menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Szpital dla wariatów

Fragment nieukończonej powieści
wersja robocza
bez korekty
tekstświadomie wykracza poza przyjęte normy języka polskiego

Księga pierwsza

PTASIEK Z BRZOZOWEJ

EKSPONAT

Od dwudziestu dziewięciu godzin jestem na nogach i nawet nie zmrużyłem oka. W dodatku wczoraj cały dzień nic nie jadłem i wypaliłem kilkadziesiąt papierosów i dwa jointy i wypiłem trzy butelki paskudnego bułgarskiego vermutu i jeszcze morze czarnej kawy, na przemian z mocną herbatą Madras. Czystaśmierć - nie ma kwestii. Jest zimno, padaśnieg, duże białe płaty utrzymują się chwilę przyżyciu i obumierają, tworzą błotnistą breję na poboczu drogi. Nie znoszę zimy, nie znoszę chłodu. Naprawdę wolałbym leżeć włóżku, a nie przebijać się przez masy syberyjskiego powietrza. Przemierzam, wlokąc się niemiłosiernie, nie więcej niż sto metrów drogi i nagle przeraźliwie ostry ból roztrzaskuje moją klatkę piersiową, następnie dostaje się do mięśnia sercowego, zamieniając go w gorący kamień. Staję jak wryty. Tracę oddech. Ręce mam lodowate, a skórę pokrywa zimny pot. Nic nie dociera do mnie poza czerwienią ósemki, dwupiętrowego budynku z poddaszem z czerwonej cegły, rozmazującym się w mlecznymświetle majaczącego słońca, do którego zmierzam.
- Tee, długo jeszcze? - głos jest niewyraźny,świszczący, wydobywający się z gardła nie przywykłego do mówienia, ze zdewastowanym uzębieniem.
Nie wiem ile czasu stoję bez ruchu, przeistaczając się w ludzką zawalidrogę. Nie czuję upływu czasu. Po dobrej chwili umiejscawiamźródło, skąd dochodzi bełkot. Obracam się powoli do tyłu, jak mechaniczna kukła, całym ciałem, bo za cholerę nie mogę skręcić zesztywniałej szyi. Przede mną stoi dwóch facetów z bębniastymi brzuchami, z mongoidalnymi twarzami uwieńczonymiłysymi czaszkami. Wszystko co mają na sobie zostało znalezione na pobliskim wysypiskuśmieci, jest o dwa numery za małe albo o cztery za duże; robociarskie waciaki, robociarskie spodnie ( ten po prawej przewiązał je sznurkiem sizalowym, drugi kawałkiem kabla elektrycznego ), na krótkich nogach gumowce, na kanciastych głowach czarne filcowe bereciki, ten po prawej ma nowiuteńkie spawalnicze rękawice, drugi, na potężne dłonie, jak bochenki chleba, włożył wełniane rękawice, każda pochodzi z innej pary. Za nimi stoi wózek, a na nim dużeżołnierskie, poobijane, termosy.
To dzięki nimłapię punkt orientacyjny w obowiązującej tu strefie czasowej - pora obiadu, a więc zaczyna się piąta godzina zajęć. Kiedy wychodziłem z dwunastki, z Przylądka Spokoju, miejsca mojego schronienia na tej zapomnianej przez władającą w pełni umysłem część populacji ludzkiej ziemi, rozpoczynała się czwarta godzina lekcyjna. Trzy kwadranse czarnej dziury w pamięci! Czuby stoją i patrzą na mnie z zainteresowaniem. Czuję się jak małpa w Zoo. Za chwilę rzucą cukierka, by sprawdzić moją reakcję.
- Bedom jeszcze zimiejsze - mówi ten po prawej. Widać najbardziej rozgarnięty albo ma najmniej nasączony psychotropami mózg. - Nie dobre. Dzisaj rypka i ziemiaki.
- I zupa okurkowa - dodaje drugi. - Lubie zupe okurkową. Jest zdrowa.
- Zimne do niczego - powtarza się pierwszy.
- Z szóstki? - pytam, aby zyskać na czasie i zmusić swoje ciało do wykonania kroku w bok.
- Aha - odpowiada.
Szóstka to oddział nieśmiertelnych. Większość przebywa tam dłużej niż liczę lat. Na nic zdają się próby poruszenia własnej kupy mięsa choćby o milimetr.
- Możecie mnie objechać? - proponuję.
- Aha - potwierdza.
Cofają wózek i po chwili ruszają do przodu, wymijają mnie wielkimłukiem. Palanty nie mogły wpaść na to wcześniej!Łuskami odpada ze mnie martwota i obręcz wokół piersi rozluźnia się. Pierwszy porządny wdech, powietrze dostaje się aż do przepony i mocny wydech, po którym kręci mi się w głowie. Zdziwiony stwierdzam,że nie padam na twarz.
Kilka minut później stoję przed wielkimi dwuskrzydłowymi drzwiami i rytmicznie naciskam dzwonek. W rytm melodii, która zawieruszyła się w moim zmaltretowanym umyśle, na dnie pamięci. Nie potrafię powiedzieć: czyje to? Gdzie ją słyszałem? Kilka razy udaje mi się ją powtórzyć zanim otwierają się drzwi i staje w nich zbirowaty mężczyzna w białym fartuchu, przewyższający mnie o półtorej głowy i to wówczas, gdy nie jestem zgarbiony, co rzadko się zdarza, od kiedy ukończyłem osiemnasty rokżycia, uświadamiając sobie ciężar jaki muszę przyjąć na swoje barki, jako dojrzały i pełnowartościowy, odpowiadający samodzielnie za swoje czyny członek społeczeństwa.
- Kurwa, będziecie się tak schodzić i schodzić. Następnym razem będziecie wdrapywać się po kratach.
Jest niezadowolony,że wyrwałem go z pokoju, w którym z kumplami rozgrywał kolejną partię tysiąca lub pokera na zapałki albo odsypiał nieprzespaną nockę. Należałoby uwzględnić jeszcze wariant opróżniania zapasu oddziałowego spirytusu. Postanowiłem potraktować go tak jak na to zasługiwał, czyli jak powietrze. Przeźroczyste powietrze!
Idzie za mną i mruczy pod nosem:
- Nawet, kurwa, dzień dobry, dziękuję, czy pocałuj mnie w dupę.
Drogę do sali, w której odbywają się zajęcia, znam na pamięć i trafiłbym tam z zamkniętymi oczami. Niezbyt przejmuję się tym, że doktor Ścigała pośle piorunujące spojrzenie, potępiające mnie za brak szacunku dla jego trudu odsłaniania tajemnic ludzkiej psychiki. Od pierwszych zajęć psychiatrii zaledwie się tolerujemy, ja jego bez wyrazu, zastygłą jak gips twarz, a on moje ironiczne i bezczelnie wpychające się wszędzie gdzie nie potrzeba oczy (uściślę - wpychające się do jego mózgu; chorego według mnie umysłu, który tylko dzięki posiadaniu przez jego właściciela tytułu doktora nauk nie stanowi przedmiotu analizy miejscowych łapiduchów). Miesiąc temu mu oznajmiłem, nie wiem, co mi strzeliło do łba, że oznaki choroby, jaką omawiał na wykładzie, idealnie pasują do niego. Po prostu mózg pomyślał, usta wypowiedziały, a rozum, który powinien to powstrzymać odmówił posłuszeństwa. Nie wyrzucił mnie za drzwi i jak zapewnił nie będzie się mścił na zaliczeniach, ale od tej pory mam nic nie mówić na jego temat. Nabrałem wtedy całkowitej pewności, że trafiłem w dziesiątkę, w jego najwrażliwsze z najczulszych miejsc. Później poznałem kilka faktów z jegożyciorysu: był wyśmienitym chirurgiem, cztery lata temu uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, przez dwa tygodnie nie odzyskiwał przytomności, a gdy wreszcie otworzył oczy i przemówił okazało się,że nie wszystko jest takie samo jak dawniej, jego twarz skamieniała, nie była w stanie wyrazić jakichkolwiek emocji;łapiduchy, koledzy z oddziału, szybko zorientowały się,że nie tylko twarz mu uległa metamorfozie. Coś z nim było nie tak. Nie potrafili powiedzieć co, ale coś było nie w porządku, przynajmniej odbiegało od ogólnie przyjętej normy zachowania. DoktorŚcigała postanowił zmienić specjalizację i został psychiatrą. Wybrał najlepszy sposób ucieczki przed diagnozą choroby psychicznej.
Mam szczęście, nie będzie to mój najgorszy dzień w tym tygodniu, kiedy wchodzę do pomieszczenia - sali, w której odbywają się odprawy personelu, dostrzegam puste biurko. Wyszedł po eksponat, wyjaśnia Pająk, obok którego zajmuję miejsce na niewygodnym krześle, celowo skonstruowanym tak, aby nabawić się skrzywienia kręgosłupa i nie myśleć o chwilowej drzemce.
Przyprowadziświra, który zamienił się w Ptaśka - uściśla.
Ptaśka?
- Facet udaje jarząbka. Brakuje mu tylko skrzydeł i piór, bo dawno by stąd odleciał.
Siedzę w ostatnim rzędzie, za sobą mam okno pozbawione klamki i zakratowane. Normalka, do której od roku czasu zdążyłem się przyzwyczaić. Wraz z częścią mieszkańców dwunastki, czyli domu słuchacza: Pająkiem, Okiem, Dzidziusiem, Zygmuntem (dla niektórych vel Zyga), Merlin, Ewą, Madleną i Patrycją zbiliśmy się w jedną kupę i tworzymy wyspę wśród innych wysp. Reszta, ta nie licząca się reszta, miejscowi z pobliskiego miasta i pozostali rezydenci dwunastki (którzy nie przeszli naszego gęstego sita, odsiewającego ludzi potrafiących poruszać się na wyższych poziomachświadomości, czyli nas, od tych, dla których przeznaczeniem jest tylko poruszanie się pościśle wyznaczonych trasach na powierzchni matki ziemi), zgodnie ze zwyczajem opanowała czoło i lewą i prawą flankę. Oddzieleni jesteśmy od nich niewidzialnym murem - tymczasowości. Nikt z mieszkańców naszej wyspy nie traktuje pobytu w Małej Akademii Kocborowskiej poważnie i przyszłościowo. Dla jednych jest to tymczasowa przystań przed kolejną próbą dostania się na swój wymarzony kierunek studiów, dla drugich ucieczka przed spełnieniem patriotycznego obowiązku, jakim jest służba ojczyźnie w Ludowym Wojsku Polskim. Nie jesteśmy zwartą grupą, raczej stanowimy klub, którego członkowie są stowarzyszeni na luźnych, bardzo płynnych zasadach, ale w tym chorymświecie znaczy to więcej niż można by sobie to wyobrazić.
Madlena, sztuczny rudzielec o patykowatej posturze, tam gdzie powinny być piersi jest deska, z niewielkimi sękami, co jakiś czas odwraca głowę w moją stronę i patrzy z uśmiechem, którego nie jestem w stanie odcyfrować. Wyciąga rękę i poprawia kołnierz mojego białego kitla, który sterczy najeżony. Nie rozumiem skąd w niej tak nagły przypływ czułości. Czuję się niezręcznie. Powinienem coś powiedzieć, aby zażenowanie nie odbiło się na mojej twarzy zaczerwienieniem policzków, więc mówię:
- Padam na twarz, konam - i wymownie wypuszczam powietrze z płuc.
Uśmiecha się i nachyla się tak blisko,że czuję słodko mdły zapach perfum, męskiego Yardleya. Lubi ten zapach i gdzieś ma napis na flakonie for Men.
- Czy pamiętasz,że kazałeś mi się rozebrać?
Możliwości operacyjne na dyskach mojej pamięci nie są najlepsze, przynajmniej dzisiaj nie mam o nich dobrego mniemania, ale taka pustka, niemożność przypomnienia sobie tak znaczącego faktu, zważywszy, że jestem w okresie życia, w którym inicjują się moje kontakty męsko-damskie, wprawia w zdumienie i zatrważa. Pamiętam, że przez jakiś czas siedziałem z nią na swoim łóżku i czytałem swoje ostatnie wiersze. Kiedy człowiek zachwieje proporcje krwi i alkoholu, na korzyść tego drugiego płynu, zatraca minimum samokrytyki i uznaje każdą zagryzmoloną kartkę papieru za genialny utwór literacki. Świat oniemieje z zachwytu, gdy dobrotliwie zgodzisz się na to by mógł go poznać. Za nic jednak nie mogę sobie przypomnieć, abym zaproponował jej wykonanie striptizu. Aż o takąśmiałość i perwersję nie podejrzewam siebie. Czyżby urwał mi się film? Dałbym sobie głowę uciąć,że poza nieuchwytnymi milisekundowymi utratami przytomnościświat nie schodził z moich oczu. Jednak ocalała resztka zdrowego rozsądku każe założyć,że uległem alkoholowej amnezji i paraamnezji. Prawda jest taka,że ostatni tydzień to przegadane i przepite noce i dnie, jedna wielka biba, w której intensywnie uczestniczyłem, z krótkimi przerwami na obecność na wybranych wykładach. Aby tak bardzo nasza absencja nie rzucała się w oczy, wysyłaliśmy delegację, wyłanianą w drodze losowania, i od czasu do czasu to nieszczęście wypadało na mnie. W takim razie, jaki finał miało nasze tete a tete? Kiepskim zakończeniem byłoby to, gdyby doszło do czegoś czego nawet nie pamiętam.
- To nie możliwe, jaja sobie robisz - odpieram i uśmiecham się, choć wcale ci nie dośmiechu. Można rano obudzić się i nie pamiętać imienia dziewczyny, z którą się spędziło noc, ale zapomnieć to, co się z nią robiło jest stoczeniem się na samo dno. Niżej już nie można upaść.
Madlena milczy, niczego nie wyjaśnia i bawi się moim skrępowaniem. Czekam jeszcze chwilę, ale nie wyjawia, co takiego zdarzyło się wczorajszej nocy. Nie wyrwę tego od niej, ot, tak sobie. Na drętwą zabawę: A zgadnij? nie mam ochoty, siły i cierpliwości. Daję więc kuksańca w bok Pająkowi, który zagłębił się w skrypt. Pomyślałby kto,że taki gorliwy!
- Kurwa, muszę zarzucić trochę kitu, to ja dzisiaj robię wywiad - wstrząsa ciałem, jakby zrzucał namolne paskudztwo, które się do niego przyczepiło.
- Co wczoraj było ze mną w nocy? - pytam przyklejony do jego ucha.
Patrzy na mnie a potem na Madlenę, która najwyraźniej jest rozbawiona tym,że znalazłem się wślepej uliczce. Przed mną olbrzymiaściana, którą mój sfatygowany, wymęczony mózg nie jest w stanie przebić.
- Wyłączyłeś się z całości. Wziąłeś ją i poszedłeś za szafę, odstawiać Szekspira - wyjaśnia Pająk. - Potem Stara Koza przyszła nas uciszyć. Nawet stopery w uszach i półmetrowaściana jej nie pomogły. Rozdarła się jak stara szmata, grożąc nam wyrzuceniem na bruk. Kiedy już babsko uspokoiło się na tyle by opuścić pokój, wtedy na scenie pojawiłeś się ty. Przeszkadzała tobie w klepaniu sonetów. Kazałeś jej wynosić się w cholerę. Nie chciała. Gdy zacząłeś się rozbierać, wyszła, trzaskając drzwiami.
Nieźle. Stara Koza jest kierowniczką domu słuchacza i wieczorem wpada na kilku godzinny dyżur. Ponieważ uczy jednocześnie w liceum medycznym i studium, zapomina,że od dawna jesteśmy pełnoletni; próbuje zamienić nasze gniazdo rozpusty w zwykły internat szkolny, w którym wszystkie dzieci po dobranocce grzecznie myją ząbki, mówią dobranoc i idą spać, kładąc ręce na wierzch pościeli. Początkowo jej macierzyński instynkt bawił wszystkich, ale z czasem wsadzanie nosa w nasze sprawy stało się uciążliwe. Rozpoczęliśmy regularną wojnę, na każdym kroku pokazując,że wzbudza w nas zerowy respekt. Tym razem miało się okazać,że przeszarżowałeś. Ba,żebym się tylko rozebrał, podobno posłałem taką wiązankę słownych kwiatów,że uszy jej zapłonęły wściekłym ogniem. Obecnie mogę się spodziewać dotkliwych i bolesnych konsekwencji. Ten wybryk nie ujdzie mi płazem.
- A Madlena? - pytam Pająka. - Co z nią, wydaje mi się,że wyniosła się razem z Kozą?
Otwierają się drzwi, i Pająk, ponownie zanurza się w skrypcie, pozostawiając mnie w stanie nieświadomości, co do zakończenia wczorajszej nocy.
W sali pojawia się doktorŚcigała, a tuż za nim kroczy ten sam zbirowaty facet, który wcześniej otwierał mi drzwi. Grubym wskazującym paluchem popycha długiego tyczkowatego chłopaka, opatulonego, jak stareńka baba, w kraciasty wypłowiały koc. Nie wiele widać z jego twarzy, zza szpary można tylko dostrzec długi orli nos i nienaturalnieświecące oczy. Właśnie te oczy z przerażająco błyszczącymi białkami uderzają we mnie jak bomba neutronowa, rozsadzając mnie na tryliony małych cząsteczek. Nie rozumiem, co się właściwie dzieje?
Rozpoczyna się spektakl. Doktorek siada za biurkiem, zbir rozkracza się na krześle, postawionym przyścianie, tuż przy drzwiach. To na wypadek, gdyby eksponat chciał dać drapaka, co czasami się zdarza. Ma ręce jak bochny wiejskiego chleba i sam ich widok działa odstraszająco. Nigdy nie potrzebuje kaftanu bezpieczeństwa, obywa się bez niego. Pogruchotał już wiele kości i naderwał mięśni, o takich duperelach, jak stłuczenia i siniaki nie warto wspominać. Ptasiek zgina nogi w kolanach i przykuca. Szybkimi ruchami głowy omiata wzrokiem pomieszczenie i po chwili jego podbródek opada na mostek; zamyka oczy.
Eksponat wzbudza zainteresowanie wszystkich. Nikt nie ukrywa rozbawienia. Dzidziuś, aż dławi się odśmiechu, za chwilę pęknie i usłyszę jegośmiech przypominający turlanie się piłek po pustej hali sportowej.
DoktorŚcigała pozwala się nacieszyć widokiem tego biedactwa, już dawno rozszyfrowałem,że jednym z celów nauczania w Małej Akademii Kocborowskiej jest wywołanie w nas poczucia wyższości i nabrania przekonania,że chory psychicznie pacjent nie jest w pełni człowiekiem, jest jego podgatunkiem; to indywiduum pozbawione empatii, uczuć, które pozwalałyby je traktować ze współczuciem. Należy odwyknąć od współczucia, inaczej nie mamy czego szukać w tym zawodzie. W przeciwnym razie sami staniemy się pensjonariuszami w tymśmietniku ludzkich odpadków.
- Proszę, zaczynamy - odzywa się Bóg i Władca tej częściświata.
Pająk podnosi się i zmierza w stronę Ptaśka, zatrzymuje się metr od niego i siada na krześle. Patrzy na doktorka, następnie z niechęcią zawiesza spojrzenie na eksponacie. Pragnie, aby ten palant pozwolił mu jak najszybciej i bez problemów przeprowadzić wywiad, by móc z powrotem znaleźć się na swoim miejscu i spokojnie odliczać czas jaki pozostał do obiadu.
- Jak się pan nazywa? - wypowiada pierwsze pytanie z serii: kto? gdzie? skąd i jak?, mające umiejscowić gościa w przestrzeni i czasie. Oczywiście w naszej przestrzeni i w naszym czasie. Jest 9 grudnia 1985 roku, znajduję się w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych w Starogardzie Gdańskim, a właściwie w Kocborowie, które w wyniku reformy administracyjnej zostało wcielone do miasta.
Ptasiek nie reaguje, ani drgnie. Prawdopodobnie kolejny katatonik, który tygodniami może stać na jednej nodze udając bociana, z twarzą najszczęśliwszego człowieka naświecie.
- Jak się pan nazywa? - Pająk nie należy do cierpliwych ludzi, a już całkowicie nie ma cierpliwości doświrów, dlatego tym razem pytanie zabrzmiało ostro i zadźwięczała w nim nuta groźby. Widzę oczami wyobraźni, jak na praktyce wiąże Ptaśka mocno pasami dołóżka, robi to z satysfakcją sadysty; aby nie wrzeszczał z bólu, zdziela go pięścią. Siostrze przełożonej komunikuje,że musiał użyć przymusu. Ptasiek ma zagwarantowane unieruchomienie do porannego obchodu lekarskiego. Oczywiście w jego karcie chorobowej nie odnotuje się tej formy terapii.
Tym razem głowa pacjenta wykonuje szybki ruch w górę i ptasi dziób skierowany jest w stronę Pająka. Przygląda się mu ciekawie. Po chwili z jego gardła wydobywa sięświst zmieniający się w pisk, to nieprawdopodobne - jest to pisk ptaka.
Pająk ze zgłupiałą miną spogląda na doktoraŚcigałę, jakby w jego kamiennej twarzy mógł ujrzeć jakąś wskazówkę umożliwiającą mu dostanie się do mózgu tegoświra.
- W takim wypadku należy spytać, czy potrafi pisać - mówi spokojnym głosem doktorek.
No jasne, przecież to takie oczywiste, facet nie mówi tylkośpiewa jak kanarek, ale potrafi pisać, każdy by na to wpadł.
W sali zawisa teatralna cisza, nawet z facjaty Dzidziusia schodzi idiotyczny uśmiech. Każdy czeka na rozwój wypadków. Prawdopodobnie wielu z nas stara się sobie przypomnieć, jak wydobywano słowa z Whartonowskiego Ptaśka. Ja także usiłuję wykrzesać to ze swojego klejącego się i zawieszonego w malignie umysłu, ale przed sobą mam tylko obraz Ptaśka z filmu Parkera, który idealnie przystaje do kucającego chłopaka. Być może nazbyt wziął do siebie lekturę tej książki i zaczął identyfikować się z jej tytułowym bohaterem.
- Czy pan potrafi pisać? - pyta Pająk.
Ptasiek dwukrotnie kiwa głową, jednocześnie machając skrzydłami i wydaje krótki pisk. W swoim języku powiedział - tak. Z Pająka opada worek kamieni, za chwilę skończy toświrowanie i będzie mógł sztachnąć się papierosem, a później obiad.
Kładzie przed Ptaśkiem brulion i długopis.
Kiedy chłopak chwyta Zenitha w usta, po dobrej chwili dociera do mnie,że dla ptaka dziób jest tym czym dla człowieka ręce. Ten sposób pisania opanował wyśmienicie, mija pół minuty i Pająk podnosi brulion w kratkę, na którym nabazgrano ?Andrzej?.
I właśnie wtedy z tyłu, pod moją czaszką rozbrzmiewa alarmowy buczek, chwytam się kurczowo drewnianego siedzenia, aby wytrzymać ten przeraźliwy dźwięk rozrywający moje ciało. Za chwilę eksploduję. To jest niepojęte! Ten chłopak zamknięty w ptasimżyciu, schowany za nieprzeniknionym murem to... Oszałamia mnie bezlitosność tego odkrycia. Andrzej odnajduje mnie wzrokiem w tłumie. Bez wątpienia zareagowały nasze związki emocjonalne, zaszły na siebie płaszczyzny naszej podświadomości. Poczułem, jak wchodzi w mój umysł. Na chwilę, także i ja mogę ujrzeć jego myśli. A potem purpurowa krew zwalnia bieg i zamiera w moichżyłach, przerażenie wdziera się w moje serce, ciemność rozrasta się wokoło, aż wreszcie mnie całkowicie pochłania.


Przebudzam się na leżance, przed sobą mam oczy Marty, piguły z ósemki, na jej dekolcie widzę morze pieprzyków, podobno całe jej ciało pokryte jest brązowymi cętkami, a jej cipkę pokrywa futerko w tym samym kolorze co włosy. Nigdy jeszcze nie widziałem nagiej rudej kobiety. Zyga zapewnia,że jest doskonała w te klocki. Czy to możliwe,żeby ona z nim?
- No już - mówi i odsuwa się, pozostawiając mnie wśród gryzących oparów amoniaku.
Leżę jeszcze przez chwilę z oczami wlepionymi w sufit. Siostra Marta pyta, czy chcę sobie poleżeć. Zaprzeczam. Myśl o pozostaniu samotnie w tym pokoju przyprawia mnie o utratę zmysłów. Boję się tego. Powracam do postaci Ptaśka i wszystko się układa w jeden wyraźny obraz. Potrzebuję tylko potwierdzenia.
- Jak ma na nazwisko chłopak, którego przyprowadzono na zajęcia? - pytam.
- Kruk. Andrzej Kruk. Przywieźli go tydzień temu.Żal chłopca, ma osiemnaście lat i ostre objawy schizofrenii. Kiedy pan zemdlał, on doznał ataku szału i omal nie rozniósł sali. Chciał się przedrzeć do pana. Na szczęście Augustowi udało się go w porę obezwładnić. To dziwne, dotychczas był spokojny. Leży teraz w pasach. Zna go pan?
Zamykam oczy, aby w ten sposób uciec od odpowiedzi na to pytanie. Po chwili nabieram głęboko powietrze i podnoszę się, siadając na kozetce.
Już wszystko jest w porządku - oświadczam.
Na pewno? - oczy siostry Marty powątpiewają w to.
Na pewno.
Dziękuję iżegnam się. Jak najszybciej chcę stąd wyjść.


Madlena, Patrycja i Ewka czekają na mnie przed oddziałem. Trzy papużki nierozłączki. Wyglądają jak siedem nieszczęść w tych białych niedopasowanych, wiszących na nich kitlach. Każdażarłocznie pochłania papierosa. Ich usta zamieniają się w ustniki, a płuca w popielniczki. Uśmiechają się do mnie i przyglądają uważnie.
- Jakie to traumatyczne przeżycie spowodowało twój upadek? - kpi Ewka i bierze mnie pod ramię.
Idziemy na stołówkę, która mieści się w największym, położonym centralnie budynku gospodarczym. Szpital to kompleks budynków z ciemno bordowej cegły, wybudowanych w czasach II Rzeszy, otoczonych murem. Jest to samowystarczalne miasteczko tworzące zamknięty organizm. Każdy oddział zajmuje dwu lub trzy piętrowy budynek; większość z nich otaczają mikroskopijne parki - kilka drzew, krzewów i krzaków, i dwie drewniane pomalowane na białoławki, na których bez względu na porę roku, nawet w najsłoneczniejsze dnie, nigdy nie można ujrzeć pensjonariuszy. Wyjście na zewnątrz jestściśle limitowanym i wyjątkowym przywilejem, dla wybranych i najbardziej posłusznych pacjentów. Zazwyczaj sprowadza się to do możliwości sprzątania, obecnie odśnieżania, wewnętrznych uliczek i chodników, czy do przywiezienia z budynku gospodarczego termosów z posiłkami.
Mijamy wieżę z zegarem, każda z jego czterech tarcz wskazuje inną godzinę. Na nic zdają się wielokrotnie podejmowane próby naprawienia jego mechanizmu, po upływie kilku dni zegar ponownie dla każdej ze stronświata wyznacza inny czas.
Dziewczyny opowiadają, jak Ptasiek dostał kompletnegoświra, zaczął frunąć w moją stronę, piszcząc niemiłosiernie ptasim piskiem. Skoczył na pierwszy rząd, i dawaj po nich. Zanim August, salowy, schwytał go i wziął w miażdżące kleszcze swoich rąk, zdążył przystawić dziób do mojej głowy.
- Myślałam,że ten psychol naprawdę chce cię rozdziobać na kawałki - zwierza się Ewka. - Obok ciebie,żaden z nich nie przejdzie obojętnie, co?
Zbywasz tę uwagę milczeniem, ale coś jest w tym, co powiedziała. Kaziu, Duch Księcia Radziwiłowicza, katatonik, który jako jeden z dwóch pacjentów ocalał z pożaru szpitala psychiatrycznego w Dolnej Grupie - rzeczywiście, tak jak przekazywały media chorzy całymi dniami byli tam przywiązywani dołóżek i zamknięci w małych salach, dlatego ogień pochłonął tyleśmiertelnych ofiar - wyznał,że kradnę mu myśli i unika mnie, jak diabełświęconej wody. Oczywiście dla niego to ja jestem szatanem, który przybrał ludzką postać.
W stołówce tylko personelowi przysługują noże, słuchaczom ich się nie wydaje. Na początku podjąłem walkę o równouprawnienie, przekonywałem stare matrony w kuchennym okienku,że posiadam elementarną wiedzę o sposobie posługiwania się sztućcami, więc nie istnieje zagrożenie,że przez przypadek podetnę sobieżyły lub przystawię ostrze do czyjegoś gardła, było to jednak niepotrzebne strzępienie sobie języka. Patrzyły na mnie i słuchały ze stoickim spokojem, tak,że rzeczywiście zaczynałem się czuć, jak wariat. Każdy ze słuchaczy Małej Akademii Kocborowskiej zmuszony jest przynosić nóż ze sobą, tym razem zapomniałem o nim. W ogóle od jakiegoś czasu coraz częściej zdarzają mi się czarne dziury w pamięci. Mam skorodowany mózg. Dręczy mnie bezsenność. Powinienem wreszcie przystopować z uczestniczeniem w przeciąganych w nieskończoność baletach, choć na chwilę należy się wytchnienie skatowanemu ciału.
Myślę o tym, patrząc na sczerniałe piure, specjalność miejscowej kuchni, które nigdy nie jestem w stanie przełknąć z otwartymi oczami i rozpadający się filet, nieznanego mi gatunku ryby.
Na szczęście mogę się obyć bez noża i przy pomocy aluminiowego widelca, ze zginającymi się jak guma zębami, kawałek po kawałku pochłaniam morską padlinę, jak nazywa ten rodzaj potrawy Madlena, która od roku wyłącznieżywi się korzonkami, kiełkami, marchwią, gotowanymi burakami, sałatą, płatkami owsianymi i jęczmiennymi, a przede wszystkim ryżem. Siedzi przy stoliku aby dotrzymać nam towarzystwa. Milczącego towarzystwa, bo zazwyczaj cała jej konwersacja sprowadza się do używania zaimków na przemian z mhmm i uhu, a i tak jest to rzadkość.
Tym razem Madlena zrywa ze swoim zwyczajem i zwraca się do mnie:
- Ptasiek pochodzi z twojego miasta. Na karcie jest adres Brzozowa 19.
Podnoszę niechętnie głowę znad talerza, przerywam dostarczanie energii wygłodzonemu organizmowi. Ma wielkie ciemno brązowe oczy. Oczy zabłąkanego kundla, który wzbudza potrzebę okazania mu ciepła. Od miesiąca potrafię wyczytać z nich coś niecoś i rozumiem,że czegoś się domyśla, coś przeczuwa, a może już wie.
Zastanawiam się, czy zobowiązany jestem to powiedzieć, w imię przyjaźni, która domaga się bezustannie dostarczania opału dla podtrzymania jej ognia, i co mogę powiedzieć? Dlaczego wylądowałem przy stole z tak wścibskimi kobietami? Mogłem przewidzieć,że czeka mnie przesłuchanie, brakuje tylko lampyświecącej prosto w oczy.
- Znam go - odzywam się po dobrej chwili, w której zdążyłem przełknąć kęs mdłego fileta.
Jak na komendę Patrycja i Ewka kierują głowy w moją stronę i posyłają pytające spojrzenia.
- Nie chcę o tym gadać - stawiam jasno sprawę i skupiam swoją uwagę na zawartości talerza, postanawiam wyjątkowo opróżnić go w całości, dając do zrozumienia,że nie chcę aby ktokolwiek przeszkadzał mi w delektowaniu się niebiańskim smakiem tej potrawy.

DYWANIK

Przenoszę wzrok wyżej, dwadzieścia centymetrów nad głową magistra inżyniera rolnictwa o specjalności budowy maszyn rolniczych, dyrektora Zespołu Szkół Medycznych, czterdziestopięcioletniego mężczyzny, o nalanej, czerwonej twarzy, z grzywką zaczesaną na pożyczkę, z podwójnym podgardlem i napęczniałym brzuchem, ubranego w sfatygowany przedpotopowy siwy garnitur, znoszoną, trzaskającą w szwach koszulę i w szerokim krawacie w szkocką kratkę. W swoich oczach jest eleganckim gentlemanem, odcinającym się korzystnie od niechlujnej, pozbawionej klasy i dobrego smaku młodzieży, z którą zmaga się od dwudziestu lat, starając się jej wpoić wzorce porządnego i pożytecznego obywatela.
Przed sobą mam gobelin utkany nieznośnie cierpliwymi rękami kocborowskich pensjonariuszek w ramach zajęć terapeutycznych, przedstawiający orła białego. Coś mi w nim nie pasuje, dostrzegam jakąś niezgodność ze wzorcem orła widniejącym na godle narodowym. Wreszcie doznaję oświecenia - to ptaszysko ma pięć szponów na każdej nodze, a powinny być widoczne cztery. Z trudem powstrzymuję uśmiech samozadowolenia ze swej spostrzegawczości.
- Taa... rozumiecie,że musicie ponieść konsekwencje tego karygodnego zachowania?
Wracam wzrokiem na jego twarz i milczę, uznając,że brak odpowiedzi będzie najlepszą odpowiedzią.
- Wyglądacie na inteligentną osobę, rozumiem,że młodość ma swoje prawa, sam przecież byłem młody - zwiesza na chwile rozmarzony głos. Nie podejrzewam go o powrót do sielskiego obrazka ukochanej rodzinnej wsi, sądzę,że przypomina sobie gołe uda Jagny z miejscowego sklepu Gs-u - jego pierwszej wielkiej miłości. Twarz mu jednak szybko tężeje i przybiera służbowy, przerysowanie karcący wygląd. - Niemniej nie wolno tolerować chamstwa, bo jakże inaczej można nazwać ten wybryk? W waszym wieku to nie wypada. Powinniście wiedzieć o zgubnych skutkach nadużywania alkoholu, o nieprzystosowaniu naszego organizmu do spożywania go w dużych ilościach. Naprzeciwko waszych okien przebywają ludzie, którzy z trudem walczą teraz z tym nałogiem. Chyba nie zamierzacie trafić na ich miejsce?
Tym razem cisza jest dłuższa niż powinna być, nie jest to zwykła pauza w długim monologu, potrzebna do nabrania głębokiego oddechu, przełknięciaśliny i dania na chwilę wytchnienia nadwerężonym strunom głosowym. Rozumiem,że zobowiązany jestem zabrać głos, aby dopełnić całości koniecznej w takich wypadkach ceremonii - dyscyplinującej rozmowy, w jakiej mi przyszło wziąć udział przez własną głupotę. Czas na samokrytykę, której tak bardzo nie znoszę, uważając,że jest to gwałt dokonywany na samym sobie.
- Wydaje mi się,że nie byłem wtedy pijany, raczej zmęczony - mówię. - Zostałem wyrwany z głębokiego snu i nie do końca wiedziałem, co i do kogo mówię. Naprawdę nie pamiętam.
Ucieczka w chwilową amnezję, pomroczność jasną, wydaje mi się być genialnym wybiegiem, zwłaszcza w tym miejscu powinna być zrozumiana moja czasowa niepoczytalność.
- Można przyjąć to jako wytłumaczenie, ale ono nie usprawiedliwia obrażania tak zasłużonej nauczycielki, która poświęca całą swoją energię dla naszej szkoły. Wychowała tysiące doskonale wykwalifikowanych fachowców w swojej dziedzinie. Dlatego musicie ponieść zasłużoną karę. Zostanie pan przeniesiony do innej pracowni pielęgniarskiej. Do profesor Krzyk. Dostaje pan także pouczenie i ostrzeżenie,że przy następnym tego typu ekscesie wyciągnięte zostaną najsurowsze z możliwych konsekwencje, włącznie z relegowaniem ze szkoły. Czy zgadza się pan z tym?
Po raz kolejny wybieram milczenie jaką najlepszą formę odpowiedzi, uważam, że może ono być odebrane tak, jak życzy sobie mój rozmówca, a przy tym zachować mi twarz. Obawiam się zresztą,że mój niewyparzony język i skłonność do ironicznego patrzenia naświat, mógłby pogorszyć moją i tak nienajlepszą sytuację. Przyznaję w duchu rację,że trudno by było obecnie Starej Kozie uczyć mnie prawidłowegościeleniałóżek, podkładania basenów, wykonywania iniekcji i lewatyw. Jako stara panna rzeczywiście bezgranicznie poświęca się przeistaczaniu nas w swój ideał pielęgniarki i pielęgniarza.
- To wszystko - stwierdza i zaczyna niecierpliwie bębnić palcami po blacie biurka, na którym leży gruba szklana tafla, a pod nią kalendarz PCK i widokówka z jakiegoś egzotycznego kraju - Kuby albo Libii; oczekując aż wreszcie zejdę z jego oczu, by mógł wreszcie po tak wyczerpującej i stresującej rozmowie, nachylić się i sięgnąć z szafki biurka po flaszkę czystej wódki. Jak głosi plotka od lat bezskutecznie walczy z tym nałogiem i już dwukrotnie miał wszyty w pośladek esperal.


CYGANICHA, PUSZCZANIE PAWI
I BIAŁY MIŚ

Naprawdę wolałbym leżeć zwinięty w kłębek, z głową wciśniętą pod poduszką, gryząc prześcieradło i starając się za wszelką cenę usnąć, dać wytchnienie skołowanej mózgownicy niż wlec się do miasta, do knajpy, zwanej przez nas ?Pod zdechłym psem?, w której człowieka zakatują słodziutkim aż do mdłości George Michaelem,łkającym Careless Whisper. Tak, tego mi trzeba! Hibernacji. Bezlistne drzewa nie pocieszają, jeszcze bardziej pchają nos do ziemi. Na szczęście za chwilę pożre je mrok i przestaną gnębić i tak przygnębionego człowieka. Nie mogę przestać myśleć o Andrzejze. Do wszystkich innych problemów musiał jeszcze przybyć ten! Czasami marzę, aby mój rezerwuar współczucia wyczerpał się, byłobyłatwiejżyć.
- Co za dupa! - odzywa się Pająk na widok dziewczyny z długimi po tyłek czarnymi włosami, w krótkiej skórzanej białej spódnicy i długich kozakach w tym samym kolorze.
- To jeszcze kryminał - strofuje Zyga, mając na uwadze jej młody wiek. Piętnastka, jak nic!
Dziewczyna jakby czuła siódmym zmysłem,że jest tematem wygłodniałych samców, chorych od pożądania, bo Merlin jest w trakcie przyjmowania wizyty ciotki, a ręką nie lubi tego robić; o ustach nie ma nawet co marzyć, i odwraca ku wam głowę. Ma piękne duże węgliste oczy, w których każdy może zakochać się na zabój.
- Cygański pomiot - orzeka tonem znawcy Oko, jedyny wśród nas prawdziwy narodowiec, dla którego każdy czarny powinien leżeć na asfalcie, a cygan, jak każdy złodziej powinien być przybity za jaja do drzewa.
Co ja tutaj z nimi robię? - pytam siebie, a ona okręca swój tyłek i idzie prosto do nas. Oko aż drgnął z przestrachu, a nuż usłyszała i teraz wydrapie mu czysto polskie, przekrwione od wódy, oczy.
Niestety nic takiego się nie dzieje, dziewczyna wypatrzyła na tylnym siedzeniu wolne miejsce i tam siada, bezwstydnie kładąc nogę na nodze. Po chwili czuję ostry zapach dusznych radzieckich perfum zmieszanych z zapachem dezodorantu zielone jabłuszko. Ach, cóż za gnuśno-swojska mieszanka zapachowa powalająca każdego na kolana. Od razu tracę erekcję i fallusik wraca do przyzwoitych rozmiarów.
- Czy możesz dać mi ognia? - Cyganicha pyta Dzidziusia, który z wrażenia chyba dozna niekontrolowanego opróżnienia pęcherza. Biorę każdy zakład,że jest jeszcze prawiczkiem ugniatającym codziennie swojego ptaka.
- Ognia?
- No.
Zyga ratuje Dzidziusia przed kompletnym blamażem i przystawia do krwistoczerwonych ust zapalniczkę zżółtobłękitnym płomykiem. Dziewczyna, zanim spojrzy na czyniącego ten gest dżentelmena z podziwem patrzy na zapalniczkę: z najszczerszego srebra, z wyraźnie wygrawerowanymi inicjałami dziadka Zygi, sierżanta Vermahtu, który podobno utopił się podczas ewakuacji z Gdańska.
- Dzięki - mówi i posyła mu jedno z dobrze wyuczonych spojrzeń, które ma zakasować wszystkie spojrzenia innych kobiet.
Za chwilę tył autobusu oddzieli się od reszty, tak elektryzuje się powietrze. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co dzieje się w spodniach Dzidziusia, Pająka i Oka. Za dobrze znam Zygę aby uwierzyć w to,że dał się zakasować takiej małolacie. To raczej pies na dojrzałe kobiety a nie nimfetki. Nieźle się musi bawić całą sytuacją.
- Spadamy - podnosi się, dając znak do wyjścia.
Ostatnie kilka minut wyleciało mi gdzieś zżyciorysu. Zaczynam się poważnie niepokoić chwilowymi dziurami w pamięci. Podążam za plecami Zygi i dopiero na chodniku orientuję się,że Pająk i Oko pozostają w autobusie. Nawijają coś do dziewczyny. Ale Cyganicha tylko odkrywa idealnie białe uzębienie,śmiejąc się im w twarz. Autobus rusza, przecież szofer nie będzie czekał aż zbajerują laskę, więc jadą dalej. Następny przystanek zakłady farmaceutyczne ?Polfa?. Miłej podróży.
- Pojeby - komentuje Zyga.
Lokal jest zaciemniony na czerwono i po wkroczeniu do niego mam wrażenie, że znajduję się na statku kosmicznym Hana Solo z pierwszej części ?Star Wars? i ku swojemu zaskoczeniu słyszę, jak z głośników sączy się senny głos Sade. Co za ulga. Nie musimy wcale szukać waszych kwok. Po kłębach dymu trafiamy do ławy, którą obsiadły. Szybki rzut oka na nie pozwala stwierdzić,że towarzystwo dobija do dna drugiej butelki piwa nałebka. Madlenie i Patrycjiświecą się już oczy - marycha także była w użyciu. Ewka w nieśmiertelnej czerni wpatrzona jest w swoją miłośćżycia - Jazzmana,łysiejącego gogusia w wiecznej niezniszczalnej skórzanej kamizelce hareleyowca. Irytuje mnie jego czerwona zniewieściała, biseksualna, apaszka zawiązana pod szyją. Kolejny utajniony miłośnik chłopięcych tyłków, który nie ma odwagi przyznać się przed sobą i innymi do swojej prawdziwej preferencji seksualnej.
- Jesteście - wydaje z siebie okrzyk radości Madlena.
Prostuję. Daję jej więcej niż dwa piwa i jeden joint.
- A reszta - pyta Patrycja.
- Pojechała za jakąś siksą - wyjaśnia Zyga.
Zamawiamy po chmielu i szybko nadrabiamy towarzyskie zaległości. Nie po raz pierwszy z przykrością stwierdzam,że gdyby nie wspólne picie długo byśmy nie wytrzymali ze sobą. Wpadlibyśmy w otchłań nudy. Jazzman, wyrośnięte dziecko kwiatów, znowu zaczyna wracać do swojej młodości. ?Tak, kochani już niedługo dopadnie mnie wiek Chrystusowy?. Opowiada, jak po raz pierwszy wżyciu ujrzał Harleya Davidsona. Zakochał się w nim. Cały czas miał przed oczami ten boski motocykl. Po jakimś czasie sprzedał swoją WFM-kę i z ogłoszenia kupił jakiegoś rupiecia, którego przez dwa lata składał do kupy. ?Kochani, wreszcie miałem swojego Harleya Davidsona!? Zapala się tak jakby po raz pierwszy ujrzał nażywo nagą kobietę. Nie mogę zrozumieć co Ewka widzi w tym facecie. Egzaltowany jest jak dwunastolatka piszcząca na widok swojego ukochanego gwiazdora. Zwolennik trociczków, jazzu i psychoterapii grupowej. Nigdy nie przyjąłem jego zaproszenia do odwiedzenia piwnicy, w której stworzył klub dla podobnych do niego zakompleksionych popaprańców, pełnychżalu i pretensji doświata nie uznającego ich nadwrażliwości.
- I co z nim zrobiłeś? - pytam, bo nigdy nie widziałem go na tej wspaniałej maszynie, na której, trzy lata po moim urodzeniu, Peter Fonda, Dennis Hooper i Jack Nicholson przemycali kokainę z Meksyku do Kalifornii, co mogłem obejrzeć w DKF-ie, studyjnym kinie, do którego regularnie uczęszczałem każdego tygodnia, co czwartek.
Jeszcze chwila i zaparują mu szkła okularów ze wzruszenia, po dobrej minucie, niemiłosiernie przedłużonej pauzie teatralnej, odpowiada:
- Sprzedałem.
Mam wreszcie skubańca! Złapałem go za przyrodzenie i mogę zmiażdżyć jego zawartość.
- Jak to, mówiłeśże nie traktowałeś tego motocykla jak zwykłej maszyny - mówię. - Kochałeś go. Był dla ciebie jak kumpel, gadałeś do niego jak do psa, i sprzedałeś? - celowo go przyduszam do parteru. Nie znoszę jego wynoszenia się ponad innych. Bije mnie pod tym względem o kilka głów. Ma za swoje.
- Musiałem - odpowiada krzywo.
Madlena posyła mi porozumiewawcze spojrzenie - ależeś mu przyłożył i uśmiecha się prawym koniuszkiem warg. Puszczam jej oczko.
Jazzman połapał się,że wpadł we własne sidła, przegrał sromotnie, koniec na dzisiaj z marzeniem bycia duszą towarzystwa, wodzenia za nos małolatów. Gdyby spojrzenie mogło palić, to miałbym wypaloną twarz od jego wzroku. W odpowiedzi szczerzę mu zęby. Mam gdzieś co sobie o tobie pomyśli. Nigdy nie będziemy kumplami. Dzieli nas więcej niż stąd do Warszawy.
Długo jednak nie trwa moja radość. Ileż czasu można się masturbować poczuciem własnej wielkości? Markotnieję. Oddzielam się od reszty o lataświetlne. Zamawiam kolejny browar, w którym pokładam dużą nadzieję,że pomoże mi przetrwać ten wieczór. Przypominają mi się słowa Charles?a Baudelaire?a, który uważał,że trzeba być zawsze pijanym, aby nie czuć ciężaru Czasu, co zgina ramiona i pochyla ku ziemi.
- Rozluźnij się -łokciem pobudza mój bok Zyga i stuka swoją butelką o moją.
Wypijamy milczący toast. I staram się wciągnąć w rozmowę. O czym właściwie gadają? Aha, znowu szpital. Nawet za jego murem nie można się od niego uwolnić.
- Nie znoszę chorych kobiet - oznajmia Madlena. - Są prostackie i wulgarne. Nie dbają o siebie, chodzą jak flejtuchy. Faceci są barwniejsi, mają bardziej ciekawe i konkretne odjazdy.
- Każdy tam z upływem czasu chamieje - słusznie zauważa Patrycja.
- Czemużeście tacy monotematyczni - wtrąca Zyga.
Kiedy kelner kładzie przede mną talerzyk z tatarem,żółtkiem i bułką - kto do cholery zamawiał tożywe mięso? - wszystko we mnie podnosi się do gardła. Wykonuję rozpaczliwy ruch, wołający o pomoc gest, na szczęście Zyga, mój kochany Zyguś ma głowę na karku i wie co należy zrobić w takim przypadku. Prowadzi mnie do kibelka, otwiera przede mną jedne drzwi i potem drugie.
- Nie klękaj, szczochy po kostkę - strofuje i stara się trzymać mnie za chabety.
Na nic to jednak. Zwalam się całym ciężarem na betonową posadzkę i wkładam głowę w sedes. Puszczam olbrzymiego pawia. Wylatują ze mnie wszystkieśniadania, obiady i kolacje z ostatnich dwu tygodni. Drę się przy tym niemiłosiernie. EEEUUUROOOPAAAA! Po wszystkim wreszcie dociera do mnie w jakim koszmarze się znalazłem, ktoś nie spuścił wody albo kanalizacja jest zapchana, wokoło mnie ocena szczochów. Ponownieżołądek podchodzi do gardła, ale nie mam już czym wymiotować.
- W porządku? - pyta mój anioł stróż.
Wstaję i przytakuję mu głową uśmiechnięty jak stuwatoważarówka: - Cóż za ulga wyrzygać całą kocborowską kuchnię.
Kiedy wychodzę z WC, przykuwam uwagę całej sali. Zawsze się znajdzie frajer, z którego będzie się można ponabijać. Dzisiaj na mnie przyszła kolej robić za klauna. Niektóre facjaty pozbawione są poczucia humoru i patrzą na mnie pogardliwie, obrzydzenie ażścieka im po brodzie na serwetę.
- Zabierzcie to, bo znowu mójżołądek wykona fikołek - oświadczam na widokżywego mięsa.
- Skoro nie jesz, to ja wszamię za ciebie - Dzidziuś sięga po talerz i go zabiera z moich oczu.
Kto by pomyślał,że w takim kurduplu pomieści się tyle pokarmu. Nikt w gnieździe rozpusty, na naszym pięterku, nie ma takich zapasów prowiantu, co ten syn małorolnego chłopa. Jako jedyny w naszym gronie reprezentuje polską wieś. Nie mogę sobie przypomnieć, czy w naborze do Małej Akademii Kocborowskiej obowiązywały jakieś punkty za pochodzenia. W przyszłości zamierza leczyć zwierzęta, musi tylko podszlifować biologię i chemię, aby dostać się na weterynarię. Kocborowo to idealne miejsce do tego - nie ma kwestii.
- A co zamierzacie robić trzynastego? - Jazzman wzmocniony moim blamażem podejmuje próbę odzyskania swojej dawnejświetlanej pozycji.
- Trzynastego? - Dzidziuś przerywa pałaszowanieżywego mięsa.
- No tak, tam u was na wsi tanki nie stały - mówi z sarkazmem Zyga.
- Przydałoby się wzniecić powstanie w szpitalu - rzucam, aby cokolwiek powiedzieć.
Oczami wybujałej wyobraźni widzę komentarze w lokalnych gazetach. Grupa chorych psychicznie ze szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w Kocborowie wznieciła zamieszki wymierzone przeciwko dokonującym się w naszym kraju reformom w szpitalnictwie psychiatrycznym. Dokonano licznych aktów wandalizmów polegających na próbie otwarcia zębami drzwi i okien ( pozbawionych klamek ), zniszczenia sienników i pościeli. Naścianach przy pomocy ludzkich ekskrementów, tak drodzy czytelnicy, do takiego paskudztwa się dopuszczono, napisano obsceniczne hasła: RZĄDZĄ NAMI WARIACI. POLSKA TO KRAJ ANORMALNY. Podpisano: SOLIDARNOŚĆ WARIATÓW. Prowodyrem wymienionych aspołecznych działań był Duch Księcia Radziwiłowicza.
Tak, rocznica stanu wojennego stworzy kolejną dobrą wymówkę dania sobie czadu i zalania pały. Boże, czy naprawdę młodość jest taka wulgarna?! Imprezowanie bezustannie trwa w Kocborowie, i chyba nigdy się nie zakończy. Dopiero na dwa tygodnie przed końcem semestru przewiduję ogłoszenie przerwy i wszyscy z nas przypomną sobie o konieczności zdobycia wiedzy na temat oklepywania pleców pacjentów długo leżących i cewnikowania.
Zauważyłem,że na waszych imprezach zjawia się coraz więcej lokatorów domu słuchacza, a nawet ostatnio wpadają miastowi. Degrengolada, jak wielka czarna dziura, pochłania kolejne ofiary.
- To za pokolenie stanu wojennego! - wznosi toast Jazzman, który raczej należy do pokolenia wypadków Radomskich.
Wszyscy poza mnąłapczywie nabierają duże hausty piwska do gardeł. Mójżołądek nie jest w stanie czegokolwiek zatankować poza gorzką herbatą. Z przykrością stwierdzam,że dzięki wizycie w toalecie i zrzuceniu z siebie zawartościżołądka jestem najmniej pijany z całego towarzystwa, co w dalszej perspektywie może być trudne do wytrzymania. Wszyscy staną się nagle uciążliwie irytujący.
- Tak, masz rację Zyga, rzeczywistość jest strasznie pogmatwana, a Bóg jest ciągle na haju, bo jak inaczej można wytłumaczyć to popapraństwo naświecie? - odpowiadam po dziesięciu minutach uprzejmego słuchania wynurzeń mojego anioła stróża od puszczania pawi. Za zobowiązania trzeba płacić.
- Wynośmy się stąd! - wrzeszczy Ewka. - Nie mogę tego słuchać.
Z głośników leci:

Biały miś, biały miś dla dziewczyny,
którą kocham i kochać będę wciąż,
lecz dziewczyna jest już z innym
i pozostał jej tylko biały miś.

Może należymy do zdegenerowanego pokolenia, ale przynajmniej gustów muzycznych nie mamy knajackich.


- Chcemy być sobą! Chcemy być sobą wreszcie! - drze się, a w swoim mniemaniuśpiewa na całe gardło, aż do zdarcia strun głosowych Dzidziuś, kiedy znajdujemy się na zewnątrz.
Od mrozu tężeją policzki a powietrze ma gąbczastą konsystencję. Na ulicy nie mażywej dusz poza nami. Uliczne lampy są ociemniałe. Nadal Jaruzel oszczędza energię elektryczną. Dopiero na rynku wpadamy w kręgiświatła i napotykamy milicyjną sukę.
- O pały! - cieszy się radością czubka Dzidziuś.
Chłopcy patrzą na nas, ale oni i my dobrze wiemy,że nie będzie się im chciało wystawić swoje granatowe tyłki na tę zimnicę, aby wylegitymować kilku idiotów i idiotek. To mróz wykona za nich pracę i przepędzi nas stąd.
Na przystanku autobusowym czuję jak wilgotne od moczu spodnie przyklejają się do kolan. Zęby zamieniają się w dzwonki, a ciało wstrząsa delirka.
- Zajebiście zimno - wypowiada na głos opinię wszystkich Zyga. - W 81 na pewno stał tu jakiś SKOT i węglak, byłoby gdzie ogrzaćłapska.
I stan wojenny miał swoje plusy.
Autobus przyjeżdża po dobrej pół godzinie od wyznaczonego czasu na rozkładzie jazdy. Wszystkie szyby ma pokryte centymetrową warstwą lodu. Stan pasażerów - zero.
- To ostatni kurs - oznajmia Patrycja.
A więc załapaliśmy się na ostatni spóźniony autobus do Kocborowa. Nikt nie zawraca sobie głowy kasowaniem biletów. Kanar, który sprawdzałby je o tej porze i w tak niesprzyjających warunkach pogodowych, nadawałby się na natychmiastowe założenie kaftana bezpieczeństwa i długie leczenie psychiatryczne. Kierowca upoważniony do kontroli biletów najwyraźniej ma gdzieś nas i MPK.

STRYCZEK

A jednak wczorajszy dzień okazał się być najgorszym dniem w moim życiu, przynajmniej gorszego nie jestem sobie obecnie w stanie przypomnieć. Myśl o tym, co przyniesie dzisiejszy wywołuje odruchowe zaciśnięcie powiek i nałożenie poduszki na głowę. Uważam, że najrozsądniej będzie dzisiaj nie wychodzić z łóżka, nie opuszczać pokoju, wyłączywszy konieczność wykonania czynności fizjologicznych. Dopadł mnie jakiś fatalizm, z którym nie potrafię sobie poradzić. Szukam w pamięci określenia na tę fobię, by przyporządkować jej jednostkę chorobową, do której mój umysł na pewno, z każdym dniem pobytu w tym miejscu się zbliża. Zastanawiam się, czy słusznym wyborem było rezygnowanie ze zdawania egzaminów na psychologię w Poznaniu, które według zapewnień twoich protektorów, miałem w kieszeni - taki talent do rozbierania ludzkiej psychiki na czynniki pierwsze rzadko się, według nich zdarza. Obraziłem się na cały świat za to,że nie przyjęli mnie na reżyserię filmową wŁodzi, tam gdzie nie miałeś nikogo znajomego, nawet magazyniera sprzętu oświetlenia planu. Do dzisiaj nie rozumiem, jak mogli zażądać ode mnie dostarczenia amatorskiego filmu i nie przeczytaliżadnego moje utworu literackiego,żmudnie przepisywanego przez protokolantkę sądu rejonowego na maszynie należącej do tejże, wywołującej ciarki na plecach, instytucji, pomiędzy jedną a drugą sprawą rozwodową. Wytknęli mi moje nienajlepsze pochodzenie społeczne, i to w czasach, gdy głośno się mówi o wyrównaniu szans startu młodych ludzi, pochodzących z tak zwanych klas pokrzywdzonych przez istniejące w przeszłości dysproporcje klasowe w społeczeństwie. Dałem tym burżujom i arystokratom, znającym na pamięć każdą gałązkę własnego drzewa genealogicznego, możliwość zrehabilitowania się za krzywdę jaką wyrządzali ich przodkowie mojej rodzinie, a oni nie chcieli skorzystać z poprawienie swojego wizerunku w moich oczach. To przez nich trafiłem do szpitala dla wariatów i teraz muszę patrzeć naświat poprzez okna pozbawione klamek.
Mój dziadek, ojciec mojej matki, pewnego razu nie wytrzymał tego wszystkiego. Wziął kawałek sznurka, wykonał prostą pętlę, sprawdził, czy jest solidnie związana, stanął na krzesło ( zwykłe drewniane krześle, z którego już dawno zeszła farba i lakier ) i założył ją sobie na szyję. Może się wcześniej przeżegnał i poprosił Boga o to, by wsparł go na duchu i pomógł mu tego dokonać ( aby tym razem się udało, przecież tyle rzeczy mu wżyciu nie wyszło ).
A może nie wykonał znaku krzyża przed założeniem sobie pętli? Może tak jak w siebie, nie wierzył też w Boga?
Czy przed kopnięciem krzesła pomyślał o mojej matce i jej dwóch braciach? Nie! A kto o nim kiedykolwiek pomyślał? Kim był? Niczym. Nie pozostawił po sobie żadnego śladu. Może, gdyby wcześniej nie zmarła moja babka, byłoby mu lżej i uniknąłby stryczka? We dwoje zawsze lżej. Był zwykłym robotnikiem w zakładzie przetwórstwa ryb. Zarabiał tak niewiele,że nigdy nie starczało naszej rodzinie do pierwszego następnego miesiąca. Pił dużo. A jak tu nie pić? I kto w takiej sytuacji nie pije? Piłby jeszcze więcej, ale nie posiadał ku temu wystarczającychśrodków finansowych. Był za biedny aby zapić się naśmierć. Pił przede wszystkim trunek biedaków - samogon, destylowany osobiście według udoskonalonej receptury swojego ojca. Jaką miał przyszłość wŁebie, kilkutysięcznej mieścinie, samotny z trójką dzieciaków?
Stojąc na krześle nie chciał o niczym myśleć. Po to się właśnie wieszał. Dzieci! A co z nich wyrośnie? Komu będą potrzebne? Skończą, jak matka i on, niczego wżyciu nie osiągając. Skazani są na szarość. Czy pomylił się? Nie. Miał dużo racji. Córka, moja matka, przez całe swojeżycie przejdzie samotnie z dwójką dzieci. Syn wyląduje w zakładzie karnym za malwersacje finansowe. Wszystko nie takie jakie miało być. Tym bardziej więc kopnął krzesło i wreszcie spokojnie zawisł na sznurze.
Obecnie najwięcej czasu przeznaczam nad rozważaniami, dlaczego wybrał tak prostacki sposób odebrania sobieżycia? Zwykły sznur. Czy strzelenie sobie w głowę nie jest bardziej wysublimowane? Czy nie jest bardziej szlachetne? Pojawia się krew, ale nie ma tych wszystkich nieczystości związanych z wypróżnieniem, jakie występuje po powieszeniu się. Sam moment naciśnięcia spustu ma w sobie pewien dramatyzm. Pętla na szyi od niepamiętnych czasów była hańbiąca.
Ale skąd mój dziadek miał wziąć pistolet? Nie był oficerem, działaczem partyjnym, milicjantem, czy pospolitym przestępcą. Tacy ludzie, jak on, skazani są na sznur i klamkę od drzwi lub hak. Może to była jedyna rzecz, którą dobrze zrobił?
Postanawiam jednak wyciągnąć głowę spod poduszki, otworzyć oczy i spojrzeć naświat, by uchronić się od czarnych, lepiących i przygniatających do ziemi myśli. Czyżby ze mną było aż takźle,że zamierzam pójść wślady swojego przodka i skorzystać z obficie tu występujących barbituranów?
Otrząsam się, jak mokry pies po spacerze w deszczu i zaczynam mantrować, powtarzając,że cieszę się z widoku bezlistnego starego dębu, jaki mam przed sobą (Spójrz, ono jeszczeżyje, przeżyło obie wojnyświatowe, zabójcze plany urbanistów i miliony hektolitrów kwaśnych deszczów!), cieszę się z nielicznych promyków słońca, które wkradły się do pokoju i biegają po mojej gołejłydce. Na wszelki wypadek postanawiam jednak zażyć dwie piątki relanium i zapaść w sen.

ODWIEDZINY

W nocy Zyga załatwia wejście na ósemkę, w ten sposób ostatecznie udowadniając,że pomiędzy nim a siostrą Martą istnieje jakaś zażyłość. Miasteczko wydaje się być wymarłe, jego mieszkańcy kładą się spać razem z kurami, doskonale nadaje się za scenografię horroru. Moja bujna wyobraźnia zaludnia otaczającą przestrzeń armią Nickolsonów z Lśnienia Kubricka, czyhających na każdym rogu z siekierą. Pięć lat temu obawiałbym się czarnej Wołgi porywającej ludzi, by wyssać z nich krew. O umówionej porze, bez dzwonka, otwierają się drzwi, siostra Marta wpuszcza mnie dośrodka i po wysokich, szerokich, schodach wspinamy się na pierwsze piętro. Tyłeczek ma niczego sobie, orzeka męska część mózgu. Następnie wchodzimy do dużej mrocznej sali. Trzy rzędy metalowychłóżek. Cisza rwana sapaniem, chyrchaniem, chrobotaniem, syczeniem, wzdychaniem,świszczeniem, chrapaniem, mruczeniem, wszelkimi możliwymi nieartykułowanymi dźwiękami jakie mogą wydobyć się z ludzkiego gardła. Coś nieobliczalnego wisi nad tym miejscem.
W szpitalu psychiatrycznym nigdy nie można mieć pewności, że za chwilę ktoś nie oszaleje i wywoła reakcjęłańcuchową doprowadzającą do zbiorowego szaleństwa, nad którym nie da się zapanować. Dlatego każda najdrobniejsza oznaka pobudzenia natychmiast jest tłumiona w zarodku, nie zważając na drastyczność stosowanychśrodków przymusu, jak eufemistycznie nazywa się wykręcanie rąk, okładanie pięściami, wiązanie pasami, owijanie mokrymi prześcieradłami, lodowate prysznice, biczowanie silnym strumieniem wody, kąpiel w lodowatej wodzie - przytapianie i wynurzanie, ponowne zanurzanie i wynurzenie i znowu to samo; topy, czyli podłączanie elektrod dołydki i pośladka, następnie przepuszczanie prądu elektrycznego. Te same metody stosuje się jako kary za nieposłuszeństwo w stosunku do personelu, władców tej częściświata.
Oto jak wygląda hierarchia za czerwonym szpitalnym murem: Najwyżej stoi Wszechwładny Najpotężniejszy o Niekwestionowanej Mądrości Władca czyli lekarz, doktor nauk medycznych, kilka stopni niżej pielęgniarka (pielęgniarz), następnie salowa (salowy), ostatnim kręgiem władzy jest personel pomocniczy - wszyscy oni są n o r m a l n i. To im podlegają n i e n o r m a l n i (wariaci, szaleńcy, czuby, czubki,świry, psychole - bardzo rzadko mówi się o tej warstwie jako o chorych ludziach, a słowo pacjent nigdy nie obiło mi się o uszy). Wśród n i e n o r m a l n y c h także rozróżnia się kasty. Pierwsza - kontaktowi - to uprzywilejowani (bezwzględnie posłuszni personelowi), którzy w nagrodę przywożą jedzenie, sprzątają teren szpitala, wychodzą na spacery, a nawet, to szczyt na jaki się może wybić w swojej karierze wariata pacjent, mogą opuszczać teren szpitala. Druga grupa to pensjonariusze w tzw. dobrym stanie, człowiek zastanawia się co oni tutaj robią, pozbawieni możliwości wyjść, opuszczania murów ze względu na zagrożenie podjęcia przez nich nieprzewidywalnych w swej nieobliczalności działań, krótko mówiąc - może im odbić. Trzecia kasta to wyrokowcy, skazani na dożywotni pobyt, pensjonariusze w ciężkim stanie: pobudzenia, urojenia, lęki, których terapia polega głównie na szpikowaniu organizmu prochami i stosowaniuśrodków bezpośredniego przymusu. Czwarta kasta to cmentarzysko: niedorozwinięci umysłowo, zazwyczaj mało groźni, którzy wygnani z opiekuńczegołona rodzinnego, nie mają dokąd wrócić i oczekują na powolnąśmierć.
Już wspinając się na piętro poczułem dreszcz lęku, na najwyższych piętrach umieszcza się najcięższe przypadki. Wszyscy mieszkańcy tej sali przywiązani są pasami do swoichłóżek. Nozdrza gryzie ciężki obezwładniający zapach, mieszanina potu, wydzielin, uryny,środków dezynfekcyjnych, papierosów i stęchlizny. Za dnia smród jest intensywniejszy, a w powietrzu widaćżółtą zawiesinę.
- Tutaj - wskazuje skinieniem głowy siostra Marta na ostatniełóżko w prawym rogu sali, tuż przy oknie.
Na bladą twarz padaświatło lampy stojącej na zewnątrz budynku. Trupio bladeświatło na trupio bladą twarz. Ma półotwarte oczy, powieki odkrywają przekrwione półkrążki białek i kawałek szaroniebieskiej tęczówki.Śpiąc zawsze wyglądał jak wampir. Przydługie pofalowane blond włosy są powykręcane i przetłuszczone, od dawna wymagają umycia. Nie wygląda chłopięco, nikt w tym stanie nie da mu osiemnastu lat, a muszę przyznać,że jego uroda była dziewczęcą urodą, która przyprawiała o mrowienie niejednego mężczyznę, zwłaszcza od czasu kiedy zapuścił długie włosy (miał dłuższe od tych teraz), opadające mu za ramiona, a swój tyłek opinał ciasnym blue jeansem; był to tak mylący typ urody,że nawet brak piersi nie wyprowadzał z błędu napalonych facetów. Wszyscy podobno jesteśmy biseksualistami, ciotami, tylko większość z nas ma uprzedzenia wbite do głowy przez rasistowskie społeczeństwo, twierdzą przedstawiciele wiadomej orientacji.
Nina, nasza wspólna znajoma, która prowadziła zajęcia teatralne wśród nawiedzonej potrzebą wielkiej sztuki młodzieży, jakiś czas temu wyznała:
- Myślałam,że ty z nim, no wiesz, wyglądaliście na parę. Dopiero kiedy zacząłeś chodzić z Kasią zrozumiałam swoją omyłkę.
Po chwili jednak nie omieszkała zapytać:
- Czy wy nigdy nie spaliście ze sobą?
A potem jeszcze kilka osób przyznało się do podobnych wyobrażeń o moim związku z Andrzejem.
- Byliście tak blisko siebie, aż nieprawdopodobne by dwóch facetów mogło tak bardzo do siebie się zbliżyć.
A męska przyjaźń? Nie słyszeliście o niej? Podobno nie ma innej silniejszej przyjaźni niż ta pomiędzy mężczyznami. Owszem, czasami nie opanowywaliśmy wzbierających w nas uczuć i na chwilę pchani potrzebą całkowitego zjednoczenia przywieraliśmy do siebie w męskim uścisku. Kochałem go tak jak mężczyzna może kochać mężczyznę bez całego sztafażu seksualizmu. Najwyższy Stwórca jestświadkiem,że pomiędzy nami nie byłożadnych podtekstów erotycznych. Obaj mamy konserwatywne podejście do tych rzeczy. Rewolucja seksualna przyzwalająca na różnorodność w dobrze partnerów nie odcisnęła na nas swojego piętna.
- Zostawić cię samego? - pyta Marta, z którą w międzyczasie zdążyłem przejść na ty. Przecież jestem dobrym kolegą Zygmunta, z którym ona od czasu do czasu dzieli swojełoże, więc po co te grzecznościowe, trzymające na dystans formy.
- Tak - odpowiadam i patrzę jak oddala się, ginie w drzwiach sali, pozostawiając je otwarte.
Kiedy się odwracam w stronęłóżka, Andrzej ma przekręconą głowę i spogląda na mnie. W pierwszym odruchu chcę cofnąć się do tyłu o krok, ale szybko opanowuję się i tkwię mocno zakotwiczony w tym samym miejscu, metr od jego głowy. Przydaje się to, bo w jego wzroku jest coś, co przypomina nienawiść. Po chwili lekko wykrzywia usta w kształt, chyba, uśmiechu, bo nie jestem tego pewien do końca; jest w nim coś złośliwego. Ogarnia mnie irracjonalne poczucie winy, to ja jestem winien wszystkiemu co mu się przytrafiło, to ja odpowiadam za to,że znalazł się w tym koszmarnym miejscu.
- Możesz rozpiąć pasy? - pyta, nagle przerywając ciszę. Jego głos jest spokojny, aż za spokojny i tylko odrobinę dźwięczy w nim ton prośby; on tegożąda, uważa to za rzecz oczywistą,że za chwilę wyzwolę jego ciało z krępujących pasów.
Kręcę przecząco głową i prawię niesłyszalnie mówię: - Nie mogę.
Czuję się podle. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Nie tak miało wyglądać nasze spotkanie. Powinienem zakładać,że po tym co wydarzyło się w czasie zajęć, gdy nie podołał roli eksponatu doktoraŚcigały, czekać go będzie kilkudniowe unieruchomienie i zwiększenie codziennej dawki otępiających go prochów. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy, następna myśl to konstatacja faktu - On jednak mówi. Marta twierdziła,że odkąd trafił do szpitala nie wypowiedział ani jednego słowa, wydawał z siebie wyłącznie ptasiopodobne dźwięki.
Rozglądam się za krzesłem, stoi przyścianie, biorę je i przystawiam dołóżka. Siadam.
I co mam mu teraz powiedzieć? Bo nie powiem: ?Coś ty takiego sukinsynie narobił,żeś trafił w ten choryświat, z którego można tylko wyjść jeszcze bardziej chorym? Co ci idioto odbiło?!? Gdy człowiek ma stargane nerwy, to nie przebiera w słowach, niech to będzie wytłumaczeniem mojego wewnętrznego języka. A czy w ogóle w takim miejscu używa się pięknej wyszukanej polszczyzny? W takim miejscu człowiek się tylko cofa, a nie rozwija.
Andrzej powraca do swojej poprzedniej pozycji i patrzy w sufit. W ten sposób mnie karze. Niesłusznie. Nie mogę go rozpiąć z trzech powodów. Po pierwsze nie powinienem nadużywać zaufania Marty, to dzięki niej mogłem go odwiedzić o tej porze. Po drugie nie jestem pewien, czy za chwilę nie zacznie próbować fruwać po sali wszczynając niewyobrażalną zawieruchę. Konsekwencje mogłyby być przykre dla niego i dla mnie, choć o siebie najmniej się obawiam. Po trzecie byłby to pusty gest i tak by go z powrotem przypasano dołoża tortur, swoje musi odleżeć, tutaj nikomu się nie przepuszcza, ?nie ma zlituj się?. No, dobra, jestem cholernym konformistą, stwierdzam samokrytycznie. I co z tego?
- Wiesz jak na ciebie tu wołają? Ptasiek. Ptasiek z Brzozowej.
Miało to być ironiczne zagajenie rozmowy, kiedyś w lot by podchwycił falę i ślizgając się na niej, odpowiedział w podobnym stylu. Ale nie teraz. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Milczy, powlekając się grubą przeźroczystą warstwą lodu. Porzuca mójświat i wchodzi w swój wewnętrzny, do którego ze swoimiłapskami będą chcieli się dostać tutejszełapiduchy. Nie mogę uwierzyć,że ten, kogo widzę przed sobą to ten sam Andrzej, którego kiedyś znałem. Zwycięzca olimpiady matematycznej, czerwony pasek naświadectwach od pierwszej klasy szkoły podstawowej do klasy maturalnej, umysł szachowego arcymistrza, biegła znajomość angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego i esperanto, talent plastyczny, człowiek potrafiący z głowy naszkicować plan Dublina na podstawie ?Ulisesa? Joysa zwariował, oszalał, postradał zmysły. Trafił do szpitala dla wariatów.
Andrzej - wołam go, aby wrócił tutaj.
Milczy.
- Chyba nie przez nią? - pytam.
Nie odpowiada.
Zaczynam się zastanawiać jaką etykietką go oznaczyli, najprawdopodobniej wrzucili go do ciemnego wora - schizofrenii (dodając jakiś ozdobny dodatek),śmietnika, mieszczącego najbardziej beznadziejne przypadki chorobowe, z którymi nie potrafią sobie poradzić. W rozpoznaniu doktorŚcigała napisał nieczytelnym, jak kura pazurem, charakterem pisma długąłacińską nazwę, nad którą my, maluczcy, możemy połamać swoje głowy, i tak nie odcyfrujemy wszystkiego.
Andrzej nadal patrzy w sufit. Nie mażadnej nadziei,że raczy ponownie mnie zauważyć. Dla skurczybyka stałem się niewidzialny. Nie mam ochoty cierpieć w pogardzie przez całą wieczność. A gnij głupku w tym wyrze do końcaświata. Wstaję,żegnam się i oddalam odłóżka. Zanim opuszczam salę, odwracam się w jego stronę - zamknął oczy.
- Sukinsyn - syczę pod nosem.

MARYŚKA

Wracam do dwunastki, czuję się podle, tak jakbym już przyjął za niekwestionowany fakt,że jestem w całości odpowiedzialny za to, co stało się z Andrzejem. Mijam drzwi szpitalnej apteki zajmującej cały parter, wdrapuję się na pierwsze piętro i staję przed oszklonymi drzwiami. Na korytarzu jasnoświecą jarzeniowe lampy. A więc nie będę musiał użyć dzwonka, który martwego jest w stanie ożywić.
Pukam. Drzwi otwiera Madlena. Cieszę się, bo ujrzałem swoje wybawienie. Na naszym pięterku pełni funkcję podręcznego magazynku z marychą.
- Masz maryśkę? - od razu przechodzę do rzeczy.
Melancholia otuliła mnie szczelnym płaszczem. Ale ten spokój jest zdradliwy, jak cisza na chwilę przed wybuchem. Muszę przerwać fatalny wpływ jaki ma na mnie. Lekki odjaździk wydaje się być dobrym pomysłem.
- Dla ciebie coś się znajdzie.
Ma gołębie serce, dzieli się ze mną swoimi zapasami i nigdy nieżąda forsy. Otworzyła dla mnie linię kredytową, którą mam spłacić w przyszłości. Obdarza mnie większym zaufaniem niż ja siebie samego.
Siedzimy nałóżku w jej pokoju. Ewka i Patrycja poszły do piwnicy Jazzmana. Kupił na giełdzie kilka zachodnich płyt z dżezikiem. Teraz odsłuchują. Musiał się spłukać do reszty, ale czegoż się nie robi aby znaleźć się w centrum uwagi. W przyszłym tygodniu organizuje wyjazd na jakiś koncert w sali kongresowej.
- Przez niego przestanę lubić jazz - mówię i gibam się w tę i we wtę, jak chronik, w takt ?Basin Street? Raya Charlesa.
Mój błędnik dostał już lekkiego kopa. Wokoło rozkwitałąka kolorowych kwiatów. Paskudny pokój, w którym mieściła się kiedyś prosektoryjna sala staje się najpiękniejszym miejscem naświecie. W tutejszejłazience nadal znajduje się wanna, w której kąpano trupy kocborowskich pacjentów.
- Dlaczego się tak nie znosicie? - pyta Madlena.
- Pieprzę jego nabzdyczoną filozofiężycia. Cholerna chodząca buddyjska kaplica - odpowiadam.
Czy ty córko kwiaciarza, właściciela kamienicy na starym rynku w mieście Kopernika i sklepu z witrażowymi lampami nie masz innych problemów? Ten człowiek jest niereformowalny. Ciągle siedzi w swoich latach siedemdziesiątych, ach, to byłożycie, a dzisiaj mamy 1985 rok. Za piętnaście lat znajdziemy się w nowej erze.
- Także uważasz go za swoje Guru? - pytam zaczepnie.
- Każdy musi swoje odchorować.
Patrzymy na siebie i wybuchamyśmiechem. Gdyby nie była taka pokręcona, jakże nie znoszę jej spódnic uszytych własnoręcznie w przypływie cholery, mógłbym się w niej zakochać. No, właśnie miłość. Powinienem w tym tygodniu pojechać do Piotrkowa Trybunalskiego. Najwyższy czas dać upust swoim lędźwiom i pooddychać normalnością. ?Twoja Katarzyna to miła dziewuszka? - stwierdziła kiedyś Madlena, mając na myśli jej drobnomieszczańskie wychowanie i fatalny gust. Ach, te klimaty małomiasteczkowe! Pod skórą czaiło się pytanie: ?Co ty w niej widzisz człowieku?? ?Normalność, Madlenko, normalność, której mi coraz bardziej brakuje. Potrzebuję kogoś kto mnie od czasu do czasu sprowadzi na ziemię. Wyspiański także ożenił się z prostą dziewczyną ze wsi.? Ale ona nie przyjmuje tych argumentów do wiadomości i ciągle stara się zrozumieć na czym polega nasz związek. Intelektualny mezalians.
- Jadę do Krakowa - mówi.
W mieście smoka mieszka jej matka. Zostawiła ją w wieku pięciu lat z ojcem i pojechałażyć z nowym gachem, profesorem na Uj-ocie. Obecnie przedstawicielka elity krakowskiej. Nie potrafię zrozumieć, jak teraz może mówić o niej wyłącznie dobrze, a zionąć potężną nienawiścią do ojca. Gardzi tym zafajdanym prywaciarzem, ale nie gardzi jego forsą. ?Musisz zrozumieć,że moja matka wychodząc za kwiaciarza popełniła mezalians.?
Wyzwala się z koca, w pokoju jest poniżej piętnastu stopni, są dni w których nie da się tutaj wytrzymać bez czapki i rękawiczek, i schodzi złóżka. Szuka czegoś w stercie książek i papierzysk. W jej zielonych rajstopach, na lewej nodze, leci oczko, ciągnie się od kostki aż po chudy tyłek, który wysuwa się spod popielatej bluzy. Białe bawełniane majtki mają kwiecisty wzorek, podobny do tego z mojej narkotycznej wizji. Spostrzegam kawałek waty albo podpaski, słabo rozeznaję się w babskich sprawach by powiedzieć, w jaki sposób zabezpieczyła się przed miesiączką. Wracając spostrzega mój wzrok, ale nic sobie z niego nie robi. Madlena to wyzwolona dziewczyna. Cholernie wyzwolona dziewczyna o feministycznych skłonnościach.
Nie znoszę feministek, a zwłaszcza bełkotu feministek. Nie znoszę kobiet, które robią ze swojej macicy kaplicę; które w czasie posiłku rozmawiają o comiesięcznej krwiściekającej im na podpaski i nie widzą w tym nic, co by mówiło o braku poczucia minimum estetyki. To tak jakby zacząć na głos się wypowiadać o wypróżnianiu jelit lub pęcherza. Jakiś czas temu z rozszerzonymiźrenicami patrzyłem w ekran telewizora i słuchałem jak jakaś głośna polska pisarka, o wyglądzie zmokłej kury i z wytrzeszczem przestraszonych oczu, przez kwadrans opowiadała o menstruacji, jakby to było tak samo doniosłe wydarzenie, jak przyjęcieświętego sakramentu.
A zwłaszcza nie znoszę brzydkich bab, dla których kompensacją braku piękna jest ideologia feministyczna. Nie znoszę kobiet, które swoje problemy emocjonalne i seksualne zaspakajają poprzez feministyczne odmóżdżanie.
Za to kocham kobiety, które nie uważają,że najpiękniejszymi perfumamiświata jest woda mineralna, i które wolą dolną męską część ciała niż wibratory, kuleczki i inne tego typu atrapy męskiego przyrodzenia.
- To ona - podtyka mi pod nos kolorową fotografię. - Prawda,że laska niczego sobie.
Uważnie przygląda się mojej reakcji, widocznie musi ją rajcować to,że chłopakom staje na widok jej matki. Potwierdzam wzruszeniem ramion, rzeczywiście mamuśka niczego sobie.
Przychodzi mi do głowy,że ona gotowa jest razem z mamuśką zaciągnąć faceta dołóżka i robić bara-bara. No, może przesadzam, to wynik mojej wybujałej wyobraźni, ale Madlena ma w swoim wyglądzie coś z dziewczyny spod czerwonej latarni. Kiedyś spytała, co o niej sądzę - jako kobiecie, i omal nie wymsknęła mi się ta opinia na głos. Nici by były z darmowych skrętów i wspólnego picia, za które ona płaciła pieniędzmi znienawidzonego ojczulka.
Tak, moim utrapieniem jest niekontrolowany słowopotok. Oto przyczyna większości moich problemów i kłopotów we współżyciu ze społeczeństwem.
- Co tak gruchacie po ciemku - wchodzi do pokoju Ewka, a za nią Patrycja.
Obie przepełnione bełtem i dżezikiem serwowanym w piwniczce Jazzmana, ichświecące oczy mogłyby z powodzeniem zastąpić reflektory. Stężenie euforii, głupiej niczym nie uzasadnionej radości podnosi się pod sam sufit.
- Może mamy wyjść? - pyta zaczepnie Ewka, która wyobraża sobie,że my tu Bóg wie co wyrabialiśmy.
?Nic z tego moje drogie panie, mój fallusik ani drgnął na kuszenie chudym tyłkiem waszej koleżanki? - odpieram w duchu.
- No cóż... skoro już jesteście, to możecie zrobić czaj - oświadcza Madlena. - Miałyście rację, ta marycha jest całkiem do niczego. Jak dostanę włapy Siusiaka, to mu nakopię do dupy i powyrywam mu kłaki z jego koziej brody.
Nie zgadzam się z jej opinią, dla mnie skręt był w porządku. Przyniósł oczekiwany przeze mnie efekt poprawy nastroju. Ale cóż ja, jestem mrówka, przy ich ogromnym doświadczeniu w paleniu trawki. Przed sobą mam prawdziwe degustatorki. Wchodząc do ich pokoju człowiek od razu dostaje kopa między oczy, tak wielkie panuje tu stężenie marihuany w powietrzu. Czy ma się na to ochotę czy nie, siedząc tu każdy biernie pali trawkę.
Kwoki zaparzyły mocny czaj. Nie chcą zdradzić skąd znają recepturę.Żadna z nich nie wywodzi się z tak zwanego patologicznego domu, w którym ojciec, mamuśka, czy braciszek opanowali tę umiejętność w trakcie codziennego zwiedzania więziennych cel i spacerników. A może jednak. Kto je tam wie. Madlena wyjęła kolejną porcję marychy i kawałek czegoś o nieznanej mi nazwie. Opium? Hasz? Rozdrabnia to i dodaje do trawy. Niecały kwadrans zajęło jej przygotowanie czterech skrętów. Podając je uśmiecha się tajemniczo.
Palimy.
- Jak na rauszu - pierwsza oznajmia Patrycja.
- Zabawnie - dodaje Ewka i rozchyla swoje uda, tak,że spod czarnych rajstop widzę biały trójkącik.
- A ty, Marcel? - pyta Madlena.
Miałem ochotę na tę podróż, ale teraz jej już nie mam. Coś dzieje się z moją głową. Serce wali jak dzwon, za chwilę wyłamieżebra i wyskoczy na zewnątrz, jak ta bestia z ?Obcy. Ósmy pasażer Nastromo.? Gardło zamienia się w pustynię Gobi. Powietrze staje się gorące i ciężkie.Ściany ruszają się, to zbliżają się do mnie to oddalają, zgodnie z tempem wyznaczonym przez kamerton. Słyszę jak drgają szyby. Nie jestem pewien, co jest tego przyczyną - ruchścian, czy wiatr. Zjeżdżam w dół i opadam na tapczan, który zamienił się włóżko wodne. Słuch ulega wzmocnieniu, najdrobniejszy szmer wydaje się być równy hałasowi młota pneumatycznego. Obok dwunastki mieści się oddział dla alkoholików, w którym przebywają ofiary działalności wymiaru sprawiedliwości; zostali skazani prawomocnymi wyrokami sądowymi na przymusowe leczenie. Grubeściany, pięćdziesiąt metrów odległości pomiędzy budynkami, wszystko to nie stanowi problemu dla mojego umysłu, który przechadza się tam teraz po salach.
Jestem przerażony!
Co zaświństwo dała ta córka kwiaciarza! Szukam jej oczami, ale głowa Madleny bawi się ze mną w chowanego. Ma szyję jak guma i za każdym razem odskakuje w bok, uchylając się od moich morderczych oczu. Zabiłbym ją teraz, gdybym mógł zrzucić z siebie przytłaczający mnie ciężar.
?Jest, wreszcie cię mam, zołzo! Nie wyrwiesz się teraz.? Jej usta robią się szerokie, jak zatoka Gdańska i pokazuje zęby ostre, jak u rekina. Szczęki I, Szczęki II i Szczęki III. Twarz jej nabiera czerwieni, a po chwili robi się fioletowa.Łapię ją teraz za szyję, która wydłuża się i ciągnie jak guma dożucia. ?Nic ci już nie pomoże zakrwawiona zdziro!Ścieka ci po udach morze krwi?.
I naglełup,łup,łup! Ktoś wali młotem po mojej głowie.
- Zostaw ją idioto! - poznaję wrzask Ewki.
Koszmar powoli ze mnie spływa. Rzeczywistość jest jeszcze wykoślawiona, ale przypomina dawne bezpieczne kształty i wymiary. Czy to możliwe,że miałem taki odjazd? A więc tak człowiek czuje się na haju? Marycha nigdy nie wyniosła mnie na taki poziom. Chcę się wreszcie podnieść, ale jest to niemożliwe, na moich piersiach siedzi okrakiem Ewka, udami przydusza moją szyję. Bucha od niej ostry gryzący gardłożar.
- W porządku? - pyta.
Uśmiecham się uśmiechem kretyna, bo przeżarte kwasem solnym gardło odmawia mi nadal posłuszeństwa, i kiwam potwierdzająco głową.
Zwalnia kleszcze z mojej szyi i na chwilę pod sobą mam jej tyłek. Majtki zsunęły się jej w szczelinę pomiędzy pośladkami.
Podnoszę się i omiatam wzrokiem cały pokój. Patrycja zrobiła wielkie krowie oczy, Ewka otrząsa się jak zmokła kura, a Madlena leży obok i masuje rękami szyję.
?O kurwa! Chyba jej nie dusiłem??
- Aleś przygrzał ostro - stwierdza Ewka. - Mogłaś mu nie dawać tyle - zwraca się do Madleny. - On od tygodnia tylko tankuje i tankuje i popala marychę. Nic nie je. Nic dziwnego,że rzuciło mu się na mózg. Każdemu mogło się powichrować.
Jestem jej wdzięczny za rolę mojego obrońcy, ale czuję się jak ostatni fiut. ?Skoro nie masz głowy do takich zabaw, to po co wyciągasz ręce po te klocki, palancie?.
- Nigdy już nie dotknę tegoświństwa. Od dzisiaj tylko wóda i nic więcej - zarzekam się, ale one patrzą na mnie jak naćpuna, który po raz tysięczny zapewnia,że kończy z nałogiem.

SKRZYPEK

Syberia na dworze,śnieg wali po twarzy, wiatr podwija biały kitel. Nie mam na sobie kalesonów, od czternastego rokużycia na złość matce i sobie, chcąc zaznaczyć swoją dorosłość przestałem je nosić, to samo dotyczy czapki, więc mam za swoje i trzęsę się teraz, jak zimne nóżki w galaretce. Dystans stu pięćdziesięciu metrów dzielący dom słuchacza od szkolnego budynku wydaje się być biegiem na trzy kilometry z przeszkodami. Pięć po ósmej. Zaspałem, znowu spóźnię się na wykład siostry przełożonej Krzyk. Ta stara wrona zakracze mnie naśmierć. Nie zdziwię się jeśli w ogóle nie wpuści mnie na zajęcia. A pies ją drapał...
- Stój! - dochodzi mnie czyjś wrzask z bocznej uliczki.
Posłusznie zamieram i jak bałwan czekam, aż jakaś kulaśnieżna zbliży się do mnie. Za chwilę będę wyglądał jak on. Nie poznaję tego gościa. Po drewnianejłopacie do odgarnianiaśniegu, dzierżonej w jego ręce, domyślam się,że jest to miejscowy psychol. ?No, idźże szybciej człowieku, bo przymarznę do asfaltu.?
- To ja! - mówi oblepionaśniegiem i lodem nieogolona od kilku dni facjata. Na głowie ma czapkę uszatkę. Prochowiec przeciwdeszczowy, buty adidasopodobne. Całość uzupełnia nieznośnie czerwony i długi po same kolana szalik.
Nie poznaję gościa.
- To ja - powtarza.
- Kto ja?
Irek.
Irek?
Pojawia sięświatło w tunelu. Mgliście przypominam sobie pacjenta z trzynastki, z którym ostatnio przegadałem całą praktykę.
- Skrzypek? - chcę uzyskać potwierdzenie,że moje zwoje pamięci są jeszcze czegoś warte.
- Aha - cieszy się. Bingo!
Wyciągam do niego rękę, chcę się przywitać i dalej przedzierać do szkoły. Nie mam ochoty na rozmowę w takich katorżniczych warunkach. W przyszłym tygodniu mam praktykę na jego oddziale, to się znowu spotkamy.
- Musisz coś dla mnie zrobić - trzyma moją rękę i nie puszcza. - Co za szczęście, kurwa, człowieku,że cię spotkałem, już myślałem,że nic chuja z tego nie będzie, a tu widzę cię, idziesz, no, to se myślę,że Bóg jest jednak na tym jebanymświecie i wreszcie coś jebanie dobrego mnie spotka. Kurwa, człowieku, nie wiesz jak się cieszę...
- W porządku, Irek - przerywam mu słowopotok, który trwałby jeszcze z godzinę; udaje mi się wyswobodzić rękę. - Mów czego chcesz?
- Fajek.
No, tak, mogłem od razu wpaść na to. Każdy choryżebrze tu o papierosy i ogień, zbiera niedopałki. Papieros jest tu na wagę złota. Ktoś kto nigdy nie palił w szpitalu szybko się tego uczy.
- Nie mam. Zapomniałeś,że nie palę. Przyniosę tobie paczkę, jak będę miał praktykę. Muszę teraz lecieć, jestem spóźniony.
- Nie trzeba. Mam forsę.
- To w czy problem - pięćdziesiąt metrów od nas stoi kiosk Ruchu. Czyżby zabrakło fajek?
- Ta stara pizda nie chce nam sprzedać. Trzeba mieć pozwolenie z oddziału, a jak ja, kurwa, mam je dostać, skoro, kurwa, nikt mi go nie da. Pozatem wiesz,że ja z kurwami nie rozmawiam - to była aluzja do jego trwałej niechęci do kobiet.
Mrózścina mi już mózg, za chwilę zamienię się w sopel lodu. Biorę od niego forsę i idę do kiosku. Nie zachodzę jednak daleko, Irek szarpie mnie za ramię.
- Jeszcze dwa bilety - mówi.
- Bilety - głupieję.
- Na autobus.
- Po co ci bilety?
- To nie dla mnie - odpiera i uśmiecha się eksponując spróchniałe zęby. Tak wygląda szczęka sześćdziesięciolatka a nie trzydziestopięciolatka. Ale co się dziwić, w Kocborowie nikt nie zawraca sobie głowy taką duperelą, jak stan zębów pacjentów.
Powinienem pomyśleć,że coś tu jest nie tak, ale w głowie mam lodówkę i mój umysł nie funkcjonuje prawidłowo. Już sam fakt,że Irek absolwent wyższej akademii muzycznej, dyplom ze skrzypiec, jakaś nagroda w konkursie Wieniawskiego, został wypuszczony poza mury była podpadająca. Także jego zachowanie powinno wywołać u mnie alarm. Na co dzień Irek przestrzega etykietę dworską, uważa,że szpital to dwór, a lekarze i pielęgniarze to dworzanie; nie używa wulgaryzmów, kłania się po dworsku, z zatoczeniem koła ręką, mówi dziękuję madame, słowem dwór króla Ludwika IV. Tylko w stanie pobudzenia odzywa się w nim pospolity cham. Ma stały zakaz wychodzenia na zewnątrz oddziału. Kupuję mu jednak paczkę papierosów i dwa bilety autobusowe.
- Dzięki bracie - mówi iściska mnie wpół. - Nie zapomnę ci tego. Gdyby więcej byłoby takich braci jak ty,świat były lepszy, a tak...
- W porządku, Irek - przerywam mu i odpycham natręta. - Do zobaczenia.
- Nie zapomnę ci tego - powtarza, gdy oddalam się.
Przełożona pielęgniarka Krzyk ma dobry humor więc zamiast ciskania piorunów z oczu posyła mi poklimakteryjny uśmiech, co potwierdza tylko słowa Madleny i Patrycji,że ona darzy mnie matczynym uczuciem. Oby tylko takim. Normalnie to dawno temu powinna wyrzucić mnie ze swoich zajęć na zbityłeb.
Dwie godzinki anatomii, potemłacina i farmakologia, wszystko przechodzę zdumiewająco gładko. Udaje mi się być nie zauważony. Idę na obiad z sercem pełnym optymizmu i wiary w to,że jednakżycie jest piękne. W kieszeni dźwięczą mi osobiste sztućce. Mija mnie milicyjna nyska, ale nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, widocznie kogoś przywieźli na badania psychiatryczne do dwudziestki, oddziału dla przestępców. Kolejny kryminalista szuka wybawienia wżółtych papierach. ?Czy ktoś normalny, wysoki sądzie, były w stanie dokonać takiej zbrodni? Tylko człowiek chory psychicznie.?
Nawet jadłospis nie psuje mi humoru. Znowu ryba. Dosiadam się do stolika, przy którym Dzidziuś pałaszuje rozdeptanego fileta, aż uszy mu się trzęsą, a Pająk i Zyga grzebią bezcelowo w zawartości talerza. Atmosfera pogrzebu.
- Co jest? - skowronkuję.
- W dupę jebane WKU - odpowiada ponuro Pająk.
Więcej wyjaśnień nie potrzeba, wszystko jasne. Wojskowa Komenda Uzupełnień w Bydgoszczy przypomniała o swoim istnieniu. Nie ma lekko dla pacyfistów.
- Okazuje się, kurwa,że ta szkoła dla wariatów, na chuj się zdała - kontynuuje Pająk, widaćże potrzebował zrzucićżółć z wątroby, czekał tylko na okazję. - Dupa zbita. Nie dadzą odroczki. Pieprzone trepy.
- Nie możesz zasymulować pikawę? - wtrąca Dzidziuś.
Na brodzie ma kawałek fileta, ale nie przejmuje się tym, w ogóle w jego naturze leży irytująca zgoda na wszystko co przynosi mużycie. Taka ludzka krowa.
- Próbowałem, ale wyszła tylko arytmia, a to dla nich za mało. Trzeba se będziełapy i giry ciąć.
- Dobryżołnierz to martwyżołnierz - odzywa się Zyga i po raz pierwszy uśmiecha się. Jest to złośliwy uśmieszek ale jest.
Musi to wywołać reakcję.
- Dobrze ci gadać, boś, kurwa, jebany szkop i spieprzysz do Reichu - odcina się Pająk, któremu wcale nie jest dośmiechu.
?Co dla ciebie znaczy Polska?? ?Nic? - odpowiada Zyga, kiedy jest napity. ?Jeśli ktoś jest dupą to każdy traktuje go jak dupę. Polacy to naród nieudaczników. Dupków, którzy dają się rżnąć każdemu, jak byle portowa zdzira. Niemcom, Ruskom! Nie ma się co dziwić,że dzielą ten kraj jak tort. Polacy nigdy nie mają własnego zdania. I te wieczne pretensje doświata, który nie rozumie ich urojonej wielkości. Naród kurw, a nie wybrańców.? Zyga całą swoją przyszłość wiąże zeświętej pamięci dziadkiem, z jego dobrymi niemieckimi papierami, które pozwolą mu stać się wreszcie porządnym Niemcem.
Nie wiem dlaczego darzę sympatią tego volksdojcza, wnuka faszysty. Lubię drania. Może sam mam podobne zdanie o Polsce i Polakach tylko nie formułuję tego tak ostro. Chory kraj chorych ludzi - to moja najkrótsza opinia. Potrafię się odprężyć w jego obecności, szczególnie kiedy zwiększa się zawartość alkoholu w mojej krwi.
- Zapominasz,że wpierw trzeba mieć pasek - słusznie zauważa Zyga. A o otrzymaniu paszportu Zyga może sobie tylko pomarzyć. Generał Jaruzelski pilnuje poborowych, aby nie dali w długą z kraju i wykręcili się od szlachetnego obowiązku służenia ojczyźnie, obrony jej granic. Niech no tylko otworzy granicę, nie będzie miał kto tutaj gasićświatła.
Obaj dzisiaj dostali wezwanie do WKU. Poznali się w komendzie uzupełnień i razem wpadli na pomysł,żeby zahaczyć się w jakiejś szkole pomaturalnej. Pająk usłyszał ogłoszenie w radiowej trójce o studium psychiatrycznym, po sprawdzeniu,że nie ma egzaminów, a jest tylko rozmowa kwalifikacyjna stwierdzili,że może być to dobre miejsce do przeczekania.
Pająk omal niełamie widelca: - Coś trzeba wymyślić. Nie dam się im zaciągnąć. Na zielone mam alergię. Jak dadzą mi włapy kałacha, to pierwsze co zrobię, nafaszeruje trepów całą zawartością magazynka. Najwyżej trafię do czubków.
Cisza, jak po wybuchu. Dawno nie widziałem tak nabuzowanego Pająka. Przychodzi mi do głowy myśl,że on rzeczywiście gotowy jest wcielić wżycie swoje słowa.
- No właśnie, a może by tak szpital wariatów? - Pająk doznaje eureki i uśmiecha się jak pomysłowy Dobromir.
- Odjebało ci?! - Zyga patrzy na swojego kumpla jak na kogoś kto postradał zmysły. - Chcesz pomieszkać sobie, w którymś z tych domów bez klamek? Dobrowolnie oddać się włapy tych konowałów od mózgów? Nie widzisz, co tu się wyrabia? Wyjdziesz stąd z poprzestawianymi klepkami. Jeśli w ogóle wyjdziesz kiedykolwiek. Trzeba mieć nieźle narąbane pod sufitem, aby wpaść na taki pomysł.
Pająk milczy, nie odpowiada, ale intuicja mówi mi,że uknuł już jakiś diabelski plan, od którego nikt nie będzie w stanie go odwieść. Z tego wszystkiego zapomniałem o jedzeniu; ostygło i jedyne co można zrobić z nim to wyrzucić do kubła naśmieci. Niedługo będę musiał zrobić sobie kolejną dziurkę w pasku. Będzie to trzecia odkąd wylądowałem na tym zesłaniu.
- Słyszeliście, Skrzypek dał drapaka - obwieszcza nowinę Merlin, nasza filmowa blondyna z roku, która zahacza o nasz stolik w drodze do zmywaka.
Od razu przypominam sobie całe zdarzenie z poranka. Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej, ale ona wie tylko tyle,że Irek wyszedł na zewnątrz w zastępstwie jakiegośświra, który nagle dostał rozstroju i nie mógł odśnieżać, udało mu się przekonać dyżurującą pigułę. Skrzypek ostatnio zachowywał się jak anioł. Teraz jest afera na całe Kocborowo. Kiedyś kropnął swoją starą, to i teraz może kogoś załatwić.
- Ja bym ich wszystkich dołóżek przyspawała - stwierdza Merlin i odchodzi kręcąc swoim olbrzymim tyłkiem.
Mam nadzieję,że nie zostanę uznany za wspólnika, który pomógł mu w ucieczce. Moja kariera pielęgniarza skończyłaby się zanim naprawdę się zaczęła.

KATATONIA

Kiedy wchodzę do pokoju, widzę Pająka opartego podścianą, z nogami założonymi jedna na drugą, ze skrzyżowanymi rękami, z kamienną twarzą i zamkniętymi oczami. Spoglądam na Zygmunta. Pogrążony jest w lekturze komiksu o Spidermanie, czy innym facecie posiadającym umiejętność latania i strzelania laserowym promieniem z oczu. Raczej przegląda obrazki niż czyta, znając jego słabą znajomość niemieckiego. Nic sobie nie robi z tego,że jego przyjaciel zamienił się w kolejną kocborowską mumie. Wyczuwa mój wzrok, odkłada pismo na klatkę piersiową i znudzony wyjaśnia:
- Stoi palant od dwóch godzin. Stwierdził,że osobowość pograniczna to zbyt słaba diagnoza. Katatonia ma przynieść murowany wynik. Trwale niezdolny do służby wojskowej.
Wszystko jasne! Z powrotem wraca do lektury o latającym człowieku, wybawiającymświat od kolejnej kosmicznej zagłady.
Zbliżam się zaciekawiony do Pająka, na wyciągnięcie ręki. Nagle, niespodziewanie krzyczę mu prosto w twarz: IAAAAA! Nawet nie drgnie skurczybykowi powieka.
Dobry jest - komentuję z uznaniem.
Zyga spogląda na mnie.
- To nic wielkiego - oświadcza lekceważąco.
Ja bym nie wytrzymał.
Postanawiam poddać Pająka kolejnej próbie. Opuszkami palcówłechtam go pod szyją. Rośnie na niej pełno twardych kłaków. Nie golił się od tygodnia. Nawet nie drgnie mu ani jeden mięsień.
- Naprawdę jest dobry. Mógłby robić za fakira.
Zyga wstaje złóżka, biorąc z szafki zapalniczkę i zbliża się do mnie. Pokazuje gestem, abym przesunął się w bok i mówi:
- Na jego miejscu posiedziałby lepiej nad testami Rorschacha, wkułbym porządnie interpretacje plam atramentowych, wykonaną przez jakiegoś długoletniego czubka. Choć jego własna także powinna mu wystarczyć a nie od razu wdrapywać się na góręświrusów.
Zapala zapalniczkę i reguluje płomień. Jest maksymalnie duży. Przystawia go pod dłoń Pająka. Czuję swąd palonych włosów i skóry.
- Ałłła, cholera - Zyga odrzuca w bok zapalniczkę i chucha na poparzonego kciuka. - On naprawdę jest kopnięty.
Podnosi z podłogi zapalniczkę i wraca z powrotem do lektury komiksu, mrucząc pod nosem: Pieprzony katatonik. Jeszcze raz omiatam od stóp do głowy skamieniałego Pająka i idę za swoją szafę, uznając,że nic już mnie nie może zaskoczyć. Człowiek posiada kolosalne możliwości. Potrzebuje tylko odpowiedniej motywacji. Pająk ją znalazł. Kiedy zwalam się nałóżko, nieściągając nawet butów, dobiega mnie tępe uderzenie. Ktoś upada na podłogę.
Wychylam się zza szafy i widzę leżącego nieruchomo na brzuchu Pająka. Przewrócił się jak manekin, nie zmieniając ułożenia rąk i nóg. Zyga klęka przy nim i sprawdza, czy coś się naprawdę nie stało nieszczęśnikowi.
Nie wygłupiaj się! - szarpie nim i wstrząsa nerwowo.
Bezżadnej reakcji.
Przystawia ucho do jego ust.
Dał kitę - orzeka i patrzy na mnie osłupiały.
Kwadrans później w pokoju roi się od białych kitli. Zjawia się doktorŚcigała. Jego zachowanie ma dać pewność wszystkim zebranym,że mamy do czynienia z profesjonalistą. Specjalistą najwyższej klasy. W jego oczach doskonale daje sobie radę z reanimacją Pająka.
- Wezwijcie karetkę - nakazuje ponuro, po pięciu minutach dokonywania nad nim egzorcyzmów.
- Już to zrobiłem - oświadcza Zygmunt, dając do zrozumienia,że od początku nie miał zaufania do wiedzy i umiejętności medycznych głównego specjalisty naszego szpitala.
Twarz doktoraŚcigały jest zaczerwieniona. Od irytacji lub zmęczenia. Po raz pierwszy, odkąd go poznałem, widzę na niej ludzką reakcję.
Kiedy wpychają nosze, z leżącym na nich - ciągle w tej samej - Pająkiem do karetki, nie mogę pozbyć się wrażenia,że za chwilę ożyje, i z uśmiechem stwierdzi,że wszystko jest w najlepszym porządku. To nie do tego szpitala chciał trafić, do którego go wieziono. Jednak głupi wyraz skamieniałej twarzy Pająka nie zmienia się.
Zyga omal się nie zsika, patrząc na odjeżdżającą karetkę. Ja także z trudem powstrzymujęśmiech. Nie wiem, kto pierwszy z nas wybucha na głos chichotem. Nie ważne. Obaj zrywamy sobie boki. Towarzystwo bezradnie patrzy na nas, nie rozumiejąc przyczyny naszegośmiechu.
- To normalne - wyjaśnia doktorŚcigała i chwyta mnie podłokieć. - Reakcja histeryczna. Już wszystko dobrze. Nie musisz się martwić. Siostro Irenko, proszę zabrać ich na oddział i podać relanium.
Kiedy to słyszę,śmiech jeszcze bardziej targa moim ciałem. To nie ja i Zyga, miał znaleźć się na oddziale, a Pająk.

13 GRUDNIA

- Mogłeś wylądować półtora metra pod ziemią - Zyga zamyka w swoich ramionach Pająka. Ten odwzajemnia się tym samym, z trudem maskując niechęć do tak zażyłych, cielesnych kontaktów.
Myślałem,że ominie cię zabawa - dołącza się po nim Oko.
Wszyscy są już nieźle wstawieni. Trzeźwy jak noworodek Pająk czuje się nieswojo. Wcześniejsze uściski dziewczyn odbierał nawet z przyjemnością, ale głębokie męskie pocałunki nie dostarczały tak przyjemnych wrażeń. Sam wpiłem się w jego usta, jak ostatnia ciota.
- Coś taki sztywny - Zyga potrząsa jego ciałem. - Jesteś wśród swoich przyjaciół, baranie.
Usadzają go przy Ewce i stawiają przed nim szklankę piwa, wzmocnionego setką czystej wódki. To dla wyrównania proporcji z resztą towarzystwa. Nikt nie spuszcza z niego oczu, póki nie wypije całości.
- Wrócił do nas! - wrzeszczy euforycznie Oko, gdy Pająk dobija do dna.
Godzinę wcześniej wydostaliśmy go ze szpitala, dostarczając mu ubranie i usypiając czujność dyżurujących pielęgniarek. Wykonaliśmy małą zamianę miejsc. W jegołóżku zostawiliśmy Dzidziusia, aby nikt nie wszczął alarmu. Pająkowi bardzo zależało, aby udawaćśmiertelnie chorego faceta widząc w tym dla siebie dużą szansę wyłgania się od służby wojskowej. Dzidziuś z ulgą przyjął możliwość nie uczestniczenia w naszych obchodach rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Jego brat odbywał wówczas służbę w oddziałach ZOMO, a wujek był komendantem policji w Braniewie. Generalnie nie był przeciw, ale ze zrozumiałych względów nie mógł być też za.
- Poleżę jeszcze z tydzień i mam murowane odroczenie do następnego poboru - oznajmia uradowany Pająk, szybko odzyskawszy dawny wigor.
Czego się dopatrzyli? - pyta Zyga.
- Sami nie wiedzą, jak zwykle. Miałem zapaść serca. Coś chrzanią o nerwicy.
- A więc prawie ci się udało - rzucam. - Stań tam jak bocian, a na pewno skierują cię na badania psychiatryczne.
Pająk jednak nie zamierza powtarzać tamtego doświadczenia, przeraził się tego co zaszło w Kocborowie. Uznał,że naprawdę otarł się o nienormalność a to już nie jest takie zabawne, jak granie wariata. Przypomniał sobie,że w rodzinie mówiono o kuzynie, który był pensjonariuszem zakładu psychiatrycznego. A to oznacza dziedziczną skłonność do choroby.
Na miejsce obchodów rocznicy wprowadzenia stanu wybraliśmy knajpę ?Pod zdechłym psem.?. Przy piwie pogrążamy się w melancholijnych wspomnieniach ulicznych walk z naćpanymi bandami Zomowców. Każdy z nas ma pod ręka kilka historyjek, w których wystawiał pluton glin do wiatru. Dawniej słuchałem tego z przyjemnością, ale teraz denerwowało mnie to. Minęły cztery lata a ja się czułem tak, jakby dzieliły mnie lataświetlne od grudnia 1981 roku. 13 grudnia w ogóle bym nie zapamiętał, gdyby nie to,że odwołali koncert Perfektu, na który miesiąc wcześniej zdobyłem z trudem bilety. No, i radość,że zawieszone są zajęcia w szkole. Ganianie się z zomowcami po parkach i piwnicach, obrzucanie kamieniami policyjne suki, przy najszczerszych chęciach nie wydawało się być dobrym materiałem na budowanie martyrologicznych opowieści. Chwalenie się tym,że dostało się pałą po plecach i dupie najlepiejświadczyło o tym, czym naprawdę była tamta wojna.
W lokalu zjawia się coraz więcej ludzi. Nigdy tu jeszcze nie widziałem takiego tłumu. Czyżby także inni chcieli w ten sposób uczcić rocznice? Szczególną moją uwagę zwracają okupujący sąsiadująca obok nasławę faceci. Dostrzegam między nimi wiele podobieństw. Wszyscy są starsi od nas o kilka lat, dobrze zbudowani i mają słuszny wzrost, niektórzy ostrzyżeni są na jeża. Od czasu do czasu, któryś z nichłypie na nas nienawistnym wzrokiem.
Mają tu jakąś drużynę piłkarską? - pytam.
Wszyscy patrzą na mnie zaskoczeni. Zyga właśnie kończył dobrze mi już znaną historię obrzucania czerwoną farbą milicyjnego radiowozu i wielkiej draki potem. W pościg za nimi ruszyło stado rozwścieczonych gliniarzy. Jeden z nich potknął się, wywijając orła. Pozbawili go broni, pasa i pałki, wcześniej sprawiając mu manto jego własną pałką. Co zrobili z tym wszystkim, nie wyjaśnił.
- Zamierzasz iść na mecz? - rzuca Zygmunt i dalej kontynuuje swą opowieść.
Wszyscy słuchają go z przyjemnością, nie zwracając uwagi na to,że różni się bardzo od wcześniejszej wersji.
Nie rozumiem narastającego we mnie niepokoju. Jego przyczyny. Postanawiam zamówić kolejną butelkę piwa. I jeszcze następną, ale przerażenie nie ustępuje, zaciskając wokół mojej piersiżelazną obręcz. Tymczasem reszta jest w wyśmienitych humorach. Bawią się wyśmienicie.
Oko intonuje pieśń O Janku Wiśniewskim. Wkrótce dołącza do niego reszta.Śpiew coraz bardziej przebija się przez hałas, jaki panuje na sali. Patrycja ma wilgotne oczy, a Ewce spływałza po policzku. Wszystko to ze wzruszenia.
- Janek Wiśniewski padł - ryczy na cały głos Oko i wznosi do góry butelkę piwa, co wywołuje skupienie na nas uwagi całej sali, a zwłaszcza sąsiadującej z nami drużyny piłkarskiej.
Czemu nieśpiewasz? - pyta Madlena.
Śpiewaj, smutasie! - szturcha mnie Pająk.
Tenśpiew wzmaga jeszcze bardziej mój niepokój. Nie odnajduję w ich wspólnymśpiewie tej samej co oni siły. Tego poczucia jedności i braterstwa. Tego czegoś, co wyzwala chęć walki. Za chwilę ruszą z manifestacją pod miejski komitet partii.
- Zamknijcie się! - podnosi się facet z drużyny piłkarskiej, choć wyglądem raczej przypomina boksera wagi ciężkiej niż piłkarza. Może to jest drużyna hokejowa, a on jest jej bramkarzem?
- A co ci się nie podoba? - podnosi się Pająk. Wyglądaśmiesznie, zważywszy jego patykowatą posturę.
Tamten, urażony, podrywa się z miejsca, na szczęście siedzący obok mężczyzna chwyta go za ramię i zapobiega niechybnej katastrofie.
- Spokojnie - mówi, ale w jego oczach nie odnajduję spokoju i miłości do drugiego człowieka.
Pająk siada z triumfalną miną, jakby zwyciężył poprzez nokaut z wielokrotnie silniejszym od siebie przeciwnikiem. Ani przez chwilę nie pomyślał o grożącej mu klęsce. Oczy mu błyszczą wszystkimi odcieniami chmielu.
Oko klepie go po ramieniu: - Dobrzeżeś mu powiedział.
Mam co do tego wątpliwości, widząc, jak tym razem cała drużyna piłkarskałypie na nas groźnie. Oczywiście tacy zaprawieni w bojach faceci, jak my, nic sobie z tego nie robią. Zamawiamy następną kolejkę i kontynuujemy coraz mniej mające wspólnego z rzeczywistością opowieści. Staramy się podtrzymać dobry humor, ale to nie wychodzi najlepiej. Niedawny incydent popsuł nam atmosferę. Niechęć otoczenia do naszego towarzystwa jest coraz bardziej wyczuwalna. Być może wiedzą,że jesteśmy kibicami innych drużyn.
Drętwo - orzeka Zyga.
Wracajmy do nas - proponuje Madlena.
Wychodzimy z knajpy i ruszamy na przystanek autobusowy. Większość drużyny piłkarskiej także opuszcza lokal, zmierzając w tę samą stronę. Nikt z nas nie zwraca na to uwagi. W pobliżu jest tylko ten jeden przystanek. Kiedy tamci zbliżają się na tyle blisko,że czuję ich oddech na swoich plecach, doznaję olśnienia - to nie jestżadna drużyna futbolowa, to...
- Milicja się wam nie podoba - któryś z nich chwyta mnie za włosy i podcina nogi. Następnie inkasuję kilka kopniaków w brzuch. W ustach czuję słodką ciecz. To krew!
Bierz tamtego, sukinsyna - słyszę.
Otrzymuję kolejną dawkę kopniaków i mój napastnik oddala się, biegnąc za kolejną ofiarą. Odwracam się, by sprawdzić o kogo chodzi tym zomowskim oprawcom.
Dopadają Pająka, szybko go powalają i szczelnie otaczają całą kupą. Zamykam oczy by nie patrzeć na to, co nastąpi. Dziękuję opatrzności,że ominęła mnie prawdziwałomotanina, którą on teraz zbiera.
Postanawiam nadal leżeć na ziemi i udawać martwego, licząc,że zajmą się Pająkiem i nie wrócą do mnie. Po raz kolejny odkrywam,że tchórzostwo jest jednym z najsilniejszych uczuć, jakie rządzą człowiekiem.
A gdzie są dziewczyny? Co z nimi? Ostrożnie rozglądam się za nimi. Po chwili znajduję. Stoją przyścianie kamienicy i patrzą, niczego nie pojmując, jak ich chłopaki dostają w skórę. Cóż bardziej może być upokarzającego dla mężczyzny?
Kątem oka widzę, jak Oko wygrzebuje jakiś podłużny przedmiot z kieszeni kurtki. Kiedy słyszę przeraźliwyświst, wyjaśnia się,że jest to petarda, taka sama, jaką używają zomowcy do rozpędzania zamieszek ulicznych. Kotłujący się wokół Pająka tłum wpada w panikę. Takiego przebiegu wypadków nie spodziewali się. Po chwili w ich stronę leci kolejna przesyłka. Gazłzawiący. Wszyscy się rozbiegają. Atak odparty.
Cóż zaświństwo - mówi, krztusząc się, Madlena.
Niepotrzebnieśpieszy mi z pomocą przy wstawaniu. Pozwalam jednak na to, by wywołać współczucie a nie pogardę, za okazany brak ducha walki. - Jesteś cały zakrwawiony.
- Trochę - odpieram lekceważąco, jakbym codziennie otrzymywałłomot i miał rozciętą wargę.
- Zrywajmy się stąd - wrzeszczy Zyga, który wyrósł przede nami spod ziemi.
To straszne, co zrobili z Pająkiem. Biedak nie ma siły podnieść się. Bierzmy go pod ramię z Zygmuntem i staramy się jak najszybciej opuścić to miejsce. Nie tylko dlatego,że gaz wżera się w nasze oczy i wywołuje straszne pieczenie iłzawienie, obawiamy się milicji, która na pewno zaraz się tu zjawi.
Rzeczywiście, kiedy docieramy do wylotu ulicy, wchodząc na stary rynek mijają nas dwa radiowozy. Postanawiamy zejść z widoku, zostawiamy dziewczyny, i bierzemy jedyną stojącą na postoju taksówkę. Szofer, widząc zmasakrowaną twarz Pająka i moją, także w nienajlepszym stanie, blednie. Prawdopodobnie kojarzy dwa jadące na sygnałach milicyjne wozy z naszymi osobami. Kurs na Kocborowo, a dokładnie szpital psychiatryczny jeszcze bardziej wzmaga jego strach. Za chwilę zatrzyma się i porzuci swoją bryczkę, dając drapaka w ciemność.
- Wszędzie roi się od tych bandytów - rzuca przez zęby Zyga, przypominając sobie pluton zomowców, z którym niedawno mieliśmy do czynienia.
- Tak,święta prawda - gorliwie przytakuje Złotówa, mając na myśli nas.
Kiedy odbiera pieniądze za kurs, trzęsą mu się ręce jakby miał delirkę. Odjeżdża drąc niemiłosiernie opony. Dzisiaj Złotówa już nie zrobiżadnego kursu, ten był dla niego nazbyt wyczerpujący.
Stan Pająka na tyle się poprawił by samemu iść o własnych siłach. Powinniśmy lepiej go zawieźć od razu do szpitala i położyć do jegołóżka. Do rana i tak go nie wykurujemy na tyle by przy rannym obchodzie nie zauważono jego siniaków i zadrapań. Chciałbym być przy tym, jak będzie przedstawiał wersję o upadku złóżka.
- Ależeśmy im dokopali - mówi Pająk.


TERAPIA INSULINOWA

Otwieram lodówkę - w całym domu słuchacza znajduje się tylko jeden zdezelowany radziecki aparat chłodniczy hałasujący w czasie pracy jak traktor, więc każdy znakuje swój zapasłatwo psującego się prowiantu, upychając go do słoików, toreb i pojemników - i zaglądam do swojej foliowej reklamówki ze znakiem firmowym ekskluzywnej sieci sklepów ?Pewex?, w którym ostatnio, w przypływie szalonej rozrzutności, kupiłem sobie dezodorant Fa, o odświeżającym morskim zapachu. Kiełbasa się skończyła, stwierdzam z rezygnacją.
Zyga, który także przyszedł wrzucić coś na ruszt, a którego zapasy od dawna się wyczerpały, daje mi kuksańca w bok i mówi:
- Co się certolisz? Obowiązkiem chłopa jestżywić miasto - i sięga bez wahania po prawdziwą pachnącą wsią wędzoną szynkę, której prawowitym właścicielem jest Dzidziuś.
Sprawnie szatkuje chleb na duże pajdy, nakłada płaty przywłaszczonej wędliny i rzuca na talerz. Siadamy przy stoliku nakrytym białą ceratą w zieloną kratę, z licznymiśladami kiepowanych na niej papierosów. Chwilę później czajnik wydaje z siebie przeraźliwy gwizd, zrywam się z miejsca, aby zaparzyć herbatę, ale Zyga mnie powstrzymuje, kładąc rękę na ramieniu. Kiedy zalewa wodę do szklanek w czerwonych plastykowych uchwytach, nie patrząc na mnie oświadcza:
- Ptasiek ma terapię insulinową.
Milknie i zaraz dodaje uspokajająco:
- Marta będzie nad nim czuwać.
Ciemnieje mi w oczach, za chwilę taboret wyleci mi spod tyłka. TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! TERAPIA INSULINOWA! Powtarzam w kółko w myślach. Terapia insulinowa to jazda dwieście kilometrów na godzinę we mgle, po oblodzonej i krętej drodze. Wstrzykują ci dożylnie insuliny, przywiązują pasami do łóżka i zapadasz wśpiączkę (wedługłapiduchów w uśpieniu uzewnętrzniają się twoje stany chorobowe); po trzech godzinach snu, w którym szarpiesz się jakby obdzierano cię ze skóry, jakby w twoim mózgu zagościły wszystkie potwory i strachy z najkoszmarniejszych horrorów, następuje wybudzanie; podają jedzenie i picie, kawę z mlekiem, dużo słodkiej kawy z mlekiem, badają poziom cukru we krwi, i znowu kolejna dawka insuliny, po raz kolejny zapadasz wśpiączkę i znowu to samołoże tortur. Masz szczęście jeśli piguła nie zapomni cię wybudzić albo nie przedawkuje, bo inaczej znajdziesz się w miejscowej kostnicy. Celem terapii insulinowej jest uzyskanie płytszych stanów pobudzenia wświadomości, czyli mówiąc zrozumiałym językiem, Andrzej ma stać się spokojny jak trusia.
- Pieprznął taboretem w Augusta - wyjaśnia Zyga.
- I tak od razu? - dziwię się naiwnie, przecież mają wiele innych sposobów poskramiania niesfornych pacjentów.
Zyga wyjaśnia,że po ekscesie w czasie wykładu, gdy nie podołał roli eksponatu i dobie leżenia w pasach, Andrzej wyciął kolejny numer. Z jego opisu, wyobrażam sobie to w następujący sposób:
Natychmiast po oswobodzeniu z pasów Andrzej próbuje masować i rozruszać zesztywniałe jak gips mięśnie. Chodzenie sprawia mu prawdziwy koszmar. Porusza się wolno chybotliwym krokiem, efekt długiego usztywnienie mięśni, a zwłaszcza karku. Podchodzi do zakratowanego okna, jedynego kontaktu z zewnętrznymświatem. Okno wychodzi na pusty park z białąławką. Myśli o ucieczce, ale nawet gdyby udało mu się przegryźć kratę własnymi zębami, to skacząc z pierwszego piętra, wysokiego pierwszego piętra, połamałby sobie nogi i daleko by nie zaszedł.
Rozgląda się po sali, która wydaje się być dla niego celą pełną takich samych jak on niesłusznie osadzonych więźniów. Liczy ich, ale nie jest w stanie podać dokładnej liczby. Ma problemy z rozróżnieniem poszczególnych jednostek, tylko dwóch siedzi nałóżku, a reszta jest w bezustannym ruchu. Dopiero po chwili dociera do niego ważna konstatacja - wszyscy wydają się być nieobecni. Są gdzieś poza, w innej przestrzeni, tysiące kilometrów stąd. Tutaj przebywają tylko ich ludzkie zezwłoki.
Pojawia się ból głowy, ból, który z każdą chwilą narasta, a nie maleje. Godzinę temu prosił o tabletkę, ale nikt jej nie przynosi. Kiedy w sali zjawia się pielęgniarka, ponownie prosi o prochy, ale ta sprawia wrażenie jakby nie istniał. Dla niej jest przeźroczysty.
- Ile czasu mam kurwa jeszcze czekać, zaraz miłeb pęknie! - krzyczy.
Do sali wpada August z innym pomagierem o wyglądzie rzeźnika, chwytają go i wynoszą; prowadzą dołaźni. Andrzej jeszcze nie wie,że w psychiatryku niczego nie robi się natychmiast, a zwłaszcza nażądanie pacjenta. Za chwilę pozna jeden ze sposobów dławienia niepokornych i zbuntowanych.
Wrzucają go do wanny z lodowatą wodą. Kocborowska Arktyka przenika jego członki, stygnie mu krew, zamarza serce. Gdy próbuje z niej wyjść, wydostać się na ciepły ląd, mocnełapska Augusta wpychają go z powrotem w otchłań zimna, kilkakrotnie przytapiają. Kiedy wreszcie pozwalają mu się wydobyć z arktycznego chłodu, trzęsie się jak galareta. Nie ma siły iść, pozwala się popychać Augustowi. Nałóżko zostaje rzucony jak worek ziemniaków.
Ma pogruchotane wszystkie żebra, naderwane ścięgna, skręconą szyję. Przynajmniej wie,żeżyje... Ha ha ha... - zaczyna sięśmiać. Gdyby tylko rozluźnili te cholerne pasy. Czy oni naprawdę myślą,że on jest w stanie pofrunąć z tymłóżkiem? Ha ha ha...
I nagle ta ludzka bestia swoim pięściomłotem zdziela Andrzeja, z precyzją sadystycznego mordercy, w szczękę.
- Przestaniesz się, kurwa,śmiać, przypomnisz sobie,że masz graby a nie skrzydła, zobaczysz sukinsynie, będziesz chodził jak zegar.
- Podpadł Augustowi - ciągnie Zyga. - A ten mu nie odpuści. Każde najmniejsze przewinienie napotka z jego strony miażdżącą reakcję. Albo podporządkuje się mu całkowicie albo wyrwie mu jaja, zamieni jego mózg w kukurydzianą papkę. Będzie robił z nim co się mużywnie podoba i nikt na to nic nie poradzi.
Nie mam ochoty jeść,żołądek odmawia mi posłuszeństwa. Najgorsze,że Zyga ma rację. Stanie się tak jak mówi.
Spogląda na mnie wyczekująco, ale nie zamierzam nic powiedzieć. Ciągle milczę jak sfinks, nie wyjaśniając co takiegołączy mnie z Andrzejem. Stało się to tematem dociekań poczytalnej części Kocborowa. Nawet do uszu doktoraŚcigały dotarła wieść,że pomiędzy Ptaśkiem i mną jest jakiś bliżej nieokreślony związek. W najbliższym czasie powinienem się spodziewać wezwania na przesłuchanie w charakterze... No, właśnie, w jakim charakterze?Świadka?Świadka czego?
- Powinieneś coś zrobić, aby wyciągnąć swego przyjaciela z tego obozu, bo... - mówi Zyga i przerywa w pół zdania.
W kuchni pojawia się Dzidziuś we flanelowej koszuli w kratę, brak mu tylko beretu i wideł trzymanych w prawej ręce. Instynkt Kargula u każdego chłopa jest nieśmiertelny. Trzy i pół sekundy wystarcza mu by stwierdzić,że ktoś wszedł w jego zagrodę i wyrządził mu szkodę.
- Niech was diabli! - mówi po otwarciu lodówki i ostatecznym potwierdzeniu swojego podejrzenia,że został bezczelnie okradziony z jedzenia. - Nawet się nie spytacie. Zawsze mi, kurwa, ciągle ubywa i ubywa.
- Właśnie zamierzałem cię prosić, ale siedziałeś w klopie -łga jak z nut Zyga, z twarzą pokerzysty licytujący w górę stawkę przy marnych kartach. W blefowaniu nie ma sobie równych i tego właśnie powinienem się od niego nauczyć. - Po raz pierwszy se pożyczyłem ( se akcentuje celowo). Następnym razem odbierzesz se ode mnie.
Dzidziuś prycha, dając w ten sposób do zrozumienia, jak w to bardzo wierzy. Wściekły siada przy nas i przygotowuje sobie kolację, zachowuje się w sposób, który ma nas zawstydzić. Myli się jednak, jeśli myśli,że dręczą nas teraz wyrzuty sumienia. Nikt nie odnajdzie w nas nawet grama poczucia winy. Trzęsą się nam uszy od pałaszowania jego wędlinki. Zakazany owoc zawsze lepiej smakuje. Połowa lokatorów domu słuchacza korzysta z jego zapasów.
- Po co się tak złościsz? Przyjaciele powinni się wspierać - Zyga uczynnie zalewa wodą herbatę Dzidziusia. - Lepiej pomyśl, jak pomóc wydostać Ptaśka złap Augusta.
Dzidzia patrzy mi prosto w oczy, w spojrzeniu odnajduję wszystkie odcienie litości i współczucia: - On naprawdę jest pomylony. Nie słyszałem aby ktoś w tak krótkim czasie zaliczył tyle sposobów rozkładania nałopatki. Jeszcze go tylko nie popieścili prądem.
- Myślisz o topach, czy eletrowstrząsach? - wtrąca Zyga.
- Jedno i drugie się mu szykuje. Czy on zawsze był taki nadpobudliwy? - zwraca się do mnie, wyrywając mój umysł z wizji ukrzyżowanego Andrzeja na stole zabiegowym, któremu przykładają do skroni elektrody i przepuszczają prąd elektryczny, robiący z jego mózgu ser szwajcarski.
- Zawsze do zdjęcia stawał w ostatnim rzędzie, chodził brzegiem chodnika, na widok krwi mdlał - odpowiadam, siląc się nażartobliwy ton.
Obraz Andrzeja ciskającego we wszystko co się rusza taboretem nie mieści mi się w głowie. Nieśmiałość była wpisana w jego charakterystykę osobowości. Nigdy nie byłemświadkiem, aby podniósł głos na kogokolwiek. Oaza spokoju i zrównoważenia.
- Musiały mu się przepalić zwoje, bo jak inaczej to zrozumieć - orzeka Dzidziuś. - Wszystkie czuby razem wzięte z jego sali nie dają sumy IQ, jakie posiada, widziałem wynik jego testu na inteligencję. Geniusz! Na mój rozsądek on tylko struga wariata. Ptasiek udaje pomyleńca. Stawiam litra,że za miesiąc będzie okazem zdrowia. Zacznie pękać, gdy przekona się na czym polega tutejsza terapia.
Zyga patrzy zdziwiony na Dzidziusia. Rzeczywiście przedstawił zaskakującą diagnozę. Andrzej ma być symulantem. Od czasu do czasu trafia się w szpitalu psychiatrycznym człowiek, który wpada na genialny pomysł,że najlepszym rozwiązaniem na jegożyciowe problemy jest uzyskanie wariackich papierów.
- A ty? - przenosi wzrok na mnie. - Też tak uważasz?
Zaprzeczam głową, choć chciałbym móc przyznać rację Dzidziusiowi.

KUBEK GORĄCEJ HERBATY

Ponownie przekradłem się nocą na zanurzony w ciszy oddział uśpionych szaleńców i podjąłem zdecydowaną próbę przemówienia Andrzejowi do rozumu. Dzielę się z nim całą wiedzą o urokachżycia w szpitalu psychiatrycznym, o skutkach długiej bytności w nim. Mając tak wysokie IQ nie można być aż takim głupcem!. Choć przyznaję w duchu,żeświat od jakiegoś czasu zachowuje się coraz mniej racjonalnie. Słyszałem o wykształconych albo bogatych ludziach, którzy pozbywają się całego cywilizowanego dorobku swegożycia i zamieszkują jaskinie w Hiszpanii lub o rozmnażających się, jak grzyby po deszczu, religijnych sektach, gwarantujących, jak bank narodowy swoją wypłacalność, stuprocentową pewność otrzymania zbawienia i wiecznegożycia. W ludziach następuje jakieś zmęczenie materiału i po prostu pękają.
I co? Nic.
Patrzy tępo w sufit i ani razu nie raczy na mnie spojrzeć. Nałożył na twarz maskę sfinksa, którą, gdyby nie była przeźroczysta i niematerialna, zdarłbym i podarł na strzępy. Może on rzeczywiście oszalał i postanowił wcielić się w swoją ulubioną, dwa lata temu, literacką postać Whartonowskiego Ptaśka.
- Zdejmij mi pasy - mówi, gdy zamierzam dokonać odwrotu i przegrany opuścić kogoś kto kiedyś był dobrze znaną mi osobą, a o której nic dzisiaj nie jestem w stanie powiedzieć.
Przesuwa wzrok na mnie i ponownie, tym razem wyraźnie proszącym, udręczonym głosem powtarza:
Zdejmij je.
W moim mózgu iskrzy od gonitwy argumentów przychylających się do realizacji jego pragnienia i sprzeciwiających się temu. Ostatecznie przeważa pogląd,że p r z e c i eż nie akceptuję tego systemu, bezustannie buntuję się przeciw niemu. Czyżby to tylko były puste gesty? Mam teraz możliwość wyrazić swój stosunek.
Wstaję z krzesła i wyzwalam z krępujących ciało swego przyjaciela pęt. Niepewnie stoję nad nim, gotowy rzucić się na niego i przydusić własnym ciałem, gdyby postanowił odfrunąć stąd, ale Andrzej leży w uspokajającym bezruchu.
Chciałem tylko poczuć się wolnym - mówi.
Siadam z powrotem na krzesło. Czuję jak miękną mi mięśnie, zasycha mi w gardle i mokro robi się w oczach. Płaczę.Łzy spływają po policzku jak po rynnie i kapią na rękę. Ocieramłokciem oczy i chcę mu powiedzieć tę kupę banałów, jaką się w takich sytuacjach zazwyczaj mówi: o męskiej przyjaźni, wierności, oddaniu; pragnę zapewnić go,że zawsze może na mnie liczyć, ale słyszę jego słowa, tworzące przydługi monolog, w którym oświadcza,że gardzi mną tak, jak ja i podobni mnie ludzie gardzą nim, nie chcąc pozwolić, aby ostatnie swoje dni rozegrał na swój sposób.
- I cóż masz mi do zaproponowania? - pyta. - Proponujesz cuchnącą lizolem i szczochami norę, w której odbiera się barwy, zastępując je zdrową bezpieczną szarością, w której istnieje zakaz posiadania wizji, sennych wojaży. Od pierwszej nocy morderca w białym kitlu podsuwa mi pod nos tampon z jakimśświństwem usypiającym, po którymśpię jak kamień, a rano mam ogromne bicie serca i ból w krzyżu od czubka głowy do jaj. Rano ten sam morderca grzmoci mnie pięścią po plecach. Nazywacie to ?siłowym leczeniem?, prawda?
Pokornie przytakuję głową.
- Odkąd tu jestem otaczacie mnie jak sępy, nawet nie mogę w spokoju się wysikać. Nigdy się od was nie uwolnię!
Właśnie przyszedłem do niego po to, aby mu pomóc wydostać się z tego miejsca, w którym wizja ?Lotu nad kukułczym gniazdem? jest wizją górskiego sanatorium, z leżakami wystawionymi na słońce i codziennymi relaksującymi masażami, wykonywanymi przez młode rehabilitantki w kusych fartuszkach. Rzeczywistość jest bardziej przerażająca od fikcji literackiej, okrutnej i chorobliwej wyobraźni Ken?a Kesey?a. Lecz Andrzej nie pozwala mi dojść do słowa, kontynuuje swój monolog:
- Od wielu dni czekałem na spotkanie z tobą. Dwa razy już zgodziłem się odgrywać rolę eksponatu w tym muzeum wariatów. Zjawiłeś się wreszcie. Bogowie czasami wysłuchują próśb. Nie poznałeś mnie od razu. Gdzie się podziała twoja zdolność szpiegowania cudzych mózgów? Wyglądałeś jakby ostatnio przeszła przez ciebie burza i trzęsienie ziemi. Czas mijał, a ty nic. Przynieś mi coś do picia - podnosi się nagle, ale po chwili zatrzymuje się na granicyłóżka. - Nie bój się, wiem,że i tak stąd nie ucieknę bez czyjejś pomocy.
Wychodzę z sali i idę do pokoju dyżurujących pielęgniarek, tam zastaję Martę i jakąś matronę przypominającą sowę, która robi na szydełkach wściekło różowy sweterek dla swego wnuka. Wielkie nieba! Czy to indywiduum obserwując zachowanie Andrzeja, dzieląc się swoimi zapiskami złapiduchami, decyduje o tym, jaka będzie jego przyszłość? Czy wreszcie uświadomiłeś sobie od kogo uzależniony jest jego los? Jedna myśli o sadomasochistycznych praktykach, a druga, no, właśnie, o czym może myśleć ta stara sowa? Czy ona w ogóle jest w stanie dokonać skomplikowanej analizy myślowej? Jedyną jej lekturą jest ?Przyjaciółka? i nekrologi w codziennej popołudniówce, a ulubionym filmem jest tasiemcowy serial brazylijski, w którym on po raz setny zdradza swoją wierną aż dośmierciżonę. Jeśli Stara Sowa została stworzona na podobieństwo boskie, to jak wygląda Bóg?
Chciałem dać mu pić? - oznajmiam.
Sowa posyła mi spojrzenieśniętego halibuta, nic nie rozumiejąc z tego, co się dzieje. Marta dyskretnie daje mi do zrozumienia, abym nie mówił zbyt wiele, a już w ogóle nie wspominał o prawdziwym celu swojej wizyty. Trzy minuty później wychodzę z nią, trzymając w ręku kubek z gorącą herbatą, osłodzoną trzemałyżeczkami cukru.
- Jutro Ptasiek ma mieć terapię insulinową - przypomina o tym, o czym dobrze wiem i co mnie przeraża. - Nie należy się tego aż tak bardzo obawiać. Ostatnio mieliśmy tylko jeden przypadek zejścia.
Kiedy? - pytasz.
W ubiegłym miesiącu.
Czy ta wiadomość ma mnie uspokoić? Rozważam do kogo by tu można się było zwrócić z odwołaniem, apelacją o wstrzymanie egzekucji Andrzeja. DoktorŚcigała? Jakich argumentów mam użyć by go przekonać? Ogarnia mnie niesmak i przygnębienie już na samą myśl rozmowy z nim. Awersja do niego jeszcze bardziej się powiększa. Czuję się malutkim bezsilnymżuczkiem.
Kiedy wchodzimy do sali, w której w morzu ciemności pływa kilkadziesiąt metalowych łóżek, szybko spostrzegam, że w miejscu, w którym powinien znajdować się Andrzej panuje straszna pustka. Żarłoczna pustka, która pochłonęła mojego przyjaciela i za chwilę połknie mnie. Na próżno rozpaczliwie rozglądam się po pomieszczeniu, go szukając. Przekazuję kubek z herbatą oniemiałej z wrażenia Marcie i padam na kolana, nie po to by wznieść gorące modły do Boga o pomoc, lecz po ty by sprawdzić, czy Andrzej nie ukrył się pod którymś z łóżek. Wtem słyszę głośne szurnięcie i spod ostatniego w rzędzie, najbliższego drzwi łóżka, wylatuje, machając przy tym rękoma, mój sptasiały przyjaciel. Otwiera drzwi i ginie za nimi. Z wrażliwych i delikatnych rąk Marty wypada kubek i z hukiem rozbija się o posadzkę. Na szczęście w porę zdążam wziąć się w garść i rozsądnie powstrzymuję ją przed wydaniem okrzyku, dławiąc jej usta dłonią. Po co ten rwetes! Chłopak chce sobie tylko polatać. Nadmiar wolnej przestrzeni go ogłupił. Kiedy daje znak oczami i głową, że straciła ochotę na wrzaski, ochy i achy, puszczam ją i wybiegam z sali, by dopaść uciekiniera. Zbiegam po schodach w dół i tam go zastaję. ?Czy z twoim IQ naprawdę myślałeś, że drzwi tutaj są zamykane na zasuwę lub zamek patentowy, a nie na klucz, noszony ciągle przy sobie w kieszeni piguł i salowych?? Zatrzymuję się przed nim, dzieli nas tylko półtora metra naelektryzowanego powietrza. Wyglądamy jak dwa obwąchujące się psy, które zamierzają się rzucić sobie do gardeł. Nagle twarz Andrzeja ulega przemianie i staje się zrelaksowana, w uśmiechu eksponuje całe swoje uzębienie. Wypuszczam z ulgą nagromadzone i stłoczone powietrze z płuc, ciesząc się,że obejdzie się bez niepotrzebnej szarpaniny. Przedwcześnie jednak uznaję,że wszystko już wróciło do n o r m a l n oś c i. Andrzej wyciąga z rozporka swoje przyrodzenie i dużymłukiem kieruje w moją stronę gorącążółtą ciecz.
- O Boże! - słyszę za sobą głos zdziwionej Marty, która po chwili zaczyna chichotać piskliwym głosem pensjonarki.
Ogłupiały pozwalam swemu przyjacielowi aby do końca opróżnił swój pęcherz, traktując mnie, jak publiczny pisuar i zszokowany patrzę, jak po wszystkim wymija mniełukiem i wspina się w górę po schodach. Spokojnie zmierza do swojej sali, sam kładzie się dołóżka i pozwala Marcie zapiąć pasy, krępujące jego ciało.
- On naprawdę jest nienormalny - oświadcza Marta, otwierając mi wejściowe drzwi.
Wychodzę na zewnątrz i staję, pozwalając aby siarczyste od mrozu powietrze skuło mi twarz. Dobrze wiem,że sikając na mnie, Andrzej był całkowicie poczytalny.


WARKOCZ


Minął rok, kiedy otrzymałem od niego kartkę pocztową. Morze, błękit,że aż dech zapiera, w dali wysoka skarpa, a po drugiej stronie wspaniała kaligrafia: ?Miałeś mi coś załatwić. Mam nadzieję,że pamiętasz. Potrzebuję tego jak najszybciej. Andrzej?
Kilka miesięcy wcześniej zawarliśmy pakt o samobójstwie. Jeśli któryś z nas będzie chciał popełnić samobójstwo, napisze lub zadzwoni do drugiego. ?Kto boi sięśmierci, ten boi się teżżycia? - stwierdziliśmy.
Natychmiast pojechałem do Gdańska. Mieszkał w falowcu na Przymorzu, w kilometrowym pudle z prefabrykatów, którego widok zawsze oddziaływał na mnie przytłaczająco. Zastanawiam się, w jakim chorobliwie przygnębionym umyśle narodził się projekt takiego osiedla mieszkaniowego. Drzwi były nie zakluczone, są ludzie którym nic nie można ukraść, więc nie bawiłem się w dzwonienie ani w pukanie i wszedłem dośrodka. Oprócz Andrzeja kawalerkę zamieszkiwało dwóch lokatorów, tak jak i on, miłośników długich algebraicznych ciągów liczb i rachunku różniczkowego z uwzględnieniem całek, czyli czarnej magii dla twojego pozbawionego zdolnościścisłego myślenia umysłu. O tej porze przebywali na zajęciach, albo była to sobota i rozjechali się do rodzinnych domów, nie pamiętam tego dokładnie.
Mój przyjaciel manifestacyjnie odgrodził się od nichścianką działową, zbudowaną z dwóch zestawionych ze sobą szaf i tam go znalazłem. Siedział w kucki nałóżku, z głową schowaną w ramionach. W pierwszej chwili nie widziałem w tym nic szczególnego, czegoś niepokojącego, ot, kontemplował, zwłaszcza,że z magnetofonu kasetowego Finezja płynęła wznosząca na najwyższe wyżynyświadomości, z niekwestionowanym wpływem na podświadomość, muzyka Osjanu. Brakowało tylko palących się trociczków o dusznym zapach jaśminu.
Kiedy usiadłem i wypowiedziałem kilka nieważnych słów: Paskudna pogoda, aż ciarki przechodzą po plecach, podniósł głowę; twarz ukryta za rozpuszczonymi włosami, przypominała jeden z portretów ukrzyżowanego Chrystusa, wiszący w naszym parafialnym kościeleŚwiętego Mikołaja przy bulwarze Króla Zygmunta, w którym nie byłem od chwili bierzmowania.
- Masz to? - od razu przeszedł do rzeczy.
Omiotłem wzrokiem pokrywające tył szafy, niczym plakaty z rozebranymi dziewczynami o silikonowych piersiach, zdjęcia jego dziewczyny, Kingi.
- Tyś ocipiał - rzekłem. - Myślisz, że na niej kończy sięświat? Jedna w tę druga w tamtą. Miliony dziewczyn chodzi poświecie.Żadna nie jest warta tego, aby niszczyć sobieżycie.
Nie wiem, dlaczego nie założyłem innej możliwości, widząc złotowłosy warkocz, na którego widok wzbierało we mnie obrzydzenie, to tak jakbym trzymał kawałek jej ręki lub nogi. Po raz kolejny moje przekonanie o posiadaniu niezwykłych właściwości parapsychicznych, umożliwiających przenikanie ludzkiej duszy, o umiejętności czytania cudzych myśli, zostało mocno nadwerężone. Moja moc malej. Straszny regres! Czy to samo dotyczy ilorazu inteligencji?
Ona nieżyje - oświadczył Andrzej.
No cóż... - wydukałem skonsternowany.
Popełniła samobójstwo - dodaje.
Jak to zrobiła?
- A jakie to ma za znaczenie? - obruszył się. - Przywiozłeś to ze sobą?
- Daj sobie spokój człowieku, cóż to zmieni? Myślisz,że spotkasz ją w zaświatach? Naświecie jest tyle ko...
- Zamknij się - przerywa mi. - Co cię to wszystko obchodzi. Chcę tylko od ciebie to jedno, obiecałeś.
Zapanowała między nami ciężka jak ołów cisza.
- Ten warkocz to jej? - przerywałem milczenie. Spytałem, choć na zdjęciach wyraźnie widać,że to ten sam warkocz.
Chciałem rozładować naelektryzowaną atmosferę.
- Obciąłem jej - odezwał sięłagodniejszym niż poprzednio głosem.
Niczego nie rozumiałem.
- Obciąłeś?
Była noc, taka sama pogoda pod psem jak teraz. Wszystko, co dochodziło z zewnątrz chłonął jakślepiec. Hałas pracującej windy, otwierające się i zamykające drzwi na klatce schodowej, grająca gdzieś muzyka, kroki w mieszkaniu obok. Każdy najcichszy dźwięk i najlżejszy zapach poruszał nim tak jakby słyszał rozdzierający pisk kota w nocy. Każdy zna ten stan, gdy lekki stukot na klatce schodowej wydaje się być waleniem w twoje drzwi, a który trawił go wówczas, całkowicie pochłaniając. Przecież to mogła być ona! To ona jechała windą, to dźwięk jej kroków rozchodził się po korytarzu. Im bardziej chciał przestać myśleć o Kindze, tym więcej o niej myślał.
Uwierzyłżeżyje, właśnie się obudziła z wiecznego snu. Pomyłki się przecież zdarzają. Każdy kiedyś słyszał opowieść o ludziach, którzy ożywali w kostnicach lub trumnach. Musiał się przekonać na własne oczy.
Wkradał się do miejskiej kostnicy. Chodził od trupa do trupa, aż wreszcie ją znalazł. Najchętniej wziąłby ze sobą całe jej ciało, ale nie jest aż takimświrem, zapewnił.
Kiedyściągnął prześcieradło twarz Kingi wyglądała nadzwyczaj pięknie. Nie potrafił się opanować i przywarł wargami do jej ust. Nie były zimne, nie czuł lodowatejśmierci. Kiedy opowiadał o tym, jak znalazł się nagi na jej ciele, ku swojemu zaskoczeniu nie byłem zszokowany ani nie czułem wstrętu. A przecież nekrofilia wydaje mi się paskudnym zboczeniem. Jednak jego zachowanie uznałem za n o r m a l n e, dające się wytłumaczyć.
- Wszedłeś w nią?
- Tak - potwierdził.
Ponieważ nie znałem innego lepszego sposobu na jego i swoją przeklętą klęskę (Z trudem przychodziło mi patrzeć jak mój przyjaciel płacze. Byłem bezsilny wobec jego katastrofalnego nieszczęścia.), opuściłem go na chwilę, by po niespełna kwadransie wrócić z butelką wody ognistej i kilkoma butelkami pepsi. Czysta wódka nigdy nie przechodzi mi przez gardło, muszę ją zawsze mieszać. Zgodnie z oczekiwaniami, kiedy wlałem w siebie pierwszego drinka, poczułem się znacznie lepiej.
Niestety, trwało to krótko.
- Jesteś moim przyjacielem, nie możesz mi odmówić - Andrzej, znowu jak namolna mucha wrócił do tego samego wątku, do kartki pocztowej, którą wysłał, i naszego paktu o samobójstwie.
- Kurwa, Andrzeju! Wiesz, co chcesz zrobić? Pomyśl o matce i ojcu. Masz brata. No i ja, czy ja także się nie liczę?
- Przestań! Każdyżyje osobnymżyciem.
Udawałem,że mnie to nie poruszyło, bo nie chciałem wzniecać jeszcze większego pożaru. A bolało mnie to bardzo! Później poszedłem po kolejne butelki ognistej wody i narąbałem się jak bombowiec, bo to było coś więcej niż ?upiłem się do nieprzytomności?. Chyba nigdy przedtem nie byłem aż tak pijany. Zacząłem się wić, miękłem. To był jeden z tych momentówżycia, w których człowiek zadaje sobie pytanie, jaki jest sens tego wszystkiego, sens codziennej mrówczej egzystencji? I odpowiada:Żaden.
No, dobrze, zobaczę, co się da zrobić - powiedziałem.
Wiedziałem,że na ciebie można liczyć - odparł.
- Ale przedtem jeszcze raz pomyślisz, czy warto? - położyłem mu rękę na ramieniu i wbiłem się wzrokiem w jego oczy. - Obiecaj?
- Spokojnie, bracie, wszystko będzie w porządku.
A jeszcze później stoczyłem się na same dno i urwał mi się film, do dzisiaj nie jestem w stanie powiedzieć, co działo się na obrzeżach mojejświadomości.


Okłamałem go. Zrobiłem mu potworneświństwo, jak sam powiedział. Pojechałem prosto do jego domu, do jego starych, którzy z ledwością mnie tolerowali. Przez długi czas uważali,że to ja jestem jego złym duchem. To pod moim zgubnym wpływem ich synalek zmienia się w oczach, oddala, wyobcowuje; staje się szorstki, opryskliwy, arogancki.
- Czy ty wiesz z jakiej klasy on pochodzi? - kiedyś zapytali Andrzeja rodzice? - Jego matka zgrzewa pokrowce foliowe na silniki.
Już w drzwiach, widząc mojąśmiertelnie zmęczoną twarz, ojczulek obdarzył mnie wzrokiem: ?A ty tu czego? Co za cholera Cię tu przynosi?? Tylko wrodzona i nabyta kultura nie pozwalała mu zatrzasnąć przede mną drzwi. Z niechęcią, tak jakby przyjmował urzędnika kontroli skarbowej, zaprosił mnie do salonu.
Kiedy jegożona wyszła do kuchni zaparzyć herbatę, po co od razu denerwować całą rodzinę, oznajmiłem:
- Andrzej chce popełnić samobójstwo.
Poczułem się tak, jakbym wypowiedział to zdanie po wietnamsku czy w narzeczu suachili. Pełny stupor! To był twardy mężczyzna, pan prokurator, który jednym swoim podpisem wtrącał ludzi do celi lub z niej uwalniał i który nie jedno już w swoimżyciu widział, ale wiadomość,że jego pierworodny syn dobrowolnie rezygnuje zżycia wydawała mu się tak nierzeczywista, tak nieprawdopodobna,że nie mógł w to uwierzyć.
- To są brednie!
Kiedyżona wróciła z filiżankami herbaty na srebrnej paterze, rodzina Andrzeja, to rodzina z tradycjami, konserwatywnymi tradycjami, przedwojenna inteligencja, jego dziadek posiadał dworek i szmat ziemi pod Lwowem, pradziadek był znanym powstańcem, dom był pełen pamiątek zamierzchłych czasów, ojciec poprosiłżebym kontynuował dalej.
Milczałem. Nic więcej nie miałem do powiedzenia. ?Przecież nie powiem im, że ich syn zakochał się bez opamiętania, całym sobą i obecnie po utracie ukochanej, w tragicznych i nie wyjaśnionych okolicznościach, nie wyobraża sobie dalszegożycia. Kochał ją tak mocno,że nawet pośmierci ciało kochanki nie straciło dla niego powabu. Wasz synalek stał się nekrofilem i niemal nie oskalpował trupa swej ukochanej, ot co! Weźcie go za chabety i zajmijcie się nim, zastosujecie areszt domowy, na przemian czuwajcie przy nim, przemówicie mu do rozsądku, bo ja nie potrafię nic w tej sytuacji zrobić, nie znajduję argumentów, które odwlekłyby go od tego desperackiego zamiaru, macie w arsenale kilka dobrych moralnych szantaży: Wychowaliśmy ciebie, całeżycie poświęciliśmy tobie, a ty, teraz, chcesz zrobić nam takieświństwo. Zobacz, jak przeżywa to matka, osiwieje i serce zaraz jej pęknie, jak możesz niewdzięczniku?!?
Samobójstwo dla ojca Andrzeja było obrzydliwym czynem, godnym najwyższej wzgardy; to oznaka tchórzostwa, skazy charakteru. Dawniej samobójcą odmawiano prawo katolickiego pochówku na cmentarzu. Teraz jego syn miał dokonać tego przestępstwa na własnym ciele.
- Kto ci to powiedział? - zapytał, przeszywając mnie prokuratorskim spojrzeniem. Wydawało mi się,że za chwilę poczuję ostreświatło lampy skierowanej na twarz.
- Rozmawiałem z nim wczoraj - Zwilżyłem gardło herbatą i dodałem: - Z Andrzejem jest naprawdęźle.
Żałowałem,że wpadłem na tak genialny pomysł ratowania przyjaciela. Trzeba mi było lepiej siedzieć z nim przez tydzień i spróbować, przy pomocy wódy, wypłukać z niego całeświństwo, jakie się w nim nazbierało. Alkohol czasami przynosi uzdrawiający skutek. Do ich zakutych konserwatywnychłbów nic nie docierało. Oni mieli przed oczami ciągle małego Andrzejka, w krótkich spodenkach na szelkach, wpatrującego się w nich z podziwem, jak w obraz Najświętszej Panienki.
- On wierzy w Boga - wtrąciła matka, po raz pierwszy się odzywając.
Był to argument zwalający z nóg, świadczący wyłącznie o bezradności tej kobiety albo o jej wąskich horyzontach myślowych. Dla niej, ktoś głęboko religijny, a za takiego w swoim matczynym mniemaniu miała Piotra, nie mógł złamać jednego z n a j w a ż n i e j s z y c h praw boskich. Czyżby wyobrażała sobie, że po tragedii, jaką przeżył, wystarczy pójść do kościoła, klęknąć na zimnej posadzce i zacząć się modlić, odmówić różaniec i trzy zdrowaśki? Obecnie Piotr był w stanie modlić się wyłącznie o to, by Kinga zmartwychwstała, niczego więcej nie pragnął. Czy ona wierzy,że Bóg jest w stanie go wysłuchać i spełnić jegożyczenie? Nie sądziłem, by Piotr w tej chwili, w stanie w jakim go zobaczyłem, zadowolił się nauką o pokorze w przyjmowaniu tego co niesie ze sobążycie, nie zadowoli się twierdzeniem,żeżycie to długi sprawdzian, egzamin, którego pomyślne ukończenie gwarantuje nam wieczne szczęście. On pieprzy wszystkie sprawdziany i egzaminy! Teraz podpisałby pakt z diabłem, aby tylko odzyskać Kingę.
Wypiłem szybko swoją herbatę z filiżanki z najprawdziwszego fajansu, napomknąłem,że dobrze by było nie spuszczać go z oczu przez cały dzień i noc i czymś go zająć, prawdopodobnie od dawna nie uczęszcza na zajęcia, zresztą, co ja,żółtodziób, będę radził starym, bardziej doświadczonym, którzy na pewno lepiej wiedzą jak postąpić w takim wypadku, ja go znam (tak mi się wydawało do tej pory) dopiero od czterech lat. I wyszedłem z ich domu, pozostawiając za sobą naelektryzowaną atmosferę.
Niełudziłem się,że ojczulek i mamuśka będą mnie przez to bardziej lubili a przynajmniej zachowają w stosunku do mojej osoby obojętność. Któż kocha posłańca przynoszącego hiobowe wieści? Pan prokurator nigdy mi nie wybaczy,że poznałem wstydliwą tajemnicę powszechnie szanowanej rodziny.
Zapomniałem ich spytać, czy ktoś wcześniej z ich rodziny targał się na swojeżycie?
Dwa tygodnie później otrzymałem kartkę od Piotra, paskudną tandetę, jaką wysyła się do cioci na imieniny, wybrał ją specjalnie, aby urazić mój zmysł estetyczny i artystyczny; niechlujną kaligrafią, która także miała mi pokazać, co o mnie sądzi, napisał: ?Nigdy Ci tego nie wybaczę.? Nie chciał mnie znać. Zaufał mi, a ja go tak wstrętnie zdradziłem.

INTERPRETATORKA SNÓW

- Jakbym była całkiem normalna to bym tutaj nie przebywała - mówi Patrycja, dumnie nosząca od miesiąca fruzurę a?la Liza Mineli, którą zafundowała sobie po obejrzeniu ?Kabaretu? w miejscowym Dyskusyjnym Klubie Filmowym.
Niektórzy zamiast zgłosić się na izbę przyjęć psychiatryka, weszli do niego wejściem dla personelu. Połowa z nas, studiując opasłe podręczniki psychiatrii i psychologii, czytając karty chorobowe pacjentów szpitala, stara się przyporządkować swoje chorobliwe niepokojące objawy jakiejś konkretnej jednostce chorobowej. Sam na początku bawiłem się w doktora. Na szczęście szybko doszedłem do wniosku,że autodiagnostyka nie ma najmniejszego sensu. Sądząc po objawach, według klasyfikacjiświatowej organizacji zdrowia, o każdym można powiedzieć,że ma zaburzenia psychiczne. Jednak póki nie zaczynamy na prawo i lewo klepać językiem o tym, co roi się w naszych głowach, a już nie daj Boże nie zaczniemy tych urojeń wprowadzać wżycie, wszystko jest w porządku. Możemy uważać się za normalnych i cieszyć siężyciem wśród zdrowej części społeczeństwa.
Patrycja szczególnie upodobała sobie analizę własnych snów i porównywanie ich ze snami pacjentów. Podejrzewam ją,że pomysł ten zaczerpnęła od bohaterki opowiadania ?Johnny Postrach i biblia snów? Sylvii Plath. Moje podejrzenia nie są pozbawione podstaw. Do tej pisarki ma szczególny stosunek,żeby nie powiedzieć, chorobliwy stosunek - ożywiła ją i uczyniła z niej swoją siostrę, do której kilka razy w tygodniu pisze listy. Nigdy nie zdradziła na jaki adres je wysyła. Zastanawiam się ostatnio, czy nie zamierza, jak Sylvia Plath, włożyć głowę do kuchenki gazowej i odebrać sobieżycie.
W ukryciu przed lekarzami i wścibskimi pielęgniarkami przepisuje z chorobowych kart, co ciekawsze sny; często wyłudza je bezpośrednio od pacjentów albo kupuje za papierosy i cukierki. Przeczytałem kilkanaście relacji z jej dziennika snów i doszedłem do przekonania,że niektórzy pacjenci za bardzo chcą iść jej na rękę i opowiadają coraz bardziej nieprawdopodobne historie, które jakoby im się przyśniły. Wyobraźnia schizofreników nie zna granic! Muszę jednak przyznać (nie bez oporów, ach, ta moja bezskuteczna walka z własną próżnością),że lepiej ode mnie opanowała symbolikę snów Junga, Freuda i tę nie podpartą nauką, biorącą się z mądrości i wiedzy minionych pokoleń.
Wsłuchuję się w pluskanie wody, plusk plusk, chlapu chlapu, i wyobrażam sobie, jak Patrycja własnymi dłońmi molestuje swoje ciało. Prawdopodobnie podnieca ją moja obecność. Na swoje nieszczęście jest jedyną dziewicą na tym piętrze. Przygniata jąśmieszność tej sytuacji - dwudziestoletnia dziewczyna bojąca się defloracji. W ubiegłym tygodniu, zdesperowana, złożyła wizytę u ginekologa i zażądała, aby wreszcie przeciął jej błonę i otworzył bramę do dojrzałej kobiecości. Kiedy usiadła na samolot, wstrętny, stary, o kulfoniastym nosieświntuch zaproponował,że może jej to zrobić w inny, bardziej ludzki, n o r m a l n y sposób.
- A więc weszłam do sypialni i zobaczyłam buty - ciągnie dalej, pomimo moich wcześniejszych sprzeciwów, przerwaną zakwestionowaniem jej poczytalności, opowieść o swoim marzeniu sennym, pragnąc uzgodnić właściwą interpretację. Określić czekającą ją przyszłość. - Nawet weśnie pamiętałam,że buty oznaczają podróż. Kiedy je założyłam, okazały się być za duże na moją nogę. To był rozmiar 41 a ja noszę 39. Poza tym nie prezentowały się dobrze. I co o tym myślisz?
- W jakim kolorze były?
- Czarne, ze sztucznego zamszu.
- W takim razie to nie ciebie czeka podróż - oświadczam i jestem szczęśliwy,że słyszę dźwięki towarzyszące wyjściu hipopotama z wody.
Czuję gryzący, ostry zapach uryny Piotra, który przeżarł mnie na wskroś, i jak wędrowiec na pustyni Gobi spragniony jestem wody. Potrzebuję jej oczyszczającej mocy.
- Też tak myślałam - orzeka. - Ale ja to stwierdziłam na podstawie rozmiaru a nie koloru butów.
Zamierzam powiedzieć coś kąśliwego, ale słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Nie zamknęła je wcześniej na zasuwę!
- Znowu któraś z dziewczyn nadwerężyła sitka - oświadcza i puszcza do mnie porozumiewawcze oko.
Jest otulona w gruby biały szlafrok z frotte, z kapturem założonym na głowę. Przypomina Eskimosa. Policzki jej spurpurowiały od podniecenia, oczy zamglił jad pożądania. Nigdy nie widziałem u kogokolwiek takiego rozerotyzowanego wrzątku. Idę wzrokiem w dół i spostrzegam,że oplatający ją na biodrach pasek jest rozluźniony, bardzo rozluźniony, wystarczająco rozluźniony bym ujrzał jej piersi, brzuch i ciemne, gęste futerko pomiędzy krótkimi nogami.
Czerwienieję! Jakbym po raz pierwszy widział kuciapkę. Na co ona reaguje jak na zmianęświateł na przejściu, tylko inaczej interpretuje kolory. Przyciąga mnie do siebie, wkłada płonący jak pochodnia jęzor między moje wargi i hipnotyzuje mnie, kręcąc nim jak kołowrotkiem, następnie wysuwa się na zewnątrz i po mojej skórze zjeżdża w dół, zostawiając na niej mokryślad; wcześniej zrywa wszystkie guziki w koszuli i niszczy zamek błyskawiczny w rozporku spodni. W jej potężnych ustach moja dumna męskość okazuje się być marną kluskąśląską. Czy ona wie jak to się robi? Przenika mnie wizja nieuchronnej kastracji, gdy czuję jej zęby.
Wtem otwierają się drzwi, odwracam ku nim głowę i widzę Madlenę. Chryste! Pragnę krzyknąć, ale ona uprzedza mnie swoimśmiechem, szybko zamieniającym się wżabi rechot. Nie zamierza cofnąć się i dyskretnie opuścić pomieszczenie, jak nakazywałoby dobre wychowanie. Zamyka za sobą drzwi i opiera się o nie plecami. Z zainteresowaniem przygląda się jak usta i gardło Patrycjiżarłocznie przegryza, miętosi coraz bardziej więdnącą, kurczącą się do mikroskopijnych rozmiarów męskość.
Co się stało? - odchyla głowę zdumiona Patrycja.
Oczami prowadzę jej wzrok w stronę obserwującej nas Madleny.
Co za blamaż!
W przeciwieństwie do mnie Patrycja nic nie robi sobie z widoku swojej przyjaciółki, przynajmniej tego nie okazuje; powstaje z kolan, paskiem szczelnie związuje poły szlafroka, i z dumą wychodzi złazienki. Ja wkładam do majtek resztki dawnejświetności i staram się nie zwracać uwagi na obecność Madleny.
- Wczoraj założyłyśmy się, kto ciebie pierwszy skonsumuje - oświadcza. - Nie spodziewałam się,że ktoś tak szybko wygra.
- O co? - staram się nadać tej rozmowie zwykły neutralny charakter, jakbyśmy omawiali wybór najlepszej strategii w ustalaniu sześciu skreśleń w totalitzatorze sportowym na niedzielne losowanie. Przy tym chciałbym dowiedzieć się, jak wysoko oceniono wartość mojej męskiej skóry.
- O butelkę.
- Czego? - jeszczełudzę się,że będzie to jakiś wyszukany, strasznie drogi trunek. Przecież nie jestem takąłatwą zdobyczą!
- Butelkę ciociosanu.
- Jedną? - rzucam się w geście rozpaczy na odpływający statek, choć wiem,że wpadnę do wody.
W jej oczach widzę całe swoje poniżenie. Nie potrafiłem zapanować nad swoimi zwierzęcymiżądzami, potraktowałem je jak zwykłą czynność fizjologiczną. Nie dorosłem doświadomego wykorzystywania rezerwuarużądz, jakimi obdarzył mnie Najwyższy Stwórca. Wychlapię je i stracę bezpowrotnie, zanim zrozumiem ich wartość.
- Jedną - potwierdza.
To przerażające jak niską cenę ma mój upadek. Po dokonaniu ablucji zwalam się całym ciężarem swojego ciała nałóżko i pragnę natychmiast odciąć się od tego spadania nałeb na szyję w przepaść, której dno jest wielką niewiadomą.

BRZOSKWINIOWY TRAKTOR

Nie wiem, kto pierwszy rzucił pomysł wyjazdu na przegląd rockowych kapel Trójmiasta. W każdym bądź razie wszyscy postanowili się wybrać. I teraz po trzech kwadransach jazdy najkrótszym pociągiemświata - jeden wagon ciągnięty przez spalinową lokomotywę, wylądowaliśmy w Tczewie, gdzie za pół godziny mamy mieć elektryczny do Gdańska. Jest za zimno aby sterczeć na peronie i gromadą pakujemy się do Warsu. Wolnych miejsc brak, ale nic sobie z tego nie robimy. Nie przyszliśmy tutaj by jeść i zatruć się paskudztwem, które tutaj serwują jako specjalność dnia - fasolka po bretońsku, to jasne.
Jednak nie dla wszystkich. Jakiś prosiak w zachlapanym całym jadłospisem białym fartuchu, podchodzi do nas, i mówi,że bez konsumpcji, nie można tu przebywać.
- Tylko dla klientów - wymachuje czyściejszą szmatą niż jej fartuch.
Zakupiona przez Dzidziusia paczka sucharów nie wystarcza, aby uznać nas za klientów tego szanowanego lokalu, do którego przychodzi kolejowa elita.
- Spadajmy stąd - orzeka Oko. - Widziałem wolneławki w młodzieżowej poczekalni.
Oczywiście,że widział, skoro najschludniejsze miejsce na dworcu, z podręcznym księgozbiorem, z setka woluminów, równo poukładanymi na stoliku gazetkami jest zamknięte. ?Świetlica czynna od 6 do 16? informuje wywieszka. Cała młodzież o tej porze powinna siedzieć w domu, a nie włóczyć się po dworcach.
Znajdujemy połowęławki na poczekalni, w części dla palących. Przynajmniej nam się tak wydaje. Trzy miejsca na osiem osób. Gdyby Pająk nie symulował problemów sercowych byłoby nas dziewięć. Kobiety mają pierwszeństwo, jak to się mówi, więc Patrycja, Madlena, Ewka i Merilyn siadają, a my nadal sterczymy na własnych nogach.
- Człowiek kupuje zasrane bilety i miejsca do siedzenia nie uświadczy, ani w pociągu, ani na dworcu - Oko jest zirytowany, bucha parą jak koń po gonitwie Pardubickiej. - Cholera, nie wytrzymam, musze se zapalić. - Spogląda na Madlenę, a ta udaje,że niczego nie rozumie. - Masz?
Co? - nadal struga Nicniewiedzącą.
Jat to co?
Rzucam palenie - wyznaje.
- Se rzucaj,życzę powodzenia. Ale z marychy jeszcze nie zeszłaś, co?
- Mam tylko dwa skręty - odpiera z niechęcią. Całość należy przemnożyć przez dwa i będzie właściwa ilość.
To chyba w sam raz, dla każdego po jednym.
Chybażartujesz? Nie przetrwam do rana.
Oko nerwowo przebiera nogami, naprawdę go coś roznosi odśrodka. Jak człowiek się tak bardzo nakręci to musi znaleźć sobie ujście.
Słyszałeś? - szturcha mnie w bok.
Przytakuję głową.
- Słyszałeś? - powtarza jeszcze raz i ponownie otrzymuje, tym razem mocniejszy cios w bok.
Spokojnie, Oko - staram się opanować sytuację.
- Co, spokojnie? Pieprzona córka kwiaciarzażyłuje nawet jednego macha.
Oka jest synem szewca, najniższej kasty rzemieślników i prywatnej inicjatywy.
- Madzia, daj mu tego pieprzonego skręta - proszę ją, w przeciwnym razie będę miał cały poobijany bok.
Tu będzie palić?
- A gdzie? - wtrąca Oko. - Chyba jest to część dla palących, no nie?
Madlena wyciąga jednego, poprawia jego powichrowane kształty, przypala, zaciąga się dwa razy i dopiero wtedy przekazuje mu ogień pokoju.
- Cholernie mocny - stwierdza Oko, oczy zachodzą mu błogością.
Daj macha - prosi Dzidziuś.
Skręt idzie w jego ręce, potem dołącza się Ewak, Patrycja, Merlin i Zygmunt, ja rezygnuję, jeszcześwieżo w pamięci mam przykre niedawne doświadczenia.
Madlena wyciąga drugiego skręta.
- I tak szlag trafił zapasy.
Przypala, zaciąga się i znowu Ogień Miłości i Pokoju zatacza kółko, tym razem decyduję się na jeden płytki sztach, aby nie odbiegać za bardzo od pozostałych stanem swego błędnika.
Nie czujemy zbierających się wokół nas chmur. Od jakiegoś czasu przyglądają się nam dwa niebieskie pingwiny, starając się rozgryźć cóż to takiego palimy. Kiedy zbliżają się na tyle by poczuć smak kapci i palonej słomy ich podejrzliwość osiąga apogeum.
- Tu nie wolno palić - informuje starszy i za chwile ostrożąda. - Dokumenty.
Oko, który prawdopodobnie wcześniej wprowadził w swojeżyły jakiś alkoholowy napój nie do końca rozumie, co się stało i jakie zagrożenie zawisło nad nami.
- O co chodzi, szefie? Dla palących, przecież - szczerzy zęby do pingwinów.
Przyznać muszę,że to zbija z tropu stróży prawa. Tabliczka ze znakiem graficznym nie precyzuje, co może być tu palone a co nie. Niestety tylko na chwilę.
To narkotyki! - rzuca młodszy.
- Co? - Oko jest naturalnie zdumiony. - Szafie, to tylko zwykła trawka.
Młodszy spogląda na starszego. Ten przybiera zdecydowany wyraz twarzy i jeszcze raz nakazuje pokazanie dokumentów . Wszyscy posłusznie wygrzebują sfatygowane dowody osobiste.
- Szefie, ale to naprawdę najczystsza trawa - Oko stara się przekonać o naszej niewinności stróży prawa.
Co za idiota! Zamknij się, wreszcie palancie. Kopię go w kostkę i przy pomocy min daję mu do zrozumienia,żeby przestał kłapać jadaczką.
Skąd jedziecie? - pyta starszy.
- Z Kocborowa - odpiera Oko, który nie może się pohamować i ma problemy z zasznurowaniem ust.
- Kocborowa? - młodszy uważnie się nam przygląda, a potem puszcza porozumiewawcze oko do swego partnera.
- Kocborowa, powiadacie? - starszy, jakby złagodniał. - No, to pokażcie bilety.
Zgodnie zżyczeniem wyciągamy je. Pingwiny patrzą to na bilety to na nas. Pomiędzy nami a nimi zapadła jakaś kurtyna. Wzięli nas za wariatów. Pensjonariuszy szpitala psychiatrycznego, o którym każdy słyszał w okolicy stu kilometrów.
Z głośników słychać komunikat o naszym pociągu, odjeżdżającym z peronu czwartego.
- To nasz! - Oko wpada w przerażenie. Następny pociąg będzie za dwie godziny, a dopłata na pospieszny nie wchodzi w grę, nie starczy na alkohol. - Szefie, to naprawdę była tylko trawa. Zwykła trawa, szefie.
Tym razem uznaję,że jego słowopotok niespodziewanie przynosi pozytywny skutek, pingwiny nabierają przekonania,że rzeczywiście mają do czynienia z czubami, oddają nam dokumenty i bilety i pozwalają odejść.
Opuszczamy najbardziej policyjną stację w Polsce. Oko przyjmuje gratulacje, choć nie za bardzo rozumie, dlaczego.
- Najbardziej się bałem,że nie zdążymy na Brzoskwiniowego Traktorzystę, najbardziej punkowa git kapela, jaką znam - wyjawia Oko. - Chłopaki mają dużą przyszłość. Muszą tylko trochę mniej pić i przerzucić się na lżejsze prochy, bo nie wyrobią i skończą jak Jimi albo Jenis.
W jego ustach ta uwaga brzmi rzeczywiście przekonująco.
Znalazłam jeszcze dwa - Madlena wyciąga z torebki skręty.
Wszyscy wiedzą,że od początku je tam miała, ale każdy się cieszy. Ewka wyciąga z plecaka butelkę przedestylowanego i wzbogaconego goździkiem wina a?la patik. Ma własną procedurę wzbogacania tego trunku.
Ile ma procent? - Dzidziuś nie może uwierzyć w moc trunku.
Dodałam co nieco - tajemniczo wyjaśnia Ewka.
Masz tylko tę jedną? - Oko pyta z obawą.
- A co, miałam ze sobą targać cały monopolowy? - odpiera urażona.
Kiedy dojeżdżamy do Gdańska wszyscy są w strasznie dobrych humorach. Ale jeszcze nie w tak strasznych, jakbyśmy tego chcieli. Nie przygotowaliśmy się zbyt dobrze na koncert. Na rzeźwo nie da się przejść takiego przeglądu. Niektóre kapele zbyt mocno wierzą w swoje możliwości. Postanawiamy wysiąść tutaj, aby zaopatrzyć się w alkohol. Do stacji Gdańsk Oliwa podjedziemy miejską kolejką.
W supersamie kupujemy cały kontener piwa. Butelki chowamy po torbach i kieszeniach. Na dworze jest Syberia. Do tego wiatr. Kolejny wietrzny potop szwecki. Ruszamy prosto na pociąg. Oko wspomina,że Brzoskwiniowy Traktorzysta chyba zaczął już grać. Ze stresu, otwiera butelkę i pije ją po drodze.
- Na pewno znowu będzie spóźnienie - oświadcza Merilyn. - Jeszczeżaden koncert nigdy nie rozpoczął się punktualnie.
Dzidziuś, który nie przepada za punkowymi zespołami, woli glamrocka, mówi,że jeśli są tak dobrze, to będą bisować. Na szczęście Oko dokładnie nie usłyszał słów. Kiedy jest napity lepiej nie sprzeciwiać się mu, chybaże ktoś pragnie zaznajomić się z jego umiejętnościami wyniesionymi ze szkółki pięściarskiej.
Na peronie miejskiej kolejki zastajemy dwie watahy punkowców i skinówłypiących na siebie złowrogo. Także wybierają się na koncert. Stajemy pomiędzy nimi, jak się nam wydaje, w bezpiecznej odległości. Więdną mi uszy od obelg, jakimi obrzuca się każda ze stron. Nie wiemy co ze sobą zrobić. Oko opróżnia kolejną butelkę i zaczyna pozdrawiać chłopaków z kolorowymi czubami na głowie. Nie wierzę własnym oczom. Mam ochotę zepchnąć faceta pod przejeżdżający z naprzeciwka pociąg.
Jesteś nieźle kopnięty - warczy Zyga.
- Punk to najprawdziwsza muzyka, człowieku - odpiera Oko i wznosi butelką toast w stronę punkowców. Tamci jednak opacznie rozumieją jego zachowanie. Biorą go za prowokatora. Od nieuchronnego ataku na nas chroni nas przyjazd kolejki. Widocznie tamci także nie chcą stracić występu Brzoskwiniowego Traktorzysty.
Aby obniżyć ciśnienie w naszychżyłach, po peronowych emocjach, wszyscy sięgają po piwo. Konduktor, który widzi to wszystko i w zwykłych okolicznościach by zareagował, udajeślepego. Nie zamierza ryzykować awantury. Doskonale zdaje sobie z nieobliczalności jadących jego pociągiem pasażerów. Przynajmniej na coś przydaje się towarzystwo dwu nienawidzących się plemion.
Kiedy docieramy do Hali Oliwia mamy już opróżniony cały zapas alkoholu. Teraz spokojnie możemy wybrać się na koncert. Na trzeźwo trudno wysłuchać psycholi miotających się po scenie i na widowni.
- Oooo!, nie ma Boga, nie ma Państwa, jest tylko Człowiek - Oko drze się na cały głos, wraz z liderem Brzoskwiniowego Traktora.

CUD KOCBOROWSKI

Ptasiek z Brzozowej jest już na nogach, wieść ta dociera do mnie na lekcjiłaciny. Przeżył! Dalsze informacje są równie zdumiewające, co niepokojące i wzbudzające nieufność. Andrzej wygląda jak ktoś pozbawiony trosk. Podśpiewuje, uśmiecha się do wszystkich. A zwłaszcza do salowych i pielęgniarek. Szpital wariatów stał się dla niego domem wczasowym. Od rana do wieczora rozgrywa partie warcabów. Poprosił o szachy! Postanowił zorganizować konkurs między oddziałowy - ?WIELKI SZACHOWE MISTRZOSTWA CZUBKÓW?. Sam podjął się wyszkolenia kadry ze swojej sali. Wieczorem zamyka się z Augustem w kantorku i godzinami prowadzą karciane rozgrywki.Łapiduchy są wniebowzięte, dawno już nie mieli tak dobrej reakcji na zastosowaną terapię unormalniającą nienormalnego. Wzrosła ilość terapii insulinowej aplikowanej pacjentom.
- Dzisiaj o wszystkim sam przekonasz się na psychiatrii - oświadcza Zyga. - Będzie robił za eksponat.
Tym razem jestem punktualny, nie chcę uronić ani jednej sekundy tego nadzwyczajnego ozdrowienia, pierwszego cudu kocborowskiego, jaki przyszło mi oglądać. Na sali panuje poruszenie. Takiej atmosfery napięcia nie czułem od miesięcy. Ptasiek z Brzozowej stał się gwiazdą. Przeszło połowa słuchaczy studium chce pisać pracę semestralną na jego temat.
Wreszcie prawdziwy wariat - wpada w zachwyt Merlin.
Boże! Nie mam nic przeciw kobietom. Choć nie odrzucam myśli,że kiedyś jakieś ekstremistyczne ugrupowanie feministek dokona na mnie linczu. Nie jestem mizoginem, ale do tego ucieleśnienia kobiecości odczuwam coraz większy wstręt.
- Znowu zapomniałaś założyć stanik - oświadczam od niechcenia.
Merlin zaczerwieniona spogląda na swoje stygmaty kobiecości, a po chwili rzuca mi mordercze spojrzenie i wyrzuca z siebie:
-Świnia.
Dożywego dotknąłem jej kompleksużycia. Jej meloniaste piersi posiadają nadmiar biologicznego sylikonu i bez noża chirurga plastycznego nigdy nie nabiorą naturalnych kształtów.
- Cisza! Nadchodzi doktorek - ktoś oznajmia i podążam w stronę otwierających się drzwi.
Twarz doktoraŚcigały jest rozpromieniona i gdyby panowała teraz ciemność,świeciłby niczym stuwatoważarówka. Siada na krześle, zakłada nogę na nogę. Omiata wzrokiem swoje jagnięta i po chwili zatrzymuje się na mnie i wyłuskuje na zewnątrz.
Pan.
Ja? - odpowiadam.
Pan.
To nie moja kolej.
Pan.
Oprotestowanie decyzji miejscowego Pana Boga nie ma najmniejszego sensu, więc rezygnuję z walki i przekonuję siebie,że przezwyciężę i tę przeszkodę.
Ponownie otwierają się drzwi i pojawia się w nich bohater dnia, w towarzystwie swego asystenta, Augusta. Obaj są na najlepszej drodze do zawiązania braterstwa krwi. Andrzej zajmuje miejsce na krześle, a jego anioł stróż opiera się plecami ościanę i krzyżuje na piersiach ręce. Całości dopełnia jego uśmiech od ucha do ucha.
Proszę, zaczynamy - nakazuje doktorŚcigała.
Zwlekam się ze swego krzesła i siadam półtorej metra przed swoim przyjacielem. Patrzę w jego oczy i widzę,że nastąpiła w nim zmiana. On jest nie tylko inny niż kilka dni temu, on jest inny niż przedtem, zanim trafił do szpitala. Zastanawiam się, na czym polega ta przemiana, ale nie znajduję odpowiedzi. Bo, tą, która się błąka na obrzeżach mojej rozpalonej do gorącaświadomości nie chcę przyjąć i uznać za właściwą - mój przyjaciel naprawdę oszalał. Sfiksował.
- Proszę, zaczynamy - głos Najwyższego wyrywa mnie z oniemienia, w jakie popadłem.
Zaczynamy? Co zaczynamy? Skoro ozdrowiał nie będę mu zadawał tego typu pytań, jak - Ile ma pan palców u rąk? Czy ta ilość jest taka sama jak u nóg? Na czym polega różnica między dniem i nocą?
- Czy wie pan, gdzie się znajduje? - pytam i czujesz się, jak skończony kretyn. Zażenowanie to za delikatne określenie stanu w jakim się zanurzyłem po czubek głowy.
Podaje dokładny adres szpitala, numer budynku i numer sali, w której obecnie przebywamy. Wypowiedź kończy uśmiechem, pod którym ukrywa kolejny, ironiczny, kąśliwy, wykpiwający mnie uśmieszek.
Potem podaje prawidłowe imię i nazwisko, od siebie dopowiadając imię matki i ojca. Adres jego zamieszkania także się zgadza.
Jego błękitne oczy wbijają się we mnie tak mocno,że czuję ból w tyle czaszki. Uciekam od niego wzrokiem na twarz doktoraŚcigały, następnie na monstrualne ręce Augusta. Gdybym stał a nie siedział, przestępowałbym z nogi na nogę, jak dzieciak, który nie może powstrzymać ucisku na pęcherz i boi się zapytać, czy może wyjść do kibla.
- Mogę także podać twoje dane personalne i wymienić twoich ulubionych autorów literackich - oświadcza nagle Andrzej.
Ktoś nie wytrzymuje i wybuchaśmiechem. Po chwili przyporządkowuję tą histeryczną gardłowo-przeponową reakcję Madlenie. Lodowate spojrzenie doktoraŚcigały natychmiast doprowadza ją do porządku.
Mogę także zaśpiewać twoją ulubioną piosenkę.
Nie czeka na przyzwolenie i zaczynaśpiewać, wystukując przy tym rytm rękoma i nogami, wprawiając w ruch całe swoje ciało.

Jezu jak się cieszę,
Z tych króciutkich wskrzeszeń,
Kiedy pełną kieszeń mam.
Znowu mogę myśleć niecościślej.

Po raz pierwszy wżyciu widzę roześmianą twarz doktoraŚcigały, i naśladującą go, niczym odbicie w lustrze, twarz Augusta. Gdyby teraz ktoś z tyłu dołączył się do Andrzeja i zaczął wraz z nim nucić, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Ot, sala dała się ponieść melodii znanego przeboju. Za chwilę złapią się za ręce i będą falować to w jedną stronę to w drugą.
Mam dość tego cyrku! Powstaję, jeszcze raz rozglądam się wokół siebie. Piosenka Andrzeja zawładnęła całą salą. Czuję, jak pulsowanie z tyłu głowy narasta. Wiem,że jeśli natychmiast nie opuszczę tego miejsca, stanę się pensjonariuszem pobliskiego oddziału. Moja głowa z każdą chwilą robi się coraz większa, nadyma się tak mocno,że grozi eksplozją.
- Muszę wyjść dołazienki - oświadczam i zmierzam ku drzwiom.
Z twarzy Augusta spełza mongoidalny uśmiech i patrzy bezradnie na swego pryncypała. ?Czy to jest zgodne z regulaminem? Mam go obezwładnić? Użyć przymusu siłowego??
Kiedy znajduję się na korytarzu, przyśpieszam kroku, na schodach zaczynam biec. Niestety nie daleko uciekam. Zatrzymują mnie zamknięte drzwi. Uderzam w nie pięścią, ogarnięty oceaniczną bezsilnością.
Klucz - słyszę.
Odwracam się i widzę szczerzącego swoje pożółkłe kłapacze Augusta.
Otwiera drzwi, nie spuszczając ze mnie swoich uważnych szczurzych oczek. Taksuje, zastanawiając się - Kiedy trafię w jegołapska?
Dziękuję - mówię i wychodzę na zewnątrz.
Ponownie jestem na wolności. Po kilku krokach odwracam się, czując na sobie wzrok Augusta. Stoi i szyderczo się uśmiecha. Dopiero teraz uświadamiam sobie,że wszystko, co się wydarzyło, było uknutym przeciw mnie spiskiem. Ktoś doniósł doktorowiŚcigale o mojej bliskiej znajomości z Andrzejem i ten postanowił zainscenizować tożenujące, ośmieszające mnie przedstawienie. Stałem się jedną z jego marionetek.

Jestem pierwszy w stołówce, ale z kiepskim skutkiem. Jeszcze nie wydają obiadu. Postanawiam przykleić się do okna i poobserwować kocboowską okolicę z perspektywy trzeciego piętra. Nie jest to Wenecja. Ktoś kto by chciał napisać o tym miejscu miałby sporo trudności w rozbudowaniu opisu. Architektura pozbawiona jest bogactwa szczegółów. Brak w niej różnorodności. Nawet Proust nie wycisnąłby więcej niż cieniutki akapit. Człowiek patrząc na te równo poszatkowane alejkami osiedle niewysokich prostych brunatno-czerwonych budynków czuje się przygnębiony. Któż może wyzdrowieć w takiej atmosferze? Jak może się lepiej poczuć tutaj ktoś cierpiący na depresję maniakalną? I takświat wydaje mu się wstrętny, a tu jeszcze ten strasznie męczący krajobraz.

Madlena zaczepia mnie i mówi,że po przemyśleniu wszystkich za i przeciw uważa,że mój romans z Patrycją nie ma przyszłości.
- Na trwały i wzajemnie pożyteczny związek macie zero procent szans - dodaje. - Nawet nie daję wam jednego marnego promila.
O czym ty mówisz?
- Jak to o czym? Wczoraj wchodziłeś w jejżuchwę, a dzisiaj zachowujesz się tak jakby się nic nie stało. Może także uważasz,że facet ma prawo uganiać się za spódniczkami? Rozczarowałeś mnie. Miałam nadzieje,że nie sprowadzasz się tylko do tej przypadłości pomiędzy twoimi nogami.
Przez chwile milę sięłechtam myślą,że Madlena jest zazdrosna o mnie. Mam powodzenie, jak stąd do wschodniej części Berlina. Nie mogę się opędzić od pożądających mnie dziewczyn i kobiet.
- I z czegożeś taki zadowolony? - pyta, widząc malujące się na mojej twarzy samozadowolenie.
- Ostatnio nie mam najlepszych dni - stwierdzam.

Kocham Cię.
Nieżartuj.


AUDIENCJA

Następnego dnia, gdy otrzymuję wezwanie do stawienia się przed największym ekspertem w dziedzinie prania mózgów, odruchów warunkowych i bezwarunkowych, nabieram całkowitej pewności,że wczorajsze wydarzenia były z góry ukartowane, dokonywały się zgodnie z wcześniej ustalonym scenariuszem. Przed dzisiejszym przesłuchaniem postanowiono mnie poddać sprawdzianowi, swoistej wizji lokalnej.
Pukam raz, pukam drugi raz. Słyszę burknięcie, które uznaję za zaproszenie do wejścia. Otwieram drzwi i wchodzę dośrodka. DoktorŚcigała siedzi nieruchomo za biurkiem i zachowuje się tak, jakby mnie nie widział. Ma nieodgadnioną twarz zamyślonego Chińczyka. Nie wiem, co robić dalej? Wycofać się, czy chrząknąć, zakasłać, by w ten sposób zamanifestować swoją obecność?
- Podejdź bliżej, i siadaj - słyszę w momencie, kiedy nabrałem powietrza, by wydobyć z siebie głos.
Idąc tutaj zamierzałem przywdziać maskę zrelaksowanego, pozbawionego jakiejkolwiek psychoneurotycznej reakcji mogącejświadczyć o zakłóceniach w obrazie twojej osobowości, człowieka. I od razu, chwilę po otwarciu drzwi, opadła zasłona - wyglądam jak drżąca z zimna kura odarta z piór, wystawiona na poranny mróz.
DoktorŚcigała uśmiecha się triumfalnie.
Siadam na krześle, a raczej opadam na nie z ulgą. Stojąc miałem poczucie całkowitej nagości. Zakładam nogę na nogę, i poprawiam sweter. Zbieram się na tyle w sobie, by wykrzesać na twarzy blady uśmiech.
- Nie czesałeś dzisiaj włosów.
Włosy?! Odruchowo, rozcapierzoną ręką, gładzisz grzywkę, chcąc nadać jej jako takiład. Kiedy dłoń zatrzymuje się na czubku głowy, zdaję sobie sprawę,że doktorŚcigała traktuje mnie jak swego pacjenta.
Masz jakieś kłopoty? - raczej stwierdza niż pyta.
Opuszczam rękę i kładę na kolano, zaciskając wokół nich mocno palce. Muszę przerwać umiejętnie rozegraną przez niego partię gry, której celem jest zamienienie mnie w przypadek chorobowy i wysłanie na oddział.
- Nie - odpowiadam twardo, wbijając paznokcie w ciało. Gdybym jeszcze miał odwagę sprzeciwić się tykania mojej osoby, nie używania ogólnie przyjętego w kontaktach międzyludzkich grzecznościowego zwrotu - pan.
Zapadam milczenie. Długie milczenie. Mój rozmówca nie lubi słów sprzeciwu, przywykł do przyznawania mu racji.
Wiesz, po co cię tu zaprosiłem?
Chyba nie.
Chyba, czy na pewno?
Na pewno.
Nie spotkałem jeszcze psychiatry, który by nie miał trudnego do zniesienia, wszechwiedzącego, spojrzenia słonia patrzącego na mrówkę. Każdy psychiatra doskonale opanował technikę wprowadzania swego interlokutora w niepewność. Jednym z nagminnie nadużywanych trików jest umiejętność stosowania milczenia, którym, niczym bandyta przystawiający nóż do gardła, terroryzuje się i wymusza odpowiedź. O czym on wtedy myśli z twardym jak granit spokojem? Liczy barany? Oblicza ilość moich coraz bardziej nerwowo trzepoczących rzęs?
- Dlaczego sądzisz,że to jest właściwe miejsce dla ciebie? - przerywa ciszę.
Zamierzam iść na medycynę.
Są inne szkoły pielęgniarskie.
?No, dobrze, doktorku, masz rację, jak każdy chcę wiedzieć, czy mnie może spotkać to samo, co twoich pacjentów? - odpowiadam w duchu, powoli odzyskując pewność siebie, a jemu wyjawiam:
Myślę o psychiatrii.
Ale nie zdawałeś na medycynę?
Nie. Na reżyserię filmową.
Reżyserię? - ożywił się, zmieniając miejsce na swoim fotelu.
Tak.
Mogłeś przecież równolegle zdawać na medycynę?
Tak jakoś wyszło.
Chciałeś odpocząć?
Rzeczywiście, trafił w sedno. Potrzebowałem także spokoju. Wizja przebywania w domu wariatów była niezwykle kusząca, ale nie aż tak silna by jako jedyny argument, pchać się w to miejsce. Zamierzałem na chwilę wycofać się na poboczeżycia i zastanowić się nad tym, co mam dalej robić ze sobą? Szpital wydawał się być doskonałym azylem. Dzielił go gruby - nie tylko rzeczywisty, zbudowany z cegieł ale i w przenośni - mur odświata,świata, w którym należy wiedzieć dokąd się idzie i po co? Już pierwsze chwile spędzone w Kocborowie, gdy przyjechałem złożyć dokumenty do szkoły, oprócz stanu ciągłego podniecenia - Jestem w szpitalu wariatów! U czubków! - dostarczyły mi zdumiewającego uczucia - czas się zatrzymał, a jeśli szedł do przodu, to wolno, na tyle niespiesznie,że dla człowieka zza muru wydawał się być nieruchomy.
Czy to jest nienormalny stan? Czy mając dziewiętnaście lat nie można być zmęczonymżyciem. Czy jest to za krótki okres? Chorobliwie krótki okres? Chciałem się tylko na chwilę zatrzymać, cóż w tym złego?
- To jest dobre miejsce na odpoczynek - ciągnie dalej. - Niektórzy niepotrzebnie się przed nim bronią. Spotkałeś tutaj ludzi, którzy nie chcą nas opuścić, prawda?
Przyznałem mu rację, ku mojemu zdziwieniu, dla sporej części pensjonariuszy jest to ten prawdziwy i jedyny dom. Dla nich kraty, drzwi i okna bez klamek są niepotrzebnym zabezpieczeniem. Wypisywani na wolność, do normalnegoświata szybko wracają tutaj dobrowolnie.
- To wszystko - nagle oświadcza. - Spotkamy się w najbliższym czasie. Porozmawiamy o Andrzeju.
Patrzę na niego oniemiały. Czego on właściwie od ciebie chciał? Po co cię zapraszał do gabinetu?
Doktor wstaje z uśmiechem - ten sam triumfujący uśmiech, co na początku - podchodzi do mnie, ujmuje podłokieć i prowadzi ku drzwiom.
Niech pan przemyśli naszą rozmowę.
Kiedy zamykają się drzwi, obracam się w ich stronę, jakby nie wierząc w to, co się wydarzyło. Wiem,że otrzymałem kolejny sygnał o powolnym schodzeniu wświat obłędu. Przed chwilą zaproszono mnie do niego, starając się pozbyć twoich, niczym nieuzasadnionych, obaw. Słyszałem,że większość ludzi staje się wariatami stopniowo, niezauważalnie. Okoliczności zewnętrzne jedynie przyśpieszają ten proces.
Powinienem stąd jak najszybciej wyjechać. Opuścić Kocborowo na zawsze, jeszcze otwartymi dla mnie drzwiami.
Do tegoświatałatwiej się dostać niż z niego wyjść.

Do Merliyn:
- Jesteśładna, ale zbyt wielu cię już pieprzyło.

- Prędzej, czy później będziesz musiała się sprzedać.

SZUKANIE NOCNIKA

, zaczynają wświerzbić mnie myśli o Andrzeju. Wyobrażam sobie jak ten, zapomniany przez posiadającą pełnie władz umysłowyświat biedak leży unieruchomiony pasami i patrzy tępo w sufit.
Czy ja, na jego miejscu, także bym nie zaczął sobie wyobrażać,że jesteś orłem bielikiem?
A może Andrzej rzeczywiście musi dokonać remontu mózgu? Tylko czy nasz przewodnik poświecie szaleństwa, doktorŚcigała, przy gorliwej współpracy Starej Sowy, jest w stanie go prawidłowo przeprowadzić?
Im dłużej tu przebywam, tym większego nabieram przekonania, że łapiduchy nigdy nie będą wiedzieć, co czuje ?leczony? przez nich człowiek. Nie mogę się zgodzić z ich twierdzeniem,że jest on tylko zbiorem substancji chemicznych. Aby chorego przywrócić do zdrowia należy dostarczyć mu brakujących elementów lub pozbyć się niepożądanych związków, w przypadku, gdy występują w nadmiarze. Według moich obserwacji psychiatra to facet, który w ciemności,że oko wykol, szuka nocnika, a kiedy wreszcie udaje mu się go znaleźć, okazuje się,że jest on pełny gówna.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Potężny mężczyzna powolnymi ruchami, nieco leniwie, goli głowę. Opowiada o swoim barwnym życiu, o więzieniu i drużynie rugby. Ale nie jest to kadr z amerykańskiego obrazu "Urodzeni mordercy", a jedna ze scen polskiego filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego o chuliganach Arki Gdynia, których teraz bardziej niż rozróby fascynuje męski, twardy sport.
(...) Kamera podąża za bohaterami niemal wszędzie. Jest na treningu, meczu, w szatni, w samochodzie i nawet w łazience.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS