menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Pitera nie daruje Sośnierzowi 07-12-2007

Z Julią Piterą specjalnie dla „Gazety Finansowej” rozmawiał Sylwester Latkowski (4 grudnia 2007)

 Czy zajmie się Pani przygotowaniem czytelnych mechanizmów tworzenia listy leków refundowanych?

Pani minister Ewa Kopacz zamierza to uczynić, bo uważa, że reguły w tej kwestii są zupełnie niejasne. Sprawa listy leków refundowanych jest podobna do innych spraw, którymi się zajmowałam, to znaczy, wszyscy wiemy, że proces jest patologiczny, mało tego, wszyscy wiedzą, że te patologie są wykorzystywane dla niecnych interesów, a nikt z tym nie chce zrobić porządku. Co się dzieje z postępowaniem prokuratorskim w sprawie fundacji Sośnierza „Zamek Chudów”, gdzie koncerny farmaceutyczne dokonywały wpłat? To jest także dobry przykład wyjaśniania spraw w układzie lekowym. W Stanach Zjednoczonych zapadł wyrok skazujący, a w Polsce cisza? Nie ma przestępstwa? Będę pisała do prokuratury w Katowicach, czy oni wreszcie zajmą się tym, czy nie? Tu wyraźnie ktoś idzie na przedawnienie.

Od czego należy zacząć likwidację patologii występującej na rynku farmaceutycznym?

Przede wszystkim należy przemeblować całe Ministerstwo Zdrowia. To nie jest jedyna i pierwsza afera w tym Ministerstwie. Pytanie, jak tam działa nadzór? Zastanawiające jest to, że CBA nie zainteresowało się Ministerstwem. A powinno, choćby od momentu, gdy w obrębie Ministerstwa zaczął działać zespół pracujący nad nową ustawą farmaceutyczną, gdzie pojawili się przedstawiciele firm farmaceutycznych. To nie jest powód, by się tym zainteresować?

Czy kolacje z lobbystami są problemem dla polityków?

Czasami okazuje się to nasz znajomy. Jednak jeśli rozmowa przechodzi na inne terytorium niż towarzyskie, to powinno się ją od razu uciąć. Jeśli interlokutor jest uciążliwy, to się ogranicza znajomość. Nie jest tak, że ktokolwiek zmusza polityka do bycia politykiem.

Czy minister Bogusław Piecha powinien się nam wytłumaczyć z kontaktów z przedstawicielem firmy Servier Robertem Pachockim?

Pan Bogusław Piecha powinien to wytłumaczyć, bo każdy polityk, funkcjonariusz publiczny, powinien działać w sposób jawny. Natomiast ja bardziej bym wolała, by organy do tego powołane to wszystko wytłumaczyły.

Jakie organy?

Prokuratura. Jest wystarczająco dużo przesłanek, by wszcząć postępowanie w tej sprawie.

A CBA?

W ogóle nabieram przekonania, że znaczenie korupcji nie jest do końca jasne dla pana Mariusza Kamińskiego, on nie potrafi zdefiniować tego problemu. To jest połowa nieszczęścia i jeśli do tego wpisuje się polityka, to mamy sos, taki jaki mamy. On idzie na łatwiznę, bo najłatwiej jest być politykiem jak się urządza rzeczy spektakularne, mącąc ludziom w głowach. Tylko pytanie, czy o to chodzi w istnieniu CBA?

Chce Pani powiedzieć, że łatwiej łapać lekarza łapówkarza niż grubą rybę biznesu farmaceutycznego?

Zwracam uwagę na jedną rzecz. Skorumpowany lekarz jest instytucją jednoosobową. Jak pan wchodzi w taką sprawę jak doktora G., to ma pan tylko jego i nieznanych ludzi. Jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś wpadł z polityków, kolegów. Jak się pan zabiera za taką rzecz jak leki, to się panu może trafić koalicjant, przyjaciel polityk, kuzyn. Może pan niechcący kogoś zapuszkować. Tak omal nie doszło w sprawie Lipca. Takie jednoosobowe akcje jak doktor G. są bezpieczne.

W sprawie Bogusława Piechy pojawia się Robert Pachocki, przedstawiciel firmy Servier, uznawany za króla lobbystów branży farmaceutycznej. Nie ma go jednak w wykazie osób wykonujących zawodową działalność lobbingową na terenie Sejmu. A to dzięki niemy były wicemarszałek Sejmu z ramienia LPR, obecny sędzia Trybunału Stanu Marek Kotlinowski, wystąpił z interpelacją w interesie firmy Servier. Na liście jest tylko osiem osób.

Jakby pan sięgnął do moich komentarzy dotyczących powstawania ustawy lobbingowej, to wtedy powiedziałam wyraźnie, ta ustawa jest bardziej szkodliwa niż służy przejrzystości. Wszyscy wyjdą z założenia, że jest wreszcie ustawa i po problemie. Czujność zwiędnie. Nie zrobiono niczego więcej. Prawdziwi lobbyści siedzą w restauracji, na bankiecie, a nie widnieją w sejmowym wykazie. Wolą, że by ich w Sejmie nie było widać.


Rozmowa z Markiem Balickim

(fragment telefonicznej rozmowy z 25 listopada 2005 r.)

Wśród nich znalazły się leki, które nie znalazły się w obrocie, i takie leki później się wykreśla. Ale to nie minister proponuje…

Ale były cztery leki…

No, tak… Zarejestrowane były, ale nie były w obrocie.

To informacja od wiceprezesa NFZ Michała Kamińskiego

Ten pan chyba na siebie donos składa. Albo za coś próbuje się odegrać. Według zasady na bazarze Różyckiego, według której należy krzyczeć kradnąc – Łapaj złodzieja. Wniosek składa firma, firma ponosi odpowiedzialność za wniosek. Na Andrzeja Kleszczewskiego był podpisany wniosek do prokuratury, ponieważ on składał te wnioski., które zawierały nieprawdę, a zespól nie bada zgodności z prawdą, bo tego prawo nie przewiduje. Odpowiedzialność ponosi podmiot odpowiedzialny. I na takich samych prawach przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia, jak Narodowego Funduszu Zdrowia rozpatrywali te wnioski. Niech pan spyta, dlaczego przedstawiciele NFZ nie zgłaszali uwag? Z tego nie ma żadnej szkody. Traci tylko ten, który nie zdąży wprowadzić produkt, do obrotu. Gdyby ktoś wydawał pieniądze na nieistniejące leki, to zgoda.

Jaka jest prawda o pana kontaktach z Andrzejem Kleszczewskim?

Nie znam go osobiście. Spotkałem go oficjalnie raz w życiu jak był w ministerstwie zdrowia.

Twierdzi Pan, że pojęcie leków duchów nie istnieje?

Leki duchy dotyczą rejestracji a nie wpisywania na listę. Podmiot odpowiedzialny – to firma. Przecież jesteśmy w kapitalizmie, nie w komunizmie. Nie ma służb, które sprawdzają każdy wniosek. Firma, która podpisuje wniosek, bierze za niego odpowiedzialność.

Zanim się coś wpisze, powinien być proces kontrolny.

Prawo na to nie pozwala.

Czyli każdy może wpisać co chce, wy przystawiacie pieczątki i na tym koniec?

Nie rozumiem.

Jakiś sposób weryfikacji powinien istnieć?

Wniosek jest składany w ciągu roku. Nie jest konieczne wcześniejsze wskazanie leku w obrocie. Lek jest zarejestrowany i może nie być wpisany na listę refundacyjną i może nie być wprowadzony do obrotu. Potem jest wykreślany. Część leków traci rejestracje i są wykreślane. Pan szuka problemu, którego nie ma.


(4) komentarzy / + dodaj komentarz
Piskorski nie odpusci Piterze
Autor: gosc1
2007-12-08 09:24:33
Tajemnicze telefony i podpalenie auta Julii Pitery umacniają jej wizerunek niezłomnej tropicielki korupcji. Nie wszyscy jednak w to wierzą. - To postać nadmuchana, która nigdy niczego nie wykryła - mówi \"Życiu Warszawy\" były prezydent stolicy Paweł Piskorski.

Ciekawy tekst w GP
Autor: Salon42
2007-12-08 13:11:41
Tajne interesy w gabinecie Piechy
Wiceminister Bolesław Piecha za plecami ministra Religi próbował wprowadzić na polski rynek przetwórstwa osocza francuski koncern LFB
Gry lobbingowe w Ministerstwie Zdrowia doprowadziły do zablokowania programu samowystarczalności Polski w leczeniu krwią i lekami z krwi. Polska straci setki milionów złotych rocznie. Tarcia w resorcie spowodowały, że upadł program, nie ma pieniędzy ani na przetwórstwo osocza, ani na leki.
Program samowystarczalności w leczeniu krwią i produkowanymi z niej lekami, jeden ze sztandarowych programów byłego ministra zdrowia Zbigniewa Religi, miał uwolnić Polskę od trwającego przez 13 lat układu o charakterze korupcyjnym, dotyczącym przetwarzania polskiego osocza. Powodował on miliardowe straty.

– Gdyby program zaczął być realizowany, LFB miałby niewielkie szanse, by wygrać konkurs na przetwórstwo polskiego osocza, bo koncern nie ma w Polsce zarejestrowanego ani jednego produktu z osocza – mówi jeden z urzędników ministerialnych. Zastrzega anonimowość: – Kierownictwo resortu się zmieniło, ale nadal są tu ludzie, którzy mieli wpływ na decyzję o utrąceniu programu.

Piecha, Milewski i spółka

Okazało się, że nie ma pieniędzy w ministerialnym budżecie ani na realizację programu, ani na przetworzenie osocza na leki. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, ze 100 mln złotych, które miały być według początkowych założeń przeznaczone na Narodowy Program Leczenia Hemofilii, bieżące frakcjonowanie osocza i zakup interwencyjny leków, ostatecznie znaleziono w resortowym budżecie zaledwie 21 mln. To kropla w morzu. Tak przynajmniej było do ostatniego posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia w ubiegłym tygodniu.

Ale gotówka i tak trafi do obcych koncernów. Osoby zajmujące się w resorcie budżetem dobrze o tym wiedzą, bo minister zdrowia nie ma wyjścia – musi zakupić gotowe leki za granicą, ponieważ do ich zapewnienia chorym jest zobowiązany ustawą i zaleceniami WHO. A to wydatek łącznie nawet kilkuset milionów złotych rocznie.

Na to tylko czekają dysponujący nadwyżkami leków obcy producenci. A polskie osocze trzeba będzie sprzedać zachodnim koncernom lub wylać, bo się przeterminuje, a nie ma go gdzie składować. Projekt samowystarczalności, w tym budowy w Polsce przetwórni osocza, znów oddali się w nieokreśloną przyszłość. Kolejny raz zadziałała \"niewidzialna ręka\" lobbystów.

Ponieważ nie znaleziono pieniędzy na realizację programu samowystarczalności, minister zdrowia nie mógł go zatwierdzić, tym samym nie zajmie się nim nowy premier i Rada Ministrów. A dla programu swoje poparcie już wcześniej wyraził minister gospodarki. Wszystko wskazuje, że jak w przypadku spółki Biofarm International w 1993 r. i potem LFO – jakieś \"tajemnicze siły\" w resorcie chcą ochronić układ o charakterze korupcyjnym, ewidentnie niekorzystny dla budżetu państwa i chorych. Może liczą, że nowe kierownictwo, nieznające jeszcze specyfiki tematu, da się omamić rzekomo korzystnymi, podsuniętymi mu rozwiązaniami?

Gra toczy się o wart setki milionów złotych rocznie rynek krwi w Polsce, dlatego działania lobbystów zachodnich koncernów, które obawiają się utraty niezwykle dochodowego źródła corocznego zysku, są bezwzględne i będą toczyły się \"do krwi ostatniej\".

1 marca br. na biurko wiceministra Piechy trafiło pismo grupy, na którą składały się: francuski koncern LFB (Laboratoire Francais du Fractionnement et des Biotechnologies), Biomed Warszawa i Polski Holding Farmaceutyczny, kierowany wówczas przez Jerzego Milewskiego. W piśmie powoływano się na wcześniejsze ustalenia z wiceministrem Piechą – jego rozmowy pozagabinetowe z prezesem LFB, które odbyły się 11 stycznia. Pismo, które trafiło do Piechy, to list intencyjny w sprawie budowy zakładu frakcjonowania osocza. Piecha nadał sprawie bieg. Przesłał je do dyrektora departamentu prawnego Władysława Puzonia. Sprawa wyszła jednak na jaw, dowiedział się o niej minister Religa, który tę inicjatywę ostatecznie wstrzymał. Mimo to jeszcze w sierpniu grupa domagała się od Piechy, aby odpowiedział na pismo.

Prezes Wytwórni Surowic i Szczepionek Biomed Warszawa, Andrzej Słotwiński, który podpisał pismo z 1 marca do wiceministra Piechy w tej sprawie, zadeklarował, że chętnie porozmawia z \"GP\" na temat frakcjonowania osocza w Polsce. Do sprawy wrócimy.

Zastanawiające, dlaczego pismo wpłynęło do Piechy, do którego kompetencji nie należał nadzór nad publiczną służbą krwi, ten bowiem podlegał wiceministrowi Jarosławowi Pinkasowi? I dlaczego za plecami ministra Religi Piecha przyrzekł coś, do czego nie miał prawa?

Były wiceminister Jarosław Pinkas nie chciał rozmawiać z \"GP\" na ten temat.
Batalia trwała od lipca

Założenia programu \"Samowystarczalność RP w zakresie krwi, jej składników i produktów krwiopochodnych\" w latach 2008–2012 były opracowane i znane kierownictwu Ministerstwa Zdrowia już w lipcu tego roku. Główną ideą programu było doprowadzenie do sytuacji, w której w 2013 r. w Polsce pobierano by tyle osocza, że stalibyśmy się krajem samowystarczalnym w zakresie zaopatrzenia w leki produkowane z własnego osocza. Takie są od wielu lat zalecenia Rady Europy i WHO. Chodzi m.in. o bezpieczeństwo wirusowe, a polskie osocze jest jednym z bardziej bezpiecznych pod tym względem.

Uzdrowienie sytuacji na rynku krwi i osocza to skomplikowane zadanie. Prowadzona wiele lat przez Instytut Hematologii i Transfuzjologii polityka przetwarzania osocza i zaopatrzenia chorych w otrzymywane z niego leki nie tylko nie zapewniła samowystarczalności Polski w tym zakresie, ale doprowadziła do zapaści honorowego krwiodawstwa. Zawierane przez IHiT umowy ze szwajcarskim przetwórcą na przerób naszego osocza spowodowały miliardowe straty dla budżetu i ciągły brak leków na rynku. Taka sytuacja o wyraźnym charakterze korupcyjnym trwała od 1993 aż do 2006 r. Sprawą zajęła się prokuratura, ABW i CBA. Jednocześnie Instytut torpedował każdą inicjatywę budowy fabryki przetwarzania osocza, a tylko jej powstanie w Polsce, z udziałem skarbu państwa, jest dla kraju opłacalne. Wówczas państwo będzie partycypowało w zyskach sprzedawanych nadwyżek produkcyjnych, co obniży koszt leków na rynku krajowym.

Powiązani z lobbystami zachodnich koncernów polscy urzędnicy wytaczają jednak najrozmaitsze argumenty, byle tylko storpedować budowę fabryki albo przeforsować interesy konkretnych koncernów, jak to było w przypadku LFB.

Stracą chorzy i podatnicy

Wyjście z wieloletniej zapaści na rynku krwi wymaga różnorodnych działań. W programie samowystarczalności opracowano zasady promocji honorowego krwiodawstwa, przewidziano zakup nowych ambulansów do poboru krwi, zwiększenie standardów obrotu krwią w szpitalach (by nie marnowała się, jak jest obecnie) i powołanie Narodowego Frakcjonatora, który zająłby się przetwarzaniem polskiego osocza. Jak się dowiedzieliśmy w Narodowym Centrum Krwi, gdzie opracowano program samowystarczalności, autorzy celowo nie określili w nim, kto miałby być Narodowym Frakcjonatorem i na jakich zasadach będzie wyłoniony. Decyzje te pozostawili politykom, którzy wówczas będą przy władzy.

Program samowystarczalności budził zastrzeżenia departamentu prawnego Ministerstwa Zdrowia. Zakwestionował on pomysł utworzenia Narodowego Frakcjonatora. Ale odstąpił od tego, gdy przedstawiono mu ekspertyzę, która rozwiewała wątpliwości.

Potem okazało się, że resortowy departament budżetu nie umieścił wydatków na realizację programu w budżecie i zasugerował, by wpisać do programu, że będzie realizowany w miarę posiadanych środków. A że środków brakuje... Tymczasem na poprzedni program, opracowany przez Instytut Hematologii i Transfuzjologii, obowiązujący do 2008 r., potrzeba 100 mln zł rocznie – na przetworzenie polskiego osocza za granicą. Zaś nowy program Narodowego Centrum Krwi przewidywał w ciągu sześciu lat (2008–2012) łączne wydatki około 240 mln zł (40 mln zł rocznie), w tym 114 mln zł w pierwszych dwóch latach na przetworzenie polskiego osocza za granicą, do czasu gdy zajmie się tym Narodowy Frakcjonator.

Wszystko wskazuje na to, że idea uzdrowienia rynku krwi upadnie na starcie. Przegrają jak zwykle podatnicy, ale przede wszystkim chorzy. Chyba że nowa minister zdrowia ukróci gry lobbystów i urzędników.

Były wiceminister zdrowia Bolesław Piecha był od środy nieuchwytny. Dzwoniliśmy codziennie na telefon komórkowy ministra, nagraliśmy informację na jego pocztę głosową, ale nie oddzwonił.

Leszek Misiak

Na kongresie PIS nie widzą problemu
Autor: agnes68
2007-12-08 13:17:19
Nie ma Zalewskiego, Ujazdowskiego, a jest Piecha. Bo Dorna nie żałuję. Taka to jest sprawiedliwość według PIS

julia, pamflet :)
Autor: zx
2007-12-08 14:18:19
Znaleziony w necie:

Kariera polityczna Julii Pitery na tle powszechnej polskiej politycznej żenady i nieudacznictwa robi naprawdę duże wrażenie. Jest przykładem prawdziwej \"amerykańskiej kariery\", w której rzeczywiste zasługi i osiągnięcia nikną przy przemyślanej aktywności PR-owskiej i medialnej. Jest to kariera zrobiona głównie dzięki aktywności medialnej, nastawiona na promocję antykorupcyjnego \"formatu\". Czy to jeszcze służba dobru publicznemu, czy tylko show-biznes?

Szczególne wrażenie robi fakt zmanipulowania ogólnopolskiej prasy i mediów elektronicznych, których przedstawiciele poza przeprowadzaniem wywiadów z posłanką i zapraszaniem do telewizyjnych programów jakoś nie palą się do wyjaśniania niuansów niby kryształowego życiorysu, choćby zadziwiających politycznych wędrówek (PC, UPR, AWS-Liga Republikańska, wreszcie PO).

Nie chciałbym jednak sugerować, że przewiny Pitery są jakoś szczególnie wielkie, w końcu realnym problemem polskiej polityki są panowie Wachowski i Piskorski, ludzie uwikłani w przestępcze układy. Moje zarzuty czynione Piterze są wysoce abstrakcyjne, czymże jest bowiem zbrodnia \"kariery medialnej\" wobec zarzutu współpracy obu panów ze strukturami mafijnymi w dosłownym sensie tych słów. Było nie było \"winą\" Pitery jest tylko rozdęta medialna akcja promocyjna mająca uczynić ją polską Matką Teresą walki z korupcją. Przy całej przesadzie, wręcz autoreklamiarskiej histerii czymś absurdalnym wydaje się rzeczywisty obraz nieskazitelnej Julii, która odmawia otwarcia drzwi urzędnikom komunalnym, którzy przyszli dokładnie zmierzyć jej mieszkanie w celu ustalenia realnej wysokości czynszu. Czy Pitera krzyczała wtedy Precz mi stąd, bo psami poszczuję? Mimo wszystkich jednak zastrzeżeń do cynicznych, subiektywnych motywacji posłanki PO trzeba wskazać, że jej działalność bez wątpienia przyczyniła się do nagłośnienia problemu korupcji, patologii \"układu warszawskiego\".



Studia na warszawskiej polonistyce (ach, te sweterki!) nie zapowiadały bynajmniej tak wesołego i burzliwego życia. W kilku wywiadach Pitera nie ukrywała rozczarowania nudnymi zajęciami, szczególnie bolesne miały być zmagania z gramatyką języka polskiego. Praca w prestiżowym Instytucie Badań Literackich też nie przyniosła szczególnej satysfakcji. Całe dnie spędzane wyłącznie w damskim towarzystwie, obowiązkowe białe rajstopy, wypalanie paczek ekstramocnych bez filtra i niekończące się dyskusje o strukturalizmie, ten szczególny styl jakoś Piterze nie odpowiadał. Przed odgrywaniem niechcianej roli \"polskiej intelektualistki\" i zatonięciem w domowym składowisku książek i papierzysk (Maria Janion!) uratował Julię przypadek, mianowicie znajomość z Jadwigą Kaczyńską. Matka braci Kaczyńskich także pracowała w IBL, to z jej pośrednictwem magister Pitera zaprzyjaźniła się (?) z Jarosławem. W 1990 roku przyjęła jego propozycję pracy w Kancelarii Prezydenta Wałęsy, podobno zajmowała się pisaniem analiz na podstawie danych \"białego wywiadu\" czyli źródeł ogólnie dostępnych. Przystąpiła do Porozumienia Centrum, ledwie jednak zasmakowała w politycznych frykasach, jej protektor Jarosław Kaczyński przegrał swą polityczną rozgrywkę. Powrót do IBL wydawał się w tej sytuacji absurdalny, rozbudzone ambicje szukały ujścia w świecie polityki. Pitera wystąpiła z PC, wstąpiła do Unii Polityki Realnej i w roku 1994 rozpoczęła samodzielną karierę.

Kilka lat działalności w samorządzie warszawskim zaowocowało osiągnięciem znacznej popularności wśród mieszkańców, co Pitera zawdzięcza niewątpliwej pracowitości. W kategoriach politycznych jednak stała się zwolennikiem Pawła Piskorskiego czego dowodzą jej słowa: To jest kandydat na prezydenta, może już w 2005 r. Idzie jak burza. Ale jest rozważny. Słowa te wypowiedziane zostały w roku 1999, co oznacza, że tropienie \"układu warszawskiego\" jeszcze wtedy nie było życiową pasją obecnej posłanki PO. Kluczowym momentem w karierze politycznej (i medialnej zarazem) był rok 2000 i propozycja ze strony Piskorskiego (ówczesnego prezydenta Warszawy) objęcia stanowiska wiceprezydenta Warszawy w zamian za polityczne poparcie. Była to już sytuacją podbramkowa. Pitera mogła przyjąć tak eksponowane stanowisko, ale to oznaczałoby zerwanie z dotychczasową taktyką - krytyką błahych nieprawidłowości i realnym, lecz cichym wspieraniem \"układu warszawskiego\". Byłoby to decyzja krótkowzroczna, albowiem dalsze funkcjonowanie \"układu\" stawało się wielce problematyczne, dla każdego w miarę inteligentnego człowieka stawało się jasne, że za chwilę szambo wybije aż pod niebiosa. Pitera podjęła poważną decyzję życiową, nie ma co tego kryć, zerwania z polityczną stabilizacją, co mogło się wydawać krokiem ryzykowanym, i rozpoczęcia kariery polskiego sędziego Di Pietro w spódnicy niszczącego korupcyjny układ. Odmówiła poparcia dla Piskorskiego, po czym dokonała rozłamu w klubie AWS w Radzie Warszawy. Z perspektywy lat widać, że krok ten był ryzykowny politycznie, ale mocno opłacalny. Przeskoczyła z poziomu lokalnej polityki do sfery ogólnopolskiej.

Bardzo interesujące są szczegóły kariery w Transparency International Polska, instytucji potraktowanej przez Piterę jak wehikuł przybliżający ją do upragnionej kariery ogólnopolskiej. Przejęcie władzy w Transparency International to historia prawie szekspirowska, może poza faktem, że przeciwnikami wyrachowanej Julii nie byli okuci w zbroje wojownicy, lecz poczciwi profesorowie, prawdziwe życiowe dupy wołowe. Członkiem organizacji Pitera została w 1998, w roku 1999 dostała się do zarządu a już w 2001 wykolegowała profesorską konkurencję i do roku 2005 (czyli do zwycięskich dla siebie wyborów do Sejmu) pełniła funkcję prezesa. Profesor Antoni Kamiński, prezes zarządu Transparency International Polska w latach 1999 - 2001 wypowiadał się dla tygodnika \"Południe\" na temat kulis tych wydarzeń: Zaproponowałem, aby moim następcą został wybrany prof. Jacek Kurczewski. Wyborczemu Zebraniu Ogólnemu przewodniczył Maciej Wnuk. Zostałem zaatakowany za pracę dotychczasowego skarbnika, aczkolwiek wybranego przez Zgromadzenie. Wprowadzono nowy tryb wyboru. Najpierw wybierano do Zarządu, który potem miał się ukonstytuować. Najwięcej głosów otrzymał prof. Jacek Kurczewski, o jeden mniej uzyskała prof. Małgorzata Fuszara. Julia Pitera otrzymała znacznie mniej. Poproszono mnie, abym poprowadził zebranie konstytucyjne Zarządu. Wysunięto kandydaturę Jacka Kurczewskiego. Potem nieoczekiwanie Julii Pitery. Wówczas zorientowałem się, że sprawa została ustawiona. Wynik był 7 : 2 dla Julii. Oczywiście z punktu widzenia statutu wszystko było OK. Po względem moralnym pozostawało to pod znakiem zapytania. Z tego powodu natychmiast zrezygnowałem z członkostwa w Transparcency. To samo zrobili Jacek Kurczewski i Małgorzata Fuszara. Okoliczności przejęcia władzy przez Piterę były tak dziwne, że jak relacjonowało \"Życie Warszawy\": Komisja Rewizyjna TIP nie udzieliła absolutorium zarządowi. W sprawozdaniu z 31 maja 2002 roku oceniającym działalność zarządu, Komisja stwierdza, że Julia Pitera bezprawnie piastuje funkcję prezesa. Co stało się później opisywało \"NIE\": Aktyw zarzucał sobie nawzajem manipulacje, oszustwa, donosy, a nawet malwersacje. Wyrzucono skarbniczkę Małgorzatę Borowczyk-Przyborowską obwinioną o spowodowanie manka w kasie w wysokości ponad 70 tys. zł. Skarbniczka twierdziła, że winni są koledzy, którzy nie rozliczali grantów. Aby uniknąć międzynarodowego skandalu, TIP zaciągnęło pożyczki u osób prywatnych. Najwięcej, 20 tys. zł, pożyczył mąż Julii, Paweł Pitera. Przeciwnicy Pitery nazwali to sprzedaniem organizacji w prywatne ręce. Julia Pitera wraz z frakcją swych zwolenników rozpoczęła walkę z grupą malkontentów, czego interesującym dowodem jest mejl jednego z członków TIP: Marek Łajtar do wszystkich: Ostatnie zebranie przekonało mnie o tym, że w naszym Stowarzyszeniu nie funkcjonują cywilizowane standardy zachowań. Wyrzucono wtedy z organizacji Tadeusza Pelplińskiego, który poskarżył się \"Życiu Warszawy\", że w TIP nastały rządy kapturowe. W rewanżu grupa Pitery ogłosiła, że Pelpliński to działacz Samoobrony odpowiedzialny za blokady dróg, rozłamowiec z Polskiego Związku Hodowców Gołębia Pocztowego, znany w swojej gminie pieniacz, który ma wiele spraw sądowych (nie wiadomo, w jakim charakterze!) i na dodatek były ORMO-wiec. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, dopóki nie ujawnił prasie wstydliwych sekretów stowarzyszenia. Inny członek TIP Piotr Sarre tak pisał: To przecież materiał na osobny raport do centrali światowej TI. Napiszcie raport, koniecznie. O nierozliczonych grantach, wzajemnych oskarżeniach, apolitycznej prezes Piterze, która kandydowała na prezydenta Warszawy; panu Pelplińskim od gołębi, panu Muszyńskim prześladowanym przez tajne służby. O sukcesach akcji Manus Puris i Przybornika Antykorupcyjnego. Niczego nie pomińcie. Niech centrala ma ubaw.

Julia Pitera przechwala się, że przekształciła TIP z naukowego klubu seniora, jakim była ta organizacja przed rokiem 2001 w profesjonalny ośrodek zbierania i nagłaśniania informacji o polskiej korupcji. Całkiem możliwe, że tak było. TIP pod kierownictwem Pitery doskonale wywiązywała się z statutowego obowiązku \"uwrażliwiania\" społeczeństwa na zagadnienie korupcyjnej patologii. Faktem jest jednak to, że firma zaczęła pracować także na osobisty sukces pani prezes, w tym czasie wciąż tylko warszawskiej radnej umiejętnie tworzącej na skalę ogólnopolską swój wizerunek samotnego szeryfa zwalczającego hordy bandziorów. Jednak były to jeszcze czasy sprzed afery Rywina, atak na \"układ warszawski\" nie okazał się aż tak wielkim sukcesem jak zdemaskowanie afery Watergate. W roku 2005 Pitera mimo wciąż funkcjonującego w Warszawie \"układu\" wystartowała z listy warszawskiej Platformy. Mimo tak pięknie zapowiadającej się ogólnopolskiej kariery nie osiągnęła wymarzonego stanowiska ministra sprawiedliwości w rządzie PO-PiS, znane wszystkim polityczne wypadki skazały ją na wegetację na stanowisku \"ministra\" w gabinecie cieni PO. Prawdziwym ministrem został Ziobro, aktywny członek komisji ds. afery Rywina. W hierarchii polskich afer \"układ warszawski\" jednak uplasował się znacznie niżej niż \"Rywingate\". Cóż za rozczarowanie dla wyniosłej Julii!

Jej kariera polityczna świadczy o bezideowości i cynizmie, ale także o kłótliwości i egocentrycznej chęci odegrania roli prawdziwego lidera (co w świecie polskiej polityki nie jest rzadkością). Po wstąpieniu do UPR najpierw występowała w roli rzecznika prasowego tej partii, by w końcu dostać się do władz partii. Rzecz jasna natychmiast nadambitna Julia skłóciła się ze wszystkimi, tak że w 1998 r. UPR nie chciała jej wystawić na listy wyborcze. Cwana Pitera wcale się tym nie przejęła, albowiem wcześniej zaczęła badać inne możliwości kariery politycznej. Z pomocą wyrośniętego już synka Kubusia rozpoczęła infiltrację Ligi Republikańskiej, z której pomocą z wyborczej listy AWS dostała się w 1998 r. do Rady Warszawy. Przez krótką chwilę próbowała ułożyć się z grupą Piskorskiego, ale już w 2000 roku rozwaliła warszawski samorządowy klub AWS i nareszcie po wielu latach politycznej męczarni została samodzielnym liderem 9-osobowej grupy radnych pod nazwą \"Zgoda Warszawska\". Ale jako że Julia nigdy głupia nie była to wiedziała, że na tym poprzestać nie można. W roku 2001 przejmuje władzę w TIP i bierze udział w założeniu Prawa i Sprawiedliwości. Tu także po chwili konfliktuje się z bliźniakami, szybko orientuje się, że jej wielkie aspiracje przy znanym autorytaryzmie braci Kaczyńskich nie bardzo rozkwitną. W roku 2002 startuje w wyborach na prezydenta Warszawy, sromotnie przygrywa zdobywając ledwie 7 % głosów. W roku 2005 dokonuje chyba najbardziej spektakularnej wolty politycznej, zostaje posłanką Sejmu RP z listy Platformy Obywatelskiej. Po tym fakcie wstępuje do partii i wchodzi do jej władz regionalnych i krajowych.

O dość specyficznym rozumieniu metod walki z korupcją (antykorupcyjny lepperyzm?) niech świadczy cytat z artykułu Piotra Bachurskiego, redaktora naczelnego Gazety Finansowej: Ostatnio pani Pitera w wywiadzie dla \"Dziennika\" skrytykowała szpital przy Banacha i jego dyrektorkę, twierdząc, że w szpitalu doszło do nieprawidłowości. Krytykuje, ale nie podaje dowodów. Szczytem hipokryzji było odniesienie się pani Pitery w przywołanym artykule, do agencji marketingu Anon. Otóż posłanka przyznaje, że podczas kontroli skarbowej w tej spółce nie znaleziono nieprawidłowości, ale lepiej na wszelki wypadek zbadać ją raz jeszcze. I tak dzień w dzień, od konferencji prasowej do kolejnego prasowo-radiowo-telewizyjno-internetowego wywiadu (posłanka jest bodaj najbardziej multimedialnym polskim politykiem). Co tydzień następuje demaskacja kolejnej afery, jednak żadna ze spraw korupcyjnych nie została doprowadzona do sądowego końca, Pitera mimo posiadania grubych teczek ze szczegółami afer (chętnie przynoszonych przez urzędników) nigdy nie była zainteresowania przekazywaniem owych teczek prokuraturze. Prawdziwy medialny karabin maszynowy, po każdej serii następuje gorączkowe poszukiwanie następnego magazynka. Czy tak należy walczyć z korupcją? Czy nie przypomina to raczej ekscesów amerykańskich aktorek namiętnie fotografujących się na tle głodujących dzieci z Afryki? Niedawne ataki na szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusza Kamińskiego (zresztą bliskiego znajomego z Ligi Republikańskiej) raczej nie wynikały z przyczyn merytorycznych, ale ze złości o naruszenie jej \"monopolu\" na walkę z korupcją. Tyle lat autopromocji i marketingu i naraz ktoś inny ma zbierać owoce jej ciężkiej pracy? Niedoczekanie!

Konsekwentna strategia promowania się w roli moralistki polskiej polityki przypomina podobne praktyki Andrzeja Szczypiorskiego z lat 90-ych. O ile jednak w przypadku Szczypiorskiego jego wizerunek \"moralnego autorytetu\" był od początku do końca cyniczną i wyrachowaną grą, to w przypadku Pitery są, może nie do końca jasne, symptomy wskazujące, że straciła kontrolę nad własną kreacją medialną. Jej gra w swym patosie i egzaltacji przekroczyła granicę śmieszności, co może znaczyć, że emocjonalna, kobieca natura Pitery bierze górę nad jej męską, wyrachowaną częścią osobowości. Najwyraźniej sama uwierzyła w rolę jaką odgrywa. W kuriozalnym, przepojonym megalomanią i narcyzmem artykule ze styczniowego numeru \"Twojego Stylu\" pada zdanie Julia Pitera uważana jest za najuczciwszego polskiego polityka (czyżby Mazowiecki ostatnio zaczął kraść?), groteskowość tego sądu, zapewne wygłoszonego przez samą pozwaną nie jest już nawet śmieszna, jest przerażająca. Czymże jest jednak narcyzm wobec mitomanii, która objawia się w opowieści o zamachu dokonanym przez tajemniczego sprawcę, wskutek którego miał ulec zniszczeniu samochód sąsiadki. W policyjnym śledztwie sprawca rzekomo miał wyznać, że otrzymał zlecenie na samochód samej Pitery. Jak traktować tę opowieść zgrozy, po raz pierwszy zresztą sprezentowaną opinii publicznej za pośrednictwem kolorowego pisma dla gospodyń domowych? Czy był wyrok w tej sprawie, na czyje zlecenie działał sprawca, tego czytelnik już się nie dowiaduje. A jeszcze kilka lat temu w jakimś wywiadzie Pitera wyznała, że w przeciwieństwie do innych polskich polityków nie uskarża się na żadne zamachy (była to chyba aluzja do Jarosława K.) A może jednak nie jest to mitomania, przecież gdyby w tę historię wierzyła to uwielbiająca konferencje prasowe posłanka nie omieszkałaby poinformować cały świat o zagrożeniu swego życia. Może to tylko cyniczna promocja swego wizerunku w wersji hard specjalnie dla grupy docelowej - domowych gospoś? Co jest gorsze, cynizm czy mitomania?

W porównaniu ze średnią przeciętną siermiężnością naszych polityków, z ich parciem na szkło i nieodpartą potrzebą wygłaszania każdej głupoty spektakl medialny w wykonaniu Pitery sprawia wrażenie zjawiska z innego świata. Zapewne zrozumiała reguły nowoczesnej polityki podczas pobytu w USA w roku 1998, na zaproszenie Departamentu Stanu (?). Tam pojęła, że \"walka z korupcją\" będzie jej PR-owskim \"formatem\", który wyniesie ją na polityczny szczyt. W tym samym roku wstąpiła do polskiego oddziału Transparency International i rozpoczęła akcję przejmowania władzy w tej organizacji.

Sukces medialnego \"antykorupcyjnego\" spektaklu zawdzięcza Pitera nie tylko przemyślanej strategii. Do jej atutów należy talent aktorski, oczywisty mimo niezdanego egzaminu do szkoły teatralnej w latach 70-ych. Notabene, może gdyby niezłomna Julia nie była tak obraźliwa i przeczulona na punkcie swej godności i startowała jeszcze ze dwa razy do szkoły (wielu znanych reżyserów i aktorów ma na koncie 3 a nawet 5-krotne podejścia do egzaminu) dziś nie musiałaby się tak męczyć w polityce. Można bowiem odnieść wrażenie, że cała ta polityczna kariera jest tylko narcystycznym popisem niezrealizowanej aktoreczki. Coś ważnego nie wyszło w jej życiu i teraz to nadrabia? Jakąż męczarnią dla osoby o tak potężnym ego musiało być to biureczko i praca bibliograficzna w IBL-u.

Bardzo użyteczna w aktywności medialnej jest też pomoc męża, Pawła Pitery, reżysera telewizyjnego i teatralnego, który dzielnie organizuje każdą kampanię wyborczą (ile ich było?), kręci klipy telewizyjne. Ciężkie musi mieć życie pan Paweł ze swą małżonką, ale jak to mówią widziały gały co brały. Mocno stresująca musiała być sprawa wspomnianej już pożyczki w kwocie 20 tysięcy złotych na rzecz pokrycia braków w TIP, a to właśnie mąż trzyma kasę w rodzinie Piterów. Zupełnie już absurdalną sytuację szalona Julka zafundowała mężowi nie wpuszczając inspektorów budowlanych zamierzających obejrzeć strych-mieszkanie. W efekcie wszczęty został proces, w którym oskarżono p. Julię i Pawła o to, że udaremnili przeprowadzenie czynności służbowych. 10 lutego 2004 r. zapadł wyrok. Paweł Pitera został uniewinniony, gdyż w krytycznych dniach był poza Warszawą. Zapewne reżyserował coś, by w ten sposób zarobić na polityczne fanaberie żoneczki.

Prywatnie Julia Pitera nie jest osobą sympatyczną. Można bawić się w eufemizmy i użyć słowa apodyktyczna. Jednak w rzeczywistości Pitera jest po prostu agresywna i lubi od czasu do czasu eksplodować złością na osobę w danej chwili uznaną za wroga. Kimś takim może być byle dziennikarzyna, który ośmiela się wypunktować pewne wątpliwe fakty w karierze osoby uznawanej za najuczciwszego polskiego polityka. Wtedy posłanka potrafi wrzasnąć: Popamiętacie mnie po ruski miesiąc! W dwa dni was zniszczę! (cytat dosłowny) po czym nasyła na biedaczka-żurnalistę swojego syna-prawnika żądającego wycofania nakładu gazety. Takie zachowanie jakoś nie pasuje do publicznego wizerunku osoby ciepłej i sympatycznej. Jeśli zaś idzie o wielokrotnie wyrażane przez nią przywiązanie do manier i dobrego wychowania to w sieci znaleźć można takie wypowiedzi o Piterze prywatnej: Miałem wątpliwą przyjemność brania udziału w rozmowie z nią. Muszę przyznać, że jest osobą bez wdzięku, bez którego kobieta staje się nieprzyjemna. Telewizja wypromowała jej specyficzny image, którego p. Pitera nie potrafi utrzymać w bezpośrednim kontakcie. Podczas rozmowy reprezentuje typowy dla osób publicznych w Polsce, lekceważący, pełen zarozumiałości i pogardliwy stosunek do rozmówcy, którego nie potrafi ukryć. Sama wypowiada się zwykle podniesionym głosem wpadającym w histeryczne tony. No i najbardziej charakterystyczne dla polskich polityków: przerywanie kwestii wypowiadanej przez interlokutora w pół słowa. W sumie brak podstawowej kindersztuby. Inna osoba twierdzi: Miałem smutne doświadczenie rajcowania z p. Piterą w samorządzie warszawskim i moja opinia o niej pogarszała się raptownie w miarę rozwoju naszej znajomości. Niewątpliwie Julia potrafi wygenerować święte oburzenie na dowolny temat i z reguły nic z tego nie wynika z wyjątkiem rozgłosu dla ambitnej p. Julii. Znaleźć można nawet taką opinię: Miałem okazję rozmawiać z panią poseł Piterą w sprawie jej ewentualnej pomocy dla człowieka skrzywdzonego. Okazało się, że jest to osoba przekonana o swojej nieomylności, bardzo oschła i nie potrafiąca wysłuchać tego, co ktoś ma do powiedzenia. Podejrzewam, że ta nasza rozmowa miałaby zupełnie inny przebieg, gdybym prowadził ją w świetle telewizyjnych jupiterów.

Rzeczywiście, prywatnie 54-letnia posłanka Peggy Sue jest kobietą piekielnie ambitną, prącą do kariery, traktującą ludzi cokolwiek instrumentalnie - ostatnio zachwycona oświadczyła, że polityka tak bardzo ją angażuje, że nie ma zupełnie czasu dla dawnych znajomych. Ciekawe oświadczenie, czyżby Pitera uznała, że \"dawni znajomi\" spoza świata polityki są bezużyteczni i nie warto tracić dla nich czasu? Temu braku zainteresowania dla przyjaciół towarzyszy demonstracyjnie okazywana życzliwość tak zwanym prostym ludziom, gdziekolwiek i kiedykolwiek ich Pitera napotka. Jakże to podobne do amerykańskiego zwyczaju ściskania rąk wyborcom zawsze w obecności kamer. Rzeczywiście, Pitera podejmuje i jako posłanka i dawniej jako radna liczne interwencje w sprawach życiowych zwykłych ludzi, to fakt niezaprzeczalny. Ale też podobno prywatnie wyraża niezadowolenie ze zbyt małej dociekliwości dziennikarzy by poznać dogłębnie ten aspekt jej kariery życiowej. Oto cytat z \"Twojego Stylu\" przedstawiający zasługi radnej Pitery według niej samej: Kuba mógł mieć wtedy jakieś 17 lat. Często się złościł: Stale nie ma cię w domu. Nie mogę z tobą pogadać. Wtedy jednak dla Julii od rozmów z synem ważniejsi byli ludzie, którym źle naliczono emeryturę, bezprawnie zabrano działkę, których wyrzucono z pracy, eksmitowano. Spektaklem pokazowej życzliwości była przed wielu laty walka o warszawskie schronisko na Paluchu, Pitera ostentacyjnie roniła łzy z troski o biedne zwierzątka (dzieci i zwierzątka zawsze wzruszą publikę), których kosztem mieli tuczyć się bezduszni, skorumpowani urzędnicy. Kiedy media znudziły się tą historią, radna Pitera też straciła zapał do walki.

O \"ideowych motywach\" działalności Pitery niech świadczy cytat z Rzeczpospolitej: Dom. Rodzina ze wspaniałymi tradycjami pracy społecznej i patriotyzmu, w najlepszym sensie tego słowa. Babcia zakładała dziewczęce drużyny skautowe w przedwojennym Lwowie, mama walczyła w powstaniu warszawskim jako żołnierz pułku Baszta, pomagała potem prześladowanym kolegom z wojska w zdobyciu pracy. Ojciec, światowej sławy profesor medycyny, odkrył hormon wzrostu, na chwałę nauki polskiej. Dom wpoił jej zasady. - Babcia podkreślała, jakim szczęściem jest to, że mamy tradycję rodzinną, wykształcenie. Że najważniejsze to myśleć o innych ludziach, że trzeba się dzielić z innymi. Że skromność to właściwa postawa, jeżeli chce się być elitą. Czy aby na pewno Julia Pitera jest współczesną Siłaczką i doktorem Judymem? Czy aby praca społeczna koniecznie musi być wykonywana zawsze w świetle reflektorów? Czy aby w tradycji inteligenckiej zawierała się umiejętność robienia politycznej kariery dzięki pasji społecznikowskiej? A może takie wyrachowanie jest zaprzeczeniem inteligenckiego etosu?

Legendarny już \"afera strychowa\" z udziałem Pitery w istocie rzeczy nie jest żadnym poważnym przekrętem, a nabrała rozgłosu z powodu specyficznych cech osobowości Julii. W latach 80-ych mąż obecnej posłanki wystarał się o strych do adaptacji na warszawskim Mokotowie. Cały remont nadzorować musiała Julia, albowiem w tym czasie małżonek zarabiał pieniążki, kręcił kultowego gniota czasów schyłkowego PRL, serial \"Na kłopoty Bednarski\". W latach 90-ych rozpoczęła się walka o wykup strychu, Pitera domagała się sprzedaży za symboliczną złotówkę lokalu komunalnego, który rzeczywiście pierwotnie był ruiną. Urzędnicy odmówili, doszukując się podobno rzeczywistych, lecz nieistniejących w dokumentacji 20 metrów powierzchni. Pitera wypowiada urzędasom wojnę. \"NIE\" tak opisywało tę batalię: Niezliczone skargi pisze na papierze z syrenką i nadrukiem Radna Miasta Stołecznego Warszawy. Pisze np. w skardze do prezydenta Piskorskiego na władze Mokotowa 6 sierpnia 1999 r.: Domagam się wyciągnięcia konsekwencji służbowych wobec winnych. (...) Przystąpię - ze znaną Panu zapewne konsekwencją - do wyjaśnienia wszystkich okoliczności opisanej sprawy na wszelki możliwy i dostępny mi sposób, nie oglądając się ani na koszta, ani na skutki polityczne, ani też dalsze losy zawodowe i przyszłe kariery osób, które przysporzyły mi kłopotów. Jakie efekty przyniósł ten prywatny Stalingrad Julii Piterze? W ciągu 18 lat strychem Piterów zajmowały się: Urząd Dzielnicy Mokotów, burmistrz gminy Warszawa Centrum, prezydent i wiceprezydent Warszawy, NSA, starosta i wicestarosta powiatu warszawskiego, przewodniczący Rady Powiatu, powiatowy i wojewódzki inspektor nadzoru budowlanego, policja, prokuratura, sąd cywilny i karny. Jeśli mierzyć kwalifikacje polityka skutecznością, to Pitera jest beztalenciem politycznym: strychu do dziś nie wykupiła. Gorzej - stworzyła sytuację, w której wszyscy mogą jej zarzucać pazerność, prywatę i pieniactwo. Meritum sporu to kilkanaście metrów kwadratowych różnicy w pomiarach. Dzielnica sprzedaje mieszkania z 80-procentową bonifikatą, więc \"nadmetraż\" kosztowałby 3-4 tys. zł. Ile waży taka kwota w budżecie domowym reżysera i radnej od lat 10 pobierającej tłuste samorządowe diety? Zdaniem naszych rozmówców, którzy znają Piterę, jej zajadłość w walce o swoje wynika z potrzeby zademonstrowania światu: JA MAM RACJĘ. Jest to potrzeba tak silna, że tłumi głos rozsądku. Czyżby niesprawiedliwą była konkluzja, iż sednem całej nieszczęsnej afery była chorobliwa ambicja histerycznej emocjonalnie niestabilnej kobiety?

Pitera jest niewątpliwie osóbką wygadaną i świetnie kontrolującą swój publiczny wizerunek, jednak nieodparta potrzeba wygłaszania komentarzy na każdy temat skłania ją to tak zabawnych wypowiedzi jak ta dla \"Dziennika\": Człowiek zupełnie inaczej patrzy na swoje działania, jeżeli ma świadomość, że ich skutki będzie odbierała rodzina: żona czy mąż i dzieci. Człowiek, który nie ma perspektywy pokoleń, będzie się zajmował głównie sobą, bo jego ambicją jest utrzymanie się przy władzy. Zaczyna tracić dystans. Najgorsze jest jednak to, że nie ma w swoim otoczeniu nikogo, kto patrzyłby na jego działania krytycznie. A żona świetnie się do tego nadaje. Ziobrze otoczenie tylko kadzi. On prawdopodobnie lubi, żeby ciągle mu mówiono: jesteś przystojny, świetnie ubrany i najmądrzejszy na świecie. Brakuje kogoś, kto mu powie: Zbyszek, puknij się w głowę, wstyd mi za ciebie...W przypadku osób w zaawansowanym wieku trzeba się już zastanowić, z czego ta ich samotność wynika. Czy oni nie potrafią żyć z drugim człowiekiem? Nie potrafią pójść na kompromis? Uważają to za zgniliznę? Ja z mężem przez 30 lat zawarłam wiele kompromisów i żaden nie był zgniły. Posiadanie rodziny to także zrozumienie dla ludzkich słabości. To wszystko się bardzo przydaje w polityce. Człowiek potrafi dostrzegać drugiego człowieka. Jeśli ktoś tego nie przechodzi, to obawiam się, że potem ma kłopoty. Funkcjonuje na zasadzie: albo będzie tak jak ja chcę, albo nie będzie niczego. Ci, którzy formują rządy, powinni się mocno zastanowić nad samotnikami. Nie nad rozwodnikami. Nad zatwardziałymi kawalerami. Czyżby to starannie ukrywana twarz radykalnej Matki-Polki? Taka perspektywa jest zrozumiała u słuchaczki Radia Maryja, ale u działaczki PO?

Czy medialna wydmuszka, jaką jest Julia Pitera naprawdę musi być ministrem sprawiedliwości w przyszłym rządzie PO? Przecież objęcie takiej funkcji musi się wiązać nie tylko z występami na konferencjach prasowych, ale z realną działalnością, organizowaniem pracy prokuratury, o czym osoba nie posiadająca ani prawniczego wykształcenia (polonistka!) ani praktyki zawodowej nie ma bladego pojęcia. Objęcie tej funkcji przez Piterę będzie dobitnym potwierdzeniem, że Polska idzie w ślady innych zachodnich demokracji, w których polityka sprowadza się do gry pozorów, telewizyjnego spektaklu zupełnie niezwiązanego z realną praktyką polityczną. Dzięki tryumfowi takiego mechanizmu do dziś większość Amerykanów jest przekonana, że jednym z największych prezydentów w historii był JFK, absolutny mistrz autoreklamy, ale w rzeczywistości kunktator.

Polska polityka zdominowana jest społeczną obsesją postrzegania jej aktorów na poziomie \"mały szwindel i scyzoryk w brzuch\", ale chyba nawet w Polsce należy w końcu ustalić bardziej abstrakcyjne kryteria oceny. Nie tylko kryterium ewentualnego zamieszania w aferach (przecież sama Pitera padła ofiarą tego mechanizmu, insynuowanie jej udziału w \"aferze mieszkaniowej\" jest śmieszne), ale kryterium kompetencji, merytokracji.

Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Film opowiada o aktualnej sytuacji panującej w polskich aresztach śledczych. Zdjecia rozpoczęto 1 września 2003 roku, ich zakończenie planowane jest w maju.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS