menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Mężczyźni bez twarzy

Mojej ukochanej córce - Kaji


***

Zbieżność zdarzeń i osób
w niniejszej powieści
z rzeczywistymi jest przypadkowa.

Gdzieś na wschodzie Europy.

I.

_____________________________________________________________

1.

Wytrwałość w tym miejscu znaczyła więcej niż odwaga. Wytrwałość była potrzebna aby wytrzymać skuwający, przenikający na wskroś ciało iłamiący wszystko na kawałki mróz, przetrwać napadające, pojawiające się nagle, z najmniej oczekiwanej strony, watahy okolicznych band i jeszcze bardziej groźne patrole mend1. Pas nadgraniczny był wydzielonym terytorium od resztyświata, rządził się własnymi prawami.Śmieszyły i wzbudzały litość, na początku zgorszone, pełne wzburzenia, by po chwili przejść w rozpacz, twarze ludzi, którzy nic nie rozumieli z tego, co widzieli, a w czym przez własną głupotę, naiwność, brak wyobraźni, utkwili na dobre. Dzisiejszego dnia kolejka mierzyła trzy dni oczekiwania.
- Co drugi pyta, czy wyjdzie z tego martwy czyżywy. A jeśli przetrwa, obawia się,że zwariuje - wypowiedziałem na głos swoje myśli, wypychając z głowy pierwsze okruchy szaleństwa, jakie przenikało do mojego odrętwiałego mózgu. Wskazówka zegara leniwie obwieszczała,że mija czwarta godzina postoju. Dopiero czwarta! Za godzinę powinien zapaść mrok, a powietrze zamieni się w zmrożone kawałki waty, które podczas każdej próby połknięcia - bo przecież trzeba czymś oddychać - wywołają piekący ból w płucach. Zerknąłem na wskaźnik paliwa, bak wypełniony był w połowie benzyną, co po odliczeniu potrzebnej dawki do przejechania powrotnej drogi, stu kilometrów, gwarantowało,że jeszcze przez kilka godzin, ewentualnego oczekiwania, kabinę będzie wypełniała ciepła, sucha, drażniąca swoją chropowatością gardło atmosfera.
Pamiętam jak sześć lat temu pojawiłem się w tym miejscu po raz pierwszy; zbliżając się do niego zmniejszyłem prędkość jazdy; poruszałem się ostrożnie i ani przez chwilę nie przestawałem być czujny. Mijałem kilkukilometrowy sznur pojazdów, dwukrotnie zostałem zatrzymany przez patrol policyjny, który za dziesięciodolarową opłatą nie zawrócił mnie na koniec kolejki, i przyglądałem się twarzom ludzi - nieruchomym, porytych zmęczeniem i apatią. Większość spała snem przerywanym, co kilkadziesiąt minut, aby przetoczyć samochód kilka metrów dalej; silnika nikt nie zapalał, chcąc zaoszczędzić paliwo. Zastanawiałem się, o czymśnią? O czym ja bymśnił, gdyby nie było mnie stać nałapówki, dzięki którym oczekiwanie skracało się do godzin a nie dni? Prawdopodobnieśniłbym o ostatnim szlabanie, który uchylał się w górę i pozwalał na dociśnięcie pedału gazu na pustej drodze.
Kiedy dotarłem przed pierwszy graniczny posterunek poczułem się jakbym był już po drugiej stronie granicy, odprężyłem się, przysłuchiwałem się polskiej radiostacji radiowej, i wtedy wydarzyło się coś, co wydawało się być nocnym koszmarem a nie rzeczywistością dziejącą się w jasny słoneczny dzień.
Przede mną stała kremowa Łada Samara z przyciemnianymi szybami, od wielu minut nie ruszała się do przodu, pomimo, że przed nią była wolna droga; nie mogłem jej wyminąć, po lewej stronie ciągnął się wąż samochodów, a żaden kierowca w tym kraju, a już w ogóle w tym miejscu, nie przepuści drugiego kierowcy. Odwróciłem się do tyłu, za mną stał sznur pojazdów, ale nikomu ta sytuacja nie wydawała się ciążyć - wszyscy spokojnie czekali, ażŁada ruszy do przodu. Prawdopodobnie, dlategoże nie byłem stąd, jako pierwszy opuściłem swój pojazd i postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. Podszedłem do drzwi kierowcy, ale poza ciemnymi sylwetkami dwóch ludzi niczego nie mogłem dostrzec. Zapukałem w szybę, nikt nie odpowiadał. Rozejrzałem się wokoło, szukając pomocy albo poparcia w tym, co chciałem za chwilę zrobić. Byłem jednak zdany tylko na siebie. Otworzyłem drzwi, nachyliłem się i wsunąłem głowę do wnętrza kabiny; przed oczami miałem ciało dwudziestokilkuletniego mężczyzny, z głową odchyloną do tyłu i podciętym głęboko gardłem. Jego partner, siedzący obok na przednim fotelu, znajdował się w takiej samej pozycji; ciętą podłużną ranę na szyi miał mniejszą. Obaj nieżyli; krew jeszcze nie zdążyła zakrzepnąć. Oszołomiony cofnąłem się do tyłu, obróciłem się i rzuciłem na przejeżdżający obok samochód, chcąc go zatrzymać. Pojechał dalej. Za nim podążały następne. Ich pasażerowie z nieruchomymi twarzami patrzyli na mnie i na trupy wŁadzie. Podbiegłem do stojącego za mną starego Forda Granadę. Kierowca zasunął szybę i patrzył na mnie tym samym nieobecnym wzrokiem co reszta. Przebiegłem obok kolejnych samochodów, wszędzie natrafiałem na mur obojętności.
Straciłem całkowicie panowanie nad sobą i zacząłem biec w stronę policyjnego patrolu, który stał dwieście metrów dalej. Biegłem,łapiąc gwałtownie powietrze i czując, jak po ciele spływa pot. Kiedy wyraźnie ujrzałem radiowóz i stojących przy nim policjantów, rozmawiających z dwójką młodych mężczyzn, zwolniłem bieg, aż nagle stanąłem.
W moim umyśle gorączkowo przebiegły obrazy, cofające mnie do chwili, kiedyŁada jeszcze powoli podążałaśladem innych samochodów. W czasie jednego z krótkotrwałych postojów, na teren odprawy granicznej wpuszczano po pięć pojazdów, w kilku minutowych odstępach czasu, do kremowej Samary weszło dwóch krępych, o bokserskich szczękach, dwudziestolatków w ortalionowych dresach i ciemnych amerykańskich okularach lotniczych. Byli to ci sami mężczyźni, którzy teraz prowadzili przyjacielską pogawędkę z policjantami, nie wyglądali na obcych sobie ludzi. Jeden z morderców obrócił głowę w moją stronę, byłem przekonany,że rozpoznał mnie; stał nieporuszony, nie zamierzał uciekać, to ja pomyślałem o tym i zawróciłem.
Zająłem miejsce za kierownicą swojego samochodu, zapaliłem silnik i cofnąłem się do tyłu, następnie odczekałem na dogodny moment i zajechałem drogę zielonemu Moskwiczowi, niemal doprowadzając do kolizji. Kierowca zaczął trąbić, ale ja nie zamierzałem ustąpić; chciałem być jak najdalej od tego miejsca. Myślę,że uciekałem od pierwszej przerażającej prawdy jaką poznałem o kraju, w którym miałem stać się częstym gościem.
Przekręciłem głowę na prawą stronę. W odległości ośmiu metrów przed drewnianą budą, na której zawieszono szyld "Zapiekanki", ponownie pojawił się dwudziestokilkuletni chłopak, w grubych bawełnianych dresowych spodniach i czarnej lotniczej kurtce podszytej jagnięcym kożuchem, nogi obute były w czarne koszykarskie "najki"2. Krótko ostrzyżoną głowę uwieńczała granatowa sportowa czapka z ledwością zakrywająca uszy. Gołe zmarznięte ręce chronił w płytkich kieszeniach kurtki.
- Jak myślisz, czy ten misiowaty gość jest Polakiem czy Ruskiem? - zapytałem jedyną "żywą" osobę, poza mną, jaka znajdowała się w kabinie. Fryc zdążył w drodze na granicę opróżnić samotniećwiartkową butelkę wódki, nurkując w sobie tak głęboko,że już dalej nie można; głowa zapadła mu się w ramionach; przypominał przetrąconego stracha na wróble.
Władik, siedzący na miejscu kierowcy, popatrzył na mężczyznę, który wystawiał się na mordercze działanie zimy. Na jego twarzy rysowała się coraz większa rezygnacja, która wypierała wcześniejszą determinację. Z rozpaczą przenosił ciało z lewej na prawą nogę i odwrotnie, co miało zapewnić mu krążenie krwi w sztywniejącym ciele. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, usłyszałem:
- Polak.
Zapadło długie milczenie. Władik ponownie skurczył się i wbił głęboko w fotel, kierując wzrok przed siebie, na pustą drogę, którą czasem przemierzały objuczone pakunkamiŁady, Moskwicze,Żyguli, autobusy i tiry; wszystkie pojazdy pokrywała biała, miejscami cienka albo grubsza, warstwa lodu; nie mogłem pozbyć się uczucia zadziwienia,że to skorodowaneżelastwo posiadało możliwość przemieszczania się do przodu.
- Idę się przejść - rzekłem i otworzyłem drzwi.
Na zewnątrz natknąłem się na niewidzialnąścianę. Aż przystanąłem z wrażenia. Wykonanie kilku kroków wymagało stoczenia walki z naturą, która uświadamiała swoją siłę i moc, a moją słabość. Skłaniało to do pokory takiego mieszczucha, jak ja.
Mężczyzna zerkał w moją stronę, starając się swojej zesztywniałej twarzy nadać maskę naturalnej obojętności i tego czegoś, czemu najbliżej było do niewinności. Mijając go otarłem się o jego masywne ramię. Przewyższał mnie o głowę. Nie zareagował, jakby czymś naturalnym było to,że każdy kto przechodzi obok ociera się o jego ciało. Chwyciłem metalową klamkę u drzwi do budy z zapiekankami; niczym rzep kłującym szronem przytrzymała moją dłoń i nie poddawała się naciskowi w dół. Po dobrej chwili, siłowania się z nieustępliwą materią, wreszcie udało mi się otworzyć drzwi i wejść dośrodka.
Z rozczarowaniem stwierdziłem, że w pustym pomieszczeniu dwa na dwa metry, z wąską półką zawieszoną na ścianie służącą za miejsce, na którym można postawić serwowane tu dania, było niewiele cieplej niż na zewnątrz. Wyposażenie lokalu ograniczało się do pękniętego, białego, upstrzonego brudem, plastikowego kubła naśmieci. Drugą część oddzielała cienka oszklona w połowieścianka działowa, za którą siedziała sześćdziesięcioletnia albo starsza babina, opatulona w chustę i wytarty bordowy płaszcz, z baranim kołnierzem. Niewielkiżarowy elektryczny piecyk, jaki stał obok niej, dawał jedynie tyle ciepła,że nie zamieniła się w sopel lodu.
- Chłodno - rzekłem, zamiast przywitania.
Babcia nawet nie drgnęła powiekami. Jej nabrzmiały czerwony nos oskarżał mnie za usiłowanie zakłócenia leniwego spokoju, jaki tutaj panował. Każdy ruch, związany z pojawieniem się nowego klienta, narażał na ogromny wysiłek i oznaczał utratę kolejnych gramów ciepła.
Spojrzałem na rząd butelek wódki "Puszkin", "Rasputin" i "Moskiewskaja" obok których stała butelka miejscowej lemoniady i puszka Coca-coli. Nad nimi znajdował się rządek papierosów i tabliczka izraelskiej czekolady oraz wafelek tej samej marki. Na wprost, przed oczami miałem białą kartkę z odręcznie wypisanym jadłospisem. Szybko przetłumaczyłem: Zapiekanka z serem, zapiekanka z serem i pomidorem, zapiekanka z serem, pomidorem i kiełbasą. Ta ostatnia pozycja była najdroższa i przekreślona. Lokal oferował także kawę. Jaką? Z ekspresu, naturalną czy rozpuszczalną? O to mógł się tylko spytać ktoś kto znalazł się w tym miejscuświata po raz pierwszy.
Zamówiłem dwie kawy i dwa izraelskie pomarańczowe wafelki. Po bulgocie wody, jaki dobiegł moje czerwieniejące uszy, domyśliłem się,że lokal posiada automat do parzenia kawy, potocznie zwanym "ekspresem".
-Śmietanka, jest? - zapytałem z nadzieją, czasami i tutaj można było zostać zaskoczonym czymś przyjemnym.
- Skończona - odpowiedziała babina, kierując ku mnie obłoczek skroplonego powietrza. Mgiełka zakryła jej ciemne szparki, w których kiedyś musiały znajdować siężywe oczy.
Podziękowałem i wyszedłem na zewnątrz. Stalowoszare Audi 80 drgało zmagając się z oplatającymi je mackami mrozu. Sądząc po odkładającym się warstwa po warstwie szronie na karoserii i oknach wynik był z góry do przewidzenia, klęska ludzkiej myśli i wyobrażeń o swojej wszechpotężnej mocy. Dwadzieścia sześć stopni poniżej zera uczy pokory. W nocy temperatura miała spaść do trzydziestu.
Szturchnąłem mężczyznę w lotniczej kurtce w prawe ramię. Bez słów zaproponowałem plastykowy kubeczek parującej kawy. Ten wpierw spojrzał na mnie, jak na nieziemską istotę, a potem nieudolnie wymuszając na sobie uprzejmą reakcję, rzekł:
- Nie nada.
Uśmiechnąłem się pod nosem, a raczej lekko prychnąłem, bo na tak wymagający wysiłku grymas, jak ironiczny uśmiech, nie było już stać mojej twarzy.
- Bierz - podsunąłem mu jeszcze bliżej kubeczek.
Po dobrej chwili wyciągnął swoje dużełapska i przejął kawę. W lewą rękę wetknąłem mu wafelek. Przypuszczałem, co chodzi mu po głowie, czego się obawia. Na dachu Audi znajdowała się antena radiotelefonu, identyczną posiadały samochody mend. To,że odezwałem się po polsku, demaskując jego narodowość, wywołało w nim jeszcze większą czujność. Tajniacy to najgorsześcierwo!
Pozwoliłem mu otrząsnąć się z pierwszego wrażenia, przyznam,że bawiła mnie jego reakcja, i po upływie minuty, zapewniłem go,że nie musi się niczego obawiać. Rzeczywiście, samochód i jego kierowca, nie wspominając o pasażerze, może wzbudzać podejrzenia, ale ja chyba nie wyglądam na tajniaka? W odpowiedzi twardo się uśmiechnął. Prawie słyszałem jak pęka mu skóra na twarzy.
Zapadło milczenie. Wymieszałem zawartość kubka i wlałem w siebie płyn, który pozbawiony ożywczego ciepła byłby nie do przełknięcia. Ostentacyjnie zerknąłem na zegarek i bardziej stwierdziłem niż zapytałem:
-Źle wygląda sprawa.
- Sprawa? - udało mu się przywdziać maskę najprawdziwszego zdziwienia; jakby nie rozumiał tego, co powiedziałem; jakbym władał obcym językiem.
Niewiniątko. Zabłąkany turysta, oczekujący na okazję załapania się na jakiś pojazd, który wywiezie go, byle dalej stąd. Prychnąłem pod nosem. Postanowiłem spróbować go podejść jeszcze raz i gdyby ta próba także się miała nie powieść, planowałem zrezygnować, pożegnać się i wrócić do ciepłej kabiny samochodu.
- Dawno przekroczyłeś granicę? Może widziałeś czarną trójkę3?
Przez chwilę walczył z narastającą w nim ciekawością a nieufnością. Nie bez wpływu była chęć przerwania milczenia i odezwania się do kogokolwiek po kilku godzinach samotnego wystawania w tym samym miejscu.
- Zatrzymali ją do kontroli - odparł.
W ten sposób dokonaliśmy pierwszej prezentacji, on i ja wiedzieliśmy, że rozumiemy mowę dla wtajemniczonych, mamy jakiś związek z tym samymświatem; nasz wygląd i fakt oczekiwania po tej stronie granicy jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu,że swój trafił na swojego. Swojego? A czy ja nie spotykałem się wiele razy z tajniakami, którzy przysiadali się przy barze i w pierwszym wypowiedzianym zdaniu raczyli mnie, nawet dla mnie nie do końca zrozumiałą więzienną grypserą i stekiem przekleństw, a wszystko po to by nie wziąć ich za porządnych obywateli. Przygryzłem język, powstrzymując się przed zapewnieniem,że nie jestem ani agentem ani gliniarzem, mendą, pałą czy, jak mówią nieliczni, policjantem. Czyż nie byłoby tośmieszne wyznanie, które jeszcze bardziej wzmagałoby niepokój i nieufność. Więc milczałem.
- Widocznie kontaktują się z Niemcami - odezwał się po dwu krótkichłykach czarnej cieczy. - Jest na niemieckich blachach4, Frankfurt?
Potwierdziłem.
Trudno mi powiedzieć z całą pewnością, czy nabrał do mnie zaufania, czy po prostu uznał,że jeśli nawet jestem tajniakiem, pijawką, która nie odklei się od człowieka szybko, to i tak nic mu nie grozi z mojej strony.
- Zgaduj zgadula - kto jest gliniarzem, a kto bandytą? - stwierdził z rezygnacją i wyciągnął ku mnie swoją wielką, jak bochen chleba, prawą dłoń - Andrzej.
- Marcel.
Po prezentacji, ogarnął całą okolicę wzrokiem i wzdychając, rzekł:
- Ilekroć przyjeżdżam tutaj myślę: Boże, musiałem trafić w niewłaściwe miejsce.
W duchu przyznałem mu rację, za każdym razem trafiając w to miejsce zadawałem sobie to samo pytanie i następne: Jak cały kraj mógł ulec takiemu zepsuciu? Korupcja policji, służb granicznych, wojska, celników, państwowych urzędników niskiego i wysokiego szczebla była czymś powszechnym i zwykłym. Nikogo już z miejscowej ludności nie dziwiła.
Czyżbym to krytykował? Nie, skądże. Byłem tu przecież i tak jak Andrzej wykorzystywałem panującą sytuację.
Od kilku lat bywałem częstym gościem tego kraju i innych mu podobnych leżących na Wschodzie Europy, szukając fortuny. Każdego dnia byłemświadkiem, jak nikomu nieznani ludzie, dla których pomarańcze były luksusowym owocem, nagle, przeistaczali się w bogaczy. Stawali się posiadaczami niewyobrażalnego majątku. Ze zwykłymi ludźmi niełączyło już ich nic pozaśmiertelnością. Jeśli gdziekolwiek można było wygrać, to właśnie tutaj wydawało się to najbardziej realne miejsce do spełnienia marzenia stania się milionerem.
Doznałem dziwnego uczucia pokrewieństwa z tym trzydziestodwuletnim, moim rówieśnikiem, mężczyzną. Wyczuwałem w nim to samo przekonanie, że życie ucieka nam z prędkością światła, i nie wolno pozwolić na to, aby stać w miejscu, należy chwytać wszystko co się da w swoje ręce. Nie ważna cena. Podejmowanie ryzyka stanowiło wyzwanie. Nie mogliśmy bez tego żyć. Lepiej od razu mieć wszystko, nawet przez pięć minut niż przez całe życie nie mieć nic. W ciągu jednego dnia przeżywaliśmy więcej niż większość w ciągu całego swojego życia. Każdy kolejny dzieńżycia nie mógł być dla nas tylko kolejnym dniemżycia, miał być to cud, dar z niebios. W każdej chwili naszświat mógł się roztrzaskać na drobne kawałki. Byliśmy ludźmi tego samego rodzaju i pragnęliśmy być wszędzie tam, gdzie istniało prawdziweżycie.
Minęły kolejne dwa kwadranse, na dnie kubka kawęściął lód. Andrzej nie przyjął propozycji ogrzania się wewnątrz samochodu. Poszedł na chwilę do budy i wyszedł z niej z butelką "Moskiewskiej" i dwoma plastykowymi kubkami, podtrzymując je lewym ramieniem.
- Trzymaj - wskazał podbródkiem na flaszkę.
Kiedy to uczyniłem, wziął pierwszy kubek z kawą i odlał z niego jedną trzecią płynu, następnie postawił na ziemię, to samo uczynił z drugim. Wziął ode mnie "Moskiewską", odkręcił nakrętkę i dopełnił wódką po sam brzeg kubki. Wznieśliśmy niemy toast. Nasza rozmowa nie przypominała spokojnej powierzchni kryształowo czystego jeziora, a raczej dyskusję o ukrytych treściach w kabale. Każdy z nas przywdział maskę zblazowanego faceta. Ta gra odpowiadała nam obu, relaksowała i oddalała od tego wszystkiego, co znajdowało się wokół nas. Nie bez znaczenia był także wpływ pitej przez nas wysokoprocentowej kawy. Gdzieś na krańcachświadomości tlił się niepokój o to, co działo się obecnie na granicy.
Kiedy pojawiły się ostreświatła Trójki, nie potrafiłem ukryć radości. Samochód zjechał na pobocze i zatrzymał się metr przed maską Audi. Oczy Andrzeja podążyły w kierunku, z którego przybyła Trójka. Tam jednak panowała ciemność. Poklepałem go po ramieniu, krzepiąc go stwierdzeniem,że zaraz doczeka się swoich fur5, i poszedłem w stronę wychodzącego z samochodu kierowcy.
Słuchając jego relacji, co chwila zerkałem na Andrzeja, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Przyjrzałem mu się po raz pierwszy dokładniej. Jego postawny wygląd i wysoki wzrost, owalna głowa osadzona na masywnym karku, uwieńczona bujną czarną czupryną wzbudzały respekt. Dysonansem były tylko chłopięce, nieco sangwiniczne rysy twarzy. Potrafił wzbudzić sympatię od pierwszego wejrzenia.
Nakazałem kierowcy Trójki, Verdiemu, o którym Fryc, tak jak o każdym mieszkańcu Ostu6 miał jak najgorsze zdanie, nie wróżąc najlepszej przyszłości Niemcom obciążonym balastem takich skarlałych obywateli, aby wracał do samochodu i ruszałśladem Audi, nie gubiąc z oczu jego tylnychświateł. Ta ostatnia uwaga była zbędna. Chłopak wyglądał na przerażonego, najchętniej zostawiłby tutaj samochód i pieszo wracał do Berlina, a nie zapuszczał się w głąb Dzikiego Wschodu.
- Sprawy się jednak mająźle - rzekłem, gdy powróciłem do Andrzeja. - Jeśli czekałeś na Setkę7 i S-klasę8 to wątpię, czy kiedykolwiek przekroczą tę granicę.
Nie czułem się najlepiej w roli posłańca, przynoszącego złe wieści. Zawodziło mnie moje czarne poczucie humoru; jedyne co mogłem dla niego zrobić to zaproponować mu podwiezienie go do miasta, jeśli nie chce przekraczać teraz granicy, próbując skorzystać z możliwości jaką dawały oczekujące w kolejce samochody. Nocna pora jednak nie zachęcała do takiego wyboru. Mało kto zgodziłby się go wziąć, jako pasażera. Nawet jeśli znalazłby się po drugiej stronie granicy, stanąłby przed kolejnym problemem, dotarcia do najbliższego miasta, z którego istniałyby dogodne połączenia kolejowe i autobusowe do miejsca, gdzie się udawał.
- Wolę zabrać się z tobą - dokonał słusznego wyboru. Wyboru jakiego oczekiwałem.

2.

Nawierzchnia drogi przypominała taflę lodowiska. Zamiast kół nasz pojazd powinien posiadać płozy. Witalik jednak nic sobie nie robił z warunków panujących na drodze. Kiedy patrzyłem na licznik prędkościżołądek podchodził mi do gardła. Nie wytrzymałem wreszcie i poprosiłem Andrzeja, aby poczęstował mnie butelką "Moskiewskiej". Miałem nadzieję,że nie zdążył opróżnić jej całkowicie. Zanim ruszyliśmy, wychylił z gwinta sporyłyk, i tak nasączał się przez całą drogę, z przerwami na papierosa.
Ku mojej uldze, starczyło na pokaźny haust bez pozbawiania Andrzeja jedynego skutecznegośrodka znieczulającego. Już miałem oddać mu butelkę, gdy ujrzałem wyciągniętą rękę Witalika.
Zawahałem się przez chwilę, ale szybko uświadomiłem sobie w jakim strasznym miejscu przebywałem. Miejscu, w którym naprawdę zacząłem i nauczyłem się pić, wcześniej nigdy nie byłem pijany do utratyświadomości, a tutaj coraz częściej się to przydarzało. Przed bitwą każdy rosyjskiżołnierz otrzymywał sto gramów spirytusu i mogło zabraknąć amunicji ale alkohol musiał zawsze być. W Stalingradzie oblężonym przez Niemców brakowało chleba, ale nie wódki. Poznałem pilota, latającego do miast położonych na dalekiej północy, który nigdy bez wypicia dwóch setek czystego spirytusu nie zasiadał za sterami pasażerskiego Tupolewa, inaczej nie byłby w stanie bezpiecznie wylądować bez urządzeń naprowadzających, wśnieżnej zamieci i na oblodzonym pasie startowym. Nie ma innego miejsca naświecie, w którym byłoby tylu specjalistów od leczenia marskości wątroby. W pobliskim szpitalu psychiatrycznym większość pacjentów stanowią alkoholicy a nie schizofrenicy.
Mówią,że alkoholizm wywołuje w człowieku zło. Może odwrotnie? - pomyślałem.
Twarz Andrzeja pokrył ironiczny uśmiech, kiedy odbierał butelkę od naszego kierowcy. Ten jego uśmieszek całkowicie niszczył dobre wrażenie jakie odniosiło się widząc go po raz pierwszy.
- Przyglądałeś się rękom pijącego Rosjanina? - zwrócił się do mnie.
- Nie tak dokładnie jakbyś prawdopodobnie chciał - odparłem pełen najgorszych przeczuć, co do jego intencji.
- Nigdy tak nie drżą jak ręce wlanego Europejczyka. Ale jest coś co pozwala poznać rosyjskiego alkoholika.
Przerwał i uśmiechnął się wymownie patrząc w bok na Witalika, a następnie spojrzał na mnie i rzekł:
- Oddech, tak wstrętnego oddechu u nikogo nie poczujesz.
Zaśmiał się. Popatrzyłem na twarz Witalika - ciągle była nieruchoma. Może powinienem milczeć i pozostawić wszystko biegowi wypadków, ale domyślałem się do czego to może doprowadzić.
- Jego dziadek i babka byli Polakami - oświadczyłem. - Mieli to nieszczęście mieszkać dziesięć kilometrów dalej od nowo wytoczonej granicy. Po prostu komuś przy kreśleniu linii ręka się omsknęła nie w tę stronę, co potrzeba i potem setki tysięcy, miliony ludzi musiało cierpieć za tę pomyłkę. A może pisarz pamiętników Winston Spencer Churchill i Franklin Delano Roosvelt, a może Truman, cholera, nie jestem pewien który, ten pierwszy nie dożył zwycięstwa, więc może ten drugi, mieli tego dnia lepszy humor, napili się rosyjskiej wódki, i tak dobrzy byli tego dnia dla Josifa Wisorionowicza Dżugaszwili, że machnęli ręką na jakiś tam kawałek cudzej ziemi. Podobno mieszkali na niej Żydzi, a skoro ten malarz pokojowy Adolf Hitler zamienił ich w biały dym to, nie było już się właściwie o co kłócić. Przecież nie chodziło o Walię, ani o Alaskę. Niech bierze sobie. Słyszałeś coś o utraconych ziemiach wschodnich? Babka Witalika chciała pieszo wracać do Polski, ale dziadek nie potrafił pozostawić wszystkiego po tej stronie granicy i zaczynać życia od nowa. Są ludzie, którzy bardzo przywiązują się do pejzaży, a ten różni się od nadmorskiego, bo tam by prawdopodobnie się znaleźli, na tak zwanych nowo odzyskanych ziemiach zachodnich. Sentymentalizm jeszcze nikomu nie wyszedł na zdrowie. Zresztą uważał, że i tak za jakiś czas granica zostanie przesunięta, aż po Odrę. Pomylił się, no cóż, nikt nie jest doskonały. Czy wiesz jaką Witalik przeczytał pierwszą w swoimżyciu książkę? "Pana Tadeusza", a potem "Krzyżaków" i "Potop". Innych książek nie było w domu. W gościnnym pokoju na najważniejszym miejscu naścianie wisiała Matka Boska z Dzieciątkiem, a nie jak sądzisz portret tego syfilityka Włodzimierza Ilicza Ulianowa. Jeśli kogoś takiego jak on będziesz nazywał Ruskiem to możesz dostać w pysk. A już nie radzę ci pomylić Litwina,Łotysza, czy Ukraińca z Rosjaninem, możesz z tego nie wyjśćżywy.
- Nie wiedziałem,że aż tak kochasz tutejszych ludzi - odciął się.
Tym razem zmilczałem jego uwagę.
- A do ciebie nic nie mam - zwrócił się do Witalika. - Skąd mi mogło przyjść do głowy,że uważasz się za Polaka. Zapomnij o wszystkim. Zresztą wszystko, co mówiłem dotyczyło Rusków.
Tylkoże dla Andrzeja Ruskiem był każdy kto mieszkał za wschodnią granicą Polski. O tym wiedzieli wszyscy w tym samochodzie. A Rosjanin był dla niego takim Europejskim Murzynem. Poślednia ludzka rasa. Cała jego wiedza o tutejszej ludności brała się z dowcipów i wojennych filmów. Oczywiście należy dodać te kilkadziesiąt rosyjskich słów, które poznał w czasie, gdy obowiązkowo uczyli tego języka w szkole. Wszystko to wystarczyło dla niego, aby mieć wyrobiony pogląd o kraju, w którym się znalazł.
Przed nami rozciągały się rogatki miasta. Miasta, o którym Raymond Chandler mógłby powiedzieć, że tak jak większość miast naświecie jest zmęczone, brudne i nieuczciwe. Nic nieświeciło, ani jedna przydrożna lampa. Każde porządne, wielkie miasto o tej porze wygląda jak potężny transatlantyk, a to zalewie przypominało zakotwiczoną w czarnej czeluści barkę. Poczułem przygnębienie. Nabrałem przekonania,że wjeżdżając do niego wpadam w coś z czego trudno się będzie wywinąć. Nawet gdybym posiadał ekwilibrystyczne zdolności, znał każdy zakamarek najwęższej i najkrótszej uliczki, nie uda mi się uniknąć pułapek, zastawionych przez mroczne siły drzemiące w człowieku. To miasto wzięło mnie pod swoje skrzydła, dało schronienie, ale ciągle czułem,że nie przyjęło mnie jak swego. Wciąż byłem obcy. Moim najpiękniejszym marzeniem, od wielu miesięcy, było otrzymanie wiadomości: możesz wreszcie stąd wyjechać.
Fryc przebudził się i z zaciekawieniem przyjrzał się nieznanemu mu pasażerowi, zajmującemu fotel obok kierowcy. Nie zapytał jednak, kim jest ów gość, milczał, jak przystało na człowieka, który już niejedno widział i nic go nie mogło zaskoczyć. Z Frycemłączyło mnie jedno, konieczność przebywania w tym mieście i marne szanse na wydostanie się z niego w dającej się przewidzieć przyszłości.
- Mendy - oznajmił Witalik.
Po prawej stronie, na poboczu drogi, stał Ford Scorpio, radiowóz podarowany miejscowej policji przez kolegów z Niemiec. Witalik ani przez chwilę się nie zawahał, czy zwolnić, jechał z tą samą szybkością, dużo większą niż obowiązująca w tym miejscu przepisowa prędkość; nie uczynił tego w celu zwrócenia na siebie uwagi, by jadący za nami samochód mógł bezpiecznie, bez kontroli minąć policyjny posterunek; uczynił tak z poczucia wrodzonej obojętności dla przedstawicieli prawa.
- Jadą za wami - odezwał się Andrzej, który przez cały czas obserwował Forda w bocznym lusterku.
Obróciłem głowę w tył - rzeczywiście podążali spokojnym, równym tempem za Trójką, w odległości nie większej niż dziesięć metrów. Przed nami był jeszcze spory odcinek drogi do celu podróży. Miałem nadzieję,że gliniarze, znudzeni martwą porą, jaka panowała na wjazdowej drodze do miasta, postanowili zmienić miejsce patrolowania. Zakładałem także,że ichżołądki przypomniały o swoim istnieniu i wybierali się na spóźnioną kolację. Tylko twarz Fryca miała wyraz jakiegoś fatalizmu i mruczał jakąś germańską przyśpiewkę, przeplatając ją przekleństwem, w tym samym języku.
- A jednak - prychnął głośno.
Radiowóz policyjny włączył koguty, wyminął Trójkę, a następnie zajechał jej drogę.
- Po ptakach - dodał Fryc, wypuszczając głośno powietrze z płuc.
Witalik zerknął we wsteczne lusterko, a po chwili zawiesił na mnie pytające spojrzenie. Kiwnąłem mu głową i powiedziałem,żeby zjechał na pobocze i zatrzymał się.
Dwóch wysokich, o zdrowej posturze umundurowanych mężczyzn stanęło przed drzwiami BMV. W naszej kabinie zrobiło się tak cicho, że doskonale było słychać słowa piosenki o chłopaku, którego zabrali do wojska, i teraz dziewczyna wylewa ze swego sercałzy, tęskni za ukochanym, za spacerami pod czystym niebem pełnym gwiazd i lśniącym księżycem. Kiedy piosenkarka, o głosie zdartym przez kawę, papierosy, alkohol i czas, przede wszystkim przez czas, jeśli kiedyś kochała była to zamierzchła przeszłość,żaliła się,że chłopak nie wrócił iściska obecnie inne ramiona, do innej dziewczyny szepcze czułe słowa, przed oczami ujrzałem obraz, jak z kiepskiego gangsterskiego filmu. Jeden z gliniarzy wyciągnął siłą z samochodu Verdiego. Oparł go o karoserię, jak manekina. Rzucił kilka krótkich zdań. Odczekał i wymierzył mu potężnego sierpowego w brzuch. Nieszczęśnik padł na kolana. Policjant nadal o coś się pytał, na co Niemiec bezradnie kręcił głową. Tym razem do rozmowy włączył się bezczynnie stojący obok, znudzony, drugi funkcjonariusz prawa i kopnął swoją ofiarę w przyrodzenie. Zasyczałem głośno, na samą myśl o bólu przenikającym krocze Verdiego. Ten zwalił się całym ciężarem ciała na asfalt i zwinął w kłębek.
- Nic nie zrobicie? - zapytał zdziwionym głosem Andrzej.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego. Poczuł się, jak ktoś kto wszedł bez pukania do sypialni w nieodpowiednim momencie. Z twarzy Fryca wyczytałem,że od tej pory nie będzie miał o nim najlepszego zdania. Witalik z pewnością uznał Andrzeja za kogoś kto ciągle nie rozumie, gdzie się znalazł i o jaką sprawę tutaj chodzi. Nie wyglądaliśmy na kolekcjonerów znaczków pocztowych.
- I znowu kolejny Niemiec będzie miał prawo mówić,że jest to dzikie miejsce - oświadczyłem i zwróciłem się do Fryca: - Spuścisz pięćset?
- Marek?
- Baksów9 - uściśliłem.
- Jesteśświnia, a nie przyjaciel - obruszył się i z kieszeni kurtki wyciągnął paczkę papierosów. Jakimś cudem miał jeszcze Luke Strike, swoje ulubione papierosy; ostatnio musiał zaopatrzyć się w większą ilość kartonów, bo poprzednim razem przez dwa tygodnie chodził podenerwowany, paląc Marlboro, produkowane przez miejscowe zakłady, które z oryginalnymi papierosami miały wspólną tylko nazwę i etykietę.
- To będziesz stratny więcej - odpowiedziałem mu bez urazy. - Chyba,że wziąłeś ją na twarz.
Uśmiechnął się przebiegle. Tego się mogłem spodziewać. Nawet nie przejmie się utratą samochodu, bo to nie on straci pieniądze. Nie musi się lękać,że ktoś go będzieścigał, nie zamierza wyjeżdżać stąd przez dłuższy czas. Istniało małe prawdopodobieństwo,że w ogóle ktokolwiek go będzie poszukiwać. Szanowany niemiecki obywatel, któremu nie starczyło na spłatę rat za nowe BMV i tak będzie usatysfakcjonowany, zgłosi kradzież pojazdu z papierami i kluczykami, gapa zostawił w stacyjce, gdy wyszedł na chwilę po gazetę; wypożyczalnia wypłaci mu odszkodowanie. Spłaci raty i kupi samochód nowszego rocznika. W jakieś poważne związki Fryca z mafią niemiecką nie wierzyłem. W ogóle nie słyszałem o mafii niemieckiej zajmującej się handlem i przemytem kradzionych samochodów. Mafię w Niemczech tworzą Rosjanie, Turcy, Wietnamczycy, Włosi, Chińczycy, Kurdowie, Jugosłowianie i gdzieś pomiędzy nimi nielegalni i legalni emigranci z Polski, ale nie Niemcy, którzy jedynie specjalizują się w oszustwach finansowych i budowlanych, dokonywanych pod szyldem oficjalnie zarejestrowanych firm.
- Wisisz mi dwie setki za Olgę - postanowiłem zajść go od tej strony.
- Setkę - sprostował i wypuścił z siebie kręgi dymu, które powoli rozmywały się w powietrzu. Była to jedna jego z sztuczek, która miała rozsierdzić każdego kto chciał przekonać go do swoich racji.
- Dwie - obstawałem przy swoim, wiedząc,że po mojej stronie leży prawda. Fryc rzadko pamiętał komu i ile jest dłużny. To resztaświata zawsze była mu coś winna. - Myślałeś,że ona przyszła do ciebie po raz drugi z miłości.
Przerwałem, aby nadać więcej dramaturgii i teatralnie parsknąłem, mówiąc:
- Od kiedy to dziwki kochają facetów bezinteresownie? One cię uwielbiają i mówią jaki jesteś dobry i wspaniały w tym w czym i tak nigdy nie będziesz dobry, tak długo dopóki im płacisz lub stać cię na pokrywanie ich rachunków. To rzecz do uzgodnienia. Niektóre nie lubią brać bezpośrednio do rąk, wolą w innej, mniej jednoznacznej, przyjemniejszej formie. Dlaczego ona miałaby cię kochać za darmo?
- Kupiłem jej sukienkę i buty - obruszył się. - Wydałem na to przeszło setkę.
Tego nie wiedziałem. Z politowaniem spojrzałem na niego - Do czego doprowadza mężczyznę przekonanie,że każda kobieta jest zdolna do bezinteresownej miłości, tylko musi natrafić na tego właściwego, wartego jej faceta. Fryc nie miał melancholijnej twarzy wymuskanego blondyna, ale mógł się podobać kobietom. Odrobina dziobowatości nadawała jej wyraz dojrzałej męskości. Słuszny wzrost, przewyższał mnie o pół głowy, także nie był bez znaczenia. Więc nie rozumiałem jego uległej i bojaźliwej postawy względem kobiet.
- Która to już z kolei? Trzecia?
Popatrzył na mnie urażonym wzrokiem: - Ewka z Gorzowa nie brała ode mnie.
- Przeliczyła wartość otrzymywanych prezentów i uznała,że bardziej opłacało się jej brać w naturze niż gotówce. Podobno płaciłeś za jej mieszkanie.
- Za dwa miesiące... - urwał i nerwowo zaciągnął się. Po chwili wyrzucił z siebie ze złością: - Jesteś podły.
Roześmiałem się i podbiłem stawkę:
- Sześćset. No, więc...
- Mówiłeś pięćset - odparł zdumionym głosem.
Gliniarz nachylił się nad Verdim i chwycił go za włosy, unosząc w górę. Coś powiedział i wymierzył kolejnego kopniaka, tym razem w brzuch. Wyglądało to nieprzyjemnie.
- Zakatują twojego wozaka10 - rzekłem. - Jak się długo jeszcze ma męczyć?
- Nie bierz mnie na uczucia. Czy wyglądam na jego ojca? On jest młody i dużo wytrzyma. Dla niego problemem nie jest opuchnięta twarz i siniaki, bo jedno i drugie się zagoi. On martwi się o zapłatę, której nie otrzyma, kiedy ci dwaj bandyci zabiorą mu samochód. Prawdopodobnie, zanim wyjechał zapożyczył się a konto tych pieniędzy. Kupiłżonie nową sukienkę, córce jedną z tych gadających lalek, a sobie nową wiertarkę Boscha. Chłopak lubi majsterkować, własnoręcznie wykonał meble w dziecinnym pokoju. Pokazywał mi je z taką dumą, jakby własnoręcznie postawił dom bez użycia jednego gwoździa. Chłopak ryzykował w czasie całej drogi. Przed przekroczeniem każdego przejścia granicznego zażywał węgiel, aby ze strachu nie dostać biegunki. Ma słabe kiszki. I teraz, kiedy już tak mało mu pozostało do osiągnięcia celu, wszystko okazało się na nic.
- Nie dałeś mu nawet zaliczki?
- Czy ja wyglądam na kogoś kto wierzy w szczęście i uczciwość drugiego człowieka, Marcel?
Popatrzyłem za okno, bandyta w mundurze, który przed chwilą wymierzył Verdiemu kopniaka, położył nogę na jego głowie i dociskał ją do asfaltu, cały czasśmiejąc się do drugiego funkcjonariusza.
- Stracisz nową dostawę Luke Strike - rzekłem. - Po drugie, na tyle ile cię znam, na pewno odejmiesz mu i właścicielowi Trójki część pieniędzy. Jeszcze nikomu nie zapłaciłeś tyle ile powinieneś.
Przerwałem i postanowiłem podbić stawkę:
- Siedemset, a za chwilę nie wyjdę nawet za tysiąc. Tamci nazbyt zmęczą się maltretowaniem twojego wozaka, by zechcieli o czymkolwiek gadać. Widziałeś kiedyś zmęczonych ludzi, którzy rozsądnie myśleli?
- Kurwa, ruszaj dupę i idź z nimi pogadać - poddał się.
Zapiąłem kurtkę pod szyją. Musiałem się teraz zebrać w sobie, mieć uszy i oczy otwarte, nie wolno mi było uronićżadnej chwili, bo inaczej mogłem skończyć jak tamten nieszczęśnik.
- Witalik, nawet niech ci dołba nie przyjdzie nacisnąć pedał gazu i dać w długą - zwróciłem się do niego, na wypadek gdybym musiał salwować się ucieczką. - Obojętnie, co się będzie działo. Nawet jak będą strzelać do was. Stoisz i trąbisz. Niech pobudzą się ludzie w całym mieście. - Rozejrzałem się wokoło, było pusto, Najbliższe zabudowania zamieszkałe przez ludzi były dwa kilometry dalej. - Słyszysz?
Milczał, kiwając głową, co mogłem zinterpretować, jako zgodę lub jako obojętność - mów sobie, co chcesz i tak zrobię swoje.
- Słyszysz?! - powtórzyłem ostro.
- No - wydusił z siebie, jakby miał knebel w ustach.
- Powtórz! Będę czekał, aż wrócisz.
- Będę czekał, aż wrócisz.
Popatrzyliśmy sobie w oczy i kiedy uznałem,że postąpi tak jak mu mówiłem, opuściłem samochód, z którego mogły mnie wygnać tylko samobójcze skłonności. Pokrzepiłem się myślą,że za plecami mam trzech trzymających moją stronę kibiców.

3.

Nie wiedziałem, czy Starszy przeczytał coś więcej niż kolumnę drobnych ogłoszeń, ale to on był szefem. Mówiły o tym jego bezczelne, szczurze oczy, które już wszystko widziały i władcze, pewne siebie ruchy. Jego drewniana twarz miała tylko jeden wyraz - wzgardliwy uśmieszek. Młodszy ciekawie przyglądał się mojej osobie i czekał na to, co się wydarzy; był w tej lepszej sytuacji, że celował we mnie odbezpieczonym Makarowem. Miałem nadzieję, że palec nie omsknie mu się na cynglu i ołowiana kula nie przebije mojej piersi. Wycofać się już jednak nie mogłem, musiałem brnąć krok po kroku do przodu. Czyżby tak miała wyglądać moja ostatnia chwila? Ogarniał mnie pustyśmiech na myśl o drodze, jaką w ciągu kilku lat pokonałem od nauczyciela w wiejskiej szkole podstawowej do gangstera. Jak szybko zapomniałem wszystkie książki, które przeczytałem. Jakłatwo przyzwyczaiłem się do wszystkiego, co kiedyś potępiałem i czym gardziłem. To, co miało dawniej znaczenie przestało je mieć. Coraz rzadziej mówiłem sobie to wolno mi a tego nie można. Stygłem. Całeżycie zaczęło się toczyć, gdzieś poza mną i nie wierzyłem,że mam już na cokolwiek wpływ. Dokąd miała mnie zaprowadzić ta droga?
Podniosłem ręce, poprosiłem, aby mnie obszukali. Starszy kiwnął na Młodszego, aby to uczynił. Trzymając cały czas w ręce broń, lewą obmacał mnie pobieżnie. Uznał,że nie jestem dla nichżadnym zagrożeniem i wreszcie zrezygnował z wymachiwania Makarowem.
- Kim ty, jebana blać, jesteś? - zapytał szef.
- Znajomym - odparłem.
- Nieżartuj - wyszczerzył zęby i popatrzył wymownym wzrokiem na swojego młodszego kolegę, dając do zrozumienia, co o tym myśli.
Uznałem,że najlepiej będzie, jak zmilczę jego uwagę.
- Czyja to maszyna? - zapytał po chwili Starszy.
- Jego - wskazałem głową na zwiniętego, jak skopany kundel, Verdiego.
- Nieżartuj.
- Trachnięta11?
- Nie.
- Nieżartuj - widać był to jego ulubiony zwrot.
- Wszystko z nią jest w porządku.
- Nieżartuj.
Spojrzałem na zegarek, minęła północ. Leżący na ziemi nieszczęśnik w miarę doszedł do siebie, jednak nadal na jego twarzy malował się strach.
- Jeszcze przez dwa dni będzie to najuczciwszy samochód jeżdżący w tym mieście - rzekłem, tym razem wsparłem swoje słowa pewnym siebie głosem i wzrokiem.
- Nieżartuj, dwa dni - prychnął.
Młodszy zawtórował mu równie przyjemnym, wronimśmiechem. Czy każdy gliniarz musi być tak antypatyczny?
- Zdąży wrócić tam, skąd przyjechał. Nie będziesz miał z tego nic, tak samo jak ja. W samochodzie siedzi jeszcze trzech ludzi gotowych zaświadczyć o tym, co tutaj się działo. Ten skatowany chłopak jest niemieckim obywatelem, jutro osobiście pomogę mu dojść do ambasady. To nie twój ziomek, z którym możesz zrobić, co chcesz. To jego policja podarowała maszynę, którą jeździsz. Chyba nie chcesz, aby ten incydent położył się cieniem na przyjaznych stosunkach z Niemcami?
Grałem pewnego siebie faceta, który ma za sobą większość argumentów, choć wiedziałem,że Vernanda nikt nawet siłą nie zaciągnie do swojej ambasady; na niczym mu tak nie zależało jak na posiadaniu czystej kartoteki policyjnej. Nie miałem pewności co do Andrzeja, ale reszta osób na pewno nie miała najmniejszej ochotyświadczyć przeciw komukolwiek; na koniec warto wspomnieć o takim szczególe,że od północy BMV było samochodem poszukiwanym przez niemiecką policję. Dlatego byłem rad, gdy ujrzałem jak twarz Starszego traci niedawne przekonanie o swojej wszechmocnej potędze. Mogłem teraz wyjść z propozycją porozumienia.
- Verdi, ile masz forsy - podszedłem do niego i przyklęknąłem.
Posłał mi ogłupiały wzrok.
- Dawaj, inaczej zostawię cię w rękach tych oprawców - liczyłem na to,że gliniarze nie znają języka niemieckiego. Czy każdy Szkop musi trząść się tak o każdą markę? - pomstowałem w duchu, widząc,że wizja utraty pieniędzy jest silniejsza niż strach przed bólem.
Wsunąłem rękę za jego kurtkę i wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni sfatygowany skórzany czarny portfel, wewnątrz którego znajdowało się zdjęcie młodej kobiety i pięcioletniego dziecka. Zawartość odpowiadała wyglądowi ubrania właściciela, sprawiającego wrażenie taniości. Wyciągnąłem dwie setki i podszedłem do Starszego.
- To za przekroczenie prędkości. Więcej by było, gdyby chłopak mógł stać na własnych nogach.
Gliniarz wziął banknoty i wepchnął do kieszeni spodni; popatrzył na mnie tak,że bez słów wiedziałem, iż jeśli kiedykolwiek skrzyżują się nasze drogi, wówczas nie wyjdę z tego spotkania cało. Zakończy się to moją katastrofą.
Pomogłem powstać Verdiemu i wepchnąłem go na tylne siedzenie, sam zająłem miejsce za kierownicą. Dałem znakświatłami Witalikowi i ruszyłem. Pragnąłem jak najszybciej znaleźć się stąd daleko, na wypadek, gdyby tamci zmienili zdanie.

4.

O godzinie drugiej w nocy siedzieliśmy wszyscy w jednym z nielicznych czynnych o tej porze barów, do którego nie zapuszczał się żaden porządny mieszkaniec tego miasta. Może właśnie dlatego,że przesiadywałem w takich miejscach, nie było mi dane poznać tutejszego porządnego obywatela, który codziennie wracał po ośmiu godzinach ciężkiej monotonnej pracy do domu i jedyną niestosowną rzeczą, na którą pozwalał sobie wżyciu, to oglądanie filmów dla dorosłych nadawanych późną nocą przez telewizję. Lokal mieścił się w piwnicy jednej z kamienic na starym mieście. Front jej został odrestaurowany i odróżniał się od pozostałych budynków, z których dawno poodpadał tynk, aściany pokrywały liszaje. Bogactwo mieszało się tutaj z bylejakością, która miernie naśladowała to pierwsze. Skórzane fotele i sofy były jedyną rzeczą, do której nie można się było przyczepić. Całą salę oblewało błękitneświatło. Klienci rekrutowali się z miejscowych rekieterów12, dobrze zbudowanych chłopców, z kwadratowymi szczękami, o włosach ostrzyżonych na jeża, z których najstarszy liczył sobie około trzydzieści lat; władali częścią terytorium starego miasta. Ten bar stanowił ich biuro, office, jak lubili z angielska mówić. Jedynie ja i Fryc mieliśmy na sobie marynarki, strój pozostałych gości był mniej wykwintny - kurtki skórzane, swetry i bluzy dresowe. Na nogach przeważało obuwie sportowe do gry w koszykówkę. Nikt jednak nie zwracał na nas uwagi, skoro przyszliśmy tutaj z Witalikiem, którego traktowano jak swego.
- Bezpieczniej tutaj niż na ulicy - uspokajałem, wątpiącego w to Andrzeja.
Jak każdy przybysz zza zachodniej granicy nie czuł się w takim otoczeniu swobodnie; jeśli w ogóle istniało dla niego jakiekolwiek miejsce na Wschodzie, w którym mógłby się zrelaksować. Zaproponowałem, aby się rozluźnił i zanurzył w płynące tutaj wartkożycie. Nie panowała tu wprawdzie atmosfera karnawału, ale nie przypominała też smętnych dworcowych poczekalni. Z baru dolatywały dźwięki popularnego przeboju.
Witalik po dwu kwadransach przeprosił nas i pożegnał się. Nad ranem miał zająć się dalszym losem Trójki. Zanim opuścił lokal podszedł do najlepszego stolika w lokalu, usytuowanego w rogu tak,że widoczna była z niego cała sala i wejście; wylewnie wymienił uściski z przysadzistym, o posturze dzika, dwudziestokilkulatkiem, który, jak sądziłem, mianował się przywódcą zgromadzonych tużołnierzy13. Domyśliłem się,że od tej pory znaleźliśmy się pod jego troskliwą opieką.
Przy naszym stoliku opadły już emocje minionej nocy. Nie stało się nic takiego nadzwyczajnego, co byłoby wyjątkowym przeżyciem rzadko zdarzającym się w tym kraju. Fryc i ja moglibyśmy opowiedzieć dziesiątki takich historii. Zestaw dań jakie zamówiliśmy sprowadzał się do litrowej butelki Smirnoffa i mniejszej, Jasia wędrowniczka. Tę ostatnią rozpijaliśmy z Andrzejem. O słonym wędzonymłososiu nie warto wspominać. Po pierwszym wzniesieniu szklanek, postanowiłem wspomócżołądek kotletem z frytkami i mocną kawą espresso, tak, prawdziwe espresso z włoskiego automatu. Nie jest to aż tak dziki kraj. Wypiłem dwie filiżanki. Przyniosło to oczekiwaną reakcję i ponownie byłem w stanie rozróżniać słowa, jakie wokół mnie się wznosiły, płynęły szybko w powietrzu, by nagle zwolnić, stanąć w bezruchu i ponownie się spiętrzyć i wznieść w górę. Tak intensywna rozmowa pochłonęła Fryca i Andrzeja. Głowa Vernanda spoczywała w ramionach, opartych o blat stołu. Wyglądali jak starzy przyjaciele wspominający swoje dzieciństwo, to przekonanie wzmagały wzajemne poklepywania i uściski.
- Tak, Andrzejku - rzekł ojcowskim tonem Fryc, charakterystycznym dla niego, gdy zwiększała się objętość alkoholu w jego krwi. - Człowiek czepia się chwili, aby nie czuć,żeżycie mija bezpowrotnie. Dobiegłeś trzydziestki, ale ciągle próbujesz wystartować.
Wiele razy Fryc zaskakiwał mnie głębokością swoich przemyśleń, tym bardziej,że jego jedyną lekturą, jaką czytał odkąd go poznałem były komiksy i pisma pornograficzne, wśród nich takie, które wzbudzały we mnie szczególne obrzydzenie - zdjęcia dziewczynek z naturystycznych plaż. Jeśli przeczytałem "Lolitę" Nabkova, powinienem go zrozumieć, ale nadal nie mogłem; dziewczynki na jego zdjęciach były młodsze o trzy, cztery lata od tytułowej bohaterki powieści.
Popijanie i gadanie prowadzące donikąd, orzekłem po wysłuchaniu ich kolejnej wymiany zdań. Tym razem zapamiętałem słowa Andrzeja: "Nawet najlepszeżycie ma marny finał.". Całe to gadanie ujawniało pustkę i straszne osamotnienie. Nie mogło doprowadzić do niczego dobrego.
- Nieściemniaj mnie! - nieoczekiwanie krzyknął Fryc.
Jego niedawny przyjaciel aż drgnął i wyprostował się. Oczy naszego Patrona, z narożnego stolika, podążyły ku nam, czekając na dalszy przebieg wypadków. Uśmiechnąłem się do niego i wykonałem gest oznaczający,że wszystko jest w najlepszym porządku.
- Nie pij tyle wódki - zwróciłem się do Fryca. - Zjedz coś, napij się kawy. Poczujesz się lepiej.
- Nie chcę się poczuć lepiej - odparł i spojrzał na mnie pustymi oczyma.
Popatrzyliśmy tak na siebie przez chwilę i rzekłem:
- No, dobra, Fryc, wszystko w porządku, masz rację, ale nic na to nie poradzisz, niczego nie zmienisz dzisiaj ani jutro, musisz uzbroić się w cierpliwość i czekać.
- Nie jestem w stanie już dłużej czekać - odparł zrezygnowanym głosem.
Przeniósł wzrok na kieliszek wódki, następnie na flaszkę, by stamtąd omieść całą salę, w której od godziny trwała nieruchomość. Pozostało tylko kilku niedobitków. Błękitneświatło przywoływało na myśl wygląd sali operacyjnej albo nowoczesnej kostnicy miejskiej. Chłód tego pomieszczenia przenikał kości i wywracał wszystko na wspak - obecność tutaj stawała się uciążliwa
- Wychodzę stąd - oświadczył.
Podniósł się, obudził Vernanda, i razem pod ramię opuścili lokal. Przed kamienicą do rana zawsze stały jedna lub dwie taksówki, więc nie martwiłem się,że obaj utkną wśnieżnej zaspie i zasną w jakimś zaułku. Codziennie gazety donosiły o znajdywanych rano ludziach zamarzniętych naśmierć, którzy zapomnieli drogi do domu albo w ogóle jej nie znali. Ponadto jego niemiecki przyjaciel wyglądał na najbardziej trzeźwą osobę wśród nas wszystkich.
- Kim jest Fryc? - zainteresował się Andrzej.
- Fryc tak naprawdę urodził się w Gdańsku, mieszkał do ósmego rokużycia we Wrzeszczu na ulicy Karłowicza, niedaleko kina "Znicz", gdzie jako dziecko oglądał w nim "Krzyżaków". Potem wyemigrował wraz z rodzicami do Niemiec.
To mu jednak nie wystarczyło, chciał wiedzieć więcej.
- Co tu robi? - zapytał.
- Widziałeś - odparłem.
Postanowiłem wyraźnie dać mu do zrozumienia, że jego ciekawość jest niestosowna i powinna pozostać zaspokojona tym, co usłyszał, widział i co podpowiadała mu intuicja. Andrzej należał do przebiegłych ludzi, skrywających się pod płaszczykiem dobrego przyjaciela. Tacy ludzie o ujmującej powierzchowności są najgroźniejszymi przeciwnikami i najlepiej nie szukać w nich przyjaciół. Lepszym wyborem jest uznanie ich z góry za wroga, by nie przeżyć przykrego rozczarowania i nie umożliwić wbicia sobie noża w plecy. Nabierałem przekonania, że świetnie pasowałby do przebywającego w tym lokalu towarzystwa. Cechowała go ta sama władczość i przekonanie,że wszystko wżyciu da się skrupulatnie wyliczyć i wymierzyć. Dla niego nie było złożonych spraw. Każdy problem dał się rozwiązać w prosty sposób. Jako dziecko musiał lubić torturowanie kotów, którym zapewne obcinał ogon i zrzucał je z czwartego piętra. Pierwszą dziewczynę jaką posiadł zgwałcił, myślącże poszła z nim dołóżka z miłości; krzyk, jaki temu towarzyszył, uznał za oznakę rozkoszy. Obecnie nie kłopotał się losem dwóch wozaków, którym nie udało się przekroczyć granicy i którzy siedzieli w policyjnym areszcie.
Przez moment nabrałem ochoty, by chwycić go za gardło i rzucić na ziemię, wbić kciuk w jego dobrze zarysowaną tchawicę i udusić; nic sobie nie robiłem z tego,że byłaby to walka Dawida z Goliatem; dawałem sobie radę w wielu trudniejszych sytuacjach.
Dużo wysiłku kosztowało mnie nie danie mu odczuć moich myśli. Nie chciałem, aby intryga jaką dokładnie przemyślałem i ułożyłem legła w gruzach tylko dlatego,że nie potrafiłbym pohamować swoich krwawychżądz.
- Załatwisz mi kobietę? - zapytał.
- Kobietę nie, ale dziwkę mogę - odparłem.
Tutejszy patron14, wraz ze swojąświtą zamierzał opuścić lokal, zanim to jednak uczynił, wzrokiem wskazał mi na siedzących, stolik dalej od niego, czterech chłopaków, do których po chwili podszedł. Zrozumiałem,że teraz oddał nas pod ich opiekę. Skinąłem głową, dziękując.
- W jakim hotelu chcesz się zatrzymać? - zapytałem.
- Myślałem,że przenocuję u ciebie.
Miał tupet. Mogłem się po nim tego spodziewać.
- Dlaczego przypuszczasz,że tu mieszkam?
- Wyglądasz na kogoś kto dawno nie opuszczał tego miasta. Nienawidzisz tego miejsca, tych ludzi - urwał, czekając na moją reakcję. Po chwili kontynuował: - Mój dziadek zawsze powtarzał,że kiedy przyjdzie do ciebie Rusek, to należy go bić po mordzie, bo on zawsze przychodzi po to by cię oszukać. Kiedy ostatnio byłeś w kraju?
Przyznać musiałem,że należał do ludzi spostrzegawczych. Tym jeszcze bardziej wzbudził moją niechęć. Zbyłem jego pytanie i rzekłem:
- Nie mieszkam sam. Zbyt krótko się znamy, w ogóle się nie znamy, abym mógł cię wpuścić do swego domu. Skoro masz pieniądze na dziwkę, powinno stać cię na hotel.
- Starczy mi tylko na nią i bilet powrotny - uśmiechnął się i położył przyjacielsko dłoń na moim ramieniu.
Skamieniałem, drgnął mi mięsień policzka, zauważył to i z przepraszającą miną cofnął rękę. Rękę, którą potraktowałem jako coś odrażającego. Twarz mu poczerwieniała, a wargi zamieniły się w grubą krechę. Zaskoczyła go moja reakcja i nie potrafił się znaleźć w nowej dla siebie sytuacji.
Pomyślałem,że tym razem wpadł po uszy, właśnie teraz powinno się to stać - należy mu odebrać prawo powrotu. Pragnąłem ujrzeć jego twarz wykrzywioną cierpieniem. Płaszczącego się przede mną i proszącego o litość. Już nie będzie mógł wykonać najprostszej rzeczy, a to co mieści się w jego rozporku nie wejdzie wżadną kobietę. Jeszcze siedział tu ze mną, jeszcze pił ze mną whisky, ale już niedługo całe jegożycie zostanie zrównane z ziemią. Ktoś kto czuł potrzebę zemsty zrozumie uczucia, jakie mnie wówczas wypełniały.
- Idziemy - rzekłem.
Umieściłem go w jednym z mieszkań należących do Loni Gondarczuka, mojego miejscowego przyjaciela, który posiadał ich co najmniej kilka, lokując w nieruchomościach część swojego kapitału. Do tego mieszkania otrzymałem klucze, kiedy los zmusił mnie do zatrzymania się w tym mieście na dłużej. Przez pierwszych osiem miesięcy mieszkałem w tym jednopokojowym dobrze wyposażonym apartamencie, nazywanym tak z uwagi na wykuszone okno, w którym znaczną część powierzchni zajmowało ogromnełóżko, aż wygnała mnie z niego samotność. Obecnie na co dzieńżyłem w czteropokojowym mieszkaniu, dzielonym wspólnie z Frycem i Prezesem, nazywanym przez nasŁagrem albo Zoną, czasami bardziej pieszczotliwie -Łagierkiem lub Zonką. Zgodnie z umową, na dzisiejszą noc swój pokój udostępniałem Vernandowi.
Nie planowane wypożyczenie apartamentu Gondarczuka zmuszało mnie do poszukania sobie noclegu, bo wizja spania na niewygodnej sofie stojącej w salonie naszegoŁagru nie wydawała się być dobrym rozwiązaniem. Nie było to szczególnie trudne zadanie. "Anna! - pomyślałem. - Tak, moja oliwka znad Amuru, w której mieszała się krew Słowian z jakimś nieznanym mi kaukaskim ludem. Ona przyjmie mnie o każdej porze i w każdym stanie, w jakim bym się nie znalazł."
Umówiłem się z Andrzejem, że zajdę po niego o dziesiątej rano i, pośniadaniu w pobliskiej restauracji, odwiozę go na dworzec. Zanim pożegnałem się i wyszedłem, w drzwiach pojawiła się Olga, dziewczyna, która nie potrafiła nawlec igły, ale za to posiadała inne pożyteczne umiejętności niezbędne kobiecie, aby przeżyć w tym mieście.

5.

Natychmiast po przebudzeniu poczułem tętniący ból głowy i kwaśny język, co przypisałem wczorajszemu pijaństwu. Stanowczo za dużo wypiłem. Nigdy ze wstrętem nie odwracałem wzroku na widok butelki, ale ostatnio piłem więcej niż zdołał wchłonąć mój organizm. Zapomniałem jak wygląda świat pozbawiony alkoholowego znieczulenia. Zanim zebrałem w sobie tyle siły by wstać z łóżka, bezmyślnie patrzyłem w sufit, dopiero świst powietrza wydobywający się z lekko otwartych ust Anny, skierował mój wzrok na małą pierś. Ciemnobrązowe brodawki wywołały nieprzepartą chęć, by dotknąć je ustami i ukąsić. Potem czekać na reakcję.Śpi jeszcze. Nie ważne.Ścisnąłem dłonią powoli twardniejącego penisa i kilkoma ruchami starałem się mu nadać właściwą sprężystość. Kiedy uznałem,że jest wystarczająca, przekręciłem się na lewe ramię i podążyłem ręką ku jej kuciapce. Przesunąłem kilka razy serdecznym palcem po sromie i wcisnąłem go w wąską wilgotną szparkę. To jej ciasnocie przypisywałem zbyt szybkie dochodzenie do wytrysku, dlatego wolałem brązowe wargi, leżące kilka centymetrów niżej. Anna wydała z siebie obronny jęk, ale poddawała się wszystkiemu bezwolnie. Ciałem jej wstrząsały coraz mocniejsze uderzenia; zacisnęła zęby, by stłumić rodzący się w niej krzyk bólu.
Kiedy otworzyła oczy musiała ujrzeć moją zmarszczoną twarz, jakby i mnie rozsadzał ból. Miałem półotwarte usta, odsłaniające liczne czarneślady amalgamatowych plomb i braki w uzębieniu. Kilkudniowy zarost na mojej twarzy pogłębiał obraz wyczerpania i wtopionego w niej lęku. Tak, ona nie myliła się, zbyt dobrze mnie znała, by nie rozpoznać w moich rysach strachu. Maska pewności siebie i bezwzględności, jaką nosiłem na co dzień, jeszcze skutkowała, wprowadzając w błąd innych ludzi, ale jej nie można było oszukać. Pół roku wystarczyło jej by nauczyła się odczytywać właściwe znaczenie każdego grymasu, uśmiechu i uśmieszku, skrzywienia i zmarszczki.
Traciłem oddech. Kolejne, coraz bardziej słabnące pchnięcia, także nie przyniosły spełnienia. Bała się spojrzeć w moje oczy, które teraz były otwarte.Żarzyły się irytacją. Gwałtownie wyszedłem z niej i zwaliłem się całym ciężarem obok, wypuszczając z siebie olbrzymią ilość powietrza, co przypominało głośne wzdychanie. Sięgnęła dłonią po ciągle naprężonego penisa, nie zdążyła jednak wykonać nawet kilku ruchów, kiedy poczuła na nadgarstku moje mocno zaciśnięte palce. Odsunąłem ją od siebie.
- Powinieneś zwolnić trochę, nie pij tyle - rzekła, ale zaraz tego pożałowała, gdy usłyszała mój zirytowany ton głosu:
- Mogę rzucić picie, kiedy zechcę - siadłem nałóżku, opuściłem nogi na podłogę i po chwili dodałem: - Tylko,że nie chcę.
Podniosłem leżące pod łóżkiem czarne slipy, wciągnąłem na siebie, wbiłem stopy w plażowe laczki i poczłapałem do łazienki. Kiedy zamknąłem drzwi i siadłem na sedesie, natychmiast owładnęło mnie uczucie ulgi. Trzymając w ręku jedną z gazet przywiezioną wczorajszego dnia przez Verdiego, głośno wzdychając, miałem przed sobą kwadrans prawdziwego szczęścia. Ta codzienna czynność nigdy mnie nie zawiodła, zawsze odbywała się z niezwykłą regularnością. Stanowiła jeden z nielicznych stałych elementów mojegożycia. Zaśmiałem się w duchu na myśl,że celebrują ją niczym jakiśświąteczny rytuał.
Dwa kwadranse później Anna zwlekła się zrezygnowana z łóżka, narzuciła na siebie biały szlafrok z chińskiego jedwabiu i weszła do pokoju. Siedziałem już przy stole z pilotem w ręku, skacząc po programach telewizora. Przede mną stała szklanka z wodą a w niej rozpuszczały się dwie tabletki alka-zelcer. Minęła mnie bez słowa i podążyła do kuchni, wstawiła czajnik na ogień, następnie udała się do łazienki. Potrafiłem dokładnie opisać z pamięci wszystkie czynności jakich dokonywała: Z apteczki wyciągnęła opakowanie tabletek antykoncepcyjnych, wydłubała drażetkę, oznaczoną kolejnym dniem tygodnia, popatrzyła na nią i wyrzuciła do sedesu. Kiedy opróżniła pęcherz i spuściła wodę, pomyślała, że właśnie minął jej okres płodności. Miała nadzieję, że tych kilka udanych stosunków płciowych, jakich ostatnio doświadczyła ze mną wystarczy, aby zajść w ciążę. Drugi miesiąc oszukiwała mnie, choć wiedziała, że systematycznie kontroluję listek z tabletkami. Próbowała doprowadzić do spełnienie swojego marzenia. Pragnęła stać się matką, co wywoływało mój sprzeciw. Dlaczego akurat ja miałbym stać się ojcem jej dziecka? Jaka nadzwyczajna krew we mnie płynęła, jakimi znakomitymi genami byłem obdarzony,że wybrała mnie a nie innego faceta, z tuzina, z którymi od czasu do czasu sypiała. Czy fakt,że ze mną doznała swojego pierwszego orgazmu, a z innymi nigdy przedtem nie miała, jak twierdziła, miał być tym decydującym argumentem? "Jesteś moim pierwszym mężczyzną, reszta się nie liczy, skoro nigdy nie dali mi takiego szczęścia" - wyznała. Dziewictwo straciła w wieku czternastu lat, ale cóż to miało za znaczenie. To ja odmieniłem jejżycie seksualne!
Uważałem przyczynienie się do wydania naświat już jednego dziecka, swojej córki, za nadmiar nieodpowiedzialności. Nie chciałem już nikogo zmuszać do egzystencji w tym okrutnymświecie. Skoro nie potrafiłem zapewnić szczęścia sobie, jak mogłem zagwarantować je komuś innemu? Niestety nie byłem konsekwentny i ku swojemu przerażeniu, zdałem się na los.
Prawdziwa rodzina. Macierzyństwo. Ta chwila, gdy złona wychodzi dziecko, a potem spoczywa na brzuchu, kiedy ustami szuka pokarmu, wydawała się Annie być jedyną rzeczą dla której warto zmagać się z codziennością i towarzyszącym jej zwątpieniem. Nie uważała tego wszystkiego jak ja za złudzenie.
Kiedy miała pięć lat ojciec pozostawił matkę. Dlaczego ojciec tak postąpił, nigdy się tego od niego nie dowiedziała. W czasie ich jedynego i ostatniego spotkania usłyszała,że i tak tego nie zrozumie. Ze zdumieniem stwierdziła,że przeszła jej już złość do niego. Gdyby okazał choć odrobinę skruchy i ciepła, wybaczyłaby mu.
Do tej pory nie naciskała na mnie, nie molestowała o to, by połączyć się na stałe i od tej pory codziennie móc patrzeć na siebie w czasie śniadania, obiadu, popołudniowej kawy i kolacji. Nieśmiało tylko wspomniała o chęci zamieszkania razem. "Jak możesz wytrzymać samotność włóżku?" - dziwiła się. I później, gdy zamieszkałem wŁagrze: "Nigdy nie wytrzymałabym w towarzystwie dwóch facetów, dla których ogromnym wysiłkiem jest założenie koszuli. Codziennie patrzeć na ich nieogolone opuchnięte od pijaństwa twarze i obwisłe brzuchy. Przecież ty w ogóle nie palisz?!" Tak, ten ostatni argument miał swoją największą wagę, w Zonie przyszło miżyć wśród namiętnych miłośników dymu papierosowego.
Kobiety na wschodzie szybciej dojrzewają, i nie myślę tutaj tylko o ich ciele. Dziewiętnastoletnia Anna stała się już dorosłą osobą w wieku szesnastu lat, gdy zaczęła nie tylko siebie utrzymywać, ale i matkę. Sądząc po tym, w jakich okolicznościach ją poznałem, nie była to najstarsza możliwość zarabiania na życie, jakie mają piękne kobiety, a raczej nie wprost. Tańczyła w najlepszej rewii, jeśli rewią można nazwać artystyczną część, jaką oferował najdroższy klub nocny, na ostatnim piętrze najbardziej luksusowego hotelu w tym mieście. Była jedną z jej gwiazd, o czym świadczyły dwa solowe numery wykonywane przez nią w czasie występu. Czy posiadanie bogatych kochanków, "sponsorów", często jużżonatych, z gromadką dzieci, zaspakajających naturalne potrzeby pięknej i młodej dziewczyny można nazwać prostytucją? Zawsze przychylałem się do twierdzenia,że kobieta obciągająca fajfusa za fajfusem, aby uzyskać coś, czego później nie potrafi wykorzystać jest głupią kobietą. ( Być może jest dobrym materiałem nażonę? ) Jeśli obciągała ich do końca, to powinna wykorzystać to także do końca.
Czajnik wydał z siebie przeraźliwy gwizd, Anna chwilę odczekała z nadzieją,że zdejmę go z ognia, ale musiała wyjść złazienki i zrobić to sama. Zaparzyła sobie herbatę, a mnie rozpuszczalną kawę. Gdy stawiała filiżankę obok pustej szklanki, rozdzwonił się telefon. Oboje skierowaliśmy wzrok w jego stronę. Po trzecim sygnale dobiegł nas jej głos, zachęcający do pozostawienia wiadomości. Długie pip i cisza. Cisza wywołująca zimny dreszcz biegnący po krzyżu. Od dwóch dni, co kilka godzin ktoś wykręcał jej numer, wysłuchiwał zapowiedzi i przez cały czas przeznaczony na pozostawienie wiadomości milczał. Kolejny cichy wielbiciel wywołujący w niej poczucie zagrożenia.
Nie wypiłem kawy. Ubrałem się w jeansowe spodnie i koszulę, na koniec założyłem marynarkę w czarną pepitkę; wszystko to nosiłem od kilku dni. Od dawna przestałem przywiązywać wagę do stroju. Z wieszaka w przedpokoju ściągnąłem skórzaną kurtkę. Kiedy już byłem gotowy do wyjścia, wróciłem do sypialni. Otworzyłem szufladę w bocznej nocnej szafce i wyciągnąłem z niej nowy, samopowtarzalny pistolet PMM, zmodyfikowaną wersję Makarowa, z magazynkiem zawierającym dwanaście dziewięciomilimetrowych kul, dostarczony mi przez Witalika. Od tygodnia uczyłem się codziennie strzelać w puszki po piwie i butelki po wódce na peryferiach miasta. Wstyd się przyznać, że był to mój pierwszy kontakt z bronią. W czasiećwiczeń doznałem dziwnego uczucia obcowania z mroczną mocą. Trzymanie tego narzędziaśmierci w ręku dawało ogromne poczucie siły, ale też nasunęło myśl,że od tej pory to ja sam stanowię dla siebie główne zagrożenie.
Wyszedłem z mieszkania bez słowa pożegnania. Anna podciągnęła nogi w górę i oparła się podbródkiem o kolana. Nie potrafiła już nawet wypowiedzieć tego, co chciała mi powiedzieć. Nie potrafiła uczynić tego, co dyktował jej zdrowy rozsądek. Powinna zatrzasnąć na zawsze przede mną drzwi swojego domu. Siedziała jednak obezwładniona czymś czego nie rozumiała.

6.

Nadszedł chyba właściwy moment, abym się przedstawił i wyjaśnił, co robię w tym mieście. Nazywam się Marcel Kajkowski. Urodziłem się w Sopocie, w niczym nie wyróżniającej się rodzinie. Mój ojciec, z którym nie zamieniłem w życiu zbyt wiele słów - był kucharzem na dalekomorskich statkach rybackich; większą część roku spędzał na Morzu Ochockim łowiąc mintaja, rybę, której endogenicznie nie znosiłem, a którą on potrafił przyrządzić na czterdzieści cztery sposoby. Matka pracowała jako pielęgniarka w szpitalu marynarki wojennej. Mieszkaliśmy na Kamiennym Potoku w dziesięciopiętrowym budynku z wielkiej płyty, w którym rozpoznawało się wyłącznie najbliższych sąsiadów z piętra. W czasie nieobecności ojca dom przypominał tratwę bezwolnie poddającą się niosącemu ją prądowi wody. Matka należała do słabych kobiet, nie widziała nic szkodliwego w rozpuszczaniu swojego ukochanego jedynaka. Powrót ojca, jego trzymiesięczny pobyt, wnosił do domu zamieszanie. W dni wolne, kwadrans po siódmej, cała rodzina musiała już siedzieć przy śniadaniu. Matka bacznie przyglądała się ojcu i wysłuchiwała, jak spędzą dzień. Każda niedziela obowiązkowo rozpoczynała się od nabożeństwa i długiego spaceru. Następnie była wizyta u dalszej rodziny, w czasie której ojciec domagał się okazywania mu ze strony matki i mojej podziwu. Nic nie mogło być ważniejsze od wspólnie spędzonej niedzieli. Tak ojciec wyobrażał sobie życie prawdziwej rodziny. Ku jego zgryzocie, od dziesiątego roku życia, stałem się krnąbrny i zacząłem podważać jego opowieści o bogactwach świata, jakie odkrywał w czasie swoich podróży. Wizyty w egzotycznych krajach były wytworem jego wyobraźni. Statki-przetwórnie rybackie rzadko wpływały do portów, jego prezenty miały wyłącznie rosyjskojęzyczne etykietki. Z czasem matka także mniej uważnie wysłuchiwała jego opowieści, nie ukrywała znudzenia. Powrót ojca do domu oznaczał większą ilość dyżurów w szpitalu. Miała dość jego bezustannych wyrzutów,że poświęca się dla naszego dobra, a my tego nie doceniamy. Podziwiałem ją za to,że nigdy nie odezwała siężadnym cierpkim słowem, patrzyła na ręce i zaciskała usta.
- Spapraliście miżycie - wreszcie stwierdził i zabukował się na okręt na długi rejs.
Przez półtora roku nie odzywał się, jedynie na święta wysyłał kartki z życzeniami wesołych świąt. Kiedy wrócił zamknął się w swoim pokoju. Nikt nie odczuwał jego obecności. Pewnego razu matka zwróciła uwagę, że rano paliło się światło i weszła do środka. Ojciec siedział przy biurku, z głową opartą o blat; nie odpowiadał na jej wołanie, nie ruszał się; umarł na zawał serca. Niecały rok później matka poznałażołnierza zawodowego, w stopniu sierżanta, zajmującego się zaopatrzeniem w szpitalu i wyszła po raz drugi za mąż. Zrobiła to dla mnie, bo potrzebowałem silnej męskiej ręki, jak zapewniała. Ojczym próbował narzucić dryl wojskowy, ale po kilku miesiącach dał za wygraną, przestrzegając mnie,że "spapram sobieżycie", jeśli się nie zmienię.
Z trudem przezwyciężyłem własne lenistwo i ukończyłem technikum okrętowe o specjalności kucharz-marynarz, odbyłem służbę wojskową w Marynarce Wojennej, a następnie zatrudniłem się na statku, jako pomocnik szefa kuchni. Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział,że pójdę wślady ojca odebrałbym to za niedorzeczność.
Mam jeszcze przed oczami ten ciepły jesienny dzień, gdy wracałem ze swojego pierwszego rejsu. Po zacumowaniu do kei i odprawie celno - paszportowej, wyszedłem na zewnątrz i spokojnie przyglądałem się krzątaninie w porcie. Panował ożywiony ruch, robotnicy w białych, pomarańczowych iżółtych kaskach rozładowywali statek kubańskiej bandery. Nabrzeża wszystkich portów naświecie są podobne do siebie - pomimo wrażenia wszechwładnego bałaganu wszystko szło bez oporów. Nie przypuszczałem,że za chwilę ulegnie to gwałtownej zmianie. Od tej pory nic już nie było takie samo jak dawniej.
Kiedy po trapie zeszła straż graniczna i celnicy, nagle, ze wszystkich stron otoczono nasz statek, od strony wody podpłynęły policyjne motorówki, od lądu podjechały samochody straży granicznej, policji i nie oznakowane pojazdy należące do Urzędu Ochrony Państwa. Zanim zdążyłem zrozumieć, co się dzieje, ujrzałem przed sobą faceta z wymierzoną we mnie bronią. Nakazał odwrócić się dościany, oprzeć się o nią rękoma i szeroko rozstawić nogi. Po przeszukaniu, pchnął mnie w stronę trapu. Wszyscy, włącznie z kapitanem zostali sprowadzeni na brzeg i rozstawieni w odległości trzech metrów od siebie. Nikt nie czuł się tak dobrze, jak kwadrans wcześniej. Jedni przygryzali wargi i mocno zaciskali pięści, drudzy ze zdziwienia wybałuszali oczy i rozdziawiali usta, a jeszcze inni chrząkali, przełykaliślinę i pokasływali. Cały statek został wywrócony do góry nogami. Godzinę później z powrotem znalazłem się na nim i w asyście dwóch policjantów wszedłem do kuchni. Szef siedział na stołku, przecierał wierzchem dłoni spocone wysokie czoło i nerwowo zerkał na mnie. Był to pięćdziesięcioletni mężczyzna o pulchnej sylwetce i twarzy dobrodusznego zakonnika. Prostego zakonnika.
- Do odprawy celnej zgłosiliście butelkę whisky, komplet jeansowy i radiomagnetofon? - zwrócił się do mnie beznamiętnym głosem suchy, o patykowatym wyglądzie mężczyzna, opierający się o blat stołu.
Miał na sobie rozpiętą czarną kurtkę skórzaną,żółtą koszulę, jasnobeżowe spodnie, czarne mokasyny i białe skarpetki. Do paska przymocowana była kabura z pistoletem. Założył ręce na piersi i czekał na odpowiedź, przebijając zimnym, badawczym spojrzeniem moje oczy.
- Tak - odparłem.
Wyszczerzył w uśmiechu zżółkłe od palenia zęby, przeszedł w drugi kraniec pomieszczenia, gdzie stały dwie duże chłodziarki i stukając o drzwiczki tej najbliższej, zapytał:
- Nikt poza wami nie ma dostępu do tego pomieszczenia?
Spojrzałem na szefa kuchni, ale on nie reagował, zapadł się w sobie, obawiałem się,że za chwilę dostanie ataku serca, więc odpowiedziałem zgodnie z prawdą:
- Nie.
Otworzył drzwiczki chłodziarki i skinął na mnie, abym zbliżył się do niego. Kiedy to zrobiłem, poczułem jakżołądek zamienia się w ołowianą kulę, a powietrze w płucach nabiera konsystencji szklanej waty. Nie musiałem zaglądać do jej wnętrza, dobrze wiedziałem co się w niej znajduje.
- To jest wasze? - zapytał.
Odwróciłem się w stronę szefa, jeśli przed chwilą wyglądał na nieobecnego, teraz przypominał manekina, był workowaty, pozbawiony całkowicieżycia.
- To jest moje - wydobyłem z siebie skostniałym głosem.
Popatrzył na mnie i na szefa kuchni, drgnął mu prawy policzek, zadumał się i rzekł:
- Podpisz tutaj - podetknął mi pod nos protokół zajęcia rzeczy.
Kiedy to zrobiłem, nie miałem wtedy najmniejszego pojęcia,że podpisuję na siebie wyrok, zwrócił się do policjantów, z którymi przyszedłem:
- Zabrać go.
Aresztowano mnie pod zarzutem przemycenia do kraju czterech kartonów czerwonego Johny Walkera, magnetowidu Panasonic i dwóch tysiące dolarów, tak wtedy sądziłem. Tylko trzy kartony należały do mnie, czwarty był własnością szefa kuchni. Uznałem,że jeden karton więcej niczego nie zmienia. Po co dwóch miało mieć nieprzyjemności, wziąłem to na siebie. Nie wiedziałem jednak,że w drugim kartonie oprócz butelek whisky znajdowało się pół kilograma haszu.
I tak trafiłem do jednej z tych instytucji publicznych, w których świat zawęża się do kilku metrów kwadratowych, oświetlanych sztucznym światłem, wypełnionych zapachem uryny, potu i innych wydzielin wydalanych przez stłoczonych mężczyzn. Pierwsze godziny, pierwszy dzień, pierwsza noc to ciągła terapia szokowa, lodowata woda lana na pogrążone w gorączce ciało, nagłe spadanie pionowo w dół. Ten świat wydaje się być niemożliwym do życia, ty nie zasługujesz na ten świat to pomyłka. Aluminiowy talerz z czymś co tylko z nazwy przypomina jedzenie wzbudza mdłości,żołądek podchodzi do gardła, to jestżarcie dlaświń a nie ludzi. Nigdy tego nie będziesz w stanie jeść.
Trzeciego miesiąca spełniło się najpiękniejsze marzenie każdego więźnia. Usłyszałem trzask zamka. Otworzyły się drzwi i usłyszałem - jesteś wolny. Ktoś nieznany mi, jak sądziłem właściciel tego nieszczęsnego haszu, użył swoich znajomości w prokuraturze i całą sprawę odkręcił tak,że odpowiadałem wyłącznie za przemyt whisky, magnetowidu i obcychśrodków płatniczych, o narkotykach już nikt nie wspominał. Sprawę umorzono warunkowo ze względu na moją dotychczasową niekaralność i dobre sprawowanie, wymierzając mi symboliczną grzywnę i konfiskatę przemycanego towaru.
O pracy na statku nie miałem już co myśleć, postanowiłem wybrać spokojniejszy zawód. Ukończyłem studium pedagogiczne w Gdańsku-Wrzeszczu i zatrudniłem się w wiejskiej szkole podstawowej na Kaszubach. Oczywiście ważnym motywem takiego wyboru były warunki zawieszenia mojego postępowania karnego, przez dwa lata nie mogłemłamaćżadnych przepisów, poza przepisami kodeksu drogowego. Nie wytrzymałem jednak długo w tym zawodzie wymagającym od człowieka duszy samarytanina. Rzuciłem powszechnie szanowany zawód ale marnie opłacany i zająłem się handlem używanych samochodów, sprowadzanych z Niemiec i Holandii. Szybko dorobiłem się własnego autokomisu w Gdyni-Orłowie.
Jedno życie daje wystarczająco dużo czasu, żeby popełnić mnóstwo pomyłek. Mógłbym obarczać winą ludzi, którzy stanęli na mojej drodze w niewłaściwym czasie i miejscu, rzeczywistość w jakiej przyszło miżyć, aby wytłumaczyć sytuację w jakiej się wkrótce znalazłem, ale tego nie uczynię. Nie warto fałszywie poprawiać sobie samopoczucia. Wszystko zaczęło się od pierwszego sprzedanego samochodu, o którym mogłem powiedzieć tyle,że miałem sporo wątpliwości, co do jego legalnego pochodzenia. Potem to samo dotyczyło następnego i tak, na moim placu, o większości samochodów można było powiedzieć,że są niewiadomego pochodzenia.
Pewnego dniażyczliwa mi osoba, jeden z moich konkurentów, z którym wcześniej przez pół roku prowadziłem interesy, działający tak jak i ja tymi samymi sprawdzonymi metodami, ale o większych ambicjach ( pragnął powiększyć terytorium swojej działalności ) i mniejszych zasadach moralnych,życzliwie przesłał do prokuratury obciążające moją osobę dokumenty.
Od trzech lat przedstawiciele prawaścigali mnie za oszustwa celne i skarbowe oraz paserstwo. Nie tylko zażądano ode mnie zapłacenia podatków od tych pieniędzy, które zarobiłem, co gotów byłem uczynić, ale nadgorliwy prokurator postanowił,że na najbliższe kilka lat najwłaściwszym miejscem dla mnie będzie cela. W pamięci jeszcze miałem swój trzymiesięczny pobyt w więzieniu i nikt nie był w stanie zmusić mnie do powrotu tam. W ten właśnie sposób stałem się człowiekiem wyjętym spod prawa i dołączyłem do takich samych nieszczęśników, jak Fryc i Prezes.

7.

Zanim zaszedłem do apartamentu, w którym ulokowałem na noc Andrzeja, postanowiłem wstąpić do Łagru. Pragnąłem dowiedzieć się, co słychać u Prezesa. Wczorajszego dnia odwiedził go prawnik, który po to przyjechał taki kawał drogi, by poinformować go,że najlepszym rozwiązaniem będzie oddanie się wymiarowi sprawiedliwości i wtedy można by było walczyć o wypuszczenie na wolność za kaucją. Ożadnych gwarancjach prawnych,że tak się stanie nie było mowy, bo negocjacje z prokuraturą ciągle stały w martwym punkcie. Przełomem według prawnika miało być jego stawienie się.
-Ścierwo, znowu nacięło mnie na tysiąc zielonych i jestem w tym samym miejscu, gdzie poprzednio - wychrypiał przepalonym od papierosowego dymu głosem. - Pieprzone Papugi, tym więcej ciągną im bardziej leżysz na dnie.
Prezes, tak naprawdę nazywał się Waldemar Jagieliński; pochodził z Wrocławia i kiedyś prowadził jedną z większych handlowych firm w tamtym rejonie, zajmującą się sprzedażą cukru i węgla. Od siedmiu miesięcyścigała go prokuratura, zarzucając mu wyłudzenia i nadużycia podatkowe. Wraz z Frycem nazywaliśmy Waldiego Prezesem, traktując go z przymrużeniem oka, przyjmując zakłady, ile jeszcze czasu wytrzyma jako niewidzialny człowiek.
Sine worki pod oczami i przekrwione białka, rozwichrzone posiwiałe włosy; od momentu, kiedy go po raz pierwszy ujrzałem siwizna pożarła kolejne partie jego pięknych czarnych włosów; wymiętoszony podkoszulek i spodnie z jego popielatego garnituru, w którym chodził na co dzień, unoszący się od niego zapaszek potu wymieszany ze sfermentowanym alkoholem - to wszystko mówiło,że tej nocy nie spał, a pił. Jako jedyny wśród nas całkowicie przeszedł na wódkę pędzoną w miejscowych gorzelniach. Oczywiście czynił to z oszczędności a nie z docenienia jej walorów smakowych.
- Może przyszedł najwyższy czas na zmianę obrońcy - powiedziałem. - Być może zapomniał o tym, po co go wynająłeś. Facet siedzi tam a ty tutaj, nabrał przekonania,że ci się nieźle powodzi i wcale się nie spieszy do powrotu. Nie płaczą za tobążona i dzieci. Z pewnością zaprezentowałeś się przed nim jakbyś znał wszystkich obywateli tego miasta i zastanawiał się nad kupnem jego drugiej połowy, bo pierwszą oczywiście trzymasz w swojej kieszeni.
- Zaszedłeś aby mnie pocieszyć? - odparł ze złością.
Przyznałem mu w duchu rację, powinienem powstrzymać swój ironiczny, mocno zakrapiany cynizmem czarny humor. Nie nadawałbym się do pracy w telefonie zaufania. Już po pierwszej minucie rozmowy ze mną potencjalny samobójca jeszcze bardziej umocniłby się w przekonaniu,że nic lepszego nie może uczynić niż odebrać sobieżycie.
- Czy twój mecenasik zaproponował nieustępliwemu prokuratorowi przyjęciełapówki? - zapytałem.
- Jest zbyt uczciwy.
- Kto?
- Pieprzona papuga uważa,że po to właśnie została adwokatem, by nie musieć kogokolwiek korumpować.
- Uważa,że wystarczy mu jego znajomość prawa? Od kiedy to ktoś doszedł do sprawiedliwości trzymając sięściśle litery prawa? Gdyby tak postępował prokurator prowadzący twoją sprawę to byś dzisiaj nie musiał jego wynajmować i płacić lichwiarsko wysokich honorariów. Ile ma lat?
- Młody - odparł niechętnie.
- Czemuś nie wziął starszego?
- Myślałem, że młodymłatwiej przychodzi zrozumienie tego, o co naprawdę chodzi wżyciu. Może napijesz się ze mną wódki? - wstał złóżka i podszedł do szafy.
- Właśnie obiecałem sobie,że do końca tygodnia nie będę pił.
- A wiesz jaki dzisiaj mamy dzień? - otworzył szafę i nachylił się, szukając, jak się domyślałem, flaszki.
- Czy to jest aż takie ważne? - odparłem bagatelizując.
- Niedziela. Koniec tygodnia - uśmiechnięty wyciągnął butelkę bez etykiety.
- Myślałem o tym, który jest przed nami - odparłem. - Pijesz bimber?
- Te butelki z etykietką w niczym się nie różnią od tych bez, poza ceną; takie same paskudztwo, po którym człowiek rano ma ołowianą głowę i nogi. Ale po pewnym czasie organizm się uodparnia. Człowiek to nie zwierzę i do wszystkiego się przyzwyczai. Czy słyszałeś aby piesżarł własne gówno? A człowiek, kiedy jest głodny, to zje nawet swoje odchody. Słyszałem o górniku, który po tąpnięciu w kopalni przetrwał...
- Jeszcze nie jadłemśniadania, przestań - przerwałem mu. - Opowiesz później.
Postawił butelkę na małym stoliku, na którym obok kartonu z sokiem pomarańczowym stały obrócone do góry dnem cztery szklanki. Obrócił dwie i napełnił do połowy. W jedną dolał soku i tę podał mnie.
- Powiedziałem ci,że nie piję dzisiaj - pokręciłem przecząco głową.
- Dobrze wiesz,że nie dotrwasz w swoim postanowieniu do wieczora. Wszędzie by się to ci udało ale nie w tym mieście.
Wziąłem od niego szklankę i wychyliłem, biorąc małegołyka. Wódka była ciepła i powstrzymałem się by nie trząść się ze wstrętu. Nie chciałem urazić Prezesa.
- A może jego ojcem jest były prokurator, mogący się poszczycić sporym cmentarzykiem, na którym leżą oskarżeni przez niego ludzie - powiedziałem.
- Jakie to ma znaczenie? - siadł z powrotem nałóżku z pustą szklanką.
- Kiedy dowiedział się jaką kanalią jest jego ojciec, którego uważał za wzór szlachetności i uczciwości, postanowił zostać obrońcą, by w ten sposób zmazać ze swego nazwiska krew. Obiecał sobie i Bogu,że przez całeżycie będzie uczciwym człowiekiem. Nie wziął pod uwagę tylko tego,że w zawód adwokata wpisany jest brak uczciwości, bo czyż porządny człowiek jest w stanie bronić faceta, który zgwałcił swoją kilkuletnią córkę, by oczyszczony z zarzutów mógł powrócić do domu i nadal to samo robić.
Wstał i poszedł do stolika, gdzie zostawił flaszkę; wziął ją i ponownie siadł nałóżko. Napełnił szklankę do połowy i rzekł:
- Kiedy następnym razem przyjedzie, zapytam o to. Potem mu powiem, że mojego ojca skazano naśmierć za to,że był oficerem w armii Andersa, i wyrok wykonano na miesiąc przedśmiercią Stalina. Nie miał farta, bo kilka miesięcy później takich jak on zaczęto wypuszczać z więzień. Jeśli masz rację, to może bardziej przyłoży się do mojej sprawy.
Wypił jednym haustem zawartość szklanki.
- Lepiej od razu z niego zrezygnuj, zaoszczędzisz pieniądze i będziesz mógł pić lepszą wódkę. Kim był twój ojciec?
- Przesłuchiwał ludzi, dla których później taki prokuratorek jakim niby był jego ojciecżądał karyśmierci - odparł z uśmiechem na twarzy.
Wiedziałem,że jeśli do tej pory nie zasnął to i teraz to mu się nie uda, nie mogłem go samego zostawić w tym stanie, nie chciałem następnego dnia odcinać ze sznura jego dziewięćdziesięciokilogramowego ciała.
- Jadłeśśniadanie? - zapytałem, choć znałem odpowiedź. - Narzuć coś na siebie, potrzebujesz chłopie trochę ruchu iświeżego powietrza. Naśmierć zdążysz się zapić później.

8.

Przy krawężniku stały dwa samochody, w których siedzieli młodzi, niespełna dwudziestoletni faceci o mocno zarysowanych szczękach. Mający w oczach to coś, co sprawia, że człowiek wątpi w słuszność jednego z tych boskich przykazań, które nakazuje miłować bliźniego. Przypominali mi gromadę warujących psów, które w każdej chwili mogą przeistoczyć się we wściekłą sforę rzucającą się do gardła. Budynek był obstawiony na zewnątrz i w środku. Na klatce schodowej natknąłem się na kolejnych dwóch mężczyzn. Trudno się było nie zorientować,że coś się dzieje. Andrzej także to rozumiał i nie trzeba było go informować o tym,że wpadł w tarapaty. Zauważył stojące od dwóch godzin samochody, a wcześniej wysłuchał niezbyt przyjemnego monologu, poprzetykanego ogromną ilością mocnych przekleństw, od tajemniczego rozmówcy telefonicznego. Kiedy wyszedł dołazienki Olga zdążyła wykonać telefon i zawiadomić swojego alfonsa o tym, co się wydarzyło.
Spojrzałem na Olgę zawiniętą w zakrwawione białe prześcieradło. Ze spuchniętym czerwonym okiem i czerwoną szramą biegnącą od ust po prawe ucho wyglądała okropnie. Według relacji Andrzeja nie wyrażała ochoty na miłość w takim stopniu, w jakim on od niej oczekiwał, więc nie wytrzymał i uderzył ją w twarz. Było to na tyle mocne uderzenie,że Olga straciła ząb.
Andrzej zapomniał,że za brak rozeznania, co wolno, a czego nie można zrobić, płaci się w tym mieście wysoką cenę. Okazał się jednym z tych cwaniaczków, którzy mają o sobie zbyt duże mniemanie, a w gruncie rzeczy nie wiedzą, co oznacza prawdziwa potęga. Tacy zawsze kończą w jeden sposób - na zawszeżegnają się zeświatem, który według ich wyobrażeń trzymają w garści.
- Nie mam zamiaru iść podścianę za jakiegoś damskiego boksera - odezwał się Prezes, którego twarz i szyja wykazywały nadmierną potliwość. Wyciągnął chusteczkę i nerwowo osuszał skórę. - Mam wdać się w rozborkę15 o jakąś kurwę. Mieliśmy iść naśniadanie, a tu... Jezu kochany! W coś ty mnie wpakował?
Prezes był starszy ode mnie o kilkanaście lat. Ale w obecnej sytuacji to on przypominał wystraszone dziecko, pragnące kurczowo chwycić się rąbka matczynej spódnicy. Ostatnie dni nie należały do najszczęśliwszych w jegożyciu. Wizja nieuchronnej odsiadki we wrocławskim więzieniu była już ponad jego siły, a tu przyszło mu zmierzyć się z groźbą utratyżycia, co podpowiadała mu chorobliwa wyobraźnia.
W jakiejś części miał rację. Istniało zagrożenie,że wydarzenia przybiorą zły obrót i sprawy wybitego zęba Olgi nie uda się załatwić na drodze pokojowej, elegancko i gładko, bez bójki i strzelaniny. Ludzie tutaj byli bardzo porywczy. Ale otuchy dodawała mi myśl,że nikt zdrowy na umyśle nie poważy się najść apartamentu Loni Gondarczuka.
Miałem broń, ale wolałbym nie sprawdzać, jak się nią posługuję. Obawiałem się,że jeśli już przyszłoby co do czego, raczej waliłbym ze spluwy gdzie popadnie niż mierzył w swojegośmiertelnego wroga. Właśnie po to miałem broń, by nie musieć nikogo zabijać. Pokrętne to wyjaśnienie, ale prawdziwe. Broń miała odstraszyć potencjalnego zamachowca i nie zmuszać mnie do podejmowania obrony, wymagającej jego ostatecznego wyeliminowania.
- Spokojnie Waldi, jeśli ktoś ma iść podścianę to on. Trzeba pomóc chłopakowi - powiedziałem, a w duchu dodałem: A niech go przepuszczą przez maszynkę do mielenia mięsa, niech zdeformują mu jego piękną fizjonomię; niech kilku wyposzczonych mężczyzn dopadnie jego tyłka i powiększy do rozmiarów szafy czterodrzwiowej. - Nikt nie będzie zabijał za jakąś zdzirę. Ona ma to wpisane w ryzyko zawodowe. Tu chodzi o pieniądze. Zapłaci sztraf16 i wszystko rozejdzie się po kościach.
Olga, przysłuchująca się naszej rozmowie, posłała mi spojrzenie pełne nienawiści. Dziewczyny jej profesji nie znosiły, kiedy ktoś nazywał je zdzirami, dziwkami, czy kurwami, z trudnością przełykały określenie prostytutka. Wolały nazywać się dziewczynami do towarzystwa.
Znałem ją na tyle dobrze na ile może znać mężczyzna kobietę, z którą przespał się kilka razy i wysłuchał jej smutnej opowieści o ciężkimżyciu na Wschodzie, co miało usprawiedliwiać konieczność prostytuowania się. One nigdy nie były winne swojemu losowi, winny jestświat, alfonsi i mężczyźni, którzy płacą im za ułudę prawdziwej miłości albo za zaspokojenie swoich mrocznych pragnień. Rzadko spotykałem dziewczynę zajmującą się tą profesją i nazywającą rzecz po imieniu.
Andrzej w tym czasie zdążył wciągnąć na siebie spodnie i bluzę, do tej pory paradował w swoichśmiesznych bermudach z postaciami królika Bugsa. Miał poczucie humoru, nie ma co! Wyciągnął papierosa, zapalił i siadł na sofie, jedynym tu miejscem do siedzenia, pozałóżkiem. Także nie miałem zamiaru sterczeć w jednym miejscu i podpieraćściany, przeszedłem do kuchni, by zaparzyć sobie kawę. Potrzebowałem chwili spokoju, aby zebrać myśli, co dalej powinienem uczynić.
Po wypiciu kawy nie wykazałem się jakąś szczególną odkrywczością, kiedy stwierdziłem,że po prostu należy zadzwonić do Loni. On wydawał się być jedyną osobą władną rozwiązać ten węzeł, który z każdą minutą zaciskał się na naszych szyjach. Im dłużej przebywaliśmy w tym apartamencie, tym bardziej stawaliśmy się wspólnikami Andrzeja, którym także przyjdzie odpowiedzieć za jego porywczą naturę.
Lonia szefował kilku firmom, pełnił funkcję prezesa klubu koszykarskiego; był powszechnie szanowanym obywatelem planującym w niedalekiej przyszłości zostać deputowanym tutejszego Zgromadzenia Narodowego. Nieoficjalnie prowadził całe mnóstwo nielegalnych interesów, m.in. wymuszanie haraczy, przemyt alkoholu, papierosów, samochodów i narkotyków. Lonia Gondarczuk to miejscowy mafiozo, który traktował swoje przedsiębiorstwa, jak podległe mu księstwa; to on ustalał, co jest zgodne z prawem a co nie. Złamanie ustalanych przez niego praw groziło znalezieniem się trzy metry podściółką, otaczających obicie miasto, pięknych lasów. Tak, on był naszym jedynym wybawieniem!
Niestety Gondarczuka nie było w domu ani na daczy; nie odbierał telefonów komórkowych. Po kolejnej godzinie martwego oczekiwania udało mi się skontaktować z Witalikiem, który po wysłuchaniu relacji o sytuacji, w jakiej tonęliśmy po uszy, zapowiedział,że za chwilę oddzwoni z poleceniami, co mamy dalej robić. Odezwał się po półtorej godzinie informując,że Lonia wyjechał do Rygi, skąd wraca jutro rano. Należy czekać. Więc znowu znalazłem się w punkcie wyjścia.
Wizja wspólnego dnia i nocy w jednym pokoju z roztrzęsionym Prezesem, Andrzejem i Olgą, a za drzwiami z bandą alfonsów spragnionych naszej krwi wywoływała we mnie uczucie zniechęcenia. Dopiero teraz usłyszałem,że jest włączone radio. Kolejna dziewczyna o płaczącym głosie umierała z miłości i postanowiła wyruszyć wświat w poszukiwaniu swojego ukochanego. Uciąłem jejśpiew i włączyłem telewizor, z ekranu uderzyła mnie feeria barw reklamy czekoladowych batoników. Odwróciłem wzrok i utkwiłem go w Oldze, pytając:
- Dlaczego nie zadzwoniłaś do nas?
Miała typowo rosyjską monumentalną twarz, osadzoną na długiej szyi, kształtne piersi wielkości dużych greapfruitów i to, co wywoływało ciarki u każdego mężczyzny: strzeliste, niezwykle długie nogi. Blond włosy upięła w kok, ale nie wiedziałem jakim sposobem udało się jej to zrobić, nie zauważyłem szpilki ani grzebienia. Kobiety to potrafią.
Milczała. Zdała sobie sprawę,że wpierw tak powinna postąpić, znała nas od roku czasu. Od kilku miesięcy była częstym gościem w pokoju Fryca. Nikt już jej nie naprawi ubytku w uzębieniu, a to co się teraz może wydarzyć przyniesie kłopoty nie tylko sprawcy, ale i osobom, które nie miały z tym nic wspólnego. Wiedziała,że to ja wynajmowałem ten apartament. Tu po raz pierwszy i ostatni znalazła się ze mną włóżku. Ostatnie wizyty odbywały się bez wiedzy jej alfonsów, dzięki czemu nie musiała płacić haraczu, a mnie sprzedawała się za niższą cenę. Obie strony były zadowolone z tego rozwiązania. Jej alfonsi, to dobrze rozwijająca się grupa młodych chłopaków, która pod swoimi skrzydłami miała już kilkanaście dziewczyn obsługujących miasto na zlecenia telefoniczne i rozstawiała dziewczyny do kilku nocnych lokali. Kolejnych kilkanaście prostytutek pracowało dla nich w Polsce, Słowacji i Czechosłowacji. Zajmowali się także sprzedażą dziewczyn do domów publicznych w Niemczech i Holandii.
- Kurwa! - Prezes powiedział na głos to, co o niej myślał. Dość szybko uznał,że sprawcą nieszczęścia, jakie na niego spadło jest ona a nie jej oprawca.
Olga poderwała się złóżka, potrząsnęła przed nami swoimi bujnymi piersiami i pośladkami i uciekła z jękiem dołazienki. Poszedłem za nią, wcześniej zbierając jej odzież porozrzucaną na podłodze. Siedziała na sedesie i chlipała, podpierając brodę nogami.
- Czemu głupia płaczesz? Pokaż swoją twarz - dotknąłem jej policzka, który przecinała czerwona szrama. Okazało się to być niegroźne zadrapanie. Tak samo jak rozcięta warga szybo się zagoi i nie będzie po nimżadnegośladu. A ząb można wstawić sztuczny. Więc rzekłem: - Mogło być gorzej. Co takiego on chciał?
- Wżupę17 - odparła.
Rozumiałem jej opór, każda porządna dziewczyna w jej fachu chce mieć choć jedno nienaruszone miejsce, które będzie mogła ofiarować ukochanemu, skoro nie może dać mu swojej błony dziewiczej. Większość tak zwanych przyzwoitych kobiet nawet nie zaprząta sobie tym głowy.
- Dałaś mu?
- Sam wziął - odparła i wybuchła jeszcze większym płaczem.
Przytuliłem jej głowę do brzucha i po minucie uspokoiła się. Było miżal dziewczyny. Jeśli można mówić,że prostytutki mają swoje zasady, to Olga je miała. Przynajmniej starała się je przestrzegać.
- Umyj się i ubierz. Porozmawiasz ze swoim bossem18. Nie będziemy siedzieć tu do rana.
Miałem już wychodzić, kiedy ujrzałem, jak stężała jej twarz. Po chwili zrozumiałem o co chodzi. Jak po chwili wyjaśniła, nie poinformowała swojego alfonsa o przyjęciu zlecenia. A za to,że pracuje na czarno bez ich wiedzy, zostanie ukarana. Postąpią z nią jeszcze gorzej niż Andrzej. Następnie przez miesiąc będzie musiała przyjmować najgorsze zlecenia. "Czy ja wiem, co to znaczy spędzić tydzień czasu z czarnymi19?"- zapytała. Nie chciałem wiedzieć.
- Byłam tak zdenerwowana i nie pomyślałam, co robię, gdy zadzwoniłam do bossa - powiedziała z rezygnacją.
Chęć zemsty odjęła jej zdrowy rozsądek. Na szczęście tamci upewniwszy się do kogo należy apartament, nie zaryzykowali siłowego wejścia. Wiedzieli,że prędzej czy później będziemy musieli wszyscy stąd wyjść.
Późnym południem, gdy w apartamencie zapanowała nieruchomość, nikt już nie wygłaszał na głos swoich pretensji, temperatura emocji opadła do zera, Olga wczuła się w rolę gospodyni domowej i parzyła kolejne filiżanki kawy, Prezes ukoił nerwy szklanką wódki i krótką drzemką, a Andrzej kończył ostatnią paczkę papierosów. Zaniepokojony naszą nieobecnością w Zonie Fryc, po odprawieniu samolotem Vernanda, wykręcił numer do nas. Nie dał mi skończyć mówić, gdy usłyszałem:
- Jak mogłeś załatwić mu Olgę, dlaczego ją?
- Bo jest kurwą. Jej telefon był pierwszym, na jaki natknąłem się w notatniku - odparłem zmęczony już tą całą sytuacją.
Trzasnął słuchawką i w trzy kwadranse później zjawił się w apartamencie, z morderczym wzrokiem wbitym w moje oczy. Oznajmił,że przed domem stoją już trzy samochody. Pół godziny później przyjechał następny pojazd z nowymi posiłkami kwadratowych głów. Prawdopodobnie uznano,że gromadzimy siły, aby szturmem przełamać ich oblężenie.

9.

Nie odzywał się ani słowem przez następną godzinę. W milczeniu kończył z nami ostatnią butelkę wódki, jaka znajdowała się w mieszkaniu. Wreszcie Oldze udało się obłaskawić Fryca na tyle, że od czasu do czasu rzucał jakimśżartem, który miał nas wszystkich wesprzeć na duchu. Było to trudne,żołądki przypominały nam o swoim istnieniu, w lodówce poza dżemem, musztardą i keczupem nic nie było do jedzenia. W szafce kuchennej znalazłem dwa opakowania tajlandzkich rosołków błyskawicznych z makaronem. Za mało, aby wyżywić cztery osoby. Do tego, co pół godziny dzwonił telefon i włączała się automatyczna sekretarka, nagrywając stek przekleństw i gróźb pod naszym adresem. Kilka z nich usłyszałem po raz pierwszy wżyciu i Olga musiała mi pomóc w ich zrozumieniu. Jej przyjaciele nie dawali za wygraną. Kiedy zażądali zwrotu dziewczyny, przez chwilę chwyciliśmy się tej propozycji, widząc w tym możliwość przełamania impasu, ale sprzeciw Olgi ostatecznie uciął nasze rozważania o możliwości polepszenia naszego losu.
- Trzeba zamówić jedzenie - rzekłem, odzyskawszy nieco równowagi ducha.
Tak jak każda z zebranych tu osób pogodziłem się z myślą,że na stałe zostałem wmieszany w całą tę historię i zająłem się problemem zaspokojenia doczesnych potrzeb. Nie wyobrażałem sobie głodowania do czasu, aż jutro rano zjawi się nasz wybawca. Nie miałem pewności, czy w ogóle Lonia przyjedzie następnego dnia. Zdarzało mu się nieraz kilkudniowe pijaństwo, z którego nikt nie był w stanie go wydobyć. Wyłączony telefon komórkowy i nie pozostawienie przez niego aktualnego miejsca pobytu, skłaniało do czarnego myślenia. Uważałem,że otaczający nas pierścień nie jest na tyle szczelny, aby uniemożliwić przedarcie się do nas przedstawiciela firmy dostarczającej do domu posiłki.
Zakładałem także, że tamta strona zechce wykorzystać tę okazję, by dokładnie rozeznać się na miejscu w posiadanej przez nas sile. Zamiast pracownika firmy, w której złożyliśmy zamówienie, pojawi się któryś z naszych wrogów. Należało przygotować spektakl, który musieliśmy przed nimi odegrać. Olga wyszła do łazienki, skąd co jakiś czas wydawała dźwięki świadczące,że ktoś tam przebywa, Fryc i Andrzej siedzieli przed szklanąławą, na której leżały karty. Jak mogło zauważyć bystre oko właśnie trwała gra w pokera, przerwana moim odejściem od stołu i udaniem się czwartego gracza za potrzebą. Więziona przez nas dziewczyna została niby ukryta za wnęką, w której stałołóżko.
Rzeczywiście, postura i maniery przybysza jednoznacznie mówiły, z kim mam do czynienia. Wpuściłem go do przedpokoju, dałem mu spokojnie rzucić okiem do living- roomu, w którym panowała zrelaksowana atmosfera, a następnie kazałem przejść do kuchni. Fryc z Andrzejem głośno zaryczeliśmiechem, który miał w sobie coś porażającego, aż ciarki przechodziły po plecach. Jakby to była najzwyklejsza rzecz naświecie, na brzuchu, za paskiem spodni miałem wciśnięty swój samopowtarzalny pistolet, który od czasu do czasu odruchowo dotykałem, stukając palcami po kolbie. Czujne szczurze oczka wielokrotnie zerkały na niego. Kiedy przybysz opuszczał apartament wydawał się być dostatecznie przekonany,że ma do czynienia z ludźmi, którzy niezbyt przejmują się zagrożeniem i potrafią walczyć.
Przez ponad godzinę, po wyjściu fałszywego dostarczyciela posiłków telefon milczał, zdążyliśmy w tym czasie rozprawić się z czterema pieczonymi kurczakami, w lodówce znajdowały się jeszcze cztery porcje. Odezwał się dzwonek i po chwili pojawiła się zapowiedź automatycznej sekretarki - oschłe słowa Witalika, a następnie po długim sygnale dobiegł nas tubalny głos, jak stwierdziła Olga, jej szefa, Z lekceważeniem wysłuchaliśmy ostatecznego ultimatum. Do północy mieliśmy zwrócić dziewczynę i jeden z nas miał udać się do nich na negocjacje w celu ustalenia odszkodowania za krzywdę, jaką wyrządziliśmy ich podopiecznej.
Przyjęliśmy to z lekceważeniem. Nawet nie warto było rozważać tej propozycji. Ani ja ani Fryc nie wierzyliśmy w szczerość ich intencji, sprawy zaszły za daleko i incydent nie zakończyłby się na oddaniu Olgi i wypłaceniu odszkodowania, zakładając,że byłoby ono na tyle realne, aby je uiścić; chodziło o coś więcej, o ich honor, który według nich został naruszony. Musieliśmy zostać przykładnie ukarani, tak by wszyscy w mieście wiedzieli,że kto raz poważy się wystąpić przeciw nim będzie tego gorzkożałował.
Oczywiście należy wspomnieć o tym, że Fryc nie zgodziłby się na wydanie Olgi, wbrew jej woli. Wreszcie dotarło do mnie to, że on się w niej po prostu zakochał. Te wszystkie ich spotkania, jakie ostatnio regularnie się odbywały między nimi, nie miały wyłącznie seksualnego charakteru. Wystarczyło popatrzeć na to, jak on gapił się na nią bezustannie, miętowymi oczami, na co ona reagowała opuszczeniem głowy i oblewała się rumieńcami. Doszedłem do wniosku, że Olga jest jeszcze przedwcześnie dojrzałym dzieckiem. Poczułem ukłucie w okolicach serca, dotarło do mojej świadomości to, że w skrytości ducha zazdrościłem Frycowi tego, że był jeszcze w stanie uwierzyć w szczerość uczucia, jakie może zaistnieć pomiędzy mężczyzną a kobietą; widział sens w jego pielęgnowaniu, walki o nie. Wyśmiewałem go mówiąc: Ludzie nigdy nie umierają z miłości. Na co on odpowiadał, że moim losem będzie tylko samotność. Tą odpowiedzią odbierał mi wszelkie argumenty, zawierała okrutną prawdę. "Czy dlatego jest tobie tak bliska,że jada z tobą kolacje i chodzi dołóżka?" - ratowałem się, ale on spoglądał na mnie z politowaniem, z poczuciem wyższości jaką mają ludzie, widząc przed sobą kogoś kto przegrał najważniejszą rzecz wżyciu - wiarę w miłość.
- Dokąd odpłynąłeś, wracaj do nas - powiedział Andrzej, stukając brzegiem swojej szklanki o moją.
Popatrzyłem na jego roześmianą twarz i doznałem tego samego uczucia, co wczorajszego wieczoru w barze. Oto siedzi przede mną facet, który ma w dupie cudze uczucia - pomyślałem, używając mocnego słowa, ale inne nie wydawało mi się adekwatne. Przypominał mi przeszłość, to, co przez cały czas pragnąłem zabić w sobie, o czym chciałem zapomnieć raz na zawsze. Przez tyle dni i nocy pragnąłem go ujrzeć, zobaczyć kim jest mężczyzna pozbawiający mnie szczęścia. Życzyłem mu śmierci.Śmierci okrutnej; długiej, w niekończących się męczarniach. Układałem kolejne scenariusze i oto siedział teraz przede mną, na wyciągnięcie mojej ręki. Oczywiście miałemświadomość,że nie tylko on wyrządził mi krzywdę, nie on był najważniejszym sprawcą, ktoś inny mnie zdradził. On był tylko wspólnikiem zbrodni.
Odwrócił wzrok.

10.

Kwadrans po północy zadzwonił telefon, usłyszeliśmy ten sam głos co poprzednio. Odrzucając przekleństwa, niewiele powiedział, a to co rzekł można ująć jednym zdaniem, często słyszanym w tej częściświata - Nie wyjdziemy z tegożywi. Nikt się jednak nie przejął wydanym na nas wyrokiem. Albo nikt po sobie nie dał tego poznać. Po takiej ilości alkoholu, jaka mieszała się z naszą krwią, mało kto zdawał sobie sprawę z zagrożenia jakie stanowiła pułapka, w której zostaliśmy uwięzieni.
- Ja tylko drobno kradłem. Inni to...- Prezes, jak zwykle po wypiciu wódki, czuł się rozluźniony i skory do zwierzeń. Słuchając go z Frycem, co chwila puszczaliśmy perskie oko. Andrzej także spoglądał na niego z ironicznym uśmieszkiem na ustach. - Czego mam się bać, przecież nikogo nie zabiłem. Za Polaków, co na obcej ziemi!
Wznieśliśmy w górę szklanki i stuknęliśmy się ich brzegami. Waldiściągnął wreszcie krawat i powiesił go na marynarce. Mankiety koszuli podwinął dołokci. Pod pachami rysowały się wyraźne plamy potu. W odorze wódki przebijał się zapach Old Space, jego ulubionej wody toaletowej. Prezes nie wychodził z domu bez obfitego skropienia się tym pachnidłem i dokładnego przyczesania włosów; na swój sposób był angielskim dżentelmenem, za takiego przynajmniej chciał uchodzić.
- Gdzie do niej ruska, chowa się - stwierdził Andrzej o Absolucie, który zamówiłem razem z kurczakami.
Słowa te uzyskały aprobatę Prezesa, o czymświadczyło głośne westchnięcie. Zakąsił kawałkiem kurczaka, obtarł wierzchem dłoni tłuste usta, rozpromieniał zadowolony na twarzy i po chwili powrócił do swoich zwierzeń, przerwanych wzniesieniem toastu i uwagą Andrzeja.
- Biuro to ważna rzecz. Musi robić wrażenie. Tak, jak to, jakim samochodem się jeździ. Nie musi być fabrycznie nowy, ale żeby był to Mercedes. Kiedy klient przychodził, sekretarka zawsze łączyła rozmowy z zagranicy: Koln, Frankfurt, Paryż, Moskwa. W powietrzu przelatywały kontenery, miliony. Klient głupiał i wpłacał zaliczkę albo całość należnej kwoty. Dla bardziej opornych był magazyn. Stale zamknięty, bo magazynier na chorobowym. Otworzyć nie można, przecież magazynier odpowiada materialnie. Jeśli widok magazynu nie wystarczał, to brało się klienta na podnośnik, aby przez górne okna mógł zerknąć, co jest wewnątrz. Oczywiście znajdowały się tam worki z napisem cukier i nazwą mojej firmy. Równiutko poukładane, odściany dościany. "No, niech pan policzy, ile tu może znajdować się cukru". Klient przeliczał, przytakiwał i płacił. Towar miał otrzymać w ciągu siedmiu albo czternastu dni. Nabierał się na to co drugi. Wystarczyło na stelażach poukładać autentyczne worki z cukrem, by z góry przysłaniały widok pustego magazynu. Oko ludzkie już takie jest,że wszystkiego nie dojrzy. Mała inwestycja, a jak się opłacała. Czasami tylko jakiś wariat wszedł do biura z ludźmi i wyciągał pistolet. Ale z tym też się radziło. Od czego są koledzy? Oj, dobrze się na tym przycinało.
Prezes snując wspomnienia popadał w samozadowolenie. Przechwalał się swoją przebiegłością. Umiejętnie przemilczał wstydliwe fakty ze swojego życia. Na przykład to,że był przeciętnym aparatczykiem w czasie PRL-u, podlizującym się swoim zwierzchnikom, pierwszym sekretarzom komitetów miejskich i wojewódzkich. Na słowo "towarzysz" reagował obrażoną miną. "To historia"- odpowiadał bez poczucia winy. Zawierucha lat osiemdziesiątych, o której wspominał jakby była to narodowa kaźń, "tylu porządnych ludzi odeszło zabitych przez zawał serca", sprawiła,że co prawda nie wywieziono go na taczce za bramę przedsiębiorstwa, ale stracił wszystkie swoje apanaże. Pozostał bez obitego dermą fotela, dębowego, na wysoki połysk biurka, baterii telefonów, osobistej sekretarki, o której mówił z obleśną miną,że nigdy nie przyszła do pracy zapięta pod szyją. Wszystko stracił jednego dnia! Jak się okazało nie na długo. Nadal istnieli dawni jego koledzy, którzy znaleźli się w podobnej do niego sytuacji. Wsparli na duchu. Pomogli. Założył własną firmę. Powrócił tytuł prezesa, biurko, sekretarka.
- Skoro tak dobrze ci szło, to co tutaj robisz? - słusznie zauważył Andrzej.
Waldi poczerwieniał na twarzy i spojrzał na niego z pretensją w oczach. Poczuł taką niechęć do prawie nieznanego mu mężczyzny,że przez dalszą część wieczoru unikał rozmowy z nim. W normalnych warunkach nasze "przyjęcie" by się skończyło, ale wszyscy byliśmy skazani na wspólne towarzystwo.
Nie widziałem możliwości, aby dalsze godziny upłynęły w miłej atmosferze. Każdy siedział z ponurą miną i w absolutnym milczeniu wlewał w siebie kolejne gramy wódki. Nieudolne próby załagodzenia sytuacji podejmowane przez Andrzeja napotykały na naszą niechętną obojętność. Ten facet miał szczególny dar robienia sobie z ludzi wrogów. Kiedy wyczułem tylko odpowiedni moment, przeprosiłem wszystkich i położyłem się w ubraniu na zasłanełóżko. Liczyłem na to,że uda mi się choć na krótko zapaść w odprężającą drzemkę. I prawdopodobnie udało mi się to, skoro nie pamiętam chwil, które doprowadziły do kolejnego niefortunnego zachowania Andrzeja.
Patrzyłem na wszystko z perspektywyłóżka, udając,że nadal pogrążony jestem weśnie.
- To nie jest kobieta, to dziwka, którą może mieć każdy kto zapłaci za rozwarcie jej ud - mówił, podczas gdy Fryc z trudem opanowywał dygotanie ciała. - Zobacz, siedzi teraz z nami i pije, a dopiero wczoraj oberwała. Nawet jak za dziesięć lat ustatkuje się, złapie jakiegoś frajera na stałe, dochowa się bachorów to i tak nie wiesz, czy znowu nie puści się, bo uzna,że nie ma innego wyboru. Czy porządna dziewczyna pójdzie na ulicę tylko dlatego,żeby mieć na sobie kawałłacha? No, powiedz Olga, dlaczego puściłaś się po raz pierwszy? Przymierałaś głodem? - spojrzał na nią i wyszczerzył zęby, tak jak Fryc i Prezes czekałem na jej reakcję.
Nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się, ale był to blady, wymuszony uśmiech wypłoszonego dzieciaka.
- Nie mówmy o niej. Nie warto zawracać sobie nią głowy - orzekł Andrzej, nie zdając sobie sprawy,że wszedł na grząski grunt. Nadal do niego nie dotarło to, co wydawało się być już dla wszystkich w tym pokoju rzeczą oczywistą, Olga nie była zwykłą dziwką. Dla jednego z nas jej nikczemna profesja nie miała większego znaczenia, a przynajmniej on nie uznawał tego za wystarczający powód do potępienia. Kochał tę kobietę, a przynajmniej tak mu się zdawało. A teraz jego kobieta była obrażana.
- Ma rację, Fryc - poparł Andrzeja Prezes, który, w ten nienajlepszy sposób, pragnął uniknąć dalszego ciągnięcia rozmowy na drażliwy temat.
Tak jak i ja zdawał sobie sprawę z tego,że za chwilę Fryc eksploduje. Widziałem jak napęczniał od rozpierającej go wściekłości. Twarz mu pobladła, zamieniając się w papierową bezwyrazową maskę, by po chwili pokryć się czerwonymi plamami. Splótł ręce, tak mocno,że pobielały kostki palców. Znałem jego wybuchy gniewu i nikomu nieżyczyłbym stać się obiektem tej nieokiełznanej energii. Miałem przed oczami to, jak po otrzymaniu tajemniczej wiadomości ze swojego kraju, nigdy nie powiedział, co ona zawierała, z drugiej strony nikt z nas na to nie naciskał, w szale zdemolował cały swój pokój. Wyszedł z niego poraniony tak mocno, jakby walczył z potężniejszym od siebie przeciwnikiem a nie z meblami.
- Wypiłeś? - zapytał Andrzeja.
Ten nie rozumiejąc o co chodzi, zerknął na pustą szklankę, którą trzymał w ręce, bawiąc się nią nerwowo, i potwierdził.
- Postaw ją naławę i wstań - Fryc powiedział to tonem nie dopuszczającym sprzeciwu.
Andrzej się podniósł, Fryc, pomimo że dorównywał mu wzrostem, wyglądał przy nim niepoważnie, jeśli założyć,że pragnął wystąpić przeciw niemu. Z góry skazany był na przegraną. To, co się jednak wydarzyło sprawiło,że wszyscy zgromadzeni w pokoju zamarli ze zdziwienia. Fryc wymierzył kopniaka w przyrodzenie Andrzeja. Tak potężne było to uderzenie,że ten zwalił się z jękiem na podłogę i przez dobre kilka minut leżał na niej zwinięty z bólu.
- I tak będzie za każdym razem, jeśli powiesz o niej jakiekolwiek złe słowo - oświadczył.
Prezes napełnił wódką prawie po brzegi szklankę Fryca. Ten ją uniósł w milczeniu do ust, nie roniąc przy tymżadnej kropli, jego ręce nie zdradzały już najmniejszego drżenia i wypił ją kilkoma haustami. Potem spojrzał na Olgę i powiedział:
- Myślałaś, że ja nie będę bić się o ciebie? Że pozwolę bylełachudrze obrażać cię? Musisz zacząćżyć inaczej niżżyłaś dotąd. Masz wszystko czego potrzebuje kobieta - jesteś młoda i piękna. Spakuj swoje rzeczy i wyjedź z tego miasta, zapomnij o nim. Nie dało ci nic dobrego. Wszystkiego czego potrzebujesz to normalnego mężczyzny i domu. To ci wystarczy. Będziesz wtedy szczęśliwa.
Jakiś czas później wziął Olgę i poszedł z nią dołazienki. Odkręcił prysznic. Szum wody jednak nie zdławił tego, co Fryc chciał ukryć, odgłosy ich kochania rozchodziły się po całym mieszkaniu. Nienaturalny, dobrze wyuczony krzyk zadowolenia dziewczyny nakładał się na spazmatyczny jęk spełnienia Fryca. Andrzej i Waldi w absolutnej ciszy patrzyli naświatło padające spod drzwiłazienki do przedpokoju i wsłuchiwali się w dźwięki, od których może oszaleć każdy samotny mężczyzna.

11.

Prowadziłem powoli, starając się nie wypaść z kolein, jakie pozostawił wśniegu, jadący wcześniej drogą, ciężarowy samochód; ostatni pługśnieżny musiał przejeżdżać tędy nad ranem; niebo miało barwę szarego wilka. Mijane wioski wydawały się być wymarłe. Ludzie pochowali się w swoich domach. Do granicy pozostało nie więcej niż kwadrans jazdy. Zerknąłem w tylne lusterko. Trójka prowadzona przez Andrzeja podążała za mną równo, oddalona o kilkanaście metrów, jakbym ciągnął ją na holu.
- Czemu to robisz? - zapytał Fryc, siedzący obok mnie na przednim fotelu, trzymając w ręku papierosa, nie przejmując się tym,że popiół iżar opada mu na spodnie.
- Czasami człowiekowi się zdaje,że może zrobić coś dla potrzebującego - odparłem.
- Jesteś dobrym człowiekiem - wyczułem ironię w jego głosie.
Przekręciłem głowę w jego stronę, popatrzyliśmy sobie w oczy i uśmiechnęliśmy się.
- Chciałbym być całkowitym draniem, ale jestem za słaby - odparłem.
Zwiększyłem nacisk na pedał gazu, pragnąłem już mieć to za sobą. W południe, godzinę po przyjeździe Loni do miasta, mogliśmy bezpiecznie opuścić apartament. Mój miejscowy przyjaciel bez najmniejszych problemów uzgodnił warunki ugody z naszymi prześladowcami. Andrzej miał zapłacić za całą noc spędzoną z Olgą i karę za trwałe oszpecenie ich pracownicy. W sumie wszystko zamykało się w kwocie tysiąca dolarów. W dowód wdzięczności Andrzej miał wykonać dla Gondarczuka zadanie, polegające na przewiezieniu Trójki do Moskwy. Na samochód założono polskie tablice i wypisano na jego nazwisko dowód rejestracyjny. W ten sposób pojazd miał bezpiecznie przejść wszelkie kontrole drogowe. Problem wypłaty tysiąca dolarów został rozwiązany przeze mnie, od tej pory Andrzej stał się moim dłużnikiem.
Natomiast sprawa Olgi wydawała się być ostatecznie rozwiązana ku zadowoleniu jej i Fryca. Dzisiejszego wieczora jej nowy opiekun miał ustalić finansowe warunki rozstania z alfonsami. W ten sposób Olga miała stać się czwartym lokatorem naszegoŁagra.
- Kiedy ostatnio widziałeś się ze swojążoną? - zagadnął Fryc.
- Byłążoną - sprostowałem. - Dlaczego pytasz?
- Nigdy nie wspomniałeś o niej słowem. Kiedyś z twojego portfela wysunęło się jej zdjęcie.Ładna. Dziecko także masz urocze. Wydaje mi się,że ciągle o niej myślisz.
Dziwiłem się sam sobie, że tak łatwo wdaję się w rozmowę o czymś, co wydawało się być dobrze strzeżonym terenem, na który nikt nie miał wstępu. W ogóle nie lubię rozmawiać o kobietach, zwłaszcza o swoich kobietach, tych byłych, jak i obecnych. Jego słowa sprawiły,że przed oczami pojawiła się ona. Tak jaką widziałem po raz ostatni: W krótkiej czarnej sukience, przylegającej do ciała, pod którą nie było stanika. Kiedy usiadła ujrzałem trójkącik czarnych koronkowych majtek. Każdy jej gest, ruch, to w jaki sposób założyła nogę na nogę miał wywołać we mnie chęć jej posiadania. I stało się tak jak zaplanowała, nie wytrzymałem narastającego we mnie podniecenia, które wypchnęło w niebyt jej niedawne słowa, zapowiadające rozstanie. "Odchodzę, słyszysz? Odchodzę"- mówiła, gdy zdejmowałem z niej sukienkę i przywarłem do piersi, by kąsać twardniejące sutki. Przesunąłem się wargami wzdłuż jej brzucha, by chwycić zębami cienką materię skrywającą jej pachnącą rozgrzanymi słońcem rybimiłuskami kuciapkę. Kiedy wsunąłem w nią język wygięła się do tyłu i pociągnęła mnie za włosy. Zasyczałem z bólu i mszcząc się zagryzłem zęby nałechtaczce. Kilka minut później jej głowa znalazła się między własnymi kolanami. Wchodziłem w nią z wściekłością, która przerażała mnie samego. Eksplodując wbiłem paznokcie w jej uda i przesunąłem je po nich wolno, pozostawiając czerwone pręgi. "Zachowujesz się jak zwierzę"- powiedziała po wszystkim. Na dworcu pozwoliła się jeszcze pocałować, ale było to bierne oddanie. Nawet nie odwróciła głowy, gdy wchodziła na stanowisko odprawy pasażerów. Odeszła, bo nie była już zakochana we mnie. Pokochała innego mężczyznę. Tego samego mężczyznę, od którego kiedyś uciekła.
- Sypia teraz z facetem, któremu się zdaje,że może wejść do twojego domu, założyć twój szlafrok, położyć się w twoimłóżku i wejść w twojążonę - powiedziałem. - Może twojemu dziecku natrzeć uszu i kazać przynieść kapcie i gazetę.
- Widziałeś go?
- Tak. Wreszcie go ujrzałem - spojrzałem w tylne lusterko. Za oknem Trójki dostrzegłemżarzący się punkcik. Andrzej palił papierosa. Nadal podążał za nami w tej samej odległości. Był dobrym kierowcą.
- Kim on jest?
Nie odpowiedziałem. Przed nami pojawiły się zabudowania wioski, to z niej wiodła leśna droga, przecięta w połowie granicą dwu krajów, które jeszcze niedawno tworzyły jedno państwo. Tędy wiódł szlak przemytników samochodów, papierosów i alkoholu. Z tylko sobie wiadomych powodów, służby graniczne zachowywały się tak, jakby ta droga w ogóle nie istniała. Jeśli od czasu do czasu pojawiał się na niej patrol, obie strony szybko dochodziły do porozumienia.
Zatrzymałem samochód, wyszedłem z niego i poczekałem, aż minie nas Trójka. Stanęła kilka metrów dalej. Na drodze pojawił się Andrzej. Uśmiechnął się do mnie przyjacielsko; kiedy zbliżyłem się, wyciągnął rękę i podziękował za moje miłosierdzie. Następnie po raz kolejny zapewnił,że dotrzyma złożonej mi wcześniej obietnicy:
- Na pewno przekażę pieniądze twojejżonie, możesz być o to spokojny. Zaopiekuję się nią, jeśli tego będzie potrzebowała.


II.
_____________________________________________________________

12.

Niedziela nie różniła się od poniedziałku, jak i poniedziałek od czwartku, panowała w niej taka sama nieruchomość. Każdy z nas próbował na swój sposób wypełnić długie dni nudy. Prezes po raz kolejny czytał te same artykuły w tygodnikach i miesięcznikach, dostarczanych nieregularnie przez wozaków i przygodnie poznanych na miejscu Polaków; głód polskiego słowa był jedną z bardziej dotkliwych niedogodności zesłania. Fryc wymieniał jedną rzeczywistość na drugą zanurzając się w komiksy, ostatnio namiętnie pochłaniał historię "Torgala". "Dają mi większe poczucie kontaktu z prawdziwą rzeczywistością niż to, co widzę tutaj na własne oczy"- wyjaśniał. Po pierwszym szoku tego stwierdzenia następowało powolne przyznawanie mu racji - Czy tę rzeczywistość, w której tkwiliśmy na co dzień można było nazwać prawdziwymżyciem, czy my właśnie nie uciekaliśmy od prawdziwegoświata, stając się niewidzialnymi, chroniąc się w naszej Zonie.
Olga wyjechała do swojej rodziny na wieś. Jej dotychczasowa obecność w Zonie na trwale zmieniła nasze wzajemne stosunki. Niedawna zażyłość, poczucie jedności ustępowało wyświadczeniu sobie grzeczności i ostentacyjnemu manifestowaniu przyjaźni. Prezes sposępniał, coraz rzadziej zachodził do living roomu, przesiadując całymi dniami w swoim pokoju, jeśli akurat nie wychodził na miasto, by w hotelowych barach polować na Polaków, z którymi wdawał się w długie rozmowy, często kończące się popijawą. Niektóre nawiązane znajomości nabrały bardziej stałego charakteru. Waldemar oferował polskim handlowcom usługi w pośredniczeniu nawiązania kontaktów z miejscowym światem przedsiębiorców. Wyrobił sobie kilka dobrych układów w urzędach, dzięki czemu wiele osób godziło się za drobną opłatą korzystać z jego pomocy. Od jakiegoś czasu poważnie rozmyślał o założeniu własnego biura, by nadać swojej pracy bardziej oficjalnego charakteru. Nie uczynił tego dotąd z dwu względów; po pierwsze bał się, że w ten sposób wrocławska prokuratura natrafi na jegoślad, po drugie, tak naprawdę, nie zajmował się pośrednictwem z chęci osiągania zysków, lecz miało to mu rekompensować brakżycia towarzyskiego, pomagało wytrwać w osamotnieniu. Przymusowa bezczynność nie leżała w jego naturze. Był człowiekiem działania. Nie ważne co robił, ważne było,że może czymkolwiek się zająć.
Pora, którą najbardziej lubiłem, to późny ranek. Zawsze wstawałem pierwszy i po zrobieniu śniadania, pierwszej kawie, opuszczałem Łagier. Wsiadałem w samochód, sfatygowanego Volkswagena Golfa na miejscowych numerach, którego oficjalnie użyczała mi jedna z firm Loni Gondarczuka, w której według angażu pełniłem funkcje doradcy do spraw handlowych, i jechałem do centrum, by tam w kawiarni "Opera" siąść przy stoliku i przy drugiej kawie z bukietem owoców, przyprawionych bitą śmietaną zanurzyć się w porannej lekturze. Nie byłem konsekwentny i moje lektury nie pasowały do życia jakim żyłem. Nijak się miały do wizerunku gangstera, jaki posiadają czytelnicy popołudniówek i widzowie tasiemcowych seriali telewizyjnych. Czytałem Marqeza, Kosińskiego, Paula Austera i Gombrowicza. Nie znosiłem literatury sensacyjnej, opowiadane w niej historie piętrzyły nieprawdopodobieństwa do granic absurdu, a ich autorzy wmawiali czytelnikowi,że oddają prawdziwą rzeczywistość. Jedyne kryminalne książki, jakie przeczytałem w swoimżyciu to powieści Raymonda Chandlera. Sam z nudów pisałem czarny kryminał, co stanowiło przyczynek dożartów Fryca i Prezesa.
Właściciel kawiarni osobiście zajmował się prowadzeniem lokalu, w czym pomagały mu żona, córka i kuzynka, pochodząca z jakiejś zapadłej mieściny, położonej niedaleko Murmańska. Droga wyłożona tam była deskami, codziennie na obiad jadło się słone śledzie, w telewizorze był tylko jeden kanał krajowej telewizji, a w sklepach sprzedawano więcej wódki niż wody mineralnej i lemoniady. Aleksandra była smukłą, o doskonale zarysowanych piersiach i posągowej twarzy z jasnozielonymi oczami dziewczyną, w pełni posiadającą świadomość swojego wdzięku i tego, jakie uczucia wywołuje u mężczyzn. Jej ojciec pływał na atomowych okrętach podwodnych i pewnego razu utknął gdzieś pod lodami Arktyki. W liście przesłanym rodzinie szef marynarki oświadczył, że zaginął bez wieści i flota uczyni wszystko, aby ustalić jego miejsce aktualnego pobytu. Do dzisiaj nie udało się tego uczynić. Rosja to wielki kraj i każdy może się w niej zgubić, nawet okręt podwodny z czterdziestodwuosobową załogą.20 Właściciel lokalu miał skłonności do głoszenia wielu mądrości, które często dołączał do rachunku. Był to jego znak firmowy, coś w rodzaju opakowania zapałek z nazwą, adresem i logo, jakie oferują renomowane restauracje. Zapadły mi w pamięć takie myśli, jak: "Nie sztuka mieć to co się chce. Sztuką jest chcieć jeśli się ma", albo: "Można być zepsutym przez pieniądze, ale także można być zepsutym przez niezależność". Odnosiłem wrażenie,że nie były to przypadkowo wypowiedziane sentencje, oneściśle dotyczyły mojej osoby. Przyznawałem mu w duchu rację,że moje poczucie niezależności, utrzymania jej za wszelką cenę było przyczyną wielu moich problemów.
Tego dnia miałem się spotkać w "Operze" z Lonią Gondarczukiem. Zamierzaliśmy porozmawiać o losach Andrzeja, który przepadł bez wieści z Trójką. Kiedy pojawił się, idąc przez salę niedbałym krokiem człowieka, który jak twierdził doszedł do wszystkiego sam, nikomu nic nie zawdzięczając, natychmiast wywołał poruszenie. Przebywający w lokalu goście wiedzieli kim jest i mieliświadomość władzy, jaką posiada. Nawet dziecko znajdujące się w pobliżu musiałoby wyczuć emanującą z niego wielkość, domagającą się szacunku. Właściciel "Opery" zdążył uprzedzić go i pierwszy znalazł się przy moim stoliku, pokornie oczekując z kartą w ręku.
- Witam szanownego pana. To zaszczyt dla nas,że tak znamienity gość zechciał odwiedzić nasz skromny lokal.
Lonia zaledwie spojrzał na właściciela, gardził nim tak, jak wszystkimi podlizującymi się mu ludźmi. Nie wierzył w szczerość ich pochlebstw. Gdyby nie osiągnął tego, co osiągnął,żaden z nich nie raczyłby skinąć mu na powitanie głową.
Siadł naprzeciw mnie; jego twarz wyprana z wszelkiego wyrazu zmieniła się w przyjazną. W kącikach ust zamigotał uśmiech. Przyniesiono mu filiżankę kawy i brandy. Przez cały czas lekko bębnił opuszkami palców o blat, spoglądając na mnie przenikliwym wzrokiem. Wiedziałem, co chodzi mu po głowie.
- Trzeba płacić za sentymenty - rzekł po tym, jak upił kawę z filiżanki, a następnie dopełnił ją brandy. - Odebrał ci pieniądze i ostatnie złudzenia, co do ludzkiej natury.
- Pieniądze i... - urwałem, nie chciałem mu wspominać,że wcześniej odebrał mi coś więcej... - ale złudzeń nie był w stanie odebrać. Chciałem się tylko przekonać, czy naprawdę jest takim człowiekiem.
Zacisnął usta w cienką linię. Był to dobrze znany mi wyraz jego dezaprobaty.
- W twoimżyciu ze wszystkim jest coś nie w porządku - oświadczył.
- Każdemu należy dać szansę - broniłem się.
- Po to by tamten ją zmarnował. Nigdy się nie nauczysz. Nie posłuchałeś mnie wcześniej i siedzisz tu na zesłaniu.Śpiewasz coraz więcej rosyjskich piosenek, kochasz coraz więcej rosyjskich kobiet. I coraz bardziej nie możesz patrzeć na to miasto, a jeszcze bardziej nażyjących tutaj ludzi. Dążysz do tego, co ludzi doprowadza do samego dna. Chcesz stracić te resztki zdrowego ducha, jakie jeszcze posiadasz?
- Macie dużo dobrych piosenek. Jeszcze nie słyszałemżadnej, w której kobieta rzuciła mężczyznę; zawsze robi to on.
Nie odpowiedział. Ponownie zaczął bębnić palcami o blat. Patrzyłem na jego ręce; były zadbane, regularnie nacierał je kremami, korzystał z wizyt u pedicurzystki (dłonie stały się jego obsesją), ale nadal wyglądały jak ręce robotnika.
- Ciągle nie możesz o niej zapomnieć - rzekł.
- Raczej nie potrafię przestać myśleć, o tym co zrobiła - sprostowałem. - A to są dwie różne rzeczy.
- A najbardziej nie możesz wytrzymać myśli,że teraz ją ktoś ma pod sobą.
- To też.
- Zabij tego mężczyznę - oświadczył tak, jakby to była najbardziej naturalna rzecz naświecie.
- Mam go po prostu zabić i wtedy mi będzie lżej? - twarz wykrzywiłem sarkastycznym uśmiechem. - A co mam zrobić z następnym mężczyzną, którego sobie weźmie? Też zabić? Potem następnego i jeszcze następnego. Wyobrażam sobie ten cmentarz pełen jej kochanków. Zawsze w dniuŚwięta Zmarłych będzie przychodziła i zapalała na każdym grobie znicz. Potem ja się zabiję albo mnie zabiją, to drugie wydaje się bardziej prawdopodobne i pochowają mnie na tym samym cmentarzu. Będzie to jedyny grób, którego nigdy nie odwiedzi.
Przerwałem i po krótkiej pauzie ciągnąłem dalej:
- Przynajmniej teraz mogę mieć nadzieję, że po mojej śmierci przyjdzie na grób, sumienie nie da jej spokoju i położy kwiaty, zapaliświeczkę, uroni jedną albo dwiełzy. Być może przeprosi mnie. Ludzie zazwyczaj przepraszają za zło, jakie wyrządzili wtedy, kiedy nie ma to jużżadnego znaczenia dla skrzywdzonego.
Milczał, upiłłyk kawy z brandy i znowu wystukał jakiś rytm palcami, który przykleił się do niego od rana i nie opuszczał; była to przerwa, po której musiał nastąpić jakiś zwrot w naszej rozmowie.
- Kiedy straciłeś wiarę w Boga? - zapytał.
W każdej innej sytuacji wybuchłbym śmiechem, ale Lonia był jednym z nielicznych ludzi Wschodu, jakich poznałem, który naprawdę wierzył w Boga, nie zapomniał wiary swoich przodków. Często wspominał o tym. Jedyną osobą, przed którą ściągał czapkę, był ksiądz. Byłem świadkiem jak zrugał Witalika, gdy ten wszedł do kościoła z zapalonym papierosem. Jego domy i samochody były święcone i błogosławione. Nieregularnie, ale czytał Biblię. Zbliżał się do jej ostatniego rozdziału. Oczywiście on wierzył na swój sposób w Boga, nie traktował boskich prawd i przykazań wprost, przefiltrowywał je poprzez swoje przemyślenia, doświadczeniażyciowe, a nie były one małe i tuzinkowe. Wspomnę tylko o jednym z nich - przeżył wojnę w Afganistanie, gdzie przez pół roku spędził czas w niewoli. Wnioski jakie wyciągnął z tego, co zobaczył i doświadczył, musiały być przygnębiające i uniemożliwiały dzielenieświata tylko na zły lub dobry. Lubił mawiać,że prawda jest jak dupa, każdy ma swoją.
- Nie pamiętam - odparłem. - Tak dawno już to było.


Ludzie bali się Loni Gondarczuka. Mówili o nim tyle złych rzeczy. Widocznie takiego go znali i mieli do tego prawo. Ja poznałem innego człowieka, człowieka, który musiał być zły, bo innym nie mógł być lub nie potrafił. Nie każdy człowiek może przyjmować z milczeniem i pokorą uderzenia w twarz. Jego przyżyciu trzymała tylko zemsta. Mścił się na ludziach, na całym otaczającym goświecie, za to co mu wyrządzono, za rodziców zamęczonych w syberyjskim gułagu, za lata spędzone w domu dziecka, za pierwszą nieszczęśliwą miłość, dziewczyna zdradziła go z jego najlepszym przyjacielem (jakie to banalne!), za gwałt w jenieckim obozie. Nie tłumaczyłem go, ale rozumiałem. Traktował mnie jak syna, do czego miał prawo z racji swojego wieku, dawno ukończył czterdzieści lat. Czymś co nas na trwale związało to wydarzenia sprzed kilku lat.
Miał wspólnika, Sergieja, który na stałe mieszkał w Sopocie, gdzie na miejscu zajmował się prowadzeniem częścią ich wspólnych interesów. Poznałem go, gdy zjawił się u mnie z walizką pieniędzy, chcąc kupić większość stojących na placu używanych samochodów. Transakcja nie doszła do skutku, cena jaką oferowałem była zbyt wysoka, a kwoty jakie on był w stanie zapłacić jednoznacznie wskazywały, że interesuje go zakup kradzionych samochodów. Skierowałem go do innego salonu sprzedaży, gdzie trwała całoroczna okazyjna wyprzedaż pojazdów. Oczywiście nie zrobiłem tego bezinteresownie, otrzymałem za to pięć procent od zakupionych przez niego samochodów. Kiedy rok później zjawił się u mnie ponownie, tym razem z Lonią, miał inną propozycję. Pragnęli sprowadzić do siebie legalne stare samochody, które w Holandii i Niemczech miały trafić na złom, a u nich uchodziły za oznakę dobrobytu ich właścicieli. Transakcja doszła do skutku. Przez pół roku krążyłem z zachodu na wschód ciągnąc za sobą na lawetach samochodowe rupiecie. Stałem się częstym gościem Loni, który, pomimoże był to zaledwie mało znaczący fragment jego działalności, traktował mnie ze zdumiewającym szacunkiem. Osobiście odbierał ode mnie transporty i nigdy nie odprawiał z powrotem bez wyprawienia przyjęcia. Być może uważał,że warto pielęgnować naszą znajomość, by kiedyś móc ją wykorzystać. Potrafił wybiegać w przód. To z nim poznałem nocneżycie tego miasta. Szybko zaproponował inne korzystniejsze przedsięwzięcia, obdarzając mnie coraz większym zaufaniem. Zżyliśmy się ze sobą. Jednak nadal trudno było mówić o przyjaźni między nami. Odczuwaliśmy do siebie wzajemną sympatię.
Mniej więcej trzy lata temu, bez zapowiedzi, pojawił się w moim domu Sergiej. Miała to być towarzyska wizyta ale szybko zrozumiałem, że ukrywa prawdziwy cel spotkania. Jego pojawienie się zwiastowało kłopoty. Przypadkowo napomknął, że nie siedzi tutaj dla przyjemności, a dlatego, że nie może mieszkać w swoim kraju. Ściga go tamtejsza policja za przemyt bursztynu. Gdyby nie to, że wziął na siebie całą winę Lonia znalazłby się w podobnej sytuacji. Wypomniał mu,że nie wprowadza go we wszystkie interesy, część zaczął prowadzić na własną rękę, w czym nie mylił się, bo sam uczestniczyłem w niektórych przedsięwzięciach. Czuł się pokrzywdzony. I może bym uznał,że ma do tego prawo, gdybym nie wiedział tego, iż to Gondarczuk zajmuje się większością spraw, a jego przedstawiciel w Polsce przede wszystkim prowadzi intensywne nocneżycie, wciągając coraz więcej koki do nosa. Nie wierzyłem za grosz w jego uczciwość i szczere intencje.
- Kochałem go jak brata - oświadczył.
Kiedy pożegnał się, pozostawił na moim stole kartkę, a na niej zapisany cyrylicą adres. Popatrzył na mnie mrocznie i oznajmił,że od tej pory mam jeździć do tego człowieka. On poprowadzi ze mną wszystkie dotychczasowe moje interesy, jakie miałem z Lonią. Nie przespałem tej nocy, rozmyślając jak mam postąpić. Nad ranem postanowiłem wyjechać na tydzień z miasta. Pozostawiłem sobie czas na podjęcie decyzji, kogo wybrać - Gondarczuka czy jego wspólnika. Po powrocie dowiedziałem się odżony,że od dwóch dni próbuje się skontaktować ze mną Lonia. Wydzwaniał całymi dniami.
- Próbowano mnie zabić - usłyszałem, gdy tym razem to ja odebrałem telefon. - Mam ranne dziecko. Domyślasz się, kto za tym stoi?
Zaprzeczyłem, choć dobrze wiedziałem,że mi nie wierzy. Chciał uzyskać ode mnie aktualny adres swojego byłego wspólnika. Sergiej wyprowadził się z sopockiego mieszkania i prawdopodobnie zamieszkał w Gdyni, tyle mu się udało ustalić faktów.
- Nie wiem gdzie teraz przebywa, od naszej ostatniej rozmowy nie kontaktował się ze mną - powiedziałem zgodnie z prawdą.
Minął kolejny tydzień i ponownie odwiedził mnie Sergiej, jego szkliste oczy wskazywały na trwanie w długim narkotycznym ciągu. Poinformował,że Lonia ukrywa się przed nim w Polsce. Zachowywał się po chamsku i dawał mi do zrozumienia,że jakakolwiek próba kontaktu z Gondarczukiem, a już na pewno prowadzenie z nim interesów, sprowadzi na mnie bliżej nieokreślone zagrożenie. Gdy w pokoju pojawiła się mojażona, nakazującym tonem głosu rzekł:
- Ej, złotko, zrób mi kawę i przynieś coś mocnego!
Spojrzała na mnie i przytaknąłem jej opuszczeniem powiek. Kiedy pojawiła się z tacą, nic nie robiąc sobie z mojej obecności, bezczelnie gapił się w jej dekolt. Nie zdążyła opuścić pokoju, gdy usłyszałem:
- Maszładną laskę. Musi być dobra włóżku.
Z trudem opanowałem chęć dania mu po twarzy, nie byłoby to najrozsądniejsze rozwiązanie, czasami lepiej znieść upokorzenie, by uniknąć prawdziwego nieszczęścia. Sergiej zauważył narastającą we mnie wściekłość.
- Dobrze wiesz, że najgorsze co może zrobić człowiek to dać się ponieść wkurzonej ambicji - rzekł z sardonicznym uśmiechem. - Nie popełnijżadnego błędu. Twój przyjaciel Lonia już nie istnieje. Rozumiesz? Chyba nie interesuje cię los nieżywych? Maszżonę i dziecko, masz przed sobą kawałżycia, pomyśl o tym. Chcesz mieć lepsze samopoczucie, współczuj mu. Ale nie rób niczego, co by wykraczało poza to sentymentalne uczucie. Oka by nie zmrużył, gdyby miał ciebie wydać. Nie znasz Rosjan. Przyjaźń dla nich kończy się poza stołem, na którym opróżnili wspólnie z tobą flaszkę. Zrozumiałeś? - popatrzył na mnie przenikliwym spojrzeniem i nie spuścił wzroku, aż nie przytaknąłem mu skinieniem głowy.
Zaraz po jego wyjściu podszedłem do barku i wyciągnąłem butelkę whisky. Włączyłem płytę Radiohed, zaprogramowałem utwór "Creep", tak by bezustannie był odtwarzany i piłem. Piłem, aby nie musieć myśleć o sobie, o tym, że we mnie znajduje się cmentarzysko ambicji. Ciało nabrało większego ciężaru, ziemskie ciążenie stało się bardziej niż zwykle wyczuwalne, kiedy zaszedłem dołazienki. Nie byłem w stanie utrzymać się w równowadze na nogach, bez podtrzymywania się rękoma ościanę.Żona, która wreszcie się pokazała miała mi tylko jedno do powiedzenia:
- Obiecaj mi,że nie zrobisz temu człowiekowi niczego. Boję się go. Dopóki będzieżył nie będę się czuła bezpiecznie, jeśli staniesz się jego wrogiem. To ich sprawa, nie twoja. Słyszysz, mój bohaterze? Połóż się spać, wyśpij i jutro wyjedź z miasta. Nie wracaj póki oni nie załatwią tego ze sobą. Gondarczuk był tu dzisiaj, powiedziałam mu,że wrócisz w przyszłym tygodniu.
Patrzyłem na nią jak na obcą, nieznaną mi kobietę.
- Zostawił telefon?
- Tak. Podarłam kartkę i wyrzuciłam do kubła naśmieci.
Następnego dnia nie wychodziłem z domu, czekałem na jego telefon. Zadzwonił wieczorem, umówiliśmy się przy wjeździe na obwodnicę miejską. Godzinę później zjawił się tam z Witalikiem. Jego wygląd wywoływał współczucie. Oczy stały się tak małe i blade,że z trudem można było określić ich barwę. Policzki mu się trzęsły, gdy opowiadał, co się wydarzyło. Na jego dom napadła wataha uzbrojona w karabiny maszynowe, właśnie wyjeżdżał z garażu, by odwieźć syna do szkoły.
- Mogą mnie zabić, ale nie mają prawa skrzywdzić mojego syna. Dziecko toświętość. Ono nie może ponosić karę za swojego ojca. To zwierzę jest jego ojcem chrzestnym.
Rodzinę wywiózł z miasta i ukrył na wsi. Przyjechał tutaj by odnaleźć Sergieja. Nie jest tchórzem, nie będzie wynajmował ludzi, pragnie stanąć z nim twarzą w twarz. Nie znał trójmiasta, a przebywający tu ludzie, którzy mieli w stosunku do niego niespłacone długi wdzięczności zapadli się pod ziemię, stał się dla nich niewidzialny.
Oczywiście znajdzie się ktoś kto powie, że powinien udać się z prośbą o pomoc do organów prawa, ale będzie to naiwne myślenie człowieka, który nie zdaje sobie sprawy z realiów, jakie rządzą światem przestępczym i światem policji. Lonia nie miałżadnych dowodów na to,że za zamachem na jego osobę i dziecko stał Sergiej. Po drugie, jaki polski przedstawiciel prawa przejmie sięśmiercią rosyjskiego bandyty? Gondarczuk nie miał wyboru, jeśli sam nie obroniłby siebie i swojej rodziny, nikt tego by nie uczynił.
Trudno wyjaśnić, dlaczego ofiarowałem mu swoją pomoc, co wiązało się z koniecznością przewiezienia żony i dziecka w inne, nikomu nie znane miejsce. Zakwaterowałem je w nadmorskim pensjonacie w Jantarze. Wkrótce rozniosło się po mieście, że poszukuję Sergieja. Nie przedsięwziąłem specjalnychśrodków ostrożności, ale codziennie sypiałem w innych hotelach, a u boku stale miałem Witalika, dwudziestopięcioletniego mężczyznę, który nie ukrywał,że wiele razy znajdował się przed wycelowanym w niego odbezpieczonym pistoletem i sam przy pomocy broni dokonywał wyrównania długów finansowych i honorowych. Lonia zajął się nim jeszcze, kiedy przebywał w domu dziecka. Większość najbliższych jego współpracowników rekrutowała się z państwowych instytucji opiekuńczych i wychowawczych. Przyznam,że doceniałem jego zmysł organizacyjny. Oparcie się na młodych ludziach pozbawionych domu było znamienitym posunięciem. Biorąc ich pod swoje opiekuńcze skrzydła stawał się ich nowym ojcem. Jego organizacja była dla nich czymś więcej niż miejscem pracy, wszyscy tworzyli jedną rodzinę. To był ich prawdziwy dom.
Drugiego tygodnia poszukiwania zakończyły się sukcesem, ustaliłem adres pobytu byłego wspólnika Gondarczuka. Kilka dni później moja rodzina mogła już wrócić do domu.


- To, co ludzie wyprawiają z własnymżyciem jest przygnębiające - powiedział Lonia. - Nie wyduszę z ciebie tego, co masz do powiedzenia w tej sprawie. Co planujesz dalej robić?
Do stolika podeszła Aleksandra, wymieniła popielniczkę na czystą. Na chwilę zeszły się nasze spojrzenia. Miała piękne błękitne oczy. To właśnie one wywołały we mnie chęć ich posiadania na dłużej niż godziny spędzone w kawiarni. Najwyraźniej zrozumiała moje intencje, o czymświadczyło opuszczenie powiek.
- Chyba muszę wyprowadzić się z Zony - odparłem. - Od kiedy pojawiła się tam kobietażycie stało się trudne do zniesienia.
- Zamieszkasz z Anną?
- Nie. Wrócę do twojego apartamentu, jeśli nie odbierzesz mi kluczy - powiedziałem niepotrzebnie; wiedziałem,że nigdy tak nie postąpi. Gondarczuk zawsze spłacał długi wdzięczności.
- A jak wyglądają twoje sprawy w kraju?
- Zmieniłem kolejnego adwokata; tylko po to by poprawić sobie samopoczucie i po raz kolejny słyszeć zapewnienia,że wszystko da się załatwić w najbliższym czasie. W ustach poprzednich prawników nie brzmiało to już wiarygodnie.
Zaśmialiśmy się razem.
- Może ten kraj przestanie ciebie męczyć. Przyzwyczaisz się. Założysz nową rodzinę i zostaniesz tutaj na stałe. Wiesz,że jeśli będziesz chciał wystąpić o nasze obywatelstwo, pomogę ci.
Podziękowałem mu, odkładając podjęcie ostatecznej decyzji w bliżej nieokreśloną przyszłość. Nigdy nie brałem poważnie tej możliwości, tak jak i tego, że wiecznie nie będęściganą zwierzyną. W końcu poddam się lub dam się złapać. Słyszałem o ludziach, którzy decydowali się na zmianę tożsamości, rezygnowali ze swojego dotychczasowegożycia i zaczynali nowe. Nie wierzyłem w to,że uda się wykasować pamięć do czysta, odciąć lancetem całą swoją przeszłość.
Zanim pożegnaliśmy się, omówiliśmy najbliższe nasze wspólne przedsięwzięcie, transport kilku cystern alkoholu "Royal" z Holandii, który zamiast trafić na Kamucję, jak zapewniały przewozowe papiery, zostanie wyładowany na miejscu i po niewielkiej przeróbce zostanie rozlany do butelek "Absoluta", "Stolicznej" i "Smirnoffa". Moim obowiązkiem było dopilnowanie zachodniego partnera, znajomego Polaka z DŁseldorfu, który zajmował się handlem alkoholem. Wcześniej przywoził cysterny "Royala" do Polski, a teraz przeniósł swoje interesy na Wschód.
Kiedy człowiek jest ścigany, zaczyna robić rzeczy, których jako zwykłyśmiertelnik nigdy by się nie podjął wykonać; przestaje się lękać. Zachodzi zdumiewające przeniesienie granicy wyznaczającej to co jest, a co nie jest moralne. Kodeks postępowaniaściganego różni się bardzo od kodeksu praw, jakim rządzi się reszta społeczeństwa. Cała sprawa polega na tym,że uciekinier aby nie dać się złapać musi odrzucić zasady, które stwarzają dla niego bezpośrednie zagrożenie. On nie ma innego wyboru.
Chwilę po wyjściu Loni skinąłem głową na Aleksandrę, aby podeszła do mnie i położyłem przed nią serwetkę z numerem telefonu doŁagru. Uczyniłem to bez słowa. Popatrzyła na nią i w milczeniu, jakby to była najzwyklejsza rzecz naświecie podjęła ją i wsunęła w kieszeń fartuszka, jakim była opasana na biodrach.

13.

Kolacja stała się rytuałem, zasiadaliśmy do niej wszyscy, jakbyśmy byli jedną rodziną. Zazwyczaj przeciągała się do późna w nocy i często przekształcała w popijawę. Kolacja była okazją do sączenia wspomnień, w których nie było miejsca na chronologię. Powstawały i rwały się, rządząc się własną logiką. Nakładały się jedne na drugie, szukając podobieństw. Wiele z nich powtarzało się, modyfikując o kolejne sceny, fakty, osoby, które wcześniej pominięto. Być może coraz bardziej oddalały się od prawdy, ale nikomu to z nas nie przeszkadzało.
Prezes zazwyczaj rozluźniał się już po pierwszej setce wódki, Fryc przeciwnie, im więcej pił, tym bardziej posępniał i stawał się zgryźliwy. Ja zbliżałem się nastrojem do Waldiego, z tą różnicą, iż dystansowałem się od siebie i tego co mówiłem, a zwłaszcza od otaczającej nas rzeczywistości. Nie wydawała mi się wówczas tak okropna i trudna do zniesienia. Stan zawieszenia, chwilami, był bardzo przyjemnym stanem. Na zewnątrz istniały przytłaczające problemy, które należało rozwiązać, znajdowała się wina, za którą powinno się zapłacić surową karą. I do czego tu wracać?
Pojawienie się u nas Olgi zmieniło nasze obyczaje, wspólna kolacja stała się przykrym obowiązkiem. Wzajemna uprzejmość i gościnność wywoływała wrażenie oficjalności, psując dobry humor. Wieczory, tak samo jak dni, okazywały się być coraz mniej przyjemne. Naprawdę poważnie rozmyślałem o wyprowadzeniu się z Zony i powrocie do apartamentu Loni, o czym mu wspomniałem w czasie naszego spotkania.
Tego dnia jednak atmosfera była miła. Olga wróciła od rodziny na wsi w promiennym nastroju. Przygotowała odświętną kolację. Wzajemne głębokie, jeszcze bardziej miętowe niż zwykle spojrzenia Olgi i Fryca, zapowiadały coś szczególnego. Oboje lepiej niż zwykle się ubrali, przykładając do swojego wyglądu większą uwagę. Czarna, aksamitna z dużym, obszytym koronką, dekoltem sukienka Olgi bardziej nadawała się na bankiet niż na domowe przyjęcie.
- Fryc kupił mi pierścionek - nagle, po odniesieniu talerzy i zaparzeniu kawy oznajmiła Olga, wysuwając rękę nad stół.
Pierścionek był złoty i wieńczył go nieznany mi biały kamień. Nie wykonała go jakaś niezwykle wprawna ręka jubilera, ot, pierścionek jakich wiele. Fryc mógłby wykazać się większym gestem.
Spojrzeliśmy po sobie z Prezesem, wzruszając ramionami. Nasz przyjaciel skupił się na swoich paznokciach, mając do nich słusznie szereg zastrzeżeń. Kiedy podniósł serdeczny palec do ust, by odgryźć skórkę, Olga poinformowała nas,że są zaręczeni i zamierzają w najbliższym czasie wziąćślub. Najbliższym? Za miesiąc, najwyżej dwa. Chcą się wyprowadzić z Zony, zaraz po załatwieniu formalności z wynajęciem nowego mieszkania. Wczoraj je oglądali. Dwa pokoje z kuchnią. Umeblowane. Leżało niedaleko apartamentu Loni, trzysta metrów spaceru, nie dalej.
- Za tydzień zaprosimy was do nas - zaszczebiotała, rozentuzjazmowana Olga.
Popatrzyłem na Fryca, ten wyczuł mój wzrok i uniósł powieki. Wykrzywił usta w coś, co z trudem można było nazwać wymuszonym uśmiechem. W ten sposób mówił: "Rozumiesz stary, to jest silniejsze ode mnie. No, i co z tego,że to była dziwka. O każdej kobiecie można powiedzieć,że się ją kupuje w ten czy inny sposób." Właśnie została wykupiona przez niego od jej alfonsów, za cenę której nie chciał zdradzić. Poznałem ją od Loni. Zapłacił pięć tysięcy marek.
- Daj papierosa - Prezes zwrócił się do Fryca, a ten podał mu paczkę i zapalniczkę; przypalił i nerwowo zaciągnął się.
Twarz jego była blada, jakby odpłynęła z niej cała krew. Wszyscy patrzyliśmy na niego w milczeniu.
- Przecież nie wyjeżdżam na koniecświata, tylko przeprowadzam się na inną dzielnicę - Fryc poczuł nagłą potrzebę wytłumaczenia się.
Nikt mu nie odpowiedział.
- Cwany jesteś - zaśmiał się sztucznie Prezes, kręcąc z udawanym podziwem głową. Uznał,że małżeństwo Fryca z Olgą jest tylko wybiegiem, mającym mu stworzyć gwarancje prawne, iż nie zostanie deportowany do Niemiec, gdyby tamtejsze władze wystąpiły o ekstradycję.
Ja jednak byłem przekonany, że Fryc nawet o tym nie pomyślał. Coraz więcej o nim wiedziałem i coraz mniej go rozumiałem. Niewiele znałem faktów z jego przeszłego życia. Po wyjeździe do Niemiec Fryc nie mógł się odnaleźć w tamtejszej rzeczywistości. Dla kolegów ze szkoły był obcym. Rówieśnicy nie ukrywali swojej niechęci i pogardy. Nikt nie potrafi być tak bezlitosny i okrutny jak dziecko. Skazany został na przyjaźnie z innymi emigrantami z Turcji i Jugosławii. I, jeśli gdzieś należy szukać przyczyny dalszych losów Fryca, to właśnie można ją znaleźć w świecie zewnętrznym, w jakim przyszło mu żyć. Jako osiemnastolatek uciekł z domu. Zarabiał na życie graniem w filmach pornograficznych, śpiewaniem i waleniem w perkusję w zespołach rockowych. Niestety, nie odniósł sukcesu jako aktor, zbyt krótko mógł utrzymać swój członek w erekcji, nie zrobił też kariery muzyka, więc został kelnerem w motelu Van der Berg. Na krótko. Miał dość przynoszenia i odnoszenia talerzy, opróżniania popielniczek i uśmiechania się do starych niemieckich klemp, jak nazywał kobiety w wieku jego matki, a jeszcze bardziej nienawidził wyciąganiałap po napiwek. Nie znosiłżebrać. Nie miał innego wyboru niż robić to, co zgodnie z niemieckim przekonaniem robi u nich każdy Polaczek - kraść samochody, handlować przemyconymi papierosami, okradać supermarkety i domy towarowe.
Uważałem także, że to Olga ma najwięcej do zyskania.Ślub z niemieckim obywatelem dawał jej wiele trudnych do tej pory do wyobrażenia sobie możliwości. Przede wszystkim likwidował problem uzyskania wizy i czasowego pobytu w RFN. O takim szczególe jak wykupienie jej od alfonsów już wspominałem. W tej dziewczynie ujrzałem małą pazerną istotę, która potrafiła być na tyle przebiegła, by zniewolić mężczyznę swoją młodością i urodą oraz czymś, co ostatecznie powala każdego mężczyznę, umiejętnościami zaspokojenia nawet najwstydliwszych pragnień włóżku. Bezwstydna swoboda z jaką podchodziła do tych spraw stanowiła naturalną cechę jej charakteru.
Sprawy zaszły jak dla mnie za daleko. Rozumiałem, że Fryc będąc samotnym mężczyzną, do tego na wygnaniu, potrzebuje kobiety, z którą forma kontaktów nabrałaby bardziej stałego charakteru, ale małżeństwo było krokiem poza granicą jaką dyktował zdrowy rozsądek. Czego on oczekiwał od tego związku? Gdzie chciał zakładać rodzinę? Tutaj? W tym kraju, którego nie rozumiał; którego języka nie chciał się nauczyć na tyle dobrze by nie zwracać na siebie uwagi przy zamawianiu kawy; którego nienawidził; w mieście, które przypominało mu każdą swoją ulicą i zaułkiem, że nie przebywa w nim dobrowolnie? To przypadek, zrządzenie losu sprawiło,że znalazł się w tej częściświata.
Kiedy Olga wyszła do kuchni zmyć naczynia nie powstrzymałem się przed zadaniem pytania:
- Czy dobrze przemyślałeś swoją decyzję? Właściwie nie znasz tej dziewczyny. Wiesz o niej nie więcej niż my, którzy od czasu do czasu sypiali z nią w swoichłóżkach.
Milczał. Twarz miał niewzruszoną.
- Czy ma ona coś bardziej szczególnego niż inne dziewczyny, które tutaj poznałeś? - kontynuowałem. - Czy będziesz w stanie zapomnieć to,że mógł ją mieć każdy facet w tym mieście, który był w stanie zapłacić za nią?
- Ja ją kocham, Marcel - odpowiedział i tym samym odebrał mi wszelkie argumenty mające go przekonać do cofnięcia decyzji.
Nie ma sensu tłumaczyć czegokolwiek człowiekowi oślepionemu miłością. On musi się dobrze poparzyć tym uczuciem by zrozumieć,że nikt tak nie jest w stanie zranić jak najbardziej kochana osoba.
Popatrzyłem na niego w milczeniu. Trudno mi było wyczytać cokolwiek z jego twarzy poza tym, że miałem przed sobą Fryca, jakiego jeszcze nie znałem. Jeśli chciałem nadal mieć w nim przyjaciela, to powinienem ustąpić i uznać jego wybór za ostateczny. Nie dać mu odczuć tego, że w moich oczach robi największą głupotę swojegożycia. Tutaj nie chodziło o byle jaką rzecz, sprawa dotyczyła uczuć do kobiety. A nie są to zwykłe uczucia, tylko głupiec je lekceważy; potrafią wywołać tak silne emocje,że ludzie gotowi są dla nich mordować.
Kiedy Olga wróciła, musiała słyszeć naszą rozmowę, spojrzała na mnie tak, jakby decydowała się, czy uznać mnie za swojegośmiertelnego wroga, czy spróbować mnie obłaskawić, dogadać się ze mną. Jeszcze nie wiedziałem, jakiego dokona wyboru.

14.

Była za kwadrans trzecia w nocy, kiedy otworzyły się drzwi mojego pokoju; kolacja zakończyła się pijaństwem, Fryc z Prezesem pili tak szybko jakby urządzili zawody, kto pierwszy upadnie twarzą na blat stołu lub znajdzie się z głową zanurzoną w sedesie. Fryc zapijał ciążące mu poczucie zdrady, co bezustannie wypominały mu oczy Prezesa. Waldemar zdawał sobie sprawę z tego, że po wyprowadzeniu się jednego mieszkańca Zony, przyjdzie kolej na drugiego, na moją osobę. On zawsze był tym trzecim, obok nas, i nie tylko dlatego, że jako ostatni zamieszkał w naszym Łagrze ale dlatego, że nigdy nie udało mu się nawiązać z nami takiej nici porozumienia i jedności jaką osiągnęliśmy obaj z Frycem. Tolerowaliśmy jego obecność, uważając,że wnosi ożywienie w nasze codzienne monotonneżycie, ale nikt z nas nie podejmował prób nawiązania bliższej zażyłości. Przede wszystkim był przedmiotem naszych drwin.
- To ja - usłyszałemżeński głos.
Przez głowę przeszło mi pytanie: Co robi tu Anna? Ale sylwetka, jaką ujrzałem w nikłymświetle przedzierającym się przez okienne zasłony, szybko wyprowadziła mnie z błędu.
- Czego chcesz, jest już późno? Zasypiałem.
Olga nie odpowiedziała, zsunęła z siebie szlafrok, który opadł na podłogę i naga weszła do łóżka, wsuwając się pod kołdrę. Wniosła ze sobą ciepło, które promieniowało z jej rozgrzanego ciała. Nie zdążyłem się przekręcić na plecy, zawsześpię na brzuchu, z głową pod rogiem poduszki, gdy poczułem, jak przywiera ustami do mojego ucha i wpycha w nie język, pamiętała,że jest to moja ulubiona pieszczota.
- Przestań - powstrzymałem ją.
Siadłem i oparłem się plecami o ścianę. Czułem zapach jej ciała, pachniało starym razowym chlebem. Oczy błyszczały jej, jakby za chwilę miały wylać się z nichłzy. To, co działo się w dole mojego ciała było już niezależne od mojejświadomości. Poprawiłem pościel, aby to ukryć.
- Nie potępiaj mnie! - powiedziała głosem na granicy krzyku i załamania. - Ty nie wiesz ile przeszłam i wycierpiałam.
Miała rację, nie wiedziałem i jakoś nie znajdowałem w sobie chęci by poznać jej mroczne wspomnienia.
- Dlaczego chcesz wyjść za Fryca? - zapytałem.
- Kocha mnie.
- A ty jego?
- Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
- Innej nie ma - odparłem, przypominając sobie czyjeś przemyślenie, ku któremu się skłaniałem. - Czy nie powinnaś leżeć teraz u boku Fryca? Nie boisz się,że obudzi się i zacznie cię szukać? Co powie, gdy zobaczy cię w moimłóżku?
-Śpi twardo. Godzinę temu wziął prochy - rzekła bagatelizująco.
- Prochy? Masz na myśli tabletki nasenne czy... - urwałem i w mojej głowie szybko zaświtała inna możliwość. - Chyba nie bierze narkotyków?
- Od dawna wciąga kokę - oznajmiła z lekceważeniem, które wydawało się już na stale być przyklejonym do jej brzmienia głosu i wyrazu twarzy.
Siedziała przy mnie dziewczyna, której nie doceniałem, zlekceważyłem jej determinację do zmiany swojego losu, zmiany za wszelką cenę, nawet kosztem drugiego człowieka.
- I ty mu ją załatwiasz? - prychnąłem. - Tak bardzo ci na nim zależy? Pamiętasz, jak nakryłem cię na braniu tegoświństwa i co wówczas powiedziałem? Nie miałaś prawa tego tutaj wnosić.
- Nie muszę już ciebie słuchać. Mam Fryca.
Powiedziała to twardo. Rysy jej twarzy stały się nieugięte, oczy już dawno pozbyły się płaczliwego blasku, nabrały ostrości. Doświadczenie mówiło mi jedno,że najgorszym wrogiem jakiego można mieć to nienawidzącą cię kobietę.
- Po co tu przyszłaś?
- Chcężebyś zostawił mnie w spokoju. Fryc ciebie słucha, a ty jesteś przeciwko naszemu związkowi.
- Masz rację, ale on nie słucha moich rad. Udało ci się go ogłuszyć tak dobrze,że stracił orientację, co jest dla niego dobre a co złe. Nie widzi niczego poza tobą - przerwałem. W mieszkaniu panowała cisza, którą zakłócało chrapanie Prezesa. Na dworze zerwał się wiatr i przenikał przez szpary w oknie do pokoju, o czymświadczyło drżenie zasłon. - Ile chcesz pieniędzy?
- Za co? - zapytała zaskoczona.
-Żebyś zostawiła go w spokoju i wyjechała z tego miasta. Jedź dokąd chcesz, ależebyś była jak najdalej stąd. Pomogę ci w czymkolwiek będę mógł. Ty przyniesiesz mu wyłącznie nieszczęście.
Milczała, proces myślenia jaki miał miejsce w jej głowie był powolny, nie wiedziała jak ma poskładać wszystko, co usłyszała, w jedną zrozumiałą całość. Wreszcie się odezwała, pytając:
- Dlaczego tak ci na nim zależy?
- Jesteś jeszcze młoda, a on pomimo swojego wyglądu i roku urodzenia wewnątrz jest starcem; wypalonym człowiekiem. Wiesz dlaczego jest tutaj i co mu grozi. Dla niejednego człowieka byłoby to wystarczająco dużo, by skończyć ze sobą. On potrzebuje spokoju. Tego, byżycie się jakoś toczyło do przodu. Bez nagłych zwrotów. Jest za słaby by ciągle podnosić się, gdy coś zwali się na niego. Tym razem może tego nie wytrzymać. To jest nieszczęśliwy człowiek.
Popatrzyła na mnie; jej oczy znieruchomiały.
- Tak samo jak i ty - oświadczyła.
Wstała złóżka; przed sobą miałem jej nagie pośladki, nad którymi widniało wgłębienie w kształcie trójkąta. Podobne miała mojażona. Nałożyła szlafrok, przewiązała go paskiem i dopiero wtedy się obróciła do mnie i powiedziała:
- Wiesz,że zawsze możesz mnie mieć, kiedy zechcesz.

15.

Przestałem używać samochodu i do centrum miasta chodziłem pieszo. Była to ucieczka z jednego odosobnienia w drugie, bo hałas ulicy, mijani przeze mnie ludzie, przejeżdżające samochody, to wszystko było w końcu tylko innym rodzajem pustki. Włóczenie się po mieście było tym samym, co włączenie radia i telewizora w pustym mieszkaniu, by cisza i samotność stały się mniej dokuczliwe, ale dawało lepszy efekt. Przynosiło ulgę. W czasie spaceru udawało mi się porzucić siebie, a przede wszystkim myśli, które miażdżyły to, co pozwalało na jako takie trwanie w przekonaniu, że dzisiaj warto wstać złóżka, umyć się i ubrać i coś zrobić z czasem, który jak pusty formularzżyciorysu, domagał się wypełnienia.
Idąc rozmyślałem o uczuciach jakimi obdarzałem to miasto - zamknięte w sobie, pozbawione zieleni i kwiatów, zdominowane przez barwę szarości, zniszczone, brudne, pełne jeszcześladów epoki, w której jego mieszkańcyżyli w pogardzie, upokorzeniu i strachu. Twarze przechodniów były twarzami ludzi pokonanych i podbitych, z wyrazem wiecznego czekania na polepszenie swego losu, zmiany, która miała nadejść z zewnątrz, bo stąd, od nich samych nie mogła. A przy tym mieszkańców tego miasta cechowała niezrozumiała pyszałkowatość i silne poczucie należenia do jednego klanu. Wszędzie tu było pełno sprzeczności.
Lonia Gondarczuk mojej niechęci przeciwstawiał niewzruszone przekonanie o inności i barwności tego miasta. Miało ono tradycję, której mogłaby pozazdrościć niejedna metropolia miejska, z tej bogatszej części Europy. Przemieszczający się po ulicach w beznadziei tłum z czasem odzyska dawną wiarę w swoją wartość. Zgadzał się - obecnie wszystko tutaj jest kulawe i kalekie, ale to miejsce cechuje odrębność. A tylko na poczuciu odrębności da się zbudować prawdziwą wielkość. Pielęgnował w sobie przekonanie o wyjątkowości zamieszkujących tu ludzi.
Czy kompleks niższości, wypływający z poczucia krzywdy i z biedy, wobec innych narodowości musi od razu być leczony nacjonalizmem? - pytałem siebie, kiedy po raz pierwszy oprowadzał mnie po tym mieście, nie zauważając w nim niczego, co powinno wywoływać w nim wstyd a przynajmniej zażenowanie. To takie rosyjskie i rosyjsko podobne - najważniejsze,że to ktoś stąd był pierwszym człowiekiem w kosmosie, najlepszym kawiorem jest Bieługa, tutaj są największe i najgłębsze jezioraświata, Tołstoj, Dostojewski, to się liczy a reszta jest bez znaczenia.
O przebywaniu w Łagrze zacząłem myśleć jak o moim przekleństwie, potwornej karze równej domowemu aresztowi. Czymś gorszym mogła już być tylko więzienna cela. Pierwsze miesiące wspólnego zamieszkiwania z Frycem i Prezesem były najlepszym okresem naszego związku. Szalone dni wypełnione niekończącymi się rozmowami, słowa same przychodziły na język, anegdotami z naszego i cudzego życia,żartami, szczenięcymi wygłupami i prowokacjami. W przeciwieństwie do Prezesa nie uważałem,że to Olga jest przyczyną nagłego oziębienia naszych stosunków. Wygasły one naturalnie. Wówczas byliśmy dla siebie czymś nowym, a obecnie zbyt dużo wiedzieliśmy o sobie by nie czuć znudzenia i zmęczenia sobą.
Do tej pory drzwi do naszych pokoi tylko z rzadka były zamykane, a teraz stało się to obowiązującą zasadą. Jako nocną zmorę traktowałem odgłosy kochania, z sadystyczną przyjemnością wywoływane przez Fryca i Olgę. Kobieta paradująca rano w prześwitującym peniuarze w mieszkaniu, którego pozostałymi lokatorami byli wyłącznie mężczyźni była prowokującym i trudnym do zniesienia widokiem.
Kiedy przyczyną do ostrych spięć zaczęła stawać się przegrana Prezesa w mako czy tysiąca, ostatnio w ogóle nie szła mu karta, albo przeszkadzały buty nie tak stojące, jak powinny w przedpokoju, pranie zbyt długo wiszące włazience, nie schowane do lodówki mleko, zapach majonezu, zrozumiałem,że jak najszybciej należy się stamtąd wynosić.
Starałem się by moja wędrówka zawsze miała konkretny cel, więc szedłem do restauracji na obiad, do baru na piwo, do kawiarni na kawę, do sklepu, by kupić nową bieliznę i skarpetki, pastę do zębów, proszek do prania. Bezcelowy marsz mógł zwiększyć tylko poczucie beznadziejności, które i tak od dawna oblepiło mnie całego - nigdy nie zdołam opuścić tego miasta.
Przedłużałem do granic możliwości przebywanie na zewnątrz Zony, ale trudno mi było znaleźć czynność, której można by było poświęcić dużo czasu. Ileż można było wpić kaw, piw, zjeść tortowych ciastek? To miasto przestało być nieznanym labiryntem uliczek, poznałem je na wylot.
Straciłem zakotwiczenie i słabłem, ciągle słabłem.

16.

Niespełna tydzień potem, jak Fryc z Olgą wyprowadzili się do swojego mieszkania, opuściłemŁagier, pozostawiając w nim samego Prezesa. Od wielu dni pił tak dużo,że jego twarz pokrywała gęsta sieć pijackich wykwitów. Odór alkoholu nie tylko przeniknął jego ciało oraz nie zmieniane od dawna ubranie, ale zawładnął powietrzem całego mieszkania. Z trudem powstrzymywałem się przed odruchowym zatykaniem nosa chusteczką, kiedy zaszedłem do niego.
- Szukałem cię po wszystkich barachłajdaku, w których zazwyczaj przesiadujesz. Nikt cię nie widział tam od tygodnia. Nie masz pieniędzy to powiedz, pożyczę tobie. Co jadasz? - popatrzyłem na stół, na którym leżały pootwierane puszki z mięsem i rybami, czerstwy chleb; wszystko nadawało się tylko do wyrzucenia dośmietnika.
Nie odpowiedział. Patrzył na mnie niechętnym wzrokiem. Nienawidził ludzi, którym lepiej niż jemu udaje się utrzymać na powierzchni. Przynajmniej tak się mu wydawało.
Postanowiłem zrobić porządek na stole. Zniosłem resztki jedzenia, brudne naczynia i puste butelki po wódce do kuchni, w której panował jeszcze większy bałagan. Dobre trzy kwadranse zajęło mi wymycie naczyń i ogarnięcie, jako tako, tego pomieszczenia. Wyniosłem worki na śmieci. Kiedy wracałem do mieszkania, zastukałem do sąsiadki, sześćdziesięcioletniej kobiety, która jakiś czas temu zaczepiła mnie pytając, czy nie miałbym dla niej jakiejś pracy. Oferowała sprzątanie domu, pranie odzieży i robienie zakupów. Zaprosiła mnie do mieszkania z nieukrywaną radością. W tym mieście trudno było znaleźć pracę młodemu, a co mówić o starej kobiecie. Odmówiłem wypicia kawy. Szybko ustaliłem warunki na jakich będzie dwa razy w tygodniu sprzątać Zonę i prać ubrania jej obecnego lokatora. Codziennie rano miała przynosić muświeży chleb i mleko. Zapłaciłem jej z góry za miesiąc. Obiecałem,że jeśli będę zadowolony z niej otrzyma pracę na stałe i powiększę wynagrodzenie.
- Załatwiłem ci kobietę, która zajmie się domem. Może także tobie gotować obiady jeśli zechcesz. Czy teraz możesz mi powiedzieć, co się z tobą dzieje? - siadłem za stołem, naprzeciw niego.
Widziałem już wiele pijanych twarzy, których właściciele użalali się nad sobą; ignorowali wszystkich ludzi wokół siebie, a zwłaszcza tych, którzy nimi się zajmowali, dlatego twarz Prezesa nie wzbudzała we mnie miłosiernych uczuć. Wywoływała we mnie zaledwie litość. Pomylił się jednak w ocenie mojego stosunku do niego, mówiąc:
- Gardzisz mną.
- Nie widzę powodu,żeby tobą gardzić - odparłem, broniąc się przed niesłusznym zarzutem.
- Ale nie widzisz też powodu aby ze mną mieszkać. Nie cierpisz mnie. Obaj z Frycem mnie nie lubicie. Dlaczego mnie w ogóle do siebie przyjęliście?
Sam nie byłem w stanie udzielić mu jednoznacznej prawdziwej odpowiedzi. Może w ogóle nie istniałożadne racjonalne wytłumaczenie.
- To wcale nie jest tak jak myślisz - odparłem. - Prędzej czy później musiało się tak stać, że każdy rozejdzie się w swoją stronę. Nie sądziłeś chyba,że będziemy wiecznieżyli razem ze sobą? Najlepsze małżeństwa się rozpadają. Nadal jesteśmy jednak przyjaciółmi.
Prychnął.
- Przychodzisz tu, bo masz wyrzuty sumienia. Lubisz okazać miłosierdzie drugiemu człowiekowi. To sprawia,że czujesz się lepszy od niego. Dlatego pomogłeś Andrzejowi, choć nie wierzyłeś mu za grosz. Za tysiąc papierów21 kupiłeś sobie dobre samopoczucie. Nawet bandyta musi choć przez chwilę czuć się porządnym człowiekiem.
Podniosłem się z krzesła i podszedłem do balkonowych drzwi nie po to, by je otworzyć na oścież aby napłynęłoświeże powietrze, ale po to by nie patrzeć na jego twarz i nie powiedzieć mu czegoś, na co zasługuje, a co by na zawsze oddzieliło nas od siebie grubym murem.
Stanąłem na balkonie, opierając ręce na murku chroniącym mnie przed upadkiem z szóstego piętra i spojrzałem w dół. Na parkingu poza moim Golfem stała rozklekotana Wołga mieszkającego tu taksówkarza iŁada Samara, nie należąca dożadnego z lokatorów budynku, z której wyszła czwórka młodych mężczyzn, zwracając swoje głowy w moją stronę. Nie widziałem z tej odległości ich oczu, ale na pewno nie miały przyjaznego wyrazu.
Po chwili zjawił się Waldemar, w rękach trzymał zapalonego papierosa. Smuga dymu na chwilę przesunęła się obok mojego prawego policzka i wzbiła się w górę, by po chwili rozpłynąć się w powietrzu. Jakaś stara kobieta w budynku postawionym naprzeciwko naszego karmiła chlebem wrony. Nie bały się jej, spokojnie przysiadały na drewnianych skrzynkach na kwiaty.
- Wczoraj była tu Anka - oznajmił Prezes ochrypniętym głosem. - Dlaczego do ciebie lgną tak kobiety? Czy dlatego,że tobie już na nich nie zależy?
Nie odwróciłem się do niego, by mu odpowiedzieć. Przez cały czas patrzyłem na posiwiałą kobietę, która wyciągnęła rękę i rozpostarła dłoń. Po chwili jedna z wron odbiła się od zielonej skrzynki i po krótkim locie, osiadła na ludzkiej ręce.
- Każdemu facetowi zależy, ale nie każdemu chce się cokolwiek robić, by zdobyć od dziewczyny numer telefonu, a potem podążać ciągle taką samą drogą: randka, kolacja, taniec, pocałunek, obłapianki, a wszystko dla kilkusekundowej przyjemności - powiedziałem.
- Patrząc na ciebie zrozumiałem, że najlepszą metodą by kobieta zwróciła na mężczyznę uwagę to lekceważenie jej osoby - rzekł. - Problem w tym,że próbowałem i nie uzyskiwałem tego co ty, nadal byłem niewidzialny. To prawdziwe nieszczęście mieć szczęście do kobiet i tego nie cenić. Wielu by oddało półżycia za to, czym ty gardzisz.
Odwróciłem się do niego, kiedy stara kobieta przywołała mi wspomnienie mojej matki. W ostatnim liście pisała,że chciałaby się zobaczyć ze mną. Tęskniła. Bała się,że umrze zanim zdążę wrócić. Od kilku dni zbierałem się, aby jej odpisać, ale za każdym razem zrezygnowany odkładałem pióro. Nie wiedziałem, co mam jej powiedzieć? O miłości do niej zapewniałem ją już wielokrotnie. Wszystkie moje listy do niej były podobne do siebie.
- Co mówiła Anna? - zapytałem.
- Płakała. Płakała przez ciebie draniu - nawet nie wypalił do połowy papierosa i rzucił go przed siebie; ten zawirował i upadł w dół. - Dlaczego nie powiesz dziewczynie,żeby poszukała sobie kogoś innego?
- Powtarzam jej to ciągle - odparłem z rezygnacją w głosie.
- Przestań się z nią spotykać.
Czy on naprawdę uważał,że takłatwo się odciąć od kogoś kto cię kocha?
- Dlatego przyszła do ciebie - rzekłem. - Może myślała, że zastanie mnie tutaj. Nie odpowiadam na jej telefony. Zagrała mi całą taśmę na sekretarce. Kiedy dzwoni do drzwi udaję, że nie słyszę dzwonka ani pukania. Zacząłem gasić wcześnieświatło, by myślała,że mnie nie ma w domu. Co więcej mogę zrobić?
Ponownie odwróciłem się od niego, po drugiej stronie nie było już starej kobiety karmiącej wrony.
- Jesteś draniem - usłyszałem.
Nie protestowałem. W dole nadal stali ci sami mężczyźni i nie spuszczali wzroku z naszego balkonu. Nie znaleźli się tutaj, dlategoże podobał się im krajobraz, a szczególnie ten budynek. Niczym nie wyróżniał się od innych stojących obok podobnych do siebie pudełek. Oni na kogoś czekali.
- Gdyby nie ta ruska dziwka, dzisiaj, wszyscy byśmy byli razem - oświadczył z przekonaniem Prezes. - Od kiedy się pojawiła w Zonie wszystko się zmieniło, coś się popsuło między nami. Anka wspominała,że Olga zamierza wyjechać do Niemiec. A jak ona chce tam wyjechać, skoro Fryc nie może tam wrócić?
Mężczyźni wreszcie weszli do samochodu, ale nie ruszyli nim i nie odjechali; schronili się w kabinie przed chłodem.
- Czy przyjdziesz na ichślub? - zapytałem.
- Kiedy ma być?
- Jutro.
- Nie - odparł bez wahania. - Tak będzie lepiej. Nie mógłbym Frycowi fałszywieżyczyć szczęśliwegożycia z tą dziwką. On nie zazna z nią szczęścia. O czym ty dobrze wiesz. Widziałem jak wychodziła z twojego pokoju, gdy obwieścili swoje zaręczyny.
Powinienem wyjaśnić mu, że nic między nami nie zaszło, ale uważałem, że to i tak nie zmieni jego osądu o tamtej nocy. Przeprosiłem go i przeszedłem do living roomu. Na stole stały dwie nie wypite filiżanki kawy. Zajrzałem do swojego byłego pokoju. Zasłony były zsunięte i panował w nim nieprzyjemny półmrok. Łóżko nadal było zasłane, na brzegu widniało wgłębienie, ktoś siedział na nim i później nie poprawił narzuty i pościeli. Anna? Prezes? Uświadomiłem sobie, że się tutaj nic nie zmieniło w ciągu mojej nieobecności. Zrozumiałem także i to,że nic już mnie niełączyło z tym miejscem.
Waldemar przyczłapał za mną do living roomu i opadł na fotel.
- Czy Fryc wspominał ci kiedyś za co go naprawdęścigają? - zapytał. - Wierzysz w to,że za cztery dziwki sprzedane do Hamburskiego burdelu od roku musi siedzieć tutaj?
Zamknąłem drzwi do pokoju i odwróciłem się ku niemu, popatrzyłem na niego uważnie - powinien jak najszybciej zmienić to mieszkanie na mniejsze. Każdego dnia zacznie go coraz bardziej przytłaczać.
- Jedna z tych dziwek nie miała siedemnastu lat i Araby zrobiły z niej perski dywanik - odparłem.
- A tego nie wiedziałem - powiedział sarkastycznie.
Niepotrzebnie wpadłem w trans i zacząłem mówić to, co wiedziałem o tej sprawie. Nagle poczułem potrzebę bycia adwokatem Fryca: - Potem nie chciało się jej żyć, nie mogła dłużej znieść siebie i tego pieskiego życia, brzydziła się swoim ciałem, podobno obcięli jej łechtaczkę, i nałożyła na głowę worek foliowy i nażarła się prochów nasennych, a jakby to miało zawieść, wpuściła w swoje żyły taką dużą dawkę hery, że już ona sama wystarczyłaby zatrzymać pracę jej nadwrażliwego serca. Zanim to jednak zrobiła, poczuła potrzebę opowiedzenia całemu światu o swoim nieudanym życiu. Napisała długi list, który potem opublikowały gazety. Czytałem, wstrząsająca opowieść. Podobno jakiś producent filmowy chce nakręcić film na jego podstawie. Przynajmniej po śmierci ktoś zaczął się litować nad jej nieszczęściem. Choć ja uważam, że znowu ktoś na niej zarobi i jak zwykle nic z tego nie będzie miała poza niezbyt pochlebną opinią skrzywdzonej dziwki. Rodzice jej już nie mogą twierdzić, że ich kochana córeczka sprzątała czyste niemieckie domy. Najwięcej żalu miała do Fryca. Prokurator uznał, że nie tylko zajmował się handlemżywym towarem, ale to on głównie odpowiada zaśmierć tej dziewczyny.
- A Araby? - słusznie zauważył.
- Im nie poświęciła tyle miejsca. Nawet nie wspomniała ich imion. To, co zrobili z jej ciałem nie miało dla niej aż takiego znaczenia.
Twarz Prezesa wyglądała na zgorszoną. Przypominałświętoszkowatego misjonarza, który dawno temu zapomniał o powołaniu a z nawracania wiernych uczynił swoje stałeźródło utrzymania.
- Nigdy bym nie zrobił komuś takiegoświństwa - oświadczył.
Siadłem naprzeciw niego, stwierdziłem,że nie mam co się nad nim aż tak rozczulać, by pozostawić jego uwagę bez riposty; z nieruchomą i zimną twarzą rzekłem:
- To śmieszne, że go osądzasz. Ty na pewno za każdym razem wpierw dokładnie sprawdzałeś stan finansowy oszukiwanego człowieka. Potem dopiero puszczałeś go z torbami. Żaden z nich nie stracił dzięki tobie dorobku swojego życia? Przypomnij sobie dokładnie, czy nie trafił się jakiś gość, który nie wytrzymał nerwowo i odebrał sobie życie? Ilu się rozpiło potem iżony nie mogąc z nimi wytrzymać, odeszły. Nikogo nie znasz komu byś nie zrujnowałżycia, Waldi?
Przerwałem i patrzyłem jak blednie na twarzy.
- Wina Fryca nie jest tak jednoznaczna - ciągnąłem dalej. - On przekazał te dziewczyny jakiemuś Jugolowi z Berlina, który bez jego wiedzy sprzedał je dalej.
- Oczywiście dziewczyny wiedziały, po co tam jadą - nadal odzywała się jego najbardziej paskudna cecha charakteru. Bronił się do końca. - Fryc nie zwodził ich,że będą pracować na zmywaku w knajpie. Jak każdy uczciwy alfons wyłożył jasno sprawę,że jedynym ich obowiązkiem będzie obciąganie.
- Ta dziewczyna pracowała w Sopockim klubie Go-go - odparłem spokojnie. - Poznał ją przy mnie, tańczyła na naszym stole jeden z tych tańców, w którym możesz ujrzeć prawie to samo, co ginekolog. Przez jakiś czas mieszkali razem w hotelowym pokoju. Nie była to miłość skoro nadal chodziła do pakamery z klientami lokalu, gdzie zajmowała się czymś bardziej konkretnym niż występy artystyczne. W Berlinie dziewczyny miały pracować w jednym z tych klubów nocnych położonym w centrum miasta, mieszczącym się na piętrze kamienicy, do którego możesz wpaść na drinka i skorzystać z przytulnego pokoju wyposażonego w łóżko wodne. Nikt im nie mówił,że będą pracować jako barmanki ani kelnerki.Żadna z nich nie znała nawet dziesięciu słów po niemiecku.
Fryc rok temu zadzwonił do mnie z dworca kolejowego, oznajmiając,że znajduje się tutaj na miejscu. Jego głos był głosem człowieka, w którym zgasłożycie. Kiedy go ujrzałem miał oczy puste i pozbawione blasku. Nie golił się od kilku dni. Długi czarny wełniany płaszcz wisiał na nim i wyglądał, jakby wyciągnięto go psu z gardła. Powiedział wówczas tylko jedno:
- Wspominałeś,że jeśli będzie ze mną kiedyśźle, to mogę zjawić się u ciebie. Potrzebuję miejsca, w którym mógłbym się zgubić.
Wcześniej poznaliśmy się, gdy zjawił się w moim autokomisie z propozycją wstawiania do niego używanych samochodów. Nasze kontakty nie można było określić jako zażyłe, ale nie były też chłodne. Ze służbowych przekształciły się w bardziej towarzyskie, gdy pewnego razu przyjechał ze mną do tego miasta wraz z dostawą samochodów; był to jego pierwszy pobyt za wschodnią granicą i pełniłem funkcję przewodnika. Zamieszkaliśmy w apartamencie Loni Gondarczuka, stad znał numer telefonu. Moja żona nie chciała mu powiedzieć, co się ze mną dzieje, ale od ludzi na mieście dowiedział się,że ukrywam się przed wymiarem sprawiedliwości. Domyślał się,że przebywam właśnie tutaj.
- Dlatego Fryc teraz się męczy z Olgą - orzekł Prezes, nie ukrywając, że uważa to za idiotyzm. Zapalił papierosa i zaciągnął się nim głęboko. - Czy on naprawdę sądzi, że w ten sposób uspokoi swoje sumienie? Jeśli pomoże innej dziwce to wyrównają się rachunki? Gdyby tak rzeczywiście wszystko sprowadzało się do ważenia na wadze zła i dobra, jakie wyrządził człowiek, to wszystko byłoby o wiele prostsze. Niestety tak się nie da. Są rzeczy, których nigdy nie można naprawić i o nich zapomnieć. Z tym brzemieniem należy nauczyć siężyć. Nie mógł przecież przewidzieć,że Jugol okaże się draniem i nie dotrzyma słowa, jeśli rzeczywiście tak było jak mówi.
Ponownie odezwał się w nim cynizm. Według niego, gdyby Fryc wiedział,że dziewczyny trafią do Arabów, to także dopuściłby do transakcji. Skoro on sam by tak postąpił, to dlaczego ktoś inny miałby zachować się inaczej?
- A jak tam z twoją książką? - zapytał.
- Idzie powoli do przodu.
-Śpieszyć się nie masz gdzie - skomentował. - Kawa wystygła, zaparzę drugą, a może napijemy się czegoś mocniejszego? Mam Absoluta - rozpromieniał na twarzy.
- Innym razem, jestem umówiony.
Uznał,że po prostu nie chcę z nim zostać, gardzę jego towarzystwem, i sięgam po najmniej przekonującą wymówkę. Nabrał nieznośnej maniery wprawiania ludzi w stan zażenowania i poczucia winy.
Kiedy wychodziłem z klatki domu i wsiadałem do swojego samochodu miałem okazję przyjrzeć się z bliska twarzom pasażerów Łady. Żaden z nich nie miał więcej niż dwadzieścia lat i nie potrafił w swoimżyciu robić nic więcej poza biciem,łamaniem kości rąk, wymierzaniem kopniaków w podbrzusze i nerki; aby zabijać byli jeszcze za bardzo delikatni. Zanim zapaliłem silnik i ruszyłem, spojrzałem na balkon. Prezes stał i machał do mnie ręką.

17.

Ślub Fryca i Olgi nie był radosnym wydarzeniem. Podejrzewałem,że pan młody znajduje się pod wpływemśrodków odurzających, jakby o trzeźwym umyśle nie mógł znieść tej uroczystości. Być może pragnął się wycofać, ale nie miał na tyle odwagi, by zaufać tej odrobinie rozsądku jaka mu została.
Odbył się w kameralnym gronie, nikogo poza parą nowożeńców, mną i Anną, którzy pełniliśmy rolę świadków nie było. Panna młoda ubrana była w jaskrawożółtą sukienkę, sięgającą do kolan, a jej narzeczony w czarny garnitur, który wyglądał na nim, jak każdy nawet najbardziej elegancki strój na grabarzu. Anna miała na sobie czerwony kostium, wykończony czarnymi lamówkami, tak jak i suknia panny młodej nie sprawiała wrażenia niewinności, jaką powinny posiadaćślubne stroje. Czułem się jak na wiejskim odpustnym jarmarku, w którym kobiety prześcigają się między sobą w zwracaniu na siebie uwagę. Ostre, wyzywające makijaże dopełniały całości.
Przyjęcie wyprawiono w kawiarni "Opera", gdzie panowała tak smętna atmosfera,że dość szybko zrezygnowałem z picia prawdziwego francuskiego Champagne, co podkreślała wyraźnie Olga, na rzecz whisky, która przyniosła szybko oczekiwany efekt rozluźniający.
To naturalne, że człowiek w takich chwilach przypomina sobie własne doświadczenia z tego typu uroczystości. Moje wspomnienia nie wywoływały wzruszenia, przeciwnie, odczuwałem gorycz, przechodzącą w złość, by ostatecznie zamienić się w bolesne poczucie śmieszności związanej ze swoją naiwnością. Jedyną osobą odczuwającą nieukrywane zadowolenie wśród nas była Olga. Należało podziwiać ją za to, że potrafiła wykorzystać sposobność zmiany swojego życia najlepiej jak umiała. Próbowałem sobie wyobrazić jej dalsze posunięcia, byłem pewny,żeślub stanowił tylko krok mający doprowadzić ją do sobie tylko znanego celu. Zamierzałem przy pierwszej nadarzającej się okazji zapytać, co przyniesie Frycowi najbliższa przyszłość.
Po trzech godzinach przenieśliśmy się do mieszkania Fryca i Olgi. Było skromnie urządzone, dając absolutne minimum potrzebne do życia. Wyczuwało się w nim tymczasowość, lokatorzy nie uważali go za swój prawdziwy dom. Nie wiązali z tym miejscemżadnej przyszłości. Nikt z nich nie próbował jakimkolwiek dodatkiem nadać mu bardziej osobistego charakteru. Zaletą było niewątpliwie to,że zostało niedawno odświeżone, co było rzadkością wśród wynajmowanych lokali w mieście.
Fryc zdjął z siebie marynarkę i rozwiązał krawat, który zwisał mu bezładnie na szyi. Postawił butelkę Jasia Wędrowniczka, kazał przynieść Oldze szklanki i przygotować coś do zjedzenia. Kiedy wyszła z Anną, patrząc mi prosto w oczy rzekł:
- Wiec nadal uważasz,że popełniam największy w swoimżyciu błąd?
- Małżeństwo można rozwiązać, Fryc. Nawet najgorsze małżeństwo nie jest największym nieszczęściem, jakie może przydarzyć się człowiekowi.
- Ale miłości nie da się zakończyć rozprawą sądową, żaden sędzia nie jest w stanie zdławić jej wyrokiem sądowym. Przeciwnie wtedy jeszcze bardziej boli. Jednego dnia kobieta, którą mogłeś dotknąć staje się dla ciebie nietykalna. Zbliżysz się do niej za blisko i mogą wytoczyć ci o to sprawę. Będziesz siedział za to, że pragnąłeś przypomnieć sobie jak smakuje jej skóra. Od roku twojażona jest już byłą twojążoną, a ty nadal ją kochasz. Robisz wszystko by o niej zapomnieć. Im mniej chcesz o niej myśleć to coraz częściej ją wspominasz. Dlaczego do niej nie zadzwonisz i nie napiszesz? Może wróci do ciebie.
- Mówiłem już tobie,że ma innego mężczyznę.
- Nie wyszła za niego - odparł.
- To nic nie zmienia.
Olga zjawiła się z grubymi kryształowymi szklankami i butelką wody sodowej. Postawiła na stole i dyskretnie opuściła pokój. Czuła, tak samo jak Anna,że chcemy pozostać sami.
- Dlaczego go w takim razie nie zabijesz? - odezwał się, po napełnieniu szklanki złocistym płynem i upiciu ze szklanki sporego łyka. - Ten mężczyzna wszedł do twojego domu, kiedy cię w nim nie było, kiedy musiałeś go opuścić wbrew własnej woli.Żaden porządny człowiek nie będzieżył z kobietą, której mąż siedzi w więzieniu lub musi ukrywać się przed prawem.
- Chciałem to zrobić, ale nie mogłem. To nie jest takie proste zabić drugiego człowieka. To nie to samo co strzelać do tarczy lub zwierza. Nie ma we mnie aż takiej potrzeby zemsty.
- A twoje dziecko, co z nim?
- Ono mówi do niego, tato. Było za małe, aby mnie zapamiętać do końca życia.Żona wyrzuciła wszystkie zdjęcia, na których była moja twarz. Tak ją nienawidzi,że nie może na nią patrzeć.
Spojrzał na mnie uważnie i dopiero wtedy zapytał:
- Coś jej w takim razie zrobił?
- Dlaczego uważasz, że człowiek musi komuś wyrządzić zło, by tamten go zaczął nienawidzić? Gardzi mną, za to że nie byłem na tyle zaradny, aby zapewnić jej tego wszystkiego co potrzebuje każda młoda kobieta. Do czego przywykła żyjąc ze mną. A był taki czas, że moje kieszenie zaczęły świecić pustką. Trochę czasu zabrało mi, by znowu stanąć na nogi. Nie mając pieniędzy jesteś nikim Fryc. Czy Olga byłaby dzisiaj twoją żoną, gdyby nie było cię stać na wykupienie jej od alfonsów? Potem zaczęła gardzić nie tylko mną, ale i sobą za to, że wdała się w związek z facetem, którego ściga policja, któremu grozi kilkuletni wyrok więzienia. Przecież mogła mieć każdego innego mężczyznę. Fryc, kobieta potrafi bezgranicznie kochać wyłącznie swoje dziecko. Dlażadnego mężczyzny nie będzie tak czuła jak dla własnego dziecka. Zresztą to samo dotyczy i nas. To całe gadanie o wierności i lojalności jest piękne, ale wżycie nigdy nie układa się tak jakby chciała ta lepsza połowa człowieka.
Pokręcił głową, nie zgadzając się z tym, co usłyszał i rzekł:
- Może masz rację, że jej wybaczasz, ale jak możesz wybaczyć temu mężczyźnie. On nie ma za grosz honoru, sypia nałóżku, które ty kupiłeś, mieszka w domu, za który ty zapłaciłeś. On zasługuje naśmierć.
- Jesteś kolejną osobą, która uważa, że najlepsze co obecnie mogę zrobić, aby siebie uratować, to zamienić się w pożądającego krwi człowieka. Nie wybaczyłem ani żonie, ani jemu. Ale zrozumiałem, że śmierć niczego tu nie zmieni. Obojętnie ile przelałbym krwi ona już nie wróci do mnie. A gdyby tak się stało, to długo takiego życia bym nie wytrzymał. Każdej nocy kochając się z nią myślałbym o tym, że ona to samo robiła z innym mężczyzną. - Przerwałem. Przed oczami miałem żonę i jej kochanka. On leżał na niej, nogi podkurczyła i uniosła w górę. Wbijał się w nią, a ona za każdym razem wrzeszczała z radości. Takie obrazy miażdżyły mój żołądek, powodowały, że czułem niepohamowaną chęć zemsty. Pragnąłemśmierci obojga. Potem jednak ostrześmierci obracało się w moją stronę i to ja chciałem umrzeć. - Gdyby ten facet skrzywdził moje dziecko wówczas byłbym w stanie to zrobić.
Przez następne godziny prowadziliśmy rozmowy na nic nie znaczące tematy. Olga próbowała bezskutecznie namówić Fryca do tańca, naburmuszona sama zaczęła podrygiwać w takt muzyki. W jej tańcu była jakaś zaciętość. Przypominała manekina poddanego elektrycznym wstrząsom. W przeciwieństwie do Fryca, który nie odrywał od niego wzroku, jakby patrzył na taniec bogini, nie mogłem dłużej na nią patrzeć. Pomyślałem, że coraz bardziej oddalam się od zwykłych prostych uczuć; stygnę. Obawiałem się do czego może doprowadzić mnie życie w cienkiej lodowej powłoce, izolującej mnie od prawdziwej temperatury, jaką posiada otaczający mnieświat.
Anna z trudem ukrywała pogardę dla Olgi, zgodziła się zostać świadkiem naślubie tylko na prośbę Fryca; przez cały czas spoglądała na mnie wzrokiem, który miał wywołać we mnie poczucie winy. Ale ja nie czułem się niczemu winien. Nie mogłem siebie obwiniać za to,że ona mnie kocha bez wzajemności. Wiele razy prosiła ,bym wypowiedział choć raz to słowo, a ja milczałem. Nawet nie mówiłem go wówczas, kiedy większość ludzi to czyni, zapominając o jego prawdziwym znaczeniu.
- Przez ciebie zniszczę sobieżycie - rzekła, kiedy się rozstawaliśmy, gdy nie chciałem ją zaprosić do swojego apartamentu ani nocować u niej w domu.

18.

Mężczyzna ten przysiadł się do mnie, zaraz po tym jak zająłem stolik w hotelowym barze, gdzie umówiłem się na spotkanie z Aleksandrą. Przyduża o dwa numery marynarka i przydługie spodnie, krawat ze sztucznego jedwabiu w wielobarwne maziaje, tylko w jego oczach to wszystko mogło uchodzić za elegancki strój poważnego przedsiębiorcy. Nie zjednywał mojej sympatii, a zwłaszcza jego rozbiegane oczy.
- Znasz faceta o imieniu Waldemar? - zagadnął.
- Znam wielu mężczyzn o tym imieniu - odparłem. - Mój dziadek miał takie imię.
- Ale ten facet jest dużo młodszy od twojego dziadka, jeśli tamten w ogóle jeszczeżyje. Ten Waldemar, o którego mi chodzi, dwa miesiące temu siedział tutaj z tobą, przy tym samym stoliku.
- Możliwe. Wiele osób przysiada się do mnie, ludzie czasami potrzebują towarzystwa, zwłaszcza w hotelu, gdzie muszą spędzić samotnie noc.
- Wydawało mi się,że nie była to przypadkowa znajomość - nie ustępował. - Takie rzeczy widać, po tym jak ludzie patrzą na siebie i rozmawiają ze sobą. Nie nazwałbym tego przyjaźnią, ale też nie byliście dla siebie obcymi ludźmi.
Spojrzałem na zegarek. Rozmowa jaką prowadziliśmy przypominała mi dialog z czarnych hollywoodzkich filmów, z lat czterdziestych, w których prawdziwi mężczyźni każdym mocnym zdaniem udowadniali swojemu rozmówcy, jacy są silni.
- Za dziesięć minut przyjdzie tu dziewczyna i chciałbym, aby zastała mnie samego przy tym stoliku - oświadczyłem; postanowiłem pozbyć się intruza. - Nie wiem, o co ci chodzi i nie mam ochoty poznać przyczyny twojego zainteresowania tamtym człowiekiem.
Mężczyzna przejechał swoją dużą owłosioną dłonią połysej czaszce, którą pokrywały krople potu. Twarz miała dobrze mi znany wyraz człowieka, który zbyt długo przebywał w tym mieście i każdy kolejny dzień pobytu był coraz trudniejszy do wytrzymania. Zazwyczaj takim przydarzało się coś złego.
- Jeśli to nie jest twój przyjaciel to jeszcze lepiej - mówił. - Nie chciałbym mieć w tobie wroga. Obawiam się, że niedługo przytrafi mu się nieszczęśliwy wypadek. Ja mogę czekać tutaj jeszcze i dwa miesiące. Kiedyś go wreszcie spotkam. To miasto nie jest aż tak wielkie, jak się ludziom wydaje. Zapłaciłem już tamtym ludziom, by go odnaleźli - skinął głową na dwu mężczyzn siedzących przy barze, jednego z nich poznałem; widziałem go pod budynkiem, gdzie znajdowała się nasza Zona; był jednym z pasażerów Łady Samary. - To od nich dowiedziałem się,że znasz Jagielińskiego. Nikomu nieżyczyłby, aby wpadł w ich ręce.
Ostatnie zdanie było groźbą wymierzoną bardziej we mnie niż Prezesa, którego poszukiwał. Jak przypuszczałem miałem mu przekazać jego słowa. Liczył, że wywrze to na nim oczekiwany efekt. Zrozumiałem, dlaczego Waldemar nie opuszczał całymi dniamiŁagra i skąd u niego wziął się tak nagły przypływ gotówki, o czymświadczyło upijanie się szwedzką a nie miejscową wódką.
- Czy coś jeszcze powiedzieli ci o mnie? - zapytałem.
- Masz dobre kontakty z tutejszą mafią. Według mnie należysz do niej. Nazbyt pewnie czujesz się w tym miejscu. Oni mówili o tobie z respektem. Ja jednak się ciebie ani twojego przyjaciela nie obawiam. Wyglądasz na rozsądnego człowieka i chyba nie rozglądasz się za jakimś kłopotem.
Jeśli ludzie, których wynajął byli tymi, za których ich uważałem, musieli wiedzieć,że jestem bliskim znajomym Gondarczuka, a to już dawało poczucie bezpieczeństwa poruszania się w tym mieście; oni to dobrze wiedzieli.
- Czy powiedział ci już ktoś na kogo wyglądasz? - wbiłem się ostrym spojrzeniem w jego oczy.
W pierwszej chwili zgłupiał i uśmiechnął się, nie wiedząc, jak ma zareagować i co ma powiedzieć. Odczekałem chwilę, aby moje słowa zostały dobrze przez niego zrozumiane.
- Jesteś facetem, który za wszelką cenę szuka nieszczęścia. Na ile oszukał ciebie ten człowiek?
- Pięć tysięcy dolarów.
- Ile zapłaciłeś tym bandytom? - mężczyźni przez cały czas bezczelnie patrzyli się w naszą stronę.
- Tysiąc. Resztę otrzymają, gdy wykonają zadanie.
- W takim razie straciłeś już sześć tysięcy. Dodaj do tego kosztyżycia w hotelu i stracony czas, który mógłbyś wykorzystać, aby odrobić stratę.
Zrobiłem pauzę, aby upić kawę z filiżanki i ciągnąłem dalej:
- Jeśli oni wiedzą kim jestem, to wiedzą także, gdzie mieszkam. A jeśli wiedzą, gdzie mieszkam, to wiedzą także gdzie przebywa Jagieliński.
- Obrażasz mnie - jego tłuste obwisłe policzki zatrzęsły się. Zacisnął dłonie w potężne pięści. - Nie jestem frajerem, którego każdy może wodzić za nos.
Pozwoliłem mu nabrać oddechu, by mógł opanować drżenie ciała, jakie nim zawładnęło. Następnie powiedziałem:
- Nie chcę cię obrazić. Pragnę tylko dać ci dobrą radę. Spakuj walizki i wyjedź stąd pierwszym pociągiem albo autobusem, jeśli nie stać cię na samolot.
- Obraziłeś mnie i chcesz do tego zrobić ze mnie głupca - najwyraźniej coraz mniej panował nad sobą, o czymświadczył podniesiony głos.
- Mogę cię przeprosić jeśli lepiej się poczujesz, ale posłuchaj mojej rady i wyjedź stąd. Przepraszam.
Podniosłem się z krzesła i podążyłem ku mężczyznom siedzącym przy barze. Nie zajęło mi zbyt dużo czasu, aby wyjaśnić im czego od nich oczekuję. Zaledwie zdążyłem wrócić do swojego stolika, tamci uregulowali swój rachunek i podążyli do wyjścia z hotelu. Mężczyzna poszukujący Waldemara chyba zrozumiał,że lepiej zaoszczędzić sobie kosztów i nie wdawać się w sprawę, która przerasta jego możliwości. Burknął coś pod nosem i poszedł w stronę holu, następnie zniknął w windzie. Godzinę później widziałem jak taszczy w stronę recepcji dużą plastykową koreańską walizkę; odebrał paszport i opuścił hotel. Zamierzał zdążyć na popołudniowy pociąg do Polski.

19.

Aleksandra była ubrana w luźne spodnie, białe bawełniane body i czarną marynarkę, zapiętą na jeden guzik. Nie wydawała się być przejęta krępującą ciszą, jak wyrosła pomiędzy nami. To po mojej stronie znajdowała się inicjatywa. Zadzwoniła wczorajszego wieczora, przedstawiła się i zadała tylko jedno pytanie: Kiedy? Mając ją na wyciągnięcie ręki i patrząc na nią, zrozumiałem, co takiego mnie w niej zaintrygowało. Brakowało jej typowej kobiecej kokieterii. Zachowywała się tak jakby nie zależało jej na zwróceniu na siebie uwagi mężczyzn.
- Gdzie pójdziemy? - odezwałem się.
- Nie wiem - odparła. - Za zimno jest na spacer. Zresztą, co tu jest takiego do obejrzenia? Tak samo jak i ty nie lubię tego miasta. Mój wujek w czasie swoich wizyt kłamał,że jest ono piękne i pełne dobrych ludzi. Zapewniał,że na pewno będę w nim szczęśliwa. Miałam tu znaleźć sobie narzeczonego - w jej głosie pojawiła się złośliwa gorycz.
- Wielu klientów "Opery" przychodzi tam tylko po to, by móc na ciebie patrzeć. Gdybyś nie była tak lodowato niedostępna już dawno spełniłoby się twoje marzenie. Mężczyźni boją się takich kobiet jak ty. Nie wiedzą, jak mają się zachować, byś zwróciła na nich uwagę i nie poczuła się urażona.
- Nie chcę wyjść za kogokolwiek pochodzącego stąd. To nie jest moje marzenie. Znasz tutejszych mężczyzn i wiesz do czego tylko potrzebna jest im kobieta. Przypominają sobie o niej dopiero w nocy, nad ranem dla nich już nie istniejesz.
Palce, którymi trzymała papierosa zwieńczały długie paznokcie o prostokątnym kształcie pomalowanym na granatowy kolor.
- Myślisz, że gdzie indziej mężczyźni są lepsi, potrafią bardziej kochać kobiety - uśmiechnąłem się. Aleksandra wywoływała we mnie to, co tkwi w każdym mężczyźnie widzącym atrakcyjną, nietuzinkową kobietę. Przed nią nie dało się ukryć pożądania. - Gdybym powiedział,że są inni oznaczałoby,że chcę cię wykorzystać. Wszyscy jesteśmy tacy sami.
Popatrzyła przed siebie, przyglądała się mężczyznom siedzącym dwa stoliki dalej,żywo dyskutujących o tym, co zrobić z jakimś człowiekiem, który nie chciał spłacać w terminie swoich długów. Zastanawiali się, czy pozbawić go oka, przestrzelić kolano, czy w ogóle zabić i przestać się martwić, kiedy zwróci im pieniądze. Prawdopodobnie wybrali to ostatnie rozwiązanie, a cała dyskusja była tylko zwykłym rytuałem, jak targowanie się przy zakupie konia.
- Chcę skończyć z tą przeklętą nędzą, która przyrosła tutaj do wszystkiego, do ludzi i do rzeczy - powiedziała i zamilkła. Przeniosła wzrok na mnie. - Zabierz mnie do siebie. Po to tu przyszedłeś. Nie będę czuła się wykorzystana, bo także tego chcę. Nie obawiaj się, nie mamżadnych złudzeń,że wszystko zakończy się na tej jednej nocy. Najwyżej powtórzy się to jeszcze kilka razy. Nie uczepię się twojej szyi i nie będę cię błagała abyś nie odchodził.
Mężczyźni, którym się wcześniej przyglądała wstali z krzeseł, jeden z nich rzucił zwitek banknotów na stół, i wyszli w złowieszczym milczeniu. Człowiek, o którym rozmawiali był kolejną osobą w tym mieście, która powinna z niego jak najszybciej uciec.
Znowu zaczęła mówić:
- Ty masz uraz do kobiet. Ta skaza jest tak wielka,żeżadnej dziewczynie nie uda się jej uleczyć - zrobiła pauzę, w czasie której starała się przejrzeć moje myśli. Po chwili dodała: - Znam Annę. Dużo opowiadała o tobie. Dużo złych rzeczy. Nie rozumiem tylko tego, dlaczego nadal chce się z tobą spotykać.
Teraz stało się dla mnie jasne, dlaczego się tutaj zjawiła i czemu zainteresowała się moją osobą.
- Uważasz,że kiedy się ze mną prześpisz poznasz prawdę? Nie pomyślałaś,że krzywdzisz swoją przyjaciółkę. Czy chciałabyś aby ona sypiała z mężczyzną, z którym się spotykasz?
Odpowiedziała mi pytaniem na pytanie, co jak zauważyłem robiła często:
- Czy nigdy nie przespałeś się zżoną swojego przyjaciela?
Miała rację. Zdarzyło mi się to raz i wcale nie uważałem,że jest to powód do oznajmiania tego całemuświatu. Na pewno nie tej dziewczynie. Jest to jedna ze straszniejszych rzeczy jaką może wyrządzić człowiek drugiemu człowiekowi. Jest to jedna z tych spraw, o której chciałbym zapomnieć na zawsze. To już nigdy nie pozwoli mi patrzeć na siebie tak samo, jak wcześniej, zanim to zrobiłem.
- Nie lubisz jej? - zapytałem.
- Nie wierzę w szczerą przyjaźń pomiędzy kobietami. Kobieta nie może ufać drugiej kobiecie jeśli chodzi o mężczyznę. Kłopot w tym,że zawsze widzi w drugiej rywalkę. Po co o tym mówić, chodźmy stąd.


Kiedy godzinę później znaleźliśmy się w apartamencie, na dworze już zmierzchało, w budynku naprzeciwko paliły się pojedyncze światła w oknach, od razu zrzuciła z siebie ubranie i siadła na środkułóżka. Pozwalała mi patrzeć jak to robi, nie kryła tego,że czerpie przyjemność znajdując się w strumieniu pożądliwego spojrzenia. Prawdopodobnie podniecało ją to bardziej niż mnie. U wielu kobiet odkrywałem potrzebę ekshibicjonizmu. Jednak tylko nieliczne potrafiły nie tłumić swoich seksualnych pragnień.
To, po co przyszliśmy tutaj, przebiegło w milczeniu. Nawzajem obserwowaliśmy swoje reakcje. Gdybym nie zamknął na siłę jej oczu nie byłbym w stanie dojść do spełnienia. Brakowało mi pewności, czy doznała przyjemności, jakiej oczekiwała. Utrzymywanie partnerów w stanie zwątpienia we własne możliwości sprawiało jej satysfakcję. Jeszcze bardziej rozumiałem niepewność i lęk, jaki wywoływała u mężczyzn.
- Chcesz wiedzieć, czy miałam to? - zapytała pierwsza; oczy jej miały irytującą przenikliwość.
Milczałem.
- Robiłbyś to dotąd, aż bym wreszcie to uzyskała, prawda? Twoja przyjemność mniej liczy się niż potwierdzenie obrazu, jaki chcesz posiadać - wspaniałego kochanka. Jakbyś nic innego nie miał do zaoferowania kobietom.
Wstałem złóżka i bez słowa poszedłem do kuchni. Wyciągnąłem z lodówki butelkę z facetem w czerwonym kubraczku i napełniłem bursztynowym płynem do połowy dwie niskie szklanki, następnie wrzuciłem po dwie duże kostki lodu i wróciłem do niej. Paliła, robiła to w sposób jakby urodziła się z papierosem w ręku. Było to czymś tak naturalnym, jak pieprzyk pod jej lewą piersią.
Czy pragniesz zobaczyć się ze swojążoną? - zapytała, gdy wzięła ode mnie szklankę.
Wiedziała więcej niż sądziłem. Anna musiała Aleksandrze dużo powiedzieć na mój temat. Zdumiewała mnie jej skłonność do rozmawiania z każdym o swoim życiu iżyciu bliskich jej osób. Ktoś kto nie potrafi zachować milczeniaściąga na siebie nieszczęście.
- Chcesz abym mówił o tym, o czym od dawna chcę zapomnieć. Wszystko robię, aby do tego nie wracać. Gdyby nie ludzie już dawno mogłoby mi się to udać. Dlaczego każdy uważa,że rozmowa o niej jest tym czego potrzebuję i może mi pomóc. Jeślibym potrzebował psychoanalityka już dawno leżałbym na jego kanapie. Nie byłoby tu ciebie, gdybym chciał ją pamiętać.
Zbliżyła swoją twarz, zamknęła oczy i całując pociągnęła mnie w dół. Trwało to krócej niż za pierwszym razem, bardziej myślałem o sobie niż o niej. Na koniec wydobyła z siebie dźwięki mogące uchodzić za okrzyk rozkoszy. Chwilę później wyciągnęła kolejnego papierosa. Płomyk zapalniczki rzucił na jej twarz ciepłeświatło.
- Spróbuj wytrzymać - powiedziała. - Wiem,że nie znosisz smaku nikotyny w ustach. Nigdy nie pozwalasz, aby kobieta paliła włóżku.
- Czego jeszcze nie lubię?
- Nie pamiętam.
Podniosłem się i klęknąłem przed nią, chwytając mocno za ramiona. Musiała dostrzec napięcie w moim spojrzeniu, bo odsunęła głowę w tył, a w oczach pojawił się niepokój.
- Spróbuj sobie przypomnieć!
- Przepraszam - powiedziała.


Może rację mają ludzie mówiący, że czasami warto wylać z siebie spiętrzone w sobie myśli, wspomnienia, znaleźć człowieka, który bez uprzedzeń i chętnie wysłucha, by w ten sposób móc odtworzyć związki zeświatem, od którego się człowiek odcina bezustannie trwając w swoim nieszczęściu. Rozmowa z Aleksandrą o przeszłości przestała przypominać masochistyczne rozszarpywanie ran, przeciwnie, przynosiła oczyszczenie, podobne temu jakie doznaje grzesznik po odbytej spowiedzi. Opowiedziałem jej całą historię mojego związku zżoną i o wydarzeniach, które doprowadziły do naszego rozstania. Przemilczałem prawdziwe powody, dla których przebywam w tym mieście, uznając ich brak związku z poruszonym tematem.
Zjedliśmy wspólnie kolację, zamówioną w firmie dostarczającej posiłki do domu, i rozstaliśmy się. Nie chciała zostawać na noc. Następnego dnia musiała wstać wcześnie rano. Wżadnymłóżku nie zasypiało się jej tak dobrze jak we własnym.
Zanim mnie opuściła, pragnęła poznać odpowiedź na jeszcze kilka pytań, które nie dawały jej spokoju. Nie rozumiałem, dlaczego tak jej zależy na poznaniu prawdy. Jak ją chciała wykorzystać? Na co liczyła? Powinna spodziewać się,że powiem to samo, co już wiedziała. Jak mało kto dobrze mnie rozumiała. Dostrzegała rzeczy, o których inni nie mieli pojęcia, pomimo długiej znajomości ze mną. Do czego chciała mnie przekonać?
Zatrzymała się w przedpokoju. Była odwrócona do mnie plecami. Jej zmiętoszoną nocą twarz widziałem w lustrze.
- A kobiety, które poznałeś, nie warte były twojej miłości? - zapytała i nie dała mi odpowiedzieć, uczyniła to sama: - Uważasz, że są takie same jak twoja żona. Teraz każda kolejna kobieta jaka pojawi się w twoimżyciu zapłaci za nią rachunek - Odwróciła się do mnie, w jej błękitnych oczach lśniłoświatło lampy w przedpokoju. - Powinieneś przynajmniej spróbować jeszcze raz. Anna cię kocha, chce mieć z tobą dziecko. Twoje dziecko.
- Wierzysz w to, że wtedy byłoby mi lepiej?- odparłem. - Czy uważasz,że tylkożycie z kobietą jest w stanie zapewnić mężczyźnie szczęście?
- Jeśli tak naprawdę myślisz jest to twoje największe nieszczęście - dziwnie zabrzmiało to zdanie w ustach dziewiętnastoletniej dziewczyny.
Powinienem ją na pożegnanie wziąć w ramiona i pocałować, ale tego nie uczyniłem. Zamknąłem drzwi na klucz. Rozejrzałem się po pustym pokoju i ze zdumieniem zauważyłem,że nie czuję, aby przed chwilą przebywał w nim ktokolwiek inny poza mną. Tak jak by tu jej nigdy nie było.

20.

Mijał kolejny miesiąc i po raz kolejny stwierdziłem, że mogę obyć się bez kalendarza. Inaczej postrzegałem czas niż dawniej, nie poddawałem się jego biegowi, nie był w stanie mi niczego narzucić. Dzielenie czasu na dni, tygodnie i miesiące przypominało mi tylko o tym, że ludzieżyją innym niż mojeżycie. Gdy ktoś chciał się umówić ze mną w późniejszym terminie niż rano, w południe lub wieczór, pytałem, a jaki mamy dzisiaj dzień?
Nowy prawnik zaczął używać języka swoich poprzedników, mówiąc o nieprzewidzianych trudnościach i niezrozumiałym dla niego zacietrzewieniu prokuratora prowadzącego sprawę. Podejrzewał, że miałem z nim jakiś osobisty zatarg. Niestety, nawet nigdy z nim nie rozmawiałem i, jeśli dane mi by to było w przyszłości, także nie zamierzałem tego uczynić. Oczekiwałem na odpowiedź z ministerstwa sprawiedliwości na moje kolejne odwołanie. Jedyną oznaką,że coś się dzieje w mojej sprawie byłożądanie wypłaty następnej zaliczki na poczet kosztów ponoszonych przez prawnika.
Zapadł także ostateczny wyrok w sprawie o wymeldowania mnie z sopockiego domu ze względu na stały charakter mojej nieobecności, o co wystąpiła byłażona. Stałem się bezdomnym, człowiekiem bez stałego adresu zameldowania. Dokąd teraz miałem wracać?
Lonia Gondarczuk zaczął się o mnie niepokoić, w czasie jednego ze spotkań, zapytał:
- Uciekasz już cztery lata?
- Przez dwa lata zmieniałem kraje i miasta swojego pobytu, i ten okres można nazwać ucieczką, ale od dwóch lat nie uciekam, mieszkam pod stałym adresem. Czekam.
- Powinieneś o wszystkim zapomnieć i zacząćżyć. Tam, gdzie chcesz wrócić nikt już na ciebie nie czeka.
- Jest matka.
- Matka zawsze czeka na ciebie odkąd opuściłeś jej dom i zacząłeśżyć na własny rachunek. Możesz ją odwiedzić, ale z nią nie będzieszżyć.
Przerwał na chwilę i powiedział:
- Czasem mi się wydaje, że tobie nie chce się żyć. Mówisz, że czekasz na możliwość powrotu do swojego kraju? Oszukujesz siebie, Marcel. Potem wszystko będzie już inne, tak myślisz? Nieprawda, w twoim życiu nic się nie zmieni, jeśli nie zaczniesz naprawdężyć. Jeśli teraz nie jesteś w stanie wypełnić pustki, jaką masz w sobie, to później także tego nie uda się tobie zrobić. Będziesz się czuł jeszcze gorzej. Nie będziesz wówczas mógł mówić,że na coś czekasz.
Miał rację, wiele razy myślałem, że mogę rozwiązać swoje problemy samobójstwem. Kiedy pierwszy raz o tym pomyślałem? Było to już tak dawno, że wydaje mi się, że od zawsze rozmyślałem o tym kroku. Rezygnacja z życia wydawała się być zupełnie naturalnym rozwiązaniem sytuacji w jakiej się znalazłem. Kiedy życie postawi ci "szacha" to nie pozostaje ci nic innego, jak powiedzieć wreszcie "mat". Rozpacz i pretensje do całegoświata wydawały mi się niepotrzebnymi iśmiesznymi gestami obrony przed czymś, co jest nieuchronne.
Nie miałem już do kogo wracać. Nie miałem dokąd wracać. Więc co innego miało podtrzymywać mnie na duchu niż chęć wymierzenia sprawiedliwości. Bo nie uważałem,że cała wina leży po mojej stronie.
Kiedyś poznałem w Berlinie Albańczyka, który opowiadał o tym, żeżycie w jego kraju wyznacza kanon zemsty. Nie można tam uciec przed zemstą ani od obowiązku zemsty. Jeśli chcesz, aby cię szanowano musisz się zemścić na człowieku, który wyrządził ci krzywdę. Inaczej na każdym kroku spotkasz się z manifestacyjną pogardą. Jeśli w ogóle ktoś zechce podać ci rękę, to zamiast prawej otrzymasz lewą. Prawdziwy mężczyzna woli stracićżycie niż honor.
Niestety, poczucie zemsty, jakie pomaga człowiekowi w przetrwaniu tego strasznego czasu nie było na tyle mocne, aby mnie motywować do trwania w postanowieniu niepoddawania się. Przekonałem się o tym niedawno, kiedy mogłem poznać smak zemsty. Wreszcie dane mi było dokonać tego, o czym marzyłem w każdej chwili, gdy przed oczami pojawiała siężona i wyobrażałem sobie, jak rozkłada nogi przed innym mężczyzną; gdy patrzyłem na zdjęcie dziecka i bezgłośnie wyłem z bólu. Wbrew oczekiwaniom i temu, co sądzą ludzie o zemście, nie miała ona mocy oczyszczającej.

21.

Przy centralnym stoliku panowało zamieszanie, ludzie otaczali go szczelnym pierścieniem. Z dochodzących stamtąd okrzyków można było wyciągnąć wniosek,że trwa tam rywalizacja. Rozejrzałem się po stolikach, przy których stały puste krzesła. Nie byłożadnego wolnego miejsca. Zamierzałem zawrócić w stronę hotelowego baru, gdy spostrzegł mnie Jura, jeden z bliskich ludzi Gondarczuka.
- Co się stało twojemu przyjacielowi,że chce się zabić? - zapytał.
- Jakiemu przyjacielowi?
- Masz ich tu aż tak dużo? - odparł złośliwie.
Odstąpił mi swoje miejsce, ale niewiele widziałem poza ręką unoszącą w górę kieliszek wódki. Klepnąłem w plecy stojącego przede mną mężczyznę. Nie reagował. Powtórnie zrobiłem to samo, ale z większą siłą. Obrócił się i być może poczułbym na sobie siłę jego pięści, gdyby w porę nie zareagował Jura, strofując go i tamten bez słowa wpuścił mnie dośrodka ludzkiego kręgu.
Nieznany mi trzydziestoletni mężczyzna w skórzanej brązowej kurtce, pod którą miał sweter w turecki wzorek, podniósł ze stołu butelkę "Stolicznej" i nalał wódkę do dwóch kieliszków; zrobił to równo i z taką wprawą, jakby przez całeżycie nic innego nie robił tylko rozlewał alkohol. Chwilę później męskie ręce podjęły je i opróżniły jednym haustem. Wokół rozległ się głośny aplauz.
- Dwunasty - orzekł mężczyzna w brązowej kurtce i wpisał wynik do tabelki nakreślonej na bloczku rachunkowym.
Prezes potrząsnął głową, jak zmoczony pies, co miało pomóc wyjść z zamroczenia. Twarz mu wykrzywiał paskudny uśmiech. Przeszedł wzrokiem po otaczających go szczelnie ludziach, nie zauważył mnie wśród nich. Myślę,że nie rozpoznawał już kogokolwiek. Wszyscy zlali się w jedną falująca masę.
Jego przeciwnikiem był Pasza, czterdziestoletni mężczyzna, który całymi dniami przesiadywał w tym barze; jedynym jego zajęciem była walka o to, kto jest w stanie wlać w siebie więcej wódki niż on. Był niepokonany.
Popatrzyłem jeszcze przez chwilę na Prezesa i Paszę, a następnie na sędziującego im mężczyznę; pod jego nogami stały dwie puste flaszki, i wydostałem się na zewnątrz tłumu.
- Zostawisz go tak? - zainteresował się Jura.
- Co mam mu powiedzieć, aby mnie posłuchał i wstał od stołu? Mógłby być moim ojcem. Jaka jest stawka?
-Tysiąc dolarów.
Poszedłem do baru, przy którym nie siedział nikt; stołki zazwyczaj były zajęte o tej porze; obsługiwał go Sasza, który za ladą spędził trzydzieści latżycia; szpakowaty mężczyzna o wyprostowanejżołnierskiej postawie, której mógłby mu pozazdrościć nie jeden młody mężczyzna.
- Walczy trzeci raz i za każdym razem przegrywa- oznajmił i nie pytając postawił przede mną kawę.
Podziękowałem mu.
- Pasza cieszy się, pieniądze same wchodzą mu do ręki. Teraz coraz trudniej o frajerów. Rozmawiałem z twoim przyjacielem, ale nie chciał mnie słuchać. Do tej pory stawka wynosiła dwa tysiące, dzisiaj jest tysiąc. Prawdopodobnie kończą się mu pieniądze.
Pomyślałem o mężczyźnie, który go poszukiwał twierdząc,że Waldemar winien był mu pięć tysięcy dolarów.
- Zawsze był elegancki a teraz wygląda jakby wyciągnięto go ześmietnika.Żal faceta. Tacy jak on nigdy nie wiedzą kiedy należy przestać. A może wie, tylko jest już mu wszystko obojętne? - spojrzał na mnie, oczekując odpowiedzi.
Nie uzyskał jej. Zmienił pozycję, przerzucając ciężar z jednej nogi na drugą. Wziął pełną petów popielniczkę, stojącą obok mnie, opróżnił ją, przetarł białąścierką i położył z powrotem na to samo miejsce.
- Przychodziła tu młoda kobieta, która pytała o ciebie.Ładna. Polka. Na pewno zajdzie także dzisiaj. Powiedziałem jej,że jesteś naszym stałym gościem.
- Czy nie obowiązuje cię tajemnica zawodowa? O każdym kliencie informujesz nieznanych sobie ludzi? Tak długo mieszkasz w tym mieście i nie wiesz,że tylko milczenie pozwala w nim na spokojneżycie.
- Nie denerwuj się. To była kobieta, którą musisz dobrze znać. Pokazała zdjęcie, na którym staliście razem. Obejmowałeś ją wpół i patrzyłeś na nią tak, jak patrzy mężczyzna na kobietę, która jest mu bardzo bliska.
Wypiłem kawę i obróciłem się w stronę kłębiącego się tłumu. Prezesowi udało się przejść kolejną rundę, o czymświadczył gromki aplauz kibiców. "Trzynasty" - pomyślałem. Poprosiłem Saszę, aby podał mi piwo i włączył płytę grupy Leningrad Cowboysśpiewającą z chórem Armii Czerwonej.
Do baru podeszła Cwieta, dwudziestoletnia, długowłosa brunetka, o twarzy jednej z tych płaczących rosyjskich lalek dla kilkuletnich dziewczynek. Wyglądała na zmęczoną i wyczerpaną, jakby toczyła walkę z czymś co przerastało ją siłą i wytrwałością; coraz wyraźniej rysujące się worki po oczyma, obwisła twarz, rozmazany tusz, odpadający lakier z paznokci mówiły,że zbliża się do kresu. Przestała wierzyć,że może wyjść z tej walki zwycięsko.
- Powinnaś wypocząć i nabrać sił - powiedział Sasza, stawiając przed nią podwójną porcję brandy.
- To moja trzecia nieprzespana noc - odparła.
- Czwarta - poprawił ją. - Po raz czwarty podaję ci brandy w porze, w której powinnaś leżeć włóżku i spać.
Zajrzała do małej czerwonej torebki, wyciągnęła z niej zwitek banknotów i położyła na ladę.
- To za wczorajszy rachunek, więcej nie mam.
- Nie szkodzi. Oddasz, jak będziesz mogła.
- A jak nie będę mogła?
Spojrzał na nią i uśmiechnął się; w tym uśmiechu zawarł odpowiedź - do póki będziesz młoda iładna nie będziesz miała problemu zarobić na to, aby pokryć ten i inne rachunki.
Wypiła dużymiłykami brandy i postawiła kieliszek przed Saszą, ten szybko go uzupełnił, nie zawracając sobie głowy mierzeniem ilości nalanego alkoholu. Odstawił butelkę i usiadł na brzegu swojego stołka. Jeszcze raz popatrzył smutno na nią i przeniósł oczy na mnie.
- Waldemar się trzyma. Może, kiedy pobędzie tu dłużej będzie miał wreszcie szansę pokonać Paszę.
Cwieta, z kieliszkiem w ręku przekręciła się i poczułem jej gorzki od alkoholu i papierosów oddech. Postarzała się bardzo. Przed dwoma laty, kiedy się z nią przespałem wyglądała lepiej. Próbowałem sobie przypomnieć tamtą noc, alełatwiej mi było podać cenę, jaką zapłaciłem za nią niż to, co z nią robiłem.
- On ma duże problemy - oświadczyła. - Każdy mężczyzna, który bierze dziewczynę i nie potrafi zrobić tego, za co jej zapłacił, potrzebuje pomocy. Tu nie chodzi o lekarza, bo wcześniej wszystko z nim było w najlepszym porządku. Niejeden młody mężczyzna mógłby mu pozazdrościć. Mieszkaliście razem, dlaczego mu nie pomożesz?
Marnym adwokatem jest ktoś kto sam potrzebuje pomocy - pomyślałem. Troskliwość i współczucie prostytutek zawsze mnieśmieszyły. Takie słowa nigdy nie są szczere w ustach kogoś kto sprzedaje siebie za pieniądze.
- Czy zapłacił ci za tamtą noc? - zapytałem.- Wzięłaś pieniądze za to czego nie zrobił?
Nie odpowiedziała.
Spojrzała na mnie z zimną nienawiścią, dopiła resztę brandy, pożegnała się z Saszą i odeszła. Jeszcze przez chwilę unosił się w powietrzu jej duszny i mdlący zapach zmęczenia wymieszany z perfumami Chanel No 5.
- Biedna dziewczyna - odezwał się Sasza. Było to dziwne stwierdzenie w ustach zobojętniałego człowieka, który widział niejedną ludzką tragedię i byłświadkiem wielu okrucieństw. - Kilka dni temu wziął ją na noc starszy mężczyzna. Zapłacił alfonsowi za wszystko, co tylko można zrobić z kobietą. Zażądał, aby miała przez cały czas zawiązane oczy. Kiedy skończył to, co zaplanował, kazał jej zdjąć opaskę. Przeżyła szok. Klientem okazał się być jej ojciec. Uciekła z domu trzy lata temu. Zgłosił jej zaginięcie na policji. Niedawno ktoś doniósł mu,że ją widział i poinformował, czym się zajmuje jego ukochana córka. Wychowywał ją samotnie, matka umarła zaraz po porodzie. Nie miał nikogo poza nią.
Przestrzeń przeszył głośny jęk zawodu; krótki, bo po chwili wybuchły gromkieśmiechy i drwiny. Pasza z czerwoną twarzą człowieka zadowolonego z siebie, przyjmował gratulacje. Ludzie ostatni raz spoglądali na znieruchomiałe jak kamień ciało Prezesa - głową opierał się o blat stołu; prawa ręka zwisała bezładnie trzymając kieliszek, z którego wylała się wódka - i rozchodzili się do swoich stolików. Nikt już nim nie zaprzątał sobie głowy. Poszukałem wzrokiem hotelowych ochroniarzy, zachowywali się tak jakby wszystko znajdowało się w najlepszym porządku. Kieliszek wyleciał ze zwiotczałej dłoni i poturlał się po posadzce; mężczyzna, przed którym się zatrzymał, kopnął go z powrotem w stronę Waldemara.
Zszedłem ze stołka barowego i podszedłem do trzech mężczyzn w czarnych garniturach; do ich obowiązków należało pilnowanie porządku w hotelu. Stanąłem przed nimi i czekałem, ale mógłbym tak stać do końca ich pracy, a oni i tak by uważali,że jestem przeźroczysty.
- Czy nikt nie pilnuje tutaj porządku? - odezwałem się po minucie.
- O co chodzi? - odparł najniższy z nich, krępy blondyn o twarzy przypominającej wieprza.
- Widzicie tamtego mężczyznę? - skinąłem głową na Prezesa. - Może potrzebuje waszej pomocy.
- On by nie chciał naszej pomocy - odparł obojętnym tonem głosu. - Na dworze jest zimno. Zamarzłby naśmierć. Lepiej będzie dla niego, jak sam sobie pomoże.
Nabrałem głęboko powietrza i powiedziałem:
- Chciałbym, abyście poszli do niego i sprawdzili, czyżyje. Jeśliżyje pomożecie mi go zabrać stamtąd i wnieść do pokoju.
- On nie jest gościem hotelowym. Najwyżej możemy zadzwonić po policję.
- Pójdę do recepcji i przyniosę klucz, a wy idźcie do niego i sprawdźcie, czy oddycha.
- Nie ma wolnych miejsc.
Popatrzyłem w jego szparki, w których powinny znajdować się ludzkie oczy zdolne do odczuwania, a nie zobojętniałe matowe szklane kule, i zapytałem, najspokojniej jak potrafiłem:
- Ile?
- Zależy.
- Ile za pokój i przeniesienie jego ciała?
- Dwieście.
Oficjalna cena pokoju wynosiła sto dolarów. Nie dziwiło mnie to jednak, bo w tym mieście nawetżebrak miał wyznaczoną minimalną stawkę jałmużny, za którą raczył w podziękowaniu skinąć głową.
Wyciągnąłem z portfela dwie setki i podałem je stojącemu obok niskiego blondyna, ryżawemu chłopakowi, przewyższającemu mnie o głowę i odszedłem w stronę stolika, przy którym nadal bez ruchu spoczywał Prezes.
- Waldi, słyszysz mnie?! - potrząsnąłem nim mocno; głowa przekręciła się z czoła na prawy policzek.
Nachyliłem się i przystawiłem do jego ust ucho. Poczułem wstrętny odór alkoholu, a następnie jego oddech.Żył. Kiedyś wyjawił,że przebył zawał serca i cierpi na chorobę wieńcową.
Zjawili się ochroniarze, dwóch z nich chwyciło go pod ramiona, próbując unieść w górę.
- Nie damy rady go przenieść, nawet we czterech - orzekł rudzielec.
Krótkonogi chłopak o twarzy wieprza, bez słowa kazał podciągnąć go w górę i w tym czasie usunął spod siedzenia Prezesa krzesło. Ciągnęli jego ciało po posadzce, trzymając go pod ramiona. Przed sobą miałem ich plecy i nieprzytomną twarz Waldemara. Usadowili go w rogu windy na podłodze i pół minuty później wszyscy znaleźliśmy się na szóstym piętrze.
W dwuosobowym pokoju pełno byłośladów bytności poprzednich gości. Nikt nie zmienił pościeli. Rudzielec wyjaśnił,że mogą zadzwonić po pokojówkę, która powlecze nową powłokę, ale nie widzi najmniejszego sensu. Prezesowi powinno to być obojętne. Prawdopodobnie za kilka godzin i tak trzeba będzie po nim sprzątać. Przyznałem mu w duchu rację.
- Następnym razem będzie pokój za sto pięćdziesiąt - oświadczyły szczurze oczka, gdy siężegnaliśmy.

22.

Kiedy wróciłem do baru, obok mojego stołka siedział Pasza; biło od niego gorąco; krople potu gęsto spływały po jego nalanej twarz; co chwila wierzchem ręki przecierał czoło. Alkohol parował z niego tak intensywnie,że można było upić się wyłącznie oddychając skażonym powietrzem.
- Pojęcia nawet nie masz ilu ja w życiu widziałem takich nieszczęśników, którzy uważali, że potrafią wygrać z każdym i ze wszystkim - mówił chełpliwie do Saszy. - Myślą,że mają przewagę, bo bardziej im zależy na zwycięstwie niż przeciwnikowi. Silna wola i zdolności to wszystko, ha! Od kiedy tożycie jest sprawiedliwe i Bóg daje temu kto bardziej potrzebuje?
Przypominał mi faceta, który patrząc we własny wizerunek nie potrafi się oderwać od lustra.
Zauważył moją osobę, obdarzył promiennym uśmiechem, ukazując kilka złotych zębów, i rzekł:
- Mogłeś przyjść do mnie, załatwiłbym mu pokój za darmo, przyjacielu - położył prawą rękę na moim ramieniu.
Strąciłem jego dłoń z nieukrywanym wstrętem i powiedziałem:
- Nie jesteś moim przyjacielem, Pasza. - Postanowiłem, że nie mogę być obojętny i spokojnie przyglądać się, jak Waldemar leci głową w dół w przepaść. Dlatego musiałem mu to powiedzieć: - Kiedy następnym razem przyjdzie do ciebie, a na pewno przyjdzie, i będzie chciał znowu się zmierzyć z tobą, odmówisz mu. Odmówisz dlatego, że on już nie ma pieniędzy. Jest goły, jak nowonarodzone dziecko. Nie pozwolisz na to, aby stał się twoim dłużnikiem. Nie pozwolisz dlatego, że on wówczas przyjdzie do mnie prosić, abym mu pożyczył pieniądze. A tego nie zrobię. Nie zrobię dlatego, że on mi nigdy nie odda tych pieniędzy. Nie chce być dla niego wierzycielem, rozumiesz? Wtedy zacznie mnie prosić, abym mu pomógł ukryć się przed bandytami, których na niego naślesz. I jak się domyślasz, pomogę mu. Ukryję go w mieszkaniu, którego adres dobrze znasz. Będę mu dawał jedzenie i picie, raz w tygodniu kupię mu dziewczynkę. On przyzwyczajony jest do czekania. Nie będzie ci się chciało wydawać forsy na opłacanie bandytów i będziesz zdany wyłącznie na przypadek, na to, że kiedyś go spotkasz na ulicy lub w barze. Słuchasz mnie, Pasza?! Rozumiesz, co mówię? - nie kiwnął ani na tak ani na nie, patrzył na mnie z zimnem i obrzydzeniem. - Oczywiście, odpowiesz mi, że wtedy go dorwiesz i ostatecznie się z nim porachujesz. Zabijesz go. Zabijesz za to, że nie był w stanie wypić więcej niż ty wódki. Mam rację? Zrobisz to osobiście, aby nie wydawać pieniędzy na zawodowego mordercę - przerwałem, aby zwilżyć gardło i kontynuowałem: - Więc dobrze, przyjmijmy, że się tak stanie. On już nie żyje. W metalowej trumnie wyślą go wreszcie do kraju, tam gdzie jest jego właściwe miejsce. Będziesz wtedy mógł siedzieć tutaj i opowiadać, jakim jesteś mocnym facetem. Prawdziwym mężczyzną, któremu nikt nie powinien wchodzić w drogę. Tak będzie, Pasza?- zrobiłem pauzę na kolejny łyk i po chwili ciągnąłem dalej: - I w tym miejscu się mylisz. Kiedy go zabijesz nigdy już tu nie przyjdziesz, póki ja i Fryc będziemy przebywać w tym mieście. A nic nie wskazuje na to byśmy zamierzali wkrótce je opuścić. Nie przyjdziesz się chełpić, bo ani ja ani on tego nie wytrzymamy. Będziemy musieli coś zrobić, aby cię nie słuchać. A przecież lubisz ten bar, nigdzie nie dostaniesz takiego dobrego espresso. Barman pamięta, że kawę słodzisz półtorejłyżeczki, ani grama więcej. To miejsce jest twoim drugim domem. Czasami myślę Pasza,że jest ono twoim jedynym domem.
Ponownie przerwałem, dopiłem resztę piwa i twardo spojrzałem w oczy Paszy - błyszczały chorobliwą nienawiścią i pragnieniem zemsty.
- Nie patrz na mnie w ten sposób - rzekłem. - Wiem o tobie wystarczająco dużo, by nie przejmować się twoimi groźbami. Nie boję się każdego mężczyzny wyglądającego na takiego, który może zamordować i mówi po rosyjsku. Zrozumiałeś mnie, Pasza?
Nie odpowiedział.
- Nie jesteś tak pijany,żeby zapomnieć tego, co usłyszałeś. Prawda? - poklepałem go po ramieniu i poprosiłem Saszę o rachunek.
Wiedziałem, że zapamięta to, co mu miałem do powiedzenia. Oto mogłem być spokojny. Wcale nie uważałem siebie za człowieka, którego powinni się obawiać ludzie, przeciwnie, nigdy nie zapominałem, że w tym mieście chodzę po kruchym lodzie i w każdej chwili groziło mi tąpnięcie pod nogami, ale po prostu znałem Paszę - był nikim, dochodzącym do pięćdziesiątki mężczyzną, zniszczonym siedmioletnim odsiadywaniem wyroku, gdzieś w syberyjskiej Tajdze; o którym mówiono,że powiedział wśledztwie więcej niż wolno mu było powiedzieć; wysługującym się miejscowym przedstawicielom prawa, donosząc na gości hotelowych i bywalców tego lokalu.
Uregulowałem rachunek i miałem wychodzić z baru, zszedłem już ze stołka, gdy zauważyłem młodą, ubraną w czarnyściśle przylegający do ciała jeansowy strój, dwudziestosiedmioletnią kobietę; szczupłą brunetkę, z prostymi włosami opadającymi na plecy, aż po doskonale zarysowane biodra; strzeliste nogi, wbite w kowbojskie buty na dużym obcasie, uwieńczone mosiężnymi ostrogami, wydające się być nieprawdopodobnie długie, kroczyły z nonszalancją; ręce skrzyżowała; podbródek zadarła bardziej wysoko niż by to zrobiła skromna dziewczyna. W jej wyglądzie, w tym jak się poruszała była obietnica rozkoszy jakiej może z nią zaznać mężczyzna. Dlatego nie dziwiły mnie pożądliwe spojrzenia gości w barze, gdy znalazła się w zasięgu ich wzroku.
- To ona - oznajmił niepotrzebnie Sasza.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Film dokumentalny, Produkcja Program II TVP & TPS Studio Filmowe, czas 64 minut; produkcja 2002 rok.
Nagroda: Najlepszy Polski film dokumentalny Festiwalu Filmowego w Kazimierzu nad Wisłą 2002.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS