menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Kanibale

fragment nieukończonej powieści

wersja robocza
bez korekty

PRZEDMOWA

Wstęp wydaje mi się konieczny, aby wyjaśnić kilka ważnych kwestii, związanych z niniejszą powieścią. Od razu muszę przyznać się do tego,że w niniejszym utworze wykorzystałem znane mniej lub bardziej powszechnie fakty ze współczesnej historii Polski, posługując się dokumentami, cudzymi listami, wypowiedziami i artykułami publicystycznymi, które poddałem, w większości, znacznym modyfikacjom. Nie wymieniam prawdziwych autorów, by czytelnik nie wiązał ich z niniejszą historią.
W czasie lektury chciałbym prosić czytelnika, aby nie dokonywał prostych odniesień do znanych mu wydarzeń i postaci z rzeczywistości. Nie ukrywam jednak,że w niniejszej powieści przedstawiam kilka dobrze mi znanych osób oraz wyjawiam kilka znanych mi tajemnic.
Przed pracą nad tą książką odbyłem wiele rozmów z osobami, które uczestniczyły lub były w posiadaniu wiedzy na temat bulwersujących nas afer, skandali,życia gospodarczego i politycznego,środowiska dziennikarzy, służb specjalnych i półświatka.
Nie dało mi się uniknąć przenikania rzeczywistości i fikcji literackiej.
Dla wielu czytelników niniejszy tekst będzie wykraczał poza przyjęte normy, ale pragnąłem oddać prawdziwy język bohaterów; ten zewnętrzny i wewnętrzny.
Na koniec jestem zmuszony napisać,że opisane tu wydarzenia i postacie są wynikiem hipotez, założeń i wyobraźni autora, ich zbieżność z istniejącymi w rzeczywistości jest przypadkowa.

I.

( lipiec 199... roku )

1

To nie była pierwszaśmierć i nie będzie tośmierć ostatnia. Była to pierwszaśmierć, o której na pewno wiadomo,że ma związek z naszą opowieścią.


Już samo przejście przez próg tego budynku sprawiało, że cały świat zostawał ?na zewnątrz?. Jeśli istniało jakieś miejsce na ziemi to, tutaj na zawsze oddzielały się resztki duszy od ciała. Chłód pomieszczenia: posadzki, murów, klamki u drzwi i zapach środków dezynfekcyjnych wymieszanych z woniąśmierci, bo jakże inaczej nazwać zapach rozpadających się ciał, wywoływał gwałtowne, paniczne uświadomienie sobie,żeżycie jest kruche i nie mamyżadnych gwarancji,że w najbliższym czasie nie spoczniemy na jednym ze stojących tutaj metalowych wózków.
W obskurnym pomieszczeniu panowała tylko pozorna czystość. Maria Falkiewicz rozglądała się wokoło w poszukiwaniu jakiejkolwiek najmarniejszej rośliny. Zielona roślinność od zarania była symbolemżycia i ona teraz chciała się móc wesprzeć jej widokiem, widokiem, który w magiczny sposób mógłby ?wywołać?życie w tym martwym miejscu. Nie znalazła ani jednej zielonejłodyżki, ani jednego zielonego liścia. Kostnica nie jest miejscem na ożywioną materię.
Niski, gruby, ze zobojętniałą twarzą mężczyzna, o skórze pełnej pijackich wykwitów, zbliżył się do jednego z wózków. Maria nie mogła zorientować się po wymiarach i kształcie, czy ciało leżące pod białym prześcieradle należało do jej męża. Nie było w niej napięcia, nadziei, jaka wypełniała ją trzy dni wcześniej, gdy znalazła się w szpitalu i na jednym z bocznych korytarzy miała potwierdzić tożsamość denata. Tadeusz wyglądał na nietkniętego, jego twarz wydawała się być mniej zmęczona niż zazwyczaj, straciła cienie zmęczenia i niewyspania. Ostatnio nie sypiał dłużej niż pięć godzin dziennie. Widząc go poczuła jak chwytają ją mdłości. Oparła się głową ościanę i czołem zjechała po niej w dół. Klęcząc zawyła z bólu, bólu, który nie mieścił się już w niej i musiała go uwolnić na zewnątrz. Później biernie pozwoliła sobie na wstrzyknięcieśrodka uspokajającego.
Mężczyzna w białym zszarzałym kitlu zdarł z głowy Tadeusza prześcieradło. Twarz męża stała się jeszcze bardziej delikatna, wyglądał na człowieka, który wreszcie odetchnął głęboko i zanurzył się w sen.
- Wygląda jak nie tknięty - odezwał się mężczyzna, patrząc na nieboszczyka. - Obeszli się z nim nadzwyczaj dobrze. Będzie przy nim mało roboty.
Maria podniosła oczy na niego, na chwilę zeszły się ich spojrzenia. Po raz pierwszy w jego wzroku dostrzegła coś ludzkiego. Mężczyźnie byłożal tej kobiety, matki dwunastoletniego syna i o rok młodszej córki.
- Oporządzę go wyśmienicie, nie musi się pani martwić. Pracuję tu dziesięć lat. Potrafiłem z ludzkich resztek zrobić człowieka. Wystarczy? - chciał wiedzieć, czy może zakryć twarz jej męża.
Przytaknęła głową.
- Ile za to wszystko? - zapytała.
Czymś nieprawdopodobnym dla niego była siła jaka, pomimo wszystkiego, nadal tkwiła w Marii.
Podziwiał ją.
- Nic - odparł i zsunął prześcieradło na głowę Tadeusza.
Pytanie, dlaczego nie chce wziąć pieniędzy za przygotowanie męża do pogrzebu: umycie jego ciała, ubranie i wykonanie makijażu, utknęło jej w gardle. W spojrzeniu mężczyzny zauważyła kategoryczność i ostateczność jego słów, niedopuszczalność dyskusji.
- Czy pan też uważa,że z jegośmiercią było coś nie w porządku?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Czyżyczy pani sobie coś specjalnego? - Kobieta przygryzła wargi, pragnęła wymusić na nim odpowiedź, ale uznała,że nie jest w stanie tego dokonać. Zaprzeczyła głową. - W takim razie przejdźmy do lekarza. Chciała się pani z nim zobaczyć. Jest u siebie.
Gabinet lekarza zaskakiwał tymczasowością i nieporządkiem, jaki wychodził z każdego kąta. Metalowe białe biurko było poobijane. Krzesło na którym usiadła, z drewnianym siedzeniem i oparciem było mocno sfatygowane. Sala, w której leżał mąż wydawała się przytulniejsza.
Rajmund Sobieski, czterdziestoletni doktor, o rzadkich, prostych, w kolorze słomy włosach, nie rozstawał się z papierosem. Czubki palców miał zżółkłe od nadużywania nikotyny. Oczy podbite ciemnymi półkrążkami, unikały patrzenia na nią. Chwilami myślała,że dla niego jest postacią nierzeczywistą. Nie miała pewności, czy zdaje sobie sprawę, w jakim miejscu przebywa. Na pytania odpowiadał z opóźnieniem, wolno.
- Zmarł na zawał serca. Elektrowstrząsy i iniekcja w serce okazały się być bezskuteczne. Lekarze zrobili wszystko, co mogli. Walczyli o niego długo, o czymświadcząślady po oparzeniach od elektrod - podniósł głowę znad kartoteki. - Czasami najlepsza robota na nic się zdaje.
Po raz pierwszy spojrzał w jej oczy, w ten sposób dając do zrozumienia,że to wszystko, co miał do powiedzenia na tematśmierci Tadeusza.
- Mąż nie skarżył się na serce - rzekła Maria.
Udał,że nie dosłyszał, zamknął teczkę i odłożył na bok, na stertę innych podobnych szarych teczek.
- Nigdy nie chorował na serce - powiedziała dobitniej.
Dłuższą chwilę i wiele wysiłku zajęło mu zanim wypowiedział jedno zdanie, bezbarwnym tonem głosu:
- Bezżadnych wątpliwości miało miejsce zatrzymanie pracy mięśnia sercowego.
Skiepował papierosa do pełnej niedopałków szklanej popielniczki i natychmiast sięgnął po następnego. Zapalał go nie patrząc na nią, czynność ta wydawała się mu sprawiać ulgę, umożliwiała ucieczkę przed intruzem.
- Czy pan go badał? - Maria drążyła sprawę z niezwykłym spokojem.
- Sekcję przeprowadzał najlepszy patolog w tym województwie, jeden z najlepszych w Polsce. DoktorŚcigała.
- Mąż miał trzydzieści pięć lat, miał zdrowe serce, od jakiegoś czasu bał się,że zostanie zabity. Był małomówny, ale raz wypowiedział na głos swoje obawy.Śledzono go, grożono mu. Tego dnia czuł się lepiej niż zazwyczaj, dawno nie widziałam go tak radosnego. Godzinę przed jegośmiercią rozmawiałam z nim przez telefon, był spokojny.
Lekarz sięgnął ponownie po teczkę, rozłożył ją i zanurzył się w lekturze. Po niespełna minucie, odezwał się:
- Na ciele nie stwierdzonażadnychśladów przemocy. Jeśli pani chce, mogę pokazać raport.
Maria wstała i nawet nie patrząc na Rajmunda Sobieskiego, bez pożegnania wyszła.
Była do głębi wstrząśnięta. Rozumiała,że tak samo jak z jej mężaświat chce uczynić z niej osobę niezrównoważoną. Tylko głupiec sprzeciwia się popartym przez autorytety faktom! Nikt nie ujął się za nim wcześniej i nikt nie ujmie się za nim teraz. A Tadeusz przez wszystkie lata tak bardzo ufał w prawo iład! Jacy to ludzie potrafili doprowadzić go dośmierci? Kim byli ludzie stawiający się ponad prawem i uznający siebie za jedyne prawo?

I I.

( wrzesień 199...)

2

Marcel Kajkowski stał na szeroko rozstawionych nogach i patrzył w swój wizerunek w lustrze, z którego powoli schodziła para. Na nic zdał się na przemian gorący i zimny dusz - wyglądał jak ruina. Znał powód takiego stanu rzeczy. Za dużo wypił wczorajszego wieczora. Za dużo pił od miesiąca. Nie mógł usnąć za nim nie zażył dwóch tabletek nasennych, popijając je taką ilością alkoholu, jaką zdołał w siebie wcisnąć. Dzisiaj obudził się po piątej rano, z tak silnym niepokojem,że omal nie rozerwał jegożołądka na kawałki. Natychmiast połknął kolejne dwie tabletki i wypił mocnego klina. Pragnął uciec w sen od przytłaczającego go obrazu, po raz kolejny przed oczyma pojawił się dobrze mu znany opustoszały cmentarz. Panował na nim złowieszczy chłód i cisza, taka cisza, jaką słyszy się na chwilę przed oczekiwanym wybuchem. Patrzył na trumnę, którą mężczyźni w czarnych garniturach i białych rękawiczkach ostrożnie opuszczali w głąb ziemi. Wziął do ręki garść wilgotnej zakalcowatej ziemi i rzucił na nią. Po chwili wziął następną garść i powtórzył czynność, następnie klęknął i zaczął obłąkańczo nabierać ziemię dwoma rękoma, pragąc jak najszybciej zakryć jasno brązową skrzynię...
Miesiące temu pochował matkę, a dwa miesiące wcześniej ojca.Śmierci ojca spodziewał się od dawna, diagnoza była nieubłagana. Wydawało mu się nawet,że już pogodził się z tym, przecież to jest normalna kolej rzeczy, każdy z nas kiedyś... Na cmentarzu trzymał się twardo, tym bardziej,że musiał podtrzymywać słaniającą się na nogach matkę, dodawać jej otuchy. Kiedy wkrótce poinformowano go ośmierci matki, której przyczyną był wylew krwi do mózgu, coś pękło i trzasnęło w dobrze działającym i zorganizowanym mechanizmie, trafił do szpitala, z orzeczeniem zapaści serca.
Wówczas po raz pierwszy pomyślał o samobójstwie. Wydawało mu się, że tam gdzie znaleźli się matka i ojciec jest lepszy świat niż tutaj. Uznał,że nie umie się znaleźć w otaczającymświecie, coraz mniej rozumiał zasady jakimi się rządzi. A może rozumiał, aż za dobrze rozumiał tylko coś się w nim buntowało przeciw nim? Miał za sobą nieudane związki z kobietami, ostatni omal nie zakończył się małżeństwem. Wyczerpywały go daremne wysiłki osiągnięcia wżyciu czegoś więcej niż zwykłej przewidywalnej, niezmiennej, codziennej egzystencji, od poniedziałku do poniedziałku. Tylko przez chwilę wydawało mu się,że chwycił Pana Boga za nogi, zaraz po ukończeniu studiów, dostał nagrodę stowarzyszenia dziennikarzy za cykl reportaży opowiadających o młodych ludziach, którzy wbrew przeciwieństwom losu osiągali sukces. Jego bohaterowie: dwudziestoletni chłopak sparaliżowany od pasa w dół został mistrzem olimpijskim w jeździe na wózku, dziewczyna chora na nowotwór kręgosłupa, przykuta na stałe do wózka, opublikowała tomik poezji i powieść, więzień zakładu karnego ukończył w czasie odbywania kary studia prawnicze. Podziwiał ich wszystkich! Może właśnie poznanie ich sprawiło,że nie skończył raz na zawsze ze sobą. Sukces tamtych ludzi sumował się z jego sukcesem.
Marcel należał do ludzi, dla których pojęcie wolnego czasu nie istniało. Był pracoholikiem, ogarnęła go, jak powiadają Niemcy Arbeitswut, wściekłość pracy, po pierwszym sukcesie dążył do następnego, kiedy znowu go osiągnął, natychmiast stawiał przed sobą kolejny cel, aż wpadł w pułapkę. Pułapkę, o której nie miał najmniejszego pojęcia. Dopiero śmierć rodziców unaoczniła mu oceaniczną pustkę w nim samym. Ceną za tak silne uzależnienie się od pracy było chłód emocjonalny, jaki przyległ do niego: Jaka kobieta zechce spędzić resztę swojegożycia z tak zimnym facetem, jak on? Otaczał się wyłącznie ludźmi związanymi z jego profesją. Wspólne spotkania nie były chwilą wytchnienia, przeciwnie rozmawiało się o pisanym artykule, reportażu, wymieniało się opinie i informacje. Całe jegożycie kręciło się wokół jednego - pracy. Poczuł,że po drodze coś zgubił i teraz należało pomyśleć nad zmianą, wywróceniem swojego dotychczasowegożycia do góry nogami. Obawiał się,że nie jest w stanie tego dokonać.
Dochodziła siódma wieczorem. Przespał cały dzień. Nie spodziewał się,że dawka barbituranów zmieszana z alkoholem tak podziała na niego. Rozrywał go teraz ból głowy. W szafce poszukał opakowania Alka-zelcer. Niestety było puste.
- Cholera - zasyczał.
Musiał zadowolić się Aspirin. Ponownie rzucił okiem na swoją przygnębioną, apatyczną twarz i opuścił zniesmaczony łazienkę, powłóczając nogami do kuchni. Włączył elektryczny czajnik, nalał do szklanki wodę mineralną, połknął dwie tabletki i popił. Przez chwilę zawahał się, czy nie łyknąć także prochów, ale mogło to całkowicie rozbić i tak ledwo trzymający się całości umysł. Potrzebował koncentracji i jasności. Na jutro rano miał mieć ukończony materiał o kolejnym zawirowaniu na scenie politycznej. Chłopcy ponownie jeden drugiemu wyrywali sobie spod tyłka stołki. Tym razem mówiło się, że ma paść głowa szefa NIK-u Mariana Patka. Naczelny zlecając mu tę sprawę kierował się jego znajomością z posłem Leonem Kosowskim, przyjacielem Patka. W czasach rodzącej się demokracji Marcel był doradcą jego kampanii wyborczej do Sejmu, a więc nie powinien mieć problemu w zdobyciu informacji z pierwszej ręki. Tak przynajmniej wyobrażał sobie naczelny. Nie chciał wdawać się w bezsensowną utarczkę, tłumacząc mu, że to już dawno przebrzmiała historia, nic by to nie dało. W redakcji wisiał już na włosku. Kiedy ostatnio widział się i rozmawiał z Kosowskim? Prawie rok temu... Czajnik automatycznie wyłączył się. Nasypał łyżeczkę neski do filiżanki, odczekał chwilę i zalał wodą kawę. Skończyła się śmietanka, więc wlał mleko. Przeszedł do pokoju i siadł w fotelu... Tak, po raz ostatni spotkali się w holu Sejmu, wymienili pozdrowienia głową i na tym się skończyło. Zaskoczony był, że w ogóle stać ich było na to. Po wygranej kampanii, w dniu w którym do biura posła Kosowskiego zeszli się wszyscy jego zwolennicy, prawdziwi i fałszywi przyjaciele, osoby, które nie chciały drażnić swoją nieobecnością wrażliwego na swoim punkcie reprezentanta narodu, przyszli złożyć życzenia, Marcel zamiast wziąć udział w tym święcie, cieszyć się także ze swojego sukcesu, z dobrze wykonanej pracy, zachował się tak, że wprawił wszystkich zebranych w osłupienie. Nie potrafił patrzeć na to skupisko wiarołomstwa i oszustw. Kosowski był już po kolejnej mocnej coli, czyli alkoholu zmieszanego dla pozoru z coca-colą. W biurze komitetu wyborczego zawsze należało uważać sięgając po napój, by nie natknąć się na zawarty w nim alkohol. Pewnego dnia Marcel, spragniony, rzucił się na szklankę i wziął wielki haust, by po chwili zachłysnąć się i wypluć zawartość, wywołującśmiech sekretarki. Wówczas pił symbolicznie, a to co widział wydawało mu się całkowitym dnem. Dnem, do którego obecnie się zbliżał. Co to było? Jakie zdanie powiedział Kosowski,że nie wytrzymał i wygarnął mu prosto w oczy, co gorsza przy wszystkich zebranych ludziach, prawdę o nim. Nie ważne. Zawsze miał niewyparzony język. Nie wytrzymał jego obłudy, rodzącego się w nim szaleństwa. Kosowski nie tylko stracił kontakt z rzeczywistością, ale z samym sobą. Nie dostrzegał popełnianych przez siebieświństw, jego mózg natychmiast eliminował te fakty. W jego umyśle nadal był kryształowo czystym człowiekiem. Więc Marcel wybuchnął i powiedział,żeby przestał do niego mówić tak, jakby był tłumem, którego razem ogłupiali, serwując mu aktorskie sztuczki i oszustwa. Wzynał,że wzbierały w w nim mdłości, gdy go słuchał. Miał usta pełne frazesów. A na koniec dodał:
- Będzie z ciebie cholernie dobry polityk.
Marcel przypominając sobie wygląd twarzy Kosowskiego i zebranych osób, parsknąłśmiechem. A teraz miał umówić się z nim na spotkanie.


Przed Tomaszem Żymowskim siedział Czarny, kruczoczarny czterdziestodwuletni mężczyzna, z czerwoną blizną na lewym policzku, z przekrwionymi białkami oczu, worami zmęczenia i podwójnym świńskim podbródkiem, uwięzionym w zapiętej na ostatni guzik kołnierzyku białej koszuli. Zwisający szeroki krawat przypominał mu minioną epokę, czasy, sprzed olbrzymiego krachu, o którym współczesna historia wspomina jako o bezkrwawej rewolucji. Bezkrwawej!Śmiechu warte. Bez trupów się nie obyło. A nowy ustrój to tylko mniej paskudna hybryda, karmiona przez tych samych ludzi sprzed wielkiego krachu, którzy wreszcie zrozumieli,że nikt i nic nie daje takiej władzy jak pieniądze, a te najlepiej zdobyć w znienawidzonym dotąd systemie demokratycznym, oraz karmiona przez tzw. opozycję, która przeżywa ciągle swoje pierwsze zafascynowanie poczuciem władzy: biurkiem, wygodnym fotelem, sekretarką, baterią telefonów, oficjalnymi spotkaniami na najwyższym szczeblu, ah! te czerwone dywany, wygodne limuzyny, rauty i bankiety, ochroniarze kręcący się wokoło, odganiający sforę dziennikarzy, ah! teświatła jupiterów w studiu telewizyjnym, któż nie lubi oglądać siebie w telewizji, czytać o sobie w prasie, któż nie lubi słuchać uniżonych, pełnych szacunku zwrotów: panie dyrektorze, panie ambasadorze, panie pośle, panie ministrze, panie premierze, panie prezydencie. Boże! Jaki jestem wspaniały! Jaki jestem wielki! Ja tworzę historię!... Głupcy nie rozumieją,że po tym zachłyśnięciu się władzą przyjdzie otrzeźwienie. Władzy nie można dzierżyć w rękach wiecznie, każda władza brudzi. Nie dostrzegają,że już nadciąga klęska. Sami pchają głowę pod topór kata. Ta pycha! Już zaczęli skakać jeden drugiemu do gardeł, gryzą się jak wściekłe psy.
Sam większość swojegożycia związał z polityką. Z jego oficjalnegożyciorysu można było się dowiedzieć,że urodził się w 1939 roku. Ukończył Wydział Ekonomiczny Wyższej Szkoły nauk Społecznych w Warszawie. Był pracownikiem politycznym ruchu młodzieżowego w Skierniewicach. W latach 1961-1974 sprawował w tym mieście urząd wicewojewody. W latach 1975-1980 był I sekretarzem KW PZPR i przewodniczącym WRN w Bydgoszczy, a od 1976 do 1989 roku posłem na Sejm. Piastował również stanowisko przewodniczącego Komisji Współpracy gospodarczej z Zagranicą. W Komisji Spraw Zagranicznych pełnił funkcję wiceprzewodniczącego. Od 1989 roku zajął się wyłącznie prowadzeniem interesów. Jak pokazywała teraźniejszość był to jego jeden z lepszych wyborów, jaki dokonał wżyciu.
Znajomi nazywali go latyfundystą, posiadał w sumie przeszło sześćset hektarów ziemi, ale to nie one przysparzały mu prawdziwego majątku. Poza hodowlą i przetwórstwem był udziałowcem kilkunastu firm zajmujących się różnymi branżami. Tak jak większość zamożnych ludzi w tym kraju, dorobił się na niejasnych operacjach kapitałowych, handlu długami i na sznapsgate. Ten ostatni interes wzbudzał w nim szczególnyśmiech, handlował cysternami alkoholu, a sam od dwóch lat nie pił ani grama.
- Trudno wyobrazić sobie lepszą okazję i okoliczności - oznajmił Czarny, ta gnida, z którą co jakiś czasŻymowski musiał osobiście się spotykać.
Marek Piotrowski, pseudonim Czarny, zawsze zgrywał silnego faceta, takiego, któremu nigdy nie wyziera strach z oczu, faceta, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć cel. Kawałłachudry i gbura! I najważniejsze, przypominałŻymowskiemu,że bez niego on, tak On, nie może się już obejść.
- Nie z krewi w ostatniej chwili?
Czarny uśmiechnął się kpiąco, szczerząc zżółkłe od tytoniu zęby i zaprzeczył ruchem głowy: - Nigdy nie można być pewnym niczego do końca. Ale mamy go, trzymamy za jaja, o tak - pokazał wymownie ręką. - Nie ma wyboru. Targuje się tylko o cenę. Zaśpiewał sobie...
Żymowski przerwał ostro: - Daj mu ile chce!
- Ale szefie...
- Ile może chcieć taki facet?! - uniósł się niepotrzebnie, zaczął tegożałować. - To co zrobi jest dla nas więcej warte. Jeśli rachunek nie przekracza pięciu zer, daj mu te pieprzone pieniądze bez gadania. I nie zrób go w konia.
- Ależ szefie... - Czarny przybrał urażony wyraz twarzy.
- Wiem sukinsynu jaki jesteś zachłanny. Tym razem odpuść sobie. Nie mam zamiaru, aby gość się wkurzył.
Żymowski przed sobą miał notatkę służbową sporządzoną przez jednego z tych nadgorliwych urzędasów, z jakiejś dziury zabitej dechami, z popsutym wzrokiem odślęczenia nad rzędami cyfr, drobnym niewyraźnym drukiem, jakim opleciona jest każda działalność człowieka. A wszystko zaczyna się od dziesięciu cyfr numeru ewidencyjnego, do których dodaje się kolejne numery i tak człowiek zostaje wplątany w sieć, z której już nigdy nie może się wyplątać. Chyba,że zmieni swoją tożsamość, ale ta zmiana wiąże się także z kolejnymi numerami, kolejnymi kombinacjami cyfr. Jesteśmy niewolnikami systemu informatycznego. Wpadliśmy w sieć, która stanie się przyczyną gigantycznej katastrofy. Zostaniemy przez nią pożarci, uważał Tomasz. W dwustronicowej notatce, utrwalono cały przebieg operacji, no, to nie było aż takie groźne, sporo osób orientuje się jak wyglądają takie transakcje, ale poza tym ?genialnym odkryciem? zawierała nazwy dwóch spółek. Kurwa, w całej operacji uczestniczyło 700 spółek państwowych i dziesiątki prywatnych, w tej gmatwaninie każdy miał się zgubić, a ten skurwiel... więcej, przedstawiał tak dokładne powiązania pomiędzy nimi,że tylko kwestią czasu było...
- Jeszcze jedno pytanie, a kiedy zabierzemy się za niego? - Czarny po raz kolejny musiał wyrwaćŻymowskiego z zamyślenia. Stary naprawdę musi trząść dupą, pomyślał. Znał go od lat, robił różneświństwa, ale po raz pierwszy osobiście zwrócił się do niego z czymś takim.
- Nie teraz, musi upłynąć trochę czasu. Może w ogóle obędzie się bez tego.
Czarny przytaknął głową, choć w duchu nie wierzył w to. Z własnego doświadczenia wiedział,że prędzej czy później będzie musiało się to stać. Gdzieś w głębi umysłu zażarzyła się myśl,że i jego spotka taki sam los. Pocieszał się,że nie nastąpi to szybko, a przekonanie o swoim sprycie dawało wiarę,że uda się mu wyjść z tego cało.


Marian Patek rozwiązał sznurowadła w swoich butach, wyciągnął nogi i oparł się całym ciężarem ciała o oparcie swojego obrotowego fotela. Marynarkę zrzucił już z siebie wcześniej, węzeł krawata tak rozluźnił,że zmieściła się by w nim jeszcze druga szyja. Zegar wskazywał kwadrans po dwudziestej pierwszej. Wiedział,że wszyscy już się rozeszli do domów, został całkowicie sam w posępnym gmaszysku. Za oknem zapadł zmierzch, lubił tę porę, odkąd objął stanowisko Prezesa Najwyższej Izby Kontroli, zawsze w tym czasie brał głęboki oddech i dokonywał spokojnie przeglądu zdarzeń całego minionego dnia: spotkania, raporty, wnioski pokontrolne, utarczki z tzw. decydentami, którzy uważali,że narusza się ich elementarne prawa, protesty, zażalenia, donosy i kolejne wnioski o skontrolowanie działalności kogoś kto nagle wyleciał z karuzeli, albo miało się to wkrótce stać. Tej ostatniej roboty nie znosił. Wykorzystywanie instytucji praworządnego państwa do rozgrywania swoich małych prywatnych interesów, surowo potępiał. Niestety, ci którzy wnioskowali o zajęcie się sprawą nie mogli zostać odprawieni do wszystkich diabłów, prawo gwarantowało im,że on, jego ludzie będą musieli się tym zająć. Jedyne co mógł zrobić to oddelegowanie do tych spraw mało doświadczonych urzędników i nadanie najbardziej rutynowego biegu kontroli. Przynajmniej tutaj potężna machina biurokracji stawała się pożyteczna. Gorsze od tego wszystkiego okazywało się rozczarowanie, jakie doświadczał ilekroć wykrył ze współpracownikami coś naprawdę ważnego, coś co sięgało istoty prawdy o działalności ludzi, którzy uczynili z tego kraju prywatny folwark, zamiast zmiażdżenia tej hybrydy jednym skutecznym ciosem, wszystko rozpływało się, rozwidlało, mąciło, aby całkowicie rozpuścić się w zanieczyszczonej rzece. Jego wysiłki stawały się daremne. Liczne porażki, jakie doznawał coraz bardziej skłaniały go do stwierdzenia,że ta praca pozbawiona jest sensu.
Otworzyły się delikatnie wielkie drzwi, w których pojawiła się Anna, jego sekretarka. O rany! Całkowicie zapomniał o niej.
- Przepraszam, miałem pani wcześniej powiedzieć,że już nie będzie mi potrzebna. Powiem Filipowi,żeby panią odwiózł.
Kiedy zetknął się z nią po raz pierwszy nie myślał,że wytrzyma z nią dłużej niż miesiąc. Przedstawiono mu ją jako heterę, do tego starą i brzydką. Pomylił się, surowe pojmowanie obowiązków, jakie wyznawała, zwłaszcza w tej instytucji, w której najważniejszą cechą i zaletą jest dokładność i punktualność sprawiło,że stała się dla niego kimś nieocenionym. Uśmiechnął się do niej, uśmiechem, który nie miał być uśmiechem szefa, a człowieka darzącego ją prawdziwą sympatią. Zauważyła to, ale nie pokazała po sobie,że sprawiło to jej przyjemność.
- A jak z jutrzejszym wyjazdem, aktualny? - zapytała.
Patek spojrzał na zegar, właśnie teraz powinien otrzymać telefon, od którego zależał cały jego jutrzejszy rozkład dnia.
- Zadzwonię, gdy coś się zmieni - rzekł wymijająco.
Anna skinęła głową i pożegnała się, równie cicho opuszczając gabinet, jak się w nim pojawiła. Wstał z fotela i przeszedł się po pomieszczeniu. Poczuł strzyknięcie w kręgosłupie. Siedzący trybżycia dawał się we znaki. I pomyśleć,że jeszcze niedawno temu nie zaczynał dnia bez porannych pompek, a dzisiaj...
Ciszę przeszył niemiły dźwięk aparatu telefonicznego. Odebrał go po trzecim sygnale. Słuchał swojego rozmówcy na stojąco, odruchowo zaczął szukać paczki papierosów i zapalniczki. Rozmowa nie trwała długo, po dwóch minutach odłożył słuchawkę na widełki. Zamyślił się, mimowolnie obracając niezapalonym papierosem. Kiedy ocknął się, spostrzegł,że zgniótł go tak mocno,że nie nadawał się do niczego. Wyjął z paczki następnego i zapaliłłapczywie. Dopalił do połowy i małym palcem lewej ręki wykręcił miejscowy numer. Po drugiej stronie odezwał się męski głos:
- Tak, słucham.
- To ja. Pamiętasz, co ustaliliśmy? Jutro po południu otrzymasz komplet materiałów i mam nadzieję,że zrobisz z tego właściwy użytek. Tym razem nie może obrócić się to w pył. To już nie chodzi o jakąś duperelę. To jest transakcja stulecia, a chłopcy po niej założą rodzinę, której potem już nikt nie ruszy.
- Kurwa, wreszcie - Leonowi Kosowskiemu puściły nerwy, ale Patek go rozumiał. Od dawna czekał na coś tak konkretnego. Chwilami uważał,że jego przyjaciel ma idee de fix: wielki spisek ludzi dawnej władzy, którego celem jest przejęcie gospodarki całego kraju. Chłop przestał rozróżniać prawdę od fikcji. Jedna półkula mózgu stwarzała szaloną hipotezę, a druga półkula orzekała,że jest to bezsporna prawda. Od kogoś słyszał,że w przeszłości leczył się psychiatrycznie, ale uznał to za potwarz i wstydził się go o to spytać wprost. Choć musiał przyznać,że jak każdy astronom - a takie wykształcenie miał Leon - należy do ludzi zawieszonych pomiędzy ziemią a niebem.
- No to do jutra, będziesz na miejscu?
- Tak... Naprawdę stary, nie wiesz jak się cieszę, aż nie chce mi się wierzyć.


Pokój domu poselskiego był mały, za mały na rozpierającą energię trzydziestosiedmioletniego, niskiego, z rysującym się w dole brzuszkiem, o prostych kruczoczarnych włosach Leona Kosowskiego. Chodził w tę i wewtę. Pragnął poznać więcej szczegółów, ale wiedział,że nawetłącza telefoniczne NIK-u i Sejmu nie gwarantują tajności. Minęło tyle czasu i nadal człowiek czuł się ciągle inwiligowany. W tym kraju tylko fasada się zmieniła. Wyciągnął butelkę wyborowej, nalał do szklanki około setkę i gorączkowo rozejrzał się za kolą albo przynajmniej jakimś sokiem. Na szafce stała jedynie butelka wody mineralnej. Wypił duszkiem czysty alkohol, potrząsnął głową, nabrał głębokiego oddechu i zamknął oczy. Trwał tak przez chwilę. Postanowił położyć się dołóżka, wcześniej włączając telewizor. Wpatrywał się w niego bezmyślnie.
Rozległ się buczek telefonu. Kosowski poderwał się wystraszony, musiał na chwilę przysnąć, i gwałtownie chwycił za słuchawkę. Głos jaki usłyszał wprawił go w zdziwienie. Kogo jak kogo, ale jego by się nigdy nie spodziewał. Cholerny sukinsyn prosił go o spotkanie, chciał porozmawiać. Przyszła koza do wozu.
- O czym chcesz gadać? - nie ukrywał niechęci.
- O Patku - odparł Kajkowski.
- Patku? - Kosowski poderwał się i w jednej chwili stan zamroczenia ustąpił jasności umysłu. - O co chodzi?
- To nie jest rozmowa na telefon.
Leon gorączkowo pomyślał z niepokojem,że ktoś już wywęszył to, co niedługo ma nastąpić. Nie wierzył,że Marian komuś innemu napomknął o sprawie... Cholera, przecież nawet on nie wiedział dokładnie o co chodzi? Czyżby nastąpił jakiś przeciek u Patka?
- Wiesz która jest teraz godzina?
- Słuchaj, Leon, nie myśl,że będę się kajał przed tobą i prosił cię o przysługę. Chcę tylko kilku informacji, nic więcej. Albo się zgodzisz na krótkie spotkanie i odpowiesz na kilka pytań albo zapomnijmy o sprawie.
Kosowski wahał się, z jednej strony chciał poznać przyczynę zainteresowania dziennikarzy Patkiem, a z drugiej strony obawiał się,że będzie zmuszony coś sprzedać, nie uda mu się wykręcić sianem, na pewno nie przed Kajkowskim. Znali się zbyt dobrze.
- Teraz nie mogę, ale jutro późnym południem...
- To już będzie po ptakach. Nie zawracaj sobie głowy.
Kosowski nie zdążył odpowiedzieć, gdy usłyszał dźwięk odkładanej słuchawki.


- Cholera! - zasyczał Marcel. - I co teraz?
Ślęczał przed włączonym monitorem komputera, na którym irytująco migotał kursor. Dupa zbita. Kosowski, nawet gdyby coś wiedział i tak by mu nie udzielił informacji. Należał do ludzi cholernie pamiętliwych. A on sam, czy zachowałby się inaczej? Zaczął więc tworzyć tekst z tego co było ogólnie wiadomo, czyli z tego co można było przeczytać w innych tytułach prasowych, obejrzeć i usłyszeć w wiadomościach telewizyjnych i radiowych, dodając do tego korytarzową wiedzę i intuicję. Ten ostatni czynnik, wbrew temu co sądzą ludzie o pracy dziennikarskiej, okazuje się najważniejszy. Zajmowanie się polityką to jak wróżenie z kart, stawianie tarota. Któż przewidział sierpień 1980, upadek muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec? Przeczytał tekst i omal nie nacisnął Crtl + A, następnie przycisk Delete. Te popłuczyny nigdy nie mógłby podpisać własnym nazwiskiem, nawet inicjałami. Czasami spod jego ręki wychodził knot, tekst niedopracowany, pisany nazbyt szybko, bez ostatecznego głębokiego przemyślenia, ale to, co miał przed sobą sięgnęło bruku. Złapał obiema rękoma głowę, przesunął po niej dłonie i splótł ręce, następnie wygiął się maksymalnie do tyłu: gorączkowo zastanawiał się do jakiej osoby może zadzwonić, licząc na to,że jeśli będzie cokolwiek wiedziała o upadku Patka, nie zbędzie go nijaką informacją, a podzieli się zgromadzoną wiedzą.
- Monika! - rzekł na głos, co w pustym pomieszczeniu zabrzmiało jak krzyk.
Chwycił za telefon i wykręcił jej domowy numer telefonu. Pracowali w różnych mediach, to jedno, a po drugie, on zdradził jej kilka razy więcej wiadomości niż powinien. Czas wyrównać rachunki, myślał czekając na połączenie.
- Taaak - zabrzmiał kobiecy głos w słuchawce. Cholernie kobiecy, tak niepodobny do niej. Może zadzwonił w nieodpowiednim momencie, a może ona spodziewała się kogoś innego?
- Marcel. Na krótko. Muszę na wczoraj wiedzieć, czy coś się nie dzieje wokół Patka - postanowił być rzeczowy, zresztą, jak sama mu się kiedyś zwierzyła, za to go ceniła.
- Patek? A co ma się z nim stać?
- Właśnie tego nie wiem, podobno w Sejmie mówi się o tym, aby go odwołać, albo wymusić na nim dymisję.
- Poczekaj - rzekła. Usłyszał dźwięk zapalanej zapalniczki. Wahała się. Nie tak łatwo sprzedaje się uzyskane z trudem i na wyłączność informacje. Po chwili odezwała się: - Oczywiście, nie muszę ci tego mówić,że nie możesz tego podać, nie wchodzi w grę,żadne ?dobrze poinformowaneźródło?. Twój Kosowski - wyczuł w głosie satysfakcję, gdy podkreśliła ?twój?, zaproponował mi,żebym na jutrzejszy wieczór zarezerwowała dla niego program, przesunęła wszystkich innych, bo on będzie mógł przedstawić materiał, który następnego dnia wstrząśnie nie tylko warszawką. Właśnie dzwonił przed tobą i potwierdził na dziewięćdziesiąt procent,że jest to nadal aktualne.
- Co to ma wspólnego z Patkiem?
- No wiesz, kto jak kto, ale ty dobrze orientujesz się skąd Kosowski bierze swoje rewelacje. Podobno to ty mu zredagowałeś całą sprawę z aferą ziemniaczaną, gdy wtaszczałeś go na Wiejską. A z jakich materiałów korzystałeś. Wycinków prasowych?
Marcel przygryzł język, aby się nie odciąć, słysząc jej kąśliwą ironię w głosie. Kosowski korzystał z materiałów NIK, najpoufniejszych raportów i on, jako jego doradca, tworzący jego wizerunek: człowieka walczącego z aferzystami, otrzymywał coś czego nigdy nie powinien widzieć na oczy.
- Czy to wszystko, co wiesz?
- Marcel, nie oczekujesz zbyt wiele?
- Monika - starał się odwzorować jej ton głosu. - Usłyszałaś kiedyś ode mnie słowo: nie!
W słuchawce usłyszał jak zaciąga się głęboko papierosem. Cholerna aktorka, pomyślał ciepło.
Gdyby ją pytał o to ktoś inny niż Kajkowski, mogłaby wykręcić się sianem. Najgorsze to mieć długi wdzięczności, prędzej, czy później przychodzi je spłacić: - Zbyt często cię nie prosiłam, ale racja po twojej stronie. Podobno w tamtym tygodniu odbyło się spotkanie na szczycie, na którym podniesiono sprawę dymisji Patka. Co ciekawe, nie byli to posłowie jednej opcji. Stanęło jednak na tym,że jego głowa nie spadnie. Nie wiem komu najbardziej na tym zależało i dlaczego?
- Czyli nadal będzie siedział na swoim stołku?
- O ile mi wiadomo tak.
Pogadali jeszcze przez chwilę, pożegnali się i rozłączyli. A więc ma swój artykuł. W dymisję Patka nie wierzył, to nie był ten typ polityka, który dobrowolnie rezygnował. Postanowił zrobić sobie kawę i zabrać się do pisania.


- Dobranoc Filipie, tak jak ustaliliśmy punkt siódma - Patek pożegnał się z kierowcą, wyszedł z samochodu, zamknął drzwi, rozprostował nogi w kolanach i spojrzał w okna. Niezmiennie, tak jak każdego dnia w oknach jego mieszkaniaświeciła lampa i pobłyskiwał telewizor.
Nie skorzystał z windy, na trzecie piętro wszedł na własnych nogach, w ten sposób wyciszył wyrzuty sumienia,że prowadzi trybżycia zabójczy dla swojego ciała. Zwiotczałe worek mięsa! - zganił siebie w myślach. Po raz kolejny zarzekał się,że od następnego tygodnia znajdzie przynajmniej godzinę na siłownie i saunę.
- Jestem - rzekł po wejściu do ciemnego przedpokoju.
Zazwyczaj słyszał odpowiedź, tym razem jego głos natrafił naśpiew Magdy Umer, przekazującej miłosne wyznanie Teresy Brunszwik do Ludwika van Beethovena, ?Popatrz jaki las..., jeden z ulubionych utworów jegożony. Telewizor miał odciętą fonię. Aha, znowu chandra.
- Krysia!? - zawołał, gdy zdjął prochowiec i buty.
Napotkał naścianę milczenia.
Wszedł do pokoju i ujrzał ją, skuloną w fotelu. Miała na sobie zieloną bawełnianą sukienkę, którą tak nie znosił. Przybliżył się i położył dłoń na jej głowie, wchodząc głęboko we włosy, aż dotarł do szyi. Płakała.
Przykucnął i chwycił za jej dłoń.
- Co się stało? - zapytał ciepłym głosem; tego brzmienia nie znał nikt poza jegożoną.
- Zostaw! - wyszarpała dłoń i wbiła się w niego połyskującymi odłez czarnymi oczami, tymi oczami, które od razu zauważył przy ich pierwszym spotkaniu. Nadal nie potrafił się nim oprzeć.
Powstał, wycofał się i usiadł na stojący na przeciw niej fotelu. Znali się dwadzieścia lat, wiedział,że musi uzbroić się w cierpliwość, aby poznać przyczynę jej obecnego stanu.
Niemal wszystkich, którzy działali w opozycji dotknęło pożądanie władzy, ale Krystyna oparła się temu. Poznali się, gdy studiowała polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, w czasie strajków studenckich w 1968 roku. W 1980 roku razem z nim działała w NSZZ ?Solidarność?. Na szczęście zdołała uniknąć, w przeciwieństwie do niego internowania. Organizowała w tym czasie podziemne struktury związku. W wyborach 1989 roku po raz ostani uczestniczyła w polityce, pomagając Patkowi w jego kampanii wyborczej.
Nie czekał długo, po minucie odezwała się:
- Mam dość tego. Zawsze byłam przy tobie i cię wspierałam. Mojeżycie podporządkowałam twojej karierze. Wybrałam to dobrowolnie. Myślałam jednak,że wreszcie przyjdzie czas, gdy osiągniesz wpełni satysfakcjonującą cię pozycję i zatrzymasz się. Przestaniesz ciągle wyznaczać sobie nowe cele. Pomyliłam się. Zrozumiałam,że ty uciekasz w pracę, bo nudzi cię dom - wyprostowała się całkowicie. - Powiedz wprost,że cię nudzę,że gdyby nie dziecko to byś dawno... - ponownie załamał się jej głos, uderzając w płaczliwy ton, ale szybko się opanowała. - Zmieniłeś się, zmieniłeś się bardzo.
Miała rację i zarazem jej nie miała, pomyślał Patek. Nadal nie potrafił powiedzieć sobie pas, na tym koniec. Ciągle pchało go do przodu. Tym razem jednak nie chodziło o karierę, wiedział, że szefostwo NIK to jego szczyt, więcej nie chciał. Śmiesznie zabrzmiałoby, gdyby wyjawiłżonie prawdę,że chodzi mu o to, aby choć trochę zmienić ten kraj, miejsce, w którym przyszłożyć ich siedemnastoletniemu synowi. Wypełniało go naiwne pragnienie wyczyszczenia kraju ze wszelkiego zła, wykluczenia poza nawias kanibali, ludzi, którzy traktują Polskę jak swój prywatny folwark, z którego można brać ile się da, nie myśląc o przyszłości. Rządziło nim idealistyczne pragnienie zmianyświata, na tyle ile było w jego możliwościach. Dlaczego nie był w stanie tego jej powiedzieć? Bo któż dzisiaj wierzy w czyste zamiary? Natychmiast odpowiedział sobie. Bał się,że go wyśmieje, nazywając kłamcą. A może się myli? Tak, dawno prawdziwie nie rozmawiali ze sobą... Ale pal licho z tym, nie może się zgodzić z jej ostatnim zarzutem. Tak nie może myśleć.
- To nieprawda,że mnie nudzisz - starał się mówić opanowanym głosem, zawahał się i cicho, prawie niesłyszalnie rzekł: - Kocham cię.
Wreszcie wydobył z siebie te słowa! Kiedy ostatnio je wypowiedział? Dlaczego uznał,że nie powinien co jakiś czas wyznawać swoich uczuć, jakimi ją obdarzał? Jak mógł dopuścić do tego,że w umyśle Krystyny zakiełkowało zwątpienie?!


Czarny wpatrywał się w olbrzymią płachtę gazety, poniewieranej po ulicy przez wzmagający się wiatr. Zaczęły przypływać w pamięci obrazy z przeszłości. Wzdrygnął się i otrząsnął, jak zmoczony pies. Schodzenia w głąb siebie unikał. Bał się tego, a był mężczyzną, który miał pojęcie co oznacza prawdziwy strach i jak się mu nie poddać. Zerknął na zegarek. Piętnaście minut spóźnienia. Jeśli ten facet jest tak samo dokładny, jak punktualny to cały plan weźmie w cholerę. I pomyśleć,że dawniej nie byłoby takiego problemu z uzyskaniem fachowca. Cała sprawa nie wymagałaby takiego wielkiego wysiłku, wszystkich korowodów, jakby chodziło o zamach na papieża, a nie na...
Rozległo się pukanie w szybę.
Wreszcie jest... Natychmiast otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Od specjalisty, cienkiego i długiego jak struna trzydziestoletniego mężczyzny, cuchnęło whisky. Przynajmniej zaprawia się markowo, orzekł w myślach.
- Musiałem sprawdzić, chciałem być pewny na bank,że zadziała. raz zdarzyło mi się,że...
- W porządku - przerwał Czarny. Chciał jak najszybciej wynosić się stąd, jutro miał przed sobą wyczerpujący dzień. - Dawaj to.
Specjalista wyciągnął zza pazuchy mały pakunek i podał. Czarny wcisnął mu w rękę kopertę i zrobił półobrotu, chcąc wejść do samochodu, gdy usłyszał:
- Poczekaj! Muszę przeliczyć.
Twarz Czarnego stężała, zamieniając się w metalową maskę; posłał piorunujące spojrzenie. Chłopak w porównaniu z nim miał filigranową budowę ciała, mógł rozprawić się z nim jedną, lewą ręką. Przez chwilę naprawdę zapragnął chwycić go za gardło i zgruchotać mu krtań.
- W porządku, wiesz, różnie bywa - specjalista rzekł, wycofując się z chęci sprawdzenia zawartości koperty.
- Módl się, aby twoja zabawka zadziałała - odparł i nie przejmując się specjalistą, bez pożegnania wszedł do samochodu. Chwilę później ruszył, przygniatając prawym kołem ciągle ten sam, szarpany na wszystkie strony fragment gazety.


- I po ptakach - orzekł Marcel.
Jeszcze raz przebiegł szybko po tekście na ekranie. Podał drukarce laserowej komendę ?drukuj? i odprężony patrzył jak wypluwa z siebie zadrukowaną kartkę. Nie był pewien, czy naczelny się tego spodziewał, ale nie jego winą jest to,że tam gdzie miała być sensacja pojawiła się chmura dymu.
Powstał i zaczął robić wokół komputera porządek, gdy rozległ się pierwszy dzwonek telefonu. Zlekceważył go. Po chwili ożył drugi telefon, na innym biurku, następnie kolejny. Ktoś wydzwaniał po numerach wewnętrznych. Komuś bardzo zależało, aby się skontaktować osobiście z kimś z redakcji, nie zadawalał się pracującym całą dobę redakcyjnym automatem zgłoszeniowym, któremu rozmówca mógł się zwierzać do woli. Marcel nie miał ochoty podnosić słuchawkę, jak najszybciej pragnął się znaleźć w domu. Jedną ze zmian, jakie ostatnio nastąpiły w nim to niechęć do ciągłego i długiego przebywania w redakcji.
Kiedy jednak rozbrzmiał brzęczyk telefonu stojącego na jego biurku, nie wytrzymał ciekawości: kim jest tak wytrwała osoba? i podjął słuchawkę.
- Słucham?
- Czy pan Marcel Kajkowski?
- Tak - odparł zaskoczony.
- Długo pan nie odpowiadał - głos mężczyzny był lekko podenerwowany, ale wydawał się należeć do osoby zrównoważonej. Marcel nie dawał mu więcej niż trzydzieści pięć lat. - Musimy się spotkać. Niech pan zaproponuje miejsce.
Stan zaskoczenia jaki ogarnął Marcela przeistoczył się w zdumienie. Siadł z powrotem na swój fotel i odparł:
- Przepraszam, z kim rozmawiam?
- To jest nie ważne. Musimy się spotkać.
Kajkowski parsknąłśmiechem: niezły numer!
- O co panu chodzi? Czy liczy pan na to,że umówię się z kimś o kim nic nie wiem? A może to spotkanie ma odbyć się teraz - zerknął na zegar: minęła północ. Zacząłżałować,że w ogóle podniósł słuchawkę. Na co liczył? Nikt normalny nie dzwoni do redakcji o tej porze. Najwyższa pora zakończyć tę beznadziejną rozmowę. Ale skąd ten gość wiedział,że przebywa w redakcji? Znajomy Moniki? Bzdura! A więc kim on jest?
- Musimy spotkać się natychmiast. Tu chodzi o ludzkieżycie.
Marcel przygryzł wargę, szybko zanalizował wrażenia jakie wynosił z barwy głosu, sposobu mówienia tajemniczego interlokutora. Ten gość wydawał się być poważnym człowiekiem.
- Proszę opowiedzieć w skrócie, o co chodzi?
- Nie mogę mówić przez telefon, wasza redakcja jest na podsłuchu.
No nie, nie ma co dalej ciągnąć tego, kolejny facet z manią prześladowczą: - Proszę przyjść jutro po jedenastej do redakcji, będę oczekiwał na pana.
Miał już odłożyć słuchawkę, gdy usłyszał:
- Czy pan nie słyszał tego, co powiedziałem? Tu chodzi o ludzkieżycie. Niech pan zaproponuje miejsce naszego spotkania. Zdaję sobie sprawę,że można mnie uznać za szaleńca - w głosie mężczyzny pojawiło się zwątpienie i rezygnacja.
Marcel nie był pewny jak postąpić. Po chwili odezwała się w nim martwa od trzech miesięcyżyłka reportera.
- Dobrze, spotkajmy się w... - gorączkowo szukał w myślach lokalu, w którym mogłoby dojść do niego. Będzie przejeżdżał koło hotelu ?Forum?, nie ma co ryzykować, tam może liczyć na pomoc ochrony. - W holu ?Forum?, za piętnaście, dwadzieścia minut.
- Hotel? - w głosie mężczyzny pojawiła się obawa i niechęć do tej propozycji.
- Tam, albo nigdzie - rzekł twardo Kajkowski.
- W porządku. Czekam na pana.
- A jak się poznamy?
- Wiem, jak pan wygląda - mężczyzna rzekł i odłożył słuchawkę.
Pół godziny później Marcel stwierdził,że trafił prawie w stu procentach: krępy, dobrze zbudowany i wysportowany, ostrzyżony na jeża, mężczyzna miał trzydzieści kilka lat i wyglądał... no, właśnie, wyglądał na takiego, który bez oporu skręci napastnikowi kark. Od razu zadźwięczał w nim ostrzegawczy dzwonek. Odezwały się w nim doświadczenia z maty, z czasów, gdy uprawiał wyczynowo judo. Już w pierwszych sekundach, patrząc w oczy przeciwnikowi wiedział, z kim mu się przyjdzie zmierzyć. Oczy są najbardziej zdradliwym miejscem człowieka. Ale siedzący przed nim mężczyzna miał w sobie coś jeszcze, coś co wywoływało w nim gęsią skórkę. Ten facet mógł być mordercą.
- Jutro dojdzie do zamachu nażycie wysokiego urzędnika państwowego - mężczyzna zerknął na zegarek, następnie omiótł wzrokiem hol, a szczególną uwagę skupił na dwóch ochroniarzach, przyglądającym się im od pewnego czasu. Po reakcji ochroniarzy - spuszczeniu wzroku, Marcel miał o nich jak najgorsze zdanie. W krytycznej sytuacji jako pierwsi by dali w długą. - Nastąpi to za około dziewięć godzin. Ale czasu jest mniej. Sześć, siedem godzin, aby móc uprzedzić i zapobiec temu.
Mężczyzna nieoczekiwanie przerwał i wpatrywał się w oczy Kajkowskiego. Czyżby miał tylko tyle do powiedzenia? A jednak, kolejny oszołom przekonany o wielkim spisku.
- Kto i kogo chce zabić? Dlaczego w ogóle zwraca się pan do mnie, a nie na policję, czy do UOP-u?
- Dam panu numer telefonu osoby, którą należy uprzedzić. Przedstawi się pan dokładnie, myślę,że nie zlekceważy pana. Jako dziennikarz cieszy się pan pewnym uznaniem. Proszę zanotować: 6 -2... Zapamięta pan? - mężczyzna spostrzegł bierność Marcela.
- Kim pan jest?
- To jest bez znaczenia. Widzi pan moją twarz, to aż za dużo.
Marcel czuł,że nie ma sensu naciskać na niego, na pewno nie należał do rozmownych. Doświadczenie reporterskie nakazywało pogodzić się z tym, co uzyskał, czyli nic. Wyciągnął dyktafon, co wywołało iskrzenie w oczach mężczyzny.
- Tylko nie to - usłyszał i nawet nie zorientował się, gdy grubełapska pozbawiły go małego Sony.
Mężczyzna sprawnie cofnął kawałek taśmy i odsłuchał ją. Po biegłości z jaką to uczynił, wnioskował,że nie obce mu było to urządzenie. Uspokojony rzekł:
- Przepraszam, musiałem sprawdzić - położył przed Kajkowskim dyktafon. - Proszę zanotować ręcznie.
Marcel wyjął z torby notatnik i spojrzał wyczekująco na najbardziej tajemniczego faceta w tym mieście. Właściwie cała sytuacja zaczęła go bawić. Może z niej powstać reportaż, a na pewno będzie miał o czym opowiadać.
- 6 - 2 - 2 - 7 - 3 - 2 - 1, to numer miejscowy, powtórzyć?
Kajkowski zaprzeczył głową.
- Niech pan potraktuje poważnie tę sprawę. Ze mną się nigdy pan nie widział. W waszymświatku funkcjonuje takie zwrot: ? z dobrze poinformowanegoźródła?. Zasłoni się pan tajemnicą dziennikarską. Dobranoc - mężczyzna podniósł się i szybko oddalił.
Kajkowski nie mógł ochłonąć, wpatrywał się w numer telefonu i zastanawiał się, co ma zrobić z tym fantem? Dlaczego nie uczynił tego osobiście on sam, albo nie poprosił kogokolwiek innego? I czy naprawdę nie lepszym rozwiązaniem będzie poinformowanie policji? Wspominał, o wiarygodności Marcela, więc liczył na to,że ktoś nie potraktuje go jako szaleńca. Pierwsze kroki skierował do automatu telefonicznego, wykręcił informację miejską. Telefonistka udzieliła mu sennym głosem tyle wyczerpującej informacji, ile mogła -żadnych, numer jest zastrzeżony. Po numerze mógł powiedzieć,że abonent mieszka na Powiślu.
- A niech tam - zamruczał pod nosem po namyśle i wykręcił uzyskany w tajemniczych okolicznościach numer.
Odczekał siedem sygnałów i odłożył słuchawkę na widełki. Po chwili wykręcił numer na policję. Rozmowa z oficerem dyżurnym nie trwała długo. Tak jak się spodziewał, po udzielonych wyjaśnieniach, został uznany za wariata, czy jak kto woli za niezrównoważonego psychicznie. Na wysuniętą przez niego inicjatywę,że osobiście stawi się na komendzie, aby potwierdzić swoją tożsamość, usłyszał:
- Wierzę panu, panie redaktorze, zanotowałem wszystko, niech pan idzie spokojnie spać. Zajmiemy się sprawą. A swoją drogą, czy zawsze spełnia panżyczenia nieznanych sobie osób?
- Jutro skontaktuję się z redakcji, aby dowiedzieć się, jak wygląda sprawa. Dobranoc. - odparł Marcel, nie odpowiadając na zaczepkę i ze spokojnym sumieniem opuścił hotel.


Oficer dyżurny Roman Petrycki, gruby, ze zlewającą się z tułowiem szyją, opływający zewsząd tłuszczem, miał pięćdziesiąt dwa lata, z tego dziewiętnaście spędził w policji. Widział już wiele, a jeszcze więcej słyszał w swoimżyciu. Jego zawodowa intuicja zazwyczaj go nie myliła, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? Jego rozmówca nie wydawał się być osobą pijaną, ani nie miał tej wiary szaleńca w głosie przekonanego,że odkrył najazd Marsjan na ziemię. Czyżby gryzipiórki postanowili sprawdzić jak działa policja w takich wypadkach. Nie mają ciekawego materiału, więc wpadli na fantastyczny pomysł. Jak zwykle cały artykuł sprowadzi się do ośmieszania głupich policjantów. Ciekawe kogo chcą uśmiercić?
Pięć minut późniejśmiał się wraz z kolegą, Krzaczkiem, który sprawdził do kogo należy zastrzeżony numer.
- No, zadzwoń do niego, powiedz mu,że go zabiją - rzekł Krzaczek.
- A jutro znajdę się na dywaniku i gówno z najbliższej nagrody - odparł.
- Z tego, co się orientuję, goście tej klasy nie poruszają się bez ?borowików?. Jak jutro zadzwoni te gryzipióro trzeba mu powiedzieć,że dzięki jego informacji w ostatniej chwili, powstrzymano przed detonacją bomby. Będzie niezły ubaw, jak tego nie potwierdzą i puszczą.


- Chcesz walczyć z całyświatem - rzekła Krystyna, opierając głowę na piersi Mariana Patka i podążyła dłonią ku dołowi jego ciała.
To nieprawdopodobne, aby w ciągu jednej nocy po raz trzeci udało się jej zmusić jego męskość do działania. Już ten drugi raz wydawał się być czymś niemożliwym. Od dawna uważał,że czas się pogodzić z nieuchronnym końcem podtrzymywania swego obrazu, jako wiecznie płonącego pożądaniem kochanka. Nie jest już młodzieńcem, dla którego seks wydaje się być czymś nieodzownym dożycia. Czuł,że i w tej sferzeżycia sprawia zawódżonie.
- Obiecałem tobie,że gdy dobiegnie kadencja, wycofuję się i zacznę spokojneżycie uniwersyteckie - odparł.
Pomyślał,że mógłby to uczynić nawet wcześniej, gdy doprowadzi do końca sprawę, o której już na samą myśl jeżą się włosy. Kopię dokumentów, przesłane przez Falkiewicza, urzędnika izby skarbowej w Katowicach, dawały szansę przygwożdżenia dościany ludzi, którym wydaje się,że są nietykalni. Kiedy jutro będzie miał w ręku oryginały, następnego dnia ten kraj nie będzie już taki sam. Szokiem dla wielu okaże się to,że nie dotyczy to tylko postkomunistów, wielu, wydawać by się mogło, szanowanych ludzi okaże się kanaliami. Miał wątpliwości, jak zawsze. Obawiał się,że uruchomi lawinę, której skutki nie można będzie przewidzieć. Ale jeśli prawo ma cokolwiek znaczyć w tym kraju to musi iść na całość i wyświetlić prawdę.
Poczuł na skórze przesuwające sięśladem rąk usta Krystyny. Kiedy ostatnio kochała go w ten sposób? Ile stracili przez te lata? Uświadomił sobie, jak wiele ona dla niego znaczy. Jak bardzo nie doceniał tego, co miał tak blisko siebie? Nie może zmarnować kolejnych lat.
- Pojedziesz jutro ze mną? - sam nie rozumiał, dlaczego złożył jej propozycję. Czyżby w ten sposób chciał przedłużyć tę noc, noc, w której udało się im odzyskać dawno zapomnianą temperaturę uczuć.

3

Filip słuchał wiadomości, ale nie po to by dowiedzieć się, co tam słychać w polityce, politykierstwa i polityków miał dość na co dzień, pragnął potwierdzić wczorajszą zapowiedź dobrej pogody. Od trzydziestu lat jako pracownik Biura Ochrony Rządu woził większych i pomniejszych dygnitarzy. Napatrzył się na ?te ważne figury? i jedno mógł powiedzieć, że prawie żaden z nich nie powinien pełnić sprawowanych funkcji. Strach pomyśleć, co jeden z drugim mógłby zrobić, gdyby dać im pełnię władzy. Kiedy nastał sierpień 1980 roku, a potem nadeszły czasy ?pookrągło-stołowe?, przez chwilę myślał, że wożeni pasażerowie, wreszcie okażą się być właściwymi ludźmi na właściwych miejscach. Przyznać musiał, że niektórym z nich naprawdę chodziło o coś więcej niż własny interes. W ich twarzach dostrzegał ludzkie uczucia, mógłby im zawierzyć. Niestety, wśród nich trafiało się coraz więcej zadufanych dupków, przekonanych,że im to się wszystko należy,że właśnie oni są najlepszymi, tymi jedynymi, wybrańcami narodu. Czy z każdym człowiekiem władza i sława robi to samo?- zapytał siebie, podjeżdżając pod dom Mariana Patka, jednego z tych ?dostojników państwowych?, któremu nie bałby się powierzyć kluczy do własnego mieszkania. Od dawna nie darzył taką sympatią pryncypała, którego miał wozić i ochraniać. Patek, jako jeden z nielicznych, pomimo przysługującej mu pełnej ochrony, zrezygnował z niej. Filip docenił jego postawę. Zawsze uważał,że ten cały cyrk z facetami biegającymi wokoło ze słuchawkami w uszach, w kraju, w którym o zamachach nażycie polityków można było usłyszeć jedynie w plotkach, wzbudzałśmiech. Borowcy byli raczej dodatkiem do stanowiska, oznaką posiadanej władzy; służyli pysze ?ochranianego?. Dla większości tych dupków zagrożenie płynęło wyłącznie z ich umysłów i amerykańskich filmów, oglądanych na video.
- Witaj Filipie - Marian Patek otworzył drzwi z przodu, po stronie pasażera. Za nim stała jegożona, która natychmiast siadła na fotel obok niego.
Szef zamknął drzwi i zajął miejsce na tylnym siedzeniu, tuż za nim.
- Pod hotel sejmowy, zabierzemy ze sobą jeszcze jednego pasażera - wydał dyspozycję Patek.
Tak, Filip dobrze usłyszał: zabiorą kolejnego pasażera. Przez chwilę, najdyskretniej jak mógł omiótł wzrokiemżonę szefa, nadzwyczaj dobrze, jak na swój wiek, trzymającą się kobietę. W jej oczach nadal tliła się dziewczęcość. Mogła się podobać niejednemu mężczyźnie. Jego szef naprawdę należał do szczęściarzy: dobre stanowisko, atrakcyjnażona i mądry syn, czego więcej może oczekiwać mężczyzna odżycia? - zapytał siebie w duchu Filip.
Dzisiejszy dzień dostarczał mu wielu niespodzianek. Nigdy dotąd Patek nie zabierałżony w podróż służbową. W ogóle był to pierwszy wyjazd, o którym tak mało wiedział, poza trasą i celem - Katowice. Pryncypał należał do osób milkliwych, ale po raz pierwszy zachowywał się tak tajemniczo. Kto będzie kolejnym pasażerem? Kosowski?
Ruszył do przodu, na ulicach robiło się coraz tłoczniej. To miasto kiedyś zapcha się całkowicie, bazując wyłącznie na tym co zbudował Gierek. Mógłby włączyć koguta, ale szef nie lubił tego robić, pozwalał na to tylko w ostateczności.
Marian przyglądał siężonie. Na jej twarzy nie było widać nawet cienia zmęczenia po wspólnie spędzonej nocy. Wypiękniała. Czy po nim także można było spostrzec,że tej nocy uległ przemianie? Jeśli Filip zauważył, nie da znać po sobie - pomyślał Patek, tak samo jak nie pokazał zdziwienia,że po raz pierwszy wziął Krystynę w służbowy wyjazd.
Po chwili znaleźli się na Wiejskiej. Już z dala dostrzegł stojącego na chodniku Rafała Makowskiego, kolegę ze swojego byłego klubu poselskiego, który chciał wykorzystać możliwość szybkiego dostania się do domu. Mieszkał w Katowicach-Piotrowice, więc sprawienie mu tej grzeczności nie stanowiło wielkiego problemu. Po drugie Patek pragnął zapoznać Rafała z zebranymi dotąd materiałami w sprawie Fundacji na rzecz Oddłużenia Zagranicznego i wysłuchać jego opinii. Mógł to zrobić, nie obawiając się przecieku, i tak dzisiaj wieczorem Leon Kosowski obwieści te rewelacje całemuświatu.
Lanicia zatrzymała się na wysokości nowego pasażera, Filip wyszedł z samochodu, aby otworzyć bagażnik, a raczej asystować przy tej czynności, bo otworzył go od wewnątrz. Makowskiego zdążył już poznać, wiedział,że lubi aby traktować go z - jak oni to lubią mówić - atencją.
- Proszę, panie pośle - uniósł klapę i pozwolił, aby ten włożył do wnętrza czarny neseser.
Kwadrans później opuścili rogatki Warszawy, udając się w kierunku Katowic. Doskonała pogoda i jeszcze lepsza znajomość trasy, wprawiła Filipa w dobry humor. Lubił swój fach, szybka jazda dawała mu poczucie wolności. Był w tej uprzywilejowanej pozycji niż inni kierowcy na trasie,że nie musiał się przejmowaćłapiącymi na radar policjantami. Mimo upływu lat taka bezkarność ciągle go cieszyła. W duszy nadal czuł się małym chłopcem lubiącym szybką jazdę samochodem i broń. W porównaniu ze swoimi starymi kumplami wydawał się być nadgorliwcem wćwiczeniu strzelania, należał do stałych gości na strzelnicy, a wyniki jakie uzyskiwał ucierały nos niejednemu młokosowi.
- Filip, zrób głośniej radio - usłyszał Patka.
Posłusznie wykonał polecenie, wiedział,że szef pragnie przekazać coś na ucho Makowskiemu. Zupełnie niepotrzebnie, bo nie miał najmniejszej ochoty na podsłuchiwanie ich. Wbrew temu co sądzą zwykli ludzie rozmowy dostojników państwowych sąśmiertelnie nudne i banalne.
- Przejrzyj - Patek przekazał koledze tekturową teczkę.
Ten wziął ją od niechcenia, raczej z grzeczności niż z ciekawości. Tony papierów do przejrzenia i opracowania zostawił w Warszawie, nie miał ochoty na męczenie oczu i umysłu kolejnymi zadrukowanymi kartkami. Lecz już po pierwszej stronie zrozumiał,że trzyma w rękach bardzo interesujący materiał. Z minuty na minutę całkowicie pochłonęła go treść dokumentów. Gdyby otrzymał je od kogoś innego, uznałby za fałszywkę, kolejną prowokację, uwiarygodnioną kilkoma luźno powiązanymi faktami. W gardle poczuł suchość i zaczął się pocić. Kiedy zakończył lekturę czuł się, jakby przygniótł go wielki głaz.
- Czy ten Falkiewicz jestŻydem? - zapytał Makowski.
Patek drgnął. Wiedział o ksenofobicznym stosunku znajomego do innych narodowości, a zwłaszcza niechęci doŻydów, ale co ma piernik do wiatraka!
- Raczej był. Dwa miesiące temu umarł na zawał serca. Młody chłopak, trochę nawiedzony, ale nosiłłeb na karku.
- Jeden z tych, któremu grób wykopała praca - wtrącił Makowski, tym razem na tyle ochłonął,że przeszedł do rzeczy. - I co zamierzasz z tym zrobić?
- A jak myślisz? - Patek postanowił odpowiedzieć pytaniem na pytanie.
Makowski uśmiechnął się, zawsze podziwiał Mariana za jego umiejętność wychodzenia ze słownych potyczek. Podziwiał go także za twardy charakter. Nigdy nie słyszał,żeby ugiął się przed szantażem. Swoich poglądów bronił do upadłego. Na kompromis szedł w ostateczności. I pomyśleć,że tacy ludzie się marnują - ciągnął rozważania Makowski. - Kto został naszym pierwszym premierem? Kunktator, gotowy do kompromisu we wszystkim i ze wszystkimi, bojący się podjęcia zdecydowanych i jednoznacznych decyzji. Panicznie obawiający się sowietów. Czy ludzie pamiętają jeszcze,że pierwszym Ruskiem, którego oficjalnie przyjął był szef KGB - Kriuczkow? Po spotkaniu, ta Mumia, miała twarz białą jak kreda. Brakowało jeszcze tego,żeby zemdlał, jak w czasie wygłaszania swojego expose. Był to najgorszy z możliwych premierów, zupełnie nie dorósł do wymogów tamtych czasów. Mąż stanu, cholera. Ja i taki Patek przerastamy go o dwie długości.
- Już samo wyjawienie tego wywoła burzę - po chwili milczenia odezwał się Makowski, a jeśli wziąć się za rozpracowanie całej sprawy do końca, oznaczałoby to dla wielu przejście na długi więzienny wikt, a w najlepszym razie politycznąśmierć. To afera zdziesiątkuje...
- Drodzy, czy wy na chwilę nie możecie zapomnieć o obowiązkach - wtrąciła się Krystyna Patek, wtapiając się swoimi oczami w oczy męża.
Nie po to ją zabierał, by teraz... - skarcił się w myślach Marian. - Chrzanić to wszystko!
Nagle zdał sobie sprawę,że dokonał wyboru. Po tej sprawie wycofuje się ostatecznie.


Orzeł ma dziób zwrócony w prawą stronę, ale ja zawsze patrzę w lewo i zrobię wszystko, aby sprzątnąć z powierzchni tościerwo! Znam dobrze wasze mordy. Gdyby nie sentymenty w 81, dzisiaj nie musiałbym ganiać za wami.Żymowski nie musiałby się was bać - myślał Czarny, zapalając kolejnego papierosa. W czasie akcji wypalał ich potworną ilość, była to jedyna oznaka trawiącego go napięcia.
Marek Piotrowski był człowiekiem, który nigdy nie mógł pogodzić się z tym, co wydarzyło się w 1989 roku. Nie ukrywał goryczy do generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, uważał,że zdradzili swoich ludzi, dzięki którym mogli trwać u władzy. Przez piętnaście lat z oddaniem i poświęceniem służył im, uczciwie pracując jako oficer w służbie bezpieczeństwa, a teraz był człowiekiem ?naznaczonym?, godnym wyłącznie pogardy a nie szacunku. Wielu jego kolegów i przyjaciół z firmy zapłaciło za to rozpadem małżeństw, alkoholizmem. Zrujnowano imżycie. Wyrzucono ich poza nawias społeczeństwa.
Czarny nie przeszedł pomyślnie weryfikacji i został wykluczony ze służby. Nikt nie przyszedł do niego z pytaniem, czy nie potrzebuje pomocy. Nikt z tych, którzy powinni to zrobić. Z obrzydzeniem patrzył na ludzi, którzy wymienili jeden szyld na drugi i obecnie chcieli być świętsi odżony Cezara. Obecnie słyszał od nich,że to o co walczyli ich nie obchodzi. Kiedy TomaszŻymowski złożył mu propozycję współpracy, tak jak i innym wybranym kolegom z jego wydziału, nie zastanawiał się, przyjął ją bez oporów. Zdawał sobie sprawę,że konsekwencją tego wyboru będzie całkowite zerwanie więzów z normami i prawami, jakim podlegażycie w społeczeństwie. Upokorzenie, jakie doznał było zbyt duże, aby nie pozostawić w nim urazy i gniewu. Całe społeczeństwo, a nie jak dotąd było, jego mniejsza część, stało się jego wrogiem.
Błyskotliwa inteligencja, spryt, doskonale opanowana umiejętność użycia broni i walki bez niej, przeszkolenie w posługiwaniu sięśrodkamiłączności, umiejętność wykrywania i zakładania podsłuchu, wiedza o niekonwencjonalnych metodach wydobywania wiadomości lub uśmiercania przeciwnika, doświadczenie w porwaniach, zastraszaniu i sabotażu, to wszystko zostało użyte w innym celu niż pragnęli tego nauczyciele Marka Piotrowskiego.
Żył znów wśród ludzi podobnie myślących jak on, ludzi którym nic nie pozostało z dawnej wiary, poza gorzkimi wspomnieniami i poczuciem bycia oszukanym.Żył wśród ludzi, którzy pragnęli choć w wąskim zakresie czuć do siebie zaufanie i wierność, ludzi, dla których lojalność nie była pustym słowem.
Do dzisiejszego dnia przygotowywał się przez kilka tygodni. Opracowanie planu było rzeczą najprostszą, to jego wykonanie sprawiało najwięcej trudności. Nie były jednak tak duże jak zakładał. W końcu stało się jasne,że musi zakończyć się sukcesem.
Wiedział,że powinien pozostać w Warszawie, a nie ruszać za nimi. Teraz już nic od niego nie zależało. Na nic nie miał wpływu. Jednak nie potrafił odmówić sobie widoku, satysfakcji jaka mu będzie towarzyszyła, gdy tościerwo rozwali się na kawałki. Czarny sycił się swoją wiedzą, on wiedział co się stanie a ofiary było niczego nieświadome.
Spojrzał na zegarek, a następnie na wskaźnik prędkości
- Czy ten kutas zawsze tak wolno się wlecze - rzekł zirytowany na głos.
A może specjalista okazał się być gównianym specjalistą? Budowa samego mikroładunku, który umieszczono w pobliżu przedniego zawieszenia, nie wzbudzała zachwytu swoją genialnością. Do jego wykonania użyto plastyczny materiał wybuchowy Samtex, mikrozapalnik, wkład do długopisu, bateryjkę, dziesięć centymetrów izolowanego kabla, taśmę izolacyjną i kroplę rtęci. Całość mieściła się w pudełku od zapałek, nie ważyła więcej niż trzydzieści dekagramów. Tak skonstruowanyładunek wybuchowy z zapalnikiem bezwładnościowym, miał spowodować eksplozję po przekroczeniu prędkości 120 km/h.


Filip od dłuższego czasu uważnie obserwował grafitowego Forda Sierrę, jadącego za nimi, samochód zaczął go niepokoić. Po raz pierwszy zauważył go przy wylocie z Warszawy i od około dwóch godzin, jak przyklejony, podążał za nimi w odległości dwustu, trzystu metrów. Oczywiście zakładał,że gość także jedzie w tym samym kierunku, ale nos wywiadowcy podpowiadał mu,że coś tu jest nie w porządku. Nigdy nie miał manii prześladowczej, poczucia byciaśledzonym, no, może na początku służby, ale po tylu latach całkowicie wyleczył się z zawodowych urojeń. Kolejny raz zerknął we wsteczne lusterko i zwolnił. Ford jechał za granatowym Polonezem, który natychmiast zbliżył się do Lancii. Filip zwolnił jeszcze bardziej i zaskoczony, wypełniony dumą ze swoich umiejętności prowadzenia pojazdu, kierowca Poloneza wyprzedził go. Obserwował reakcję Sierry. A jednak... Stawiał dziesięć do jednego,że miał za sobą kogoś, kto z tylko sobie wiadomych przyczyn ichśledził. Zawahał się, czy nie wspomnieć o tym szefowi, ale nie chciał wyjść na głupca, postanowił jeszcze raz sprawdzić klienta. Nacisnął pedał gazu i po niespełna minucie wziął się za wyprzedzanie ?Poloneza?. Kiedy go minął na liczniku wskazówka wychyliła się poza 130 km/h, przed nim wlókł się Star, zwiększył prędkość.
Marian Patek spojrzał zdziwiony na Filipa, który zaczął wyprawiać harce na drodze. Był to najbardziej zrównoważony kierowca jakiego kiedykolwiek spotkał wżyciu. Już miał się odezwać do niego, karcącym głosem, gdy...
Lancia przeszła z prawego pasa na lewy i nagle zatrzęsło nią.
Filip poczuł uderzenie w prawy bok samochodu, tak mu się przynajmniej wydawało, było to tak silne uderzenie,że na nic zdały się jego rozpaczliwe próby opanowania pojazdu, stracił całkowicie władzę nad kierownicą. Tylko spokojnie, może jeszcze się uda chwycić skurczybyka za uzdę! Spojrzał przed siebie, czarne BMV zbliżało się w ich stronę coraz szybciej, na szczęście przeciwległe pasy jazdy były oddzielone.
Jest szansa! - przeszyła go optymistyczna myśl.
- Cholera! - krzyknął Filip, samochód nadal nie reagował, na jego próby zmiany kierunku jazdy; jegożołądek skamieniał.
Pomyślał, czy nie zastosować numeru z hamulcem ręcznym, obracając samochód w bok, aby uniknąć czołowego zderzenia, ale Patek właśnie siedział z boku, za jego fotelem, w najgorszym z możliwych miejsc w samochodzie. Był bezsilny na bezwład materii. Nie pozostało mu nic innego niż zamknąć oczy, gdy maski Lancii i BMV oddzielały już centymetry, na modlitwę nie było czasu.

I I I.

( wrzesień 199... )

4

Marcel odłożył w połowie opróżnioną filiżankę kawy i spojrzał na leżący obok notatnik. Otworzył go i pierwsze, co ujrzał to: numer telefonu uzyskany wczorajszej nocy od tajemniczego znajomego. Była za kwadrans dziesiąta. Teraz nie miałby problemu z ustaleniem, do kogo należy zastrzeżony numer, mógł skorzystać z pomocy dziewczyny, dawnej znajomości, do której nieraz już zwracał się z taką prośbą.
Czemu nie sprawdzić, zapytał siebie?
Cztery minuty później, znając już dane właściciela telefonu: imię, nazwisko i adres, kazał dziewczynie jeszcze raz dokładnie sprawdzić, zacisnął mocno palcami powieki, powtarzając sobie,że to niemożliwe. Pozostałość poźle przespanej nocy, resztka koszmaru sennego, musi się obudzić. Kiedy jednak otworzył oczy, nie pozostało mu nic innego jak stwierdzić,że to wszystko jest rzeczywistością.
Wybiegł z mieszkania i chwilę później odpalał swoje Volvo 246 GL, rupiecia, którego dawno powinien się pozbyć, ale ponieważ darzył go sentymentem - był to pierwszy samochód, jaki sobie kupił - odkładał na bliżej nieokreślony czas moment nieuchronnego rozstania. Ostatnio w ogóle nie znosił rozstań i pożegnań. Przebrnięcie do centrum miasta okazało się nie tak kłopotliwe, jak się spodziewał. W związku z budową Metra, naprawami ciągle psującej się kanalizacji, zakorkowanymi ulicami, jazda po Warszawie zawsze wywoływała mniejszy lub większy stres, a zwłaszcza, gdy ktoś sięśpieszył, tak jak on obecnie. Nawet z miejscem na zaparkowanie pojazdu nie było kłopotu, znalazł je tuż pod redakcją.
Kamienica, w której mieściła się redakcja była w remoncie. Rusztowania pokrywały frontowąścianę aż do samego dachu; nażadnym z nich nie można było zauważyć robotnika. W tym tempie nie wyrobią się do wiosny, skomentował Marcel i zginął wświeżo odnowionej klatce schodowej.
- Marcel, dobrze,że jesteś. Szef chce się z tobą zobaczyć - zaraz po przekroczeniu progu redakcji, doszedł go głos asystentki naczelnego. Najpiękniejszej dziewczyny na tym piętrze, o której można było powiedzieć na pewno jedno,że długo nie zagrzeje tutaj miejsca, traktując je, jako odskocznię do czegoś lepszego.
- Właśnie do niego się wybieram - odparł zbliżając się do niej. - To kiedy siężegnamy? Jak ustalenia z prezesem Stołowskim? - nawiązał do jej spotkania z prezesem Polskiego Banku Handlowego, którego stał się przypadkowymświadkiem. Marta zaczerwieniła się lekko, ale szybko odzyskała pewność siebie.
- Jeszcze nikt o tym nie wie - powiedziała w sposób, który miał mu powiedzieć,że nie chce, aby się o tym ktokolwiek dowiedział, wcześniej niż ona to zamierza ujawnić.
- Rozumiem - odparł i w myślach dodał: Cwana bestia. Piękna bestia! Będzie to kolejna asystentka, która pozostawi szefa samotnego na morzu. Niezmieni się to dopóki nie zatrudni starszej lub brzydszej dziewczyny albo zacznie wreszcie przyzwoicie płacić. W to ostatnie sam nie wierzył. - Nic nie widziałem i nie słyszałem. Jest u siebie?
Przytaknęła głową i przez interkom zapowiedziała Marcela.
Naczelny był mężczyzną w sile wieku, czyli takim który zaczął martwić się coraz bardziej powiększającym się brzuszkiem i rzednącymi włosami. Wysoki, z twarzą przypominającą Włocha, w dobrze skrojonej i leżącej na nim marynarce, zawsze zadbany ( pod tym względem zupełne przeciwieństwo Michnika ), mógł nadal się podobać kobietą. Marcel stwierdził,że tak jak i jego asystentka, miejsce te traktuje jako pewien etap w karierze. W przyszłości zajmie się polityką, a raczej powróci do niej, szybko siebie sprostował. Marek Małżyński miał za sobą dobrze zapowiadającą się karierę polityczną przed 1989 rokiem, która w związku z nagłymi przemianami zaprowadziła go wślepą uliczkę. Natychmiast jednak założył z kilkoma zaprzyjaźnionymi biznesmenami tygodnik, któremu udało się szybko dobić do czołówki tytułów prasowych. Kajkowski nie potrafił go rozgryźć, wszystko wskazywało,że powinien być to tygodnik jednej opcji, postkomunistycznej, jakby niektórzy powiedzieli, lecz publikowana w nim duża ilość artykułów mocno uderzających w swoją dawną mateczkę-partię, w ludzi związaną z nią, zaprzeczała temu. Nie można go też było nazwać miłośnikiem prawicy. Człowiek centrum, tak lubił siebie określać? W to Marcel nie wierzył. W Polsce długo jeszcze nie będzie mowy o prawdziwych partiach centrowych. Nazwa partii i jej deklarowana orientacja nijak się miało do praktyki, jaką stosowały w rzeczywistości. To się długo jeszcze nie zmieni...
- Siadaj - naczelny zrobił pół obrotu na swoim skórzanym fotelu, prezydenckim fotelu, jak dodawał, nawiązując do tego,że podobny ma głowa naszego państwa.
Kajkowski zajął miejsce na skórzanej sofie i oczekiwał na to, co ma do powiedzenia pryncypał. Ze swoimi rewelacjami zamierzał poczekać. Małżyński od razu przystąpił do rzeczy:
- Twój tekst nadaje się do kosza. Nie tego od ciebie oczekiwałem. Rozmawiałeś z Kosowskim?
- Tak. Ale wspominałem już kiedyś,że z nim jak i z resztą członków tej partii mam na pieńku.
- Tak jak ze wszystkimi - naczelny wbił mu szpilę z uśmiechem na ustach, ale nie był to przyjacielski uśmiech.
- Wycisnąłem wszystko co się dało ze zdobytych przeze mnie informacji. Patka nie odwołają, chociaż faktycznie zamierzali. A z tego, co wiem o nim, nie ulegnie naciskom.
Małżyński zdjął okulary, przetarł oczy palcami i odezwał się:
- Kiedy cię zatrudniałem byłeś nadzieją polskiego reportażu, a teraz... Rozumiem, kłopoty prywatne. Ale to już trwa kilka miesięcy. Za długo, Marcel. Twoje teksty sięgnęły dna, byle stażysta pisze z większą ikrą. Jeśli dalej tak się będzie działo będziemy musieli się rozstać.
Kajkowski poczuł się jakby uderzono go obuchem włeb. To, co usłyszał nie było formalnie wypowiedzeniem, ale faktycznie to oznaczało. Znał za dobrze swojego szefa. Jedną z jego cech była taktyka węgorza: wił się, unikał mówienia wprost, szedł w zaparte do końca, aż człowiek dowiadywał się,że... No cóż, mógł się tego spodziewać. W duchu przyznawał mu rację, dawno nie dostarczył materiału, który mógłby pociągnąć cały numer, a tego od niego oczekiwano zatrudniając. Wypalonych, z problemami dziennikarzy jest w nadmiarze. To zawód pełen pokiereszowanych i sfrustrowanych ludzi. Dlatego naczelny przyjał taktykę zatrudniania młodych, jako pierwszy w Polskiej prasie nie bał się powierzenia ważnych tematów neofitom zawodowym. W tym tkwiła tajemnica sukcesu jego tygodnika. Obecnie konkurencja zaczęła stosować podobną zasadę, ale nadal nie istniało pismo, które dawało takie możliwości początkującemu dziennikarzowi.
- Chcesz coś powiedzieć? - zapytał Małżyński.
Kajkowski zaprzeczył głową, o swoich rewelacjach nie miał mu co teraz wspominać, a raczej nie miał siły.
- Tekst idzie? - zapytał.
- Dałem go młodemu, będzie współautorem.
Potwierdziło to tylko przekonanie Marcela,że przed utratą miejsca pracy może uchronić go tylko cud. Cud? Roześmiał się w duchu. Od dawna wszystko waliło mu się na głowę,świat przestał być tym samym obliczalnymświatem, jaki znał. Na cud nie liczył.
Podniósł się, z trudem wykrzesał z siebie uśmiech - skurczybyk nie ujrzy w nim przegranego faceta, pomyślał Kajkowski. Odejdzie bez awantur. Cholera, ma przecież gdzie wracać...


Żymowski siedział w swoim apartamencie hotelowym wraz z Chińczykami, częścią rządowej delegacji Chińskiej Republiki Ludowej. Podawano właśnie kawę, na chwilę umilkła wymiana zdań w języku angielskim i rosyjskim, poprzetykana polskimi słowami ( niektórzy członkowie delegacji znali lepiej niż do tego się przyznawali język polski) i w powietrzu pojawił się piskliwy chiński. Jego wzrok powędrował w stronę otwierających się drzwi, w których pojawił się jego asystent, prawa ręka, zausznik, Jan Siwek; oczami dał znaćże ma do przekazania ważną wiadomość.
Żymowski przeprosił wszystkich i opuścił towarzystwo, przechodzącśladem Siwka do jednego z pozostałych trzech pokoi, wchodzących w skład apartamentu, w którym siedział na sofie Krzysztof Dzielski: w rękach trzymał szklankę whisky, z którą postąpił barbarzyńsko, mieszając ją z colą. Twarz miał zimną, a piwne oczy zerkały przebiegle.Łyska czaszka i wysoka, dobrze zbudowana sylwetka sprawiały,że raczej wyglądał na człowieka, którego za wszelką cenę się unika, a nie uważa za godnego szcunku polityka.
- Tomaszu, pozwoliłem sobie zaprosić do nas Krzysztofa, aby zreferował nam, myślę,że interesującą sprawę - wyjaśnił Siwek.
Z niechęcią wyciągnął rękę, witając się z gościem, którego nie chciał widzieć na oczy, ale jeśli Jan go sprowadził, i to właśnie w tym czasie, gdy musiał zmagać się zżółtkami, którzy poprzez jego firmę chcieli zainwestować na Wybrzeżu, musiała być ku temu ważna przyczyna. Szybko przypomniał sobie, co wie o Dzielskim: Obecnie był posłem, a wcześniej pracownikiem służb specjalnych. Sprostowanie: nadal babrał się w tej firmie, ale już nieoficjalnie. Posiadał o nim mało informacji, za mało!
Usiadł na fotelu i rzekł: - Zamieniam się w słuch.
Krzysztof Dzielski ku jego zaskoczniu nadzwyczaj krótko i treściwie zreferował mu to, co miał do przekazania: Niejaki Marcel Kajkowski z tygodnika ?Reporter? zgłosił wczorajszej nocy,że jest szykowany zamach na szefa NIK, Mariana Patka. Sprawa trafiła właśnie do BOR-u.
Żymowski, natychmiast spojrzał na zegarek: była wpół do dwunastej. Pomyślał,że teraz już nic się nie da zrobić. Kiedy do roboty zabierał się Czarny, wiedział,że wszystko odbędzie się jak w szwajcarskim zegarku.
- Czy to wszystko? - zapytał Tomasz.
Dzielski wpierw przepłukał gardło zawartością szklanki, zanim zaczął mówić:
- Patek pojechał dzisiaj do Katowic, wziął ze sobą Makowskiego i żonę. Wysłano informację na miejsce, aby zapewnić mu ochronę policyjną. To jeden z tych ideowców, którzy zrezygnowali z pełnej ochrony - ostatnie zdanie zostało wypowiedziane w sposób nie pozostawiający cienia, co o takim postępowaniu myślał wypowiadający je autor. Żymowski po raz pierwszy tego dnia poczuł,że ma serce, zaczęło mu mocniej bić. Cztery trupy, o kurwa! Nie chodziło o to,że coś to w ogóle zmieniało, jeden w tę drugi w tamtą, aleśmierć dwóch oficjeli zostanie dobrze sprawdzona, jeszcze dokładniej niż w przypadku pojedynczejśmierci Patka. - Dwie godziny temu przyszła wiadomość,że samochód Patka uległ wypadkowi.
- Ktoś zginął - zapytał Tomasz.
- Wiadomo,że są dwa trupy, ale nie wiadomo kto przeżył.
Jeszcze lepiej! pomyślał. Gdzie jest, kurwa, Czarny? Jeśli Patek przeżył... Spokojnie, bo jeszcze ten dupek Dzielski, czegoś się domyśli - skarcił siebieŻymowski. A może już się domyśla? Nie ważne, teraz należy wziąć sprawę w swoje ręce. Czarny miał załatwić,że zanim samochód trafi włapska specjalistów rządowych, na pewno przywiozą go do Warszawy,śladyświadczące o... zostaną usunięte. Nowym problemem, czymś nieoczekiwanym jest ten dziennikarzyna, który kilkanaście godzin wcześniej dowiaduje się o zamachu i zgłasza to na policję. Dawniej nie stanowiłoby to problemu, nikt nie puściłby słowa bez zgody, ale teraz, kiedy gryzipiórki uważają się za czwartą władzę, sprawa się komplikowała. Wreszcie zrozumiał, dlaczego Siwek sprowadził tego bufona, uważającego się z najlepszego specjalistę od służb specjalnych w tym kraju. Rzeczywiście, będzie im potrzebny.
- Rozumiem,że możemy liczyć na bieżące informację w tej sprawie - rzekł.
Krzysztof Dzielski napuszył się od wypierającego go poczucia człowieka, który wiele może i odparł:
- Oczywiście, z Janem jedliśmy chleb z nie jednego pieca. Szkoda,że się pan wycofał z polityki. Czasy teraz nie najlepsze, ale to tylko przejściowy okres. Odbierzemy swoje.
Żymowski uśmiechnął się, każdy lubi być chwalony, nawet jeśli robi to taki dupek jak Dzielski.
- Na pewno - spojrzał wymownie na zegarek. - Przeproszę was teraz, ale mam gości.Żółtki przewrażliwione są na punkcie własnej wartości.
Pożegnał się i oddalił do towarzystwa, którego rzeczywiście pozostawił zbyt długo samotnie. Będzie to musiał odrobić. Chińczycy dostaną obfitsze prezenty, co wynagrodzi im ujmę na ich honorze.
Siwek z Dzielskim spojrzeli po sobie taksującym spojrzeniem.
- Naleję także sobie - Jan podszedł do barku i napełnił szklankę whisky, dolewając wody sodowej. Przed sobą miał za zadanie dokończenie tego, co rozpoczął szef. Ustalić warunki współpracy i ostatecznie dobić transakcję.
- Czy coś wiesz o tym Kajkowskim? - rozpoczął.


Tak, miał gdzie wracać, pomyślał Marcel. Ale była to gorzka myśl. Po drugie nie czas rozdzierać szaty i szykować szyję pod nóż gilotyny. Egzekucja nie nastąpi wcześniej niż za miesiąc. Małżyński nie będzie chciał mu strzelać w plecy i rozwiążą umowę za porozumieniem stron. Ma co najmniej dwa, może trzy miesiące. Nie pora jeszcze na czarną rozpacz - przekonywał siebie bez większego przekonania. Nalał sobie kubek kawy z ekspresu, dolał mleka i podszedł do stanowiska, przy którym siedział młody.
Maciek Tarkowski miał irytującą pewną siebie twarz, co stanowiło zaprzecznie jego delikatnym, prawie dziewczęcym rysom twarzy. W czasie pierwszego spotkania Marcel nie był pewny męskości nowego kolegi, długie gęste kędzierzawe blond włosy i zmysłowe pełne usta, dopełniające całości jego wyglądu, wprowadzały nieufność.
Na ekranie jego komputera zauważył swój tekst. A więc już zajął się dokonywaniem zmian. Zaciekawiło go, co ma nowego do powiedzenia w sprawie dymisji Patka?
- Witam - stanął z boku, po jego prawej stronie.
Młody miał zażenowaną minę, tak jakby został przyłapany na robieniu czegoś niegodziwego. Jeszcze nie osiągnął umiejętności maskowania skrupułów.
- Jakieś nowe informacje - Kajkowski przeszedł do rzeczy.
- Nie, przeredagowuję tekst. Znajduje się w nim kilka informacji, które są zbędne.
No, no... - pomyślał Marcel. - Chłopiec czuje się na tyle dobry,że obrabia cudzy materiał bez konsultacji. Prawdopodobnie w ogóle nie zapoznał się dokładnie z tematem.
- Skąd wiesz,że było spotkanie w Sejmie, na którym mówiono o ewentualnej dymisji Patka? - zainteresował się Tarkowski.
- Jak będziesz robił dłużej w tym fachu, zdobędziesz swojeźródła - postanowił utrzeć nosa młodemu.
- Oby były wiarygodne - odciął się pyszałkowato.
Marcel rozumiał,że obowiązuje prawo buszu, prawo Kalego, ale chłoptaś trochę przesadzał. Jeśli nie zmieni swojego stosunku do ludzi, będzie mu trudnożyć i dojść do czegoś wświecie, w którym koleżeństwo przekłada się na układy, bez których... A może się mylił. Tylko tacy jak młody, bezczelni, bez oporów mieli szansę odnieść sukces.
- To powinno was zainteresować - pojawił się przy nich szef dział krajowego, z papowską depeszą, którą pozostawił przy komputerze.
Młody nawet nie spojrzał na przekazaną informację. Tacy jak on zawsze mają czas! Kajkowski wziął depeszę do ręki i zaczął czytać. Po każdym następnym słowie bladł i dobrą chwilę zajęło mu otrząśnięcie się z szoku. To wszystko stawało się niewiarygodne!
- Możesz sobie darować obrabianie tekstu, nieaktualny - zwrócił się bezceremonialnie do Maćka, kładąc mu depeszę na klawiaturze. Sam udał się prosto do gabinetu naczelnego.
Młody, zdezorientowany, dwa razy musiał przeczytać krótką informację, by dotarł do niego sens tego, co się wydarzyło.


- O, kurwa! - wyrzucił z siebie Roman Petrycki, po wysłuchaniu komunikatu w radiu o wypadku samochodowym, w którym zginął prezes NIK, Marian Patek i poseł Rafał Makowski.
Natychmiast rozległ się telefon w jego mieszkaniu. Roztrzęsiony podniósł słuchawkę.
- Słyszałeś - od razu zaczął mówić Krzaczek.
Ten nie zdążył dokończyć koledze: - Tak. Mogą się nam teraz dobrać do dupy.
- Niby z jakiej racji, przecież to był wypadek.
- Gość nam zgłasza możliwość zamachu i dziewięć godzin później mamy dwa trupy. Wierzysz w przypadek?
- Zrobiliśmy swoje. Zgłoszenie odnotowane? Odnotowane. Rano poinformowano kogo trzeba? Poinformowano - uspakajał siebie Krzaczek.
- I chuj z tego, powiedzą,że powinniśmy natychmiast, coś z tym zrobić. Kurwa, przecież zgłaszał nam to gryzipiórek, a ci tego nie popuszczą.
- Tak albo i nie - odezwał się po chwili zastanowienia Krzaczek.
- Nie rozumiem?
- A może komuś bardzo zależało, aby ten Patek wylądował na Powązkach?
- Tym gorzej dla nas, jeśli raz wsadziszłapę w gówno, rękę zawsze masz obsraną. Musimy się spotkać i obgadać sprawę, trzeba trzymać jedną linię.
- Myślisz,że to chłopcy z dawnej firmy?
- Skończmy pieprzyć po kablu, przyjeżdżaj!
Petrycki nie do końca rozumiał, skąd w nim wziął się taki silny niepokój. Bał się, po prostu się bał! Chciałby móc tak jak Krzaczek podejść do wszystkiego z lekceważeniem. Różnica między nim była jednak znaczna. Krzaczek zatrudnił się w policji w 1990 roku, a on pracował w służbie już tyle lat,że nie jedno widział i o nie jednym słyszał. Wraz z Krzaczkiem mogli stać się dla kogoś niewygodnymi osobami. Kurwa, co się z nim dzieje? Przecież to mógł być zwykły wypadek, a nawet gdyby to co...?
Mieszkanie rozdarł dzwonek u drzwi.
Kiedy Rafał poczłapał w ich stronę i zajrzał w wizjer, omal nie zemdlał. Serce podskoczyło mu do gardła. Po otwarciu drzwi dwóchżółtodziobów mignęło mu prze oczyma jakimiś legitymacjami i weszło bez pytania do domu, zamykając za sobą drzwi.
- Proszę się ubrać, pojedzie pan z nami - nakazał tonem nie dopuszczającym sprzeciwu najmniejszy z nich, o rzadkich przylizanych rudych włosach.


- Możemy ją traktować jako zakończoną - Marek Małżyński uciął rozmowę.
Marcel wstał i wyszedł, z trudem powstrzymując się z wypowiedzeniem na głos soczystej wiązanki słów, jaka utkwiła mu w gardle. Zreferował naczelnemu wszystko dokładnie od początku: tajemniczy telefon do redakcji, spotkanie w hotelu, w czasie którego dowiedział się o planowanym zamachu na Patka; o zastrzeżonym numerze telefonu i zgłoszeniu na policję. Oczywiście wszystko mogło być zbiegiem okoliczności. PAP wyraźnie donosił o wypadku samochodowym, ale należało pójść tymśladem, zająć się nim poważnie, a nie traktować jakby to była wiadomość o wylądowaniu UFO w Warszawie. Nie mógł zgodzić się z lekceważącym stosunkiem do całej sprawy.
Małżyński patrzył jak Kajkowski opuszcza jego gabinet. Przed nim leżał brulion, w którym zapisał numer telefonu należącego do Patka oraz nazwisko oficera dyżurnego, któremu Marcel zgłaszał sprawę. Nieprawdopodobna historia. Tylko dlaczego przychodzi do niego z tym teraz, gdy wiadomo o wypadku samochodowym Patka, a nie wspomniał nic w czasie poprzedniej rozmowy. Czyżby uważał,że klecąc na szybko niewiarygodną historyjkę, zatrzyma go. Kajkowski wydawał się być kolejnym kandydatem do czubków. Niedługo dowie się,że porwały go tajemnicze siły, parsknął w duchu. Czyżby tak bardzo pomylił się w ocenie Marcela, którego uważał za zrównoważoną i rozsądna osobę, doskonale radzącą sobie z piórem. Jego reportaże naprawdę były dobre! Dał mu czas do następnego numeru, aby zebrał przekonywujący materiał. Dziesięć dni, po których sam miał dojść do wniosku,że się skompromitował i bez słowa skargi rozwiązać z pismem umowę o pracę.
Buczenie i migająca lampka na aparacie telefonicznym wskazująca linię wewnętrzną, przerwała mu potok myśli. Włączył zewnętrzny głośnik, z którego popłynął głos Marty:
- Szefie, poseł Krzysztof Dzielski,łączyć?
A ten czego chce?
- Witam posła - odezwał się Małżyński.
Dzielski był nadzwyczaj uprzejmy, nazbyt uprzejmy, prosił o jak najszybsze spotkanie. Marek pomyślał o relacji Kajkowskiego i od razu obecny telefon powiązał z jej treścią. A może miał rację? Wyglądało na to,że liczy się pośpiech, więc nie powinien wykręcać się napiętym kalendarzem spotkać i umówić się natychmiast.
- To wpadnij do mnie? - zaproponował Marek.
- Wolałbym na neutralnym gruncie.
- Europejski?
- W porządku - zgodził się Dzielski.
- To za godzinę w Europejskim - pożegnał się Małżyński.


Patrząc na twarzeżółtków TomaszŻymowski, z trudem narzucał na swoją twarz maskę promieniującego szczęściem człowieka. A zżółtych gęb kurdupli, jak na złość nie schodził uśmiech. Po raz kolejny musiał przyznać,że nie spotkał jeszcze lepszych negocjatorów niż Chińczycy i Japończycy. Nie rozumiał skąd brało się zadufanie Europejczyków i Amerykanów, mniemanie o swojej wyższości nad innymi narodami. Nie potrafił wyzwolić się od myśli,że być może nie wytrzymał napięcia i dał upust tej gorszej i głupszej części człowieka, która utrzymuje nas w przekonaniu o nieomylności i naszej bezkarności. Jeszcze raz szybko rozważył wszystkie argumenty za i przeciw. Nie, kurwa, inaczej się nie dało, facet musiał zginąć. Do nowych wyborów, w których badania sondaży premiowały jego ludzi, było nazbyt dużo czasu, wystarczająco wiele, aby dobrano się mu do dupy. Musiał się bronić, nie miał innego wyjścia.
Po raz pierwszy spojrzał na jedną ze stojących na stole butelek whisky Chivas Regal, w której znajdował się prawdziwy wysokoprocentowy bursztynowy płyn, a nie barwiona woda, którą co jakiś czas dopełniał swoją szklankę. Dwa lata temu przezwyciężył trwający od co najmniej dwudziestu lat alkoholizm. Było to kilka dni, po tym jak przegrał wybory do Sejmu. Przegrał pierwsze w swoim życiu wybory! Zdał sobie sprawę, że wpadł w polityczny niebyt. Nagle przed aparatczykiem, tak aparatczykiem, zamknął się świat! Pił przez wiele dni i nie trzeźwiał. Czasami tylko odzyskiwał na chwilę świadomość, odnotowując miejsce, w którym przebywał. Zazwyczaj były to pokoje hotelowe lub obskurne mieszkania, należące do ludzi z półświatka. Jak się w nich znajdywał, nie potrafił powiedzieć. Pewnego dnia obudził się w zszarzałej pościeli, obok młodej dziewczyny i rozejrzał po nędznym pokoju. Dziewczyna także się przebudziła, opowiedziała mu dokładnie przebieg dwóch ostatnich dni, które świeciły pustką w jego pamięci. Nie działo się nic szczególnego - obłąkańczo pił. Do dzisiaj nie rozumiał, dlaczego zaczął opowiadać o swoimżyciu. Jeszcze nikomu dotąd nie wyjawił o sobie tyle prawdy, co jej. Przyznał,że jest człowiekiem, który chce mieć wszystko. Nie zadawalają gożadne namiastki. Obecnie to, co było jego sukcesem, za co zapłacił wysoką cenę, okazało się klęską. Nie potrafił się z tym pogodzić. Jest chorobliwie ambitny! Zapytała go, czy ma przyjaciół? Przyznał,że z natury jest samotnikiem, po drugie do sukcesu nie można inaczej dojść niż po trupach. Utrzymywał jedynie bliskie kontakty z kolegami ze studiów, z czasów, kiedy można się było przyjaźnić bez płacenia za to wygórowanych rachunków. Był sam jak palec.Żona i dziecko, trzynastoletnia córka, gardzili nim. Gardzili nim, ale nie jego pieniędzmi! Mówił dużo o sobie, a ona słuchała. Potrafiła słuchać. Zajmowała się nim niezwykle troskliwie, i najważniejsze, nie zadawała pytań ani nie prawiła kazań o zgubnych skutkach nadużywania alkoholu. Został z nią przez następne trzy dni.
Pobyt u Aleksandry, dwudziesto czteroletniej dziewczyny okazał się być punktem zwrotnym w jegożyciu. To u niej zdał sobie sprawę z tego,że musi dokonać wyboru: albo nadal topić się, aż do całkowitego zatonięcia w wódzie, albo dalejżyć. Wybrał to drugie -życie. Po roku wszywania w siebie esperalu trwał do dzisiaj w stanie całkowitej abstynencji. Nigdy nie korzystał z psychoterapii, nie uczęszczał na spotkania klubu Anonimowych Alkoholików. Nie było mu to potrzebne, bo jeden nałóg zastąpił drugim. Nałogiem stało się robienie interesów, pomnażanie pieniędzy. Obłąkańcze pomnażanie pieniędzy! Nie potrafił wyznaczyć sobie granicy, po której osiągnięciu powiedziałby sobie: Dość, wystarczy!
Nie potrafił.
A co z dziewczyną? Ostatniego dnia zapytał Aleksandrę, kim jest? Odpowiedziała pytaniem na pytanie: A jak myśli? Znał odpowiedź - była dziwką.
Była!
Od tamtej pory, zajął się nią i jej bachorem. Obecnie nikt się nie domyślał, co robiła w przeszłości. Jako pełnomocnik prowadziła jedną z jego firm, w której produkował podeszwy do butów. Zawsze ilekroć czuł,że nadchodzi kryzys, kiedy potrzebował chwili wyciszenia, pozbierania się do kupy, udawał się do niej. Wiedział,że teraz także to uczyni. Pożegnażółtków i każe się do niej zawieźć.
Przedtem jeszcze musiał odbyć naradę z Janem i spotkać się z Czarnym. Od godziny go oczekiwali. Pojawienie się dziewczyn, czy jak kto woli hostes, pozwoliło mu dyskretnie się wyślizgnąć do pokoju, w którym przebywali.
Od razu po wejściu spojrzał pytająco na Czarnego.
- Nieżyje - natychmiast odpowiedział.
- Kto jeszcze zginął? - Tomasz opadł na fotel i zacisnął ręce na oparciach.
- Makowski. Kierowca iżona Patka wyszli z tego nietknięci. Tak, jak było do przewidzenia wrak zostanie przetransportowany do Warszawy i tutaj będzie poddany oględzinom. Myślę,że już teraz - spojrzał na zegarek, wskazujący wpół do dwunastej w nocy - powinien być czysty.- Przecież wszystkiego się nie da usunąć, pozostanąślady - podzielił się swoimi wątpliwościami.
- Fakt, jak na mój gust było za dużo plastyku. Fura rozpieprzyła się na pół. Ale to, co pozostanie będzie tylko poszlaką. Nie mogą mieć całkowitej pewności. Naprawdę nie ma co sobie zawracać tym dupy. Problemem może być ten gryzipiórek. Skąd mógł, kurwa, o tym się dowiedzieć?
- Właśnie chciałem cię o to zapytać?
Szczęka Czarnego napięła się, rysy stały się ostre.
- Chyba szef nie myśli,że z mojej strony był przeciek. Nie należę do tych, co chlapią jęzorem na prawo i lewo.
- Właśnie rozmawiałem z Dzielskim - wtrącił się Jan. - Małżyński zamierza pozbyć się go z redakcji.
Żymowski nie spuszczał wzroku z Czarnego, co wywoływało w nim silne uczucie pieczenia w okolicach mostku. Nie wiedział jednak,że nie jego dotyczą myśli, Tomasz wykluczał Czarnego z grona podejrzanych o zdradę.
- Jeszcze dzisiaj mogę unieszkodliwić gryzipiórka. Zrobię to osobiście - dodał nadgorliwie, co wywołało uśmiech na twarzŻymowskiego.
Pokręcił przecząco głową: - Myśl Czarny, do cholery jasnej! To tak jakbyś podpisał się pod twierdzeniem,że to był zamach.
Wstał z fotela i poszedł wolno w stronę okna, z którego rozciągał się widok na zasypiające miasto.
- Nie będziesz go spuszczał z oczu. Włożysz mu wszędzie gdzie się da pluskwy. Chcę wiedzieć o każdym jego kroku.
Odwrócił się do nich.
- Janie, to samo dotyczy naszych przyjaciół - tak nazwał ludzi, którzy razem z nim zdecydowali się na rozpaczliwy krok uśmiercenia Mariana Patka.
- Wszystkich?
- Bez wyjątku. Ktoś robi ze mnie głupca.

5

Kilka dni wcześniej TomaszŻymowski spotkał się z Sergiejem Gregorijewem, JerzymŻakiem, Aleksandrem Rakowieckim i Dominikiem Mikulskim.
Spotkanie miało miejsce w jego podwarszawskiej posiadłości, w saunie, tuż po wspólnym deblu tenisa ziemnego. Piątka nagich mężczyzn, okręcona wokół bioder białymi ręcznikami frotte, wypacała zmęczenie po niedawnym intensywnym wysiłku fizycznym.
Sergiej Gregorijew był Rosjaninem, który od roku posiadał prawo stałego pobytu w Polsce, w związku z prowadzonymi interesami. Był dobrze zbudowanym, o kwadratowych barkach czterdziestopięcioletnim mężczyzną; bujna, czarna czupryna na głowie i obfita broda nadawała mu wygląd typowego Iwana, który mógłby na ręce siłować się z niedźwiedziem. Tylko oczy wyłamywały się z obrazu tępego osiłka: iskrzyły młodzieńczą przebiegłością i inteligencją.
Jako jedyny wśród zebranych, pozaŻymowskim, który pił wodę mineralną, nie pił piwa, wolał sączyć szklaneczkę whisky z lodem. Siedział po lewej stronieŻymowskiego, choć dla wtajemniczonych, znających prawdziwą potęgę Sergieja, to Tomasz siedział po prawej stronie Gregorijewa.
Na wyższej półce, nad nimi leżał Dominik Mikulski, złożywszy splecione ręce na wyraźnie rysującym się brzuszku. Pomimo krępej budowy ciała był przystojnym pięćdzisięciolatkiem, który mógł się podobać dojrzałym kobietom. Siwe, krótko ostrzyżone włosy na skroniach dodawały mu jeszcze więcej uroku niż posiadał. Należał do twardych mężczyzn, którzy już w wieku dziecięcym zajmowali przywódcze miejsca w grupie. Wraz z wiekiem ta cecha charakteru się wzmocniła. Nikt nie miał najmniejszej wątpliwości,że Dominik jest człowiekiem, który w najbliższej przyszłości wedrze się na sam szczyt władzy. Oczywiście chodzi o faktyczną władzę, a nie pozorną, wynikającą z pełnionej funkcji. Doceniał możliwości jakie dawało działanie w pół cieniu. Bycie szarą eminencją wpełni go satysfakcjonowało.
Po rozwiązaniu PZPR, zajmował się organizacją nowej formacji politycznej SdRP, będąc w jej głównych władzach. Przede wszystkim należał do ludzi stwarzających możliwość finansowego działania partii. Jako przedstawiciel Socjaldemokracji reprezentował interesy w wielu spółkach gospodarczych, zasiadając w radach nadzorczych. Wszyscy zgromadzeni w saunie podziwiali go za przeprowadzenie przez niego transakcji stulecia, jak nazwano przejęcie po PZPR kont bankowych, mienia ruchomego oraz kilkudziesięciu firm.
W 1988 roku zainicjował powołanie spółki ?Trans?, która założyła kilkadziesiąt kolejnych firm, najczęściej wspólnie z komitetami wojewódzkimi. Stworzony holding prowadził wymiany barterowe z partnerami radzieckimi; handlował komputerami, alkoholem, papierosami i odzieżą; był hurtowym dostawcą dla ogólnokrajowych sieci handlowych, monopolizujących ówczesny krajowy rynek handlu detalicznego.
Żymowski nawiązał poważne stosunki z Mikulskim, gdy spółka ?Trans? musiała wyprowadzić jak największą ilość kapitału, zagrożona działalnością likwidatora majątku PZPR. Jego firma przejęła udziały kilkunastu spółek i dwu banków, należących do ?Transu?. Oczywiście w większości firmyŻymowskiego pełniły funkcję podstawionych właścicieli, za stosowną prowizją.
Na przeciwko tej trójki siedzieli Aleksander Rakowiecki i JerzyŻak. Osoby mniejszego formatu, pełniący funkcje wykonawcze, w mniejszym stopniu działające na własną rękę.
Rakowiecki prowadził firmę przewozową, powstałą z kapitału gościa domu, oraz organizował firmę przetwórstwa mięsnego, której udziałowcami w większości byliŻymowski i Gregorijew. Wyglądał na człowieka rzeczowego i pracowitego, który nie uznawał próżności. Jego jedyną słabostką były kobiety, za co przypłacił rozpadem swojego drugiego małżeństwa.
JerzyŻak był najmłodszy w tym gronie, a jego szczupła i delikatna sylwetka, pofalowane blond włosy i chabrowe oczy, pogłębiały tylko różnice między mężczyznami. Niewiele mówił, słuchał i odpowiadałśmiechem, na każdy, nawet najgłupszy dowcip. Nie czuł się pewnie, jakby nie mógł pojąć, co sprawiło,że znalazł się w tak znamienitym towarzystwie.
Domyślał się,że przyczyną jego zaproszenia było pełniona przez niego funkcja przewodniczącego Funduszu Obsługi Zagranicznej.
FOZ jako państwowa organizacja miała za zadanie gromadzenieśrodków finansowych przeznaczonych na obsługę zadłużenia zagranicznego oraz gospodarowanie tymiśrodkami. Posiadane przez FOZ walory miały być przeznaczone na spłatę zadłużenia zagranicznego oraz na finansowanie udzielonych z zagranicy kredytów państwowych. Działalność ta była nielegalna wświetle ogólnie przyjętych naświecie rozwiązań prawnych, jednak stosowana przez wiele państw, co stwarzało konieczność utajniania działalności funduszu.
Tajność wpisana w FOZ stwarzała możliwość prowadzenia interesów, które nie znoszą przejrzystości, woląc ciemność; pozwalała na dokonywanie wielu nadużyć. Trzeba mieć bardzo silną wolę, aby nie skorzystać z możliwości szybkiego wzbogacenia się. Obecni tutaj uważaliby się za głupców, gdyby nie wykorzystali nadarzającej się okazji. Doprowadziło to do sytuacji, w której dług od czasu powołania FOZ zamiast zmaleć wzrósł.
Spokojnie i rzeczowo JerzyŻak zreferował stan funduszu, koncentrując się na coraz trudniejszych do ukrycia faktach, które nie mogły być przedstawione tylko jako skutek niepowodzeń i porażek odniesionych w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. Zebrani słuchali go w milczeniu, z lekkim znudzeniem, co coraz bardziej go nerwowo rozstrajało.
- Musimy przedsięwziąć jakieś kroki, aby zahamować tę sytuację - mówił, starając się nie poddać emocją. - Nie muszę chyba wspominać,że każda porządna kontrola wykaże nieprawidłowości. Uważam,że to co ujawnił Falkiewicz jest groźniejsze niż przypuszcza wiele osób. Nazywanie go oszołomem tylko dlatego,że o pomoc zwracał się do papieża jest lekceważeniem skutków jego odkryć. Już kiedy kontrolował twoją firmę - Spojrzał na TomaszaŻymowskiego, który miał nieprzeniknioną twarz. - przestrzegałem przed nim. Prosiłem, aby zrobić wszystko, co możliwe, by stępić ostrze kontroli Izby Skarbowej. Nie posłuchano mnie, i tak wasz oszołom uzyskał dwie informacje o przekazaniu za granicę do szwajcarskiego banku Societe Generale de Banque Suisse jednego miliarda dolarów, oraz transferu dwu i pół miliona dolarów.
- I za to został wylany z Izby Skarbowej - wtrąciłŻymowski, który zaczął tracić swój spokój. Nie lubił, gdy ktoś wytykał mu oczywiste błędy.Żak miał rację, zlekceważył tego gryzipiórka. - A do twojej wiadomości: Falkiewicz znalazł się u mnie, jako początkujący, mało doświadczony kontroler. Nikt nie mógł przypuszczać,że będzie tak skrupulatny.
JerzyŻak upiłłyk piwa z butelki. Przez chwilę zastanowił się, czy nie powinien powstrzymać się przed atakiem, ale uznał,że to on znajduje się na tonącym okręcie. Musi się bronić. Nie może dopuścić, aby pozostawiono go samotnego na pożarcie.
- Nie przeszkadzało to ci go zatrudnić w jednej ze swoich firm, gdzie poznał kolejne ogniwo naszegołańcucha - odciął się.
- Dość! - przerwał mu Tomasz.
W saunie zapanowała cisza. Mikulski poruszył się i zmienił swoją pozycję, siadając. Skinieniem głowy poprosił Gregorijewa, by podał mu butelkę piwa. Wszyscy obecni byli teraz uważnymi słuchaczami.
- Mam kilkanaście firm, zatrudniam tysiące osób - odezwał się po chwiliŻymowski.
Poczuł,że jest to marne wytłumaczenie. Mikulski na pewno uważał,że brak czarnej listy, na której zamieszczano niepożądane osoby, było niewybaczalnym błędem. Po doświadczeniach z Falkiewiczem wprowadził ją u siebie. Od tej pory nawet pracująca sprzątaczka musiała się legitymizować właściwym pochodzeniem.
Westchnął głęboko: - W porządku, zdarzyła się masa głupstw. Ale do czego zmierzasz?
Wszyscy obecni z zaskoczeniem odnotowali publiczne przyznanie sięŻymowskiego do błędu. Na twarzy Mikulskiego pojawił się uśmiech, który zawsze pojawiał się wówczas, gdyśmiał się z cudzych niepowodzeń i słabości.
JerzyŻak mówił dalej, ale w jego słowach nie wyczuwało się już zaczepności.
- Falkiewicz jako kontroler NIK-u doszedł do kolejnych informacji, których nikt nie powinien poznać, a przynajmniej nikt kto by z nich zrobił użytek. Przyznaję,że tym razem wysłuchano mnie i facet znalazł się po raz kolejny na bruku, ale wszystko wskazuje,że sprawy zaszły za daleko. Wokoło zrobiło się za głośno. Odnoszę wrażenie,że obecna kontrola NIK idzie dwoma torami, jeden ma oddziaływać na nas uspokajająco, wręcz usypiająca, gdy drugim torem pragnie się dotrzeć do samego serca. Owszem, przy użyciu tradycyjnych metodśledztwa zajmie ono wiele czasu. Mają za mało ludzi iśrodków. Ale tak jak powiedziałem, wydaje mi się to być zasłoną dymną. Patek postawił sobie za cel rozpracowanie tej sprawy i znając gościa, dopnie swego, jeśli go nie powstrzymamy.
Przerwał i spojrzał po obecnych, zatrzymał się na twarzy Mikulskiego, który domyślił sięże będzie adresatem kolejnej części wypowiedzi.
Po krótkiej chwili rzekł:
- Jak się dowiaduję nie ma obecnie szans na odwołanie Patka.
Mikulski przytaknął głową.
- A to oznacza,że kontrola NIK-u zaostrzy się, zwłaszcza po tym, jak jej szef dowiedział się kto chciał go pozbawić stołka. O spotkaniu w Sejmie, aż huczy na mieście.
Dominik nie dał po sobie poznać,że szpila ubodła go boleśnie. Organizując nieformalne zebranie przedstawicieli kilku klubów poselskichźle ocenił uzyskane informacje, ci którzy powinni być zainteresowani uciszeniem Patka niespodziewanie wycofali się. Jak zrozumiał szybko, uzyskali zapewnienie,że jeśli odstąpią od tego zamiaru służby NIK-u przestaną być uciążliwe dla reprezentowanych przez nich grup interesów. Po raz kolejny Patek okazał się pragmatykiem, który potrafił zrezygnować z jednego, by uzyskać drugie. Zgodził się oszczędzić swoich ?przyjaciół?, by móc rozprawić się z odwiecznymi ?wrogami?.
- Według mojej oceny jeśli nie zdecydujemy się na radykalne kroki, marnie to się dla nas skończy - ciągnął dalejŻak.
Żymowski niemal nie parsknąłśmiechem. Wiedział,że nikt z zebranych nie obawiał się kontroli NIK w FOZ. Jedyną osobą, dla której może ona zakończyć się ?marnie? był Jerzy. Przykre było to,że nie miał poczucia realizmu.
Dla Tomasza zagrożeniem był odprysk sprawy FOZ, wykrycie powiązań z jego dwoma firmami. W jednej z nich pełnił funkcje prezesa zarządu. Niedbalstwo i zbytnia pewność siebie, jaka cechowała go na początku prowadzenia działalności gospodarczej doprowadziła do sytuacji, w której dokonał działań tak nierozważnych,że ilekroć myślał o tym narastała w nim wściekłość. Udało mu się cicho zlikwidować jedną z firm, a drugą odsprzedać podstawionej osobie, ale cała operacja zatuszowania jego błędów mogła się powieść wyłącznie przy zachowaniu wokół nich ciszy. Szczegółowa kontrola spółek uniemożliwiała wykonanie tego planu.
- A więc istnieje tylko jeden sposób pozbycia się kłopotu - odezwał się po polsku, z dźwięcznym rosyjskim zawodzeniem, Sergiej.
Ponownie zaległo długie milczenie, w czasie którego wszyscy spoglądali na siebie. Pierwszy odezwał się Rakowiecki:
- My nie zabijamy polityków, sędziów i prokuratorów. My ich kupujemy.
Gregorijew uśmiechnął się dobrotliwie. Przeszedł do porządku nad przytykiem,że morderstwa na zlecenie są specjalnością rosyjskiegożycia. W duchu przyznał mu rację, ale nie całkowicie. Rakowiecki był nazbyt dobrej myśli o metodach zwalczania i pozbywania się przeciwników w Polsce. Po raz kolejny spotkał się z polskim szowinizmem, z przekonaniem o braku wad tego narodu i przecenianiem jego zalet, mając w pogardzie i nienawiści inne narody. Aleksander uważał Rosjan za niecywilizowany naród.
Według jego wiedzy, Mariana Patka nie dało się kupić.
Tomasz ucieszył się w duchu,że sprawa została postawiona jasno, i co najważniejsze, nie on pierwszy to zrobił. Zastanawiał się, czy takie intencje przyświecałyŻakowi, gdyżądał podjęcia zdecydowanych działań. Nie był tego pewien. Ale na wycofanie się było już za późno. Każda minuta, gdy nie protestował oznaczała jego przyzwolenie.
Sam nie pochwalał takich metod walki, wolał stosować podstęp, ale po porażce Mikulskiego, gdy nie udało mu się załatwić usunięcia Patka metodami politycznymi, nie pozostało nic innego jak całkowita eliminacja.
Postanowił przejąć teraz sprawę w swoje ręce. Należało postawić kropkę nad i. Każdy z obecnych był potrzebny do wykonania tej operacji. Potrzebne były możliwości i znajomości, jakimi dysponowali oraz, to najważniejsze, poczucie współodpowiedzialności, na wypadek, gdyby nie powiodło się przedsięwzięcie.
Wśród zebranych tylko on i Sergiej mogli być wykonawcami. Ponieważ w tej sprawie potrzebna była finezja, której rosyjskim ludziom do wynajęcia brakowało, wolał sam zająć się organizacją. Nie bez znaczenia była także chęć osobistego dopilnowania całej akcji. Nazbyt dużo od niej zależało.
- Jeżeli zgadzamy się z oceną Jurka, nie pozostaje nam nic innego - powiedział.
Rozejrzał się po wszystkich twarzach. Nikt się nie sprzeciwił. Na tym zakończono rozmowę na ten temat. Dla każdego z nich było zrozumiałe,żeŻymowski ma się zająć koordynacją operacji. Nie rozmawiano o sposobie eliminacji Patka. Ostrożność nakazywała nie wprowadzać wszystkich w szczegóły, kto bezpośrednio i jak pomógł miało pozostać tajemnicą.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Satyra dokumentalna. Po raz pierwszy kamera zagląda za kulisy szołbiznesu w Polsce. Obok znanych postaci ze sceny muzycznej jak Krzysztof Krawczyk, Marek Kościkiewicz, Robert Leszczyński, Maciej Maleńczuk, Myslovitz , Marek Sierocki, Piotr Metz, Hirek Wrona, Michał Wiśniewski, Negatyw, poznajemy nieznanych szerszej widowni decydentów, szare eminencje polskiego szołbiznesu. Film ukazuje przemilczaną dotąd stronę szołbiznesu w Polsce, w którym normą jest oszustwo, manipulacja.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS