menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Czarny styczeń

fragment powieści


"... po osiągnięciu pewnego punktu

wszystkie niebezpieczeństwa są

mniej więcej takie same..."

Raymond Chandler "Długie pożegnanie"

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy ujrzałem Roberta, na progu mojego mieszkania, był w opłakanym stanie. Wyglądał jakby nie spał od tygodnia. Jego nieogolona twarz nadawała się do roli oprycha w trzeciorzędnym filmie gangsterskim. Podkrążone oczy, zeźrenicami zwężonymi do wielkości szpilki, mogły należeć do człowieka, który przeżywa załamanie nerwowe i, za chwilę, targnie się na swojeżycie albo wyląduje w szpitalu psychiatrycznym.

- Wchodź - otworzyłem szerzej drzwi.

Gdy to zrobił, poczułem duszący zapach od wielu dni nie mytego ciała i nie zmienionego ubrania.Śmierdział. Niepotrzebnie powiedział to, co było widać gołym okiem:

- Potrzebuję pomocy.

Posadziłem go na fotelu, ja usiadłem naprzeciwko, nałóżku, z którego wyrwał mnie jego natarczywy dzwonek do drzwi. Był kwadrans po szóstej rano. Nie chciał kawy, ani herbaty. Miał ochotę na coś mocniejszego. Widziałem już różne rzeczy w swoimżyciu, więc niczemu się nie dziwiłem.

Podałem mu butelkę i szklaneczkę.

- Masz tylko ten bimber - nigdy nie miał najlepszego zdania o whisky. Pił wyłącznie czystą wódkę. Polską wódkę.

Nie odpowiedziałem. Nie posiadałem aż tak wielkiego zasobużyczliwości. Czekałem, aż wydusi z siebie, co właściwie mam dla niego zrobić? Najlepiej, aby powiedział to szybko. Pragnąłem się jeszcze położyć dołóżka. Szósta rano to dla mnie dopierośrodek nocy. Budzę się między godziną dziewiątą a dwunastą, jeśli wcześniej nie mam umówionych spotkań lub spraw niecierpiących zwłoki. Zarówno jednych jak i drugich, od jakiegoś czasu, miewałem rzadko. Właściwie od dwóch tygodni Robert był pierwszym człowiekiem, z którym miałem bliższy kontakt.

Wyrażał się mętnie, nie rozumiałem nic z jego opowieści. Zresztą nie interesowały mnie szczegóły, nie chciałem się obciążać bagażem cudzych kłopotów. Zawsze lepiej się zaprzecza, nie mając najmniejszego pojęcia o czymkolwiek, gdy jest się zmuszonym odpowiedzieć na pytanie: Czy nie wiedziałeś,że szuka go policja w całym kraju? Robert mówił powoli, wycedzał słowo po słowie, tak jakby miał problemy z wysławianiem się albo nie chciał za bardzo o tym opowiadać. W pewnym momencie głowa opadła mu w dół. Usnął. Wyciągnąłem szklaneczkę z jego prawej dłoni, którą oparł o kolano i postawiłem obok, na szklanąławę. Potrząsnąłem go za ramię, nie reagował, zapadł w kamienny sen.

Nadal nie wiedziałem, czego ode mnie oczekiwał?

Wróciłem do łóżka i poszedłem jego śladem. Niestety sen nie trwał długo, o ósmej, w posępnym nastroju wstałem. Kolczyk, taką ksywkę nosił Robert, wciąż był pogrążony we śnie. Poruszałem się cicho, aby go nie zbudzić. Nie zaczynałem dnia bez wypicia jednej, dwóch kaw, gorzkiej czekolady i wody mineralnej oraz lektury prasy. Prowadziłem szare życie, w którym przyjemność czerpałem właśnie z takich drobnych przyzwyczajeń. W przeciwieństwie do wielu moich znajomych świadomie wybrałem spokojną egzystencję. Nie interesowało mnie ciekaweżycie. A tego nie dało się zrealizować inaczej niż poprzez odsunięcie się na bok. Nic nie mogłem poradzić na to,że straciłem dziecięcą wiarę w cudownośćświata.

Nad parującą filiżanką kawy rozmyślałem o Robercie. Poznaliśmy się w jednej z tych publicznych instytucji, w których codzienneżycie jest mechanicznym rytuałem, wyznaczanym przez dzwonki, szczęk stali oraz mleczną barwę sztucznegoświatła. Robert okazał się być dobrym współtowarzyszem niedoli, tak jak i ja potrafił wyśmiewać ponurą rzeczywistość w jakiej utknęliśmy. Spędziliśmy ze sobą dwa lata. Obecnie upływał rok od chwili naszego rozstania. Zdawałem sobie sprawę,że obaj jesteśmy teraz innymi ludźmi. Nie potrafiłem sobie jasno odpowiedzieć na pytanie: Czy nie związałem się z nim tam wyłącznie dlatego, bo nie było nikogo lepszego, z kim można by było porozmawiać?

Przede wszystkim byliśmy biegunowo odmienni. Robert był przekonany o swojej umiejętności wywierania nieodpartego czaru na otoczenie, w czym utwierdzało go przekonanie o posiadanej urodzie - był wysoki, wysmukły, o lalkowatej twarzy, dzięki której nie wyglądał na swoje trzydzieści pięć lat. Nigdy nie wnikał głęboko w naturę ludzką, nie zastanawiał się nad istotą czynów własnych jak i bliźnich. I najważniejsza, dzieląca nas różnica - w przeciwieństwie do niego nie miałem natury recydywisty, wybrałem taką egzystencję, aby większą część swojegożycia nie spędzić wżelaznej klatce.

Prawdopodobnie znowu w coś się wplątał i nie wiedział jak wydostać się z tego. Nie zaprzątałem sobie tym jednak głowy. Poszedłem dołazienki i napuściłem wodę do wanny. Przez chwilę przyglądałem się sobie w lustrze, dochodząc do smutnej konstatacji - garbie się, ciało powleka coraz grubsza warstwa zbędnego tłuszczu, mięśnie zwiotczały - powinienem regularniećwiczyć, inaczej szybko stanę się trzydziestoletnim emerytem.

Zanurzony w wannie zamknąłem oczy. Niecałe dwa tygodnie temu odbyła się moja ostatnia rozprawa rozwodowa z Moniką, w czasie której przypieczętowano formalnie to, co stało się cztery lata temu - kres naszego związku. Pomimo upływu czasu, nadal nie mogłem się z tym pogodzić, jak drzazga tkwiąca gdzieś pod skórą, przenikała mnie gorycz klęski. Bezustannie, uspokajając siebie, powtarzałem,że tak blisko jak ją już nigdy nikogo do siebie nie dopuszczę.

Kiedy po kąpieli wróciłem do pokoju, czułem się rześko. Robert stał przy półce z książkami i przeglądał tytuły. Większość to beletrystyka, ale nie brakło książek reportażowych i autobiografii. Spostrzegł mnie i uśmiechnął się blado.

- Jak zwykle dużo czytasz - powiedział innym niż rano głosem, przestał być matowy.

Zrzuciłem z siebie szlafrok i zacząłem się ubierać. Rozglądał się po pokoju. Domyślałem się jego myśli - mieszkanie było w opłakanym stanie, całkowicie pozbawione indywidualności. Jeden pokój z kuchnią iłazienką. Całe umeblowanie: rozkładana kanapa, jeden fotel,ława z pękniętym szklanym blatem, prosta meblościanka, pamiętająca jeszcze czasy mojego dzieciństwa i pięcioletni telewizor kolorowy - wszystko wchodziło w skład wyposażenia wynajętego mieszkania.

- Z Moniką już całkowicie skończone? - spytał po chwili ciszy.

- Sąd orzekł moją winę - odparłem beznamiętnym głosem.

- Tylko dlatego, że siedziałeś? - prychnął z sarkazmem. - Nie interesowało ich, że przez kilka lat była na twoim garnuszku? Dokładnie wiedziała, czym się zajmujesz. Ile zwykłyśmiertelnik musiałby oszczędzać na kiecki, które nosiła?Świństwo. Potem się dziwią,że czasami człowiekowi zadrży ręka i zrobi jakieś głupstwo. Arabowie mają dobre prawo, tam by ją ukamienowano.

Trudno było powiedzieć, czy mówił szczerze. Odnosiłem wrażenie,że pod powierzchownym zainteresowaniem i solidarnością ze mną kryła się obojętność. A jeśli chodzi o jego poglądy dotyczące traktowania niewiernych kobiet, nie odnajdywałem w sobie nic z mentalności Araba.

Pozostawiłem jego słowa bez komentarza.

- Idź się wykąpać i zmień ubranie, cuchniesz z daleka. Ja w tym czasie zrobięśniadanie.

- Musisz dać coś swojego - zatrzymał mnie, gdy zmierzałem w stronę kuchni.

Przystanąłem zaskoczony. W przedpokoju stała należąca do niego duża skórzana torba. W takim razie, co w niej się znajdowało? Nie dałem jednak dojść do głosu swoim wątpliwościom, zdusiłem je w sobie. Otworzyłem szafę z ubraniami i powiedziałem:

- To wszystko, co mam.

Nie było tego dużo. Wszystko dałoby się spakować do podróżnej walizki.

Idąc do kuchni odruchowo przyjrzałem się torbie, można było o niej wszystko powiedzieć, ale na pewno nie to, że była pusta. A jeśli nie była pusta i nie znajdowały się w niej rzeczy osobiste, to co takiego mieściła? Miałem mętne i nieuchwytne wrażenie,że Robert ma coś na sumieniu. Wstawiłem wodę i zabrałem się za przyrządzanie grzanek, mojej najlepszejśniadaniowej specjalności. Kiedy wrócił złazienki, wykąpany i ogolony, wyglądał całkiem po ludzku. Jego twarz odzyskała młodzieńczy wygląd, a oczy nie zapadały się już tak głęboko. Postawiłem sprawę jasno:

- Przed kim uciekasz?

Zacisnął mocno wargi, by po chwili wydusić z siebie:

- Muszę na chwilę zniknąć. To nie jest wielka sprawa.

Obserwowałem go z intensywną uwagą. Nie był szczery.

- Jeśli nie zamordowałeś kogoś, możesz zostać - powiedziałem z grymasem uśmiechu na ustach, ale dość wyraźnie dałem do zrozumienia,że nieżartuję.

- Przecież wiesz,że nie jestem w stanie tego zrobić. Moje nerwy nie nadają się do czegoś takiego.

Toster wyrzucił z wnętrza dwie zarumienione grzanki, które położyłem na talerz i podsunąłem ku niemu. Na stoliku znajdował się słoiczek konfitur wiśniowych i plastry szynki w foliowym opakowaniu.

- Ale nadal siedzisz w tym brudzie - odparłem.

- Tym razem się wycofuję. Mam takiegożycia potąd - przytknął dłoń do gardła i zrobił wymowny gest. - Nie mam zamiaru przez resztę swoich dni jadać na aluminiowym platerze albo skończyć z ołowiem w mózgu. Przyszedłem do ciebie, bo za każdym razem zachowywałeś się jak prawdziwy przyjaciel. Mam przeczucie,że jeśli teraz się nie wycofam, to znajdę się w poważnych tarapatach, z których nie będę się w stanie wydobyć.

Niepotrzebnie brał mnie pod włos - miałem dość jego uprzejmości. Był człowiekiem, który robił małeświństwa i to nie dlatego,że przed większymi powstrzymywały go wyrzuty sumienia, ale nie umiał się do nich zabrać. Z drugiej strony, dlaczego miałbym nie wierzyć w jego chęć przemiany?

Stanąłem jak wryty, kiedy dodał:

- Potrzebuję zniknąć z kraju.

Nie rozumiałem dlaczego, w takim razie, zwraca się z tym do mnie.

- Chodzi ci o forsę? - spytałem.

Zaprzeczył i wyjaśnił:

- Myślałem aby wyjechać na Wschód. A ty mógłbyś mi pomóc się tam zaczepić, znasz Ruskich.

Nie spuszczał ze mnie spojrzenia, w którym krył się mały moralny szantaż.

- Nie wiesz o czym mówisz. To nie jest spokojne miejsce i jak dla ciebie beznadziejnie mało atrakcyjne - przerwałem na chwilę - ... ale jeśli chcesz to, znam jedno takie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Najbliżej było do dworca wschodniego,żabi skok, ale Robert chciał zostawić torbę w schowku, a taka możliwość istniała wyłącznie na dworcu centralnym. Wyjechaliśmy na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Zaszliśmy na kolację do "Parmizzano’s", na jego ulubione lasagne bolognese przyprawione bazylią. Jak dla mnie, w potrawie było za dużo selera. Nadmienić jednak muszę,że nie przepadam za włoską kuchnią, a więc trudno wymagać ode mnie obiektywności. Przy lampce cierpkiego wina zaczął mi ponownie dziękować. Wspomniał,że przyjaźń nawiązana za murem liczy się dwakroć więcej niż ta poza murem i nasz związek jest tego potwierdzeniem. Nie byłem przekonany o tym do końca. Dawno przestałem być sentymentalnym naiwniakiem.

- Pamiętaj,że nikt za ciebie nie rozwiąże twoich problemów- odparłem. - Będziesz tam miał możliwość odpocząć i przemyśleć swoje sprawy. W tak zwanym porządnymświecie nikt nie przyjmie cię z otwartymi ramionami, trzeba być tak samo twardym. Musisz na nowo nauczyć się chodzić. Każdy krok stawiany po raz drugi jest trudniejszy.

Wyciągnął paczkę papierosów, obrócił ją kilka razy w palcach i wreszcie wyjął jednego i zapalił. Spojrzał na mnie i spuścił wzrok, a potem znowu spojrzał i zapytał:

- Co możesz mi powiedzieć o Banderasie?

- Nie widziałem go chyba od pół roku. A po co ci te wiadomości?

Odwrócił głowę i popatrzył na sztuczną blondynkę, siedzącą na końcu sali. Z dalszej odległości wyglądała na dziewczynę z klasą, ale lepiej jej było nie oglądać z odległości dwóch metrów. Wchodząc do lokalu zdążyłem się o tym przekonać. On także musiał dojść do takich wniosków i jego nagłe zainteresowanie jej osobą było mocno naciągane.

- Nie chcężadnych poufnych informacji - przestał na nią patrzeć, ale oczy umieścił gdzieś za moją głową. - Jaki on jest, czy można mu zaufać?

- Znalazłbym kilka powodów,żeby mu nie wierzyć do końca, ale wszystko zależy od sprawy.

- Na ile jest prawdy w tym, co ludzie gadają o jego romansie z Kaśką.

Spojrzałem na niego zdziwiony.

- Nigdy nie zajmowały mnie cudze historiełóżkowe, a już na pewno nie wypowiadam się o kobietach, które kiedyś znałem.

- Chcę tylko wiedzieć, czy to jest prawda.

- Po raz pierwszy słyszę,że ta dwójka ma się ku sobie, ale nie wykluczałbym takiej możliwości.

Nie spuszczałem z niego wzroku, ale on tylko pokiwał głową i dalej już nie wracał do tematu.

Zresztą nie było na to wiele czasu, musieliśmy się zbierać i iść na dworzec. Po zostawieniu jego torby w skrytce udaliśmy się w stronę peronu, gdzie pożegnaliśmy się wymieniając mocne uściski dłoni. Z głośników dobiegł kluskowaty głos spikerki, zapowiadający odjazd pociągu do Petersburga.





Wieczór był niezwykle cichy, na ulicy czuło się zbliżające Boże Narodzenie. Iluminacje świątecznych ozdób łagodziła posępność miasta. Nie miałem ochoty od razu iść na parking, gdzie pozostawiłem samochód i wracać do pustego mieszkania. Po leniwym marszu dotarłem w pobliże pubu "Książęcego". Postanowiłem wejść dośrodka. Na piętrze panował gwar, wolne miejsca znajdowały się wyłącznie przy barze, za którym stał młody Murzyn w białej koszuli i czarnej zamszowej kamizelce. Pomyślałem,że na dłoniach powinien mieć białe rękawiczki - wtedy byłby efekt! Zamówiłem Guinessa i pijąc go, przebiegłem wzrokiem po twarzach zgromadzonej w lokalu klienteli. Większość stanowili młodzi ludzie, którzy wnosili swój entuzjazm w panującą na miejscu atmosferę stateczności. Poczułem zazdrość, byłem starszy o pięć, sześć lat, a miałem wrażenie jakby dzieliła nas pokoleniowa przepaść. Od razu zauważyłem dziewczynę o ciemnorudych, kręconych, długich włosach. Miała pełne, stworzone do całowania usta o wyzywającym wyrazie. Brwi grube, ale nieprzesadnie.Ładny kształtny nos. Makijaż niezwykle oszczędnie pokrywał ciemną karnację cery. Cała twarz posiadała zdecydowane, piękne rysy, jakby wyszły spod noża chirurga plastycznego. Ubrana była w bordową marynarkę, pod którą miała tylko czarne koronkowe body z głębokim dekoltem. Dziewczyna o uderzającym wyglądzie! Nie zdążyłem spuścić z niej oczu i zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Popatrzyła na mnie, jak się mi z początku wydało z zainteresowaniem i posłała sztuczny uśmiech. Przy najszczerszych chęciach nie mogłem go uznać za czarujący. Po chwili, niespodziewanie szybko zapuściła przed sobą kotarę, całkowicie odcinając się ode mnie. Od tej pory przestałem już dla niej istnieć.

Dziewczyna nie miała więcej niż trzydzieści, trzydzieści dwa lata, należała do tego rodzaju kobiet, które potrafią mężczyznę przebić spojrzeniem ostrym niczym nóż. Mało rzeczy wywołuje na nich wrażenie. Bez trudu wyobraziłbym sobie w jej ręku skalpel chirurga.

- Piękna - dobiegł mnie głos barmana. Mówiłłamaną polszczyzną z afrykańskim akcentem. Odwróciłem się w jego stronę. - W rzeczywistości jestładniejsza niż na ekranie.

W pierwszej chwili chciałem zbyć jego uwagę, ale ciekawość wzięła górę i zapytałem:

- Kim ona jest?

- Madlena Czarnecka.

Niewiele mi to mówiło, co nie uszło jego uwadze.

- Prowadzi swój program w telewizji - dodał.

- A ten siwowłosy mężczyzna obok niej - postanowiłem do końca wykorzystać jego wiedzę i skłonność do mówienia.

Barman przyjrzał mi się uważniej.

- Dawno nie było pana w kraju - odrzekł. - Jest reżyserem.Żakowski.

- Ach, tak - pokiwałem głową.

Ponownie spojrzałem w ich stronę. Mężczyzna był dużo starszy od niej. Mimo śnieżnobiałych włosów miał młodą twarz. Z wyrazu oczu można było poznać, że był mocno podcięty. Z wyglądu przypominał upadłego arystokratę, który utratę swej niedawnej świetności łagodzi od rana kieliszkiem alkoholu, by wieczorem dojść do stanu kompletnego urżnięcia się. Nie ma baru naświecie, gdzie nie byłoby podobnych do niego facetów, przekonanych,że są najbardziej nieszczęśliwi z nieszczęśliwych, a wszystko i wszyscy sprzysięgli się przeciw nim. Gdyby nie to,że są okrutnie męczący swoimi monotonnymi wynurzeniami, byliby zupełnie nieszkodliwi.

- Mówią, że jest skończony - odezwał się barman. Ponownie zwróciłem się w jego stronę, zaciekawiony tym, co ma do powiedzenia. - Jego kolejny film poniósł klapę. Na następny nikt już mu nie wyłoży pieniędzy. - Przerwał na chwilę przecieranie szklanki i zwrócił wzrok w ich stronę. Podążyłem jegośladem. Od Madleny Czarneckiej wiało chłodem, nie ukrywała,że jest znudzona swoim towarzyszem, coraz częściej rozglądała się po sali. Barman spojrzał naŻakowskiego tak, jak się patrzy na obrzydliwego owada. - Po co marnować znakomite warunki na takiego człowieka, który przysparza więcej kłopotów niż korzyści. W dzisiejszych czasach nie można ulegać sentymentom, jeśli pragnie się do czegoś dojść, prawda szefie?

Oczekiwał ode mnie potwierdzenia. Skrzywiłem lekko wargi w półuśmiechu i odparłem:

- Wygląda na to,że odnosisz duże sukcesy ze swoimi przekonaniami. Gdybym był szefem, zastanowiłbym się nad zatrudnianiem barmana, który na głos wypowiada niezbyt pochlebne opinie o klientach.

Cios był celny. Natychmiast straciłem u niego cały zapas uprzejmości, jaką przed chwilą byłem obdarowywany. Oczy zapłonęły złością. Ostentacyjnie odwrócił się do mnie plecami i zajął układaniem szklanek.

Zdarzenie to zabrało mi trochę czasu i gdy spojrzałem w stronę, gdzie siedzieli Czarnecka iŻakowski, zastałem puste miejsca. Poczułem się tak jakby ktoś wyłączył mi telewizor, w najciekawszym momencie filmu. Wiedziałem,że nie mam po co tu siedzieć dalej. Trudno odpocząć w tak zagęszczonej atmosferze. Zapłaciłem i wyszedłem na zewnątrz.

Podczas drogi na parking przyszło mi do głowy, by poszukać w okolicy nocnego sklepu i kupić butelkę whisky. Robert wypił resztkę Czerwonego Jasia, jaką miałem w domu. Czyżbym doszedł do momentu, w którym bez tabletek i alkoholu ma się trudności z zasypianiem? Wolałem nie myśleć o tym i przyśpieszyłem kroku. Kiedy znalazłem się na parkingu spostrzegłem obok mojego starego volvo najnowszy rocznik Opel Calibra, w wyzywająco czerwonym kolorze. Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Znana mi już dziewczyna z pubu "Książęcego" wystawiła lewą nogę na zewnątrz, odkrywając wysmukłe, zgrabne udo. Zapalniczką, wyciągniętą z tablicy rozdzielczej, przypalała bardzo długiego papierosa. Z wnętrza samochodu dobiegał ostry głos mężczyzny. Po wysłuchaniu pierwszych trzech słów trudno było go nazwać angielskim dżentelmenem. Miała założone ciemne okulary, co nie pozwalało zauważyć jej reakcji, ale wydawała się nie przejmować sytuacją.

Nie chciałem uchodzić za wścibskiego i otworzyłem drzwi do swojego samochodu. Wsiadłem, rozpiąłem kurtkę i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik zarzęził nierówno. Wsunąłem kasetę do odtwarzacza i z głośników popłynąłśpiew Joe Cockera. Nagle otworzyły się przednie drzwi od strony pasażera.

Madlena Czarnecka usiadła w fotelu, zamknęła drzwi i rzekła:

- Może mnie pan podwieźć na najbliższy postój taksówek? - ton głosu był bardziejżądający niż proszący.

- Przecież jest tutaj blisko.

- Czy zawsze jest pan taki niegrzeczny wobec swoich kobiet? - spytała z udawanym oburzeniem.

- Pani nie jest moją kobietą.

- Ale mogę nią zostać. Któż to może wiedzieć? No, powiedzmy,że dla znajomych kobiet - przybrała kokieteryjny wyraz twarzy.

Mając szesnaście lat na widok jej uśmiechu rozpłynąłbym się i zamienił w kałużę. Obecnie skłaniałem się do opinii,że przed takimi kobietami należało się mieć stale na baczności.

- Odpowiedź będzie ta sama: Nie mam specjalnej sympatii.

Twarz jej stężała, zdjęła okulary i przesłała mi spojrzenie zimne niczym stal. Nie wyglądałem na poruszonego, tak jakbym przywykł do tego,że kobiety patrzą na mnie wyłącznie w ten sposób.

- Wszyscy jesteście tacy sami - podniosła się z fotela, aby wyjść z samochodu.

Trudno wyjaśnić, dlaczego nigdy nie potrafię konsekwentnie być twardym facetem dla kobiet, zwłaszcza dla pięknych i młodych.

- Proszę zostać - zatrzymałem ją delikatnie chwytając za ramię.

Kiedy ruszyłem, ze sportowego samochodu wygramolił sięŻakowski, próbował podbiec do volvo, ale potknął się o własną nogę. Rozdziawił usta i zamachał rękoma, usiłując rozpaczliwie złapać powietrze. Wylądował na asfalcie.

Madlena ani na moment nie spuściła z niego wzroku.

- Kabotyn - w jego głosie był nieprzyjemny chłodny.

Mężczyzna jejżycia siedział na asfalcie z głową zwisającą pomiędzy kolanami. Oto do czego doprowadza faceta zbyt duża ilość wypitego trunku i przekonanie o wiecznej wyrozumiałości i cierpliwości kobiet.

Wkrótce zatrzymałem się przed stojącą przy krawężniku wolną taksówką. Zamierzałem już powiedzieć,że jesteśmy na miejscu, gdy ruszyła i odjechała. Nie zrobiło to na niej większego wrażenia, pochłonęły ją własne rozmyślania. Przygryzła dolną wargę i oparła głowę o podgłówek. Zamieniła się w samotną małą dziewczynkę z zapałkami.

- Gdzie mam cię zawieźć? - zaproponowałem, wolno ruszając.

Patrząc prosto przed siebie wymieniła willową dzielnicę, piętnaście minut jazdy samochodem od centrum. Zapowiadał sięśmiertelnie długi kwadrans, w czasie którego człowiek zaczyna wymyślać dowcipy, które nikogo nie bawią poza ich twórcą. Po drodze zatrzymałem się przy nocnych delikatesach, w których kupiłem butelkę Jasia Wędrowniczka. Jak się wkrótce okazało, było to najlepsze, co mogłem zrobić. Kiedy kładłem reklamówkę z zawartością na tylne siedzenie, przez jej usta przebiegł ironiczny uśmieszek.

- Kolejna samotna noc - odezwała się. - Z butelką zawsze przyjemniej.

- A skąd wiesz,że chcę, aby było mi przyjemnie?

Puściła to mimo uszu.

- Kolejny samotnik. Bez rodziny i przyjaciół. Z awersją doświata.

Posłałem jej spojrzenie, wymowne spojrzenie i już do końca drogi milczeliśmy.

Nie trudno zgadnąć, jaki był ciąg dalszy. Kiedy zajechałem pod oślepiająco biały dom, ogrodzony ozdobnym murem, ze złotymi cyframi 42 na bramie i szykowałem się na konwencjonalne, grzeczne "dobranoc", chwyciła mnie za ramię.

- Nie masz ochoty wstąpić na kawę?

- Myślę już o tym od dłuższego czasu - wyznałem. - Mówiąc dokładnie od chwili, gdy w pubie posłałaś mi jedno z tych spojrzeń, od których przechodzi prąd w dół krzyża.

- Nie oczekuj jednak zbyt wiele.

Wjechaliśmy na teren posesji, parkując przy frontowych drzwiach. Nie chciałem nadużywać jej gościnności i wziąłem ze sobą torbę z whisky. Udała,że tego nie widzi.

Wnętrze domu odbiegało od potocznego rozumienia piękna. Czułem się jak na transportowcu kosmicznym albo w jakimś magazynie. Do salonu wchodziło się przez dziurę w murze z czerwonej cegły. Dominowała stal, chromowane elementy i szkło. Po pierwszym szokującym wrażeniu pomieszczenie okazywało się przytulne i miało ten rodzaj luzu, który pozwalał na siedzenie z nogami na kanapie. Położenie stóp na niskim szerokim stoliku, ze zbrojonego szkła, także nie mogło być odebrane za grubiańskie. Na centralnejścianie, w miejscu, gdzie ludzie mający nadmiar wolnej gotówki wieszają horrendalnie drogie płótna, znajdował się potężny ekran telewizyjny. Tego telewizora nie można było przestać oglądać nawet po wyłączeniu.

Do kuchni prowadziła wyrwa wścianie, biegnąca od sufitu do podłogi. Wyszła stamtąd, pchając przed sobą stoliczek na kółkach. Na szklany blat stołu postawiła filiżanki, czajnik z kawą, czajniczek ześmietanką, cukier, ciasteczka, wodę mineralną, dwie wysokie szklaneczki i dwie niskie oraz pojemnik na lód. Wcześniej już zdążyłem wystawić butelkę Johna Walkera.

Nie zachowywałem się swobodnie, byłem skrępowany. Nie uszło to jej uwagi. Popatrzyła na mnie wszystkowiedzącymi oczyma i powiedziała:

- Wyglądałeś na twardego faceta, który wie, czego chce... Chodzi ci o niego?

- Czuję się, jakbym był złodziejem.

- Od trzech tygodni nie jesteśmy ze sobą. Spotkaliśmy się dzisiaj, bo prosił o rozmowę. Dom należy do mnie. Nie bądź taki wrażliwy.Życie jest zbyt krótkie.

Miała wyrobione zdanie na każdy temat. W przeciwieństwie do pierwszego wrażenia okazała się osobą potrafiącą słuchać. Szybko odkryłem łączące nas upodobanie do złośliwych anegdotek. Dawno z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało. Fizyczna bliskość dziewczyny podniecała mnie. Szybko doszło do pierwszego pocałunku, który wywołał we mnie dreszcz rozkoszy. Zsunąłem w dół jej body i zacząłem dotykać jędrnych piersi, wodząc po nich opuszkami palców. Miała naturalnie śniadą cerę. Nie mogłem zapanować nad sobą, przywarłem do prawego sutka i delikatnie go ukąsiłem. Chwyciła moją głowę i mocno docisnęła do siebie. Poczułem jak wbija paznokcie w moją szyję. Wszystko, co potem się zdarzyło wywołało we mnie nieznane od lat uczucie. Pragnąłem, aby ta noc nie była dla nas pojedynczym wyskokiem. Chciałem się z nią znów spotkać. "Czyżbym pakował się w romans?" - pomyślałem, gdy rozstawaliśmy się rano, wymieniając swoje numery telefonów. Ona dała elegancką wizytówkę, a ja zapisałem siedem cyfr nażółtej samoprzylepnej karteczce. Jedno i drugiełatwo zgubić w stercie codziennych szpargałów albo po prostu wyrzucić do kubła naśmieci.





Rano, kiedy wracałem od Madleny opuściło mnie poczucie radościżycia. Pod moim domem spostrzegłem zielonego volkswagena stojącego przy krawężniku. Dwóch siedzących w nim mężczyzn patrzyło w moją stronę. Intuicja mówiła mi,że są to tajniacy. Kiedy równocześnie, jak na dany znak, wyszli z samochodu, nie miałem wątpliwości

- Filip Kosiński? Urząd Ochrony Państwa - masywniejszy i starszy mignął mi przed oczyma odznaką tak szybko,że równie dobrze mogła być to odznaka kontrolera biletów komunikacji miejskiej. Później dowiedziałem się,że nazywa się Bogdan Kowalczyk. - Chcieliśmy porozmawiać z tobą. Przejdźmy do mieszkania

Przez chwilę zastanawiałem się, jak postąpić? - Jeśli nie mieli nakazu rewizji, mogłem ich posłać do wszystkich diabłów. Zainteresowała mnie jednak przyczyna wizyty. Na mojej twarzy zakwitł uśmiech sztucznejżyczliwości.

- Znasz RobertaŁobodzińskiego? - zapytał na schodach, Kowalczyk.

Miał zniechęcającą fizjonomię, włosy od dawna domagały się wizyty u fryzjera, a szary płaszcz czyszczenia. Domyślałem się,że zawsze odgrywa rolę tego "złego". Krzysztof Milewski, jego młodszy, niższy kolega, z włosami zaczesanymi w kitkę, w czarnej skórzanej kurtce miał być tym "dobrym" - swój chłop.

Zaraz po wejściu do mieszkania starszy funkcjonariusz bezceremonialnie zajrzał do kuchni iłazienki. Młodszy zrobił minę: rozumiesz, stary trep, ja nie pochwalam takich metod. Przyjacielskim tonem zwrócił się do mnie:

- Kiedy ostatnio się widzieliście?

- Nie pamiętam - spojrzałem mu spokojnie w oczy. - Co się takiego stało? Dlaczego szukacie go tutaj?

Nie uzyskałem jednak odpowiedzi.

- Masz krótką pamięć - powiedział starszy, wchodząc do pokoju. - Długo siedziałeś?

- A co, tego nie było w kartotece? - Odparłem zaczepnie, zirytowany jego bezceremonialną postawą.

Oczy Kowalczyka nie ukrywały pogardy dla mojej osoby. Z pewnością uważał,że tacy jak ja są najnikczemniejszym rodzajem gatunku ludzkiego i już dawno powinno się mnie wdeptać w ziemię.

Zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem i rzekł:

- Spotkamy się jeszcze.

Wyszli bez słowa, pozostawiając niedomknięte drzwi wejściowe i zapach nie najlepszych papierosów. Zamknąłem je i poszedłem do kuchni wstawić wodę na kawę. Przez głowę przemknęła mi myśl, że Robert musiał wziąć udział w większej sprawie, panowie ze służb specjalnych nie zajmują się błahostkami. Zacząłemżałować,że nie zainteresowałem się bardziej, dlaczego nieoczekiwanie zjawił się u mnie w tak opłakanym stanie. Nie słuchałem uważnie jego opowieści, która wtedy wydawała mi się nieskładną historyjką opowiadaną przez pijanego. A szkoda, bo gdybym się dowiedział, to być może udałoby się zapobiec kilku niepotrzebnymśmierciom. Z drugiej strony, jeśli naszym losem rządzi zbieg przypadków, to nic nie można było poradzić na to, co się wkrótce wydarzyło.

ROZDZIAŁ TRZECI

Od tamtego wieczora regularnie spotykałem się z Madleną. Zazwyczaj przyjeżdżała po mnie i wybieraliśmy się do jakiejś cichej knajpki, by po dwóch, trzech godzinach znaleźć się w jej domu. Stawała samochodem na wysokości okna w kuchni i dawała znakświatłami. Do tej pory nie zachodziła na górę. Mieszkanie trudno było nazwać przytulnym gniazdkiem dla kochanków. Właśnie tego dnia po raz pierwszy miała zostać u mnie na noc. Umówiliśmy się,że przyjedzie po skończeniu programu telewizyjnego, tuż przed północą.

Był kwadrans po dwudziestej drugiej. Godzina, kiedy sąsiedzi zaczynają się przygotowywać do snu. Poza jednym małżeństwem wśrednim wieku, większość stanowili emeryci. Cichy i spokojny dom, w którym każdy się zna i się nie dzieje nic niespodziewanego.

Jeszcze raz ogarnąłem cały pokój, tak jakbym go widział po raz pierwszy. Nigdy wżyciu mi się nie uda,żeby wyglądał w porządku - pomyślałem. - Gdzie ją usadzę? Na fotelu, a ja siądę na kanapie i będę patrzył na nią jak pali papierosa, oswajając się z nielicznymi przedmiotami. Chyba nie należy do tych, które widząc męskie mieszkanie, uśmiechają się i mówią: Tylko ty mogłeś je tak urządzić.

Wolny czas postanowiłem zdławić lekturą "Długiego pożegnania" Chandlera, ale po kilkunastu minutach odłożyłem książkę. Nie znoszę oczekiwania. Nalałem szklaneczkę whisky, dodałem lód, włączyłem płytę U2 i wspominałem wczorajszy wieczór. Coraz częściej zastanawiałem się dokąd to wszystko zmierza. Madlenę i mnie zaczynałołączyć coś więcej niż wspólna poduszka.

Wczorajszego wieczoru poszliśmy do tego samego pubu, gdzie zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Jak zwykle była nadzwyczaj rozmowna. Opowiadała o pracy, o publicznej telewizji, którą porównała do nieruchawego mamuta, który przewrócił się i każdy zamiast pomóc mu wstać, wyrywa z niego dla siebie najlepszy kawałek mięsa. Nie liczy się talent, ale znajomości, preferowane sążony i kochanki. Powoli sączyłem whisky i bardziej patrzyłem jak mówi niż słuchałem o czym opowiada. Wyglądała uroczo. Kiedy odmówiłem wypicia kolejnej porcji Jasia Wędrowniczka powiedziała:

- Zawsze kończysz na dwóch, góra trzech drinkach. Miałeś kiedyś problemy z alkoholem?

- Nie - zaśmiałem się. - Większość tak myśli, ja od zawsze nie znosiłem pić, po przekroczeniu pewnej ilości mój organizm nie czuje się najlepiej, tak jakbym miał wewnątrz ciała biologiczny esperal - oto cała tajemnica.

Oparła się plecami o siedzenie i spuściła wzrok i trwała tak przez chwilę w zamyśleniu. Nie trudno było zauważyć, że Żakowski ciągle nie jest jej obojętny, trochę się o niego niepokoi. Świadczyło to dobrze o niej, zbyt często obrzucamy błotem naszych dotychczasowych partnerów, z którymi przeszliśmy kawałek drogi, zapominając,że tym samym plujemy na samych siebie z tamtego okresu. Nie wierzę,że ktoś przez kilka lat wspólnegożycia był wyłącznie utrapieniem i koszmarem.

- On dużo pije. Już trzy razy wszywał sobie esperal. Dziesiątki razy obiecywał,że przestanie. Jemu już czas głowę leczyć. Nie rozwija się, stoi w miejscu. Oglądając jego pierwsze filmy i ostatnie ma się wrażenie,że stworzyli je inni ludzie. Straciłam dla niego cierpliwość.

Wzięła dużyłyk złocistego płynu i szybko odstawiła szklankę na stolik.

- Dlaczego nie pójdzie na odwyk? - zapytałem.

- Nie chce przyznać się do tego,że jest alkoholikiem. Wydaje się mu,że jeszcze ma nad wszystkim władzę.

Przerwała na chwilę, przyglądając się kropli wolno spływającej po brzegu szkła, spadającej na tekturową podkładkę i wsiąkającej w nią.

- Kiedy miał dwanaście lat uciekł z domu dziecka, próbował na materacu przepłynąć przez Bałtyk do Szwecji - uśmiechnęła się gorzko. - Jego rodzice zginęli w katastrofie kolejowej i trafił do sierocińca. Kochałam go, gdy był bez grosza, nikomu nieznany, ale dumny, wiedział czego chce. Kiedy wspiął się na szczyt, okazało się,że stracił szacunek dla siebie. Zbyt dużo po drodze popełniłświństw iświństewek. A przecież nie musiał tego robić za wszelką cenę, mógł poczekać. Mieliśmy własny dom, mogliśmy pracować wyłącznie dla przyjemności, a nie tylko po to, aby zarobić pieniądze na utrzymanie.

- Twoi rodzice pomagali - spojrzałem jej w oczy. Przytaknęła głową. - A może nie chciał jak pies czekać na to, by go pogładzono po głowie. Może sprawiało tobie satysfakcję, że byłaś tą "lepszą". Tatuś znany chirurg, mama znana aktorka, w domu zawsze była gosposia, nie musiano liczyć się z tym, ile co kosztuje. Nie znasz uczucia biednego chłopaka, którego największym niespełnionym marzeniem jest otrzymanie roweru. Pamiętam,że matki nigdy nie było stać na kupieniełyżew, a te przykręcane do butów nie wchodziły w grę, bo je niszczyły. W hokeja na lodzie grałem w butach. Kij był zrobiony z gałęzi. Cieszyłem się,że miałem prawdziwy kauczukowy krążek do gry, a nie wycięty z drewna. A całkowicie oszalałem z radości, gdy matka w składnicy harcerskiej kupiła najtańszy kij hokejowy.

- Tak wiem, najedzony nigdy nie zrozumie głodnego - powiedziała z odrobiną szyderczości w głosie. Nie patrzyła na mnie, bawiła się czarną zapalniczką wykończoną, jak się domyślałem szczerym złotem.

Zawisła między nami cisza. Byłem zły na siebie, zachowałem sięśmiesznie wypominając jej,że na zimę miała kilka par butów, gdy ja posiadałem tylko jedną parę kozaków. Odezwał się we mnie kompleks biednego. Zamówiłem kolejną porcję whisky, którą kelner niezwłocznie przyniósł. Na jej ustach rozkwitł uśmiech. Najbardziej lubiłem ją za ten uśmiech, podczas którego unosiła w górę prawy koniuszek warg, gdy lewy opadał w dół, a między wargami można było dostrzec lekko drgający koniec języka. Nie wiem dlaczego do głowy przyszła mi myśl,że wcześniej czy później odejdzie ode mnie.

Wyrwała mnie z zamyślenia, stukając swoją szklanką o brzeg mojej.

- Dokąd tak daleko odszedłeś?

- Nie mogę zrozumieć, jak taka dziewczyna jak ty, ma ochotę zadawać się z kimś takim jak ja.

- Masz tak złe mniemanie o sobie? - odparła nie tracąc uśmiechu z ust, ale po chwili twarz jej nabrała poważnego wyrazu. - Mówiłeś,że przestałeś być człowiekiem marginesu. Jesteś po naszej stronie.

Nabrałem w usta większą ilość whisky, potrzymałem, aż poczułem lekkie pieczenie języka i wreszcie pozwoliłem jej spłynąć dożołądka.

- Mylisz się, nie jestem ani po jednej ani po drugiej stronie - odrzekłem. - Wcale nie uważam,że waszświat jest czystszy i lepszy. Ale nie to miałem na myśli. My się obracamy w różnych sferach. Ty cały czas usilnie dążysz do czegoś, odnajdujesz w tym prawdziwe zadowolenie. Jesteś całkowicie szczęśliwa. A ja ostatnio zajmuję się zabijaniem czasu. Moim marzeniem jest tylko to, aby oszczędności w banku nie malały w tak zatrważającym tempie, bo inaczej nie będę miał nawet na jedzenie. Starczy ich najwyżej na dwa, trzy miesiące, a potem... Zresztą po co to mówię, zanudzam ciebie.

Spojrzała na mnie taksująco, jakby nigdy przedtem mnie nie widziała.

- Nie lubisz ulegać ludziom - powiedziała.

- Nigdy tego nie potrafiłem.

Dotychczas nie nalegała, abym dokładnie opowiedział jej historię mojegożycia. Jak doszło do tego,że w pewnym momencie, jadąc zbyt szybko po jego drodze, wyleciałem na wirażu.

Włączyłem telewizor. Przełączyłem na kanał czwarty. Zbliżała się pora rozpoczęcia programu Madleny. Rzadko oglądałem talk show, te bezgranicznie bzdurne programy telewizyjne, które przypominały ludzkie wysypiskaśmieci. Robiłem to zupełnie wyjątkowo, ale od kiedy poznałem Madlenę, starałem się nie opuszczać jej programów.

Nagle usłyszałem stukanie do drzwi. Między jednym, a drugim mocnym puknięciem panowała długa cisza. Nie przychodziło mi do głowy - kto to może być? Dlaczego nie używał dzwonka. Sposób, w jaki dobijał się intruz wywoływał nieprzyjemne uczucie niepokoju.

Z niechęcią podniosłem się i poszedłem do drzwi. Odsłoniłem zaślepkę wizjera. Zamarłem zaskoczony. W judaszu ujrzałem kamienną twarz Roberta.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nie rozumiałem, dlaczego widząc go nie powiedziałem,że wszystko ma swój kres, a ja nie jestem jego matką, aby go niańczyć i nie zamknąłem mu drzwi przed nosem. Przeczuwałem,że zrobiłem głupotę przyjmując na siebie jego kłopoty. Jednak nie jestem z tych facetów, co to ciągleżałują, kiedy jest już i tak za późno.

W milczeniu odsunąłem się na bok, aby go przepuścić.

Wszedł wolno dośrodka, jakby każdy krok jaki miał do wykonania sprawiał mu trudność, był ponad ludzkim wysiłkiem. Tak samo poruszają się zombie. Zatrzymał się na progu pokoju. Delikatnie pchnąłem go w ramię, kierując w stronę kanapy.

- Myślałem,że będę już martwy - rzekł matowym głosem.

Nie chciałem słuchać tego, co miał do powiedzenia, wpierw musiałem ochłonąć i uspokoić się, wiedziałem,że nie przynosi ze sobą dobrych wieści. Oczekiwałem najgorszego. Poszedłem do kuchni i starałem się skupić na parzeniu kawy. Przyszykowałem dwie białe filiżanki z nietłukącego się szkła i oparty o szafkę czekałem, aż zagotuje się woda. Dobiegł mnie dźwięk czołówki zapowiadającej program Madleny. Kładąc filiżanki na tacę zorientowałem się,że przez cały czas wszystko robiłem automatycznie. Nie potrafiłem powiedzieć, o czym przez ten cały czas myślałem.

Kiedy wróciłem do pokoju spostrzegłem,że Robert sam się obsłużył, nalewając do szklanki dużą porcję alkoholu. Ręce trzęsły się mu tak mocno,że musiał obejmować szklankę obiema dłońmi. Postawiłem przed nim filiżankę, a swoją wziąłem w dłonie i usiadłem na kanapie. Zerknąłem na ekran telewizora. Madlena jak zwykle była prowokująca, miała na sobie czarną sukienkę z wysokim rozcięciem, nieznośnie dużo odsłaniającym udo. Jej rozmówca wydawał się być nią onieśmielony. Z trudem powstrzymywał się przed zerkaniem na jej nogi. Jak zwykle osiągała swój cel, owijając wokół palca faceta i wyciągając z niego zwierzenia, których po programie będzie się wstydził.

Jednak musiałem wrócić do okropnej rzeczywistości.

- Raisa nieżyje - powiedział bezbarwnym głosem, wpatrzony tępo w telewizor.

Nie reagowałem, nie spuszczałem z niego wzroku.

- Zabili ją - kontynuował. - Popołudniu pojechałem na miasto, wróciłem po ósmej, może trochę później. Drzwi nie były zamknięte. Ale czasami jej się to zdarzało. Kiedy wszedłem do mieszkania zobaczyłem, że wszystkie rzeczy były porozrzucane, tak jakby ktoś czegoś szukał. Znalazłem ją w łazience. Widok był okropny. Leżała naga w wannie. Miała związane kablem ręce i nogi. W wodzie pływały niedopałki papierosów, kipowali je na niej, na twarzy i piersi było pełnośladów,śmierdziało spalenizną. Prawdopodobnie ją utopili.

Przerwał i szybko wypił resztkę alkoholu. Spojrzał na mnie. - To była spokojna dziewczyna, tak jak mówiłeś. Dlaczego to zrobili?

Na chwilę zmierzyłem go chłodnym spojrzeniem i opuściłem wzrok na filiżankę kawy - nic z niej nie upiłem.

- Po co poszedłeś na miasto? - spytałem.

- Chciałem się przejść. Wstąpiłem do baru na jednego - powiedział po dłuższym milczeniu. Jego głos zdradzał zaskoczenie, nie takiego pytania się spodziewał, a na pewno nie w tym momencie.

Z telewizora dobiegł finałowy temat muzyczny towarzyszący napisom. Program Madleny dobiegł końca. Ekran rozbłysnął feerią barw reklamówki proszku do prania. Padające na Robertaświatło podkreślało jego zapadnięte oczy.

- A tobie, co się stało? - spytałem.

- Ach, to - dotknął zadrapania na swojej twarzy. - Jakieśłachy doczepiły się do mnie na dworcu. Tam w ogóle nie oświetlają peronów. Na szczęście z wagonu wyszła konduktorka, kawał baby i tamci uciekli. Przez całą noc nie mogłem zmrużyć oczu.

Rzeczywiście peron, z którego odchodzą pociągi do Warszawy wydaje się być położony na końcuświata. Miejsce dworca kolejowego nie należy do najbezpieczniejszych, pełno tam mętów. Ja jednak odniosłem wrażenie,że nie do końca mówił prawdę, albo całkowicie się z nią mijał.

Zjeżyłem się: - Czego ode mnie oczekujesz.

- Musisz mnie przechować. Mają tam pełno moichśladów, pali mi się ziemia pod stopami.

- To wydarzyło się w Petersburgu, a nie w Polsce. Po drugie, cóż im po twoichśladach, jeśli nie mają cię tam odnotowanego. Kto mógł wiedzieć,że mieszkała z Polakiem? Znam dobrze ten budynek. Tam sąsiedzi nie mówią sobie dzień dobry, nikt się nie zna. Wątpię,żeby któryś z nich opisał cię dokładnie. Tamtejsi lokatorzy nigdy nic nie widzą i nie słyszą, większość z nich nie lubi rozmawiać z policją. Do kiedy zamierzasz u mnie mieszkać?

- Chcę wynająć tu mieszkanie.

Robert ożył, odzyskał wigor. Tak, jakby najgorsze miał już poza sobą.

- Skąd weźmiesz pieniądze na kaucję? Z czego będziesz je opłacał, jeśli nie masz pracy? Za swoje miesięcznie płacę 250 dolarów.

Nachylił się i po chwili grzebania w torbie wyciągnął niewielką paczuszkę, owiniętą w rosyjską gazetę. Rozerwał jej brzeg i rzucił na stół. Nikt nie musi mi pokazywać w całości studolarowych banknotów, rozpoznam je w najgorszymświetle i po najmniejszym skrawku, a te z pewnością miały właśnie takie nominały. Plik zawierał około dziesięć tysięcy dolarów. Patrząc na mnie uśmiechnął się tajemniczo, zadowolony,że udało się mu wprawić mnie w osłupienie.

- Nie chcę ich widzieć ani wiedzieć skąd je masz - rzekłem. - Masz tydzień na znalezienie dla siebie lokalu.

Pierwsze, co mi przyszło do głowy to myśl, że pieniądze należały do Raisy. Kiedy zobaczył, że jest martwa splądrował jej mieszkanie i zabrał wszystko, co znalazł. Oto najprostsza wersja zdarzeń jaką skleciłem na gorąco: Jej ojczulek był znaną postacią w rosyjskim światku przestępczym, o której mówiło się, że jest jedną z dziesięciu najpotężniejszych na Wschodzie. Oficjalnie powszechnie szanowany biznesmen, właściciel banku, kilku domów towarowych i delikatesów, kopalni na dalekim wschodzie, mógłbym wymienić długą listę przyprawiającą o zawrót głowy. Prowadząc jakiś wielki interes potknął się i nie mógł rozliczyć się na czas albo, co wydawało się najbardziej prawdopodobne, jeśli się zna tamtejsze realia, uznał, że jest tak wielki, iż nie musi się w ogóle rozliczać. Niestety źle ocenił siłę i determinację przeciwnika. Po kilku zlekceważonych ostrzeżeniach, chłopcy postanowili dobrać się do łatwego celu, jego córki. Mordując ją pokazali, że są gotowi posunąć się do ostateczności. Uzyskali skuteczną siłę nacisku - strach, że naprawdę dobiorą się do niego. Przyjmując taką wersję, nijak nie potrafiłem wyjaśnić faktu tortur, jakim była poddana. Jakie informacje chcieli od niej uzyskać? Kolejnym problemem do rozważenia był ewentualny fakt posiadania przez Raisę dużej kwoty pieniędzy, oczywiście, przy założeniu,że pieniądze Roberta pochodziły od niej. Dwa lata temu postanowiła wyjechać z Moskwy do Petersburga i zacząćżyć na własny rachunek, miała dość patrzenia na ojca gangstera. Utrzymywała wyłącznie kontakty z matką, która pomagała jej się usamodzielnić. Pogodziła się z ojcem? Zaczęła uczestniczyć w jego ciemnych interesach? Nie pasowało mi to do Raisy, jaką znałem. A jeśli nie były to jej pieniądze, to jak Robert w krótkim czasie doszedł do tak dużej kwoty, nie mającżadnych kontaktów i nie znając tamtejszych realiów.

Przez mieszkanie przebiegły dwa krótkie dzwonki. Robert nerwowo zadrżał, patrząc na mnie pytającym wzrokiem: kto to może być?

- W porządku, byłem umówiony - uspokoiłem go. Musi mieć coś na sumieniu albo jest nieźle wystraszony, pomyślałem.

Kiedy otworzyłem drzwi, ujrzałem rozpromienioną Madlenę, w rękach trzymała butelkę Jacka Danielsa, swoją ulubioną whisky. Natychmiast spostrzegła,że coś jest nie w porządku, stężała jej twarz.

- Niestety nici z naszego dzisiejszego spotkania - powiedziałem nerwowo. - Mam nieoczekiwanego gościa.

- Ach! - Uśmiechnęła się i zrobiła krok do przodu.

- Nie możesz wejść - powstrzymałem ją.

Spojrzała mi prosto w oczy, bezgłośnie pytając: Co się stało? O co chodzi?

- Przepraszam cię, nie mogę o tym rozmawiać. Naprawdę chciałem dzisiaj...

Przerwała mi. - Rozumiem, miłego wieczoru - powiedziała z tłumioną wściekłością w oczach.

Odwróciła się i szybko zbiegła po schodach.

Zamknąłem drzwi. Z trudem powstrzymałem się, aby nie walnąć w nie pięścią z wściekłości. Byłem zły na siebie,że tak ją potraktowałem. Przyrzekłem sobie,że po raz ostatni pomagam Robertowi. Po chwili usłyszałem krótki dzwonek. Wróciła, pomyślałem z nadzieją. Będę mógł jej to inaczej, spokojniej wyjaśnić. Otwierając drzwi zobaczyłem stojącą na progu butelkę whisky. Z dołu dobiegał hałas szybkich kroków i skrzypienie otwieranych drzwi, które pozostawione same sobie, trzasnęły mocno o futrynę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Minęło dziesięć dni. Przez cały ten czas nie wydarzyło się nic. Madlena nie dawała oznak życia. Nie odbierała telefonów. Kilkakrotnie nagrałem dla niej wiadomość na automatyczną sekretarkę, ale nie odpowiadała. Raz tylko uzyskałem połączenie, ale po drugiej stronie usłyszałem męski głos i natychmiast odłożyłem słuchawkę. Domyśliłem się,że to byłŻakowski. Robert nie kierując się ceną mieszkania, skorzystał z usług agencji nieruchomości i wyprowadził się ode mnie. Wszystko wróciło do normy. Znowu zacząłem prowadzić samotniczeżycie.

Ten dzień byłby równie ospały i smętny jak pozostałe, gdyby wśród korespondencji, którą zawsze stanowiły wyłącznie rachunki do zapłacenia, a których wysokości nie chciałem od razu poznawać, aby jeszcze bardziej nie psuć sobie i tak fatalnego nastroju, nie znajdowała się błękitna koperta ofrankowana rosyjskimi znaczkami.

List miał niewyraźny stempel pocztowy, zdołałem tylko odczytać miejsce nadania - Petersburg i miesiąc - był ten sam, styczeń. List z Rosji, przesłany na adres mojego obecnego mieszkania nie mógł być zwyczajnym listem. Nikt tam nie miał prawa go znać. Charakteru pisma na kopercie nie rozpoznałem, ale na podstawie barwy i kształtu przekonany byłem,że nadawcą jest kobieta.

Nie rozbierając się, wszedłem do pokoju i siadłem na kanapie. Rozdarłem kopertę i wyciągnąłemżółtą kartkę papieru listowego, zapisaną drobnym maczkiem, grażdanką. Zacząłem czytać:



" Drogi Filipie,



niestety nie mogę się skontaktować z Tobą telefonicznie. Robert podał mi zły numer telefonu, a gdy uzyskałam właściwy, nikt nie podnosił słuchawki. Jeśli dobrze odczytałam adres, jaki miał w swoim notatniku, to ten list dotrze do Ciebie.

Kiedy powiedziałeś, że Robert musi przez jakiś czas odpocząć, zrozumiałam, że ma jakieś prawne problemy w Polsce. Wiem, że nigdy nie zwróciłbyś się do mnie o pomoc, gdyby w jakimkolwiek stopniu stanowiło to dla mnie zagrożenie. Patrząc na Roberta trudno o nim powiedzieć, że jest bandytą.. Zapewniałeś, że on nie zna nikogo w Rosji. A tymczasem zauważyłam, że często dokądś dzwoni. Po otrzymaniu wydruku przeprowadzonych rozmów okazało się,że ciągle wydzwania pod ten sam numer telefonu w Moskwie. Podaję go - 628-76-47. Wczoraj, jak sam powiedział wyjechał na kilka dni do Moskwy. Dlaczego o tym piszę? Od kilku dni coś dziwnego dzieje się wokół mnie. Odnoszę wrażenie,że ktoś mnieśledzi. Przed budynkiem stoi ciągle ten sam czarny Jeep Wrangler z przyciemnianymi szybami, którym mogą jeździć wyłącznie chłopcy z brygady, jak sam dobrze wiesz. Czuję się osaczona.

Nie jestem pewna, czy to wszystko jest związane z Robertem, być może dotyczy to mojego ojca. Wczoraj wieczorem rozmawiałam z nim i zapewniał, że nie mażadnych problemów. Gdy opowiedziałam mu o swoich obawach, tak jak zwykle, zbagatelizował mój lęk, mówiąc,że nikt zdrowy na umyśle nie odważy się zrobić krzywdy jego córce. Na szczęście, dlaświętego spokoju, ma jutro przysłać kogoś, aby sprawdził na miejscu.

Chcę abyś porozmawiał z Robertem i wyjaśnił, co zamierza robić dalej. Nie będzie wiecznie mieszkał u mnie. Mogę pomóc mu w znalezieniu taniego i spokojnego mieszkania, choć nie wygląda na takiego, który jest bez pieniędzy.

W skrytości serca liczę, że ten list skłoni Cię do przyjazdu. Tak dawno się nie widzieliśmy. Nie musisz się obawiać, pamiętam, że przywracanie dożycia czegoś, co już dawno umarło, nie jest w Twoim stylu. Często myślę o tym, co zaszło między nami. Mam nadzieję,że nie był to z Twojej strony kaprys.

Raisa"



Wciążżywiłem te same uczucia do Raisy, nie kochałem jej przedtem, nie kochałem jej teraz. Dla niej to był romans, dla mnie to... No, właśnie, co to było? Krótki wyskok? A może tak jak napisała - kaprys? Trudno to określić. Obecnie wiązało mnie z nią trochę sentymentu, nic więcej.

Nie mogłem spokojnie przyjąć do wiadomości tego, co się z nią stało. Miała dopiero dwadzieścia lat. Skończyła w tak okrutny sposób. Musiałem wyjaśnić, czy w jakiejś części nie byłem współodpowiedzialny za jejśmierć. Postanowiłem natychmiast spotkać się z Robertem. Niestety nie odbierał telefonu. Siedząc przy telefonicznym aparacie ciągle rozmyślałem. Jednak nie dochodziłem do sensownych wniosków. Im więcej myślałem, tym mniej wiedziałem. Do cholery z tym wszystkim.

Dzwoniłem do skutku, aż wreszcie odebrał telefon i umówiłem się na spotkanie u niego w domu.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Robert wynajął mieszkanie niedaleko mojego, dziesięć minut drogi pieszo. Widywaliśmy się prawie codziennie, ale trudno było powiedzieć,że nasze spotkania miały zażyły charakter. Spotykaliśmy się, bo nikt z nas nie miał do kogo innego otworzyć ust. Znowu byliśmy skazani na siebie. A może zbyt szybko postawiłem krzyżyk na naszej przyjaźni.

Była to spokojna, osiedlowa ulica, tak mógł powiedzieć ktoś kto nie znał Pragi. Już miałem wejść do klatki schodowej, gdy nagle przede mną otworzyły się drzwi, z których wybiegło trzech młodych, wielkich, krótko ostrzyżonych chłopaków. Jeden z nich bezceremonialnie mnie odepchnął, uderzając tak mocno, że poczułem przeszywający ból ramienia. Obróciłem się za nimi, wchodzili do sfatygowanego Forda Transita na olsztyńskich numerach. Wszyscy mieli na sobie granatowe ortalionowe dresy, na które założyli krótkie brązowe skórzane kurtki. Mój nos mi mówił, że byli to nasi wschodni bracia. Ich widok w tym miejscu nie wywoływał mojego zdziwienia, tak jak i u pozostałych mieszkańców tej okolicy. Nie mam nic przeciw Rosjanom, wśród nich mam kilku dobrych przyjaciół, ale tych osiłków, przy najszczerszych chęciach nie dało się darzyć sympatią; nie wyglądali na turystów, ani na przedsiębiorców. Ruszyli szybko, tak jakby przed czymś uciekali lub bardzo się do czegośśpieszyli, w obu wypadkach nie mogło oznaczać to nic dobrego. Powoli wspinałem się po schodach na górę. Kiedy dotarłem na trzecie piętro usłyszałem głośno grający telewizor. Dźwięk dochodził zza drzwi mieszkania Roberta. Zadzwoniłem naszym umówionym sygnałem - trzy krótkie i jeden długi. W tym hałasie nic nie słyszał. Odruchowo nacisnąłem klamkę i zdziwiony stwierdziłem,że drzwi są otwarte. Natychmiast doznałem niepokojącego uczucia,że coś jest nie tak.

- Robert, jesteś tam? - zawołałem w przedpokoju.

Nie odpowiedział. Wszedłem do living roomu, który przypominał pobojowisko: pootwierane szafy, wyrzucona na podłogę zawartość szuflad, rozbebeszone fotele i sofa. Niedobre przeczucie zamieniło się w pewność,że w tym miejscu zdarzyło się coś złego. Coś mi mówiło,żeby zabrać się stąd i wracać. A jednak wyszedłem z pokoju i poszedłem zobaczyć, co dzieje się w sypialni. Panował podobny widok. Pozostała do sprawdzenia kuchnia iłazienka. Nie wiem, dlaczego postanowiłem od niej zacząć. Otworzyłem drzwi i omal nie poddałem się pierwszej reakcji - zebrało mnie na wymioty, a nogi mi się zrobiły się miękkie jak wata.

Leżał nagi w wannie. Miał związane elektrycznym kablem ręce i nogi. W brunatnej wodzie pływały niedopałki papierosów. W powietrzu unosił się ostry zapach spalenizny przypalanej skóry. Nie mogłem rozpoznać jego twarzy, bo nic prawie z niej nie zostało.

Nie widziałem sensu, abym dłużej tutaj przebywał. Jak najszybciej chciałem znaleźć się od tego miejsca daleko. Jemu nikt już nie mógł pomóc, a ja nie chciałem mieć cokolwiek wspólnego z policją. Nie miałem dobrych wspomnień z kontaktów z nimi. Ostatniożyłem nadzieją,że rozstaliśmy się ze sobą na dobre.

Zbiegłem po schodach, na których nikogo nie zastałem. Włączyłem silnik i ruszyłem najspokojniej jak potrafiłem, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Starałem się nie poddać panice. Do drogi głównej musiałem pokonać krótki odcinek prostopadłej uliczki. Kiedy wjechałem na nią, ujrzałem jadący na sygnale radiowóz policyjny, minął mnie i skręcił w miejsce, z którego co wyjechałem. Widocznie jakiś sąsiad zaniepokojony hałasem dochodzącym z mieszkania Roberta powiadomił policję. Sprzyjało mi szczęście i pół godziny później znalazłem się w swoim mieszkaniu. Nalałem do szklanki dużą porcję whisky, dodałem lodu i wypiłem ją szybko, ale poza ciepłem wżołądku nie odczułem niczego. Dopiero druga szklaneczka zawładnęła moją głowę i uzyskałem pożądany efekt stanu błogości.

Jeśli nie jest się zimnym jak głaz, to trudno w takich chwilach racjonalnie myśleć. Po opadnięciu emocji mogłem się spokojnie zastanowić nad ostatnimi zdarzeniami. To, co zobaczyłem przypominało mi opisany przez Roberta widok - tak podobno zginęła Raisa. Tu i tam szukali czegoś. Wychodząca z klatki trójka wschodnich chłopców, zajmujących się czarną robotą, nie znalazła się tam przypadkowo. Prawdopodobnie były to te same osoby, które zamordowały Raisę. Idąc tym tokiem rozumowania należało wysnuć wniosek, że oba morderstwa są powiązane ze sobą. Śmierć Raisy nie mogła być teraz traktowana jako zemsta ani groźba wymierzona przeciw jej ojcu. Zakładałem, że sama nie dotykała się czarnych spraw, a w związku z tym nie mogła być przyczyną tego, co się wydarzyło. Wszystkie okoliczności wskazywały na Roberta. Na myśl o tym, poczułem jak mi twardniejeżołądek, zamieniając się w kamień. Uświadomiłem sobie,że jestem współodpowiedzialnym zaśmierć Raisy. Kiedy przyszli do niej spodziewali się zastać Roberta.

Nalałem kolejną szklankę whisky, ale nie byłem jej w stanie wypić, po dwóchłykach poczułem mdłości. W ostatniej chwili zdążyłem dojść dołazienki, gdy zacząłem wymiotować. Przez kwadrans sterczałem z głową nad sedesem.

Kiedy w miarę doszedłem do siebie postanowiłem zrobić gorącą, mocną herbatę. Czynność parzenia zamieniłem w celebrację. Skupiłem się na każdym wykonywanym ruchu jakby był niezwykle ważny, decydował o czymś więcej niż o smaku filiżanki herbaty.

Usiadłem w fotelu, włączyłem telewizor i wolno pijąc patrzyłem na ekran. Jednak nie byłem w stanie powiedzieć, co się na nim dzieje, przez cały czas zastanawiałem się - w co takiego wlazł Robert? Jak wytłumaczyć to, że znaleźli go tutaj? Z kim się kontaktował, kto ujawnił jego adres? Wiedziałem, że w jego mieszkaniu gliniarze znajdą sporą ilość moich śladów linii papilarnych. Tylko kwestią czasu będzie kiedy ustalą do kogo należą. Znając metodykę działania policji i jej tendencję do upraszczania i nie zauważania albo lekceważenia wydawałoby się oczywistych faktów oczekiwałem, że stanę się głównym podejrzanym, zwłaszcza, że właściwi sprawcy wkrótce powinni znaleźć się poza granicami kraju. To ja będę musiał udowodnić swą niewinność, a nie policja, która będzie zajmować się dopasowywaniem faktów umożliwiających powiedzenie - to on zrobił. Nikt nie uwierzy,że nic nie wiem konkretnego. Z ledwością opisałbym twarz dwóch, z trójki sprawców. Domyślałem się,że samochód jakim przyjechali był z pewnością kradziony i niedługo powinien się odnaleźć spalony. To byli profesjonaliści. Uważałem,że najmądrzejszym wyborem będzie wyjazd stąd na jakiś czas. Nie miałem zamiaru podawać gliniarzom swojej głowy na tacy.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Słysząc dzwonek u drzwi drgnąłem wystraszony, nie spodziewałem się tak szybkiego działania ze strony policji, ale także nikogo nie oczekiwałem. Zamarłem w bezruchu i czekałem, co się dalej wydarzy.Łudziłem się,że ktoś się pomylił i trafił pod niewłaściwy adres. Niestety kolejne dwa dzwonki obróciły w proch moją nadzieję. Po chwili pojawiło się natarczywe pukanie. Najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Nie miało sensu udawanie,że nikogo nie ma w domu, zbyt głośno grał telewizor, a cienkie drzwi nie zapewniały dobrego wygłuszenia. Zbliżyłem się do nich niczym skazaniec prowadzony na szafot, z rezygnacją spojrzałem w wizjer. Chwilę trwało za nim dotarło do mnie kogo widzę.

Otworzyłem szeroko drzwi.

- Miałam już odejść - powiedziała Madlena. - A może mam to zrobić?

Zaprosiłem ją dośrodka. Zachowywałem się sztywno, co nie uszło jej uwadze.

- Na kogoś czekasz? - spytała z nieukrywaną złośliwością.

Domyślałem się,że pytała, czy nie oczekuję damskiej wizyty. Postanowiłem powiedzieć jej wprost:

- Nic się nie zmieniło od tamtego czasu. Usiądź. Napijesz się kawy?

- Małą i bardzo słabą - odparła, uważnie mi się przyglądając.

Poszedłem wstawić wodę i nasypać rozpuszczalnej kawy do filiżanek. Do odjazdu pociągu miałem trzy godziny. Najchętniej już teraz wyszedłbym z domu i poczekał w jakimś spokojnym barze przy szklaneczce czegoś mocniejszego. W mieszkaniu czułem się jakbym chodził po rozżarzonych węglach. Nie chciałem jednak, aby tak jak ostatnio poczuła się niemile widzianym gościem. Na szczęście ułatwiła mi wyjście z niezręcznej sytuacji, weszła do kuchni i zapytała:

- Wyjeżdżasz? Znowu trafiłam na niewłaściwy moment?

Zauważyła nie do końca spakowaną torbę podróżną, stojącą za fotelem.

- Muszę wyjechać na jakiś czas.

- Masz jakieś problemy? - okazała się być nadzwyczaj spostrzegawcza.

Domyślała się, o jakiego rodzaju może chodzić problemy. Taka dziewczyna to chodzący skarb, niestety nie dla mnie przeznaczony.

Przytaknąłem głową i powiedziałem:

- Przejdźmy do pokoju, tutaj nie ma gdzie wypić kawy.

Usiedliśmy na kanapie, trzymając filiżanki w rękach. Obiecałem sobie,że po powrocie kupię jakiś mały stoliczek alboławę. Nie oczekiwałem z jej strony propozycji, jaką mi złożyła:

- Jeśli chcesz, możesz zamieszkać u mnie.

- A ty? - spytałem prowokacyjnie.

Popatrzyła na mnie. - Chcężebyś zamieszkał u mnie.

Wydawało mi się,że jeśli chodzi o męsko-damskie sprawy jestem wyprany z uczuć, ale po raz kolejny przy Madlenie pękała pokrywająca mnie lodowa powłoka. Może "wzruszenie" jest nadmiernym określeniem stanu, który właśnie czułem, ale wydaje mi się najbliższym prawdy.

- Nie mogę. Moja osoba może dla ciebie wiązać się z dużymi kłopotami - wydusiłem z siebie.

Nie spuszczając ze mnie oczu, ponownie wywołując we mnie chęć ukrycia wzroku w filiżance kawy, powiedziała:

- Nie musisz nic wyjaśniać. Nie mogę być o cokolwiek obwiniana, jeśli nic nie wiedziałam.

Uśmiechnąłem się ironicznie, powinienem spodziewać się jej dalszych słów:

- Trudno przypuszczać,że każdy napotkany facet jest draniem.

- Muszę wyjechać z kraju - postawiłem sprawę jasno.

Twarz jej stężała, a oczy zgubiły blask, stając się matowe.

- Czy jest aż takźle?

Nigdy nie lubiłem udowadniać ani zapewniać o swojej niewinności, ludzie i tak sądzą to, co chcą. Tym razem jednak powiedziałem:

- Zająłem się niepotrzebnie kimś kto nadużył zasad dobrej gościnności, nic poza tym nie zrobiłem. Gdybym wiedział dzisiaj to, co wiem, wcześniej zrzuciłbym go ze schodów.

Odłożyła filiżankę na podłogę, była wypełniona w ponad połowie. Wyciągnęła paczkę papierosów, zapaliła i zza białej chmury dymu powiedziała:

- Kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłam, pomyślałam,że największym twoim problemem jest to,że wżyciu zbyt często ulegasz sentymentom. A ludzie zamiast to docenić, bez skrupułów cię wykorzystują.

Wstałem i poszedłem wziąć z regału czarną, ceramiczną popielniczkę. Siadając z powrotem na miejscu i stawiając ją na podłodze, odrzekłem:

- Nie przesadzaj z usprawiedliwianiem mnie, jeśli naiwnie na to pozwalam, to sam sobie jestem winny. Nie pasuje do mnie szata męczennika.

Odsunęła papierosa od ust i położyła go na popielniczce. Zbliżyła się do mojej twarzy, chwyciła rękoma za tył mojej głowy i wczepiła się wargami w usta. Z trudem udało mi się nie wylać kawy z filiżanki. Kiedy się odsunęła, wreszcie mogłem odstawić filiżankę na podłogę. Mówią,że seks jest jedyną prawdziwą siłą zdolną pochłonąć bez reszty i choć na chwilę pozwala oderwać się od drążącego stresu. Pół godziny później musiałem przyznać całkowitą rację tej opinii. Jej głębokie pocałunki, dotyk ciepłych dłoni podziałał na mnie jak rozluźniający masaż.

- Kiedy odchodzi twój pociąg? - spytała przylegając piersiami do mojego brzucha.

Spojrzałem na zegarek, jedyną rzecz jaką miałem na sobie.

- Bez kwadransa, dwie godziny - odparłem.

- Czy zdążymy jeszcze wejść do "Książęcego" na jedną, pożegnalną szklaneczkę?

Zdążyliśmy. Banalne będzie teraz to, co powiem: jej oczom nie można się było oprzeć. Przez cały czas siedziała oparta rękami o stolik i patrzyła na mnie smutnym spojrzeniem. Nigdy nie lubiłem ckliwych pożegnań. A to pożegnanie trwało zbyt długo. Starałem się rozgonić wiszącą nad nami mgłę, ale po chwilowym rozjaśnieniu, znowu szybko opadała na nas i wydawała się być jeszcze bardziej gęsta. Pogubiłem się całkowicie i stałem się nieporadny jak kilkudniowy psi szczeniak próbujący wyjść z legowiska, gdy powiedziała:

- Będę czekała na ciebie.

Milczał we mnie cyniczny komentator, który zazwyczaj w takiej sytuacji odpowiedziałby: Jak długo? Tydzień, miesiąc, dwa? Ulegasz nastrojowi tej chwili i nic więcej, kochanie. Szybciej zapomnisz o nas niż myślisz. Za kilka lat przechodząc obok mnie będziesz się zastanawiała: skąd ja tego faceta znam? A w najlepszym wypadku - czy to on?

Dałem ręką znak barmanowi,że chcę zapłacić rachunek. Jego czarna twarz z trudem ukrywała niechęć do mojej osoby. A gdy do niego się odezwałem:

- Nadal pan tu pracuje - przesłał mi nienawistne spojrzenie. Nie zareagowałem. Obchodziło mnie to tyle, co zeszłorocznyśnieg. Kiedy odszedł i wychodziliśmy z sali, Madlena spytała:

- Znacie się? Niezbyt musi cię lubić.

- Widocznie któryś z moich przodków zajmował się handlem niewolnikami, co w jakiś sposób emanuje ze mnie dzisiaj i on to wyczuł - odparłem z poważnym wyrazem twarzy.

- Nie lubisz Murzynów - przyjrzała mi się uważnie.

- Tak samo nie lubię białych jak i czarnych bezczelnych barmanów. W Kopenhadze jest knajpka, w której cappucino podaje stary Murzyn w białych rękawiczkach. Nigdy nie spotkałem kelnera, który miał taką klasę jak on. Wielu gości mogłoby się od niego czegoś nauczyć. Tylko nie pomyśl,że uważam za szczyt możliwości czarnego obsługiwanie białego człowieka. Nie przywiązuję wagi do koloru skóry, zawsze interesowało mnie to, co jest wewnątrz człowieka. Kiedy zgasi się w pokojuświatło, nie widaćżadnych różnic.

Uśmiechnęła się i chwyciła mnie pod ramię, zatrzymując. Przybliżyła wargi do mojego ucha i wsadziła w nie język, wodząc koniuszkiem po małżowinie. Ręka jej zsunęła się do mojego rozporka.

Miałem już obrócić się ku niej i wziąć w ramiona, gdy zauważyłem,że blokujemy przejście na schodach młodemu chłopakowi i dziewczynie. Przepuściliśmy ich i wybuchnęliśmyśmiechem. To oni byli zażenowani, a nie my.

Wziąłem torbę z bagażnika samochodu Madleny i zeszliśmy do podziemnego przejścia. Przez cały czas już milczeliśmy. Powinienem jej powiedzieć, abyśmy rozstali się na parkingu. Kiedy przechodziliśmy obok schowków, coś tknęło mnie i zatrzymałem się. Bez trudności odszukałem schowek, do którego Robert przed wyjazdem schował torbę. Był zajęty. Nie wiem na co liczyłem, nieprawdopodobnym wydawało się być to,że do tego czasu nie zabrał jej stąd. Licznik wskazywał niedobór. Udałem się pożetony. Dobrze pamiętałem kod jaki użyto do zamknięcia schowka. Kiedy Robert zamykał skrytkę spojrzałem odruchowo, nie przywiązując wagi do czynności jaką wykonywał. Zapamiętałem kod, bo użył w nich tylko jednej cyfry - 3. Otworzyłem drzwiczki i ujrzałem dobrze mi znaną czarną torbę. Nie zastanawiając się, ponownie zamknąłem schowek, ale tym razem pod zmienionym kodem.

Wszystko później potoczyło się błyskawicznie. Czasu pozostało tylko tyle, aby kupić bilet i szybko udać się na peron, na którym stał już pociąg odjeżdżający do Petersburga. Krótki pocałunek i jakieś słowa, które zazwyczaj wypowiada się w takiej chwili, wydawały się być nazbyt mechaniczne. Stojąc w oknie odpowiedziałem ruchem ręki na jej pożegnalne machanie. Z chwilą gdy ruszył pociąg, odwróciła się i poszła w stronę ruchomych schodów. Czułem się tak jakbym coś tracił bezpowrotnie.





Czy to, czego szukano w domu Raisy i Roberta znajdowało się w tej torbie? Ten problem zbyt długo nie spędzał mi snu z powiek. Dwie półlitrowe puszki piwaŻywiec zrobiły swoje. Miałem dość. Rytmiczny stukot jaki wypełniał przedział jeszcze bardziej przyśpieszył działanie alkoholu. Zanim zostałem obudzony do odprawy granicznej, spałem twardo. Gorliwy polski wopista skontrolował paszport i zerknął do sfatygowanego zielonego zeszytu, sprawdzając, czy nie ma jakichś przeciwwskazań, abym mógł wyjechać z kraju. Litewscy pogranicznicy zadowolili się zapewnieniem,że jadę tranzytem do Petersburga i nie mam najmniejszej ochoty wysiadać w Wilnie.

Dalsza część podróży upłynęła w sennym nastroju, piłem piwo i wpatrywałem się w zbyt wolno uciekający do tyłu krajobraz. Nie było to najrozsądniejsze z mojej strony. Mój pęcherz natychmiast zareagował na chmielowy napój. Idąc korytarzem do ustępu, lawirowałem pomiędzy pasażerami, wokół których roztaczała się woń alkoholu wymieszanego z potem, większość miała już za sobą poranne sto gram. Obowiązującym strojem zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet były sportowe dresy. Ustęp nie działał i zmuszony byłem przejść do drugiego wagonu. Wszędzie było pełno miału węglowego i sadzy, wagony nie posiadały ogrzewania elektrycznego. Temperatura w intymnym pomieszczeniu zbliżała się do panującej na zewnątrz. Smródśrodków dezynfekcyjnych gryzłżołądek i podchodził do gardła. Ledwo znalazłem się po tej stronie Europy, a już miałem dosyć.

Pocieszałem się myślą, że mój pobyt w świecie, w którym wszystko jest lepkie i wymiętoszone potrwa zaledwie kilka tygodni. Tyle czasu powinno wystarczyć policji, aby przestała szamotać się na oślep. Jeśli na początku sprawy nic nie wiedzą, przypominają w zachowaniu choleryka, a ja nie lubiłem mieć do czynienia z ludźmi, którzy wyłącznie ulegają działaniu krwi lub żółci. Ale nie był to mój jedyny powód wyjazdu i wyboru takiego a nie innego celu podróży. Unikałem powiedzenia tego wprost, bo wiedziałem, że zaczynam igrać zeświatem, z którym nie mażartów. Na twoim miejscu nie robiłbym tego - przestrzegał mnie wewnętrzny głos. Czy warto się narażać dla spokoju sumienia?

ROZDZIAŁ ÓSMY

Chodząc po Petersburgu trudno uciec od myśli,że stąpa się po trupach budowniczych, którzy potopili się w miejscowych bagnach. Czy nie można było wybrać innego miejsca na postawienie miasta? Niedawny Leningrad przypominał starą kobietę, kiedyśświecącą blaskiem, uwodzącą pięknem, a dzisiaj z rezygnacją poddającą się niszczącemu działaniu czasu.

Dotąd przyjeżdżałem tu wściśle określonym celu, załatwiałem swoje sprawy i jak najszybciej wyjeżdżałem. Obecnie miałem nadmiar wolnego czasu. Czułem się znużony. Ogarniająca mnie drętwota coraz bardziej stawała się męcząca. Jedynym ożywieniem były spotkania z Leonidem, który dał mi do dyspozycji dwupokojowe mieszkanie, jedno z sześciu jakie posiadał.

Poznaliśmy się w Berlinie, w knajpie znajomego Serba, Kostica, który w owym czasie zapewniał, że jeśli Niemcy zaczną strzelać do jego braci na Bałkanach, wysadzi im bramę Brandenburską. Zbyt dużo wiedziałem o Kosticu, by traktować jego słowa jako przechwałki. Okazało się,że Leonid mieszka dwie ulice dalej. Miał podwójne obywatelstwo, niemieckie i rosyjskie. Zajmował się handlem elektroniką oraz wszelkimi innymi interesami, które zapewniały szybki zwrot włożonych weń pieniędzy. Pomimoże wspólnie udało się nam pomyślnie przeprowadzić tylko jedno przedsięwzięcie, utrzymywaliśmy przyjazne stosunki. Choć dla wielu zabrzmi to jak abstrakcja, od czasu do czasu człowiek spotyka kogoś kto nie kieruje się wyłącznie korzyściami materialnymi jakie może odnieść z zawartej znajomości.

Tym razem umówiliśmy się na spotkanie w lokalu, którego nazwą był numer kamienicy, gdzie się mieścił - 34, należącym do jednej z korporacji handlowych. Na próżno byłoby szukać jego adresu w jakimkolwiek oficjalnym spisie. Leonid napomknął,że będzie miał coś do powiedzenia na interesujący mnie temat. Postanowiłem wyjść z domu wcześniej i przejść się po mieście, ale nie założyłem braku odporności mojego organizmu na kilkunastostopniowy mróz. Zatrzymałem pierwszą jadącą wolną taksówkę i w ten sposób zjawiłem się w lokalu pół godziny przed czasem. Zamówiłem kawę i bez większego zainteresowania rozglądałem się po wnętrzu, w którym dominującą barwą była uspokajająca zieleń. Lokal powstał z połączenia mieszkań na pierwszym piętrze kamienicy. Przede wszystkim zapewniał zebranym tu gościom dyskrecję i bezpieczeństwo. Nikt niepożądany nie miał prawa się tu zjawić. Przy wejściu zostałem wylegitymowany przez dwóch, niedźwiedziowatych, o twardych, kwadratowych głowach ochroniarzy, którzy sprawdzili, czy moje dane zgadzają się z podanymi przez zapraszającego, Leonida. Uprzejmie, z obojętnością poproszono o zdanie w depozyt broni. Nie miałem. Gdybym skłamał i tak nie wniósłbym jej na salę, zostałem dokładnie sprawdzony wykrywaczem metali.

Kwadrans przed czwartą zjawił się w lokalu pięćdziesięciokilkuletni wysoki mężczyzna, o bujnych, czarnych włosach, zaczesanych do tyłu iśniadej cerze. Pomimo wydatnie rysującego się brzucha, mógł w oczach kobiet uchodzić za przystojnego faceta. Jego twarz szpeciły ciemne sińce pod oczami. Wyglądał na człowieka zmęczonego, którego od dłuższego czasu gryzł jakiś problem. Musiał być to wielki kłopot.

Nie wiem, dlaczego w pierwszej chwili nie dostrzegłem podobieństwa, dopiero gdy wkrótce potem zjawił się Leonid, i po przywitaniu, przedstawił nas sobie, okazało się,że jest to ojciec Raisy.

Przez cały czas milczał, reagował na wszystko skinieniem lub zaprzeczeniem głowy, a przede wszystkim chłodnym spojrzeniem. Miał wyraziste, zimne oczy. Patrząc na kogoś, nie zostawiał na nim suchej nitki. Bezbłędnie oceniał przeciwnika, jego możliwości, a przede wszystkim doskonale znał siebie, co dawało mu niesłychaną pewność, widoczną w zachowaniu. Takiemu Rosjaninowi lepiej nie wchodzić w drogę.

Michaił i Leonid zamówili sobie czystą wódkę, Kremlowską, a ja podwójną szklaneczkę whisky z lodem. Pragnąłem uspokoić swoje nerwy. To spotkanie nie wydawało się zapowiadać miłego towarzyskiego wieczoru, w czasie którego będziemy zachwycać się pięknem Polek i Rosjanek. Szybko okazało się,że miałem rację. Po wspólnie wzniesionym, milczącym toaście, w rękach Michaiła pojawił się mały aparat głośno mówiący, który przystawił sobie do krtani. Popłynął z niego metaliczny głos:

- Znasz Raisę - nie pytał, raczej stwierdzał i oczekiwał mojego potwierdzenia.

- Tak - zawahałem się z odpowiedzią i to był mój błąd.

- Wiesz,że nieżyje - jego spojrzenie wbijało się w moje oczy i przebijało na wylot głowę.

Jeślibym zaprzeczył byłoby to dziecinne, nieudolne kłamstwo. Wybrałem milczenie.

- Kiedy zabili Raisę mieszkał u niej Polak. Dzień przed jejśmiercią rozmawiałem z nią telefonicznie, wspomniała,że jest to znajomy jej przyjaciela, innego Polaka. Jeśli nie byłeś tym pierwszym to jesteś tym drugim. W jej notatkach był zapisany twój adres, nie było nazwiska, ale zgadza się imię. Słucham, co masz do powiedzenia - odłożył od szyi aparat, który spoczął na jego udzie; zaciskająca się na nim dłoń należała do człowieka, który zajmował się wżyciu nie tylko papierkową robotą.

Zerknąłem na Leonida, który zachowywał się tak jakby nasza rozmowa odbywała się przy innym stoliku.

- Czy potrzebujesz pomocy w mówieniu - wyciągnął w moją stronę aparat. Przy tym posłał mi nieprzyjemny, drwiący uśmieszek.

- Nie było mnie wtedy w Petersburgu - rzuciłem. - Możesz to sprawdzić w moim paszporcie.

Roześmiał się. Zrozumiałem, co miał na myśli, naiwny dowód niewinności - paszportów można mieć wiele.

- Po co bym tu przyjeżdżał? - zapytałem.

- Może wpadłeś na chytry pomysł,że w ten sposób uda ci się oddalić podejrzenia. Musiałeś słyszeć o mnie. Wiesz,że prędzej czy później bym cię dorwał.

Pojawił się kelner. Tak jak Leonid chciałem zamówić kolejną porcję alkoholu, ale wtedy pogrążyłbym się całkowicie w oczach Michaiła. Czułem,że pocę się pod pachami, za chwilę pot pojawi się na mojej twarzy. Zbyt dobrze znałem ten kraj, zwyczaje takich ludzi jak ojciec Raisy, by nie zdawać sobie sprawy,że w tej chwili waży się mojeżycie.

- Nie miałem z tym nic wspólnego - starałem się powiedzieć to matowym głosem.

- Kim jest ten Polak?

- RobertŁobodziński. Dwa tygodnie temu został zamordowany. Prawdopodobnie zrobili to Rosjanie.

W jego oczach dostrzegłem zainteresowanie.

- Czym się zajmował? - zapytał.

- Nie wiem - wzruszyłem szczerze ramionami.

- Wydaje mi się,że robił na miejscu jakieś interesy. Znasz numer 628-76-47?

Był to numer telefonu w Moskwie, znany mi z listu Raisy.

- Nie - odparłem.

Pokiwał głową, wiszący na ustach uśmieszek stał się bardziej gorzki. Spojrzał na Leonida, który w jednej chwili powrócił duszą do naszego stolika. Uśmiechnął się do niego i po chwili znowu przeniósł wzrok na mnie.

- Znam długo Leonida - metaliczny głos wydobywający się z aparatu drażnił swoją beznamiętnością. - To mu zawdzięczasz, że wyjdziesz teraz stądżywy. Jeśli uzyskam najmniejszy dowód,że miałeś coś wspólnego z jejśmiercią... - urwał, odrywając aparat od krtani.

Nie musiał kończyć, doskonale rozumiałem,że wtedy będzie chciał mnie zabić. Pożegnał się z Leonidem, zostawił na stole pieniądze w kwocie wystarczającej, aby zapłacić za nas wszystkich i jeszcze starczyłoby na hojny napiwek dla kelnera - nie lubił, aby ktoś płacił za niego i wyszedł z sali wolnym krokiem. Moją osobę potraktował jak powietrze. Być może byłem już dla niego trupem, człowiekiem, któremu przełożono datę wykonania wyrokuśmierci.

Leonid skinął na kelnera i nie pytając mnie o zdanie, zamówił dla mnie whisky. Popatrzył z odrobiną współczucia i odezwał się:

- Nie masz do mnie urazy,że go przyprowadziłem?

- Widocznie nie miałeś wyboru,żyjesz tutaj. Dziękuję za to,że wstawiłeś się za mną.

- Michaił nie wierzy,że nie miałeś z tym nic wspólnego. Może nie chciałeś jejśmierci, ale jesteś w jakiś sposób za nią odpowiedzialny, została przypadkową ofiarą prowadzonych przez was interesów. Raisa była jego jedynym dzieckiem. Nigdy nie widziałem go w tak fatalnym stanie. Zrobi wszystko, aby się zemścić. To będzie prawdziwa vendetta.

Kelner postawił przede mną szklankę ze złocistym płynem i kostkami lodu i dyskretnie odszedł. Szybko wypiłem większą porcję.

- Zanim ją zabili, została zgwałcona - Leonid nadal mówił. - Była torturowana, kipowali na niej pety, z palców zerwano trzy paznokcie. Oni chcieli się od niej czegoś dowiedzieć. Ta dziewczyna nie zajmowała się niczym takim, by coś takiego mogło się jej przydarzyć. Obecnie Michaił nie mażadnych kłopotów. To musiało mieć związek z tym Polakiem. Ukrywał się u niej?

Ani nie potwierdziłem, ani nie zaprzeczyłem. Leonid wydawał się to rozumieć. Zadał kolejne pytanie:

- Czy z tym Polakiem to prawda?

Przytaknąłem.

- Nie domyślasz się kto to zrobił?

Po raz pierwszy na mojej kamiennej twarz pojawił się lekki uśmieszek.

- Sposób w jaki to uczynili wskazuje,że były to te same osoby, które zamordowały Raisę.

Leonid rozejrzał się po sali. Dopiero teraz spostrzegłem,że przy innych stolikach pojawili się goście. Biorąc pod uwagę ich wygląd: garnitury Bossa i Valentino, doskonale wyglansowane buty upewniłem się w opinii,że jest to elitarny klub. Na tyle elitarny, na ile dostojni mogą być ludzie o opitych twarzach i drewnianych ruchach, nie wiedzący,że po skończonym posiłku należy ułożyć sztućce na talerzu na godzinę piątą.

- Co to za numer, o którym wspomniał Michaił? - spytałem.

- Zwykłe mieszkanie w Moskwie. Kilka miesięcy temu zostało wynajęte jakiemuś Azerowi, który podał fałszywe dane, a jego opis jest tak dokładny,że każdy jego krajan może być podejrzanym. Prawdopodobnie ostatnio przez kilka dni mieszkał w nim Polak. Teraz jest puste. Wątpię, by ktoś się tam jeszcze zjawił, poza właścicielem.

- Czy z mieszkania Raisy nic nie zginęło?

Zainteresowało go to pytanie. - Goście, którzy ją odwiedzili nie interesują się duperelami. Przyszli w konkretnym celu. Złoto i pieniądze, które miała zostały nietknięte.

Przyjrzał mi się uważniej. Przestawił kieliszek, jakby stał w niewłaściwym miejscu, i nie patrząc mi w oczy, powiedział:

- Najlepiej zrobisz, jeśli stąd wyjedziesz. Z tego miasta zrobiło się niezłe Chicago.

Czy musiał cokolwiek więcej mówić, rozumiałem,że tym samym wypowiada mi swoje mieszkanie i daje do zrozumienia,że nie mam co liczyć na jego pomoc. Zwracając się o nią, narażę jego i siebie na niezręczną sytuację - odmowy. Po co mamy w ten sposób psuć nasze przyjazne stosunki.

- Wyprowadzę się pod koniec tygodnia - powiedziałem bez cienia urazy w głosie.

Atmosfera przy stoliku rozluźniła się.

- Wracasz do kraju? - Zapytał przyjacielskim tonem.

Po chwili zastanowienia, potwierdziłem.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Dwa dni później znalazłem się w pociągu jadącym do Warszawy. Nie da się ukryć,że czułem ulgę oddalając się od Petersburga, zostawiając za sobą kraj, który lepiej znać z opowieści i filmów niż w nimżyć. Sporo czasu upłynie zanim się tam zmieni na lepsze. Po powrocie planowałem wynająć nowe mieszkanie, dotychczasowe przestało być spokojnym miejscem schronienia. Dzień przed wyjazdem rozmawiałem telefonicznie z Madleną. Usłyszałem wiele słów, które lubi słuchać każdy mężczyzna. Przyjemnie się wracało, wiedząc,że na dworcu będzie czekała piękna dziewczyna. Na przywitanie rzuci się w ramiona i przeciągle pocałuje... O tym myślałem, gdy w przedziale pojawił się polski wopista. Stanął w progu i poprosił o dokumenty. Był niewysoki, brzuchaty. Miał niewyspane oczy i niestarannie wygoloną twarz. Podałem mu paszport. Obrócił go i otworzył. Spojrzał na zdjęcie i po chwili na mnie. Fotografia pochodziła sprzed sześciu lat, ale nadal jeszcze byłem podobny do siebie. Wprawnym ruchem otworzył książkę i przesunął palcem po nazwiskach. Na jego twarzy odmalowało się lekkie zaskoczenie, nie tak duże jak moje, gdy przeprosił mnie i wyszedł z przedziału, by po chwili wrócić ze swoim kolegą. Polecili mi spakować rzeczy, założyli kajdanki i w ich asyście opuściłem wagon.

- Trzeba było się pośpieszyć. Wczoraj otrzymaliśmy nakaz twojego zatrzymania - powiedział z nutążyczliwości w głosie brzuchaty wopista. Jego koledze było to najzupełniej obojętne.

Mogłem pocieszać się,że nie wyglądam na typowego kryminalistę i swoim wyglądem potrafię jeszcze ująć jakieś wrażliwe serce. Marna to jednak była satysfakcja, gdy pomyślałem o atrakcjach jakie mnie czekały w najbliższym czasie.

Pierwszą noc spędziłem w niewielkiej celi wspólnie z młodym chłopakiem, Litwinem, który przez cały czas nerwowo przemierzał pomieszczenie, wykonywał przysiady, pompki, skłony, wyginał ciało we wszelkie możliwe pozycje. Podziwiałem go. Tacy jak on wychodzą z celi w lepszym stanie niż do niej trafili. Dopiero życie na wolności sprawia,że ich mięśnie więdną, a sylwetka traci sztywność. Następnego dnia w południe, ku mojemu zaskoczeniu, bo spodziewałem się transportużukiem, w koszmarnych warunkach, przyjechali po mnie policjanci z komendy wojewódzkiej w Warszawie, nowym Volkswagenem transporterem. Zachowywali się bardzo tajemniczo i nadal nie poznałem konkretnej przyczyny zatrzymania, bo ta którą podano w dostarczonym mi piśmie była niezwykle tajemnicza. Faktem było to,że otrzymałem list gończy i mają siedem dni zanim będą zmuszeni postawić mnie przed sądem, który zadecyduje, czy spędzę dłuższy czas w areszcie.

Pięć godzin później znalazłem się w małym, zakurzonym, obskurnym pokoju, z zakratowanym oknem, wychodzącym na podwórze. Jedynym wyposażeniem były dwa biurka zestawione ze sobą pod kątem prostym, telefon, krzesła, duża metalowa szafa w zimnostalowym kolorze i wieszak. Na parapecie stał elektryczny czajnik i zwykłe szklanki. Zalatywało niedopałkami papierosów.

Od kwadransa siedziałem samotnie na prostym krześle, którego siedzenie przy najszczerszych chęciach nie mogło być uznane za wygodne do spoczynku. Jednak nie to mi doskwierało, czułem ssanie wżołądku. Rano wzgardziłem białym twarogiem i czarnym chlebem, a obiad zaledwie napocząłem - sinawe ziemniaki i galaretowaty kotlet mielony nie dały się jeść. Nie takłatwo się przestawić na kuchnię serwowaną na aluminiowych platerach.

Wreszcie się zjawili. Weszli jeden po drugim. Dwóch zajęło miejsce na krzesłach przy biurkach, trzeci, najwyraźniej nie potrafił znaleźć sobie miejsca, przeszedł sztywno przez pokój, zerknął w ciemność zza oknem i obrócił się w moją stronę, mówiąc twardym głosem:

- Słuchamy, co masz do powiedzenia.

Popatrzyłem na niego - był najstarszy z nich, miał ziemistą cerę i ostro zarysowany podbródek. Rzadkie blond włosy zaczesywał na prawy bok. Sądząc po jego nabitym ciele, potężnychłapskach, wyznawał mniej wyszukane sposoby porozumiewania się.

- Czy nadal muszę mieć założone kajdanki na rękach? - odparłem.

Drgnął mu prawy policzek, przeżuł coś w ustach i zwrócił się do dziobatego chłopaka, w moim wieku, siedzącego po mojej prawej stronie:

- Zdejmij mu.

Tamten wstał. Był chudy i wysoki jak tyczka do podpierania sznurka na bieliznę. Odruchowo spojrzałem na buty - dawno nadawały się do wymiany. Rozpiął metalowe obejmy, wziął kajdanki i rzucił je na blat biurka. Siadł na swoim miejscu i rzucił ponaglające słowa:

- No, gadaj, dochodzi dziesiąta. Mam ochotę już iść spać. Na mnie ma kto czekać włóżku. Co robiłeś w dniu, kiedy zamordowanoŁobodzińskiego?

Jedno z tych pytań pułapek, na które w miarę upływu czasu i zmęczenia mam się nadziać. Powinienem się nastawić na długie wkładanie palców podżebra z trzech stron. Prawdziwy trójkąt bermudzki.

-Łobodziński? - przybrałem zdziwiony wyraz twarzy. - O co tu chodzi? Co to za prowokacja?

Gliniarz o ziemistej cerze odszedł od okna i przysiadł na brzegu biurka, stojącego na przeciw mnie: - Prowokacja - zaśmiał się.

Trzasnął ręką o swoje udo.

- Patrzcie jaki cwaniaczek - zwrócił się do swoich kolegów. - Zapomniał z kim siedział w jednej celi. Odświeżę ci pamięć. Co robiłeś 8 stycznia?

- Nie pamiętam - oświadczyłem po chwili udawanego zastanowienia.

- Toźle, to bardzoźle. Jeśli chcesz stąd wyjść to musisz mieć dobre alibi. Nie interesuje nas,że siedziałeś cały czas w domu, a wychodziłeś tylko po gazetę i chleb - wyszczerzył do mnie zęby, odczekał chwilę i rzekł: - Widziano cię w dniu zabójstwa, gdy wychodziłeś z mieszkania. Wyglądałeś na człowieka, który przed czymś uciekał.

Jeśli powiedział prawdę, to znalazłem się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Ale nauczony doświadczeniem, przyjąłem założenie,że blefuje. Nabrałem pewności,że gdyby mnie wówczas zastali na miejscu miałbym problemy, aby wyjść z tegołatwo i szybko.

- Z czegożyjesz? - Odezwał się dotąd milczący brunet w koszuli w kratę i granatowym swetrze w szpic. Miał fryzurę Arnolda Schwarzeneggera i prawie przez cały czas nie wyjmował papierosa z ust.

- Z oszczędności - odparłem spokojnie z miną urzędnika bankowego.

Nagle podniósł się z biurka najwyższy z nich i ostro powiedział:

- Zostawcie nas samych na chwilę.

Kiedy wyszli, obszedł jedno biurko, drugie i zatrzymał się przede mną.

- Wstań - nakazał.

Wolno podniosłem się, nie spuszczając wzroku z jego oczu, kipiących agresją. Kiedy uderzył mnie prawym, a potem lewym ciosem w podbrzusze straciłem oddech i skulony padłem na kolana. Dopiero po dobrej chwili byłem w stanie podnieść głowę i spojrzeć na jego rozpromienioną z samozadowolenia twarz.

- Czy coś się stało? Zasłabłeś? Może wezwać pomoc lekarską.

Z trudem powstrzymywałem w sobie wściekłość. Miałem ochotę strzelić go w zęby lub zmasakrować kolanem jego krocze. Zawsze uważałem,że większość gliniarzy mogłaby spokojnie szukać pracy jako oprawcy do wynajęcia.

Opuścił bez słowa pokój. Minęło pięć minut i wszedł dziobaty. Pozbierałem się już i spokojnie siedziałem na krześle oczekując dalszego ciągu. Zaczął bawić się kajdankami. Nad nami zawisła teatralna cisza.

- Zrobić ci herbatę? - przerwał milczenie i spojrzał na mnie współczującym wzrokiem.

- Dziękuję -odparłem, choć miałem na nią ochotę.

- Palisz?

Zaprzeczyłem głową.

- Dlaczego nie chcesz rozmawiać z nami? Wiemy więcej niż myślisz. Nie ma sensu, abyś dłużej to ukrywał.

Powstrzymałem się, aby nie parsknąć nerwowym śmiechem: - O czym mamy ze sobą jeszcze rozmawiać, skoro dla was wszystko jest jasne. Przy waszych metodach prowadzenia śledztwa moje najszczersze intencje i tak zostaną obrócone przeciw mnie. Chyba nie oczekuje pan, bym sam własnymi rękoma zaciskał sobie wokół szyi pętlę. Jeśli jestem podejrzanym o morderstwo to, chcę skorzystać z przysługującego mi prawa do odmowy zeznań, a jeśli jestem tutaj tylko w charakterzeświadka dowodowego to oświadczam,że RobertaŁobodzińskiego znałem, i od czasu do czasu z nim się spotykałem. Nic nie wiem na temat jego działalności, nie należę do ludzi wścibskich ani nie mam natury szpicla.

Podbródek zadrgał mu nerwowo.

- Zanim tu wszedłem miałem chwilę zawahania, ale po tym, co się stało nie mamy o czym mówić - ciągnąłem dalej. - Nikt nie lubi jeśli się nim pomiata, traktuje jak pluskwę godną zmiażdżenia między paznokciami i to tylko dlatego,że nie mogę zareagować,że nikt nie poświadczy tego, co zrobił pański kolega, jak się domyślam wasz szef. On jest podobny do jednych z tych zbirów, których szukacie.

Przerwałem, by przełknąćślinę. W ustach miałem nieznośnie sucho.

- Czasami warto pamiętać,że nie wszyscy mają naturę niewolnika - kontynuowałem.- Od tej pory nie mam ochoty już z wami rozmawiać, nawet nie usłyszycie ode mnie jak się nazywam. A wszelkich formalności dokonam wyłącznie tylko z prokuratorem, informując,że wam zawdzięcza moje słowa: nie wiem, nie pamiętam, odmawiam. Mój stosunek może ulec zmianie, jeśli tacy ludzie jak pański szef, nie będą mieli czego szukać w policji.

Odczekał chwilę po moim monologu i rzekł:

- Jesteś dobrym oratorem. Radzę ci jednak zmienić postawę, bo dostaniesz dożywocie.

Otworzyły się drzwi i pojawił się mój niedawny oprawca. Stanął przy biurku dziobatego.

- Zmiękł nasz ptaszek? - spytał wesoło.

- Z tego, co powiedział, wynika,że nie lubi policji - odpowiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku..

- A kto mu każe, nie jesteśmy po to, by nas lubić - prychnął szef. - Tacy jak on powinni się nas bać - miażdżył mnie nienawistnym wzrokiem.

W pokoju rozległ się przeraźliwy dzwonek telefonu, wywołując na wszystkich nieprzyjemne wrażenie. Dziobaty podniósł słuchawkę.

- Już daję - powiedział i przywoływał wzrokiem szefa. Tenściągnął pytająco brwi - kto to do cholery?

Przysiadł na biurku, plecami do mnie, lewą ręką podparł się pod bok. Przez całą, krótką rozmowę nie wypowiedział ani słowa. Mruczał przytakując. Po skończonej rozmowie gwałtownie odłożył słuchawkę na widełki. Nie patrząc na mnie, rzekł:

- Odwieźcie go do celi. Jutro zajmą się nim ważniejsi. Może tamtych bardziej polubi.

Pół godziny później leżałem na twardym legowisku.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Przemarznięty do szpiku kości, niewyspany, o ósmej rano, zostałem wywołany z celi. Wcześniej zdążyłem napić się letniej czarnej, zbożowej kawy i zagryźć ją suchą bułką.Żółtego, cuchnącego starością sera nie byłem w stanie przełknąć. Prowadzący mnie strażnik wyglądał jakby był pogrążony wżałobie - dosyć,że jego praca miała mały prestiż, to jeszcze do tego nie była godziwie opłacana. Przez całą drogę do holu aresztu milczał, polecenia wydawał niechętnie, ociężałymi ruchami rąk - idź, teraz na lewo, zatrzymaj się. W ponurym pomieszczeniu, tak samo zimnym jak moja cela, zobaczyłem plecy znanego mi już mężczyzny. Miał na sobie tę samą skórzaną, czarną kurtkę, a długie czarne włosy nadal były zaczesane w kitkę. Odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął przyjacielsko. To był Krzysztof Milewski, ten sam "dobry" funkcjonariusz UOP-u.

- Myśleliśmy,że już nigdy nie wrócisz. Czy opłacało się na tak krótko uciekać? - w tonie jego głosu zabrzmiał sarkazm.

W odpowiedzi nie uśmiechnąłem się ani niczego nie powiedziałem. Zresztą nie oczekiwał tego. Bez nakładania kajdanek ruszyliśmy wąskim korytarzem do wyjścia prowadzącego na dziedziniec. Kiedy znaleźliśmy się w samochodzie na cywilnych numerach, prowadzonym przez dwudziestokilkuletniego gołowąsa, z uśmiechem odezwał się do mnie:

- Potrafisz trzymać gębę na kłódkę. Widać,że nauka z twojej pierwszej sprawy nie poszła w las.

Zrobił pauzę i patrząc na mnie powiedział:

- Ale są sprawy, w których najtwardsi faceci pękają. Jeśli nie maczałeś w tym ręki, powinieneś z nami współpracować. Już tylko my możemy tobie pomóc.

Odwróciłem twarz w jego stronę i spojrzałem mu w oczy. Czerwona plątaninażyłekświadczyła o braku snu. Praca jaką wykonuje w ciągu kilku lat pozostawi na jego twarzy nieodwracalne zmiany. Czy już doszedł do tego momentu,że bez alkoholu ma problemy z zaśnięciem? Sympatyczny gość, ale nie było szansy, abyśmy się mieli kiedykolwiek zaprzyjaźnić.

- Uważacie,że wiem kto to zrobił? - spytałem.

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

- Znałeś go i musisz wiedzieć trochę o nim i jego sprawach. Byliście przyjaciółmi, ostatnio regularnie się spotykaliście. Nie rozmawialiście chyba tylko o dziewczynach i filmach.

Nie jechaliśmy zbyt długo, nie zauważyłem nawet jaka pogoda panuje na mieście. Tylko kątem oka uchwyciłem,że na zewnątrz nadal toczy się normalneżycie, do którego coraz bardziej tęskniłem.

Pokój przesłuchań mieścił się na pierwszym piętrze. Zarówno na parterze, jak i na piętrze, na korytarzach panowała niezwykła cisza. Krzysztof Milewski otworzył drzwi, stanął i przepuścił mnie. Wewnątrz, za czarnym biurkiem siedział Bogdan Kowalczyk. Od naszego ostatniego spotkania nic nie zrobił, aby doprowadzić doładu swoją fryzurę. Prawdopodobnie tak był zaganiany,że nie miał czasu na fryzjera. Granatowa marynarka, czarna koszula i biały, wąski, skórzany krawat mówiły wszystko o jego guście. Nie zdziwiłbym się, gdybym na jego nogach ujrzał białe mokasyny. Wyszczerzył lekko zęby na mój widok i zatarł ręce.

- Kogo ja tu widzę? Przyznam się szczerze,że nie liczyłem na tak szybkie zejście się naszych dróg. Proszę, siadaj chłopcze.

Milewski zajął jeden z dwóch foteli stojących przyścianie obok niskiejławy. W pokoju znajdował się jeszcze czarny regał i szafa. W oknach wisiałyżaluzje. W porównaniu do policyjnych pomieszczeń wydawał się być schludnym miejscem. Niestety, tu także zalatywało dymem papierosowym i zapachem nie opróżnianych z petów popielniczek.

- Używajmy ogólnie przyjętej formy - powiedziałem, siadając na krześle ustawionym naprzeciw niego.

Przestał szczerzyć zęby w uśmiechu: - Myślałem,że ktoś kto przypala palec po palcu, a następnie masakruje twarz swojemu przyjacielowi nie jest aż tak wrażliwy na konwenanse.

Miałem dość tej gry w kotka i myszkę. Bezustannego powtarzanie tego samego po raz piąty i szósty. Albo mają coś konkretnego przeciw mnie, albo nie. Przestałem panować nad swoim głosem:

- Dlaczego akurat ja miałbym to zrobić. Czy myślicie,że normalny człowiek jest w stanie postąpić tak bestialsko. Podejrzewacie niewłaściwą osobę. Szukajcie tych, co to zrobili.

- Skąd wiesz,że było ich kilku - wreszcie dał znać o sobie, siedzący do tej pory cicho Krzysztof Milewski.

Miałem ochotę się uśmiechnąć w reakcji na jego naiwne pytanie, mającym być pułapką, w którą za chwilę wpadnę i zacznę nerwowo szamotać się, by w końcu przyznać się do winy. Popatrzyłem na niego kpiąco: - Jeden człowiek nie mógł tego zrobić. Robert nie należał do osiłków, ale nie był aż tak słaby, aby pozwolić się torturować.

- Nie zdajesz sobie sprawy z sytuacji w jakiej się znajdujesz - wtrącił się szybko Kowalczyk.

Zrozumiałem,że rozpoczęli ze mną grę krzyżowych pytań, półsłówek, niedomówień, zmiennych tematów i nastrojów. Byłem na straconej pozycji, ja sam, zepchnięty do defensywy, przeciw nim dwóm, bezustannie atakującym, zadającym cios po ciosie. Postanowiłem popsuć im szyki. Nie są przyzwyczajeni, gdy się ich atakuje, zazwyczaj oni to robią, a nie przesłuchiwany. Posłałem zimne spojrzenie Kowalczykowi. - Pańscy poprzednicy dołożyli wszelkich starań, abym zorientował się. Nie przebierali wśrodkach ani metodach.

- My nie stosujemy takich prymitywnych metod. Nie jesteśmy policją - odciął się Milewski, który chyba rzeczywiście jeszcze wierzył,że funkcjonariusz prawa nie używa metod z arsenału przestępcy, któregościga.

- Poza tym,że każdy z was musi wylegitymować się dyplomem ukończenia wyższej szkoły, nie widzę zbytnio różnicy między wami. Ilość posiadanej wiedzy nie zawsze idzie w parze z dobrymi manierami.

Kowalczyk wziął głęboki wdech, oparł się o tył krzesła, wypuścił powietrze i nagle opadł na biurko, kładąc na blat obie ręce. Nazbyt to było teatralne. - No, dobra, daj na wstrzymanie. Wszyscy już się dowiedzieli,że jesteś twardy. Ale czy w twoim wypadku twardy oznacza głupi? Zachowujesz się tak, jakbyś w głowie zamiast mózgu posiadał pustaka.

- Słuchajcie, mam już tego serdecznie dość. Wszystkich was łączy jedno, potrzeba pokazania,że jesteście mocni, zaprezentowania swej władzy człowiekowi, który trafił w wasze ręce. Jeśli wam się nie uda zrobić z kogoś szmaty, którą każdy może wyżymać do woli, wtedy zmieniacie maski i stajecie się osobami wzruszonymi cudzym losem, a w usta wkładacie pełno frazesów o sprawiedliwości. Z moich dotychczasowych doświadczeń wynika,że postępowanie zgodnie z prawem wcale nie oznacza sprawiedliwości. W ogóle sama sprawiedliwość tośliska sprawa. Za dwa dni muszę stanąć przed sędzią, który zdecyduje o tym jak szybko wyjdę na zewnątrz. Do tej pory jeszcze nikt nie sprecyzował stawianych mi zarzutów, do czego mam prawo.

Parsknął sztucznymśmiechem.

- Czy wy w czasie odsiadki nie zajmujecie się niczym innym jak czytaniem kodeksu karnego?

- Lepiej późno niż wcale - odciąłem się nazbyt hardo.

Tylko na chwilę zaległa cisza, przerwał ją Milewski:

- Trudno ciebie lubić.

Zwróciłem głowę w jego stronę. Naprawdę wydawał się być wzruszająco sympatycznym gościem, prawie czułem się winny,że go uraziłem. Postanowiłem rozładować nieprzyjemną, ciężką atmosferę.

- Jestem niewinny - oświadczyłem, zmienionym, spokojniejszym głosem.

Czułemśmieszność tego oświadczenia. Każdy tak mówi, nie warte jest ono złamanego grosza. Komiczność tej sytuacji pogłębił Kowalczyk, który wykonał gwałtowny ruch do przodu, wychylając się nad biurkiem i ostro polecił:

- Udowodnij to.

- Myślałem,że to wy jesteście od tego - oznajmiłem naiwnie.

Zaśmiał się sztucznie. Podniósł się i podszedł do regału, na którym stał dwukasetowy jamnik tajwańskiej marki.

- Proszę bardzo. Posłuchaj tego - powiedział i włączył magnetofon.

Usłyszałem trzask podnoszonej słuchawki. Z głośników popłynęły moje słowa: - Musimy się koniecznie spotkać. Bądź u siebie, nigdzie nie wychodź. - Filip, co się stało? Masz taki grobowy głos... - rzekł zaintrygowanym głosem Robert. -Wyjaśnię ci, zaraz będę u ciebie - odpowiedziałem.

Kowalczyk wyłączył magnetofon. Po krótkiej głuchej pauzie zaczął mówić beznamiętnym głosem:

- Godzinę później byłeś u niego. Wizyta nie zajęła ci zbyt dużo czasu. Wydruk komputerowy czasu przeprowadzonej rozmowy i zeznaniaświadków wskazują jednoznacznie,że w chwili zabójstwa byłeś na miejscu zbrodni. O takiej drobnostce jak pełnośladów twoich linii papilarnych nie muszę chyba dodawać? A więc, słuchamy, co masz nam do powiedzenia.

To miał być gwóźdź do mojej trumny.

-Żądam przedstawienia konkretnego zarzutu. Jeśli jestem podejrzanym to korzystam z przysługującego mi prawa do odmowy zeznań, do chwili skontaktowania się z adwokatem.

- Jak na amerykańskim filmie - zarechotał, wrócił na swoje miejsce i opadł całym ciężarem na krzesło. - Masz czas do jutra, na głębokie zastanowienie się. W przeciwnym razie dajemy cię w ręce prokuratora, a ten wystąpi do sądu o areszt. Z tym, co mamy nie będzie kłopotu z jego uzyskaniem.

Skiepował papierosa, złożył ręce na piersi i splótł palce : - Odwieź chłopaka na odpoczynek.

Kiedy Milewski powstał, zrobiłem to samo. Staliśmy przy drzwiach, które on otwierał, gdy usłyszałem:

- Powinieneś oddać to, co nie należało doŁobodzińskiego. Pazerność nigdy nie popłaca.

Odwróciłem się do Kowalczyka, którego twarz przybrała szyderczy wyraz. Zgłupiałem, nie rozumiałem o czym mówi.

- Idziemy - odezwał się Milewski, przywracając mnie do równowagi, na tyle by wyjść z pokoju i odbyć z nim drogę do samochodu.

Co pewien czas zerkał na mnie badawczo. Patrzyłem w okno, ale nic nie widziałem poza rozmytymi plamami ludzi i samochodów na tle białegośniegu, pokrywającego warstwa po warstwie miasto. W głowie miałem bezwładną gonitwę myśli, biegnącą w różnych kierunkach. Wszystkie prowadziły donikąd.

Dopiero trzask zamka w metalowych drzwiach, nieznośnie roznoszący się po pustej celi przywrócił miświadomość, gdzie jestem. Nie potrafiłem powiedzieć, co stało się od chwili, gdy znalazłem się w samochodzie do momentu, w którym zamknęły się za mną drzwi. Zgubiłem kilkanaście minut. Bezwładnie opadłem na wyrko i mało brakowało, bym nie chwycił się za głowę, krzycząc: O, Boże! Nabrałem jednak głęboko powietrza i położyłem się, z rękami splecionym pod szyją. Musiałem spokojnie wszystko przemyśleć, by właściwie ocenić sytuację, w której się znajduję. Im dłużej trwały moje rozważania, tym bardziej malały moje szanse wyjścia z tego cało. Wszystkie zebrane przez policję fakty przemawiały przeciw mnie.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W czasie zatrzymania, w celi nie ma możliwości robienia czegokolwiek, poza myśleniem lub spaniem, jeśli jest się w stanie usnąć. Przymusowa bezczynność, w której przesłuchanie wydaje się być największą i najprzyjemniejszą atrakcją jaka może spotkać człowieka. Jednak od dwóch dni nikt nie przychodził po mnie. O tym,żeświat istnieje poza drzwiami przypominały mi pory posiłków, których porcje w jednej trzeciej wmuszałem w siebie siłą woli. W miarę upływu czasu, coraz częściej celę rozdzierał hałas otwieranego judasza. Musiałem nie wyglądać najlepiej, obawiano się,że mogę próbować zrobić sobie krzywdę.

Ilekroć pojawiało się oko w judaszu, przypominała mi się historia aresztanta, który nie mógł znieść bezustannego otwierania w nocy wizjera, przez kontrolującego celę strażnika. Za każdym razem się budził, by potem do rana nie móc usnąć. Bezskutecznie prosił, aby tego zaprzestano albo, przynajmniej, dano mu proszki nasenne. Którejś nocy nie wytrzymał i słysząc kroki strażnika na korytarzu, zbliżający się hałas otwieranych i zamykanych judaszy, zaczaił się pod drzwiami. Kiedy przez wizjer wpadło ostreświatło z korytarza, wepchnął w niego kij od szczotki i wbił go w oko klawisza.

Zaczynałem rozumieć faceta.

Według moich obliczeń mijała siódma doba. Bez zegarka nie byłem w stanie określić dokładnie godziny, czas stał się bardzo płynny, ale czułem,że to już niedługo. Nasłuchiwałem każdego dźwięku dobiegającego zza drzwi. Kiedy pojawiły się ciężkie kroki, powstałem z siedliska i patrząc w judasza, czekałem. Nie myliłem się, odsunięto zaślepkę i do celi wpadłoświatło, po chwili zgasło, przesłonięte przez oko strażnika. Trzask zamka i otworzyły się drzwi.

- Kosiński, wyłaź - suchym głosem odezwał się chudy, o ziemistej twarzy strażnik.

Znałem już dobrze drogę wiodącą do holu aresztu, trafiłbym tam z przewiązanymi oczami. Ku mojemu zaskoczeniu nikt na mnie nie czekał, w pomieszczeniu znajdowali się wyłącznie klawisze. Z zawodową beznamiętnością wydano moje rzeczy, do podpisania podsunięto formularz potwierdzający odbiór i wyprowadzono do drzwi wyjściowych. Nie zajęło to wszystko razem więcej niż pół godziny czasu i stałem lekko oszołomiony na chodniku.

Świat wygląda o wiele piękniej, gdy opuszcza się mury więzienia. Powietrze wydaje się niezwykle rześkie i świeże. Postanowiłem w pierwszej lepszej kafejce napić się cappuccino i wypić coś mocniejszego, a potem pójść na porządny obiad. Udałem się do metra, którym podjechałem w pobliże placu Zbawiciela i dalej pieszo udałem się w stronę centrum. Rozpromieniałem na widok szarego pałacu, zazwyczaj wywołującego u mnie przeciwną reakcję. Wchodząc do Pizza Hut przy Mariocie, po niezbyt przyjemnym spojrzeniu kelnerki, uświadomiłem sobie,że wyglądam z pewnością nie wyjściowo. Moja twarz od siedmiu dni nie znałażyletki, włosy układane rozczapierzonymi palcami nie mogły uchodzić za dobrze uczesane. Nie wyrzucono mnie jednak. Skromnie zająłem nie rzucające się w oczy miejsce, w rogu sali. Zamówiłem kawę i piwo. Siadłem przodem do szyby, poprzez którą z przyjemnością patrzyłem na przechodzących ulicą ludzi. Musiało to trwać dość długo, bo zjawiła się kelnerka, i zapytała, czy nie mam ochoty na coś jeszcze. Uśmiechnąłem się i poprosiłem o rachunek. Nie wiem, co pomyślała sobie dziewczyna, gdy zobaczyła,że pozostawiony dla niej napiwek był większy niż cena kawy i piwa.

Przełożyłem wizytę w restauracji na później, wpierw musiałem doprowadzić się do porządku i pozbyć się torby, a to wymagało powrotu do domu. Dwadzieścia minut później znalazłem się na klatce schodowej, przed swoimi drzwiami. Akurat z mieszkania obok wychodził sąsiad, pan Edmund, emerytowany urzędnik miejski. Zbył moje dzień dobry i spojrzał na mnie wzrokiem, jakbym był trędowaty. Domyślałem się,że zawdzięczam to panom z policji lub UOP-u, którzy nie omieszkali przeprowadzić "dyskretnego" wywiadu wśród najbliższego otoczenia. W drzwiach wstawiono nowy, tani patentowy zamek i znajdowała się kartka, informująca,że klucze są do odebrania na komendzie policji, podano adres. Zrobili to celowo, jakby nie mogli ich przekazać, gdy wychodziłem z aresztu. W ten sposób pokazali,że nie powinienem zapominać o ich istnieniu, a już na pewno oni tego szybko nie uczynią w stosunku do mnie.

W jednej chwili straciłem cały humor i stałem się ociężały jak ołów. Nie wyobrażałem sobie jednak bym dobrowolnie poszedł tego samego dnia po klucze. Miałem po dziurki w nosie widoku gliniarzy. Wszedłem do najbliższej budki telefonicznej i wykręciłem numer Madleny. Odezwała się automatyczna sekretarka. Po namyśle zadzwoniłem do niej jeszcze raz, zostawiając wiadomość,że będę do skutku czekał na nią w pubie "Książęcym".

Na nic mi się zdała elektryczna maszynka do golenia, jaką miałem w torbie - zarost był zbyt duży. Nie miałem co szukać wody kolońskiej, bo resztę pozostałą we flakonie zostawiłem w Petersburgu. Ale to nie stanowiło problemu, chciałbym mieć wyłącznie takie. Kupiłem w kiosku jednorazowążyletkę, piankę do golenia i tanią wodę kolońską o wyszukanej angielskiej nazwie " Zapach północy". Czynność pozbywania się zarostu wykonałem w piekielnie zimnym samochodzie, którego nie byłem w stanie zapalić. Zbyt długo stał nie ruszany na dworze i siadł mu akumulator. Przy wykorzystaniu wstecznego lusterka udało mi się tylko dwukrotnie zaciąć. Resztkę piany z twarzy wytarłem irchą do przecierania szyb. Włosy doprowadziłem doładu u pobliskiego, pięć minut drogi, osiedlowego fryzjera. Po wszystkim, wyglądałem jako tako i wreszcie mogłem wybrać się do pubu.

Czekałem długo. Było pustawo i spokojnie. Za barem stała czarnowłosa, długonoga dziewczyna, obsługująca równocześnie salę. Przyjmując ode mnie zamówienie szczerze się uśmiechnęła. Zbyt długo nie widziałem kobiety, aby nie pomyśleć o rzeczach, które każdy zdrowy mężczyzna chce zrobić.

Z upływającym czasem traciłem nadzieję. Nie mając zbytniego zaufania do automatów, ponownie zadzwoniłem do Madleny. Sekretarka włączyła się po szóstym sygnale, a więc musiała odsłuchać pozostawioną wcześniej wiadomość. Na sali zjawili się pierwsi goście, też czekający na kogoś lub na coś, albo wyglądający na takich, bo w rzeczywistości przygnała ich tutaj samotność. Piłem drugie piwo, gdy wreszcie ujrzałem ją, szła pewnym, odrobinę wyniosłym krokiem. Miała na sobie romantyczną białą bluzkę z odsłoniętym dekoltem, zdobioną powodzią koronkowych kwiatów. Całość uzupełniały, czarne, lejące spodnie i w tym samym kolorze buty na wysokim obcasie. Na mój widok wykrzesała z siebie nikły uśmiech i rzekła:

- Witam cię. Długo się nie odzywałeś.

Nie odrywałem ręki od wysokiej, zroszonej piwem szklanki. Była zbyt chłodna, nawet nie przywitała się muśnięciem warg. Kiedy siadła obok odezwałem się:

- Przykro mi,że czekałaś na mnie. Zostałem zatrzymany na granicy. Tam, gdzie się znalazłem nie miałem możliwości wykonania telefonu. Wyszedłem dopiero dzisiaj rano.

Przyjęła to bez zaskoczenia, jakby była to najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Czarnowłosa kelnerka, która szybko się pojawiła przy stoliku, wzięła od niej zamówienie - małą białą kawę i nic więcej. Planowała krótkie spotkanie? - podsumowałem w myślach.

- Siedziałeś w związku z zabójstwem? - nie zabrzmiało to jak pytanie, chociaż nim było.

Przyznać muszę,że przez chwilę poczułem się, jakbym stracił równowagę i groził mi upadek.

Przy mnie siedziała zupełnie inna, nie znana dotąd Madlena. Kobieta twardo trzymająca się ziemi, potrafiąca bezwzględnie usuwać przeszkody na swej drodze. Była bardzo zasadnicza i rzeczowa. Wszystko, co kiedyś zaistniało między nami, obecnie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Oddzielała nas niewidoczna warstwa chłodu. Wkrótce wyjaśniła skąd wzięła się jej wiedza.

- Przygotowywałam się do programu z Daniewskim - człowiek pistolet, funkcjonariusz służb specjalnych, były antyterrorysta, poseł, musiałeś o nim słyszeć.

Przytaknąłem nieznacznie głową.

- Napomknął, że właśnie kończą sprawę, prowadzoną przez rok czasu, przy współpracy międzynarodowej. Może o niej już mówić, bo media niemieckie ujawniły sporo faktów. I, jak to się sam wyraził, jest to sukces, który warto nagłośnić. Oczywiście on to zrobi. Wkrótce są wybory, dobrze się pokazać jako obrońca praworządności odnoszący zwycięstwa, nawet jeśli to nie jego zasługa. Umówiliśmy się, że po raz pierwszy opowie o tym w moim programie, w nadchodzącą sobotę. Zrobiliśmy trochę materiałów filmowych na mieście. Dostarczyli kasetę z domu tego chłopaka. To był przerażający widok. Poza bałaganem w pokoju nie można niczego innego pokazać. Widok jego ciała jest nazbyt drastyczny dla telewizji. Trzy dni temu poprosił mnie o prywatne spotkanie, w czasie którego dowiedziałam się, że zatrzymali na wschodniej granicy kogoś związanego z tą sprawą, chodziło o ciebie. Wiedzą,że się znamy. Mieli twój telefon na podsłuchu, z wydruku przeprowadzonych rozmów uzyskali numer mojego telefonu. Uprzejmie zaznaczył,że nie podejrzewają mnie, bym wiedziała o czymkolwiek. Musiałam wyjaśnić jak się poznaliśmy. Zapewnił,że przypilnował osobiście, abym nie występowała w tej sprawie.

- A podsłuch telefoniczny, co zrobią z nagraniami? - przerwałem jej.

Uśmiechnęła się gorzko, dopiła resztę kawy i kładąc filiżankę na stół odpowiedziała:

- Był założony nielegalnie, więc nie mogą go wykorzystać procesowo. O wszystkim wiedzą trzy osoby i on.

Madlena przerwała, sięgnęła do torebki po papierosa, wyciągnęła jednego i zapaliła. Była niezwykle opanowana, zimna i ostra jak sopel lodu.

Zrozumiałem,że wypuścili mnie z braku procesowych dowodów. Blefowali,że ktoś z sąsiadów Roberta mnie rozpoznał. Odciski palców były tylko poszlaką, przecież mogły powstać w czasie wcześniejszych wizyt u niego. Jeśli udałoby się im uzyskać decyzję o tymczasowym aresztowaniu bez dalszych dowodów, prędzej czy później wypuszczono by mnie. Wybrano inne rozwiązanie, prawdopodobnie zostałem wzięty pod stałą obserwację.

- Poradził, abym się z tobą nie kontaktowała - mówiąc to nie patrzyła na mnie. - Nie jesteś najszczęśliwszą znajomością.

Uśmiechnąłem się gorzko.

Czy ona uważa,że miałem coś wspólnego z morderstwem Roberta? Siedziała nieruchoma wpatrzona pusto w głąb sali. Nerwowo obracała w palcach zapalniczkę.

- Czy powiedział tobie o jaką sprawę chodzi? - spytałem.

Wyrwałem ją z posępnego zadumania. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.

- Wspominał o przemycie na wielką skalę, szczegóły miał ujawnić w programie. To typ człowieka, który lubi być tajemniczy i zaskakiwać.

Nie liczyłem na zbyt wiele, ale pomyślałem,że należy się jej choć trochę wyjaśnień.

- Tej nocy, kiedy po raz pierwszy mieliśmy się u mnie spotkać, niespodziewanie, po raz drugi w ostatnim czasie, zjawił się RobertŁobodziński, wspomniał o tragicznym zdarzeniu, które w jakimś stopniu go dotyczyło. Nie chciałem, aby cię widział, ani ty jego. Przyjąłem go, bo wcześniej siedzieliśmy razem w jednej celi. Nie interesowało mnie, czym się zajmuje. Mieszkał ze mną przez kilka dni, zanim wynajął mieszkanie dla siebie. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, ale były to typowo towarzyskie spotkania. To wszystko, co w skrócie można powiedzieć o moim związku z jakąś jego sprawą. Znając go nie wierzę,że mógł odgrywać jakąś większą rolę w sprawie, którą interesuje się kilka policjiświata. To była płotka.

- Może nie znałeś go na tyle dobrze - odrzekła sucho.

Wzruszyłem ramionami, nabierając głębiej powietrza, obróciłem w miejscu wysoką szklankę, stojącą przede mną i niemal szeptem wydusiłem z siebie:

- Masz rację. Zazwyczaj myliłem się, co do wartości moich związków - zanadto je przeszacowywałem. Ale trudnożyć z przekonaniem,że ufać i wierzyć można wyłącznie sobie, a i to nie we wszystkich sprawach i okolicznościach.

- Jak w albańskim przysłowiu: Dam ci chleb, a ty mi odpłacisz kamieniami - uśmiechnęła się.

Sposób w jaki się uśmiechnęła niósł ze sobą ciepło. Był wzruszający, przywracał coś co niedawno nasłączyło, ponownie zbliżył nas do siebie. Jakiekolwiek słowa wypowiedziane w tym momencie, nie miałyby takiego znaczenia, byłyby zbędne. Chwyciła mocno moją lewą dłoń.

- Wyjdźmy stąd - powiedziała po chwili.

Kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz, wsadziła rękę pod moje ramię, przytulając się. Było mroźno, szarawo. Rozejrzałem się wokoło, chcąc dostrzec obserwujące nas oczy jakiegoś tajniaka. Nikogo podejrzanego nie zauważyłem, ale wiedziałem,że nie takłatwo zdemaskować ciągnięty za sobą ogon, zwłaszcza w tak ruchliwym miejscu. Odeszliśmy kilka kroków od lokalu i stanęliśmy naśrodku pasażu, zmuszając przechodzących obok ludzi do wymijania nas.

- Chodźmy do ciebie - zaproponowała.

- Nie możemy. Klucz do mieszkania znajduje się na policji, a dzisiaj nie mam ochoty do nich zachodzić. Po drugie w mieszkaniu przeprowadzili rewizję, wątpliwe czy po sobie posprzątali.

Zamyśliła się chwilę i rzekła:

- W takim razie idźmy do hotelu.

Zaskoczyła mnie, dlaczego nie pójdziemy do jej domu? Obawia się czegoś? To nie ma najmniejszego sensu, jeśli decyduje się na wspólny nocleg w hotelu. Wolałem jednak nie wnikać głęboko w przyczyny takiego postępowania, wolałem cieszyć się tym, co jest mi dane.

Na szafce obokłóżka stały dwie szklanki i pół butelki szkockiej whisky oraz litrowa butelka wody Perier. Panował przyjemny półmrok, cisza i spokój. Po długim, leniwym, milczącym kochaniu siedzieliśmy oparci o wezgłowiełóżka. Dawno przed nikim się tak nie otworzyłem jak, obecnie, przed Madleną.

- Kiedy siedzi się za murem, człowiek przez cały czas wyobraża sobie taki sam świat, jaki zapamiętał, zanim trafił za stalowe drzwi z judaszem - mówiłem. - Kiedy wychodzi, okazuje się, że wszystko się zmieniło, to jest zupełnie inny świat. Jeśli przedtem miałeś kobietę, to wracasz do niej, jeśli nie, to idziesz do matki, ojca, brata, siostry, kogokolwiek. Chcesz mieć przynajmniej jedną osobę, którą znasz, która pamięta ciebie, tak jak ty ją zapamiętałeś. Ważne są takie drobiazgi jak to, że ona wie, iż słodzisz herbatę tylko jedną łyżeczką cukru i to tylko wtedy, gdy pijesz z cytryną, a kawę pijesz wyłącznie ze śmietanką. Lubisz przy tym zjeść gorzką czekoladę. Od kobiety oczekujesz, żeby patrzyła na ciebie tak, jak przedtem. Pragniesz tego bardzo. Siedząc tam, zawsze myślisz, jak będzie wyglądał ten pierwszy dzień. Ale to, co wyobrażałeś sobie, okazuje się być niemożliwe do spełnienia. To już nie ta sama kobieta. Jej oczy nie patrzą na ciebie tym samym wzrokiem. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, że powinieneś się cieszyć, że w ogóle chce patrzeć na ciebie, że idzie razem z tobą do łóżka,że w mieszkaniu nie natrafiasz naślady innego mężczyzny. Przecież twoja kobieta mogła puścić się z innym. Na szafce włazience możesz zobaczyć używaną drugą szczoteczkę do zębów, maszynkę do golenia i wiszący męski szlafrok, którego nigdy nie używałeś. Rzeczywistość po wyjściu stamtąd okazuje się być zupełnie inna.

Zamilkłem, stałem się niezwykłym gadułą. Był to mój najdłuższy monolog jaki wypowiedziałem wżyciu. Zrobił jednak na niej wrażenie, bo nie odrywała ode mnie swoich, zaintrygowanych oczu.

- Wszystko się jednak nie mogło zmienić - rzekła.

Nieznacznie prychnąłem. - Pociągi i dworce kolejowe nadal były tak samo brudne, jak poprzednio. Ale tylko to...

- Ona zdradziła cię?

Po krótkiej pauzie przytaknąłem ruchem głowy.

- A moje oczy? Czy patrzą na ciebie tym samym wzrokiem - ujęła ręką mój podbródek i przybliżyła do swej twarzy.

Każdy ma w sobie potrzebę taniej romantyczności, dlatego tak lubimy ckliwe historyjki. Choćby przez chwilę pragniemy wierzyć w trwanie wielkiej miłości. Wówczas naiwnie zapomniałem,że ludzie nie umierają z miłości. Jednak w najbardziej złych przeczuciach nie przewidziałem zakończenia naszego spotkania. Nad ranem zbudził mnie trzask zamykanych drzwi, chwilę trwało zanim zdałem sobie sprawę,że nie były to drzwi dołazienki, a prowadzące na korytarz hotelowy.

- Madlena - zawołałem z nadzieją w głosie.

Na szafce, pomiędzy szklankami naznaczonymiśladami naszych ust i palców tkwiła koperta z hotelowym znakiem logo; otworzyłem ją i wyciągnąłem kartkę z tym samym znakiem firmowym. Znajdowało się na niej jedno słowo, napisane starannie, wprawną ręką:

" Przepraszam".

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Przechodząc obok schowków nie mogłem powstrzymać się by nie zerknąć w ich stronę. Wiedziałem, że w torbie Roberta powinien znajdować się klucz wyjaśniający o co w tym wszystkim chodzi. Nie mogłem jednak ryzykować, że ujawnię to miejsce jakiemuś tajniakowi. Wprawdzie nie zauważyłem, aby ktoś chodził za mną, ale nie uważałem zainteresowane mną służby za całkowicie pozbawione fachowości. Zmierzałem na halę główną dworca centralnego. Wcześniej włamałem się do swojego mieszkania, i tak jak się spodziewałem, zastałem w nim pobojowisko. Przepakowałem torbę i szybko je opuściłem. Nie miałemżadnych cennych rzeczy, a więc nie martwiłem się,że pozostawiam drzwi nie zamknięte na klucz. Spodziewałem się,że w firmie zapanowało poruszenie, chłopcy nie rozumieli, dlaczego tak postępuję i co knuję. Z pewnością nikt z nich nie planował mojego gwałtownego wyjazdu z miasta. Nikt nie lubi poruszać się na obcym terenie, a to im obecnie gwarantowałem.

Zakup biletu odłożyłem na ostatnią chwilę i zrobiłem to tylko dlatego, aby igrać im po nosie. W czasie mojej podróży mieli dość czasu, aby na miejscu poinformować kogo trzeba o moim przyjeździe. Ale nie tak prosto, aby mając mało czasu, w wystarczającym stopniu, obsadzić swoimi ludźmi kilka dworców. Właśnie to chciałem wykorzystać. Całą podróż spędziłem w wagonie restauracyjnym na lekturze prasy, szukając przede wszystkim artykułów i notatek kryminalnych. Nie znalazłem niczego, co mógłbym połączyć z interesującą mnie sprawą. Do sobotniego programu Madleny miałem jeden dzień.

Nie zawiódł mnie nos, który wyczuł w trzydziestoletnim, szczupłym, średniego wzrostu, szatynie o orlim nosie, tajniaka. Przede wszystkim zdradził go luźny styl ubioru, mający za wszelką cenę upodobnić go do chłopców z tak zwanegoświatka. Niestety oni zawsze mają lepsze buty, oryginalne marki i najnowsze modele; zwykłego funkcjonariusza nigdy nie będzie na nie stać. Do Gdyni, której nazwa widniała na bilecie miałem jeszcze godzinę jazdy. Pociąg zatrzymał się na stacji Tczew. Słysząc ponaglającą zapowiedź odjazdu, zerwałem się od stolika, pozostawiając na nim gazety i pobiegłem w stronę drzwi. Tak jak się spodziewałem, tajniak drgnął i po chwili rzucił się za mną. Na twarzy bufetowego odmalowało się ogłupiałe zaskoczenie. Wyskoczyłem z wagonu i szybko przebiegłem kilkanaście metrów peronu prowadzących do wysokich schodów. Kiedy znalazłem się na górze, zwolniłem. W głębi przejścia nad peronami, wśród tłumu pasażerów szło w moją stronę dwóch policjantów. Mijając ich, odwróciłem się do tyłu, szatyn biegł za mną. Nie uszło to uwadze umundurowanych funkcjonariuszy, którzy zagrodzili mu drogę. Zdążyłem jeszcze zauważyć,że pokazuje jakąś legitymację iżywiołowo coś komunikuje. Gdy wszyscy ruszyli za mną byłem już na głównej sali, a po chwili znalazłem się na zewnątrz dworca. Bez trudu spostrzegłem czerwone Audi 80, ku któremu pognałem resztką sił. Samochód właśnie zapalał, otworzyłem drzwiczki i wskoczyłem do jego wnętrza.

- Jedź - niepotrzebnie powiedziałem, bo kierowca od razu ruszył z kopyta, zanim zdążyłem zamknąć drzwi.

- Myślałem,że już nie przyjedziesz - odezwał się Piotr, wymijając malucha.

- Pociąg miał opóźnienie - wyjaśniłem.

Prowadził Audi szybko, z umiejętnością, której pozazdrościć mogłoby wielu kierowców. Są ludzie stworzeni do jazdy za kółkiem, tak jakby urodzili się z kierownicą w ręku, Piotr do nich należał.

- Zaraz się przesiądziesz do Toyoty - poinformował. - Z chłopakiem nie rozmawiaj za wiele, wziąłem go, bo nie miałem nikogo innego pod ręką. Spotkamy się za godzinę.

Przerwał patrząc na mnie:

- Myślałem,że już zapomniałeś o starych przyjacielach - uśmiechnął się.

Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo przed nami pojawiła się na poboczu stalowa Toyota Corolla. Piotr zahamował, szybko otworzyłem drzwi i wysiadłem. Audi natychmiast ruszyło do przodu. Podbiegłem do oczekującego na mnie samochodu, rzuciłem torbę na tylne siedzenie i zająłem miejsce obok. Spokojnie podążyliśmy wślad za szybko ginącą w dali czerwienią.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Piotr wyciągnął dwie butelki Grloscha ze skrzynki, którą dopiero co przyniósł z piwnicy i postawił je na barze. Lokal był niewielki, na głównej sali stały dwa stoły bilardowe i cztery niskie stoliki, posiadał także od frontu spory taras, używany latem i kameralne pomieszczenie pozbawione okien, w kształcie litery "L", oddzielone od reszty grubymi drzwiami. Ta ostatnia część była dostępna wyłącznie dla wybranych gości, którzy przy dwóch dużych, mahoniowych stołach, siedząc na wygodnych sofach i fotelach mogli zagrać partię brydża lub omówić sprawy wymagające dyskrecji.

Było to jego królestwo. Wcześniej znajdowała się tutaj pralnia, którą samodzielnie przerobił według własnego projektu. W wystroju, poza pokojem dla wybranych w burgundowej tonacji, wszędzie dominowała ciemna, wyrazista zieleń. To miejsce miało klimat dobrego, cichego klubułącząc elegancję z luzem.

- Wypijemy tutaj, czy przejdziemy do dziupli? - zapytał.

Miał długie gęste blond włosy, związane w kitkę. Pamiętałem czasy, gdy ufarbował je na złoto, wywołując u dziewczyn pisk zachwytu. Kowbojki z prawdziwymi złotymi ostrogami, spodnie i koszula jeansowa Calvina Kleina uzupełniały ten obraz chłopaka z plakatu reklamowego. Gdyby nie jego zmatowiałe, zmęczone błękitne oczy, powiedziałbym,że się w ogóle nie zmienił.

- Lubię siedzieć przed barem, stołki masz wygodne - odparłem.

Otworzył butelkę, nalał wolno piwo do wysokiej nieskazitelnie czystej szklanki i postawił przede mną. Kiedy napełnił swoją, rzekł z wahaniem:

- Powinienem cię uprzedzić. Pewnie uważasz,że ja miałem z nim coś wspólnego?

- Napijmy się - uśmiechnąłem się szczerze. - Nieżywię do ciebie urazy. Wycofałem się całkowicie z interesów. Sam dałem mu kontakt na ciebie.

Unieśliśmy w górę szklanki w milczącym toaście i upiliśmy odrobinę chłodnego, gorzkiego, chmielowego napoju.

- Zrobiliśmy wspólnie jedną transakcję i na tym się skończyło - tłumaczył. - Nie wzbudzał zaufania. Prędzej czy później wykręciłby jakiś numer. Mówią,że ostatnio posunął się za daleko, wystawił Dzika w Berlinie - siedzi teraz na Moabicie. A on podobno ukrywa się na wschodzie.

- Już nie, wrócił - sprostowałem beznamiętnym głosem.

Piotr wypił kolejną porcję, patrząc mi w oczy zaintrygowanym wzrokiem. Poszedłem za jego przykładem i opróżniłem do połowy szklankę.

- Jeśli go dopadną, zabiją - rzucił.

- Za późno, już nieżyje.

Jego twarz nie wyglądała na zdziwioną, zaledwie przybrała wyraz zainteresowania. Nieśpieszyłem z wyjaśnieniami, wpierw chciałem usłyszeć wszystko, co wie o sprawach Roberta. Przekręciłem się na stołku, omiatając wzrokiem salę, w której panował półmrok, na dłużej zatrzymałem się na kijach bilardowych spoczywających w szeregu na stojakach.

- Po co Dzik brał go do Berlina? - zapytałem od niechcenia. - Przecież Robert nie miał tamżadnego układu. Za co szukają go teraz jego ludzie? - ponownie przekręciłem się w jego stronę.

Piotr usiadł na swój stołek i oparł się rękoma o blat.

- Widzę, że rzeczywiście wysiadłeś na pobocze. Dzik zajmuje się teraz czymś innym, najbardziej opłacalnym interesem naświecie. Został handlarzem prochów. Przerzucił tego chyba z tonę. Dzisiaj to potężny gość, nie pozwala sobie, aby mu ktoś w kaszę dmuchał. Nawet jak siedzi, wszystko nadal funkcjonuje jak w szwajcarskim zegarku. Kaśka trzyma rękę na pulsie - wypowiadając to zdanie zahaczył mnie kąśliwie oczyma. - Robercik przykleił się do Dzika jak rzep psiego ogona. Nie wiem, co ich obułączyło. Na mieście idzie fama,że puścił farbę dla kriminalpolizei lub naszej policji. Poza nim wszyscy, którzy pojechali do Berlina, siedzą.

Ponuro pokiwałem głową. Wypiłem resztę piwa.

- Gdzie mieszka Kaśka? - zapytałem po chwili milczenia.

- Sto metrów w górę tą samą ulicą. Kupili willę po doktorku - uśmiechnął się irytująco.

- Czy ty myślisz,że my mieliśmy coś ze sobą? - postanowiłem przeciąć coraz bardziej denerwujące aluzje.

Podniósł w górę obie ręce. - Nic nie widziałem, nic nie wiem. Niektórzy tak mówią.

Nagle od frontowych drzwi dobiegło stukanie. Wzdłuż mojego krzyża przebiegł niepokojący dreszcz. Zaczęło się - pomyślałem, czuję się jak tropiona zwierzyna upatrująca w każdym nieznanym i nie spodziewanym dźwięku zagrożenie. Ten irracjonalny lęk był trudny do opanowania.

- To bosman - oznajmił i podszedł w stronę drzwi.

Nie musiałem się obracać, by w lustrze znajdującym się za butelkami widzieć scenę, w której Piotr wpuścił dośrodka zwalistego mężczyznę. Ogorzała twarz ukrywała się w gęstej, szpakowatej brodzie. Czujnymi oczkami rozejrzał się po sali, stawiając na podłodze dwa kartony Johny Walkera. Widząc mnie, najwyraźniej nie miał ochoty wchodzić dalej. Piotr wyciągnął z tylnej kieszeni spodni odliczoną, wcześniej przygotowaną kwotę w zielonych banknotach. Transakcję przyklepali podaniem sobie rąk i bosman szybko opuścił lokal.

- Straszny cykor, ale niezawodny gość - wziął w ręce kartony i uniósł je w górę. - Otwórz drzwi na zaplecze.

Zsunąłem się ze stołka i zrobiłem to, o co prosił.

- Nie wiem jak on to robi, ale nikt nie sprzedaje jej tak tanio - dodał.

- Może to Turecki Walker - uśmiechnąłem się ironicznie.

- Oryginał, sprawdzałem - odparował.

Wróciliśmy do baru. Piotr wyciągnął z kartonu butelkę whisky i postawił na ladzie. Na lewej ręce miał złotą Omegę. Powodziło mu się nienajgorzej, z pewnością lepiej niż mnie.

- Właściwie czemu się ukrywasz? - zapytał.

Opowiedziałem mu bardzo pobieżnie o kilku zdarzeniach, jakie mi się ostatnio przytrafiły. Wyjaśniłem cel przyjazdu. Domyślał się,że nie usłyszał wszystkiego, ale nie dał tego po sobie poznać. Kiedy skończyłem mówić, podsumował:

- Wtykasz nos w nie swoje sprawy.

- Od chwili, gdy jestem podejrzany o maczanie rąk w sprzątnięcie Roberta, ta sprawa nie może być mi obojętna.

- Zamierzasz prowadzić na własną rękęśledztwo? A gdy dojdziesz kto to zrobił, pójdziesz na policję - prychnął.

Wykrzywiłem usta w nieszczery uśmiech. - Tu chodzi o moją dupę i interesuje mnie tylko ona.

Przerwałem, wbiłem się w niego oczami i dodałem:

- Te bestie, które urządziły Roberta powinny na zawsze trafić w miejsce, gdzie zamiast słońcaświecą jarzeniówki. Oszukać, ukraść, przemycić to nie to samo, co zabić. Nie dostrzegasz tej różnicy? Mówiąc szczerze, od dłuższego czasu nie mam nic do roboty i przyda mi się trochę odmiany.

Wypowiadając ostatnie zdanie złagodniałem na twarzy. Spojrzałem na swój zegarek, który, pomimo szwajcarskiej produkcji, miał się do jego Omegi jak Volkswagen do Mercedesa. Dałem mu do zrozumienia,że czas już na mnie.

- Zawsze robiłeś to, co chcesz, wbrew zdrowemu instynktowi przeżycia. Obojętnie ile razy upadniesz na dupę, ponownie chodzisz do przodu w ten sam sposób. Jesteś niereformowalny - starał się by zabrzmiało to przyjacielsko.

Na pożegnanie Piotr wcisnął mi butelkę Czerwonego Jasia i podaliśmy sobie ręce. Ani ja, ani on nie pałaliśmy chęcią ponownego, szybkiego spotkania.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Na dworze było ciepło. Styczeń tego roku jak rozkapryszona kobieta rozpalał wiosennym ciepłem, by po chwili, niespodziewanie pokazać surową, lodowatą twarz. Zachód słońca wydawał się spóźniać. Zatrzymałem się na pustym postoju taksówek i zastanawiałem się dokąd teraz skierować kroki? Kiedy zjawiła się taksówka, zrobiłem minę, jakbym czegoś zapomniał i poszedłem w górę ulicy. Wolałem nie patrzeć na twarz kierowcy.

Chwilę później stałem przy ciężkiej, metalowej bramce. Nade mną wisiało wcelowane we mnie oko kamery. Nacisnąłem przycisk videofonu i czekałem. Nikt nie odpowiadał. Dom był odgrodzony od ulicy wysokim, szczelnym murem, uniemożliwiając zajrzenie w okna. Ponownie, tym razem dłużej, przycisnąłem palcem wskazującym okrągły przycisk. Miałem już odchodzić, gdy usłyszałem szczęk elektrycznego zamka i otworzyły się drzwi. Drogę jednak zagradzało zwaliste cielsko - sto dwadzieścia kilożywej wagi, przewyższające mnie o dwie głowy.

- Słucham - wydusiła z siebie twarz, której przydarzyło się już wszystko, co można by pomyśleć. Chirurg plastyczny bezradnie rozłożyłby ręce.

- Chcę porozmawiać z Katarzyną, jestem...

Przerwał mi warkliwym głosem:

- Wiem kim jesteś. Po co przyszedłeś?

Nie sądziłem, aby mógł udzielić interesujących mnie informacji. Po drugie wątpiłem, czy posiada wystarczający zasób słów pozwalający na konwersację.

- Jeśli nie ma twojej pani, to zajdę innym razem - powiedziałem.

- Zbędny kłopot, dla ciebie nigdy jej nie będzie. Lepiej,żebyś omijał tę ulicę - rzekł obojętnym tonem. Przestraszyć mnie miały jego piwne oczy, rozpłatające na pół moją głowę.

Bez pożegnania odwróciłem się na pięcie i wolnym krokiem oddaliłem się od furtki. Przez chwilę musiałem być obserwowany, bo zszedłem w dół dobre kilka metrów, gdy usłyszałem szczęk zamykanego zamka.

Pół godziny później znalazłem się w restauracji w Grand Hotelu. Na sali było niewielu gości, panowała smętna atmosfera. Stary klezmer od pół godziny grał Gershwina, przed chwilą skończył "Summertime", a teraz improwizował "Rhapsody In Blue". Wpatrując się w ginące w mroku zimno-błękitne morze, kończyłem strogonowa.

- Domyślałam się,że zatrzymasz się tutaj - wyrwał mnie z zamyślenia kobiecy głos.

Gdyby nie krótko ostrzyżone, rozjaśnione prawie do bieli blond włosy, wziąłbym ją za zjawę. Ubrana w wełnianą koszulę w tenisowe prążki iżakardową kamizelkę sięgającą linii bioder, spódnicę wyjętążywcem z lat siedemdziesiątych - wszystko w stonowanych odcieniach szarości, wydawała się wyjść prosto z mrocznego krajobrazu.

Siadła naprzeciw mojego krzesła, zakładając prawą nogę na lewą.

- Czułem,że przyjdziesz. Nie spodziewałem się,że tak szybko. Byłaś w domu?

Nie spuszczała ze mnie chabrowych oczu. Jej usta zwęziły się w wąską linię. Pod maską beznamiętnej twarzy skrywała trawiące ją emocje.

- Jesteś cholernie pewny siebie - wyciągnęła z paczki papierosa i zaczęła kręcić nim w palcach. - Masz tupet, aby dobijać się do mojego domu. Jeśli zastałbyś Adama, przetrącono by ci kark.

Posłałem jej figlarny uśmiech, w który włożyłem maksimum wysiłku.

- Ciągle ostra jak brzytwa. Niektórzy zastanawiali się, kto tak naprawdę rządzi, ty czy Dzik? Dzisiaj nie będą mieli wątpliwości. Kiedy ostatnio kazałaś komuś złamać mały palec, on lubił to osobiście robić? Może posunęłaś się dalej?

Milczała. Nadal nie wyjmowała zapalniczki. Papieros zwiotczał w jej palcach. Skinąłem na kelnera, który niezwłocznie zjawił się przy stoliku. Zamówiłem cappuccino i ciastko tortowe, ona lampkę Martela.

- Prowokujesz, licząc,że chroni cię to, co zaszło między nami w przeszłości - rzuciłałagodniejszym głosem. - Ale nic już nie jest takie jak było. Ani ja, ani ty. Przyszłam tutaj, aby powiedzieć,żebyś wsiadł w najbliższy pociąg i wrócił skądś przyjechał. Wsadzając nos w nie swoje sprawy napytasz sobie biedy.

- Piotr zdążył zadzwonić do ciebie? - wtrąciłem prychając.

- Jest lojalny - odparła.

- Lojalny? -powtórzyłem zaskoczony.

Zrozumiała, że powiedziała o jedno słowo za dużo, ujawniając, że łączą ich jakieś wspólne interesy. Wrzuciła papierosa do popielniczki i wlała w siebie prawie połowę porcji koniaku, jakbyłykała tabletkę uspokajającą. Jak zwykle u Kaśki, emocje wzięły górę. Należało jednak przyznać,że zrobiła postęp i już nie takłatwo ją było wyprowadzić z równowagi.

- Dlaczego przejmujesz się losem kapusia? Ty, który trzy lata siedział za to,że nie chciał pisnąć glinom tego, co każdy wyśpiewałby na dzień dobry. Przyjeżdżasz i robisz dochodzenie jakbyś był Filipem Marlowe, a nie Filipem Kosińskim - sarkazm spływał z jej ust i dźwięczał w głosie.

Podniosłem do ust filiżankę i upiłem wystygłe cappuccino. Napocząłem widelczykiem kawałek tortu mdłego od słodkości i dopiero się odezwałem:

- No, prawdę mówiąc nie spodziewałem się,że tak szybko dowiem się, o co chodzi w tym wszystkim. Trafiłem na osobę dobrze zorientowaną i myślę,że uszczkniesz mi co nieco swojej wiedzy.

Spojrzała na mnie chłodno. Rysy jej twarzy stały się ostrzejsze.

- Usłyszałeś już od Piotra. Chłopak sprzedał się psom. Wystawił Dzika z towarem i sam dał nogę.

- Skąd wiadomo jak to było, skoro wszyscy siedzą? - zapytałem naiwnie.

- Dzik przekazał wiadomość poprzez adwokata - sucho wyjaśniła. - Kiedy wszyscy siedzieli w samochodzie i czekali na odbiorcę, Robercik poszedł dzwonić do automatu, chwilę później zjechało pół policji z miasta. Tu nie trzeba zbyt dużo myśleć, wszystko jest jasne.

Ponownie skinąłem na kelnera, zamawiając dla siebie whisky z lodem, a dla niej jeszcze raz to samo. Uniosłem grubą szklankę, ale zbyła moją chęć wzniesienia toastu, nie oderwała kieliszka od stolika. Więc wypiłem samotnie.

- Po co Dzikowi był potrzebny Robert? - nadal byłem dociekliwy. Zbyt dociekliwy jak dla niej.

- To już nie twój interes - odpowiedziała nieprzyjemnym głosem

Poszedłem w jejślady. Miałem już dość naszego słownego ping-ponga. Nie przychodziło mi nic do głowy, co mam jej powiedzieć. Może zbytłatwo chciałem rozwiązać zagadkę dwóch niepotrzebnychśmierci.

- Katarzyna, wyszedłem już z tego wszystkiego - rzekłem spokojnie. - Przynajmniej tak myślałem, gdy znowu nie zaobrączkowano moich rąk. Niepotrzebnie zaczynasz od straszenia, przestałem się obawiać tego typu gróźb, znudziły mi się i przejadły. Dawno już nie powinienemżyć, gdyby pierwsza z nich, jaką kiedyś usłyszałem, spełniła się.

Siedziała w tej samej pozie zapiekłej irytacji.

- Wreszcie się doigrasz, twardzielu - mruknęła.

Zostawiła nowiutki, szeleszczący banknot i odeszła tak nieoczekiwanie jak przyszła. Gdyby nie stojący przede mną pełny kieliszek posądzałbym siebie o omamy wzrokowe i słuchowe. Przyklejona do mnie twarz kelnera nieudolnie maskowała radość z cudzej klęski.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Czułem się brudny, cholernie brudny. Potrzebowałem ciepłej wody iświeżego ręcznika. Musiałem poszukać spokojnego i cichego lokum, co nie byłołatwe, zakładając,że niektórzy namolni panowie zaczną sprawdzać gości hotelowych, którzy zatrzymali się w Trójmieście. W moim notatniku znajdowało się trochę telefonów, ale nie wszystkie mogły zapewnić bezpiecznej i miłej gościny. Nie były to osoby z szanowanych i porządnych domów. Sporo czasu zajęło wytypowanie właściwego numeru.

- W innym wypadku nie dzwoniłbym do ciebie - w ten sposób zakończyłem niezbyt przyjemną rozmowę.

Zamierzałem wykręcić jeszcze raz ten sam numer, oznajmiając, że rezygnuję i bardzo dziękuje za chęć pomocy, zmieniłem plany, ale nie polepszyłoby to mojej sytuacji. Pokornie stanąłem na krawędzi chodnika wypatrując na drodze przy hotelu, na wysokości kortów tenisowych, małego fiata. Nie czekałem zbyt długo. Obtłuczona, z łuszczącą się płatamiżółtą farbą puszka do sardynek podjechała, wsiadłem dośrodka i ruszyliśmy w górę, w stronę głównej drogi. Terkot rozlatującego się silnika był nieznośny, odnosiłem wrażenie,że za chwilę wybuchnie.

- Nie przypuszczałem,że jesteś miłośnikiem zabytków - zażartowałem, chcąc rozgonić ponurą, ciężkawą atmosferę.

Zerknęły na mnie oczy w kolorze wodorostów, oczy niezbyt przychylne, powiedziałbym,że wrogie. Twarz, z wystającymi kośćmi policzkowymi, wąska z ledwie widoczną linią warg pasowała do całej reszty chudego jak patyk ciała. Czarna skórzana kurtka wisiała na nim jak na wieszaku.

- Czy już mam się śmiać? Haahaha! - sztuczny, chropowaty rechot zagłuszył świst konającego z tyłu silnika. - Ale kawał. Przypomnij, żebyś mi go później powtórzył. Jest tak bardzośmieszny,że można skonać ześmiechu. Zawsze miałeś poczucie humoru, nawet wtedy kiedy inni wyrywali sobie włosy z rozpaczy - ponownie spojrzał w moją stronę. Twarz mu spoważniała. - Przyjechałeś wyciągać z tarapatów swojego chłoptasia? Gdybym nie wiedział jaki z ciebie pies na baby to bym zapytał, czy lubisz swoją płeć?

Dobrze,że w kabinie panowała ciemność i nie było widać moich rozdziawionych ze zdziwienia ust.

- Dopiero przyjechałeś, a już wszyscy trąbią o tym wokoło - ciągnął dalej. - Nie mogłeś lepiej wybrać, zwracając się o przysługę do złotowłosego Banderasa, on ma dłuższy język niż włosy. A o takichśmieciach jak ja przypominasz sobie, gdy palą się nogi pod stopami.

Dałem mu czas na ochłonięcie i rzekłem:

- Żyleta, chyba nigdy nie potraktowałem cięźle,żebyś tak mówił. Rozstaliśmy się, bo nie potrafiłeś skończyć z tymświństwem. Nie zamierzałem bezustannie spędzać Nowego Roku na granicy, czekając, aż dojdziesz do siebie i przypomnisz sobie co masz do zrobienia. Rozliczyliśmy się, co do grosza. Nawet otrzymałeś z górką.

Znaleźliśmy się na dwupasmówce podążając w stronę Gdyni. Mijały nas wszystkie pojazdy, jakie jechały w tamtą stronę. Aż dziwne,że potężne tiry nie zepchnęły nas na pobocze.

- Nie dałeś nawet szansy - odezwał się.

-Żartujesz, otrzymałeś ją wiele razy, ale za każdym razem wsadzałeś nochala w toświństwo. Czy dzisiaj nie robisz już tego? - odwróciłem twarz ku niemu.

Nie odpowiedział, skupiony patrzył na drogę.

- Zadzwoniłem do ciebie, bo uważam cię za porządnego gościa - ciągnąłem. - A ty przyjechałeś, bo wiesz,że jeśli kiedykolwiek będzie z tobą krucho możesz liczyć na moją pomoc. Nie rozdrapujmy starych ran. Powiedz lepiej, co wiesz o Robercie, skoro znasz cel mojego przyjazdu.

Po chwili milczenia opowiedział to, co już usłyszałem od Piotra i Kaśki. Wzbogacił o kilka nowych informacji. Dziki został nakryty w Berlinie z dwunastoma kilogramami kokainy. Robert pojechał z nim, bo miał go skontaktować z facetem w Hamburgu, który dawał na zgłoszenie kilka fur. Jakiś zadłużony po uszy właściciel wypożyczalni pragnął się pozbyć samochodów, zgłaszając ich kradzież, by uzyskać z ubezpieczalni odszkodowanie. Sprzedając je normalnie nigdy nie otrzymałby takiej kwoty. Na cztery doby przekazywał kluczyki i papiery, w tym czasie samochody powinny znaleźć się za wschodnią granicą. Najciekawszą wiadomością było to,że Robert pojechał w imieniu Piotra, który w tym czasie nagrywał rosyjskiego kontrahenta.

Dojeżdżaliśmy już do Rumi, gdy tył naszego samochodu przeszył krótki ostry błysk, po chwili pulsujące niebieskieświatło pojawiło się od stronyŻylety, przemieszczając się szybko do przodu.

- Kurczę - syknął. - Gliny.

Z okna mijającego nas samochodu wystawała ręka z czerwoną lampą, wykonując gwałtowne ruchy topielca.

Poczułem się tak jakbym w jednej chwili postarzał się o dwadzieścia lat. Ciało stało się workowate, pozbawione jakiejkolwiek energii. Przypominałem skazańca, bezwolnie dającego się doprowadzić na krzesło elektryczne.

- Tylko nie zróbżadnego głupiego numeru. Co ma być to będzie - rzekłem.

Żyleta należał raczej do nerwowych, kierując się własnym, nie zawsze zrozumiałym instynktem. Nie chciałem, aby popisywał się przede mną drzemiącą w nim naturą Jamesa Bonda. Kiedyś miał w zwyczaju wożenie za fotelem kierowcy granatów. Podejrzewałem,że jest lepiej uzbrojony niż razem wzięci, zatrzymujący nas panowie.

- Tak jest szefie - odparł kąśliwie.

Włączył prawy kierunkowskaz i zjechał na krawędź drogi, tamci uczynili to samo. Nachylił się pod fotel kierowcy, chwilę pod nim grzebiąc, szukając czegoś. Z radiowozu wysiadło dwóch gliniarzy, trzymając w rękach długą broń. Nie była to drogówka. Najwyższy z nich, kierujący pojazdem, został przy samochodzie, z bronią wycelowaną w naszą stronę. Niższy zbliżył się do drzwiŻylety.

- Wysiadać. Ręce trzymać w górze - krzyknął napiętym głosem.

Spojrzeliśmy po sobie, wzruszając ramionami i wyszliśmy z malucha, wyciągając ręce do góry. Gliniarz oddalił się odŻylety na odległość półtora metra.

- Przejdź na drugą stronę, bo ktoś ci dupę rozjedzie - nakazał mu i po chwili dodał: - Ręce oprzyj na masce.

Spojrzał na mnie podejrzliwie. Posłałem mu lekki uśmieszek i zrobiłem palcami wiaterek, tak jak mnie nauczono w przedszkolu. Jednak jego surowa twarz nie dała się rozbroić.

- Ty także - zwrócił się do mnie.

Nie bardzo wiedziałem jak pomieszczę się zŻyletą na masce tego liliputa. Ale widocznie wiedział lepiej, miał wprawę w tego rodzaju gimnastyce akrobacyjnej. Kiedy mój towarzysz przyjął oczekiwaną od niego pozycję ciała, z radiowozu dobiegł wołający głos z radiostacji. Stojący przy nim glina wsadziłłeb do wnętrza, wymienił dwa zdania i krzycząc zwrócił się do swojego kolegi, który nie spuszczał z nas czujnych oczu:

- Zostaw ich, tamtego dorwali już.

Nieżegnając się, ani tym bardziej przepraszając, zostawili nas na drodze i pognali prosto przed siebie na niemiłosiernie hałasującej syrenie.

- Mieli szczęście,że nie miałem nic ze sobą - przerwał po minucie milczenia i wpatrywania się w kierunek, w którym pojechali. - Inaczej zabawilibyśmy się z nimi w "Mistrz kierownicy ucieka".

Zrozumiałem, dlaczego posłuchał mnie bez najmniejszych problemów, aby potulnie wykonywać rozkazy stróży porządku.

Pięć minut później zatrzymaliśmy się na posesji szarego, starego, jednopiętrowego domu. Miał kształt pustaka, z płaskiego dachu wystawał dymiący komin, do którego nieudolnie przymocowano antenę telewizyjną. Przekrzywiona, lada moment powinna upaść. Wokoło znajdowało się wykopalisko rupieci. Od frontu widniała para okien, szczelnie zasłoniętych kotarami. Dom wyglądał na opuszczony, jakby od lat nie mieszkała w nimżywa dusza.

Żyleta wyłączył silnik i czekał w milczeniu. Sceneria jak z horroru, pomyślałem. Zza rogu, z tyłu budynku wyłoniła się szczupła, przygarbiona babina, opatulona w wełnianą kraciastą chustę, zatrzymała się kilka metrów przed samochodem.

- Wychodź - rzekł.

Na dworze zrobiło się chłodno, mroźnie. Twarz kobiety ginęła w ciemnościach, jedynie błyszczały jej kocie oczy.

- Ciociu, mojego przyjaciela trzeba przechować - zwrócił się do niejŻyleta.

Spojrzała uważnie bystrymi oczkami na moją skurczoną od zimna postać:

- Na ile? - odezwała się zrzędliwym głosem.

Żyleta posłał mi pytający wzrok.

- Dwa, trzy dni - odpowiedziałem za niego.

- Dawaj go - powiedziała i odwróciła się na pięcie, idąc tam skąd przyszła.

Nie chciał wchodzić ze mną, wymówił się sprawami nie cierpiącymi zwłoki, jakie musiał koniecznie załatwić na mieście. Nie uwierzyłem, łgał jak z nut. Pożegnaliśmy się. Zamierzałem już iść śladem jego ciotki, gdy spostrzegłem,że zamiast do malucha poszedł wzdłuż frontowejściany i skręcił w prawo, ginąc z pola widzenia. Po chwili dobiegł mnie hałas zapalanego silnika samochodowego. Zza rogu wyjechała niskopodwoziowa sportowa bryka, której nazwy nie byłem w stanie podać. Prawdopodobnie jakaś amerykańska marka. Zatrzymał się metr ode mnie, opuścił szybę w drzwiach i nie ukrywającśmiechu rzekł:

- Ten rupieć jest dla ciebie. Dom jest bez telefonu, do najbliższego postoju taksówek masz dwa kilometry. Nie ma klucza, ale tożaden problem, odpala na styk. Zamki w drzwiach nie działają. Papiery znajdują się pod fotelem kierowcy. Nie musisz się obawiać jest legalny, własność ciotki.

No, tak , lepiej nie mogłem się urządzić.

Odjechał, katując silnik wysokimi obrotami. Wziąłem torbę z fiacika, zarzuciłem na ramię i podążyłem do ciemnych, drewnianych drzwi, z wąskim, podwójnym oknem w górze. Zastukałem dwa razy, ale nikt nie odpowiadał. Odczekałem chwilę. Nacisnąłem na klamkę, otworzyłem drzwi i wszedłem do zagraconej sieni. Dalej nie było lepiej, wszystkie meble i sprzęty wydawały się pamiętać początek naszego wieku. Kurz tak jak sfatygowane, ciężkie, bordowe zasłony należał do stałego elementu wystroju.

Ciotka wpatrywała się w przedpotopowy telewizor kolorowy produkcji radzieckiej. Na ekranie rozgrywał się dramat - zdradzi go, czy nie zdradzi, podzielony na sto półgodzinnych odcinków tasiemcowego brazylijskiego serialu. Raczyła się odezwać, po rozpoczęciu bloku reklamowego:

- Pokój masz na górze, drzwi na wprost.

Sporo samozaparcia wymagało wspięcie się w ciemnościach po stromych, skrzypiących starością schodach. Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym momencie wyleciał nietoperz albo ujrzałbym oczy sowy. Za to prawie krzyknąłem zaskoczony, widząc wnętrze pokoju.

Umeblowanie stanowiły meble wykonane z chromowanej stali, szkła i czarnej skóry. Kosztowały niezłą sumkę. Pod nogami miałem grubą na dwa centymetry dywanową wykładzinę w białym, arktycznym kolorze. Na niskiej szafce stał 28 calowy telewizor cyfrowy, magnetowid i dobra wieża hi-fi. Odkryty barek zawierał taki wybór trunków,że niejeden barman mógłby pozazdrościć. Pod nim znajdowała się niewielka lodówka, chowająca w sobie wszystko, co nie lubi ciepła, a bez czego picie nie dawałoby przyjemności. Z pokoju prowadziły dwoje drzwi, jedne dołazienki wyłożonej lustrami i czarnymi kafelkami, a drugie do małej kuchni, urządzonej według ekskluzywnego katalogu.

Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy usiadłem na kanapie i wlałem whisky do grubej, kryształowej szklanki. Nie chciałem nadużywać gościnności, więc opróżniałem butelkę otrzymaną od Piotra vel złotowłosy Banderas. Czekała mnie noc pełna emocjonujących, nie zawsze przyjemnych spotkań, odrobina odprężenia była więcej niż wskazana.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Satyra dokumentalna. Po raz pierwszy kamera zagląda za kulisy szołbiznesu w Polsce. Obok znanych postaci ze sceny muzycznej jak Krzysztof Krawczyk, Marek Kościkiewicz, Robert Leszczyński, Maciej Maleńczuk, Myslovitz , Marek Sierocki, Piotr Metz, Hirek Wrona, Michał Wiśniewski, Negatyw, poznajemy nieznanych szerszej widowni decydentów, szare eminencje polskiego szołbiznesu. Film ukazuje przemilczaną dotąd stronę szołbiznesu w Polsce, w którym normą jest oszustwo, manipulacja.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS