menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Demarczyk 17-01-2011

Ewa Korzeniowska
Ciężarówka z żółtym dromaderem

    Powoli widownia Teatru Morskiego w Gdyni zapełnia się publicznością. Pośród elegancko ubranych ludzi w średnim wieku i starszych widać trochę studentów, jest garstka nastolatków. Gwar rozmów wzbija się w górę wraz z bukietem światowej sławy zapachów. W loży obok mnie jakiś obcokrajowiec opowiada po angielsku swojej towarzyszce, że w Warszawie najbardziej podobał mu się "Toilet Park". Instrumenty milczą, stojąc samotnie na czarnej scenie. Nagle zapada ciemność i cisza, po chwili na scenę spada jasny krąg światła. W jego środku, w błyszczącym chałacie, z rękoma wyciągniętymi wzdłuż ciała, prosta jak struna, stoi Ewa Demarczyk.
    Ni brzydka, ni ładna, tajemnicza, ubrana w czerń pieśniarka, która w latach 60. wzbudzała zachwyt śpiewając wiersze znanych i mniej znanych poetów. To dzięki niej poezja Rilkego, Baczyńskiego, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Micińskiego , Leśmiana, Tuwima i wielu innych trafiała do polskich domów. Z pieśniarki występującej w krakowskiej "Piwnicy Pod Baranami" artystka szybko stała się pierwszą damą piosenki poetyckiej w Polsce, nagradzaną na krajowych i międzynarodowych festiwalach. Jej sztuka wywarła duży wpływ na ludzi mego pokolenia, kochających śpiewaną poezję Okudżawy, Dylana, Cohena.
    Sylwetka tylko bardziej ciężka, ale ta sama fryzura, ten sam makijaż z silnie podkreślonymi oczami. Stoi nieruchomo. Zaczyna śpiewać "Jam - nie Osjan..." i wtedy okazuje się, ze śpiew też jest ten sam. Publiczność zamiera, jakby zahipnotyzowana jej niezwykłym, ciągle pełnym ekspresyjnej dynamiki głosem, który, choć nie zawsze wystarcza go w najwyższych partiach, chwilami wybucha jak gejzer paraliżując siłą i ekspresją. Prawie nie zmieniona jest interpretacja wykonywanych utworów, tylko jakby dojrzalsza, przepełniona jeszcze prawdziwszym bólem niespełnienia. Znany repertuar, do którego doszły dwie lub trzy mniej znane rzeczy. Publiczność najgłośniej oklaskuje pamiętne: "Tomaszów", "Pocałunki", "Grande Valse Brillante" czy tekst Galla Anonima o narodzinach Bolesława Krzywoustego. Te mniej znane, jak Piosenka o nocnym Krakowie czy "Nie mogę się rozstać z mamą" jakoś mniej przemawiają do słuchaczy, którzy identyfikują się z bohaterami wykonywanych przez Ewę Demarczyk  piosenek, nieszczęśliwych z miłości, niespełnienia, samotności, tęsknoty i śmierci. Taki jest właśnie ton koncertu, który kończy się dwoma utworami o tematyce wojennej. 

   Z żalem patrzę na gasnące światła i zastanawiam się, jak dostać się do garderoby pani Demarczyk. Podobno obrażona na media artystka nie udziela wywiadów, ale łudzę się, ze uda mi się zamienić z nią parę słów. Gdy widownia pustoszeje, wbiegam za kulisy. W końcu długiego korytarza widzę grupkę ludzi. Wśród nich parę osób trzymających mikrofony ze znakami stacji radiowych, gotowych do akcji; zza uchylonych drzwi dochodzi męski glos: pani Demarczyk nie udziela wywiadów!
Niepostrzeżenie dopycham się do drzwi, zaglądam do środka. Jakaś dziewczyna ubrana w żółtą kurtkę Radia Plus próbuje nakłonić panią Demarczyk do powiedzenia "paru słów do fanów".
    - Jakich fanów?! - denerwuje się artystka. - Proszę pani, jest pani bardzo młoda, ale powinna pani wiedzieć, ze ja nie śpiewam dla fanów, tylko dla publiczności. I dziś wszystko, co miałam do powiedzenia swej publiczności, powiedziałam podczas koncertu.
    - Pani Demarczyk nie udziela wywiadów - powtarza młody człowiek słusznego wzrostu, z długimi jasnymi włosami związanymi nad karkiem w ogon.
    - Jeśli nie udziela wywiadów, to może zechciałaby porozmawiać bez mikrofonu? - zaskoczona słyszę swój własny głos.
    - Porozmawiać mogę - zgadza się niespodziewanie gwiazda. - Pani wejdzie - wskazuje mi krzesło.
    Garderoba to zwykły pokój z lustrem i meblami, jak w stołówce. Przebrana już po koncercie artystka, w grubych spodniach i kurtce narciarskiej, opatulona wełnianym szalem, trzęsąc się z zimna rozdaje autografy i dziękuje za ciepłe słowa. Po wyjściu ostatniego wielbiciela wchodzą jeszcze dwaj panowie z ogromnym koszem róż.
    - Pani Ewo, to od sponsorów koncertu, bardzo pani dziękujemy - obaj młodzi ludzie kłaniają się w pas, całując rękę artystki.
 - A ja panom nie mam za co dziękować - mówi pani Demarczyk - I panowie dobrze wiedzą dlaczego. Żegnam panów.
    Na moment zrobiło się tak cicho, ze słychać było tylko mruczenie elektrycznego czajnika. Panowie sponsorzy wychodzą, a pan Paweł, kierownik grupy Ewy Demarczyk, który z bliska wcale już nie wydaje się być młodzieniaszkiem, z foliowej reklamówki, z której uprzednio wyciągnął czajnik, wyciąga słoik neski i szklane filiżanki. Przy okazji na podłogę rozwija się rolka papieru toaletowego. Po chwili pijemy gorąca kawę, palimy papierosy i gawędzimy, nie zwracając uwagi na szpetne wnętrze.
    - Widzi pani, jak dziś podróżuję? - patrzy świdrując mnie na wylot brązowymi oczami. - Niech pani napisze, że Ewa Demarczyk podróżuje po Polsce ciężarówką, a ściślej mówiąc, TIR-em, w którym przechowuje cały swój estradowy sprzęt.
   Zaprasza, bym została do jej wyjazdu i zobaczyła to na własne oczy. Odpala papierosa od papierosa - nic dziwnego, że chwilami głosu jej nie starcza. Czas nie jest dla niej zbyt łaskawy. Dobrze o tym wie i nie pozwala się fotografować. Ale to jeszcze ciągle ta sama twarz o wyrazie głębokiej melancholii, którą pamiętam z okładek płyt, choć z odrobiną agresji, której kiedyś chyba nie było w jej oczach.
    - Proszę pani, oni zabrali mi teatr! - wybucha.
Trzęsę się, sama nie wiem czy z emocji, czy z chłodu, przysłuchując się gwałtownej opowieści o utracie teatru.
    - W tej piosence o Krakowie miałam ochotę zamiast "kochany Kraków", zaśpiewać "okropny Kraków". Nienawidzę tego miasta rządzonego przez kler i...
    W tym miejscu zaczyna się historia Teatru Ewy Demarczyk, który jakoś nie ma szczęścia do lokali. Początkowo miał siedzibę w Krakowie przy ulicy Floriańskiej. Jednak księża, którzy odziedziczyli całą kamienicę po jakiejś swojej parafiance, po wygaśnięciu umowy wynajęli lokal nowemu najemcy, którym okazał się... McDonald's.
    W ramach rekompensaty pani Ewa dostała od miasta Krakowa budynek na Kazimierzu, w stanie nadającym się do rozbiórki. Gdy go wyremontowała, znalazł się właściciel byłej rudery. Odmawiała płacenia mu czynszu, gdyż remont budynku został przeprowadzony na koszt miasta, a nie właściciela. Wiosną 1999 roku prasę polską obiegła wiadomość, ze Teatr Ewy Demarczyk został wyeksmitowany z zajmowanej siedziby. Nigdzie jednak nie było wzmianki o tym, jak wyglądała eksmisja. Otóż któregoś poranka pani Demarczyk znalazła swój teatr na bruku, czyli sprzęt elektroniczny wartości kilkudziesięciu tysięcy dolarów po prostu zwalony na chodnik. Coś trzeba było z tym zrobić, więc wynajęła wielką ciężarówkę z wielbłądem na plandece i do niej załadowała sprzęt. Odtąd ciężarówka służąca jako magazyn jest także
ej środkiem lokomocji i domem z daleka od domu.
    Słychać pukanie, do pokoju wsuwa się nieśmiało dziewczyna. Spod nastroszonej grzywki widać pełną niepewności twarz.
    - Partycja! - wykrzykuje Ewa Demarczyk. Uściski. Radość powitania. Krótkie zdania o czasie minionym. Co się okazuje? Partycja to wielbicielka pieśniarki, która w czasach, gdy była nastolatką, nie tylko starała się wyglądać jak Demarczyk, ale jeszcze jeździła z Wybrzeża na każdy koncert. Dziś ma dwadzieścia dwa lata i robi magisterium z biologii; prowadzi doświadczenia na myszach, do czego przyznaje się ze skruchą. Nie ma więc niestety czasu, by jeździć na każdy koncert, no i pani Ewa nieczęsto obecnie występuje. Po chwili nasza rozmowa toczy się dalej, to znaczy głównie mówi pani Ewa. W swoim monologu dzieli się z nami opiniami na temat nowej Polski, którą jest rozczarowana, tak jak wielu do niej podobnych ludzi.
    Nie lubi tego, co się dzieje z językiem polskim, który ulega zubożeniu tak samo jak polska kultura zdana na łaskę i niełaskę niewybrednych sponsorów.
    - Czy pani zwróciła uwagę, jak się dziś w Polsce mówi? Dawniej wszyscy się nabijali z tego, jak mówi Wałęsa. Sama liczyłam kiedyś, ile razy mówił "przyszłem". Ale czy pani słyszy, jak mówią dzisiejsi politycy? I to już wcale nie zakrawa na dowcip. Marketing, ranking, konsulting, listing? Wie pani, nie zniszczyli polskiego języka i kultury ani zaborcy, ani okupanci, a teraz w wolnej Polsce sami siebie zaprzepaszczamy, hołdując obcej mowie i wartościom. Jak zniszczymy to co nasze, przestaniemy być narodem - w jej glosie słychać głęboka powagę - a staniemy się nacją. Tymczasem dzieje się tak, że Polacy nie chcą tego, co polskie, nie chcą promować rodzimych artystów, ani ich twórczości. Dlaczego? Bo są mało dochodowi. Ale czy ktoś kiedyś słyszał, aby prawdziwa sztuka była dochodowa!? Wie pani, było to na festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Zagadnął mnie Wojciech Młynarski, domagając się podziwu za to, ze wystawił w Warszawie jakiś angielski musical. Podobno lepiej niż Anglicy. A ja się pytam, co tu podziwiać? A dlaczego nie wystawił jakiegoś polskiego musicalu? To byłby dopiero powód do pochwał, gdyby zrobił to lepiej od Anglików!
    Ewa Demarczyk mówi dalej o swojej niechęci do nowego systemu, mało sprzyjającemu twórcom. Tak jak ona, wielu artystów wzbraniających się przed pop-kulturą żyje obecnie znacznie skromniej niż kiedyś.
    Tu przypomina mi się historia, którą usłyszałam niedawno od znajomego, mieszkającego w Warszawie w pobliżu Opery Kameralnej. Widuje ze swego okna, jak wieczorami pod rzęsiście oświetlony teatr kosztowne auta i limuzyny przywożą wytworną publiczność na koncert grany przez muzyków wystrojonych w czarne fraki. Po dwóch godzinach ekskluzywna publiczność
wraca w swój ekskluzywny świat, a muzycy w dżinsach i paltocikach podszytych wiatrem biegną na najbliższy przystanek, by złapać ostatni tramwaj do swojego M3.
    Ludzie nie uznający kompromisów, tacy jak Ewa Demarczyk czy wspomniani muzycy, rozczarowani są nowymi polskimi realiami i dlatego, zamiast rzucić się w wir robienia pieniędzy, odizolowują się od świata i klepią biedę. Właśnie takie życie obecnie wiedzie pieśniarka.
    - Wie pani, nie nadaję się do mieszkania w Krakowie, nie nadaję się do mieszkania w Polsce. Parę lat temu byłam w Ameryce, miałam tam podpisać kilka kontraktów na koncerty, ale było to zbyt trudne, gdyż Stany Zjednoczone nie są dla mnie. Tam nie wytrzymałabym nawet paru miesięcy. Zdecydowałam się wiec wrócić do kraju, ale już będąc na pokładzie samolotu wiedziałam, ze popełniłam błąd. Uświadomiłam to sobie czytając polskie gazety, z którymi przez parę tygodni nie miałam styczności. Tak wiec należę do ludzi, którzy nie potrafią już żyć ani tu, ani tam. Może powinnam była zamieszkać w Japonii?
    - Gdyby mieszkała pani za granicą, to nie mogłaby pani śpiewać po polsku polskiej poezji...  
    - Ależ proszę pani! Przecież miłość, ból, śmierć odczuwa się tak samo w każdym języku. Właśnie uświadomiłam to sobie w Tokio, gdy po koncercie cała publiczność klaskała przez piętnaście minut i na koniec wstała, co jest podobno zupełnie niespotykanym w Japonii zjawiskiem. Śpiewałam po polsku, w większości, a jednak coś z tego do nich dotarło, coś, co ma znaczenie bardziej uniwersalne niż język, bo przecież wszyscy jesteśmy zdolni do tych samych emocji. No tak, ale nie zostałam w Japonii. Zamiast osiąść w Los Angeles albo Tokio, przeniosłam się do Wieliczki - śmieje się, zapalając kolejnego papierosa.
    W Wieliczce mieszka sama w domu otoczonym ogrodem. Nie przyjmuje nie zapowiedzianych gości. Nie reaguje na pukanie do drzwi. Bywają tu tylko nieliczni, najbliżsi przyjaciele. Dużo czasu pochłania jej codzienna praca, zaś latem - jeśli nie ćwiczy - spędza czas w ogrodzie.
    - Rośliny są bardziej oddane niż ludzie - mówi z cieniem goryczy. - Gdy jakaś roślina słabo rośnie, to do niej przemawiam łagodnie, ale zapowiadam, ze jak się nie poprawi, to ją wyrzucę z mojego ogrodu. Gdy dalej nic się nie zmienia, wykopuję uparciucha z ziemi i na jego miejsce wsadzam lepszy, grzeczniejszy kwiatek.
    Ciekawe, czy z ludźmi Ewa Demarczyk postępuje podobnie? - pomyślałam. Może dlatego żyje samotnie, z dala od wielkomiejskich spraw, oddana ogrodowi, literaturze i pracy? Gdy dokucza jej chandra, sięga po kryminały. Ma ich pełna półkę. Czyta po kolei od pierwszego do ostatniego, aby kiedyś w przyszłości znowu powtórzyć te rundę.
    Można by tak jeszcze siedzieć i słuchać, gdyby nie pan Paweł, który przerywa rozmowę oznajmiając, ze wszystko jest już spakowane i pora ruszyć w powrotną drogę. Artystka włożyła na siebie jeszcze kilka warstw cieplej odzieży i wspólnie opuściliśmy budynek Teatru Morskiego w Gdyni. Na parkingu Ewa Demarczyk wsiada do szoferki wielkiego TIR-a z żółtym dromaderem na plandece. Dla niej czasy limuzyn i splendoru należą do przeszłości.
 
["Przegląd Polski" 24 III 2000]

http://www.ewa-demarczyk.republika.pl/Artykuly/korzeniowska.htm

 


(0) komentarzy / + dodaj komentarz
Zobacz również ...


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Potężny mężczyzna powolnymi ruchami, nieco leniwie, goli głowę. Opowiada o swoim barwnym życiu, o więzieniu i drużynie rugby. Ale nie jest to kadr z amerykańskiego obrazu "Urodzeni mordercy", a jedna ze scen polskiego filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego o chuliganach Arki Gdynia, których teraz bardziej niż rozróby fascynuje męski, twardy sport.
(...) Kamera podąża za bohaterami niemal wszędzie. Jest na treningu, meczu, w szatni, w samochodzie i nawet w łazience.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS