menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Śmierć za 300 tysięcy: Synuś i Jaco (fragmenty rozdziału) 15-06-2009
Krzysztof, najmłodszy z dzieci Ewy i Włodzimierza, rocznik 1976, był, jak to często bywa z najmłodszymi dziećmi, maminym synkiem. Matka go rozpieszczała, ojciec wymagał. Wymarzył sobie, że kiedyś to Krzysio przejmie po nim schedę. Ale syn nie wykazywał uzdolnień biznesowych. Ojciec żalił się nawet znajomym, że chłopakowi wciąż w głowie śpiewają skowronki, nie chce się uczyć. Ganił go za to, a wtedy mama skrycie chłopaka pocieszała. Ale Włodzimierz miał też powody do radości. Krzyś od dziecka interesował się rolnictwem. Podobno w wieku siedmiu lat nauczył się jeździć na traktorze. I lubił pracować w gospodarstwie.

Krzysztof najlepiej czuł się w towarzystwie Danusi. Starszej o trzy lata siostrze mógł powierzać swoje dziecięce sekrety, radzić się, żalić. Zawsze trzymała jego stronę, kiedy trzeba pocieszała, albo chwaliła. A kiedy dorósł, nadal traktował Danusię jako powiernicę swoich, teraz już męskich tajemnic. Miał powodzenie u dziewczyn, siostra rosła w dumę,  kiedy koleżanki zachwycały się jego urodą. Często razem chodzili na imprezy. Krzysztof super tańczył. Na zdjęciach z tego okresu zachowały się ujęcia, kiedy tańczyli razem. Krzysztof uśmiechnięty, a Danusia wpatrzona w niego z miłością. Ich relacje tłumaczą, dlaczego po porwaniu to głównie Danuta Olewnik, a nie najstarsza z rodzeństwa Anna, tak walczyła o ratunek dla Krzysia. Chodziła z ojcem do ministrów, czekała na audiencje udzielane łaskawie przez prokuratorów. I tak zostało do dzisiaj. To Danuta z ojcem, a nie jej mama i siostra, występują publicznie, domagają się ukarania winnych zaniedbań.

Od podstawówki Krzysztof przyjaźnił się z Jackiem Krupińskim. Siedzieli w jednej ławce, a po szkole też nierozłączni, grali w piłkę, chodzili do cukierni i podrywali koleżanki. Krzysztof nazywał przyjaciela „Jaco”, a ten rewanżował się ksywką „Synuś” (w znaczeniu: maminsynek).

Mama Jacka była kucharką, ojciec pracował w warsztacie. W latach 80. status społeczny obu rodzin był mniej więcej równy, chociaż Olewnikom powodziło się nieco lepiej, rolnictwo dawało dochody, a szczególnie chów trzody.  Ale później, po otwarciu pierwszej masarni,  finansowo to już była przepaść. Jaco schował się w cieniu Synusia, ale to go nie urażało. Ambitny, planował, że kiedyś też dojdzie do forsy. Skończyli podstawówkę i poszli do szkół zawodowych. Jeszcze nie mieli wtedy parcia na karierę. Zawodówki były skrojone na ich miarę. Trochę krótkowzrocznie zaplanowali sobie przyszłość, bo kiedy po trzech latach szkoły skończyli, upomniało się wojsko. Bardziej z obawy przed kamaszami, niż z pędu do wiedzy, obaj zdecydowali się na dalszą naukę w płockim technikum mechanicznym. Krzysiek od małego miał smykałkę do dłubania w silnikach. Skończył „mechanika”, ale Jacek odpadł. Nie chciało mu się uczyć, a może proza życia wymusiła, że zamiast do szkoły poszedł do roboty.

Rodzicom Krzysztofa, tak przynajmniej dzisiaj twierdzą, przyjaźń syna z młodym Krupińskim nie przypadła do gustu. W tym chłopaku było coś dziwnego, nie ufali mu, obawiali się, że ma zły wpływ na Krzysia. Być może podejrzewali, że o ile ze strony Krzysia intencje były szczere, to Jackiem kierowało wyrachowanie. Ale otwarcie nigdy nie sprzeciwili się tej znajomości, przyjaźń przetrwała. Dzisiaj Jacek Krupiński siedzi w areszcie pod zarzutem udziału w gangu porywaczy. Według prokuratora miał uczestniczył w uprowadzeniu Krzysia. Jacek nie przyznaje się do winy.

W obszernym liście jaki otrzymaliśmy, Jacek z aresztu opowiada o swoim życiu i relacjach z Synusiem. Ujawnia, że on i jego rodzice pracowali u Olewników. Zaczął zarabiać w wieku 14 lat. Malował płoty, mył samochody firmowe. To były marne grosze, ale dla nastolatka z ubogiej rodziny, niewyobrażalne kokosy. Mama zatrudniła się w masarni Olewnika, a tata najął się za stróża nocnego w jednej z firm pana Włodzimierza (Pek-Mont – Olewnik był tam jednym z udziałowców). W tej samej firmie Jacek, już dorosły, dostał pierwszy w życiu etat, był zaopatrzeniowcem. Jego kolegą z pracy był w tamtym czasie Irek Piotrowski, zwany Bokserem, skazany później za udział w porwaniu Krzysia.

„Wszystko, co miałem, zawdzięczałem Krzysztofowi” – pisze Jacek z aresztu. Dzięki tej przyjaźni korzystał z pomocy całej rodziny Olewników. Jeździł z nimi na wakacje, z Krzysiem wypuszczał się za granicę. Danka dała mu pieniądze na prawo jazdy i pożyczyła na kupno pierwszego samochodu w życiu – starego malucha. Zapamiętał wspólne sylwestry w Zakopanem z Krzyśkiem i Danusią. W końcu, jak twierdzi, za radą Krzysia, otworzył własną firmę. Dostarczał materiały budowlane do zakładów Olewnika. Potem wziął się za obrót stalą. Wspomina słowa jakie usłyszał od pana Włodzimierza: Wierzę, że będą z ciebie ludzie”. Kłamie? Chyba nie, bo przecież to sam Olewnik-senior żyrował mu wtedy 100 tys. zł kredytu, jaki wziął na rozwój firmy. A potem nie chciał zwrotu pieniędzy. W zamian jednak zażądał, aby Jacek dopuścił do spółki Krzysia(...)

Jacek i Krzysio chociaż już w roli poważnych biznesmenów, wciąż uchodzili w Sierpcu i Płocku za używających życia wesołków. Krzysiowi wypadało, był przecież kawalerem, ale Jacek, który w 1999 r. ożenił się z Iwoną, dziewczyną z Pruszkowa, jak na młodego męża i tatusia (szybko urodziło się im dziecko) trochę zbyt lekko podchodził do życia. Pasją obu przyjaciół były skutery wodne. Pływali po Wiśle, ścigali się, baraszkowali, cały Płock im zazdrościł. Często towarzyszył im znajomy z Płocka, Krzysztof W. zwany Panelem. Taki lokalny król życia, drogi samochód, złoty sygnet, wokół piękne dziewczyny. Po zaginięciu młodego Olewnika Panel wyprowadził się z Płocka. Podobno zajmuje się teraz handlem samochodami i skuterami wodnymi. Mieszka w okolicach Warszawy. Wspominamy o nim, bo to charakterystyczna postać. Krąg przyjaciół i znajomych Krzysia Olewnika składał się z wielu podobnych osób. Z jednymi ścigał się po Wiśle skuterem wodnym, z innymi imprezował w nocnych lokalach, z niektórymi rywalizował na strzelnicy sportowej. Był dobrym strzelcem, podobnie jak Jacek, ale tylko Krzysio z pasją oddawał się strzelectwu.  Obaj posiadali legalną broń i bezterminowe zezwolenia. Grzegorz Korytowski, lokalny działacz SLD i były wicestarosta z Sierpca, dzisiaj przedstawiany, jako czarny charakter i oskarżany przez Włodzimierza Olewnika o wyłudzanie pieniędzy za rzekomą pomoc w poszukiwaniu syna, a nawet o udział w spisku na jego życie, miał z Krzysztofem wspólne hobby:
- W gruncie rzeczy łączyło nas zamiłowanie do broni, lubiliśmy strzelać. Jestem członkiem klubu sportowego. Krzyś strzelał tak bardziej rekreacyjnie. Pamiętam, że kiedyś jego tato zorganizował grilla na terenie obok zakładów mięsnych w Świerczynku. Miał tam coś w rodzaju strzelnicy, taki kulochwyt. I strzelaliśmy sobie do celu. Był Krzysio, Jacek Krupiński i zięć pana Włodzimierza, Lech Mikołajewski. Pytają panowie, czy to legalna strzelnica. Szczerze mówiąc nie wiem.
Jest mało prawdopodobne, aby strzelnica w Świerczynku była legalna, ale to nie miało większego znaczenia. Na grillach u pana Włodzimierza bywali policjanci i też zabawiali się strzelaniem z ostrej amunicji do kulochwytu. Pozycja Olewnika seniora była niepodważalna. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby dopytywać, czy ma pozwolenie na prowadzenie strzelnicy sportowej.

Żona Jacka, Iwona nie lubiła Krzysia. Prawdopodobnie uważała, że to on wyciąga jej męża z domu, namawia do grzechu. Krzysztof też za nią nie przepadał. Iwona była o Jacka zazdrosna. Do tego stopnia, że kiedy w domu Krzysztofa odbywało się męskie przyjęcie, to ostatnie poprzedzające uprowadzenie, przyjechała wieczorem tylko po to, aby sprawdzić, czy mąż faktycznie tam jest. Nawet nie weszła do środka. Iwona też znalazła się potem na liście podejrzanych. Pochodziła przecież z Pruszkowa, znała osoby powiązane z tamtejszym, słynnym na cały kraj gangiem. Jedna z jej przyjaciółek, Dorota, była dziewczyną gangstera. Jacek kilka razy spotkał się z nią. Brał namiary na gangsterów. Podczas rewizji w domu Iwony i Jacka znaleziono notes z telefonami. Był wśród nich numer do Krzysztofa M., ps. Fragles, byłego antyterrorysty z jednostki na Okęciu, który pod odejściu ze służby przeszedł na drugą stronę, przystał do bandytów. Uważano go za członka gangu Mutantów specjalizującego się w napadach na Tiry i w porwaniach dla okupu. To Mutanci dokonali słynnego porwania syna przedsiębiorcy mięsnego z Wyszkowa. Jacek Krupiński tłumaczy w liście, że pojechał kiedyś z Dorotą nad zalew Zegrzyński. „Mówiła mi, że ma jakiegoś gościa, który może pomóc. Jeździliśmy po przystaniach, szukaliśmy jakiejś łodzi. Dorota dzwoniła gdzieś z mojego telefonu. Później dowiedziałem się, że chodziło o Fraglesa”. O wszystkim, jak pisze, powiadamiał natychmiast rodzinę Olewników. Konsultował z nimi każdy swój wyjazd w sprawie Krzysia.

Małżeństwo Iwony i Jacka nie przetrwało próby czasu. Rozwiedli się. Iwona z dzieckiem wyjechała z Drobina.

Fragmenty rozdziału "Synuś i Jaco" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.

(1) komentarzy / + dodaj komentarz
młode wilki
Autor: Nat.
2009-06-17 02:38:39

historia aż się prosi na scenariusz fabularny...

Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Film opowiada o aktualnej sytuacji panującej w polskich aresztach śledczych. Zdjecia rozpoczęto 1 września 2003 roku, ich zakończenie planowane jest w maju.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS