej to samouprowadzenie, bo porwany widywany jest w różnych miejscach Polski.

Później podobną opinię w obecności Kaczmarka wygłosił szef CBŚ Janusz Czerwiński. Działo się to, jak dzisiaj już wiemy, po tym, jak porywacze zamordowali uprowadzonego (w sierpniu 2003 r.). Zarówno prok. Olejnik, jak i szef CBŚ swoją wiedzę czerpali z rozmów z ekipami śledczymi. Przekonanie, że wcale nie doszło do porwania, było mocne nawet w kierownictwie specjalnej grupy CBŚ powołanej w 2004 r. Prowadzonej przez nich operacji nadano kryptonim „Carlos”. Sugestia była wyraźna, Carlos był terrorystą, często zmieniającym wygląd, człowiekiem o stu twarzach. Podejrzewano wówczas, że Krzysztof Olewnik zmienił wygląd i gdzieś się ukrywa. Policjant z CBŚ w Gdańsku wspomina, że dostał polecenie z warszawskiej centrali, aby sprawdzić  plebanię w Stargardzie Gdańskim, bo podobno tam u pewnego księdza przebywa poszukiwany Olewnik.”

http://www.polityka.pl/w-najnowszym-numerze-polityki/Lead30,1301,283585,16/
(2) komentarzy / skomentuj

Kompromitacja Zemkego i Widackiego 26-02-2009 10:52
„Bycie funkcjonariuszem organów bezpieczeństwa łączyło się z narażeniem na stres, zwiększonym ryzykiem śmierci, kalectwa lub wypadku” – piszą lewicowi posłowie Janusz Zemke i Jan Widacki w projekcie wniosku zaskarżającego ustawę o obniżeniu emerytur byłym funkcjonariuszom komunistycznej bezpieki.

W projekcie nie ma mowy o zbrodniach UB i SB. Jest stwierdzenie o „wojnie domowej, w której poległo wielu funkcjonariuszy”. Ale o ich ofiarach ani słowa.”  (Gazeta Wyborcza Wojciech Czuchnowski, „Kompromitująca obrona bezpieki”.)

Wojtek, czy zauważyłeś, że w tym samym numerze Gazety Wyborczej jest tekst autorstwa Jana Widackiego, wielkością większy od Twojego? W tym tekście nie tłumaczy się jednak ze swojej bezczelności.
(0) komentarzy / skomentuj

Elbląg pamięta 26-02-2009 02:07
Rano dosypiam nieprzespaną noc. Potem kawa. Jedna, druga. Przy czwartej już piszę. Wieczorem kończę rozdział „Śmierć pod specjalnym nadzorem” i wysyłam Piotrowi. Obiecałem mu jeszcze wysłać kolejny, ale nie jestem w stanie dalej pisać.  Muszę to wszystko zrzucić z siebie.  Sauna. Potem filmy „Siostry Magdalenki” i jakiś norweski tytuł, który po godzinie wyłączam.

Wchodzę w pocztę, komentarze. Autor: Elbląg / chrisstian  zatytułował swój wpis „Elbląg pamięta”. No i co takiego pamięta?  Chrisstian pisze:

„Krytykuje pan innych, to my skrytykujemy pana. Śmiał się pan z Elbląga w swoich wywiadach, ale wiele się tutaj zmieniło. Wiadomo, że miasto ogranicza i po pewnym czasie trza uciekać stad aby się rozwinąć, bo to nie centrum kultury i wiadomo, że to prowincja. Trochę wyrozumiałości do swojego rodzinnego miasta życzę chociaż też mnie ono dołuje :) Lecz moje bogate wnętrze mi to rekompensuje i tak jakby nie ma mnie w Elblagu lecz na koncercie Johna Lennona and Yoko Ono :) A filmy lubię oglądać. Prosty, twardy montaż. Tematy luźne. Mała prowokacja, ale ogólnie ciekawe. Elbląski DKF to już nie to samo ale ludzie pamiętają pana ekscentryzm :) Zresztą nie ma czegoś takiego jak miasta. Żyjemy na Ziemi podzielonej nazwami, regionami no i faktycznie pewna północna część Polski może być nudna :)”

Wczoraj dziennikarka z Elbląga przesłała pytania do wywiadu. Po dwóch pierwszych pytaniach odechciało mi się odpowiadać. Jeśli to czyta, niech się zastanowi, czemu zaczyna tak stereotypowo i powtarza medialne kalki?
(3) komentarzy / skomentuj

Upadek sztuki wspólczesnej: Akt molestowania seksualnego według Nieznalskiej, czyli jak pożerować na symbolice religijnej 25-02-2009 11:35
"Na wystawie „królestwo” (Dorota Nieznalska - od aut.) korony cierniowe powiązała z dostojeństwem władzy, przemieniając je w drogocenne korony z kosztownymi kolcami. Dzięki takiej metamorfozie symbolu męczeństwa artystka odniosła go do polskiej martyrologii narodowej. Te obiekty mogą być początkiem rozmowy o tym, jak (i kiedy) insygnia władzy zamieniają się w narzędzia tortur (korony cierniowe). Albo odwrotnie – interpretacja zależy od wrażliwości, wyobraźni i wiedzy widza.

Wszystkie korony artystka zrobiła własnoręcznie. Ważne są ich tytuły: „Królowa Polski” – korona z brązu z czerwonymi bursztynowymi kolcami, „Złota Królowa” – korona z brązu z kolcami ze złotego bursztynu, „Czerwona Królowa” nazywana przez artystkę szatańską – czarna korona z brązu z kolcami z naturalnego koralu i dołączona do niej skórzana obroża na rękę z nr. PESEL artystki.

Z kolei „Król Polski” to korona cierniowa na łańcuchu przytwierdzona do ściany. Wszystkie obiekty wyeksponowane zostały tak jak relikwie –ułożone na czarnych bądź czerwonych poduszkach, zamknięte w szklanych gablotach. Największy leży na podłodze – to „Wieniec mistyczny” z 30 cierniowych koron z brązu połączonych łańcuchem. Wystawę dopełnia 21 rysunków przedstawiających akt seksualny. W kontekście cierniowych koron można w nich zobaczyć nie tylko obraz wzajemnej fascynacji cielesnej dwojga ludzi, być może ukazują one akt molestowania seksualnego." (Gazeta Wyborcza, Iwona Torbicka)
(3) komentarzy / skomentuj

Każdy chce zaistnieć, także psycholożka Miller. Jest bardziej żenująca niż dziewczyna Marcinkiewicza. 25-02-2009 01:54
Nigdy nie byłem zwolennikiem Kazimierza Marcinkiewicza. Nie wierzyłem mu za grosz jako premierowi, posłowi, politykowi, doradcy… W ogóle za grosz mu nie wierzę… Ale są jednak granice medialnego linczu….

Dziennikarze się obudzili. Dlaczego jak Kazimierz Marcinkiewicz był premierem milczeli? Nie wiedzieli o tym kim jest? Jaki jest? No, ale premierowi należało wchodzić w tyłek.

Miłość zazwyczaj jest ślepa i głupia. Miesza w życiu każdemu. Pani Iza pokazująca swoje kozaczki, oszołomiona tym co się dzieje wokoło niej, wcale nie jest inna od młodych dziewczyn, które nagle wpadają w świat mediów. Bywa żenująca jak reszta w takiej sytuacji. Cóż w tym nadzwyczajnego?

Marcinkiewiczowi słusznie należały się mocne słowa, jakie mógł przeczytać i usłyszeć. Ale są granice i jak się okazuje przekraczają  je nie dziennikarze, a panie psycholożki, które niczym guru wypowiadają takie okrutne zdania: „Nie wydaje się zezwoleń na posiadanie dzieci, ale na prowadzenie samochodu - owszem. Gdyby było inaczej, Marcinkiewicz tego pierwszego by nie dostał...”

Przeczytałem i nie wierzyłem własnym oczom, że powiedziała to osoba z tytułem psychologa.

Pani Katarzyno Miller, pani życiowo jest po prostu głupia i nadęta w przekonaniu o swojej mądrości. Żadne małżeństwo nie powinno chodzić na terapię do psycholożki, która mówi to co wcześniej i takie zdania: „Przeważnie tak właśnie jest, że trafia swój na swego. Każdy ma takiego partnera, jakiego sobie wybrał.”

Wywiadem w „Dzienniku” psycholog Katarzyna Miller chciała tak samo zaistnieć, jak Iza przed kamerami TVN24, tylko ta druga nie przypuszczała,  że oni to puszczą, a Miller z pełną świadomością dała do druku swoje głupie i okrutne, bo pozbawiające Marcinkiewicza prawo do ojcostwa,  przemyślenia, okraszone beznadziejnym psychologizmem.

http://www.dziennik.pl/kobieta/article327738/Izabela_jeszcze_oberwie_od_Marcinkiewicza.html
(2) komentarzy / skomentuj

Ostatnia Wieczerza: Dwugodzinna rozmowa poprzez skypa. Imieninowa (Macieja) szklaneczka whisky. 25-02-2009 00:33

(1) komentarzy / skomentuj

Zabić Papałę: Utajniona droga zawodowa pułkownika Romana Kurnika 24-02-2009 16:57
- Kurnik to niejednoznaczna postać. Siłą jego są powiązania personalne. Papała trzymał Kurnika, bo on go chronił od gówna, jakie jest w MSW –twierdzi pułkownik Jan Bisztyga, były doradca premiera Leszka Millera.
- Rzeczywiście byli nierozłączni – mówi były zastępca prokuratora generalnego PRL Hipolit Starszak – Nie pamiętam żadnej rozmowy z Papałą, która by się odbywała bez Kurnika.
Generał Andrzej Anklewicz, który po upadku rządu SLD, tak jak Kurnik, znalazł się poza aparatem władzy, wspomina, że gdy w prywatnej firmie pracował z Kurnikiem, przebywając z nim wiele godzin w jednym pokoju, ten miał kilkanaście razy w ciągu dnia kontaktować się z Markiem Papałą.
- Kurnik to kuglarz – krótko podsumowuje go były komendant główny policji w latach 1998-2001 generał Jan Michna.

Roman Kurnik w wywiadzie dla RMF skarży się:
 - Próbowano w mediach wykreować mnie jako osobę, która szkodzi przełomowi w budowie nowej rzeczywistości w kraju.
Media mało wiedzą o karierze zawodowej Romana Kurnika. Powielają zasłyszane plotki.
- Były szef kadr SB, wielka postać o wielkich wpływach w Komendzie Głównej Policji w latach 90., później w MSWiA. Czy to prawda? - pyta Roman Osica, dziennikarz RMF FM.
Roman Kurnik:
- Oświadczam jednoznacznie: nigdy nie byłem szefem kadr SB, nigdy nie byłem generałem SB.
Kurnik to kluczowa postać w karierze zawodowej generała Marka Papały, ale także dla sprawy wyjaśnienia zabójstwa komendanta. Dlatego tak ważna będzie odpowiedź na pytanie: Kim właściwie jest Roman Kurnik, skąd się wziął i kto za nim naprawdę stoi?
Kiedy pragnę ustalić, jak wyglądała droga zawodowa Romana Kurnika,  na początku zwracam się do Biura Prasowego KGP, a potem bezpośrednio do ministra MSWiA Janusza Kaczmarka z prośbą o możliwość przeczytania i sfilmowania  teczki personalnej Kurnika. Natrafiam na opór. Kaczmarek wyraża zgodę, ale z Komendy Głównej Policji słyszy, że poprosili o opinię Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, który się temu sprzeciwia.
- Oni panu nic nie wydadzą – słyszę od jednego z dyrektorów KGP. - Tutaj Kurnik nadal ma wpływy, swoich ludzi.
Ponownie zwracam się z interwencją do ministra MSWiA Janusza Kaczmarka. Umawiamy się w jego służbowym mieszkaniu na Gżegżółki w Warszawie. Wolał utajniać nasze kontakty. Wiedział, jaką niechęcią darzą mnie ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i ekipa policyjno-prokuratorska do sprawy zabójstwa generała Marka Papały.
- Niech ktoś napisze na kartce historię jego zawodowej drogi. Kiedy wstąpił do MSW? Kiedy i jaki stopień otrzymał? Jakie pełnił funkcje zawodowe? Nie muszę mieć w rękach teczki. Droga zawodowa Kurnika nie może być utajniona. Chyba nie chce pan także chronić Kurnika?
- Panie Sylwestrze, w takim razie załatwię tę sprawę osobiście.
Zapewnienie ministra Janusza Kaczmarka okazało się jednak bez pokrycia. Później się dowiedziałem od jednego z funkcjonariuszy KGP, że poproszono, by teczkę osobową Kurnika ściągnęła do prokuratury grupa prokuratorska do sprawy zabójstwa generała Marka Papały. W ten sposób zdjęli sobie z głowy problem ujawnienia jego prawdziwej drogi zawodowej. Janusz Kaczmarek nic nie zrobił, by pomóc. Z czasem doszedłem do wniosku, że raczej zależało mu na tym, by uzyskiwać ode mnie wiedzę o postępach nad książką i filmem w sobie wiadomym celu.

- Pozostaje IPN – stwierdza Marek Biernacki, były szef MSWiA.
Dzięki jego wstawiennictwu spotykam się z prezesem IPN Januszem Kurtyką, któremu przedstawiam problem ponadrocznej walki o ustalenie podstawowych faktów z kariery zawodowej Kurnika.
Nie jest zdziwiony.
- W Polsce mamy do czynienia z podobną mafią służb jak w Rosji, tylko mniej krwawą – dzieli się refleksją.
Uzgadniamy, że skorzystam z jawnych zbiorów w IPN. Miesiąc po rozmowie mam w rękach szarą kopertę formatu a4, na której odręcznie zapisano: EAGP 79841, Kurnik Roman s. Aleksandra 01.01.1953. Dostaję również białą teczkę opatrzoną numerem IPN BU 1161/537 1926-9, w której znajduję kopię kserograficzną akt osobowych Romana Kurnika z Komendy Głównej Policji Biura Kadr i Szkolenia.
W szarej kopercie znajduje się tylko podanie do biura paszportów MSW, z którego wynika jedynie, że Roman Kurnik ma 171 centymetrów wzrostu, oczy piwne, włosy ciemne (obecnie ich nie posiada) i brak znaków szczególnych. Ostatni uzyskany przez niego stopień wojskowy to szeregowy. Przed 1989 rokiem wyjeżdżał w 1974 roku do Wielkiej Brytanii, w roku 1984 do Szwecji i w 1986 do Japonii. Jest w związku z żoną Grażyną. Posiada dwójkę dzieci, córkę (1981) i syna (1984).

Z akt osobowych Romana Kurnika można się zorientować, że na początku nie marzyła mu się praca przy Rakowieckiej 2, gdzie mieszczą się budynki MSWiA, dawniej MSW. Pragnął zostać pracownikiem dydaktycznym w Akademii Spraw Wewnętrznych.
W latach 1972-1990 była to resortowa uczelnia wyższa MSW o statusie akademii; kształciła oficerów milicji obywatelskiej, służby bezpieczeństwa i wojsk ochrony pogranicza.
Jego podanie zostało odrzucone przez kierownika w katedrze Akademii Spraw Wewnętrznych płk. dr. Tadeusza Zawadzaka.
Dwudziestotrzyletniemu Romanowi Kurnikowi nie pomógł dołączony do podania, zgodny z duchem czasów życiorys, napisany  31 maja 1976.
„Urodziłem się 1 stycznia 1953 w Łańcucie w rodzinie inteligenckiej. Ojciec mój był kierownikiem Wydziału Finansowego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Łańcucie oraz członkiem Plenum KP PZPR”.
Jak zapewniał, w młodości udzielał się w organizacjach młodzieżowych. Uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego nr 1 im. H. Sienkiewicza w Łańcucie.
„W okresie tym pracowałem społecznie w ZMS jako członek Zarządu Szkolnego, w ZHP jako drużynowy(…) Szkołę średnią ukończyłem z wynikiem dobrym. W 1972 zostałem przyjęty na studia w Instytucie Organizacji i Kierownictwa Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Akademii Nauk. W miesiącu wrześniu tego roku wstąpiłem do ZSP, gdzie pełniłem funkcję przewodniczącego Komisji Ekonomicznej. W 1974 roku zawarłem związek małżeński z Elżbietą. W styczniu 1976 roku wstąpiłem do PZPR i odbywam obecnie staż kandydacki”.

W dołączonej ankiecie personalnej Roman Kurnik zaznaczył, że jest bezwyznaniowy, co wielokrotnie później podkreślał, a kiedy został ojcem dwójki dzieci, własnoręcznie dopisywał przy adnotacjach o synu i córce - „nieochrzczone”.
W rubryce: zainteresowanie pozazawodowe wpisał „motoryzacja, majsterkowanie”.
Nie wiadomo, jak by się dzisiaj potoczyła droga życiowa Romana Kurnika, gdyby nie to, że wżenił się w rodzinę milicyjną. Jak się dowiaduję z ankiety personalnej Kurnika, ojcem jego żony Elżbiety był ppłk Sławomir Rusinowicz – od 1946 w Milicji Obywatelskiej, potem w Komendzie Stołecznej MO. Teściowa w latach 1950-1956 pracowała w Komendzie Głównej MO.
- Rusinowicz to była nie tylko znacząca postać w stołecznej komendzie – mówi dawny funkcjonariusz MSW. – To była absolutna potęga. W strukturach warszawskiego ZOMO znajdował się batalion budowlany. To dzięki niemu powstawały dacze nad Zegrzem dla aparatu partyjnego i MSW, remontowano mieszkania.
Kilka miesięcy po odrzuceniu jego podania do Akademii Spraw Wewnętrznych Roman Kurnik składa podanie o przyjęcie do służby w charakterze funkcjonariusza MO. 27 grudnia 1976 Roman Kurnik – młodszy inspektor, zobowiązuje się do utrzymywania w ścisłej tajemnicy wszystkiego, co jest wiadome w związku z czynnościami w MSW. Skierowany do pracy w MSW został 15 stycznia 1977 roku.
W aktach personalnych odnotowano, że Roman Kurnik został polecony do MSW przez ojca swojej żony, ppłk. Sławomira Rusinowicza.
Pracując w MSW studiował na Uniwersytecie Warszawskim. 29 marca 1977 roku uzyskał tytuł magistra organizacji i zarządzania. 7 maja 1976 roku Roman Kurnik zdaje egzamin specjalistyczny na oficera Milicji Obywatelskiej z wynikiem bardzo dobrym. 4 grudnia  1978 roku zostaje inspektorem w IV grupie uposażenia. 12 lipca 1979 otrzymuje nominację na podporucznika MO, a 28 czerwca 1982 roku – porucznika MO. 7 sierpnia 1982 roku zostaje starszym inspektorem.
Na ręce dyrektora departamentu kadr MSW na bieżąco składa raporty o wyjazdach zagranicznych rodziny, zmianach miejsc pracy i stanowisk służbowych, a także o swoich sprawach prywatnych.
W raporcie z 24 czerwca 1980 roku informował, że „wyrokiem Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy w dniu 22 czerwca 1980 roku został rozwiązany mój związek małżeński z Elżbietą Kurnik, z powództwa żony”.
Następnie informuje o zawarciu małżeństwa z Grażyną z domu K. Podaje, że należała do ZSMP i jest obecnie w PZPR. Jako funkcjonariusz MO pracuje w MSW na stanowisku starszego referenta departamentu kadr. Siostra żony także pracowała w resorcie od 1960-1962 w Biurze „B” MSW (pion inwigilacji). Zwolniona z pracy za podejrzenie kradzieży 10 złotych.
Roman Kurnik, zdając sobie sprawę ze swoich słabości zawodowych, postanawia nadrabiać braki zaangażowaniem politycznym w PZPR i doskonaleniem się w rozgrywkach personalnych. 
- Motto Kurnika, jego wzór na karierę w pracy – to pięć procent pracy,  piętnaście procent szczęścia,  osiemdziesiąt procent podpierdalania – wyjawia członek grupy Desperados, ksywa Student. Znajmy Romana Kurnika.
W opinii służbowej z 24 grudnia 1979 roku czytamy:
„Ppor. Kurnik Roman jest zaangażowanym członkiem partii o skrystalizowanym światopoglądzie materialistycznym. Polecenia partyjne wykonuje chętnie i dokładnie (…) W Milicji służy od 3 lat. Jest to jego pierwsza praca zawodowa. Początkowo miał trudności w opracowaniu problematyki kadrowej. Szybko jednak opanował przepisy i metody. Z czasem zanotowano u niego duże postępy, a stosunek do pracy pozwolił przypuszczać, że będzie dobrym oficerem kadrowym (…) Przy większym nawale pracy jest trochę powierzchowny i w tej dziedzinie winien nad sobą pracować. Występują u niego jeszcze trudności w zakresie Departamentu Kadr – obsługiwana jednostka. Wyeliminowanie tych trudności pozwoli mu na pełne wykorzystanie swych umiejętności”.
Roman Kurnik zapoznał się z opinią i uwag nie zgłosił.
Funkcjonariusz dawnego MSW:
- Karierze Kurnika pomagało umiejętne wżenianie się. Ojciec jego drugiej żony był jednym z bliższych współpracowników Babiucha. Kiedy trafił na Rakowiecką, znalazł się w jednym pokoju z Alicją Werens, platerówką. Werensowa prowadziła sprawy kadrowe pracowników departamentu kadr. Była na tyle zaufana, że została kadrową kadr. Kurnik wtedy prowadził sprawy kadrowe biura „A” (szyfrów, od aut.). Plotkowano o nich różnie. Werensowa wsparła karierę młodego wówczas chłopaka.
Czym zajmował się Roman Kurnik w MSW do 1984 roku (bo później zmienił się charakter jego pracy), mówi opinia służbowa z 15 listopada 1983 roku:
„Aktualnie jest odpowiedzialny za dobór kandydatów i obsługę kadrową departamentu Kadr, Komitetu Dzielnicowego PZPR w MSW, Zarządu Ochrony Funkcjonariuszy i Biura „A”. Dodatkowo ma przydzielone zadania współpracy z kierownictwem Wydziału dotyczące obsługi towarzyszy będących nomenklaturą MSW.”
Dzięki aktom osobowym KGP można wyodrębnić z opisu kariery zawodowej Romana Kurnika inną drogę niż ta przedstawiana oficjalnie – funkcjonariusza wydziału kadr MSW. Kurnik niechętnie o niej wypowiada się publicznie i wśród znajomych.
Okazuje się, że Kurnikiem zainteresowała się Służba Wywiadu i Kontrwywiadu MSW, z jej szefem na czele, podsekretarzem stanu, generałem brygady Władysławem Pożogą, zastępcą ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka.
Departamenty I (wywiadu) i II (kontrwywiadu) nie miały nic wspólnego z pracą MO, co jednoznacznie pokazuje, że Roman Kurnik, pomimo noszenia później policyjnego munduru, miał związek ze służbami specjalnymi PRL.
23 lutego 1984, po wcześniejszym odbyciu kursu kodowego i szyfrowego, wiceminister spraw wewnętrznych, gen. bryg. Władysław Pożoga deleguje porucznika Romana Kurnika na trzy miesiące do Ambasady PRL w Sztokholmie na stanowisko drugiego szyfranta.
Oczywiście akta nie zawierają informacji, jakie prawdziwe zadanie miał wykonać na terenie Szwecji Roman Kurnik w tym okresie.
Szwecja była podówczas ważnym kanałem przerzutu pomocy dla podziemnej „Solidarności”. W Polsce służby bezpieczeństwa zaciekle walczyły z opozycją, dokonywały brudnych mordów politycznych. Dokładnie tego samego dnia, kiedy gen. Pożoga deleguje Kurnika jako szyfranta do Szwecji, zmarł  trzydziestojednoletni Zbigniew Tokarczyk, działacz NSZZ „Solidarność” i KPN, internowany w stanie wojennym i szykanowany przez SB. Ciało znaleziono koło jego domu. Sekcja wykazała urazy wątroby i płuc oraz ślady ciosów.
Dla służby bezpieczeństwa Szwecja była też ważna z innego względu. W latach osiemdziesiątych służby tajne PRL w celu pozyskania dodatkowych źródeł dochodów na swoje operacje specjalne zaczęły produkować i przemycać do Szwecji amfetaminę. Miała być produkowana w jednym z zakładów farmaceutycznych.
Organizacją stałego przemytu polskiej amfetaminy do Szwecji miał się zajmować miedzy innymi Kazimierz Hedberg, pseudonim Kartofel lub Czapeczka, o którym będzie więcej w dalszej części.
W 1995 roku Hedberg został skazany przez sąd w Sztokholmie na dwanaście lat więzienia za handel amfetaminą. Dzięki wpływom mocodawców, w 1997 roku wrócił do Polski i odzyskał wolność.
Według wniosku ekstradycyjnego i zeznań Artura Zirajewskiego był on uczestnikiem spotkania w hotelu Marina w Sopocie, gdzie omawiano zabójstwo generała Marka Papały.
- To nasz człowiek – wyznaje funkcjonariusz SB, potem UOP, a następnie ABW. – Prowadziliśmy go od lat osiemdziesiątych.
Jakie zadanie wykonywał Roman Kurnik dla tajnych służb? Czy tylko wspierał w szyfrowaniu swego kolegę w ambasadzie PRL, czy też, jak potocznie mówiono, wysłano go „na wykopki”, czyli by sobie dorobił w tak wówczas cennych „zachodnich środkach płatniczych”? 
Kurnik jednak musiał się sprawdzić w pracy dla tajnych służb PRL, bo 19 czerwca 1985 roku generał Pożoga wnioskuje o delegowanie porucznika „wraz z rodziną w charakterze szyfranta do pracy w przedstawicielstwie dyplomatycznym PRL w Tokio (Japonia) na okres 2 lat”.
W związku z tym Roman Kurnik przechodzi do Grupy „Z” Biura „A” MSW w stopniu młodszego inspektora. Biuro „A” – to biuro szyfrów podlegające szefowi wywiadu i kontrwywiadu MSW. Oficjalnie Kurnik został delegowany do pracy w MSZ.
Po dwóch latach, pierwszego czerwca 1988 roku, Roman Kurnik wraca do Polski, którą wkrótce czeka zmiana ustrojowa. Do tej zmiany ludzie służb specjalnych PRL już się przygotowywali. Kurnik rozwiązuje stosunek służby z MSZ i po urlopie składa raport o powrót do MSW.

24 sierpnia 1989 sejm powołuje rząd Tadeusza Mazowieckiego. W ramach porozumienia tzw. resorty siłowe pozostają we władaniu ludzi dawnego PRL. Powstaje komisja ds. kadr centralnych, czyli MSW. W wyniku weryfikacji spośród 24 tysięcy funkcjonariuszy SB w UOP zatrudniono ok. 5 tysięcy, a dwa razy tyle trafiło do policji.
Roman Kurnik przechodzi weryfikację pozytywnie i składa wniosek o przyjęcie do służby w UOP. Jednak jego kandydaturę odrzuca Krzysztof Kozłowski, pierwszy szef Urzędu Ochrony Państwa.
Kurnikowi pozostaje się tylko cieszyć, że 16 lutego 1990 roku z rąk ministra MSW, generała Czesława Kiszczaka, otrzymał nominację na zastępcę dyrektora Departamentu Kadr Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Na tym kończy się zawartość akt osobowych, jakie udostępniono mi w Instytucie Pamięci Narodowej. Mogę się tylko posiłkować tym, co jest ogólnie dostępne w mediach i oprzeć na własnych ustaleniach.
Funkcjonariusz dawnego MSW, potem UOP:
- Gdyby lewica nie doszła ponownie do rządu, Kurnik znalazłby się dawno poza resortem. Kiedy komendantem głównym został Roman Hula (od 17 lipca 1991 do 14 stycznia 1992, od aut.), zawiesił Kurnika. Ten przychodził do pracy, ale odsunięto go od wykonywania ważnych spraw. Miał dobrowolnie odejść sam na wcześniejszą policyjną emeryturę. Po  odwołaniu Huli nastała era Kurnika. Zaczął budować swoją pozycję w policji i MSW. Obsadzał swoimi ludźmi komendy wojewódzkich i komendę główną.
W 1997 roku z nominacji gen. Marka Papały zostaje zastępcą Komendanta Głównego Policji.
Na wieść o tej nominacji miał zareagować sprzeciwem Urząd Ochrony Państwa, twierdzi generał Andrzej Anklewicz. Sądzi on, że ktoś z najbliższej rodziny donosił na Romana Kurnika.
Roman Kurnik po tej nominacji był pewny, że wreszcie otrzyma szlify generalskie. Uszył sobie nawet mundur generalski. Wniosek o nominację podpisał komendant Papała, jednak premier Włodzimierz Cimoszewicz nie przesłał go do prezydenta.
Po zwycięstwie AWS w wyborach 1998 roku Kurnik odchodzi do biznesu. Był w radach nadzorczych spółki Mennica Ochrona należącej do Mennicy Państwowej, Towarzystwa Finansowego Silesia, Przedsiębiorstwa Budowy Gazociągów i Obiektów Towarzyszących Megagaz (znanego z budowy fatalnie opóźnionej trzeciej nitki rurociągu Przyjaźń), SAZ First Class Biuro Podróży (posiadało umowę z Komendą Główną Policji na pośrednictwo w zakupie biletów lotniczych dla policjantów), a także Przedsiębiorstwa Budowy Szybów SA w Bytomiu.
Gdy w 2001 roku SLD znów dochodzi do władzy, a premierem zostaje Leszek Miller, pułkownik Roman Kurnik zostaje doradcą w gabinecie politycznym szefa MSWiA Krzysztofa Janika.
- To za sprawą Kurnika komendantem głównym zostaje Antoni Kowalczyk (26 października 2001, od aut.) – mówi dawny funkcjonariusz MSW, potem UOP. – Prawie co tydzień meldował się u Kurnika, chociaż ten był tylko doradcą.
Kowalczyk odszedł ze stanowiska w październiku 2003 po ujawnieniu roli, jaką odegrał w aferze starachowickiej. Prokuratura postawiła Kowalczykowi zarzuty składania fałszywych zeznań w śledztwie dotyczącym „przecieku starachowickiego”. Kowalczyk złożył fałszywe zeznania przed prokuratorem. Twierdził, że nie przekazał informacji o planowanej akcji CBŚ przeciwko starachowickim samorządowcom i gangsterom wiceministrowi spraw wewnętrznych Zbigniewowi Sobotce, oraz że nie powiadomił prokuratury o przecieku informacji w tej sprawie.  3 grudnia 2007 został skazany za fałszywe zeznania i zatajenie prawdy na 1 rok i 2 miesiące pozbawienia wolności oraz trzyletni zakaz sprawowania funkcji publicznych.
Mój rozmówca twierdzi, że przy odwołaniu Romana Kurnika w 2002 roku wykorzystano pretekst, iż w oświadczeniu majątkowym pominął udział w radach nadzorczych kilku spółek.
Krzysztof Janik w wywiadzie z Konradem Piaseckim dla RMF FM tak tłumaczył się z jego nominacji:
- Mogę powiedzieć tylko tyle: nie wiem, co pan Kurnik robił wcześniej. Ja go poznałem, gdy w czasie prac sejmowych, bo ja byłem wtedy prostym posłem, przyprowadził go do mnie Papała. Potem, jak rozumiem, AWS go wyrzuciła ze stanowiska zastępcy komendanta głównego. Wrócił do resortu trochę w takiej atmosferze, że kolegom nieżyjącego Marka Papały trzeba pomagać.
Ludwik Dorn, ówczesny szef MSWiA w „Dzienniku” (2006.10.24) powiedział:
- Grupa Kurnika działała w MSW i Komendzie Głównej zawsze, niezależnie od tego, czy rządziła prawica, czy lewica. Najbardziej prawdopodobna hipoteza jest taka, że oni mieli haki na ważnych ludzi w Polsce.
Ludwik Dorn zapomniał dodać, że także i za jego czasów ludzie Kurnika byli w MSWiA i Komendzie Głównej Policji. Są tam zresztą do dnia dzisiejszego.
- Kurnik ma zdumiewająco aktualną wiedzę o tym, co dzieje się w resorcie – mówił mi w czasie rozmowy w 2007 roku generał Adam Rapacki, zanim został wiceministrem MSWiA.

Utajniona droga zawodowa pułkownika Romana Kurnika
Rozdział z książki Sylwestra Latkowskiego „Zabić Papałę”, wydawnictwo Rosner& Wspólnicy.
(1) komentarzy / skomentuj

Luca był gejem, czy bi? 24-02-2009 09:58

Fronda.pl od jakiegoś czasu śledzi losy piosenki „Luca był gejem.” i jej "uleczonego" z homoseksualizmu piosenkarza. Czytamy:

"Piosenka "Luca był gejem" zrobiła furorę w San Remo Do 59. edycji słynnego festiwalu piosenki w San Remo zakwalifikowano utwór o tym, że homoseksualizm jest chorobą. Sprawa trafiła nawet do Parlamentu Europejskiego. Wbrew przeciwnościom, piosenka omal nie zdobyła głównej nagrody. Povia jest szczęśliwy, że udało się wystąpić i to z sukcesem. Povia jest szczęśliwy, że udało się wystąpić i to z sukcesem. Nie czekając na werdykt jury, włoscy eurodeputowani orzekli, że piosenkę należy wykluczyć z konkursu, bo jest "homofobiczna". Napisali w tej sprawie list do prezesa włoskiej telewizji publicznej RAI, która jest organizatorem festiwalu. Utwór zatytułowany "Luca był gejem" ("Luca Era Gay") oprotestowali też włoscy działacze homoseksualni. Nie mogą oni wybaczyć autorowi, że uznał homoseksualizm za chorobę, z której można się wyleczyć. Co więcej, wykonujący piosenkę Povia stwierdził, że sam ma to już za sobą. Piosenkarzowi przed występem grożono, ale wszystko to na nic. Nie udało się zablokować występu włoskiego piosenkarza. Povia zaśpiewał: „Luca był kiedyś gejem, dziś do swej dziewczyny miłości jest pewien. Kiedy do niej dzwoni, śpiewa z sercem na dłoni. Dziś Luca jest innym człowiekiem." Oczarował publiczność, oczarował jury i zajął drugie miejsce. (JaLu/Rai.it/Povia.net)

Włoski piosenkarz wyleczony z homoseksualizmu „Piosenka opowiada historię chłopca wyleczonego z homoseksualizmu. Do napisania piosenki zainspirowało Povia własne doświadczenie. Piosenkarz przez krótki okres swojego życia był homoseksualistą, następnie „powrócił” do heteroseksualności namawiając do tego samego swoich dwóch przyjaciół homoseksualistów. Narodowa włoska siatka gejowsko-lesbijska Arcigay ogłosiła, że jest to „żałosna operacja reklamowa” i oskarża Povia o „obrzydliwą reklamę na cierpieniach pewnych osób" i o to, że „uznaje homoseksualizm za chorobę, z której można się wyleczyć”. Povia powiedział, że po pojawieniu się piosenki mówiącej o wyleczeniu się z homoseksualizmu, grożono mu śmiercią. (MaRo/e-deo.info).

Całość sprawy w komentarzu na Fronda.pl podsumowała „Dresiara Bez Majtek”:

„Ojezu!? On mi bardziej na transseksualną kobietę wygląda. nvm. Do jahosa i maciusia dopiero wróciłam do domu miałam ważne spotkanie i dopiero teraz mogę nadrobić zaległości w niusach okraszonych katolickim spojrzeniem.... Myślę że jeśli ktoś będąc gejem może robić z tego powodu pieniądze i mówić o tym to nie widzę powodu by ktoś będąc heterykiem robił karierę mówiąc o sobie. Jak twierdzi że się wyleczył. Jeśli 7 miesięcy bawił się z facetami to na litość boską nie mówmy tu o byciu gejem co najwyżej byciu biseksualistą... Jego bycie gejem to dokładnie tak jak ja była ewą. Mogę nią być, ale nie widzę w tym celu. On cel znalazł i może uda mu się ugrać trochę grosza. Czemu nie. Po za tym w San Remo już śpiewano o gejach. 11 lat temu zdeklarowany gej Federico Salvatore śpiewał o chłopcu, którego matka wyrzuciła z domu, gdy wyznał, że jest homoseksualistą. W ubiegłym roku Anna Tatangelo wystąpiła z piosenką „Mój przyjaciel” mówiącą o prześladowaniach gejów. A w tym roku piosenka o leczeniu gejów... Nośny temat. A Włoskim gejom współczuje bardziej niż tym z polski.”

http://www.fronda.pl/news/czytaj/wloski_piosenkarz_wyleczony_z_homoseksualizmu
(0) komentarzy / skomentuj

Szołbiznes po polsku 23-02-2009 23:08

(1) komentarzy / skomentuj

Nie ma skróconych dróg (2000) 23-02-2009 21:35

(1) komentarzy / skomentuj

Klatka - wznowienie na DVD 23-02-2009 15:58
Film jest przejmującą impresją na temat zinstytucjonalizowanej agresji, składającą się z obrazów kręconych na stadionach piłkarskich, podczas ulicznych walk i treningów kick-boxingu. Z offu słychać zwierzenia chuliganów.

Głos z offu: "Dlaczego walczę? Dla przyjemności. Tak jak jeden lubi zjeść w McDonaldzie, drugi lubi oglądać filmy pornograficzne, to mnie sprawia przyjemność założyć rękawice i się poboksować. Kopnięcie, poturlanie się w parterze to jest moja przyjemność. Oderwanie się od rzeczywistości. Ekstremalna postać sportu walki. Każdy szuka czegoś mocniejszego, lubię to, to mnie kręci. Człowiek po całym dniu pracy, osiem godzin albo kilkanaście, zamiast wyżywać się w domu na rodzinie, trochę się pobije, wyleje trochę tego potu i od razu czuje się lepiej."

Maszerują na mecz zwartym szykiem, eskortowani przez policję albo prosto z dworca są przewożeni sukami na stadion. Od scen przypominających zadymy w stanie wojennym zaczyna się dokument Latkowskiego o chuliganach - słowo "chuligan" nie jest tu inwektywą narzuconą z zewnątrz. Jego bohaterowie sami mówią o sobie: "W tym moim życiu chuligańskim...".

Są wojownikami, mają swój etos, swoje treningi i trenerów. Mecz piłkarski jest dla nich tylko pretekstem do odegrania stadionowej fiesty. Celem jest bitwa rozegrana poza stadionem. W zwolnionym tempie, do chorałowej muzyki, Latkowski filmuje pole bitwy - zwarcie dziesiątków ciał, któremu towarzyszą wzmocnione odgłosy walki na pięści i kopy. Zaprawą są treningi kick-boxingu rozgrywane w klatkach.
Czy kibicowanie jest hobby?

Piłki właściwie nie widać. Nie chodzi też o "wiarę" ("jedno z najważniejszych słów w języku każdego kibica"). Czytelnicy "Magazynu Polskich Kibiców" (www.tomykibice.com i www.chuligani.prv.pl) nie będą z "Klatki" zadowoleni. Redaktor tego magazynu, gdy zwróciliśmy się do niego o opinię o filmie, odmówił kontaktu. Być może miałby do zarzucenia to, że Latkowski do jednego worka wrzuca zwykłych szalikowców, ultrasów oraz prawdziwych bandytów.

"Dlaczego nas nie lubią? - czytam na stronach tomykibice. "Ano dlatego, że w oczach przeciętnej babci kibic jest niczym innym jak pijanym łobuzem, a mecz kojarzy się jej raczej z kawalkadą pojazdów policyjnych jadących na wojnę niż z grą w piłkę." I dalej już pryncypialnie: "Uwypuklenie społeczeństwu istnienia tej grupy i pokazanie, że kibicowanie jest normalnym hobby dla każdego, a nie profesją sfrustrowanej młodzieży bez perspektyw, to jest to, czego w mediach nie widać...". Trzeba "edukować media", oddzielić "normalnego kibica" od "kibola" - piszą.

Magazyn kibiców ma cel pedagogiczny - głosi potrzebę honorowych zasad. Mówi o tym, co "prawdziwemu wojownikowi nie przystoi"(używać koktajli Mołotowa, noży i tasaków). Film Latkowskiego ma sens zupełnie inny. Jest nie tyle rozpoznaniem środowiska, ile obnażeniem gołej przemocy. Podległą emocjom kamera Latkowskiego do takiego rozpoznania nie byłaby chyba zdolna. "Klatka" jest próbą wejścia w emocje "chuligana", spojrzenia na walkę jego oczami, a następnie zdystansowania się.

W wideoklipowym montażu udało się uchwycić panującego na stadionach ducha przemocy przybierającego formę nowego rytuału. Ten rytuał może komuś przypominać średniowieczne turnieje rycerskie, plemienne walki czy też polityczne zadymy, ale w gruncie rzeczy jest pustym spektaklem pozbawionym innego celu poza "adrenaliną". I właśnie z tej pustki, nie z brutalności "sportu walki", wynika smutek tych obrazów.

Bohaterowie "Klatki" poruszają się w społecznej i mentalnej próżni. Kiedy oglądałem ten film, nasunęły mi się pamiętne sceny z "Człowieka z żelaza" - pochód z zabitym manifestantem komentowany z milicyjnego samochodu: "Na czele idzie młodzież, młodzież". "Klatka" jest niezamierzoną, okrutną parodią tych scen. Młody chuligan odwiedza grób kolegi zatłuczonego w 2003 r. przez innych kiboli. Czy ta śmierć stanie się ostrzeżeniem?

Co mamy robić?

W latach 50., gdy zaczynano opisywać zjawisko polskiego chuligaństwa, istotne było pytanie o społeczne przyczyny zjawiska. "To wszystko z nudów, wysoki sądzie" - śpiewano w STS-ie, kierując oskarżenie w stronę ustroju. Dziś tak wyraźnej społecznej diagnozy nie da się postawić. Na pytania reporterki "Gazety" Lidii Ostałowskiej, czy "kibole to margines? Bili się, bo pokończyli tylko zawodówki? Zawiniło bezrobocie?", socjolog Albert Jawłowski odpowiadał: "Robią to dlatego, że lubią". - Mamy to akceptować? - pytała reporterka. - A co możemy zrobić? Powiedzieć im: zbierajcie motyle? - zastanawia się socjolog.

W sytuacji rozmycia moralnych kryteriów w kulturze, kiedy zatraca się poczucie granic normalności, każda społeczna dewiacja ma szansę być oswojona, zaszufladkowana, opatrzona stosowną nazwą. Jej potępienie spotyka się z publiczną reakcją zainteresowanych. Śmiałość - a może idealizm Latkowskiego - polega na tym, że odwołał się do wypieranego z naszej świadomości staroświeckiego poczucia odrazy.

Tadeusz Sobolewski, Gazeta Wyborcza, 22-12-2003
Film do nabycia na DVDhttp://sklep.fonografika.pl/product_info.php?products_id=6331
(0) komentarzy / skomentuj

Czego tu gratulować? 20-02-2009 23:10

Obiad w sejmowej restauracji. Cena kryzysowa-24 złote. A to najdroższy zestaw. Niestety wybrałem fatalne miejsce. Przede mną zasiadł poseł, który co chwila odbierał gratulacje, że został członkiem komisji, która ma wyjaśnić okoliczności porwania i śmierci Krzysztofa Olewnika.
(0) komentarzy / skomentuj

Tyż prawda 20-02-2009 22:48
Zaszedłem do księgarni „Czytelnika” przy Wiejskiej. Przeglądając stolik z książkami podeszła do mnie kierownik księgarni i zwróciła mi uwagę, że jednak na spotkaniu z Tadeuszem Konwickim były tłumy. „Dwieście osób przyszło”.  Przyszedłem za późno i nie widziałem.

Wyszedłem z mojej ulubionej księgarni trzymając pod ręką książkę Orhana Pamuka „Śnieg”, przypominając sobie góralską teorię poznania wygłoszoną przez Józefa Stanisława Tischnera, że są trzy prawdy: „Świenta prowda, Tyż prowda i Gówno prowda.” Chyba przeszarżowałem ze swoją prawdą.

(1) komentarzy / skomentuj

Dziennikarski magiel 19-02-2009 15:34
Środowisko dziennikarskie ma jedną nieznośną cechę, jest rozplotkowane i skłonne do szerzenia „czarnego pijaru”. Przy tym wszystko podawane jest jako sprawdzona informacja. Pod względem „magla” dziennikarze nie ustępują politykom, chwilami ich przeganiają, bo sami ich nakręcają swoimi wiarygodnymi wiadomościami „off the record”.

(2) komentarzy / skomentuj

Spowiedź Sumlińskiego (fragment) 17-02-2009 01:47

(4) komentarzy / skomentuj

O subiektywnym spojrzeniu w dokumencie, kamilianach w rozmowie z ks. Arkadiuszem Nowakiem 16-02-2009 10:12

(0) komentarzy / skomentuj

Ścigany (Wieczerzak): akt oskarżenia PZU będzie dotyczył zakupu papieru toaletowego... 14-02-2009 20:06

(2) komentarzy / skomentuj

Zabić Papałę (Roman Kurnik) 13-02-2009 03:30

(4) komentarzy / skomentuj

To czas Palikota, a nie Konwickiego 10-02-2009 23:10
Idąc na spotkanie przechodzę obok księgarni „Czytelnika”. Przystaję obok wystawy. Zerkam do wewnątrz. Spostrzegam Tadeusza Konwickiego.  Obok niego garstkę ludzi. Niektórzy trzymają w ręku lampki szampana. Raczej wina musującego. Na szybie karta formatu A4, zwykła kartka odbita na ksero informuje, że trwa spotkanie z Konwickim, który podpisuje swoją ostatnią książkę.  Obok klienci mają gdzieś pisarza i spokojnie przeglądają książki.

Więcej sensacji wywołuje poseł Janusz Palikot, wspomina o tłumach przychodzących na spotkania z nim, którego regularnie można spotkać w tej księgarni. Co jak co, ale Palikot to ta część oświecona wśród posłów, czytająca książki . Dziwne, że go tutaj nie spotkałem na wieczorze z Konwickim. Zbyt często bywa w "Czytelniku", by nie przeczytać ogłoszenia. Mógłby też przyjść z prawdziwym szampanem na wieczór z Konwickim. Albo przynajmniej gorzką miętową palikotówką. Politykom stawia, więc mógłby postawić Konwickiemu i tej garstce czytelników. No tak, ale nikt z tego nie zrobiłby newsa. Trzy godziny później jest u Bogdana Rymanowskiego w TVN24. Wszystko jasne. Ale to prowokacyjny żart. Bo Palikot to jeden z tych co wykładał pieniądze na kulturę, nie wiem, czy dzisiaj to robi, bo w głowie szumi mu polityczny zgiełk, ale kiedyś to robił. Palikot jest tylko przykładem pokazującym, że w dzisiejszym stabloizowanym świecie to jego czas, a nie Konwickiego. Bo kogo obchodzi dzisiaj pisarz?
(4) komentarzy / skomentuj

Rzeźnicy Allacha 09-02-2009 22:56
Rzeźnicy Allacha zgładzili, tak jakby składali ofiary z ludzi - ofiary, którymi starożytni barbarzyńcy oddawali cześć swoim złaknionym krwi bogom. Jedyna różnica między nimi polega na tym, że z uroczystości składania ofiar w starożytności nie powstały filmy. Chcąc je sobie wyobrazić, musimy zawierzyć archeologii. Dziś natomiast takie filmy powstają. Prawie zawsze. Pokazują je regularnie, przynajmniej we fragmentach, ci, których nazywam Ministerstwem Informacji Af-Kaidy, czyli kanał telewizyjny AI-Dżazira. Zaś w całości - strony internetowe nawołujące do Świętej Wojny. A kto tylko zechce, może je zawsze kupić na bazarze w Bagdadzie, gdzie kasety wideo z potwornościami i okrucieństwami pomysłu islamskich terrorystów to prawdziwe bestsellery. Na zaledwie jednym straganie w dwanaście godzin sprzedaje się sześćset pięćdziesiąt kopii. Możesz stąd wnosić, że ulubioną rozrywką porządnych rodzin w stolicy Iraku jest rozkoszowanie się widokiem człowieka z zasłoniętymi oczami, któremu w imię Gniewnego i Miłosiernego Boga zamaskowani, ukryci pod kafiami kaci odczytują wyrok śmierci, a potem podrzynają gardło albo obcinają głowę nożem-piłą. A jeszcze lepiej, jeśli ofiara, nim nóż-piła przetnie jej struny głosowe, prosi o litość, rozpacza, krzyczy jak Kim Sun: „Nie chcę umierać. Proszę was, nie róbcie tego, nie chcę umierać.

Oriana Fallaci "wywiad z sobą samą.Apokalipsa."

(1) komentarzy / skomentuj

Śniadanie dla... 07-02-2009 02:17

Ostatnie tygodnie to stany, w których przez wiele godzin nie jestem w stanie wyjść z łóżka. Powikłania grypy, osłabienie, zmęczenie i chyba niechęć do wysuwania nosa na świat.

Nie mam ochoty i siły patrzeć na stacje informacyjne. Kiedyś pijąc pierwszą kawę włączałem TVN24, ale teraz nie mogę patrzeć na postępującą rano tabloizację stacji, głupie seksistowskie dowcipy z pogodynkami i czytającymi wiadomości, kretyńskie i kompromitujące rozmowy, szczeniaterię. Ktoś stwierdził, że widzowie to idioci, więc róbmy telewizję dla idiotów. Dlatego ekran telewizora już mnie nie budzi. "Pytania na śniadania" i "Dzień dobry" są od dawna na innych antenach. Na szczęście po południu normalnieją. Bo tylko ich się jeszcze da oglądać.

Piję mniej filiżanek kawy, prawie w ogóle alkoholu. Dla ludzi stałem się kostką lodu.

Coraz bardziej zanurzam się  w pisanie książki „Polska mafia” i montaż „Ściganego”.  Obiecałem Andrzejowi Rosnerowi dostarczyć na wiosnę maszynopis. Piotr Pytlakowski dołożył mi jeszcze pracę nad drugą książką. Razem mamy wydać ją za kilka miesięcy. Najchętniej uciekłbym przed tym wszystkim. Skoro świat pogrąża się w kryzysie, dlaczego ja nie miałbym także się ugiąć pod jego ciężarem? Wygodne wytłumaczenie.

*zdj. z planu "Ścignego"

(2) komentarzy / skomentuj

Do tej pory to ja zapraszałem ks.Arka Nowka przed kamerę, tym razem on... 05-02-2009 21:15

(0) komentarzy / skomentuj

Świetlówka Pawlaka 04-02-2009 21:38

Kataryna pyta o świetlówkę Pawlaka:

„... firma od której  Pawlak za nasze pieniądze kupi świetlówki żeby je potem rozdać - nie mógł marzyć o lepszej reklamie. Nie każdemu rząd reklamuje towar, za darmochę.(...) Firmy zazwyczaj płacą ciężkie pieniądze za możliwość promowania swoich towarów, dodawania ich za darmo do gazet, rozdawania potencjalnym klientom. Philips będzie to miał za publiczne pieniądze, rząd sam mu zorganizuje i sfinansuje ogólnopolską kampanię promocyjną(...)


Bardzo jestem ciekawa jak wyglądała specyfikacja istotnych warunków zamówienia i do których firm zostało skierowane zapytanie o cenę. Jeśli polski rząd angażuje swój autorytet i publiczne pieniądze w promowanie jednego produktu, jednej firmy, chciałabym wiedzieć wszystko o trybie wyboru tego produktu, tej firmy, mieć stuprocentową pewność, że rząd  za moje pieniądze zakupił najbardziej uniwersalne świetlówki a zapytanie o cenę wystosował do każdej firmy je produkującej(...)
Chciałabym zobaczyć to zapytanie o cenę i listę jego adresatów, trochę mnie dziwi, że w walce o tak atrakcyjne bo połączone z darmową promocją zamówienie  (...) praktycznie nie miał konkurencji, co widać nie tylko po liczbie złożonych ofert ale też po ogromnej różnicy w cenie. Ale może rynek uniwersalnych energooszczędnych świetlówek po prostu jest rynkiem jednego bezkonkurencyjnego producenta”.

Pawlaka od lat pyta się o wiele, ale nijak nie można się doprosić odpowiedzi. Na przykład o jego związki z generałem Józefem Sasinem, Edwardem Mazurem. Zapraszam do obejrzenia filmu „Zabić Papałę” i lektury książki o tym samym tytule, gdzie jest o tym mowa. Jeden ze świadków w filmie opowiada, jak to Sasin brał Mazura ze sobą na spotkania w Sejmie z Pawlakiem. Na pewno chodziło tylko o towarzyską rozmowę przy kawie.

Kataryna nie jest chyba naiwna, że koalicja upadnie przez świetlówkę Pawlaka.

http://kataryna.blox.pl/html

(2) komentarzy / skomentuj

Rymanowski popsuł odświętny charakter rocznicy. A tak dobrze szło... 04-02-2009 21:14
Oskarżeni potrafią być wwożeni na salę na łóżkach, orzeczenia lekarskie o niezdolności do stawienia się na procesie są podważane przez powoływanie innych biegłych. Okazuje się, że są jednak równi i równiejsi. W przypadku Czesława Kiszczaka mamy do czynienia z zastanawiającym przyzwoleniem sądu do obstrukcji procesu. Racje ma Łukasz Warzecha, który w swoim blogu pisze:

„Nie jestem w stanie pojąć niezwykłej tolerancji, z jaką do postawy Kiszczaka podchodzi niezawisły podobno sąd III Rzeczpospolitej. Od jego rzecznika chciałbym się dowiedzieć, czy toczy się przed nim jeszcze jakaś sprawa karna, w której oskarżony notorycznie uchyla się od stawiennictwa przed sądem, a mimo to ten nie zarządza jego doprowadzenia albo, w razie recydywy, aresztowania na czas procesu. Nie pojmuję, dlaczego były oberesbek cieszy się w polskim sądzie specjalnymi względami i dlaczego płazem uchodzi mu to, co żadnemu innemu oskarżonemu płazem by nie uszło. Nie rozumiem, dlaczego nie słyszymy w tej sprawie żadnych wyjaśnień, które się chyba należą. Czy sędzia czegoś się boi? Czy ktoś na niego naciska? A może ma jakieś osobiste, wręcz życiorysowe przyczyny, dla których działa tak, a nie inaczej?
Powie ktoś, że rzucam na sąd bardzo poważne oskarżenia, nie mając żadnych dowodów. To oczywiście jedynie spekulacje, ale czuję się do nich uprawniony wobec niebywałej łagodności sądu i braku jakiegokolwiek wytłumaczenia tejże.”

Przerwany wywiad Kiszczaka, wykopanie Rymanowskiego z kamerą, zakończyło świętowanie 20 rocznicy obrad okrągłego stołu na wysokim „C”. Nie da się już udawać, że obie strony miały czyste intencje, doznali metamorfozy. Gadanie o honorze. Budowanie atmosfery odświętności, zwycięstwa nie uda się już przywrócić. Czuć zgniliznę. Smród z ust Kiszczaka, jaki roztoczył się wczoraj, nie da się tak szybko przewietrzyć.

Każdy następny wywiad z Czesławem Kiszczakiem powinien zacząć się od pytań zadanych przez Bogdana Rymanowskiego. Powinien. Obawiam się jednak, że znajdzie się dziennikarz, który ulegnie warunkom byłego szefa służb PRL i początku III RP.

http://lukaszwarzecha.salon24.pl/384478.html
(2) komentarzy / skomentuj

Uchodźcy z Korei Północnej 04-02-2009 13:51
Lektura książki „Uchodźcy z Korei Północnej” Juliette Morillot, Dorian Malovic  przechodzi wszelkie wyobrażenia. I ta bezradność. Jedynie można napisać książkę, zrealizować film. Ktoś się wzruszy, wkurzy, i tyle.

(1) komentarzy / skomentuj

Widziane z loży numer 6 04-02-2009 12:09
Zastanawiałem się jak skomentować "Telekamery", ale najlepiej zrobiła to Donata Subbotko w Gazecie Wyborczej: "Pomysłem, który mógłby ożywić  telekamerowego trupa, byłaby kategoria najgorszy serial, aktor albo muzyka. Naród głosowałby jeszcze chętniej. I kto wie, czy nie wygrywaliby ci sami."

Jak co roku, bywam tam z obowiązku, mam ten sam problem i pytam co chwila: A kto to jest? W czym zagrała lub zagrał? Kompletnie nie znam tych aktorek i aktorów. Poza jednym, którego znam jako sąsiada.

(3) komentarzy / skomentuj

IDIOTA Z TVP KULTURA. Robocze zdjęcia filmu "Ostatnia Wieczerza" Rozmawiają: Maciej Świeszewski i Andrzej Dziuk Zakopane, Teatr St.I.Witkiewicza, styczeń 2009 31-01-2009 21:23

(7) komentarzy / skomentuj

Wkład Polaków do kodu Europy to słowo „kurwa”? 31-01-2009 20:56
Wgrywanie materiałów zdjęciowych do avida (systemu montażowego) to nudny proces. Nudę zabijam lekturą książki „Europejski alfabet” Karla-Markusa GauB. Książka to zbiór pojęć stanowiących według autora kod Europy.  Cóż Polacy wnieśli według austriackiego pisarza do Europy? Ano, tylko słowo „kurwa”. Według niego brutalizacja naszego języka sięgnęła dna. „Prędzej zjednoczeni handlarze żywym towarem wszystkich krajów, którzy dziś wspólnie zaopatrują europejski rynek w towar „kurwa ze Wschodu”, dobrowolnie wycofają się z interesów, niż da się  zatrzymać skurwienie języków europejskich.”

(2) komentarzy / skomentuj

Z zawodowego doświadczenia: Nikt w tym resorcie nie czuje się za nic odpowiedzialny 26-01-2009 11:01
Pozwoliłem sobie w tej formie przytoczyć komentarz Elżbiety Petruk, zamieszczony pod jednym z ostatnich moich wpisów na blogu, do ostatnich wydarzeń związanych ze śmiercią Roberta Pazika, zabójcy Krzysztofa Olewnika. Elżbieta Petruk przez wiele lat pracowała jako psycholog więzienny, następnie jako kierownik działu penitencjarnego w zakładzie karnym, w 2007 roku w stopniu majora przeszła na emeryturę:

„Pracowałam w więzieniu i wiem, że samobójstwa tu zdarzały się i będą się zdarzały. Prawdą jest, że służba zobowiązana jest do zapobiegania i przeciwdziałania samobójstwom, ale też prawdą jest, że zewnętrzna ochrona sprawcy autodestrukcji przed nim samym praktycznie nie do końca jest możliwa. Wszystkie dyskusje o prześcieradle Pazika, monitorowaniu go i w ogóle o możliwości powieszenia się w celi spaliłyby na panewce, gdyby na przykład w nocy cichutko, pod przykryciem przegryzł sobie żyły. Znam taki przypadek ze swojego zawodowego doświadczenia. Więc dla mnie nie jest to problem tylko samobójstwa uwięzionego.

Medialna histeria, jak to określił minister Ćwiąkalski dotyczy zupełnie innego problemu – dotyczy stanu wymiaru sprawiedliwości, poziomu pracy funkcjonariuszy i urzędników ministerstwa sprawiedliwości, sprawności policji, poczucia bezpieczeństwa obywateli i ochrony ich praw przez urzędy do tego powołany. Pazik pośmiertnie przysłużył się społeczeństwo, bowiem wywołał debatę na temat układów polityczno-bisnesowo-przestępczych, mataczenia w śledztwie, nieudolności i niechlujstwa w wykonywaniu obowiązków przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości – jak to celnie określi premier Tusk. Mam prawo do takiej oceny, bowiem jestem jednym z obywateli naszego kraju, którzy na własnej skórze tego doświadczyli.

Panowie ministrowie Ćwiąkalski i Cichosz, pan prokurator Staszak nie czują się winni, a wiceminister Cichosz wręcz jest zbulwersowany takim określeniem premiera. A ja zapraszam – jeśli tylko Panowie ci są zainteresowani przyniosę im na tacy nie tylko przykłady niechlujstwa, ale też sposobu działania w którym sprawiedliwość pozostaje tylko w nazwie tego resortu.

Jedynie idiota obciążałby personalną odpowiedzialnością tych Panów za śmierć konkretnego skazanego, ale czy Pan Cichosz obejmując swój urząd zapoznał się ze stanem więziennictwa? Czy zainteresował się chociażby medialnymi wydarzeniami, które zdarzyły się od roku 2006, a które jak nigdy dotąd psuły wizerunek tej służby? Jelenia Góra - funkcjonariusz strzela z wieżyczki, Wrocław - osadzony zabija konkubinę podczas widzenia, Sieradz - funkcjonariusz ostrzeliwuje radiowóz policyjny, Katowice - dyrektor okręgowy aresztowany. Kraków – Rumun kończy swe życie śmiercią głodową, Olsztyn – popełnia samobójstwo Franiewski pierwszy z porywaczy Olewnika. Lublin – areszt naszpikowany telefonami komórkowymi. Te opisywane przez prasę wypadki powinny dać do myślenia ministrowi odpowiedzialnemu za więziennictwo.

W Płocku odbierają sobie życie kolejni - Kościuk i Pazik. Przy trzecim przypadku nie dziw, że pojawia się określenie „domniemane samobójstwo”, ale ci, będący najbliżej sprawy są najbardziej zdziwieni i uparcie twierdzą – nic się nie dzieje. Coś się jednak dzieje i w zakresie więziennictwa to przede wszystkim odpowiedzialny za ten resort powinien zadać sobie to pytanie?

W dzisiejszym Antysalonie Ziemkiewicza w TVP Info powiedziano o powszechnym przekonaniu, że już nikt nie wierzy, aby coś zmieniło się w wymiarze sprawiedliwości. Jeden z uczestników programu stwierdził, że dzisiaj minister wymiaru sprawiedliwości powinien być jak wynalazca: wszyscy wiedzą, że nic się nie da zrobić, a on jedyny tego nie wie. Inny metaforycznie mówił o Twardyjewiczach w służbie więziennej, czyli sytuacji kadrowej. Wydaje się, że obydwaj mają rację. Sytuacja jest bardzo trudna. Tym trudniejsza, że nikt w tym resorcie nie czuje się za nic odpowiedzialni."
(18) komentarzy / skomentuj

Głos w sprawie samobójstwa podpułkownik ABW 23-01-2009 18:44
- Kiedyś Pan pytał o oficerów z Poznania, którzy wiedzieli sporo o sprawie (...) No, jedna Pani oficer, do tego wysoka, poszła drogą Barbary Blidy. Owszem, piła jak każdy w tym interesie. Ale czy awans za PiSu to już zbrodnia? (...) Nie była... ale ścisle współpacowała z Departamentem Ochrony Interesów Ekonomicznych Państwa. Na miejscu gazety nie ferowałbym tak  lekko wyroków i nie robił z niej alkoholiczki.To, że byly na nia donosy..cóż w tej firmie jest też zawiść kolegów o awans. Zapewniam Pana, że ta kobieta gorzko żałowała tego awansu po tym  jak ją maglowano.

(2) komentarzy / skomentuj

Wypadają pierwsze trupy z szafy Ćwiąkalskiego i Staszaka 23-01-2009 17:10
Wypadają pierwsze trupy z szafy byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego i prokuratora krajowego Marka Staszaka.  Sprawa opisana przez Marcina Rybaka (Polska - Gazeta Wrocławska) i Dominika Panka (Radio Wrocław, Piąta Władza) pokazuje jak obaj funkcjonariusze prawa potraktowali uznaniowo sprawę niezależności prokuratura, sprawę, w której mamy  w tle do czynienia ze znanym wrocławskim biznesmenem, sporem o dużą kasę i znaną kancelarią prawną obsługującą jedną ze stron w sporze.

„Czy we wrocławskiej prokuraturze na Starym Mieście doszło do bezprawnych nacisków w sprawie jednego z najbogatszych wrocławian - Lecha Poniżnika-Kunkela? "– czytamy w Polska - Gazeta Wrocławska.

„Tak twierdzi dwoje prokuratorów, którzy złożyli doniesienie o przestępstwie na szefową wrocławskiej Prokuratury Okręgowej Katarzynę Boć-Orzechowską.
Sprawa zaczęła się, gdy zagraniczny fundusz inwestycyjny, z którym wrocławski biznesmen robił interesy, zawiadomił prokuraturę, że został oszukany na prawie 6 milionów euro.

W sierpniu ubiegłego roku prowadząca tę sprawę prokurator Małgorzata Kalecińska ze staromiejskiej prokuratury umorzyła ją. Uznała, że przestępstwa nie było, a spór może wyjaśnić sąd cywilny.
Ale - według autorów doniesienia - szefowa wrocławskiej Prokuratury Okręgowej Katarzyna Boć-Orzechowska miała polecić, by sprawę wznowić i przekazać do prowadzenia Prokuraturze Okręgowej.

Kalecińska oświadczyła, że pod taką decyzją się nie podpisze. Sprawę wznowił jednak inny prokurator ze Starego Miasta. Zrobił to, gdy Kalecińska pojechała na trzydniowy urlop.
Gdy ta się o tym dowiedziała, napisała doniesienie o przestępstwie. Podpisał je także jej mąż, prokurator Piotr Kaleciński z Prokuratury Okręgowej.

Katarzyna Boć-Orzechowska zapewnia, że nigdy nie wydawała poleceń związanych z tą sprawą i nie naciskała, by wznowić śledztwo. Prosiła jedynie szefów Kalecińskiej, by przyjrzeli się śledztwu, bo przedstawiciele funduszu skarżą się na źle prowadzoną sprawę.

Jak ustaliliśmy wspólnie z dziennikarzami Radia Wrocław, doniesienie prokuratorów już w październiku ubiegłego roku trafiło do Ministerstwa Sprawiedliwości. Zajmował się nim osobiście ówczesny szef Prokuratury Krajowej Marek Staszak.
Zamiast jednak wyznaczyć prokuraturę spoza Dolnego Śląska, by zbadała doniesienie, potraktował je jak zwykłą skargę. I przekazał do wyjaśnienia... we Wrocławiu.”

Jak podaje portal Piąta Władza: „Rzecznik prasowy ówczesnego prokuratora krajowego, odwołanego kilka dni temu, stwierdziła, że Marek Staszak konsultował swoją decyzję z ministrem sprawiedliwości. (Zbigniewem Ćwiąkalskim – od aut.)”

„Prawnicy, których pytaliśmy o zdanie, uważają, że Marek Staszak popełnił błąd.
Najpierw należało zbadać, czy zawiadomienie jest słuszne. Jeśli nie - odmówić śledztwa. Wtedy autorzy zawiadomienia mogliby odwołać się do sądu. Tymczasem od decyzji w sprawie skargi odwołania nie ma. Dopiero interwencja u premiera spowodowała, że doniesienie nakazano zbadać prokuraturze w Poznaniu (…)
Znany prawnik profesor Piotr Kruszyński komentuje tymczasem, że zachowanie Staszaka powinna zbadać prokuratura.

http://polskatimes.pl/gazetawroclawska/fakty24/80350,naciski-w-sprawie-znanego-biznesmena,id,t.html
http://www.5wladza.blogspot.com/
http://prw.pl/articles/view/9788/wroclawscy-prokuratorzy-skarza-sie-na-swoja-przelozona-posluchaj
(6) komentarzy / skomentuj

Każdy boi się komisji śledczej do sprawy zabójstwa generała Marka Papały 22-01-2009 16:25

Mija jedenaście lat od morderstwa Marka Papały. Sprawa nadal niewyjaśniona. Kolejny raz przedłużono śledztwo w sprawie zabójstwa generała policji Marka Papały. Tym razem do czerwca. Generał został zastrzelony przed własnym domem w czerwcu 1998 roku. Mija więc jedenaście lat od tej zbrodni.(RMF FM)


W tym miejscu warto zapytać, dlaczego do tej pory, pomimo zbliżających się jedenastu lat od zabójstwa generała Marka Papały, nie powstała komisja śledcza w tej przynoszącej państwu, policji, wymiarowi sprawiedliwości hańbę sprawie? Czy dlatego, że nikt jej nie chce, a media milczą, opinia publiczna zapomniała, a politycy chcą mieć święty spokój?

(5) komentarzy / skomentuj

Szara strefa w aresztach i zakładach karnych 22-01-2009 13:40
Zakłady karne i areszty to państwo w państwie.  Zamknięty świat, który rządzi się swoimi regułami. Prawo tam często jest tylko na papierze.  Jak można wyjaśnić  serię samobójstw oprawców Krzysztofa Olewnika bez uwzględniania  specyfiki świata, który oddzielony jest grubymi murami, wieżyczkami strażniczymi, kratami od wolnego, naszego, świata? O czym się zapomina lub nie chce uwzględnić w tej sprawie?

W Płocku to jest jakaś stodoła – tak o areszcie śledczym wyraził się dr. Paweł Moczydłowski, były  szef Służby Więziennej w latach 1992-94. Ma całkowitą rację. Polskie areszty i wiezienia właściwie powinny być pod opieką Inspektora Zabytków, bo tylko około 24% powstało po II wojnie światowej. Znaczny jest udział obiektów pochodzących z okresu międzywojennego lub powstałych w drodze adaptacji obozów jenieckich z I i II wojny światowej. 64,5% wybudowanych zostało przed I wojną światową, a niektóre z nich są znacznie starsze. Eksploatowane są jeszcze obiekty, które zbudowano w XVIII, XVII, a nawet w XIV, czy XIII wieku. Np. Zakład Karny w Koronowie mieści się w XIII-wiecznym klasztorze, Zakład Karny w Barczewie w XIV-wiecznym zespole poklasztornym, Zakład Karny w Łęczycy – w obiektach miejskich z XIV wieku.

Być może trójka oprawców nie wytrzymała warunków jakie panują w polskich aresztach i więzieniach (czasu jaki przyjdzie im tam spędzić), w którym regułą życia w najlepszym wypadku jest mobbing? Czy ktoś jest w stanie stwierdzić, że Pazik nie był w areszcie śledczym w Płocku poddawany szykanom? Czy te szykany miały charakter zwykłej niechęci do osadzonego, czy też wywołać miały konkretny skutek – targnięcia się na swoje życie? Czy Pazik miał należytą opiekę psychologiczną i wychowawczą? Bo zazwyczaj to fikcja. Sprowadza się do rutynowych rozmów i sporządzania w aktach osadzonego tak samo brzmiących regułek „zdolny”, „nadaje się”.  Jeśli nikt ich nie powiesił lub nie zmusił do powieszenia się, znaczyłoby to, że się załamali, a wtedy należałoby zapytać, dlaczego nie dostrzeżono tego i zgodzono się na ich bezustanne przebywania samotnie w celi? Jak mówi Moczydłowski „zamykać takiego człowieka w izolatce, to jak dolewać benzyny do ognia.”

W czasie debaty sejmowej po informacji rządu w sprawie Olewnika poseł Jan Widacki zwrócił uwagę na ewentualny wpływ działań operacyjnych policji, CBŚ w aresztach i zakładach karnych w związku z tą sprawą. To szara sfera funkcjonowania polskich więzień. Zwracam uwagę, że zginęli świadkowie, którzy zdecydowali się podjąć współpracę z policją i prokuraturą. Prokuratura będzie poruszała się we mgle, jeśli nie pozna prawdy o podjętych operacyjnych działaniach na terenie aresztów i zakładów karnych w sprawie Olewnika oraz nie pozna agentury służb wśród aresztantów i więźniów a także funkcjonariuszy służby więziennej w Płocku, Olsztynie, Sztumie.

Żadna wewnętrzna komisja służby więziennej nie wyjaśni niczego. Silniejsza będzie chęć obrony własnej korporacji, kumpli niż dojścia do prawdy. Prokuratura działając rutynowo także do niczego nie dojdzie poza stwierdzeniem, że nie wykryto udziału osób trzecich w śmierciach Franiewskiego, Kościuka i Pazika.
(1) komentarzy / skomentuj

Dlaczego Pazik przebywał samotnie w celi? 19-01-2009 11:36
Robert Pazik przebywał na oddziale dla więźniów niebezpiecznych,  potocznie zwanym  „N-ką”. Obowiązuje tam obostrzony rygor i wzmożone środki kontroli.  To najbardziej dolegliwa dla więźniów i aresztantów forma osadzenia.

Zastanawiać może, dlaczego Robert Pazik przebywał sam w celi? Służba Więzienna doskonale wie, że osoby, które mogą popełnić samobójstwo nie powinny być pozostawione samotnie w celi. Zazwyczaj w takich przypadkach umieszcza się drugą, zaufaną dla strażników osobę, która ma pilnować potencjalnego samobójcę, kontrolować jego stan psychiczny. Podaje się więźniowi środki antydepresyjne. Dlaczego nie uczyniono tego w przypadku Pazika? Argument, że był niebezpieczny jest nietrafiony, w zakładach karnych niebezpieczni przebywają razem w celach. Poza nielicznymi wyjątkami, kiedy rzeczywiście wykazują agresję do współwięźniów.

Kolejne pytania, na które należy odpowiedzieć: Czy Robert Pazik był poddawany kontroli psychologicznej? Jak wyglądała kontrola penitencjarna Pazika? Tym nie zajmują się strażnicy, a tzw. „wychowawcy”.  Czy zauważyli oni jego zły stan psychiczny? Jeśli tak, to czy zostało to odnotowane i jakie środki podjęto, by zapobiec samobójstwu?
(8) komentarzy / skomentuj

Ostatnia Wieczerza. Po zdjęciach w Zakopanem. 16-01-2009 21:16

Wróciłem z Zakopanego. Maciej Świeszewski jeszcze w pociągu do Gdańska. Zakatarzony. Kaszlę, kicham. Zażywam pierwszą dawkę Doxycyclinum. Ale mimo tego czuję się dobrze. Przeglądam zdjęcia. Im więcej godzin mija od  pobytu w Teatrze St. I. Witkiewicza w Zakopanem, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że powstały dobre zdjęcia. Czuć w nich atmosferę czegoś ponad czasowego. Wszystko co zostało za drzwiami teatru nie miało żadnego znaczenia. Twórcy teatru Andrzejowi Dziukowi i jego zespołowi udało się stworzyć klimat, w który wszystko powstawało ze zdumiewającą łatwością. Tak jakby ktoś nas prowadził za rekę.

(2) komentarzy / skomentuj

Ostatnia Wieczerza. Sesja zdjęciowa (przygotowawcza) Macieja Świeszewskiego do obrazów "Ukrzyżowanie" i "Zdjęcie z krzyża" w Teatrze St. I. Witkiewicza w Zakopanem 16-01-2009 19:38













(0) komentarzy / skomentuj

Holter 13-01-2009 22:29
Dzień zaczynam od wizyty w szpitalu. Po badaniach podłączają mnie do holtera. Kiedy pytają mnie o wiek, przez chwilę się zastanawiam. Liczę… A jednak człowiek się starzeje.

Po  południu pierwsze w tym roku zdjęcia. Półtorej godziny na mrozie. Piotr Pytlakowski na plan „Ściganego” przyszedł z psem. Do drzewa go nie przywiązał, obawiał się, że zacznie szczekać i wyć, więc pies znalazł się w kadrze.

W pewnym momencie nasz rozmówca, „mały koronny,” rzuca:
- Dzisiaj każdy myślący idzie na współpracę.
Większość znanych „gangsterów” w Polsce poszła na układ z prokuratorem. Więc, gdzie ta mafia? Może wygodnie sprowadzić ją do kilkunastu pseudonimów? Przykrywka dla prawdziwej.

Wieczorem mam już dość pomiarów ciśnienia przez holtera. Tej zaciskającej się co kwadrans obejmy na ramieniu.  Zdejmuję go.

(6) komentarzy / skomentuj

Homofob Palikot 11-01-2009 18:57
Janusz Palikot insynuując w swoim blogu homoseksualizm Jarosława Kaczyńskiego pokazuje brak tolerancji dla odmiennej preferencji seksualnej. Żeruje na homofobii w Polsce.  Doskonale wie, że w zaściankowej Polsce żaden „pedał” ( jak mówi w prywatnych rozmowach Palikot) nie ma szans w polityce. Dlatego homoseksualiści- politycy za wszelką cenę ukrywają u nas swoją prawdziwą twarz. Cynizm Palikota jest w tym wpisie wstrętny, pogłębia tylko panujący w Polsce stereotyp, że polityk musi mieć żonę lub męża, nie może być  gejem  lub lesbijką. Palikot użył tego stereotypu w walce politycznej, bo przecież nie żąda od swoich kolegów z PO tego samego co od Kaczyńskiego, by przyznali się, że wolą bardziej mężczyzn niż kobiety.

Palikot zaskoczył mnie tym wpisem, bo kto jak kto, ale miłośnik literatury Witolda Gombrowicza powinien być wyczulony na kwestię braku tolerancji. Ale nie tylko dlatego. Znajomy posła Janusza Palikota opowiadał mi o tym co mówi się o nim, czyli tzw. plotkach, na których się oparł w swoim blogu poseł z ziemi lubelskiej pytając Kaczyńskiego: "Czy Jarosław jest Jarosławą?". Janusz Palikot ma być biseksualistą, nie sypiał tylko wyłącznie z kobietami, jak zapewnia w blogu, ale i mężczyznami. Ta sprawa jest dobrze znana w Lublinie.

PS. Homofobia (określenie pochodzące od słów "homoseksualizm" i "fobia" z gr. φόβος phóbos = strach) – irracjonalny lęk przed zetknięciem się z przedstawicielami mniejszości seksualnych, wstręt, wrogość wobec tych osób lub dyskryminowanie ich ze względu na orientację psychoseksualną.
(9) komentarzy / skomentuj

O zniechęcaniu 05-01-2009 22:11
Dwa miesiące temu żądano ode mnie 100 tysięcy złotych odszkodowania, dzisiaj słyszę o 60 tysiącach złotych odszkodowania. Sumy astronomiczne. Rozumiem jednak, czemu mają służyć te niebotyczne kwoty w porównaniu z honorariami, jakie otrzymuje się za publikacje prasowe; te wezwania do prokuratury, przesłuchania, które oczywiście mają miejsce poza Warszawą. Zniechęceniu do zajmowania się sprawami. Zakneblowaniu ust. Oczywiście pozwy piszą najlepsze kancelarie i adwokaci. Może tak któraś z redakcji zbierze w całość żądania wobec dziennikarzy, ludzi mediów, tu już nie chodzi o grosze, ilość wezwań do prokuratur, sądów, by pokazać, że to co niektórzy myślą o dziennikarzach, o ich beztrosce, łatwości pisania i realizacji filmów, staniu ponad prawem, bezkarności, zderzyć z faktami, z kosztami jakie ponoszą.

(2) komentarzy / skomentuj

Układanie terminarza na Nowy Rok 04-01-2009 21:01
Po dwóch tygodniach wróciłem do Warszawy. Próbuję się wbić w kalendarz nadchodzącego tygodnia. Najchętniej bym skreślił wszystkie terminy i zajął się pisaniem książki. Utknąłem na szkicu konstrukcji, rozdziałów.  A za kilka dni zdjęcia w Zakopanym do „Ostatniej Wieczerzy”, Maciej Świeszewski w Teatrze im. St. I. Witkiewicza będzie realizował sesję fotograficzną do obrazów „Ukrzyżowanie Chrystusa” i „Zdjęcie z Krzyża Chrystusa.” Zaraz potem wstępny montaż materiałów „Ściganego”.

Rozmowy z informatorami, bohaterami artykułów, filmów wyglądają czasami tak jak ta dzisiejsza wymiana e-maili dotycząca ewentualnego spotkania z Q:

Q: Witam, chciałbym uzgodnić zasady naszego spotkania a także o ewentualnym artykule na interesujące Pana tematy, a mianowicie ja wskazuję źródła/dowody  a Panowie sami dochodzicie do wniosków, co do których ja mam prawo je weryfikować, nie ma o mnie mowy także w żadnym artykule - ma to wyglądać tak jakby Wy panowie sami odkryliście okoliczności materii sprawy.
Co do spotkania: jak ma wyglądać to sobie jeszcze określimy miejsce spotkania, przy spotkaniu obecny będzie mój adwokat.
Nie można nagrywać rozmowy, proszę przygotować  uprzednio pytania tj. przed spotkaniem chciałbym się z nimi zapoznać.

Na co odpowiadam:

Szanowny Panie,
pana warunki są nie do przyjęcia. Wręcz są obraźliwe, Ma pan dziwne wyobrażenie o mediach. Nie jesteśmy marionetkami.
Chce się pan spotkać, to spotka. Ma pan zaufanie, albo nie ma. Pana wybór.
Pozdrawiam.

P.S. Na pytanie dziennikarki z pewnego tytułu, odpowiadam na blogu, nie chce mi się rozmawiać telefonicznie. Tego słucham i to piję w Nowym Roku, co widać powyżej. A mój bal sylwestrowy?  Raczej miał być dla mnie bardziej odświętną kolacją w niewielkim hotelu położonym w górach. Pomyliłem się.

Okazuję się być jedyną osoba w jeansach, z wypuszczoną na spodnie koszulą. Mężczyźni w garniturach, odstawieni są na równi jak towarzyszące im kobiety.  Zjechała się elita finansowa z miasta X., z jednym z najbogatszych biznesmenów w Polsce. Najbardziej hałaśliwy, rozbawiony stolik na niedużej sali. Hotel posiada zaledwie dziesięć pokoi. Nastawiony jest na kobiety i mężczyzn, którzy chcą w spokoju wypięknieć w tutejszym SPA. Choroba bycia pięknym, zgrabnym, jest naturalną przypadłością od pewnej kwoty w portfelu, pozycji zawodowej, towarzystwa, w którym przychodzi funkcjonować. Trzeba dostosować się wyglądem do zgrabnej linii karoserii swojego samochodu.

Na balu sceny jak z Misia i z filmów z Himilsbachem. Kobiety wydają się być bardziej pijane niż ich partnerzy. W pewnej chwil jedna z nich chwyta widelec i dobiera się do dużego akwarium, polowanie na pływające w nim rybki. Kończy się na przebijanych balonach wiszących nad parkietem. Ktoś rozsądnie zauważa, że za chwile nie zakończy się na przebitym balonie. Zabiera jej widelec.

Biznesmen, usadowiony u szczytu stołu przez chwile trzyma fason, potem w miarę wypitego alkoholu zrzuca z siebie marynarkę i ląduje na parkiecie, emocjonalnie podrygując w takt muzyki. Bardziej szarpie swym ciałem, wpada w konwulsje niż tańczy w rytm. Coś co rzuca się w oczy, to jego niechęć do bycia uwiecznionym na fotografiach. Przez cały czas wykonuje uniki, gdy ktoś z jego z znajomych  robi zdjęcie. Na twarzy pojawia się grymas niechęci. Nieudolne wywija się z kadru. Tak jakby bał się, że wraz z błyskiem flesza opadnie z jego twarzy dobrze przygotowany kamuflaż, maska.

Patrząc  na wyfiokowane kobiety, zrobione na lalki z reklam Barbie emitowanych w dziecięcym kanale  Mini-mini, grające z jakąś desperacją obiekty pożądania trudno nie dojść do wniosku, że dla nich i seks musi być też jedynie grą. Najważniejsze jednak, że mężczyźni doskonale nabierają się lub udają, że mają ochotę brać, rzucać się na nie. Co zresztą niektórzy w pijackim stanie czynią zamieniając parkiet w taniec przy rurze w jakimś podrzędnym nocnym klubie.

O wpół do drugiej porzucam bal i wchodzę do łóżka.

Tak zakończyłem Sylwestra, pani redaktor.
(5) komentarzy / skomentuj

Rok 2009 wystawi rachunek politycznej szpicy blogerów 02-01-2009 14:23
To będzie mój szósty rok w świecie blogosfery. Od lat przyglądam sie jak w Polsce rozwija się ta internetowa rzeczywistość wymiany informacji, poglądów, opinii. Z roku na rok jest coraz lepiej. Blogosfera rozwija się wbrew tym, którzy chcieliby ją okiełznać i przerobić na swoją modłę. Czy zwróciliście uwagę, że szefami jury w konkursach na bloga, blogi, blogerów, są osoby nie potrafiące od lat zbudować swojej pozycji w net- świecie; nie prowadzące bloga; osoby, które poniosły klęskę w prowadzeniu bloga, nie wytrzymały nawet kilku miesięcy; nie rozumiejący w ogóle blogosfery, patrzący na nią jak na gazetę i telewizję.

Ten rok nie tylko w mediach elektronicznych i prasowych przyniesie zmiany. Będzie to pierwszy rok kryzysu wartości w polskiej blogosferze. Niektórym przyjdzie zapłacić cenę za upolitycznienie, bo pod pięknymi hasłami swobody, wolności, niezależności część szpicy blogerów dobrowolnie wdziała na siebie skórę politycznych komisarzy. 

To będzie zły rok dla wirtualnych decydentów, którzy chcieli zawładnąć światem blogerów,  tworząc portale, platformy, decydując kogo wynieść na wierzch, a kogo podlinkować u samego dołu strony. Ostatecznie uzurpatorzy świata blogosfery będą musieli uznać swoją porażkę. Ich koncepcje już od dawna znalazły się w kompletnej rozsypce.  Teraz zagryzając zęby, z bólem, muszą publikować  wpisy do niedawna dla nich autorów „No name” lub „drugorzędne” nazwiska ze świata mediów, których nazywali blogowymi przystawkami.

A nie taką wyznaczono im  przecież rolę w zaciszu redakcji i kawiarnianych stolików, w szczególności przy Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Blogowe przystawki miały dawać alibi, scenografię, by fiestować siebie, swoich kumpli z klasycznych mediów. To oni, tuzy „poważnych” mediów, mieli błyszczeć na nowym firmamencie kształtowania opinii publicznej - internecie. Potraktowanie jednak z buta „niepoważnego internetu”, usilne lansowanie siebie, wyróżnianie takim czy i innym kolorem na nic się zdało.  To właśnie profesjonaliści okazali się być nieprofesjonalni w sferze blogosfery a nie niby amatorzy-blogerzy.

Świat blogosfery to nie gazeta, którą można sobie zredagować pod swoim kątem widzenia. Do tego wniosku zaczynają dochodzić już niektórzy polscy redaktorzy i publicyści. Znając ich tendencję do formatowania, narzucania swoich poglądów, tak łatwo nie odpuszczą, ale czas się im pogodzić z myślą, że to przystawki ich zjadły, więcej, to oni teraz stają się przystawkami w świecie polskiej blogosfery. 

Podsumowując, rok 2009 będzie dobry dla polskiej blogosfery, bo przewietrzy środowisko, atmosferę, a niektórym głowy.
(3) komentarzy / skomentuj

Szołbiznes po polsku: Jola Rutowicz ma się pojawić w "Gwiazdy tańczą na lodzie", więc pewnie zrealizowanie tego teledysku może przynieść większe korzyści... 01-01-2009 10:37
JO: Witam, znajomy producent (DJ Bart-ex) zwrócił się do mnie z zapytaniem czy nie znałbym kogoś kto by chciał stać się sponsorem teledysku do jego utworu z udziałem Dawida Koczy i Joli Rutowicz.
Ja w aktualnej chwili nie posiadam żadnych możliwości finansowych i jedynie jestem w stanie mu zrealizować ten teledysk jeżeli znajdą się na to fundusze.
Myślę, że ważne tu jest to, że Jola Rutowicz ma się pojawić w "Gwiazdy tańczą na lodzie", więc pewnie zrealizowanie tego teledysku może przynieść większe korzyści...

AS: to musiałby być bardzo zdesperowany sponsor... ;-)

JO:ja tylko z grzecznosci pytam bo kolega prosil.(...) Młody producent chciał się wybić a sam nie ma pieniędzy na teledysk i wpadł na pomysł, że weźmie Dawida Koczy i Jolę Rutowicz i że tym sposobem przyciągnie sponsora. Nie da się ukryć, że jest to dość kontrowersyjne i nie mi oceniać jego decyzję. Prosił mnie o to bym zapytał czy ktoś nie jest zainteresowany sponsoringiem teledysku. Dla mnie to plus taki, że miałbym robotę i moją działką tylko byłoby stworzyć wizualnie ciekawy efekt - co do reszty to jest to decyzja innych osób...

AS: nie mnie oceniać, ale to kiepski krok strategiczny i sposób na "wybicie się"... ;-) to raczej brnięcie w kryzys wizerunkowy.. ;-)

DJ B:Oczywiście z całym szacunkiem do wszystkich komentarzy na ten temat, ale wydaje mi sie że sie mylicie. Jola Rutowicz jest barwną a zarazem kontrowersyjną osobą co wcale nie jest złe, nie jest poprostu jak wszyscy, jest inna i to ją wyróżnia, i wg mnie to właśnie przyciągnie uwage. A prawda jest taka że zawsze są dobre i złe opinie na dany temat.

Więc skoro Jankowi nie odpowiedzieliście pozytywnie to moze mi?

Chciałbym spytac czy jakaś firma nie była by zainteresowana sponsoringiem teledysku, który ukazał by sie w mediach niedługo po zakończeniu zdięc. Jestem w wytwórni My Music, więc ta oto wytwórnia zapewniła by promocje. oczywiście logo firmy znalazło by sie w klipie.

PO:on sam wymyslil sobie tylko Dawida. Ja,wiedzac,ze piosenkarz nie ma potencjalu by zdobyć większa popularność, z sympatii (po okresie współpracy)wymyslilem,ze moze mu w tym mu pomoć duet z Jolką z którą dobrze się znam.
Można akceptować Jole badz nie,ale w najblizszych miesiacach , chociazby z uwagi na udzial w Tancu na Lodzie, bedzie o niej glosno. Dzieki temu szumowi zaistniec mogą inni, ktorzy biora udział w projekcie muzycznym.
W karierze w showbiznesie ten szum jest niezbedny (...) Gdybys miał więcej doswiadczenia to bys wiedzial,ze skoro Jolka zgodzila sie z wami pracowac to powinniscie wykorzystac jej "melorecytacje" w wiekszym stopniu.

http://www.goldenline.pl/forum/media/459048/s/1
(0) komentarzy / skomentuj
Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

 „Nigdy nie oczekiwałem, by Latkowski nakręcił mi laurkę. Mam świadomość  jego ostrego spojrzenia na rzeczywistość. Świadomie zgodziłem się, by to właśnie Sylwester pomógł mi zamknąć bolesne przeżycia, przeszłość.  Jestem ciekawy lustra Sylwestra Latkowskiego, rozumiem, że nie zawsze może oddawać to samo, co widzę ja i inne osoby, które pojawiają się w filmie” – Michał Wiśniewski.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS