menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Puzzle Anny
- W pana kraju zamordowano najwięcejŻydów. Dlaczego?

- Dlaczego ich wymordowano, czy dlaczego akurat w moim kraju?

- Dlaczego właśnie w pana kraju?

Po chwili, nawet dłuższej, odezwałem się:

- Nie wiem...To jest pierwsze, co mi przyszło do głowy. Odruchowe - nie wiem. Nie znamŻydów. Ich już nie ma w tym kraju. Zostało niecałe sześć tysięcy. Sześć tysięcy z czterech milionów. Może było ich mniej? Tak, chyba trzy i pół miliona. Ale w każdym razie miliony. Tylko raz wżyciu byłem w pobliżu synagogi i to w Berlinie. Może nawet zajrzałem za jej drzwi? Z jednymŻydem z Izraela, typowym, w jarmułce, z pejsami, spędziłem przyjemny wieczór w Wilnie. Dwa razy odwiedziłem ekskluzywną restaurację w ... - urwałem. - Nie pamiętam, w jakim mieście?

Zamyśliłem się i po chwili powiedziałem:

- Bo właśnie w moim kraju zamieszkiwało ich najwięcej. Taka jest prawdziwa przyczyna. Ale nigdy nad tym się nie zastanawiałem.

- Pan nie lubiŻydów?

- Nie lubię? Mówiłem przecież,że nie znamŻydów. To jak mogę powiedzieć,że ich nie lubię?

- W Polsce nikt nie lubiŻydów.

Przyznam się,że poczułem się tak, jak bym na chwilę stracił równowagę i z rąk wyleciała mi taca z filiżankami kawy. Mówiąc do mnie: "Pan nie lubiŻydów" , przytwierdzała mnie, dosłownie, swoim wzrokiem dościany.

- Była pani w Izraelu? - zapytałem.

- Nie.

- Tam nikt nie lubi Polaków. Tam nie zawsze dobrze jest się odezwać po polsku, pomimo,że wiele osób zna ten język.

Ta rozmowa nabrała jeszcze innego wymiaru, gdy pomyślałem,że znajdujemy się właśnie w Niemczech. Jechałem pociągiem z Berlina do Hamburga. Zacząłem być zły na siebie,że dałem się wciągnąć w rozmowę.

Jechałem pierwszą klasą. Prawie przez całą drogę siedziałem samotnie w przedziale. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, bo pociąg nie zatrzymywał się nażadnej stacji, nagle w przedziale pojawiła się Ona - wysoka, szczupła, o filigranowej budowie ciała, z długimi kruczymi włosami, związanymi w kok. Nie dawałem jej więcej niż trzydzieści lat. Miała wybitnie nie niemiecki typ urody. Czytałem polski tygodnik kupiony na dworcu w Berlinie. Czując jej obecność, spojrzenie zatopione we mnie, jeszcze bardziej skupiłem się na lekturze. Nie minęło więcej niż pięć minut i odezwała się:

- Pan jest Polakiem?

- Tak.

Zapytała po angielsku i w tym języku odpowiedziałem. Uświadomiłem sobie to po chwili. Po jakimś czasie zrozumiałem, dlaczego nie mówiła po niemiecku. Miała trudności w wysławianiu się w tym języku. Była ... Ale o tym później. Jej narodowość wynikająca z posiadanego paszportu, nie odpowiadała zupełnie prawdzie. Ta informacja była tylko kolejnym puzzlem, którego próbowałem połączyć z innymi, tworząc jej właściwy obraz. Ktoś kto kiedykolwiek układał puzzle, wie ,że nieważne jest od jakiego puzzla się zaczyna układanie obrazu. Kolejność jest bez znaczenia, aby ujrzeć całość.

- Nie przypuszczałam. Pan mieszka tutaj?

- Tutaj?

- W Niemczech.

- W Hamburgu, chwilowo.

- W Hamburgu - ożywiła się. - Właśnie jadę tamśpiewać.

Głos jej wydał mi się nazbyt egzaltowany.

-Śpiewać?

- Jestem dublerką, mam tam zastępstwo.

Kolejne uzyskane puzzle niewiele dały. Nie byłem w stanie, słysząc jej głos, powiedzieć , czyśpiewa w jednym z musicali, czy jestśpiewaczką operową? O tym,że może być wokalistką zespołu rockowego nie pomyślałem. Nie wyglądała na taką. Pewność uzyskałem patrząc na jej dłonie. Były smukłe i ... pełne wyrazu. Zwracały na nią uwagę. Musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo drobnymi gestami przyciągały do siebie wzrok.

Miałemświadomość barbarzyństwa tego pytania, ale zapytałem:

- Co paniśpiewa?

- Rolę Sekstusa.

Zacząłem podejrzewać,że bawi się ze mną w kotka i myszkę. Wykorzystuje moją niewiedzę - dla niej z pewnością: małość i ograniczoność horyzontów wykształcenia.

- Jest paniśpiewaczką operową?

- Tak - uśmiechnęła się, odkrywając nieskazitelnie białe, równe uzębienie. Wydawało się być wręcz sztuczne.

Po chwili powiedziała:

- Nie lubi pan opery?

- Nie znam się na tym gatunku muzyki. Wychowałem się na muzyce, która dla pani, nadweręża słuch, jest dźwiękowym zanieczyszczeniemśrodowiska. A teraz tracę resztki słuchu nadużywając discmana.

- W podróż także zabieram discmana - uśmiechnęła się wyrozumiale.

- Uważa pani jednak,że jeśli pewnego dnia ludzie przestaną rozumieć operę, pora będzie zrezygnować z rasy ludzkiej?

Po tej wymianie zdań zamilkliśmy, a raczej Ona, kierując wzrok na szybę, na krajobraz, nudny aż do mdłości, jałowością zielonej równiny.

Przez chwilę przyglądałem się jej twarzy; miękkim rysom, jak na mój gust za miękkim. Myślałem,że w takiej atmosferze dotrwamy do końca podróży, gdy odezwała się:

- Byłam w Polsce. Niedawno. Siedem dni, ale już do końca zapamiętam pana kraj. Zwłaszcza ten poranek, gdy weszłam do swojego apartamentu i zastałam... - nagle urwała. - Przepraszam, nie powinnam przeszkadzać. Ale pan mi kogoś przypomina. Zauważyłam pana w wagonie restauracyjnym. Nie przypuszczałam,że do tego okaże się pan Polakiem. Nie znoszę pana kraju.

Zaczęła mnie irytować. Przez chwilę zamierzałem przeprosić ją i pójść do wagonu restauracyjnego na piwo, kawę, obojętnie co, ależeby znaleźć się od niej jak najdalej .

- Nie pyta mnie pan dlaczego? Co się takiego wydarzyło w pana kraju?

- Co się wydarzyło w kraju, w którym od dwóch lat nie byłem? - rzekłem, z trudem ukrywając niechęć, złość, a może wściekłość.

Wydawało mi się,że odruchowo skurczyła się i zapadła się w fotelu. Wzrok skierowała na własne dłonie. Trwało to jednak krótko, otrząsnęła się i powiedziała:

- Zapraszam pana do restauracji. Wyjdźmy stąd.

Nie rozumiałem zaistniałej sytuacji. Czułem się, jak mucha, którą złapano i wsadzono do szklanego słoika. Trzymała mnie za skrzydełka i drażniła się, bawiąc się moją bezradnością, niemożnością uwolnienia się.

W wagonie restauracyjnym, nad parującą kawą, spytałem:

- Jaki tytuł ma ta opera?

- La Clemenza Di Tito.

- Nawet nie wiem, kto jest twórcą? - uśmiechnąłem się bezbronnie.

- Mozart - odpowiedziała z uśmiechem, ale po raz pierwszy nie podszytym kpiną.

Jeszcze bardziej zacząłem nie rozumieć tego, co się dzieje. W tej samej chwili poczułem do niej dziwną bliskość. Musiała tak samo odczuć, bo powiedziała:

- Nie gniewa się pan na mnie?

- Ani przez chwilę nie miałem takiego uczucia.

Zmilczała to drobne, kurtuazyjne kłamstewko.

Spostrzegłem,że jej obecność wywołała przy stoliku obok lekkie poruszenie, wyrażone szeptanymi komentarzami i krótkimi spojrzeniami w jej stronę. Rozpoznają ją! - pomyślałem. Pomniejszające własną osobę słowa: Jestem dublerką. Jadę na zastępstwo, wydawały się być zbytnią skromnością. Może były wyrachowaniem?

- Powinnam się przedstawić, Anna-Marie.

- Marcel - powiedziałem po francusku.

- To jest francuskie imię - zdziwiła się.

- Po polsku Marcel.

- Rozumiem - rzekła i wybuchliśmy razemśmiechem.

Należała do pewnych siebie osób. Atrakcyjności dodawała jej niezaprzeczalna uroda. Muszę się przyznać,że wprawiała mnie w lekki kompleks, patrząc na to, w jaki sposób trzyma w dłoniach lampkę wina, a przede wszystkim sposobem, w jaki je piła. Przy niej moje ruchy wydawały się niezgrabne, kołkowate. Nie miałem tej samej swobody, co ona. Odniosłem wrażenie,że spostrzegła moje skrępowanie, bawiąc się tym odrobinę.

- Warszawa przypomina robotnicze przedmieścia angielskich miast. Tak samo jest szaro. I ten posępny pałac w centrum miasta, ilekroć patrzyłam na niego, kojarzył mi się z jednym...- urwała, ale dopowiedzieć miał porozumiewawczy uśmieszek.

Zrozumiałem i wybuchliśmy razemśmiechem.

Po chwili ciszy zapytałem:

- Czy usłyszę, co takiego wydarzyło się w moim kraju?

- Nie tutaj. Czuję się jak bym była na scenie.

- Tamci ludzie rozpoznają panią - wskazałem skinieniem głowy na stolik obok nas.

- Mnie? Przypadkowa zbieżność.

Tym razem byłem pewny. Oszukuje. Zdziwienie jej było udawane. Zapadło milczenie, nasze spojrzenia uciekały od siebie, najczęściej ukrywały się za pędzącym w drugą stronę jazdy krajobrazem. W milczeniu dopiłem kawę, a ona lampkę wina. Spojrzała w moje oczy i rzekła:

- Idziemy?

- Tak - odpowiedziałem.

Skinieniem ręki przywołała kelnera.

- Razem, czy oddzielnie? - zapytał.

- Razem - odpowiedziała.

Patrząc na mnie, bezdyskusyjnym tonem powiedziała:

- Ja zapłacę.

Ponownie znaleźliśmy się w pustym przedziale. Przez chwilę zatopiła się w przepływających w oknie zabudowaniach jakiegoś miasteczka. Chciałem już chwycić za gazetę lecz coś mnie powstrzymało. Czułem,że każe mi czekać,że szuka właściwego momentu i na pewno to powie. Nie pomyliłem się. Patrząc w nieokreślony punkt za oknem, zaczęła mówić:

- Świetnie pamiętam ten poranek, gdy weszłam do pokoju i zastałam ich w łóżku - odwróciła twarz w moją stronę. - Bez słowa ubrał się i wyszedł. Ona także się ubrała i chciała wyjść. Poprosiłam, aby została jeszcze przez chwilę. Zdezorientowana zgodziła się, mówiąc fatalną angielszczyzną: "Tacy są mężczyźni. Tak już jest." Zapytałam ją, ile wzięła? Odparła,że sto marek. I po raz kolejny dodała od siebie: "Mężczyźni mają taką naturę." Zaproponowałam, aby przespała się ze mną. Słysząc to, zgłupiała. Wyciągnęłam banknot i położyłam naławie. Została ze mną do wieczora. Dawno nie czułam się tak dobrze włóżku.

Przerwała opowieść i po chwilowym zamyśleniu rzekła:

- Przypominasz jego.

- Był Polakiem?

- Ależ skąd.

Po chwili milczenia, odezwałem się:

- Czy nie powiedział, dlaczego?

- Nie i wątpię, czy kiedyś powie.

- Nie dzwonił, nie próbował się kontaktować?

- Nie odpowiadałam na jego telefony, a list, nie czytając, podarłam i wyrzuciłam do kosza.

Do przedziału wszedł konduktor, prosząc o bilety. Okazało się,że zajmowała nie swoje miejsce. Na jego twarzy odmalowało się to, co sądzi o osobach, traktujących nonszalancko niemiecki porządek. Z dezaprobatą przepisał bilet i wyszedł. Dalej już mogła jechać lega artis. Ani przez chwilę, nie zauważyłem na jej twarzy najmniejszego zmieszania się całym zdarzeniem, jakie wywołała.

Po wyjściu konduktora, powiedziała:

- Ostatnio, być razem było nam trudno, przynajmniej od czasu, gdy dowiedziałam się,że jego ojciec był wysokim funkcjonariuszem NSDAP.

- Został oskarżony o jakieś zbrodnie?

- Nie,żył spokojnie i nadal by tak było, ale ostatnio ukazał się w lokalnej gazecie jakiś materiał o nim. Nie wytrzymał tego i dwa tygodnie później popełnił samobójstwo. On zawsze powtarzał,że jego ojciec był honorowy i nigdy nie złamał swoich zasad. Podkreślał słowo honorowy i zasady. Darzył go niezwykłym szacunkiem. Był z niego dumny.

Po raz kolejny urwała swoją opowieść. Odczekałem chwilę i zapytałem:

- Jaki to ma związek?

- Moja babka została rozstrzelana w Babim Jarze.

Nie wiedzieć czemu, na głos powiedziałem to, co pojawiło się w mojej głowie.

- To było na Ukrainie?

- Tak.

Po chwili, zaskoczony swoim wścibstwem, zapytałem:

- Czy wiedział o tym?

- Nie. Nigdy mu tego nie powiedziałam. Nie wie,że płynie we mnieżydowska krew.

Po chwili, zaczęła mówić dalej:

- To zadziwiające, jak nagle okazuje się, że człowiek zostaje uwikłany w losy rodziców, dziadków. Jak trudno pozbyć sięśladów osób, których się nie znało; widząc ich jedynie na pożółkłych zdjęciach. O tym,że płynie we mnieżydowska krew, dowiedziałam się mając dwadzieścia dwa lata. W moim domu nic się o tym nie mówiło, nie można było znaleźć najmniejszegośladu wskazującego na to.

- Pani jest z ...?

- Mam amerykański paszport.

I właśnie, gdy otrzymałem kolejny puzzel do układanki powiedziała:

- W pana kraju zamordowano najwięcejŻydów. Dlaczego? Nie mogłem się pogodzić z tym,że obarcza mnie pośrednio odpowiedzialnością za to, co się stało z jej babką, zŻydami w ogóle, w moim kraju. Wojna doświadczyła ciężko także moją rodzinę. Matka wraz ze swoimi rodzicami, została po wojnie wysiedlona spod Grodna na tak zwane Ziemie Zachodnie. Po tej przymusowej przeprowadzce moja babka zaraz umarła, a dziadek nie wytrzymał tego wszystkiego i powiesił się. Chciałem jej to powiedzieć. Co ja mam z tym wszystkim wspólnego?! Urodziłem się w 1966 roku, kilkadziesiąt lat po koszmarze Babiego Jaru i innych tego typu miejsc. Chwilę potem moje ramię chwyciły mocne ręce i potrząsnęły. Otworzyłem oczy. Przed sobą miałem pusty fotel.

- Jesteśmy w Hamburgu, proszę pana - usłyszałem głos konduktora, tego samego, który sprawdzał jakiś czas temu bilety. Uśmiechnął się służbowo i wyszedł.

Ze zdziwieniem stwierdziłem,że przedział jest pusty i nie ma w nimśladu obecności kogokolwiek poza moją osobą. Zarzuciłem prochowiec, chwyciłem za teczkę i szybko ruszyłem w stronę wyjścia z pociągu. Gdy znalazłem się na peronie, nikogo już na nim nie było. Spojrzałem na galerie po lewej i prawej stronie. W tłumie ludzi nie zauważyłem jej postaci.

Nie miałem pojęcia, czy to wszystko, co we mnie było zdarzyło się naprawdę? Czy był to sen? Długo nie potrafiłem się otrząsnąć, z tego, co zaistniało w ciągu tej podróży. Zastanawiałem się, czy sen może być tak realistyczny w każdym szczególe, pełen dźwięków, smaków i zapachów? Ona istnieje. Musiałem się z nią spotkać. Tylko dlaczego usnąłem? Nie pamiętam, w którym momencie wszystkościemniało mi przed oczyma? Może w półśnie ujrzałem jakąś pasażerkę i wplotłem ją w akcję snu? Być może wszystko się zdarzyło naprawdę, a Ona wykorzystując chwilę mojej słabości, wymknęła się cicho z przedziału, nie chcąc , aby nasza znajomość miała ciąg dalszy? Są sprawy męczące nas, przypierając do ziemi, które musimy zrzucić, ale jedynie potrafimy powiedzieć o nich przygodnie spotkanemu nieznajomemu, wiedząc,że go nigdy potem nie spotkamy.

W taksówce, widząc na przednim siedzeniu kierowcy gazetę, poprosiłem o nią i odruchowo zajrzałem na kolumnę kulturalną. W operze o godzinie 19 wystawiano "Cosi fan tutte" Wolfganga Amadeusza Mozarta. Uśmiechnąłem się i przypomniała mi się maksyma Heraklita: "Dusza ludzka to odległa kraina, do której nie można się zbliżyć, której nie można zbadać."

Późnym popołudniem, tego samego dnia, uczestniczyłem w przyjęciu, jednym z tych spotkań, na których się bywa raczej z obowiązku niż przyjemności. To przyjęcie wydawał mój wydawca i to już powinno tłumaczyć, dlaczego się tam znalazłem. Byłem jednak obecny tylko ciałem, nadal znajdowałem się w oparach wspomnień Anny. Nie uszło to uwadze dobrze znającym mnie osobom. Podszedł do mnie Marcus i z szerokim uśmiechem, zapytał:

- Coś taki zamyślony?

Był starszy ode mnie o dwa lata, ale patrząc na niego należało by dodać jeszcze trzy lata. Nosił się z dezynwolturą, typową dla młodego przedstawiciela rodziny od kilku pokoleń utrzymujący się z fortuny, zapobiegliwie wypracowanej przez ich przodków. Prowadził dział kulturalny w lokalnej gazecie i od czasu do czasu wydawał książki, wymagające przy czytaniu ukończenia historii sztuki i filozofii. Nigdy nie przebrnąłem dalej niż do połowy jego książki. Ale darzyłem go sympatią i jak zauważyłem, on także chętnie przebywał w towarzystwie mojej osoby.

Powiedziałem:

- Jadąc pociągiem miałem sen, który mógł być dobrym punktem wyjścia do opowiadania.

- I boisz się,że go zapomnisz?

- Zadziwiające jest to,że ani trochę jego obraz nie skruszył się w ciągu czasu, jaki upłynął.

- Więc masz w garści kolejne opowiadanie.

- Owszem.

Po chwili zapytałem:

- Czy istnieje opera Mozarta zatytułowana "La Clemenza Di Tito?"

- Tak. Czemu się pytasz?

- Rozmawiałem z kimś o niej, ale nie byłem pewny czy dobrze zapamiętałem tytuł i autora.

- Jeśli interesuje ciebie, to mam ją w dość ciekawym wykonaniu.

Umówiłem się na odebranie od niego płyt. Wymieniliśmy kilka zdawkowych uwag o przyjęciu i rozstaliśmy się, gdy ujrzał wśród zebranych osób kogoś z kim musiał koniecznie zamienić kilka słów. Była to dwudziestokilkuletnia dziewczyna o gładkich blond włosach opadających na ramiona. Twarz jej wydawała mi się być znajoma, nie potrafiłem jednak powiedzieć, skąd?

Przez moment pomyślałem, że zaczynam się czuć jakbym szedł po linie i groził mi upadek w przepaść. Nie wiedząc dlaczego, przeszedłem na drugi kraniec sali i stanąłem przed wysokimi, białymi, dwuskrzydłowymi, drewnianymi drzwiami. Były uchylone, ze szpary wyzierała ciemność, ale gdy oczy się przyzwyczaiły do niej, zacząłem rozróżniać kontury, kształty, odbicia i blask słabego żółtegoświatła. Przekroczyłem próg. I tak jak by ktoś nożem uciął, znalazłem się w innymświecie dźwięków iświatła. Umilkły głosy, zniknął hałas przyjęcia, mrok wyparł jaskrawe popołudniowe słońce. W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana dźwiękami przechodzącymi od skomlenia, poprzez jęk do cichego płaczu. Oczy powędrowały doźródła tego zawodzenia. Przed fortepianem siedział, zatopiony w granej przez siebie muzyce, krótko ostrzyżony blondyn. Przyjrzałem mu się dokładniej i przeraziłem się. Miał moją twarz!

Usłyszałem:

- Nudne przyjęcie.

Nie od razu jego osobie przyporządkowałem wypowiedziane słowa, tak jak nie od razu dotarło do mnie,że przestał grać.

- Niemcy są tacy nudni, co? - powiedział i uśmiechnął się dobrze mi skądś znajomym uśmiechem. No, tak... Przecież właśnie tak się uśmiecham, tak układają się moje kąciki ust.

Wstał znad fortepianu i podszedł do mnie.

Byłem oszołomiony. Nie rozumiałem co się dzieje. Trudno mi powiedzieć po jakim czasie spostrzegłem,że jego twarz jest nie moją twarzą,że zauważalne jest tylko pewne podobieństwo. Widocznie zmęczenie i graświatła w miejscu, gdzie stał fortepian, wywołała fałszywy obraz. Poczułem jak z ciała schodzi napięcie.

- Martin - przedstawił się.

- Marcel - bezwiednie odpowiedziałem.

- Nie tak sobie ciebie wyobrażałem - powiedział.

- Nie tak...?

- Czytając powieść wydawałeś mi się być starszy - prześwidrował moje oczy wzrokiem. - Piszesz niezwykle emocjonalnie. Czasami nazbyt dużo tych emocji. To wszystko ma napięcie. Zastanawia mnie tylko jedno, dlaczego tak nie lubisz swojego kraju?

- Nie lubię? - zdziwiłem się.

- Takie odnoszę wrażenie.

Po chwili rzekł:

- Ale muszę przyznać tobie rację. Znakomicie sportretowałeś swój kraj. Byłem niedawno w Polsce. Siedem dni, lecz zapamiętam ten pobyt już do końca. Zwłaszcza jeden poranek - przerwał, by upić ze szklanki whisky.

- Jeden poranek? - zapytałem, czując, przebiegający po plecach zimny dreszcz.

- Tak,świetnie pamiętam ten poranek, gdy wszedłem do pokoju hotelowego i zastałem ich włóżku. Bezżadnego słowa, tak jak by nie było mnie w pokoju, ubrał się i wyszedł. Zapytałem ją: "Czy nie wystarcza ci już własny mąż." Posłała mi milczące spojrzenie, ubrała się i bez słowa wyszła.

Zamilkł, zawieszając w moich oczach wodniste, błękitne spojrzenie. Odniosłem wrażenie,że biorę udział w teatrze, gdzie gram w nieznanej sztuce niezrozumiałą dla mnie rolę.

- Czy nie powiedziała dlaczego? - zapytałem.

- Nie, i wątpię czy kiedyś powie. Chyba,że za wytłumaczenie można uznać to, co ostatnio powiedziała: " Tak to jest. Taką mam naturę".

- Z kim wtedy była? - postanowiłem przyjąć bliżej mi nie znaną role, jaką powierzono mi w tym spektaklu.

- Z jakimś polskim solistą, coraz bardziej znanym kontratenorem, zdumiewającym wszystkich sopranową barwą głosu.Śpiewa jak kastrat.

Musiałem o to zapytać:

- Czy ona jest wokalistką operową?

- Tak,śpiewa teraz w Hamburgu partię Sekstusa w "La Clemenza Di Tito" Mozarta.

Po kolejnymłyku whisky, powiedział:

- Właściwie, ostatnio, być razem było nam trudno, przynajmniej od czasu, gdy dowiedziałem się,że jej ojciec był dość gorliwym sędzią w czasach Trzeciej Rzeszy. Rok temu ukazał się artykuł na jego temat w lokalnej gazecie, a potem reportaż w telewizji. Nie wytrzymał tego i strzelił sobie włeb. W liście do niej napisał,że jest niegodzien litości . Może tylko budzić wstręt. Lecz powinna być mniej surowa, gdyby widziała jego serce. Ojciec był dla niej niepodważalnym autorytetem. Zawsze powtarzała,że był człowiekiem honorowym i trzymał się zasad. Ja go nie cierpiałem. Nie potrafiłem znieść jego widoku. Moje kontakty ograniczałem do minimum. Wielokrotnie między nami dochodziło z tego powodu do scysji.

- Był, aż tak niegodziwym człowiekiem?

- Nie, dla wielu, był sympatycznym staruszkiem. Uważałbym tak samo, gdyby nie przez takich jak on, rozstrzelano moją babkę w Babim Jarze.

Bez trudności odgrywałem znaną mi już partię roli.

- Nie wiedziała o tym? - zapytałem.

- Nigdy jej tego nie powiedziałem.

- Jesteś praktykującymŻydem?

- Nie. O tym, że płynie we mnie, także żydowska krew, dowiedziałem się mając dwadzieścia dwa lata. W moim domu, nigdy nie padło słowoŻyd, nie było najmniejszegośladu mówiącego o korzeniach rodziny. Nie muszę chyba dodawać,że mój kutas jest nie obrzezany.

Spostrzegłem,że ma problemy z utrzymaniem się na własnych nogach. Za dużo wypił? Jego twarz zrobiła się biała jak papier i gdybym w ostatniej chwili nie chwycił go pod ramię, upadł by.

Był cięższy niż sądziłem. Z ledwością dowlokłem się z nim do skórzanej sofy i razem na nią opadliśmy. Zacząłem zastanawiać się nad całym dzisiejszym dniem, starając się przypomnieć sobie godzinę po godzinie, minuta po minucie. Wżołądku poczułem krótkie ukłucie, a zaraz potem potężny cios, aż pociemniało mi w oczach. Zacisnąłem z bólu powieki. Nabrałem głęboko powietrza, przytrzymałem je w przeponie i powoli wypuściłem. Otworzyłem oczy i spojrzałem na profil siedzącego obok mnie mężczyzny.

- Musiał to być dla ciebie ciężki dzień - odezwał się i uśmiechnął. - Mogłeś tyle nie pić.

Ponownie nabrałem głębszego oddechu. Wokół pojaśniało i ujrzałem twarz Marcusa.

Dwa dni później, gdy nadal chodziłem w szlafroku po mieszkaniu, pomimo,że na zegarze była za kwadrans trzynasta, rozdzwonił się przeraźliwie telefon. Odebrałem go natychmiast, chcąc uciąć rozsadzający głowę dźwięk. W słuchawce usłyszałem nieznany kobiecy głos, który uderzył mnie falą ciepła, aż zamarłem:

- Marcel?

- Tak.

- Chciałabym się z tobą spotkać.

- Spotkać...? Przepraszam, ale z kim rozmawiam?

Po chwili ciszy, usłyszałem:

- Anna.

A jednak! To ona.

- Anna-Marie - dodała, słysząc ciszę w słuchawce.

Po skończonej rozmowie, przez chwilę trwałem bez ruchu, ze słuchawką w ręku. Zastanawiałem się czy rozmowa miała rzeczywiście miejsce? Przestałem sobie wierzyć. Mimo to, postanowiłem pójść na umówione spotkanie.

Ogarnięty byłem gorączkowym podnieceniem. Przyszedłem na pół godziny przed ustalonym czasem. Zająłem miejsce tuż przy oknie, tak, aby móc obserwować ulicę i wejście do kawiarni, przy tym samemu być dobrze widocznym. Co chwilę spoglądałem na zegarek. Spóźniała się dziesięć minut. Zacząłem być na siebie zły. Co się ze mną ostatnio dzieje?

- Utknęłam w korku. Przepraszam - usłyszałem, gdy wpatrywałem się bezmyślnie w witrynę sklepu obuwniczego po drugiej stronie ulicy.

Stała przede mną nieznana mi kobieta. Od razu usiadła obok na krześle.

Nie czekając, aż się odezwę, powiedziała:

- Nie jesteś chyba zły na mnie? Powinnam przeprosić cię za wszystko. Na pewno w pociągu poczułeś się jak idiota.

Do stolika natychmiast podeszła kelnerka. Przyjęła od niej zamówienie. Było to wino reńskie. Patrzyłem na nią i nie poznawałem jej! Przede mną siedziała inna Anna. Jedyne podobieństwo jakie istniało między nimi, to ta sama barwa włosów i identyczna fryzura. Czyżby ktoś się mną bawił? Jestem uczestnikiem gry, kogoś z moich znajomych? Po chwili odrzuciłem to przypuszczenie, wydawało się być niedorzeczne. Zacząłem za wszystko winić przemęczenie i słabość organizmu. Zbyt intensywnie od jakiegoś czasużyję. Widocznie konieczne potrzebowałem zwolnienia tempażycia.

Nadal mówiła:

- Wczoraj idąc ulicą, sama nie wiem czemu, spojrzałam na wystawę w księgarni i od razu rzuciła mi się w oczy okładka książki. Weszłam dośrodka, leżała wśród nowości. Przeglądając ją zobaczyłam na skrzydełku okładki twoje zdjęcie. Nic nie wspomniałeś,że jesteś pisarzem. Wydajesz się być za młody na kogoś kto pisze tak okrutne rzeczy. Pomyślałam,że muszę się z tobą spotkać.

- Skąd znałaś numer telefonu? Mojego nazwiska nie ma w książce telefonicznej.

- Numer telefonu? - rzekła,śmiejąc się. - Nie pamiętasz, sam mi go dałeś?

Nie pamiętałem tego. Nadal czułem do niej obcość. To nie była ta sama osoba z pociągu. Musiałem jednak przyjąć to, co ona mówi, bo inaczej należałoby podważyć stan zdrowia mojego umysłu.

Odezwałem się:

- Rzeczywiście, zapomniałem. Byłem zmęczony. Poprzedniej nocy prawie nie spałem. Miałem spotkanie ze znajomymi z Polski, których od lat nie widziałem.

- Nagle, w pewnym momencie, zamknęły się tobie oczy i usnąłeś. Przyznam,że miałam mieszane uczucia. Chciałam ciebie obudzić, pożegnać się, ale także pomyślałam i o tym,że nadarza się okazja niepostrzeżenie wyjść z pociągu. Przestraszyłam się tego, co ci powiedziałam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak bardzo obnażyłam się przed tobą?

Uśmiechnęła się rozbrajająco.

Powiedziałem:

- Nie da się ukryć,że zamieszałaś mi w głowie. Nie byłem pewny, czy miałem do czynienia ze snem czy z jawą?

Dostrzegłem w jej oczach błysk przewrotności.

- Chciałbym wrócić do twojej opowieści z pociągu.

- Tak, słucham - zgodziła się z nieukrywaną niechęcią.

- Czy on nazywał się Martin?

- Nie - roześmiała się. - Ale skąd ci przyszło do głowy to imię?

- Wydawało mi się,że je wspomniałaś - skłamałem.

- To imię brata Elke. Zdumiewająca zbieżność.

Zamilkła. Spojrzała na swoje dłonie. Zaczęła się nimi bawić. Paznokcie pokrywała znana mi już z pociągu barwa lakieru. Nie były to jednak dłonie, które utkwiły w mojej pamięci.

Patrząc prosto mi w oczy powiedziała:

- Oszukałam ciebie. Tamtego poranka, gdy weszłam do pokoju, zastałam włóżku Elkę z nim. Tamten mężczyzna ubrał się i wyszedł bez słowa. Elke także się ubrała; chciała wyjść. Poprosiłam ją, aby została. Usiadła na fotelu, wyciągnęła papierosa i mimo,że nie znoszę dymu nikotynowego, zaczęła palić. Zrobiła to po raz pierwszy w mojej obecności. Milczeliśmy, aż wreszcie powiedziała: "Tak to jest." Lub coś w tym rodzaju. Zapytałam: "Czy nie wystarcza ci już własny mąż i ja." Odparła,że ma już taką naturę. Dopaliła papierosa i wyszła. Od tamtej pory nie odpowiada na moje telefony i listy.

Ruchy rąk były tak samo subtelne, jak te w wagonie restauracyjnym. Ponownie poczułem się skrępowany.

Mówiła:

- Oszukałam także, wcielając się w nieistniejącą postaćśpiewaczki operowej. W rzeczywistości jestem nauczycielką w klasie skrzypiec, w szkole podstawowej. To była maska, za którą chciałam się ukryć, aby czuć się bardziej ośmielona. Jako pisarz powinieneś to zrozumieć.

Urwała i po chwili rzekła:

- Na imię mam tylko Anna.

Uśmiechnęła się i uścisnęła mi rękę. Zrobiła to tak nagle,że poczułem się niezręcznie. W tej samej chwili, nie rozumiejąc tego, zacząłem jej pragnąć. Moje usta, moje ręce pragnęły jej. Nie dowierzałem własnym uszom słysząc:

- Chodźmy do ciebie.

Nie byłem swobodny, moje ruchy były toporne.

- Zachowujesz się tak, jakbyś to robił pierwszy raz - powiedziała.

- Nie przypuszczałem.

- Nie trzeba tak szybko dawać za wygraną.

Zaśmiała się, co wywołało mójśmiech, a to z kolei doprowadziło do wspólnego wybuchuśmiechu. Klęczała nałóżku, trzymając na seksie połączone w pięść dłonie. Piersi jej sterczały. Były niewielkie i twarde jak kamienie.

- W pociągu, w twoich oczach odgadłam pożądanie - rzekła.

Moje usta, mój język, moje ręce miały jej ciało. Nigdy nie myślałem,że kobieta może być taka włóżku. Była inna od tych, z którymi dotąd sypiałem. Obezwładniła mnie. Nie potrafiłem uczynić tego, co powinienem, ani tego, co chciałem.

W czasie odpoczynku zaplotła sobie włosy i upięła je wysoko na głowie.

- A ta historia o babce? - zapytałem.

- Zabili ją w Babim Jarze, tak jak mówiłam. Dziadek miał to wątpliwe szczęście,że wcześniej, Ruscy wysłali go na Sybir. Cztery lata po wojnie wrócił stamtąd, pożył rok czasu i umarł. Moja matka przetrwała, bo została oddana na przechowanie do polskiej rodziny. Zapłaciła za to duże pieniądze. Wyprzedała wszystkie kosztowności, jakie posiadała. Matka opowiadała,że było to koszmarneżycie. Prawie cały czas siedziała w piwnicy. Bała się Niemców, bała się Polaków. Bała się wszystkich obcych ludzi.

Przerwała.

- Nie chcę o tym rozmawiać - powiedziała.

- A ojciec Elke? - zapytałem.

- Ojciec Elke? Dlaczego pytasz o niego?

- Wydaje mi się,że nie znosiłaś go,że był...

Zaczęła sięśmiać.

- Utopił się w Bałtyku, podczas ewakuacji z Gdańska. Elke znała go tylko ze zdjęć. Nie rozmawialiśmy nigdy na temat naszych rodzin. Nie wie,że płynie we mnieżydowska krew. Być może nie mówiłaby wtedy: "Żydłaki to,Żydłaki tamto."

Przyłożyła usta do moich. Były niezwykle gorące i miękkie. Miałem wrażenie, że przykleiły się do mnie,że wraz z nimi unoszę się. Wszystko gdzieś zniknęło. Było tak cicho,że słyszałem szum przepływającego wokół powietrza, krople wody cieknące z kranu i uderzające o zlew. Przez chwilę miałem wrażenie,że między szybami utknęła mucha i nerwowym trzepotaniem skrzydeł próbowała uwolnić się z pułapki. Nagle w to wszystko wszedł przeraźliwy dźwięk telefonu. W półśnie podniosłem słuchawkę.

Usłyszałem głos Marcusa:

- Będę dzisiaj w pobliżu ciebie, więc podrzucę płyty.

- Płyty?

- "La Clemenza Di Tito" Mozarta. Prosiłeś o tę operę.

Rozejrzałem się po pokoju. Był pusty. Wszędzie panował bałagan.

Ze słuchawki dobiegł głos Marcusa:

- Słyszysz mnie?

- Tak - potwierdziłem.

- To chcesz?

- Tak - odpowiedziałem bezmyślnie.

Marcus powiedział jeszcze kilka słów, które nie dotarły do mojejświadomości. Odłożyłem słuchawkę. Wstałem i poszedłem w stronęłazienki. Za drzwiami usłyszałem szum wody.

Zapukałem, wołając:

- Anno!

Nikt nie odpowiadał.

- Anno, słyszysz mnie?

Nacisnąłem klamkę, otwierając drzwi.Łazienka była pusta. Z nie zakręconego kranu leciała woda. Zakręciłem kran i wyszedłem z niej. Przeszedłem po całym mieszkaniu rozglądając się uważnie. Szukałem jakiegokolwiekśladu jej obecności, tego,że rzeczywiście tu była.

Nie znalazłem niczego.

Wyszedłem do pobliskiej kafejki naśniadanie. Nie chciałem być ani chwili dłużej w mieszkaniu. Zacząłem niepokoić się swoim zachowaniem. Nie wiem, czemu przypomniało mi się zdanie z recenzji mojej ostatniej powieści: "Sen jest jednym z głównych tematów jego twórczości."

Śniadanie smakowało mi jednakowo - nijak.Ściągnąłem okulary z nosa i używając papierowej serwetki zacząłem czyścić szkła. Patrzyłem się bezmyślnie na pierwszą stronę gazety, czytanej przez sześćdziesięcioletnią albo starszą, za to zadbaną, kobietę. W prawym dolnym rogu widniał tytuł: "Festiwal Mozarta Zakończony". Dopiero po dobrej chwili dotarł do mnie sens słów. Poczułem, jak ogarnia mnie fala ciepła. Rozejrzałem się po innych stolikach szukając tej gazety. Właściciel kawiarni zazwyczaj wykładał kilka egzemplarzy. Bez trudu natrafiłem. Wstałem i poszedłem po nią.

Artykuł nie wyróżniał się niczym szczególnym, dostarczał zdawkowych informacji, odsyłając do szerszego omówienia festiwalu w niedzielnym numerze. Miałem już odłożyć gazetę, gdy przeczytałem podpis pod zamieszczonym powyżej tekstu zdjęciem: Rewelacyjne wykonanie La Clemenza di Tito.

Nie mogłem sobie wytłumaczyć, dlaczego wybiegłem, nieomal jak szalony, z kawiarni i złapałem pierwszą wolną taksówkę. Wywołując potępiające spojrzenie starszej kobiety.

- Do opery - prawie krzyknąłem, reflektując się w porę.

Jazda kierowcy wydała mi się niezwykleślamazarna. Minuty dłużyły mi się. Czułem się tak, jakbym za chwilę miał się spóźnić na coś ważnego. Nie wiedziałem tylko na co?

- Od strony biura? - zapytał kierowca.

- Tak -potwierdziłem.

Ledwo się zatrzymał, wręczyłem mu pięćdziesięcio markowy banknot i nie czekając na resztę wyszedłem z taksówki.

Wbiegłem do holu i stanąłem w miejscu. Zacząłem odzyskiwać spokój. I co teraz? Co dalej, głupcze? - pomyślałem.

- Słucham pana - doszedł mnie głos portiera.

Zwróciłem głowę w jego stronę, ale nie spojrzałem na niego. Przed moimi oczami był plakat. Zamarłem. Na nim znajdowała się Anna z rozłożonymi rękoma i otwartymi ustami. Ta sama, dobrze mi znana z pociągu Anna.

- Czym mogę służyć? - odezwał się zniecierpliwiony portier.

- Niczym, dziękuję - odpowiedziałem i przesłałem jemu uśmiech.

Wyszedłem z opery. Byłem już spokojny. Słońce przyjemnie ogrzewało powietrze, dzień wydawał się dobrze zapowiadać. Postanowiłem wrócić spacerem do domu.

28 luty 1996, Warszawa


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

 „Nigdy nie oczekiwałem, by Latkowski nakręcił mi laurkę. Mam świadomość  jego ostrego spojrzenia na rzeczywistość. Świadomie zgodziłem się, by to właśnie Sylwester pomógł mi zamknąć bolesne przeżycia, przeszłość.  Jestem ciekawy lustra Sylwestra Latkowskiego, rozumiem, że nie zawsze może oddawać to samo, co widzę ja i inne osoby, które pojawiają się w filmie” – Michał Wiśniewski.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS