menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Tylko nie o miłości

fragment powieści


Ten fabularyzowany dziennik jest autofikcją;

do napisania go inspirowały mnie

postacie i wydarzenia autentyczne.


A kiedy już popracowałem całe długie godziny bez przerwy, zapominając o jedzeniu i spaniu, i o wszystkim, wstawałem w końcu od biurka i chwiejnym krokiem wyruszałem w nocne ulice, zataczając się ze zmęczenia jak pijak... Już dłużej chyba nie dam rady. Serce, głowa - wszystko... Słowa są jak woda... Nie masz pojęcia, co znaczy siedzieć cały dzień z głową w dłoniach, próbując wycisnąć z nieszczęsnego umysłu potrzebne ci słowo...

Kosiński cytujący Thomasa Wolfe, Nabokova, Bernarda Malamuda, Flauberta

Ślady można odnaleźć w mojej pamięci

I

Wiem, o czym chcesz powiedzieć.

Ale ten widok? Zatrzymany nie mogę

trzasnąć drzwiami i wybiec na ulicę.

Nawet gdyby, to będzie to trudno

zdrapać ze mnie.

Doprawdy niełatwo

zmienić przyzwyczajenia i topnieć,

tak jakśnieg na ulicy.

Zwłaszcza,że każdy krok

jest coraz krótszy. I w ostatniej

sekundzie nic już nie zostaje.

Daleko mi teraz. To wszystko

wydaje się być pozbawione końca

i początku. Tak,

podobno mówiłem coś przez sen,

ale jakie to ma znaczenie?

Już może bardziej złe

przeczucia.

II

Już dobrze.

Przestań tyle mówić o tym.

Przecież wiemy wszyscy. Tylko,że

ten ból zaczyna się zaraz

gdzieś za drzwiami.

A wszystko jest w mojej głowie

i nie mieści się w niej.

Długo nie trzeba czekać,

wszystkie słowa pozostają.

Ktoś może potrafi,

ale nie ja.

Dużo ludzi tak myśli,

lecz nie zasługuję na to.

To jest miłe,

ale gdyby znali prawdę.

III

Brzydzę się własnego ciała.

Patrząc w lustro

czuję się nieswojo.

Nie zawsze potrafię wytrzymać

samotności na białym prześcieradle.

Niemego płaczu,

który nadchodzi przed snem

i pustego serca

po przebudzeniu.

Tej muzyki szyb. Ostatecznej i

nieuleczalnej.

IV

Kobiety. Ewentualneślady

można odnaleźć w mej pamięci.

Tak, to dziwna rozkosz.

W chłodnej pościeli,

z wargami przystawionymi

dościany.


1987, Elbląg


Szkic do reportażu

1992
Grodno, Hotel "Turysta"


Jedno spojrzenie wystarcza, aby zorientować się,że obudziłem się pierwszy. Leżąca przy mnie dziewczyna - nie potrafię przypomnieć sobie jej imienia - oddycha głośno. Ma lekko rozchylone wargi i jak dziecko do góry rozpostarła ręce, zaciskając w pięść małe dłonie. Wygląda mikroskopijnie przy potężnej posturze Timochy, z którym razem dzielimy narożną kanapę.

Oczywiście nie mogę mieć całkowitej pewności, że w innych pokojach wszyscy dalejśpią. Apartament hotelowy składa się z salonu, w którym właśnie się znajduję, dwóch pokoi, przedpokoju iłazienki. Przez chwilę nasłuchuję, czy ktoś nie krząta się za drzwiami? Cisza. Nie sądzę aby ktoś przebywał włazience. Kanalizacja jest w stanie tak opłakanym,że nie ma możliwości odkręcenia kurka z wodą lub skorzystania z ubikacji bez charakterystycznych dźwięków: bulgotu dławiącej się w rurach wody i rozdzierającegoświstu.

Muszę skorzystać złazienki. Wydostanie się złóżka, tak aby nie naruszyć spokojnego snu leżących obok osób, nie jest proste, wymaga ekwilibrystyki. A jednak to mi się udaje. Dziewczyna wiedziona instynktem natychmiast przesuwa się na moje miejsce, układając się na lewym boku. Na szczęście nie mam już zamiaru z powrotem kłaść się dołóżka.

Całkowicie pewny,że nikogo nie zastanę włazience otwieram drzwi. Mija jedna sekunda, druga, trzecia, czwarta... W pierwszej chwili nie dociera do mnie to, co widzę: W wannie leży nagie ciało Wiery. Ma szkliste półotwarte oczy. Jej małe piersi nie dają najmniejszegośladużycia. Wodę wypełniają gęste plamy krwi.

- Andrzej! - wołam i wybiegam złazienki.

Wpadam do jego pokoju, gdzie panuje nieznośny bałagan: ubrania, talerze z resztkami jedzenia, butelki, wypełnione ponad możliwość popielniczki - wszystko ze sobą wymieszane. Panujący zaduch zatyka dech w piersiach.

W szerokimłóżku, zajmującym większą część pokoju leżą dwa ciała. Ręka Andrzeja zwisa z lewej strony i opiera się o bordowy dywan. Szarpię go za ramię, ale nie reaguje.

- Co jest? - pyta rozespanym głosem Olga, rosyjska miłość Andrzeja. Tych miłości miał wiele.Żadna nie trwała zbyt długo. Kiedy obecna się wypali? Zapewnia: "Ta kobieta zostanie ze mną na zawsze." Nie wierzę mu za grosz.

Podnosi się i odchyla z czoła kruczoczarne włosy. Nie przejmuje się,że odsłania piersi, z dużymi ciemnobrązowymi sterczącymi sutkami. W innej sytuacji zachwycałbym się ich pięknem, ale teraz mam co innego w głowie.

- Czego chcesz od niego? - pyta.

Nie zwracam na nią uwagi. Pochłonięty jestem budzeniem Andrzeja, któryśpi kamiennym snem. Wczoraj dużo wypił. Wypił, bo jak bezustannie powtarza: "Tutaj nie można inaczej. Picie jest przymusem. Na trzeźwo nie da się wytrzymać. Jeśli nie pijesz, nie masz czego szukać na Wschodzie." Usnął na fotelu i Timocha z Markiem musieli przenieść jego bezwładne, klockowate ciało nałóżko. Do cholery, wstawaj! Skoro nie pomogło szarpanie za ramię, chwytam go za włosy.

- Aaałłł.... kurwa! - wstaje z zamiarem rzucenia się na napastnika.

Zdążam jednak odskoczyć w tył, przywierając plecami dościany.

- To ja! - krzyczę.

Andrzej zaskoczony zamiera w miejscu. Ma rozbiegane oczy: Nie wie gdzie jest? Nie rozumie, co się stało? Czy ja to ja? Kiedy trochę dochodzi do siebie, ciągnę go za ramię, mówiąc:

- Chodź dołazienki.

- Oszalałeś?! Co robisz? - odpycha mnie.

- Mała nieżyje - wyjaśniam krótko.

Jego twarz momentalnie trzeźwieje, oczy robią się bystre, mózg zaczyna pracować na najwyższych obrotach.

- Cholera, tylko nie to - syczy pod nosem.


Ciało Wiery wyciągnięto z wanny i położono na podłodze w salonie, na wypłowiałym bordowym dywanie. Olga rozpoczyna reanimację. Wykorzystuje umiejętności nabyte w czasie studiów medycznych. Skończyła trzeci albo czwarty rok. Nie wiem tego dokładnie. Andrzej, nie odrywając wzroku od Wiery, zdenerwowany, bierze od Timocha papierosa i bezwiednie go zapala. Dziewczyna, która spała obok mnie, siedzi półnaga nałóżku. Jeszcze nie do końca rozumie, co się stało. W pokoju zjawili się także Olga i Marek. To chyba wszyscy mieszkańcy apartamentu, nikt więcej wczoraj tu nie został na noc.

Czas strasznie się ciągnie.

Wiera zapewniała,że ma siedemnaście lat, ale nie daję jej więcej niż piętnaście. Twarz zawsze pokrywał ostry makijaż. Był wulgarny. Tak według niej powinna wyglądać dziewczyna, która ma przyciągać do siebie mężczyzn. Odnosiłem wrażenie,że przez cały czas prezentowała wcześniej przygotowany wyraz twarzy - tajemniczej kobiety.

Pamiętam jak bezustannie powtarzała: "Tu nie ma przyszłości." Chciałaby urodzić się w innym, l e p s z y m m i e j s c u. Zapytana, gdzie znajduje się takie miejsce, odpowiadała: "Wszędzie, aby jak najdalej stąd." Proponowałem: "Może być Rosja?" Obruszała się, mówiąc: "Nieżartuj ze mnie. Przecież to jest Rosja, tylko nazywa się Białoruś." Na koniec dodawała: "Nie chcę skończyć jak matka." Mimo wielokrotnych nalegań z mojej strony nie powiedziała, jak skończyła jej matka? Dopiero Olga wyjaśniła,że znajduje się w szpitalu psychiatrycznym. "To wariatka! Wiera mieszka sama z ojcem. Od kiedy stracił pracę, nic nie robi, wyłącznie pije. Ma dość jego awantur. Po pijaku próbował dobierać się do niej. Jeśli nic się nie zmieni, wreszcie go zabije."

-Żyje - oznajmia z ulgą Olga.

Rzeczywiście. Małe piersi Wiery rytmicznie opadają i wznoszą się. Otwiera szeroko oczy. A jednak trudno powiedzieć,że odzyskuje pełnięświadomości. Patrzy tępo w sufit. Olga sprawdza na tętnicy szyjnej puls. Po chwili uderza ją w twarz.

- Obudź się, słyszysz?!

Wywołuje to przeciwny od zamierzonego efekt - Wiera w obronie jeszcze mocniej zaciska powieki. Ale Olga nie rezygnuje, nie chce stracić tego, co z tak wielkim trudem uzyskała. Potrząsa mocno jej ciałem, które wygląda jakby poddano je elektrowstrząsom. Wreszcie przynosi to rezultat, ponownie otwiera oczy. Tym razem ma przytomne spojrzenie.

I po wszystkim. Wyjaśnia się,że nie była to próba samobójstwa, jak sądziłem. Wierę ogarnęły tak silne bóle brzucha,że postanowiła zrobić gorącą kąpiel. Wcześniej wypiła sporą ilość alkoholu i połknęła kilka tabletek przeciwbólowych. W wypełnionej gorącą wodą wannie usnęła. Dostała miesiączkę.

*

* *

Zastanawiam się nad początkiem historii, ponieważ każda opowieść musi mieć swój początek. Niestety nie znajduję wyraźnego wydarzenia, od którego wszystko się zaczyna (zaczęło). Wymaga się ode mnie dramatycznego początku. Ale w tym wszystkim nie ma niczego sensacyjnego.

Oczywiście to nie jest mój jedyny kłopot.Świadomość tego,że tylko Andrzej wie po co tutaj jestem wymaga ode mnie działań, które zmuszają pośrednio do uczestnictwa w opisywanymświecie. Zaciera się granica między chłodnym obserwatorem, jakim miałem być, a uczestnikiem zdarzeń.

O przeszłości Andrzeja nie wiem nic. Znamy się od dwóch lat. Znamy, to za dużo powiedziane. Spotkaliśmy się w Mikołajkach, w hotelu Gołębiewski. Już nie pamiętam, albo nie chcę pamiętać, co w nim robiłem. Tam się do siebie zbliżyliśmy. Nuda w opustoszałym wielkim luksusowym hotelu jest trudna do zniesienia. Zaprosił mnie do Wilna, pozna mnie z tamtejszymi ludźmi, będę miał o czym pisać. Wschód to jest kopalnia tematów. Za kilka lat stanie się tam tak nudno jak w pozostałej części Europy.

W hotelu "Turysta" nie spotka się żadnego turysty. Zamieszkują go goście mający wyraźny cel podróży - interesy. Przyjeżdżają tu ludzie, którzy chcą sprzedać, kupić, przemycić, ukraść, wyłudzić, rozliczyć się, porachować, rozmówić. Turystyka jest niezrozumiałym pojęciem. Kogo może zainteresować bieda, brud, szarość - ponury pejzaż. Czy wspaniałą architekturą mogą być popękane, szare bloki zbudowane z wielkiej płyty? To jest biedne miasto. Czy turysta niemiecki, francuski, japoński może dobrowolnie spędzić noc w hotelu, w którym nie ma gorącej wody? Czy nie przeraziłaby go łazienkowa armatura pokryta żółtymi, rdzawymi zaciekami? Co zrobiłby, gdyby nie mógł otworzyć ani zamknąć drzwi do swojego pokoju? Czy mógłby wypocząć w tandetnie wyposażonym wnętrzu, w którym ściany są pokryte koszmarnymi srebrnymi wzorkami, boazeria na podłodze jest sczerniała i wypaczona, brakuje kafelków;ściany, futryny drzwi i okien są krzywe i popękane; w przedpokoju i nocnych lampkach są przepaloneżarówki, kaloryfery mają letnią temperaturę, a szyby pokrywa gruba na palec warstwa szronu. Czy napiłby się herbaty albo kawy, wiedząc,że z kranu płynieżółtawa ciecz? Czy położyłby się do zszarzałej pościeli pełnejśladów poprzednich lokatorów? Jak zareagowałby na olbrzymie prusaki, karaluchy i inne zmutowane, poczarnobylskie robactwo, wychodzące z każdej szpary?

*

* *

Na połączenie telefoniczne z Warszawą należy czekać godzinę. Jest to jedyna rzecz, która mnie nie wzrusza. Nie chcę dzwonić. Nie mam do kogo dzwonić. Ostatni telefon wykonałem dwa dni temu. Madlena nie kryła irytacji:

- Po co dzwonisz? O czym chcesz ze mną rozmawiać? Wyjechałeś bez uprzedzenia. Nie pierwszy raz tak postąpiłeś. Osiem miesięcy czasu zajęło tobie przypomnienie sobie mojego numeru. To koniec. Nie rozumiesz tego? Jesteś draniem!

Nie oczekiwałem tak emocjonalnego wybuchu, a przecież rozsądek powinien przestrzec mnie przed taką reakcją. Patrzyłem przez okno, ale nic nie docierało do mnie z widoku, jaki się rozciągał w dali. Słuchawka przy uchu była nienaturalnie zimna.

- Zawsze nim byłem? - zapytałem, oczekując zaprzeczenia.

- Tak.

Przełknąłemślinę, zanim odparłem:

- Nawet wówczas, gdy chciałaś, abym został ojcem twojego dziecka, bo nikt inny nie był tego wart?

Przypomniałem sobie podobnie do tego tandetny pokój w podwarszawskim motelu, kiedy oznajmiła mi wprost,że chce mieć ze mną dziecko. Nie muszę się obawiać, ono nie ma związać mnie z nią na stałe, związać na zawsze. Nie musiałbym zmieniać swojegożycia, zapewniała. Być może uznałbym to za chwilowy przypływ wzruszenia, gdybym usłyszał to włóżku, chwilę po kochaniu. Stało się to jednak wcześniej, zanim się w nim znaleźliśmy. Powiedziała to niezwykle serio. Długo nosiła się z podjęciem tej decyzji. Chciała poczuć w swoim brzuchu jeszcze coś innego niż mojego penisa. To jest strasznie szalone, powiedziałem. Nigdy już potem nie wracaliśmy do tej rozmowy.

Po chwili milczenia, nieznośnego echa metalicznego chrobotu w słuchawce, powiedziała:

- Nie rozumiem, jak mogłeś tak postąpić, nie byłożadnego powodu, przyczyny.

Ja także tego nie rozumiałem. Jednak nie powiedziałem tego, wcześniej rozłączyła się.

A gdyby nie odłożyła słuchawki na widełki, czy to bym powiedział?

W jakim czasie po rozstaniu z Madleną zrobiłem pierwszą notatkę dotyczącą naszego związku. Czy już wtedy zdawałem sobie sprawę,że w ten sposób zaczynam pisać swoją kolejną książkę. Kolejny dokument, tym razem dotyczący bezpośrednio mojego własnegożycia.

Jednym z ostatnich zdań, jakie powiedziała do mnie było:

- Wreszcie będziesz miał o czym pisać. Romans z dziwką jest dobrym tematem.

*

* *

Dziewczyny podrygują w takt sowietskoje disco, na wytartym do szarości parkiecie z drewnianych klepek. Tańczą samotnie lub w grupach z innymi dziewczynami. Mężczyźni siedzą przy stolikach i piją, od czasu do czasu zerkając na nie. Iluzję prawdziwej dyskoteki starają się nieudolnie stworzyć pulsujące koloroweświatła.

- Tamte dwie - wskazuje Marek na samotnie siedzące w głębi sali młode dziewczyny.

Nie mają więcej niż dwadzieścia lat. Przed nimi na stoliku stoją tylko dwie szklanki i dwie butelki rodzimej coli, słodkiej ciemno brązowej cieczy, której skład chemiczny to chlorowana woda - kranówka, cukier i barwnik.Żrące paskudztwo.

- Idź, zagadaj z nimi - Andrzej zwraca się do Igora, naszego miejscowego opiekuna, przewodnika, trzydziestolatka, o którym wiem tylko tyle,że na co dzień wykłada historię w szkole pielęgniarskiej.

Ten, przybiera poważny wyraz twarzy, poprawia mankiety koszuli, które wychodzą spod przykrótkiej marynarki. Zachowuje się tak jakby brał udział w misji szpiegowskiej. Jest tajnym agentem z jakiegoś tandetnego filmu. Do dziewczyn zmierza wyprostowany i napięty niczym struna. Z trudem powstrzymuję się przed wybuchemśmiechu, Igor wyglądem przypomina Jasia Fasolę.

Andrzej spostrzega moją reakcję i z uśmiechem mówi:

- Intelektualista. Zajmuje się staroruskimi tekstami. Napisał kilka liczących się prac naukowych. Ale przecież trzeba z czegośżyć.Żona nie pracuje, a w domu czeka na niego dwójka dzieci.

Nie zaskakuje mnie kolejna smutna historia człowieka, którego okrutneżycie zmusza do robienia paskudnych rzeczy. Większość ludzi zmuszona jest postępować wbrew swojej woli. Zło nie tkwi w nas, ono zostało nam narzucone. Na ogół mamy pogodną i dobrą naturę. Potrzebujemy możliwości, przestrzeni, powietrza, aby w pełni ją ukazać. Irytuje mnie takie samousprawiedliwienie popełnianych nikczemności. Najbardziej wstrętny czyn można uzasadnić i wytłumaczyć.

Jakże mylące jest pierwsze wrażenie, Igor nie jest takim niedorajdą na jakiego wygląda. Upływa kilkanaście minut i za nim, przemierzającym salę z miną zwycięscy - O, Bogowie, czy znacie mężniejszego i dzielniejszego wojownika!- podążają gęsiego dziewczyny.

Dokonuje prezentacji:

- To Oxana - wskazuje głową na szczupłą wysoką blondynkę. To jeszcze dziecko, przemyka mi przez głowę myśl. Małagodne rysy twarzy, której nie zniekształciła krzyczącym makijażem, tak jak uczyniła to jej przyjaciółka.

- Tania - dziewczyna sama się przedstawia.

- Siadajcie - Andrzej wskazuje wolne krzesła.

Oxana jest spowita tremą, z trudem ją maskując. Tania wygląda na taką, która jadła chleb z niejednego pieca. Przybiera wyniosłą postawę. Naturalne dla niej jest to,że Andrzej zamawia dla nich szampanskoje i karbonad, kotlet, który poza taką samą nazwą w Grodnie, Mińsku, Wilnie, czy w Petersburgu wszędzie inaczej smakuje. Ma jeszcze jednożyczenie: koniecznie do kawy musi być czekolada. Jaka? Obojętnie, aby była czekolada. Może być izraelska.

Dziewczyny mają apetyt, albo po prostu są głodne, szybko opróżniają talerze. Przy stoliku dokonuje się podział: one wymieniają ze sobą pojedyncze uwagi, a my prowadzimy własną rozmowę. Tak jakbyśmy siedzieli przy oddzielnych stolikach.

- Jesteście stąd? - zapytuje Andrzej, gdy na talerzach nie zostaje ani jedna frytka. Na dnie talerza widać rysy i stłuczenia, zastawa od dawna nadaje się do wymiany.

- Tylko Oxana. Ja przyjechałam do babki. Studiuję w Mińsku - odpowiada Tania.

- Co robisz? - zwraca się do Oxany Andrzej.

Ta nie odpowiada od razu, patrzy na Igora, ale on zachowuje się tak jakby nie rozumiał: dlaczego?

- Uczę się w studium pielęgniarskim - wreszcie wyjaśnia.

Igor nadal jest niewzruszony jak skała. Musi znać Oxanę, prawdopodobnie ją uczy.

- Jestem w ostatniej klasie - szybko dodaje.

A więc ma osiemnaście lat.

- A wy, po co tu przyjechaliście? - Tania jest konkretna.

- To biznesmeni - szybko informuje Igor.

Tania przytakuje, ale nie jest do końca usatysfakcjonowana odpowiedzią. Z pewnościążaden z nas nie wygląda tak, jak wyobraża sobie poważnego przedsiębiorcę.

- Mało pijecie - zwraca się do dziewczyn Marek, chcąc przerwać panującą ciszę.

Nasz miejscowy opiekun skwapliwie uzupełnia kieliszki alkoholem. Oxana wzbrania się,źle się czuje.

- Dzisiaj nie może. Rozumiecie? - wyjaśnia Tania.

Przytakują. Oczywiście,że rozumieją.

- Odrobina alkoholu pomoże, a nie zaszkodzi - wtrąca się Igor. Mierzy wzrokiem Oxanę.

Zawstydzona uśmiecha się - czy od razu trzeba dawać do zrozumienia,że ma miesiączkę. Trudno jest odmówić swojemu nauczycielowi, a więc pije.

Po dwóch godzinach wszyscy znajdujemy się w apartamencie hotelowym. Wcześniej portier otrzymuje dziesięć dolarów za przymknięcie oczu na wchodzące z nami do windy dziewczyny.

- Klasa - zachwyca się Tania na widok apartamentu i od razu czuje się jak u siebie w domu.

W przeciwieństwie do niej Oxana wygląda na całkowicie zagubioną. Wątpię, czy ona jest tą osobą, którą poszukuje Andrzej. Wkrótce okazuje się,że obie dobrze znają się z Olgą.Świat jest taki mały a na pewno Grodno. Tutaj nie sposób, aby nie natrafić na siebie. Gdzie indziej można wyjść wieczorem? Albo do "Turysty" albo do "parlamentu", jak mówi się potocznie na restaurację w największym w mieście hotelu "Grodno". Obecnie zamkniętym z powodu braku ogrzewania.

Wszyscy skupiają się wokół telewizora, który całkowicie ogniskuje ich uwagę. Przywykłem do bezustannie włączonego odbiornika. Tutaj ludzie są przekonani,że rzeczywiste jest wyłącznie to, co widzą w telewizorze, a nie to, co znajduje się za oknem. Na niskiejławie pojawiają się butelki czystej wódki. Pije się z kieliszków, szklanek, a nawet kubka. Nikomu nie sprawia to wielkiej różnicy.

- Chciałybyście wyjechać i popracować w Niemczech? - nagle rzuca pytanie Igor.

Oxana patrzy na Tanię, która bez namysłu odpowiada:

- Też pytanie, każdy by chciał.

- Macie paszporty? - Igor zamienia się wśledczego.

- Tak - potwierdza Tania, a Oxana przytakuje głową. - Na wiosnę byłyśmy w Białymstoku.

Prawdopodobnie handlowały na tamtejszym rynku, wtapiając się w tłum opatulonych mężczyzn i chłopów taszczących niemiłosiernie wielkie i pękate lniane torby, których ciężar wydaje się przekraczać masę ciała tragarzy.

- Andrzej może załatwić wam pracę, musicie z nim porozmawiać - Igor mówi tak, jakby wyjawiał tajemnicę, którą mogą poznać wyłącznie wybrani i zaufani ludzie. Powinny to docenić, być wdzięczne,że dostąpiły takiego wielkiego zaszczytu.

Nieoczekiwanie odzywa się Oxana:

- A co będziemy tam robić?

- Sprzątać. Pracować w barze - wtrąca się w rozmowę Marek.

Widocznie satysfakcjonuje je ta odpowiedź, bo przestają być dociekliwe. Igor oznajmia,że, niestety, musi się pożegnać, umawia się na jutrzejsze poranne spotkanie. Przed wyjściem zwraca się ogólnie do wszystkich dziewczyn, jednak patrzy tylko na Oxanę:

- Nie przynieście mi wstydu. To są poważni ludzie.

Mija kolejna godzina. Jestem pewien tego,że Tania przebywając w pokoju Marka nie zajmuje się tylko rozmową. Patrzę na Oxanę i zastanawiam się, czy za chwilę także tam trafi? Ta myśl wstrząsa mną. Dlaczego zależy mi, aby tak się nie stało? Akurat z nią. Tyle dni przyglądam się czemuś, co powinno bezustannie wywoływać krzyk sprzeciwu, a dopiero teraz po raz pierwszy narodził się we mnie protest. Nie mylę się. Po krótkiej wymianie zdań z Tanią, która wróciła do salonu, ginie za tymi samymi drzwiami.

Timocha przejął rolę gospodarza domu i nalewa do szklanki czystą wódkę, następnie podaje Tani. Ta dziękuje i jednym haustem wypija dużą porcję. Zagryza czekoladą. Patrzę na opakowanie, także jest to izraelska czekolada. Całe miasto, całą Białoruś zapchano izraelskimi czekoladami.

- Może coś lepszego jest na Ostankino? - pyta Timochę.

- Jakaś gadanina - oświadcza.

Najwyraźniej Tania nie może skupić się na filmie, bo zwraca się do mnie, chcąc zagaić rozmowę:

- Mało pijesz i dużo milczysz, ciągle patrzysz. Piszesz książkę?

Zanim zdążam cokolwiek odpowiedzieć, Timocha surowym tonem nakazuje jej:

- Zostaw go.

Tania natychmiast poważnieje i kieruje wzrok na ekran telewizora. Twarz przybrała naburmuszony wyraz, wywołując we mnie uśmieszek. Przy najgłębszych chęciach nie potrafiłbym wzbudzić w sobie uczuć, które sprawiłoby,że obcowanie z nią uznałbym za przyjemne. Nie staram się ukryć swojego niechętnego stosunku do niej.

Dopiero pojawienie się Andrzeja wraz z Olgą, którzy wcześniej opuścili salon, rozładowuje smętną atmosferę. Znowu robi się gwarno. Oczy Olgi mają zmniejszone tęczówki. Prawdopodobnie wzięła jakieś prochy. Nie pije alkoholu, nie pali papierosów, ale narkotyki używa.

- Na ten świat nie da się patrzeć, a co dopiero w nim żyć. Gdyby nie prochy nie wytrzymałabym tu ani jednego dnia dłużej. Lepiejćpać niż ciachać się pożyłachżyletkami - powiedziała kiedyś. Nie pamiętam, co jej odpowiedziałem. Może odparłem: "Zabijasz się, tylkożeśmierć przyjdzie później." Albo zmilczałem w sobie myśl, którą miałem.

Kiedy ją poznałem znajdowała się w jednym ze swoich dołków. Jej życie to pasmo wzniesień i upadków. Na początku naszej znajomości, każdego dniażądała abym opowiedział jej swój sen. Nie interesował ją człowiek jako taki, ale jego sny. Niestety większość ludzi, których znała miała nieciekawe sny. Opowiadałem jej sny, opisane przez Junga i Freuda. Ciekawiła mnie jej interpretacja. Oświadczyła,że mam zamęt w duszy. Przypominam kogoś kto szuka czegoś, czego sam nie rozumie. Zapytała, czy nie jestemŻydem? Na końcu języka miałem zdanie,że większość opowiedzianych przeze mnie snów jest snami pacjentówżydowskiego pochodzenia.

Nie opisywałem swoich prawdziwych snów, bo czułbym się tak jakbym miał się obnażyć przed salą wypełnioną tłumem ludzi.Śnię prawie codziennie, moje marzenia senne są niezwykle barwne i mają zazwyczaj zwięzłą budowę; rządzą się zdumiewająco racjonalną logiką. Zawsze cenzurowałem przed najbliższymi opowieści o swoich snach.

Boję się swoich snów.

Nie wiem ile było prawdy w tym, co o niej usłyszałem. Podobno jest córką petersburskiego Króla Cyganów. Zbuntowała się przeciw ojcu i uciekła z domu. Chciała podróżować. Ojciec wysłał za nią ludzi, którzy mają odnaleźć ją i z powrotem przyprowadzić do rodzinnego domu. Od ponad roku zaspakaja swoje pragnienie przemierzaniaświata.

- Powinieneś coś wziąć, aby się znieczulić - niespodziewanie odzywa się do mnie.

Nie mam pewności na ile poważnie to powiedziała. Muszę przyznać,że rzeczywistość, w której się znalazłem, coraz trudniej jest znieść. Nic nie pomaga bezustanne powtarzanie, niczym zaklęcie - To, co widzę, co doświadczam jest nieważne, nie mnie dotyczy. Mam tylko notować, wszystko jak najdokładniej zapamiętać. Trudno na wszystko patrzeć chłodnym okiem. Nie da się zamienić oczu w kamerę video a mózg w magnetofon. Ratowanie się czarnym humorem przynosi tylko chwilową ulgę.

Uśmiecham się w odpowiedzi. Odczuwam w stosunku do niej sympatię. Zawsze ciągnęło mnie do poplątanych, o powichrowanej naturze kobiet. Najprawdopodobniej ta skłonność jest przyczyną wszystkich klęsk moich związków. Z czasem nie wytrzymuję tej nieobliczalności i rezygnuję, tak, zawsze to ja odchodzę pierwszy.

Wiem,że spotkanie jeszcze pociągnie się przez kilka godzin. W tym miejscu obowiązuje inny czas. Północ to wczesny wieczór, brzask za oknem to noc, a południe jest porankiem. Postanawiam pójść do pokoju Andrzeja i zdrzemnąć się, na chwilę wyłączyć mózg, odciąć go od piętrzących się nerwowo myśli, które zamęczają mnie swoim przekonaniem,że są jedyną słuszną oceną tego wszystkiego w czym tkwię.

Tak jak rano panuje w nim zaduch, powietrze przesycone jest zapachem papierosów. Jak oni mogą tu wytrzymać?! Podejmuję nieudaną próbę otworzenia okna. Jest zabite gwoździami. Zrezygnowany kładę się w ubraniu na pościel. Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Zwłaszcza tutaj.


Nie wiem, kiedy odcinam się snem od otoczenia, ile czasu mija? Budzę się, gdy wyczuwam czyjeś ręce manipulujące w okolicach rozporka spodni. Otwieram oczy, niepewny, czy nie uczestniczę w jednym z tych snów, który jest tak realistyczny,że wydaje się być jawą. Czuję wyraźnie jak czyjaś ręka zaciska się na moim seksie. To Oxana. W pierwszej chwili nie wiem, jak postąpić. Doznaję silnej erekcji. Bierze go do ust i rozpoczyna oszalały taniec języka.

- Co ty robisz? - odsuwam się od niej gwałtownym ruchem.

- Nie chcesz? - jest zdziwiona. - Robię to z połykiem. Andrzej mówił,że się tobie podobam.

Jestem zamurowany. Mam ochotę powiedzieć: a skąd on to może wiedzieć? Ale nie chcę z nią rozmawiać na ten temat. Przyznać muszę,że Oxana nie jest mi obojętna. Wiem,że jest tośmiesznie, ale wydaje mi się niewinną dziewczyną, która nagle, nie wiedzieć dlaczego i jak, znalazła się w miejscu, w którym ludzie dzielą się na mniej lub bardziej nikczemnych.

Nie każę jej wyjść. Zostaje ze mną.

Oświcie nakrywam pościelą drżące z zimna ciało Oxany. Ogrzewanie prawie w ogóle nie działa. Staję przy oknie, zza którym skurczone, szare, ludzkie postacie przebijają się przez nieodśnieżony chodnik. Nie pamiętam, aby padałśnieg. To musi być wczorajszy, przedpołudniowyśnieg. Po prostu nikt nie odśnieżył. Jakże to normalny widok w każdym z wschodnioeuropejskich krajów.

Większą część nocy spędziliśmy na rozmowie. Oxana włada dobrą polszczyzną z lekkim wschodnim akcentem. Jej ojciec jest Polakiem, a matka Rosjanką. Kim ona się czuje? Na pewno nie Białorusinką. Rosjanką także nie. Polką? Tak myślała, zanim nie pojechała po raz pierwszy do Polski. Dwudniowy pobyt w Białymstoku uświadomił jej,że tam także jest obca. A więc...?

Jej opowieść niczym się nie różni od opowieści innych poznanych tutaj osób. Ten kraj trudno zrozumieć i jeszcze trudniej w nimżyć. Szczęściarzem jest ten, który urodził się w innym miejscu naświecie.

Dlaczego nie potrafię zrozumieć, że ona musi znosić upokorzenia tylko dlatego, że urodziła się właśnie tutaj? Poznałem ją w lokalu, do którego przychodzi, bo tylko w nim istnieje możliwość spotkania kogoś kto może zaoferować pracę. Kiedyś poznała Azera, który zatrudnił ją na miejscowym rynku do sprzedaży bananów. Porządny facet. Uczciwie płacił. Nie chciał niczego innego poza pracą. Niestety miejscowa mafia go zabiła. Z innymi trzeba chodzić do łóżka. Tu panuje taka mentalność, że dziewczyna musi kochać się z chłopakami, bo inaczej nikt jej nigdzie nie zaprasza. Ale ona tylko bierze do buzi, na nic więcej nie pozwala. Z Tanią można zrobić wszystko, w zamian żąda pieniędzy. Przyjeżdża do Grodna, bo nikt tu jej nie zna. W Mińsku znajomi nie wiedzą, co tutaj robi. Tam jest porządną dziewczyną. Ma chłopaka, który niczego się nie domyśla, sądzi,że rzeczywiście odwiedza chorą babkę. Oxana miała trzynaście lat kiedy wzięła po raz pierwszy w usta męski członek. Był to kuzyn z jej rodziny. Przyjechał do nich na przepustkę z wojska. Kochała go? Nie, po prostu zrobiła to, on nalegał, a ona była ciekawa jak to wygląda. Wcześniej widziała tylko nagiego brata i ojca. Człowiek najedzony nigdy nie zrozumie głodnego. Nie przesłyszałem się, powiedziała - głodny. Czy wiem,że ona dawno nie jadła takiego posiłku, jaki dzisiaj z nami zjadła? Czy jadłem kiedyś smalec z topionej słoniny z cebulą? Ale chyba nie codziennie... Ona je go naśniadanie, obiad i kolację. Wtedy przestałby mi smakować. Wie,że uważam ją za dziwkę, ale ona nie jest nią. Przyszła do mnie, bo się jej spodobałem, jestem inny od nich wszystkich. Tania powiedziała, aby wzięła pieniądze, ale ona ich nie chce. Nie chce ode mnie. A co sądzę o Andrzeju? Czy to prawda o możliwości pracy w Niemczech? Warto byłoby pojechać. Przez rok, dwa lata zarobiłaby tam tyle pieniędzy ile jej rodzice nie zarobili tutaj przez całeżycie. Dlaczego nic nie mówię?

*

* *

Zdaję sobie sprawę,że zwracając się do Andrzeja, z prośbą, aby zostawił Oxanę w spokoju, naruszam ustalenia jakie zawarliśmy, warunki jakie przyjąłem, dzięki którym mogłem znaleźć się w tym miejscu.

- O co ci chodzi? - Andrzej jest zdziwiony, a może udaje zdziwionego.

- Ona była dziewicą.

- Każda kiedyś była - prycha i nalewa do brudnej szklanki odrobinę wody sodowej. Płucze ją i zawartość wylewa do stojącego obok kubka. Następnie napełnia szklankę do połowy czystą wódką i dopełnia sokiem pomarańczowym.

- Oxana była do wczoraj - odpieram.

- Nie rozśmieszaj mnie. Zakochałeś się w dziwce? - upija małyłyk ze szklanki.

- Oxana nie jest dziwką.

- Bez zmrużenia oczu obciągnęła Markowi i Timosze. Chce jechać pracować do Niemiec.

- A powiedziałeś, co ma tam robić? - pytam, z trudem powstrzymując się od wybuchu emocji, które skłębiły się we mnie do niebezpiecznego poziomu.

- Myślisz,że się nie domyśla?

- W takim razie, dlaczego nie mówisz od razu, co naprawdę ją tam czeka?

Andrzej uśmiecha się i posyła mi ironiczne spojrzenie: - To taka gra. Przecież nawet nie zna języka niemieckiego. Niby, co innego może tam robić?

- Może jest naiwna? - wyduszam z siebie, nie wierząc w to do końca.

- Pleciesz bzdury. To ty jesteś naiwny. One tutaj szybko dorastają. Naiwne mogły być, gdy miały dwanaście, trzynaście lat. Czy myślisz,że nigdy nie przespały się w zamian za pracę, dobry ciuch? Po dancingach nie chodzą niewiniątka.

Opuszczam go i wychodzę do pokoju, w którym spałem z Oxaną i po chwili wracam, trzymając w rękach skłębione prześcieradło. Andrzej patrzy na mnie jak na człowieka nie w pełni zmysłów.

- Przyjrzyj się - podtykam prześcieradło pod jego nos.

Na zszarzałej bieli wyraźnie widnieje brunatna plama krwi.

- Może ma ciotę - odsuwa je od siebie z wyrazem obrzydzenia na twarzy.

Czuję się bezradny. Zdaję sobie sprawę,że w oczach Andrzeja moje zachowanie jestśmieszne. W moich także, zresztą.

- Słuchaj, zostaw ją. Jedna dziewczyna w te, czy wewtę nie stanowi dla ciebie różnicy.

- Jeśli nie ja to ktoś inny ją weźmie - odpiera Andrzej, najwyraźniej zniecierpliwiony. Sięga po paczkę papierosów, wyciąga jednego i zapala.

- Ile dostaniesz za nią? Jeden, dwa, trzy tysiące marek? - nie ustępuję, i tak zabrnąłem daleko, aby się teraz wycofać.

- Muszę zapłacić Igorowi, od każdej dziewczyny ma prowizję - wreszcie mięknie.

- Ile?

- Sto.

- Dolarów - uściślam.

Andrzej przytakuje głową.

- Mam ci teraz dać pieniądze? - pytam.

- Przestań się wygłupiać. Odbiło ci. Mów od razu,że chcesz tu mieć dla siebie dziewczynę. Po co ten cyrk!


Wilno

Katja ma dwadzieścia lat. Nie jestładna, ani brzydka, przeciętna dziewczyna, taka, za którą na ulicyżaden mężczyzna się nie odwróci. Niedawno urodziła dziecko. Mąż odszedł, pojechał robić jakieś interesy do Polski i już nie wrócił. Ostatnio słyszała,że przebywa w Petersburgu. Tutaj miał jakieś problemy z miejscowymi bandytami, tak nazywa się członków mafii.

Pracuje jako prostytutka na mieście. Nie ma stałego punktu. Jeździ tam, gdzie każe jej opiekun - młody, dwudziestoczteroletni chłopak, który "ma pod sobą" sześć, siedem dziewczyn. Do mnie przywiózł ją taksówkarz, zaczepiony przy hotelu Litwa.

- Dostanie połowę tego co dasz. - wyjaśnia.

- Taksówkarz powiedział,że robisz to po cichu.

- Rzadko, bo boję się bosa. Gdyby się dowiedział, byłoby ze mnąźle.

- Bije?

- Tak.

- Skoro taksówkarzowi musisz oddać połowę, to czemu ryzykujesz, chyba opiekun nie bierze więcej?

- To i tak się opłaca.

Rozumiem. Taksówkarz nigdy nie dowie się ile właściwie dostanie za tę noc.

Katja po skończeniu szkoły zaszła w ciążę i wyszła za mąż. A jaki dziewczyna ma tu inny wybór, aby nie szlifować bruków? Nie pozostaje nic innego niż wyjść za mąż. Matka urodziła ją mając osiemnaście lat. Rozwiodła się z ojcem dwa lata później. Wychowywała ją samotnie. Było trudno, narzekało się, ale dzisiaj jest jeszcze gorzej. Wtedy jeszcze państwo jakoś pomagało, dzisiaj nie może na nic liczyć. Pierwszy raz poszła za pieniądze, gdy była w trzecim miesiącu ciąży. Miesiąc wcześniej opuścił ją mąż. Po porodzie zaczęła ponownie chodzić na miasto. W ciągu miesiąca zarabia do trzystu dolarów. Mogłaby więcej, ale ma małe dziecko. Matka nie zawsze może się nim zająć. Czy wie o jej profesji? Domyśla się. Bywają okresy,że idzie za każde pieniądze. Do mnie zgodziła się przyjechać, bo od tygodnia nie miałażadnego klienta.

- Jeszcze karmię, chcesz spróbować - proponuje.


Andrzej umawia się na spotkanie z odbiorcą dziewczyn w nocnym klubie "Panorama", mieszczącym się na ostatnim piętrze hotelu Litwa.

Sasza to czterdziestoletni mężczyzna. Wszystko, co nosi na sobie pochodzi z Niemiec. Kiedy wyjmuje paczkę papierosów Lucky Strike obanderolowane niemiecką akcyzą nabieram pewności,że przyjechał stamtąd. Z dalszej rozmowy wynika,że mieszka w Berlinie.

- Mam jeszcze zamówienie na pięć sztuk - informuje Andrzeja. - Ale wpierw potrzebne są zdjęcia dziewczyn. Chciałbym je zabrać, kiedy będę wyjeżdżał. Możesz to załatwić? Cena może być wyższa, ale dziewczyny muszą być naprawdę dobre. Dlatego chcą najpierw zobaczyć zdjęcia.

- Przecież nie będę trzymał je przez miesiąc, aż się zdecydują, którą brać. Nie prowadzę hodowli - obrusza się Andrzej.

- Odpowiedzą natychmiast. Wyjeżdżam w piątek, tak?

Przytakuje i po chwili zastanowienia oznajmia:

- Będziesz wiedział już w niedzielę, najpóźniej w poniedziałek. Marek przywiezie dwie dziewczyny z Ukrainy. Pozostałe trzy mogę także mieć, ale za wyższą cenę, będę musiał odpalić komuś działkę.

- Jeśli sąładne...

- Wszystkie sąładne w porównaniu do niemieckich kaszalotów.

Wybuchamyśmiechem.

- Dać ci polaroida? - proponuje Sasza.

- Nie chcesz sam strzelić fotek? - Za uśmiechem Andrzeja kryje się propozycja zrobienia dziewczyną, czegoś więcej niż zdjęć.

Sasza odmawia. Pragnie mieć jak najmniejszy kontakt z dziewczynami. Najchętniej wołałby pozostać dla nich całkowicie nieznany. Dla dziewczyn nazywa się Sergiej.

Tej samej nocy podjeżdżamy pod restaurację "Vakaras". Andrzej daje znak ręką młodemu, ostrzyżonemu na jeża chłopakowi, siedzącemu wśród podobnie wyglądających do niego postaci. Wyglądam jak patyk przy jego masywnej, kwadratowej posturze. Po krótkiej wymianie zdań, zajmujemy czteroosobowy stolik. Andrzej referuje cel wizyty.

- Mam cztery - oświadcza chłopak. - Dwie zaczęły już pracę na mieście. Ale jeszcze mogę je wycofać.

Andrzej przedstawia warunki. Chłopak wysłuchuje je z kamienną miną, dłubiąc przez cały czas wykałaczką w zębie. Kiedy wykałaczka nie pomaga, wsadza do ust palec i to samo robi paznokciem.

- Pasza, to jak? - Andrzej uznaje,że już bardziej nie ma co go zachęcać.

- Muszę mieć od głowy po tysiąc baksów - odpiera twardo,łamiąc i wrzucając wykałaczkę do od dawna nieopróżnianej popielniczki.

- Tysiąc? - obrusza się Andrzej. - Kurwa, coś ty, tyle to ja za nie mogę dostać, a przecież mam jeszcze koszty.

Milcząc patrzą sobie prosto w oczy. Każdy z nich wie,że pierwsza propozycja cenowa nigdy nie jest ostateczną. Rytuał negocjacji jednak należy przestrzegać.

- No, dobrze, niech będzie pięćset - mówi pojednawczo Pasza.

Wszyscy razem wyruszamy do mieszkania, w którym przebywają dziewczyny.

W czteropokojowym mieszkaniu panuje rozgardiasz, na każdym kroku natrafia się na damską odzież i bieliznę. Na stoliku w największym, gościnnym pokoju stoją dwie butelki wódki Stolicznaja i duża ilość szklanek, kieliszków, talerzy i talerzyków, centralne miejsce zajmuje rozłupany i obgryziony kadłub pieczonego kurczaka. Zapach petów papierosów miesza się z odorem wódki i ostrymi perfumami dziewczyn. Wypełnione po brzegi popielniczki, nieopróżniane przez długi czas są jednym ze stałych elementów tej części Europy. Zresztą tak samo jak plastikowe kubły przy sedesach, w które wrzuca się wykorzystany papier toaletowy. Zbyt mały przekrój rur kanalizacyjnych, uniemożliwia wrzucanie go do muszli, grożąc zatkaniem kanalizacji. Od razu po otwarciu drzwi toalety uderza, w najlepszym wypadku, fetorśrodków dezynfekcyjnych.

Znajduję się z Andrzejem w jednym z mniejszych pokoi, którego prawie całą powierzchnię zajmuje rozłożona wersalka ze skłębioną, nieświeżą pościelą. Nie mając gdzie usiąść siadamy na niej. Naprzeciw, naścianie widnieje plakatowy kalendarz z rozebraną dziewczyną. Jest to kalendarz na rok ubiegły. W okolicach miesiąca lipca ktoś niezbyt pewną ręką napisał: Boga nie ma, a jeśli istnieje to jest naćpany.

Pasza, uśmiechnięty od ucha do ucha, wchodzi do pokoju, pytając:

- Gotowy?

Wraz z nim wchodzi czarnowłosa, krótko ostrzyżona, osiemnastoletnia dziewczyna. Patrząc na Ninoczkę omal nie krzyczę: A co ona tu robi? Ma twarz niewinnego dziecka. Pięknego dziecka, znanego z reklam telewizyjnych. Bije od niej takim blaskiem,że zapominam o paskudnym otoczeniu w jakim przebywam.

- Wszystkie są tak dobre - oświadcza Pasza, widząc naszą reakcję. - No, Ninoczka, rozbieraj się - zwraca się do niej.

Spoglądam na Andrzeja. Nie sądzę,że chce mieć tak szczegółowe zdjęcia dziewczyn. Nie protestuje, przeciwnie, wydaje się być zadowolony.

Pasza zajmuje miejsce na wersalce, po stronie Andrzeja. Ninoczka sprawnym ruchemściąga z siebie trykotową bluzkę, pod którą nic nie ma. Zachowuje się przy tym tak normalnie, jakby była to najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Ma na sobie jeszcze leginsy i koronkowe majtki, zdejmuje je błyskawicznie. Patrząc na jej wygolone podbrzusze rozumiem,że jej klienci to miłośnicy lolitek. Biorąc ją dołóżka czują się tak jakby szli z trzynastolatką.

Błyska flesz. Po chwili drugi.

Trzymam w ręku schnące odbitki, przyglądam się jak powoli wyłaniają się kontury ciała Ninoczki.

- Na pewno jest pełnoletnia? - wypowiadam na głos swoje wątpliwości.

- Pasza mówi,że ma dokumenty. Nic innego mnie nie interesuje - odpiera Andrzej.

Kolejna dziewczyna, Cwieta, rozbiera się do majtek. Ma miesiączkę. Zapytuje jaką ma przybrać pozę. Andrzej obojętnie wzrusza ramionami. Paszy podoba się rola reżysera i każe jej chwycić się rękoma za czubek głowy. Cwieta wykonuje to posłusznie, odkrywając w pełnym uśmiechu ubytek w uzębieniu.

- Zamknij buzię - nakazuje Andrzej.

Dziewczyna w lotłapie przyczynę jego uwagi i zadowolona oznajmia,że za kilka dni wstawi sobie koronkę.

- Jaką? - opuszcza w dół aparat.

- Złotą - odpowiada z nieukrywaną satysfakcją.

Andrzej spogląda na Paszę i mówi:

- Zdurniała, kurwa. Ma wstawić zwykłego białego zęba, albo niech w ogóle nic nie robi. Najwyżej nie będzie szczerzyć zębów.

Pasza przytakuje. Dziewczyna pochmurnieje, czuje się urażona, ale nic nie mówi, nadal niewzruszenie trzyma ręce na głowie.

Andrzej wykonuje zdjęcie. Do następnej fotografii jej opiekun poleca, aby zmieniła pozę i chwyciła się za piersi, unosząc je do góry.

- Jak dzwony, Niemcy takie lubią - komentuje z miną znawcy Pasza.

Nikt mu nie odpowiada. Sądząc po minie Andrzeja, ma odmienne zdanie. Po ich wyjściu oznajmia,że jeśli nie będzie musiał to jej nie weźmie.

- To nie są cyce, a krowie wymiona - komentuje.

Tym razem nie ma już rozbierania, Raisa przyszła w samym szlafroku. Rozsuwa go i następuje zwolnienie migawki.

W rękach uzbierał mi się plik odbitek. Wszystko nieznośnie się przeciąga, pomiędzy jedną a drugą prezentacją dziewczyn mija kilka minut. Obecna przerwa jest najdłuższa. Andrzej zniecierpliwiony wyciąga papierosa i zapala go.

- Najtaniej można dostać dziewczynę na Ukrainie - przerwa ciszę. - Tam jest straszna bieda. Z każdego wyjazdu do Kijowa przywożę ze sobą dwie do czterech dziewczyn. Daję im tylko pieniądze na bilet i zapewniam mieszkanie w Wilnie.

Nagle dochodzi do pokoju dźwięk szarpaniny. Pasza otwiera drzwi, krzycząc:

- Jeb twoja mat.

Wpycha dośrodka wysoką długowłosą blondynkę. Wykręca jej do tyłu rękę. Dziewczyna z bólu wykrzywia twarz. Ze steku przekleństw i wyzwisk można zrozumieć,że nie chce aby robiono jej zdjęcia. Po dobrej chwili wyjaśnia się,że ma na myśli wyłącznie ujęcia bez ubrania. Dla Andrzeja nie stanowi to problemu, najważniejsza dla niego jest wyrażona przez nią chęć wyjazdu do Niemiec. Jednak Pasza nie uznajeżadnego sprzeciwu. Dziewczyna należąca do niego musi bezwzględnie wykonywać polecenia. Tym bardziej jeśli miało to miejsce przy innych osobach. Tak jawne nieposłuszeństwo podważa jego autorytet.

- Rozbieraj się - zwalnia jej rękę.

Przyczaił się jak pies gotowy w każdej chwili do skoku i przegryzienia gardła.

Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Z trudem powstrzymuję się od reakcji. Z ulgą przyjmuję widok, gdy dziewczynaściąga bluzkę i stanik.

- Więcej nie - oznajmia twardym, nieustępliwym tonem.

Andrzej unosi aparat na wysokość oczu i zamierza wykonać zdjęcie, wtem odzywa się Pasza:

- Cała, powiedziałem cała, jeb twoja blać.

No, naciśnij migawkę, skończ z tym wreszcie, przemyka mi przez głowę, ale Andrzej opuszcza w dół aparat i przyjmuje postawę wyczekującą.

Pasza mierzy piorunującym wzrokiem dziewczynę, ta jednak nic sobie z tego nie robi. Ma jednak na tyle instynktu samozachowawczego,że nie patrzy prowokująco w jego oczy, spuszcza wzrok w dół.

- Tyle wystarczy - odzywa się Andrzej.

- Nie. Blać się rozbierze i zrobi to, co powiem. Inaczej niech spierdala na ulicę - Pasza nie ustępuje. Tu chodzi o jego poczucie honoru, gdyby przystał na warunki dziewczyny straci twarz. Inne dziewczyny wiedząc o tym, zaczną podważać jego władzę. Na to nie może pozwolić.

- Później strzelisz sobie jej fotkę. Nie będę tu siedział do rana - Andrzej wykonuje zdjęcie.

Podaje mi odbitkę, którą szybko chwytam za brzeg. Chwilę potem po raz drugi błyska flesz.

Po wszystkim, kiedy zjeżdżamy w dół windą, Andrzej zwraca się do mnie:

- Czy myślisz,że coś byś zmienił? Ona teraz zdrowo oberwie od niego. Zrobi z nią to, co będzie chciał. Dziewczyna zostanie u niego.

Wiem,że stanie się tak jak powiedział. Dziewczyna uzna,że odchodząc i tak nie zmieni swojego losu. Przyzwyczaiła się. Nie ma gdzie pójść.Żeby dokądś wrócić, wpierw należy posiadać takie miejsce. Jest tysiące wytłumaczeń.


Ninoczka ma piękne błękitne rosyjskie oczy.Śmiejące się oczy dziecka. Krótko obcięte blond włosy nadają jej odrobinę chłopięcego wyglądu. Kreski wokół oczu i pomadka na ustach to cały jej makijaż. Najpierw zapewnia,że ma siedemnaście lat, potem przyznaje,że za pięć miesięcy ukończy szesnaście lat. Prawdą może być także to,że za pięć miesięcy ukończy piętnaście lat.

- Marcel, ja to lubię. Nie mogę bez tego wytrzymać.

Zaczęła i zaliczyła na wszystkie sposoby wszystko, zanim jej ciało dojrzało. Przynajmniej nie martwiła się, czy zajdzie w ciąże. Nie przeszkadza jej to,że kilka razy była zgwałcona. Kilka razy klienci zrobili więcej niż powinni. Kolejna dziewczyna zajmująca się tą profesją cierpiąca na syndrom ofiary. Pieprzenie się sprawia jej przyjemność, a przy tym zarabia na swoje utrzymanie. Tak, kiedy przychodzi jej obsłużyć kilkunastu klientów w ciągu nocy to nie zawsze czuje się dobrze, ale taki jest jej zawód. Nie pamięta, nie jest w stanie zliczyć ilu miała facetów. Nie czuje,żeby mężczyźni traktowali ją jakśmiecia.

- Uda mi się z tego wyjść. Zarobię pieniądze i założę własny biznes. Salon kosmetyczny, butik. Może wyjadę na zachód. Prawda,że jest tam wspaniale?

Całuje mnie długo i namiętnie, tak jak nie robiła tegożadna znana mi dziwka. Wpija się we mnie i za chwilę wchłonie mnie całego. Odsuwam ją. Chcę rozmawiać. Jak zwykle w takich sytuacjach, słyszę nieśmiertelne pytanie:

- Nie podobam się tobie?

Opowiada mi o przyszłości, o cichym rodzinnym życiu. Mąż i dwójka, albo trójka dzieci. Własny dom z ogrodem. Nie chceżyć tak, by musieć odmawiać sobie i dzieciom kawałka czekolady. Jej matka nigdy nie wyjechała z miasta dalej niż na pobliską wieś.Świat jest taki wielki i tyle jest w nim ciekawych rzeczy do obejrzenia. Lubi podróżować. Była w Moskwie, Rydze, na Krymie i w Polsce. Jej powierzchowność jest bardziej tajemnicza niż to, co skrywa - prostą naturę. Nie ukończyła szkoły podstawowej, po co? Nikt nie wie, gdzie jest i czym się zajmuje. Matce od czasu do czasu wysyła paczki i pieniądze. Nie chce, aby ta zgłosiła na policję jej zaginięcie. Ojciec? Wybuchaśmiechem. On się nie liczy. Nie ma nóg, od lat jeździ na wózku. Najważniejsze,żeby się miał czego napić. To co wysyła powinno wystarczyć mu, aby zapił się naśmierć. Miłość? Ani razu nie pada to słowo.

- Jak to, nie kocham rodziców? Przecież mówiłam,że wysyłam im pieniądze. A czego im więcej potrzeba? Przestań mówić do mnie jak pop. Chcesz się trachać, czy nie?

To dławiące uczucie samotności wypycha mnie z pokoju hotelowego. Za wszelką cenę chcę się znaleźć wśród ludzi. Zjawiam się w mieszkaniu Andrzeja w momencie, gdy spotkanie nabrało wigoru. Każdy z uczestników ma w sobie wystarczającą dawkę alkoholu we krwi, aby przełamać wszelkie bariery. Sam czuję szum w głowie, wszystko co dochodzi do mnie ma mikrosekundowe opóźnienie, ruchy są wolniejsze, dźwięki dźwięczą dłużej. W dwupokojowym mieszkaniu dokonał się już podział na to, kto z kim spędzi resztę nocy. Andrzej wciska mnie pomiędzy siebie, a młodą dziewczynę, o krótkich, nieznośnie blond włosach. Kolejna platynowa blondynka. W sklepach można kupić tylko jeden odcień farby do włosów.

- Masz już w czubie - mówi, stawiając szklankę i wlewając w nią wódkę, której nazwy nie sposób określić. Kształt pozbawionej etykiety butelki wskazuje,że jest rodzimej produkcji.

- To bimber? - pytam.

- Nie bój się, nie zatrujesz się. Taką samą pijesz tutaj, jako Absolut, tylko,że jest w gorszej butelce.

- Podróbka?

- Tak, ale dobra. Zabrakło butelek Absoluta, więc trzeba pić z takiej.

Wzrokiem szukam Timochy. W pokoju panuje półmrok, rozświetlany tylko jedną stojącą lampą z różowym abażurem i ekranem telewizora, tryskającym spermą z filmu porno.

- Wszyscy zajęli już swoje miejsca, ale dla ciebie także się coś znajdzie.

- Nie będzie to potrzebne - odpieram.

- Widzę,że jesteś zmęczony, ale chyba nie na tyle, abyś odmówił dziewczynie sprawdzianu - konfidencjonalnie uśmiecha się do siedzącej obok Ukrainki. - Dziewczyny przechodzą dzisiaj test. Timocha zalicza już trzecią - wskazuje gestem szafę, za którą znajduje sięłóżko. W pokoju jest jednak za głośno, aby usłyszeć co robi Timocha.

Jedna z Ukrainek rozpoczyna wykonywać striptiz. Tym niby się ma zajmować w jednym z niemieckich lub holenderskich nocnych lokali. Nie wierzę już w to,że dziewczyna nie domyśla się po co tam naprawdę jedzie. Opowieści o tym,że miały pracować jako hostessy,że tak im mówiono, a potem zostały zmuszone do prostytucji należy zostawić dla naiwnych. Każda z przebywających tu dziewczyn całkowicie zdaje sobie sprawę, co ją czeka na Zachodzie.

- Zabaw się z nią - odzywa się Andrzej. - Nie bądź taki drętwy, pozwólżeby Sonia zajęła się tobą, robi to dobrze, z połykiem.

Spojrzał na siedzącą przy mnie dziewczynę i zwrócił się do niej:

- No, czemu tak siedzisz.

Sonia odwraca się tułowiem w moją stronę i kładzie rękę na torsie, zsuwa ją do krocza. Seks mi nabrzmiewa.

- Nie nada - mówię i odsuwam jej rękę.

Jest zdziwiona. Andrzej patrzy na mnie wzrokiem, mówiącym: Co ci jest chłopie?

Przenosimy się z Andrzejem do kuchni. Tu jest spokojniej. Nie wiem, co spowodowało,że zaczyna opowiadać o swojejżonie, z którą ma sześcioletnią córkę. Widziałem ją raz. Jest atrakcyjną kobietą. Zaskakuje mnie wyjawieniem faktu,że siedział w więzieniu za rozbój. Nigdy o tym nie wspominał. To rzadkość, w tych kręgach zazwyczaj każdy chwali się kryminalną przeszłością, zwiększa to respekt.

- Długo siedziałeś?

- Wystarczająco długo by wszystko to, co zostawiłem za murem się zmieniło. Trzy lata. Po wyjściu zastałem innyświat.

- Wszystko się w tym czasie nie mogło zmienić.

- Tak, pociągi i dworce kolejowe nadal były tak samo brudne, jak poprzednio - uśmiecha się gorzko. - Kiedy wróciłem do domu i wszedłem dołazienki, ujrzałem deskę sedesową uniesioną do góry. Gachowi nawet nie chciało się go opuścić, musiał być chwilę wcześniej. Kiedy spytałem, czy w domu był jakiś mężczyzna, zaprzeczyła. Musiałem jej niemal wsadzić głowę do kibla, dopiero wtedy się przyznała.

Kładę się spać za szafą. Włóżku leży już Timocha, a pod nim Sonia, dziewczyna polecana mi przez Andrzeja. Timocha przypomina niewyżyte zwierzę, na szczęście szybko kończy i zasypia. Szybko podążam jegośladem. Po dwóch godzinach budzę się.Żołądek podchodzi mi do gardła, omal nie wymiotuję na leżącą obok dziewczynę, której pierś dotyka mojej twarzy. Timocha chrapie, zmęczony. Zbieram się w sobie i docieram do ubikacji, bez wkładania palców w usta, wymiotuję do muszli.


Rozstanie

1992


Warszawa


Zrywam się złóżka na równe nogi. Spałem twardo. Story są zaciągnięte, pokój wypełnia ciemność, nie potrafię określić pory dnia. Wzrokiem szukam zegarka. Biały budzik Casio wskazuje kwadrans po ósmej. Przeraźliwy pisk telefonu nie ustaje. Zapomniałem wyłączyć dzwonek i wyciszyć automatyczną sekretarkę. Z głośnika płynie moja zapowiedź. Krótka zapowiedź: Dodzwoniłeś się pod właściwy numer. Po sygnale zostaw wiadomość. Krótkie wysokie pip.

- To ja, Maks. Słyszałem,że już wróciłeś. Jeśli jesteś, odbierz, czekam.

Podnoszę się złóżka i sięgam po słuchawkę telefoniczną.

- Co się stało,że tak wcześnie dzwonisz?

- Wcześnie - dziwi się. -Śpisz o tej porze, piłeś?

Podchodzę do okna i rozsuwam story. Niebo jest ciemnogranatowe. Mrok nie pozwala, aby dostrzec zbyt wiele szczegółów. W budynku na przeciwkoświecą w oknach lampy. Na parking wjeżdża stary golf i parkuje na wprost mojego budynku.

- Tak - odpowiadam. -Śniło mi się,że ginę w katastrofie lotniczej.

- To normalne, lęk przed lataniem. Wybierasz się gdzieś?

- Do Berlina. Ta katastrofa miała miejsce pod Sztokholmem.

Golf zgasił reflektory. Zapala sięświatło w kabinie. Kierowca trzyma telefon przy uchu i jednocześnie nachyla się ku fotelowi pasażera.

- Jestem przed twoim blokiem. Idę do ciebie. Chcę się pożegnać, jutro po południ lecę do Ljubljany.

- Widzę cię. Zostawiam otwarte drzwi, ja wezmę prysznic.

- Dobra, na razie.

Maks zamyka drzwi samochodu. W ręku trzyma białą reklamówkę. Przez ramię przewieszoną ma niewielką torbę, w jakiej przenosi się sprzęt fotograficzny. Oddalam się od okna, kładę słuchawkę na widełki, wychodzę do przedpokoju, zwalniam zamek i udaję się dołazienki. Mam na sobie tylko chińską zgniło zieloną krótką bawełnianą podkoszulkę. Gorący dusz wyciąga ze mnie wspomnienia snu, który wprowadził we mnie zamęt. Na szczęście ten sen, tak jak i inne uda mi się zapomnieć. Nie słyszę, kiedy do mieszkania wchodzi Maks. Rozczapierzonymi palcami układam włosy. Narzucam na siebie biały kąpielowy szlafrok frotte i idę do pokoju, skąd dochodzi dźwięk włączonego telewizora. Na stole obok nienapoczętej butelki Jasia Wędrowniczka leżyżółta dużego formatu koperta. Maks siedzi, podpierając rękoma brodę, wpatrując się w ekran telewizora. Włączył kanał CNN. Zerkam na ekran. Afrykański krajobraz. Operator filmuje z góry wzdęte brzuchy dzieci, prosty trik, dzięki któremu ciała wydają się nieznośnie chude, a głowy nieproporcjonalnie duże. Maks musi znać dziesiątki sposobów, aby uzyskać tak przerażające, chwytające za serce ujęcie.

Jest fotoreporterem. Wolnym strzelcem, który związał się na dłużej współpracą z tym samym dziennikiem, co ja. Obaj jesteśmy wolnymi strzelcami. Facetami, wynajmowanymi do realizacji zadań, których etatowy dziennikarz nie chce lub boi się podjąć. Dlaczego redaktor i wydawca ma narażać na niebezpieczeństwo "swojego" dziennikarza, skoro może wysłać wolnego strzelca, dziennikarskiego kamikadze, który zrobi potrzebny materiał, a jego etatowy dziennikarz dopisze "ten właściwy" komentarz.

Biorę do ręki kopertę i wysypuję na stół jej zawartość: kolorowe i czarno białe odbitki różnych formatów. Na wszystkich są uchwycone na gorąco dziewczynki pracujące na pigalaku, w hotelowych holach i barach. Bez trudu można je wyłuskać wśród innych ludzi. Spodziewałem się,że postara się o coś lepszego, wykaże więcej inwencji.

- Nie podobają mi się - oznajmiam.

Odrywa wzrok od telewizora. Nie wygląda na zaskoczonego.

- Nic lepszego nie dało się zrobić - stwierdza. - Ty przecież nie chciałeś ustawionych zdjęć. Zrobiłbym ci wówczas jedenastolatkę, z wysokimi czerwonymi butami wbijającymi się w dupę i twarzą ze zdjęcia pierwszej komuniiświętej.

Zostawiam fotografie i zmierzam do kuchni po szklanki i wodę mineralną. Lodu nie mam. Wracam ze szkłem i kładę wszystko na stół. Biorę pilota i wyciszam fonię. Włączam płytę Kazika z piosenkami Staszewskiego, nastawiam "Bal Kreślarzy". Rozlewam whisky, pół na pół z wodą.

- Dlaczego pracujesz nad tym tematem - pyta po pierwszym, niewielkimłyku.

- Uważam,że jest to dość interesujące. Pokażę całą drogę dziewczyn ze Wschodu na Zachód.

Maks nie jest przekonany.

- Kogo to dzisiaj interesuje? Ludzie chcą widowiska, a to może zapewnić tylko wojna.

- Dlatego jedziesz na Bałkany? - pytam i biorę dużą porcję Walkera w usta.

- Chcę zaliczyć tę wojnę, zanim się skończy - odpowiada.

Wyciąga z paczki papierosa, zaczął je palić w Nowym Jorku, kiedy to jego przyjaciel nie mógł zapalić papierosa w barze, w którym tak się dobrze im siedziało. Był ostoją ciszy i tak dawnych,że aż niemodnych lat. Następnego dnia został ukarany mandatem za palenie papierosa w miejscu publicznym, tuż obok toalet, dokąd został przegnany wszędzie rozwieszonymi cholernie dyskretnymi nalepkami obwieszczającymi zakaz palenia, w czasie największej w dziejach Ameryki kampanii antynikotynowej. Ostrożnie obraca w palcach zwykłego gauloise’a ( Jego kolejnyświadomy wybór. Gauloise to legendarna marka papierosów palonych przez kontestujących ludzi albo mających wszystko gdzieś. ), robi to tak, jakby trzymał w ręku gram złota, a nie gram nikotyny; przykłada go do ust i przypala niewielkim błękitnym płomieniem wydobywającym się ze wściekło chromowanej zapalniczki. Lubię patrzeć jak pali papierosa, dla niego nie jest to fizjologiczna czynność nałogowca, on celebruje tę czynność. Gdyby nie moja wymiotna niechęć do smaku nikotyny i jej zapachu, zapaliłbym z nim jednego.

Maks jest młodszy ode mnie o trzy lata, ma delikatną twarz, niewielki zarost tylko wzmaga chłopięce rysy. Włosy obciął na krótko, przy skroniach widać wyraźnie skórę. W lewym przekłutym uchu wisi złote kółko. Jasne jeansowe spodnie, bluza wyrzucona na wierzch, skórzane buty na grubej podeszwie - wszystko dopełnia całości jego wyglądu. Pozory jednak mylą, jest twardym mężczyzną, który mocno stoi na ziemi.

- Za kim jesteś, za Serbami, czy Chorwatami? - pytam.

- Za nikim. Mam gdzieś to, o co w tym wszystkim chodzi. Stanę po tej stronie, która zapewni mi lepszy materiał. Kiedy jeden człowiek zażyna drugiego, to nie ma sensu dopatrywać się w tym głębi. A ty, czyją wziąłeś stronę, alfonsów, czy dziwek?

Uśmiecham się, rozumie bez słów. Po mojej pierwszej książce i zamieszczonych w prasie reportażach, których bohaterami byli przestępcy, mieszkańcy slumsów, margines, ludzkie odpadki, zarzucano mi,że staję po tej drugiej stronie. Jako autor nie uważam,że ten właściwy, pierwszyświat jest czystszy i lepszy. Pragnę udowodnić,że wszyscy mają brud za paznokciami, napisał jeden z recenzentów.

- Z iloma z nich się przespałeś - zaciekawiony pyta, ale nie dostrzegam w tym wścibstwa.

- Z dziesięcioma. Mam wśród nich kilka dobrych znajomych, z których usług nigdy nie korzystałem.

- Zapraszałeś na kolacje - nie ukrywa kpiny. - O czym można z nimi rozmawiać?

Zna moje ostatnie trzy latażycia, zna je tak dobrze jak może znać przyjaciel. Byłświadkiem mojego związku z Madleną. Domyśla się,że to właśnie znajomość z nią sprawiła,że zająłem się tym tematem. Dlaczego nie zapyta wprost? Czy tylko dlatego,że chce być delikatny?


Mam przyjemne wspomnienia związane z Maksem, spędziliśmy razem wiele cudownych chwil.Świetnie pamiętam naszą wyprawę promową do Kopenhagi. Tam po raz pierwszy i ostatni mnie objął w sposób więcej niż braterski. Nie wywołało to mojego sprzeciwu, nie czułem niechęci. Może pragnąłem tego. Później przyznał się,że doznał wówczas wzwodu i po chwili eksplodował. Pragnął od dawna tak dotknąć mojego ciała. Znaleźć się przy nim tak blisko. Wie,że już nigdy nie będzie mógł tego powtórzyć. Moja seksualna orientacja jest nazbyt jednoznaczna. Nie jestem nawet biseksualny.

Właściwie Maks jest jedynym facetem, z którym dobrze mi się rozmawia.


Zachowujemy się tak, jakby jechał na turystyczne safari, nic nie robiąc sobie z czekających go zagrożeń. A może przemilczamy tkwiący pod skórą lęk. Tylko szaleńcy nie boją sięśmierci.

- Robię to, bo kocham tę robotę - mówi. - Nie zamierzam zostać urzędnikiem bankowym. Bośnia to nic. W Algierze bycie dziennikarzem to, jak podpisany wyrokśmierci. Wszyscy pracują w Domu Prasy. Przypomina on fortecę. Tamżurnalistażyje w izolacji, mało kto decyduje się na firmowanie swoim nazwiskiem tekstu.

Opróżniamy całkowicie butelkę z "facetem w czerwonym kubraczku". W lodówce mam tylko Premium. Mieszamy wódkę z pepsi i wrzucamy do szklanek kawałki limony. Nie powinienem krzyżować trunków, ale jest mi to obojętne. Co jakiś czas przesuwają mi się przed oczami twarze dziewczyn z Grodna i Wilna, pomiędzy nimi pojawia się twarz Madleny. Powinienem zadzwonić do niej jeszcze raz zadzwonić. Powinienem!

- Słuchaj, czy Madlena była rzeczywiście kiedyś... - urywa.

Jego oczy przypominają barwą wodorosty.

- Dziwką? Nie. Ona nie jest dziwką - odpowiadam.

Przypominam sobie, jak znalazłem w torebce Madleny opakowanie prezerwatyw. Fala lodowatego zimna ogarnęła moje ciało. Opadła zasłona i znalazłem się w jasnym białymświetle. Toświatło wchłaniało mnie. Poza pustką nie czułem rozpaczy. Odczuwałem tylko przedsmak bólu.

- Co to jest? - zapytałem, trzymając srebrne opakowanie kondoma na otwartej dłoni.

- Tooo... To znajduje się od dawna, wtedy spotykałam się z kimś innym - powiedział to nieporadnie. Oczekiwałem,że potrafi lepiej kłamać.

- Tym starszym mężczyzną? - pomyślałem o kochanku, o którym mi opowiadała.

Potwierdziła. Zmilczałem jej wyjaśnienie, od tamtej znajomości upłynęło pół roku. Sześć miesięcy nie robiła porządku w torebce?! Pozostało mi tylko pocieszanie się tym,że ze mną kocha się bez prezerwatyw, a z nim i innymi nie. Przynajmniej pod tym względem była mi w jakiś sposób wierna.

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Przez sześć dalszych miesięcy tylko dla niej wszystko pozostawało takie same.

Maks nie daje mi spokoju i wraca do tego samego tematu, do Madleny, do mojegożycia z nią. Chce pojąć to, co ja próbuję zrozumieć odkąd się poznaliśmy.

- Zdradziła ciebie? - pyta.

- Nie wiem, chyba nie. To ja ją wielokrotnie zdradzałem. Nawet nie kryłem się z tym. Ona udawała,że jej to nie przeszkadza, myślała,że tym sposobem zatrzyma mnie przy sobie.

- W takim razie, co zrobiła? Przecież to ty ją rzuciłeś.

- Nic.

- Ma teraz kogoś?

- Nie wiem. Widziałem ją osiem miesięcy temu. Ostatnio rozmawiałem z nią przez telefon. Nie zdążyłem skończyć, kiedy trzasnęła słuchawką. Dlaczego tyle się o nią pytasz?

Bierze kolejnyłyk alkoholu i sięga po papierosa. Za chwilę wyjawi coś ważnego, coś co przemilczał, a co powinienem wiedzieć. Nie mylę się. Opowiada o spotkaniu z nią. Miało miejsce trzy miesiące po naszym rozstaniu. Spotkał ją w lokalu nocnym. Zanim podszedł do niej, przez dłuższy czas się jej przeglądał. Zachowywała się tak jak dziewczyna, starająca się wyrwać z tłumu klienta. Zauważyła go. Resztę nocy spędzili razem. Powiedziała mu,że jestem zimnym jak lód facetem. Wiem jak uzyskać zamierzony efekt. Zachowanie mam precyzyjnie wystudiowane. Szczerość tylko czasem jest prawdziwa. Wyciągam z siebie te właściwe nitki i oplatam nimi swoje ofiary. I ta moja wiecznie wygłodniała osobowość. Muszę ciągleżywić się innymi ludźmi, wysysam ich do cna, a następnie porzucam. Wszystko to ma zaspokoić mój wieczny głód. Przypominam wampira. Po dwóch godzinach zaproponowała Maksowi spędzenie wspólnie nocy. Odmówił, wyjawił jej to, czego nie dowiedziała się ode mnie - jest homoseksualistą. Zdziwiła się. Czy ja od czasu do czasu z nim nie sypiam? zapytała.


W czasie naszej trzyletniej znajomości, nigdy nie zadawałem wprost pytań dotyczących seksu, a obaj prowadziliśmy bogateżycie seksualne, wręcz wybujałe; jeśli pojawiał się ten temat w naszych rozmowach to, raczej dotyczył naszych znajomych i przyjaciół niż nas; nie czyniliśmy tego ze wstydu lecz nigdy nie nadarzyła się po temu jakaś szczególna okazja. Teraz, kiedy Maks tak bardzo wtargnął w mójświat, kiedy jest odrobinę wstawiony, postanawiam zapytać:

- Jaki jesteś włóżku?

- Tyle lat się znamy i po raz pierwszy pytasz mnie o to. Gdybym sypiał z kobietami, już dawno byśmy o tym rozmawiali - uśmiecha się lekko, wyczuwam w nim sarkazm. Czekał na to pytanie od lat. - Nie mam zahamowań, jestem zepsuty. Przeważnie to ja jestem stroną aktywną.

Mam niezwykle obrazową wyobraźnię, więc natychmiast pojawia się w mojej głowie Marcel, który spółkuje z Kamilem, jego aktualnym kochankiem. Dlatego wypowiadam na głos swoje odczucia, o jego upodobaniach seksualnych:

- Nie przepadam za miłością analną. Kochałem się tak z czterema kobietami. Nie potrafię odnaleźć w tym piękna, przyjemności, o jakiej zapewniał Cortazar; opisywał to wspaniale. Czy wiesz,że szanująca się prostytutka nigdy nie pozwoli klientowi na stosunek analny, nawet, gdyby proponowano jej duże pieniądze? Jest to jedyna nie zbrukana rzecz, jaką może oddać mężczyźnie swojegożycia.

Naszło mnie pewne wspomnienie. Chwilę później, po tym jak znalazłem opakowanie prezerwatyw w torebce, kazałem Madlenie uklęknąć na podłodze i oprzeć się ołóżko.

- Co chcesz zrobić? - zapytała, posłusznie wykonując polecenie.

Pośladki miała napięte. Kciukiem zacząłem pieścić jej odbyt, bezskutecznie próbowałem rozluźnić jej mięśnie. Nagle wdarłem się w niego penisem. Krzyknęła, ale był to pojedynczy krzyk.

Gryząc własny nadgarstek, płakała.

Nie przestawałem się w nią wbijać.

Po wszystkim powiedziała:

- Chciałabym wiedzieć, jaki naprawdę jesteś?

Maks powraca do pomysłu na napisanie wspólnie scenariusza filmowego. Jest to historia jakbyżywcem wyjęta z opowiadań Cortazara. Przed wyjazdem do Grodna przyniósł mi kilkustronicowy szkic. Nie czytałem go. To, co mi opowiedział wystarczyło, by wiedzieć,że nie znajdzie się w tym krajużadnego producenta i reżysera, który zechciałby nakręcić taki film. Wolą tworzyć bezgranicznie nijakie opowieści, dzięki czemu mogą tuczyć forsą swoje gęsieżołądki. Z pewnością znalazłby się jakiś młody reżyser, ale kto mu umożliwi realizację filmu. Przez swoją chciwość stają się coraz bardziej nieudolni. Obiecuję,że wreszcie przeczytam jego maszynopis. Dlaczego nie miałbym napisać z nim scenariusza naszego filmu, który nigdy nie powstanie.

Kiedy siężegnamy w przedpokoju, nie znoszę rozstań, przestaję się wtedy zachowywać naturalnie, najchętniej uciekłbym stąd jakimś tylnym wyjściem, zakłada na siebie potężną kamizelkę kuloodporną.

- Tak wyglądają współcześni rycerze -żartuje.

Wyciąga rękę po kurtkę, ale zaraz ją cofa. Chce,żebyśmy zrobili wspólne pożegnalne zdjęcie. Rozkłada statyw i ustawia aparat. Nie zdążam się uśmiechnąć, zbyt szybko zamyka się migawka.

Ostatni, mocny, długi uścisk dłoni.

- Musisz koniecznie dołączyć do mnie - mówi. - Spotkajmy się w Ljubljanie. Jugosłowianki są piękniejsze od Rosjanek.

*

* *

Maks zostawił książkę Cyryila Collarda "Les nuits fauves". Kiedyś prywatnych lekcji francuskiego udzielał mi znany krytyk filmowy, który próbował się dostać do mojego szesnastoletniego tyłka, ale kilkadziesiąt słów i kilkanaście cytatów myśli greckich filozofów, to za mało, aby choć przeczytać tekst na obwolucie. Przez kilka dni leżała w tym samym miejscu, gdzie ją zostawił. Otwieram ją w przypływie chwili, bezwiednie kartkuję. Natrafiam na zakreślony fragment. Obok poznaję pismo Maksa. Przetłumaczył go: "Ale nie wiesz, a ja nie chcę,żebyś się dowiedział,że za każdym razem, gdy odmówisz mi swojej miłości, zstąpię nieco niżej, by się przekonać o nieistnieniu miłości, o goryczy innych cielesnych zbliżeń."

Dotyczy to jego? mnie? Madleny? Wszystkich?

*

* *

Zgłaszam się do lekarza. Zamierzam wykonać badania na choroby weneryczne i AIDS. Trzydziestokilkuletnia kobieta w jasno zielonych rajstopach na nogach prosi, żebymściągnął spodnie. W pierwszej chwili chcę wybuchnąćśmiechem. Zapewniam,że nie mam na razieżadnych zmian na ciele, nie zaobserwowałem takowych iściągam spodnie. Kiedy patrzy w dół, moja męskość nabrzmiewa. Wypisuje skierowanie. Na koniec patrzymy sobie prosto w oczy - spojrzenie kobiety i mężczyzny, a nie lekarza i pacjenta.

Tydzień później odbieram wyniki - jestem czysty. Ani Oxana, ani dziewczyna o nieznanym mi imieniu nie zaraziła mnie niczym. Obiecuję sobie,że ostatni raz kochałem się bez prezerwatyw z nieznanymi sobie kobietami. Nie zbliżanie w ogóle swojego ciała do przypadkowo poznanych kobiet jest zbyt trudnym do przestrzegania zastrzeżeniem.

Maks opowiadał o wizycie u urologa. Lekarz po zrobieniu mu badania prostaty, jego palec zbytłatwo wszedł w odbyt, zapytał Maksa, czy robił badanie na AIDS. W jego spojrzeniu ujrzał pogardę mieszającą się z kpiną.

*

* *

Kiedy otwieram oczy, patrzę długo w okno. Brudneświatło poranka działa przygnębiająco. Idę do kuchni i robię grzanki. Pierwsza biała kawa, wiadomości w radio, druga kawa. Siadam do komputera, otwieram plik z tekstem roboczo zatytułowanym "Przebudzenie w piekle". Stwierdzam,że wszystko jest nie takie jakie powinno być. Powstrzymuję się,żeby nie wcisnąć przycisk Delete. Wrzucam do szklanki plaster cytryny, nalewam na oko pięćdziesiąt gram czystej wódki, wsypuję kostki lodu, dopełniam kolą. Na komputerowym zegarze jest 11:12. Dzień wydaje się nieznośnie długi.

*

* *

Nic na to nie poradzę,że to wszystko wygląda, jak porozrzucane gówienka na drodze.

*

* *

Gdy próbuję analizować własne pragnienia, motywacje, postępki i tak dalej, ponosi mnie coś w rodzaju retrospektywnej wyobraźni, zasilającej analityczną funkcję umysłu nie kończącymi się alternatywami i sprawiającej,że każda z dróg, jaką bym sobie unaocznił, rozwidla się i znowu rozwidla bez końca w obłędnie zawiłej perspektywie mojej przeszłości.

Komu ukradłem tę myśl? Czyje słowa zostały przetworzone przeze mnie i zawłaszczone? Redaktorka elitarnego wydawnictwa, szanowanego przez "warszawkę", zakreśliła ten fragment. Nie rozumie, co mam na myśli? Skoro ona nie rozumie to tym bardziej nie zrozumie tego czytelnik, który musi być głupszy od niej.

*

* *

Przeszło rok temu, zdecydowałem się na kupienie miłości. Tak, miłości a nie seksu. Pragnąłem doznać ułudy miłości i to ją chciałem kupić. Zjechałem z trasy i zatrzymałem się w przydrożnym motelu, miejscowi nazywają go Wiatrakiem. Leżał kilkanaście kilometrów od Elbląga, wydawał się być właściwym miejscem. Pytając o pokój bez skrupułów wyjaśniłem cel wizyty,łysiejący otyły mężczyzna, wskazał na leżące obok karty wizytowe. Z konfidencjonalnym uśmiechem przysunął do mnie aparat telefoniczny i zginął dyskretnie na zapleczu. Nie miałem szczególnych wymagań, dziewczyna miała być młoda i jeszcze nie zepsuta rutyną. Wziąłem z lady klucz i po wąskich schodach wspiąłem się na piętro.

Pokój nie należał do wygodnych, umeblowanie od dawna nadawało się do wymiany, ale był czysty. Z okna trudno było dostrzec choćby skrlatkowski krajobrazu, wszystko ginęło w posępnym mroku, natychmiast zsunąłem zasłony. Włączyłem stary radioodbiornik i, rozparty w fotelu, czekałem.

Nie minęły więcej niż dwa kwadranse i pojawiła się ona; osiemnastoletnia dziewczyna o niezwykle szczupłej sylwetce. Miała na sobie długi wzorzysty sweter, wypuszczony na grube białe getry. Włosy, zaczesane ku górze, połyskiwały blond farbą, spod której wychodziły ciemne odrosty. Kolejna platynowa blondynka, to nie będzie radosny wieczór, popełniłem błąd, orzekła jedna moja połowa. Kiedy przyjrzałem się jej dokładniej, drugą połowę przepełniała ciekawość, pragnienie odkrycia nieznanego. Zaintrygowała mnie, ani w wyglądzie ani w ruchach, nie miała wulgarności taniej dziwki. Tak, wtedy po raz pierwszy ogarnęło mnie wrażenie,że jest w niej coś wyjątkowego. Na chwilę zapomniałem o miejscu, w którym się znajduję i kim ona właściwie jest. Zapomniałem o oczywistym celu naszego spotkania.

- Jesteś taka cicha. Powiedz coś.

Apatycznie wzruszyła ramionami i usiadła w fotelu, który przed chwilą zajmowałem.

- Madlena - wreszcie się odezwała.

Nie wiedziałem, czy to jej prawdziwe imię, zazwyczaj dziewczyny podają pseudonimy. A więc akt poznania się mieliśmy już za sobą. Więcej o niej nie potrzebowałem wiedzieć. Na nic mi skrawki jejżyciorysu. Po godzinie rozstaniemy się i już nigdy się nie spotkamy.

Wyciągnąłem się nałóżku, które miejscami się zapadało,świadcząc,że służyło już wielu osobom. Wymieniliśmy uśmiechy, kilka nieważnych zdań, których dzisiaj nie jestem w stanie przytoczyć. W pamięci zachował się wyłącznie obraz jej twarzy i sylwetki. Wydawała mi się być niezwyklełagodna. Peszyłem ją natarczywym spojrzeniem. Czekała na to, co nastąpi dalej, na moją inicjatywę, to ja ją kupiłem, a nie ona mnie.

- Chodź, połóż się obok.

Zacząłem bawić się jej włosami. Opuszkami palców dotknąłem karku. Nieukrywała tego,że ta pieszczota wywołuje w niej przyjemność. Wtulając twarz w jej kark, poczułem słodki zapach tanich perfum. Wargami pieściłem szyję i okolice ucha. Zachowaniem przypominała kota, ciało na przemian naprężało się i wyginało, by ponownie wrócić do normalnej pozycji. Zaskoczyła mnie tym,że rzeczywiście odczuwała podniecenie, nie była to gra profesjonalistki odtwarzającej dobrze wyuczoną rolę.

Dlatego zadałem pytanie, które nie powinienem postawić, nie czułem się w prawie, aby być tak dociekliwy:

- Ile czasu to robisz?

- Krótko.

- To znaczy?

Przed każdą jej odpowiedzią powstawała długa pauza. Wchodziła swoimi błękitnymi oczyma w moje tak, jakby to one potrafiły udzielić odpowiedzi.

- Jesteś drugi.

Nie miałem pewności wtedy, ani nie mam tej pewności dzisiaj, czy powiedziała prawdę, ale nie dostrzegałem powodu, dla którego mogłaby kłamać.

Rozpięła mi koszulę. Na klatce piersiowej poczułem długie paznokcie. Po chwili ichśladem podążyły wilgotne wargi. I potem stało się to, czego do dzisiaj nie potrafię wyjaśnić do końca. Nagle odsunąłem się od niej, przerywając rozpoczętą grę.

- Dlaczego zdecydowałaś się to robić?

Znieruchomiała.

Zadałem kolejne pytanie, jakiego nie powinno się zadawać, na jakie nie odpowieżadna prostytutka, a wręcz odbierze to, jako przekroczenie prawa do posiadania. Kupuje się przecież jej ciało, a nie jej wnętrze.

- Ubierz się - powiedziałem.

Dwa, trzy tygodnie później, nie pamiętam, dlaczego skręciłem w prawo. Domy zostały wyparte przez nagie rozgałęzione drzewa. Zza nich rozpościerały się puste zaorane pola. Zatrzymałem samochód i patrzyłem na pudełkowaty szary czteropiętrowy budynek z wielkiej płyty. Tutaj mieszkała Madlena. Zapytałem siebie: Co ja tu robię?

Godzinę wcześniej zadzwoniłem do agencji towarzyskiej - już nie pracowała u nich.


Zabrałem ją nad morze, wynająłem domek. Przez cały czas właściwie milczeliśmy. Zrobiliśmy to, za co zapłaciłem jej w motelu. Po wszystkim powiedziała: "I tak nic z tego nie wyjdzie."

Kiedy odwoziłem ją do domu, zapytała, dlaczego po nią przyjechałem?

Rano, za pięć piąta wyrwa mnie ze snu dzwonek. Czuję się tak jakbym był osaczony,ścigany przez nieznanych mi prześladowców. Wstaję złóżka, podnoszę słuchawkę telefonu - nic, podchodzę do domofonu - nic. To tylko w mojej głowie zabrzmiał brzęczyk, przedostał się ze snu i wyrwał z uśpienia. W myślach kołacze mi myśl,że muszę to doprowadzić do końca... Do końca czego?


Zmywam naczynia, których nagromadził się stos. Wycierając szklankę, zamyślam się. Rozpryskuje się w rękach od takich myśli.


Dłużej tego nie wytrzymam!


Postanawiam wyjść na miasto, ujrzeć innyświat. W lokalu panuje gwar. Zajmuję miejsce przy barze. Piję piwo, jest chłodne i ma tak lubiany przeze mnie smak goryczy. Patrzę na pokal, na ulatujące w górę bąbelki. Przez chwilę unoszę się wraz z nimi w górę. To wspaniałe uczucie. Delikatne szturchnięcie w bok wywołuje gwałtowny upadek.

- Myślałam,że nieżyjesz - wpierw widzę wykrzywione w obłudnym uśmiechu usta, a następnie później twarz Joanny.

Powinienem zbyć ją kilkoma od niechcenia wypowiedzianymi słowami, kilkoma mruknięciami, a nie udawać,że słucham wynurzeń na temat jej ostatniej gł oś n e j książki, z której w y s o k i sześciotysięczny nakład sprzedał się w tysiącu egzemplarzach. Jakimś cudem wystarczyło to, aby listy bestsselerów drukowane w prasie umieściły jej dzieło. Od kiedy panie redaktorki rządzą wydawnictwami i mediami takie cuda stają się codziennością. Kobiety w tym kraju są bardziej feministyczne w poglądach niż Szwedki.

Opowiada mi,że będzie pisała scenariusz dla tego reżysera, który wszędzie rozpowiada,że Izabela Adjani pragnęła, wymuszała na nim, aby nasikał jej na głowę. Mało oglądałem jego filmów, ale ujęcie jednego z nich mam ciągle przed sobą: Aktorka stoi przed lustrem i z zapamiętałą wściekłością, wymierzoną bardziej do siebie niż na zewnątrz kreśli krwistoczerwoną pomadkąłuk od brwi do kącików ust; wcześniej gruba, czerwona krecha przecięła na pół policzek i przeszła od wielkiej plamy na czubku nosa do górnej wargi. W jej oczach jest zapamiętanie i błysk szaleństwa. Jest w nich ostateczność!

Wątpię czy coś dobrego może wyniknąć z połączenia ich osobowości, ale na pewno będzie kolejny sztucznie wywołany skandal. Bezwiednie spoglądam na jej płaską klatkę piersiową, przyłapuje mnie na tym spojrzeniu. Konsekwencje tego spojrzenia są większe niż można się spodziewać.

Jesteśmy w jej mieszkaniu, patrzę na wykonane przez nią grafiki i olejne obrazy. Mówię, że lepiej pisze niż maluje i wychodzę do kibla. Zbyt dużo wypiłem piwa, i co chwila daje o sobie znać pęcherz. Po powrocie widzę na stole kolorową sałatkę, grzebię w niej przez chwilę, nie jestem w stanie przełknąć ani kęsa. Sarkastycznie zapewnia, że to nie ona ją robiła, kupiła w pobliskich delikatesach. Atmosfera robi się niezręczna, piję dużo i staram się od czasu do czasu wtrącić jakieś mądre zdanie do jej potoku myśli. Nie wychodzi mi to najlepiej. Wspominam trochę o tym, co teraz piszę. Kiedy słyszę ostatnio często stawiane mi pytanie - dlaczego ten temat?, odpowiadam złośliwie, że jest to ciekawsze niż rozprawa filozoficzna na temat strukturalizmu i poststrukturalizmu w literaturze i humanistyce powojennej Francji. Na zarzut,że piszę ościeku, tak jakby to nie był rów z fekaliami, reaguję nazbyt emocjonalnie, mówiąc,że w tymścieku jest więcejżycia i prawdy o człowieku. W rozwartych udach więcej można zobaczyć, tylko trzeba tego chcieć i nie zaciskać kurczowo powiek, mówiąc: fee, ale to wstrętne i wulgarne!

Nie przespaliśmy się. Raczej dlatego,że byłem zbyt pijany, niż dlatego,że nie mieliśmy na to ochoty.

*

* *

Czuję,że mojeżycie stało się tylko czekaniem, z coraz większym przekonaniem,że nie ode mnie zależy.

*

* *

Nie wiem, co zmusza mnie do zrobienia porządku z przeszłością. Najlepszym sposobem na uporządkowanie jest pisanie dziennika, opowiadań, powieści, wierszy. Zapisałem stetki stron.

Dziennik pisze się w samotności. Dziennikświadczy o samotności człowieka.

Dziennik potrafi być takim samym kłamstwem, jak całe naszeżycie.

*

* *

W szpargałach odnajduję list do Madleny. Nie miałem odwagi go wysłać.

Madlena,

Pieprząc Cię analnie, myślałem o tych wszystkich mężczyznach, którzy to samo robili z Tobą, przede mną. Dlaczego nie zostawiłaś nienaruszone choć te jedne wargi?! Dosłownie, wtedy cię pieprzyłem, rżnąłem, i nic więcej. Było to gest rozpaczy. Tak, masz prawo powiedzieć: A ty, co masz jeszcze nie naruszonego, będąc z tyloma kobietami? Tylko,że do mnie taka argumentacja nie dociera, nie myślę o swoim obciążeniu. Może właśnie dlatego,że tyle ich miałem, jeszcze bardziej chcę wiedzieć - DLACZEGO?

Każdy pragnie być tym pierwszym, tym jedynym. Tylko nie mów,że pierwszy raz miały Cię własne palce. To prawda, ale pierwszy kutas, jaki wszedł w ciebie, nie był moim kutasem. Tak, nawet ust i własnego tyłka nie zostawiłaś na pocieszenie!

M.L.

*

* *

Lubiła nosić białe rzeczy. Podobała się jej biel. Dobrze jej było w bieli - barwie niewinności, czystości, wesela, rusałek, męskości, kapitulacji.

*

* *

Wsunąłem obie ręce pod jej białą bluzkę,żeby dostać się do piersi. Pękło ramiączka stanika.

- Uważaj - rzekła strofująco.

Przygryzłem wargi i z tłumioną wściekłością rozdarłem przód stanika, bluzkę, następnie zacząłem drzeć na strzępy jej jasnobłękitne Levisy; na końcu podarłem na kawałki białe koronkowe figi.

Płakała.

*

* *

Nigdy razem nie poszliśmy do kina, pieprzyliśmy się, nigdy razem nie przeczytaliśmy ani jednej książki, pieprzyliśmy się, nigdy razem nie oglądaliśmy telewizji, pieprzyliśmy się, nigdy razem nie rozwiązaliśmy krzyżówki, pieprzyliśmy się, nigdy razem nie robiliśmy zakupów w delikatesach, pieprzyliśmy się, nigdy razem nie poszliśmy na spacer, pieprzyliśmy się, nigdy razem nie rozmawialiśmy o literaturze, malarstwie, sztuce, pieprzyliśmy się, nigdy razem...

Nigdy nie podarowała mi płyty, książki, kasety video ze swoim ulubionym filmem, wody toaletowej, krawata, spinki, butelki whisky, tabliczki czekolady gorzkiej...

Nigdy nie napisała do mnie ani jednego listu, ani jednej kartki pocztowej.

Nigdy nie zwróciła mi pieniędzy, które zapłaciłem za nią w agencji towarzyskiej. Nie pamiętam ile wynosiła cena za jej rozwarte uda. Co kupiła sobie za tęśmieszną kwotę?

*

* *

Gdy się tak idzie coraz dalej, nie dostrzega się,że odchodzi za daleko. Któregoś dnia, w jakimś podwarszawskim motelu powiedziała,że chciałaby mieć ze mną dziecko. Nie muszę zmieniać swojegożycia,żyć z nią na co dzień, wystarczy,że tak jak teraz od czasu do czasu się spotkamy.


Postanowiłem skorzystać z zaproszenia Kamila na bibę, żeby nie zdziczeć od samotności. Spotkanie odbywa się w nowo otwartym domu jakiegoś chłopaka, który dorobił się niezłych pieniędzy na reklamie. Wschodząca gwiazda tryskająca pomysłami, która za jakiś czas umrze niezauważona. Ileż razy można doznawać genialnych olśnień?! Szybciej niż myśli jego umysł będzie przypominał sflaczałego zużytego kondoma. Zaprosił wszystkich swoich p r z y j a c i ół. Każdy mógł przyprowadzić kogo chce. Towarzystwo nie wygląda na zintegrowane. Obcość jest zagłuszana głośnymi rozmowami, jeszcze głośniejszymśmiechem, mruczeniem, odmrukiwaniem, wzdychaniem, ochami i achami, sykiem, pogwizdywaniem, muzyką, alkoholem, jedzeniem koreczków i nazbyt słonegołososia, jakże mu daleko do fińskiegołososia, w którego płaty można zatapiać całe palce; widzę także różowy kawior przypominający mi Rosję, na pewno pochodzi stamtąd; tańcem, poklepywaniem iściskaniem ramion, chłodnymi cmoknięciami ust w policzki.

Przechodzę się wśród tłumu, szukając oczami Kamila. Znajduję go wśród rozbawionej, mieszanej grupki - wyspy wśród innych wysp. Wchodzę wśrodek rozmowy. Wstrętnie wyglądający, ale za to dobrze ubrany, ostatni sznyt awangardowego projektanta mody, cały w pryszczach, rudzielec, mówi:

- Mówisz,że jesteś bi, bo nie chcesz się przyznać,że jesteś homo. To hipokryzja.

- Na co dzień sypiam z kobietą - odpowiada mu dwudziestokilkuletni chłopak, ubrany cały na czarno, z cerą zabarwioną przez nadużywaneświatło solarium.

- To twoja furtka odwrotu do tak zwanego normalnego społeczeństwa. Jeśli się nie chce nazywać rzeczy po imieniu to mówi się,że jest się niejednoznacznym seksualnie.

Nie wiem, dlaczego spogląda na mnie i pyta:

- Używasz perfum Joop?

- Tak - potwierdzam, uznając jego doskonały węch i znajomość zapachów.

- Twoja podświadomość dała ci znak. Jesteś bi, a może nawet homo.

- Ani jedno, ani drugie - uśmiecham się.

Chłopak, ubrany na czarno, wtrąca się i zwraca się do rudzielca:

- Przecież przed chwilą mówiłeś,że nie ma "bi" jest wyłącznie "homo".

- Bo mówiłem o tobie, znam cię nazbyt dobrze, aby nie wiedzieć tego,że prędzej czy później powiesz dość i przestaniesz się oszukiwać. Zaczniesz odczuwać niechęć, twój kutas nie będzie mógł doznać wzwodu, a następnie wytrysku, gdy znajdziesz się włóżku z kobietą.

Kamil wciska mi w rękę szklankę z whisky, uważnie mi się przygląda. Domyślam się podtekstu, czy może nie jestem jednym z nich. W krótkich, karykaturalnych zdaniach opisuje stojące najbliżej nas osoby. Także nie darzy sympatią rudzielca. W jego oku dostrzegam błysk, gdy patrzy na "czarnego" chłopaka: jest dobrze zbudowany, a przy tym ma lalkowatą twarz. Czy Kamil zdradza Maksa? Czy obaj od czasu do czasu zbliżają się do innych ciał?

Rudzielec jakżongler, zmienia temat i zaczyna prawie krzyczeć:

- Gombrowicz, ten demaskator, ta pupa wisząca nad wszystkim i wszystkimi?! Nie potrafił powiedzieć wprost - jestem gejem, pieprzy coś o tym,że kocha młodość i nie zwraca uwagi na trzeciorzędne cechy płciowe.

Geje potrafią być męcząco nudni. Z tym zgadzał się także Maks. Zaczynam rozglądać się po sali. Długie, gęste, czarne włosy, twarz o doskonałych, regularnych proporcjach, wyraźnie zarysowane piersi i biodra wyrywają mnie od tej paplaniny. Pytam Kamila, kim jest ta dziewczyna? Wzrusza ramionami.

- Patrycja, sypia z panem domu, odpuść sobie - rudzielec wyszczerza nieznośnie białe zęby.

Mam gdzieś to,że wzbudza we mnie zupełnie niezrozumiałą, irracjonalną chęć dania mu w twarz, ważne,że wie coś na temat dziewczyny.

- Nie jest jeszcze jegożoną, ma się nią stać w najbliższą Wielkanoc. Trzy lata temu była Miss Polski. Obciąga tylko wybranym.

Nie mam najmniejszego pojęcia o tego typu konkursach, ilekroć widziałem strzępy obrazów z tych wydarzeń, myślałem,że będąc na miejscu dziewczyn ubranych w stroje kąpielowe, przechadzających się w tę i tamtą, czułbym się, jak koń na wybiegu w czasie aukcji; brakowało mi tylko sprawdzania stanu uzębienia.

Teraz rozumiem jej sposób bycia, gesty, mimikę, wyrażające pewność i dumę z potwierdzonej wartości posiadania tak wspaniałego ciała. To wszystko ma uwieść każdego, znajdującego się w pobliżu, mężczyznę.

Kiedy niechcący pokazuje kawałek uda - zamierzony efekt, mam chęć wypruć paznokciami z niej chłód.

- Czy wielka uroda doprowadza kobietę do szaleństwa - pytam, zaciskając usta.

- My się znamy? - odpowiada zaskoczona.

Nie oczekiwałem tak głupiej odpowiedzi, tak głupiej reakcji. Twarz mi jeszcze bardziej tężeje. Wbijam się wzrokiem w jej brązowe oczy. Kamil z trudem powstrzymuje rozbawienie, i dokonuje mojej prezentacji. Nie zapomina wspomnieć,że jestem autorem książki, według której powstał film. Widziała go, ale książki nie czytała. Nie natrafiła na nią w księgarni, kłamie. Film się jej podobał. To jest najważniejsze.

Odpowiadam na kilka pytań związanych z filmem, z aktorami. Przede wszystkim zmyślam. Przyczyną kłamstw nie jest chęć wykorzystania jej naiwności, ale to,że prawda nie jest tak interesująca.

Kamil rozumie,że powinien pozostawić nas samych,żegna się i odchodzi.

*

* *

Mieszkam w wynajętej kawalerce na dziesiątym, ostatnim piętrze wieżowca z betonowych wielkich płyt, w przemysłowej części Mokotowa. W windzie Patrycja wpija się językiem w moje ucho, kiedy jej ręka dostaje się do rozporka, seks mam nabrzmiały. Zamykam oczy, aby nie widzieć obskurnej kabiny, chcę poddać się dzikiej namiętności. Najchętniej zatrzymałbym windę i zrobił to tu, w tym miejscu. Otwieram drzwi i podążamy w stronęłóżka. Pozwalam się rozebrać. Paznokciami zjeżdża po moim brzuchu w dół. Sycząc, przygryzam zęby. Mam wrażenie,że go całego połknęła. Z krzykiem eksploduję w jej ustach. Nie wypuszcza go, ciałem wstrząsają dreszcze. Czuję własne paznokcie wbijane w zaciśniętą dłoń. Po wszystkim zwalam się nałóżko i leżę, długo się uspokajając. Patrycja nie daje za wygraną. Jej rozgrzana twarz przywiera do pośladków, wężowaty język podejmuje próbę wdarcia się w tyłek. Przed moimi oczami przesuwa się ciąg zamazanych obrazów, zbyt szybkich, aby je zapamiętać. Schodzę na samo dno rozkoszy.

Pyta, czy nie mam koki? Zaprzeczam. Nie biorę tegoświństwa. W ogóle niećpam. Wolę pić, czuję się bezpieczniej. Wypaliłem kiedyś skręta z haszem. Zaczął mnie drażnić najlżejszy stukot i hałas, dochodzący z klatki. Włączony alarm samochodu wydał mi się syreną karetki przejeżdżającej przez mój pokój. Potem padał deszcz, krople uderzające o szybę i parapet wydawały mi się waleniem młota w blachę. Doznania słuchowe były tak silne,że wydawało mi się,że jestem w stanie usłyszeć nawet krzyk liścia odrywanego z gałęzi drzewa.

Wyrzuca na wierzch zawartość swojej torebki, grzebie w wysypisku kobiecości i znajduje papierowe zawiniątko. Uśmiecha się. Tyle koki powinno wystarczyć. Zanurza język w białym proszku i z otwartymi ustami zbliża się do mnie. Chwyta dłonią opadnietą męskość; wyswobadzażołędzia, zgniata go palcami i w otwarty kanałek wtyka unurzany w koce koniuszek języka, następnie wchłania go całkowicie ustami. Jej kciuk, uwieńczony atramentowym paznokciem, niczym ostrze noża, wdziera się boleśnie coraz głębiej w mój tyłek.

Staję się tylko wzwiedzionym kutasem, który wnika w nią ze wszystkich stron.

Nad ranem po filiżankach kawy, chroniąc się przed zimnem w zwojach kołdry i prześcieradła, zaczyna mi opowiadać o sobie, nie mówi niczego, czego bym się po niej nie spodziewał. Jest może bardziej szczera, na przykład, gdy mówi:

- Facetom nie chodzi o to, czy ich pociągam, czy nie. O uczuciach nie ma w ogóle co mówić. Przede wszystkim jest to kwestia ambicji. Biorą mnie, bo chcą potwierdzić,że są dobrzy, lepsi od innych. Mogą potem mówić,że jestem tak dobry,że nawet ona ze mną poszła dołóżka, obciągnęła mi fajfusa. Oni nieśpią ze mną a z moim tytułem Miss.

Wizerunek mężczyzny od jej wygranego konkursu znacznie ucierpiał


Stoję w przedpokoju, w szlafroku, który wcześniej miała na sobie; pachnie jej skórą. Na lustrze szminką zapisuje swoje imię - Patrycja i numer telefonu komórkowego, to na wypadek, gdybym chciał się jeszcze z nią spotkać, gdyby mi chodziło o coś więcej niż zaliczenie miss.

*

* *

Kwadrans po pierwszej w nocy. Nie potrafię usnąć i nie mogę skupić się na czymkolwiek: na pisaniu, czytaniu, oglądaniu telewizji, słuchaniu radia i muzyki. Przed oczami zaczyna mi się przewijać całe mojeżycie. Rozpoczyna się moje conocne umieranie. Obawiam się,że nie zapanuję nad strachem przed zwątpieniem, które za chwilę mnie dopadnie.Świat znowu zacznie cuchnieć rozkładającym się trupem. Wewnętrzne rezerwy powstrzymujące rozpad zmalały do krytycznego minimum. Sposobem, aby odgrodzić się od zwątpienia wydaje się picie. Wódka ma mnie ustrzec przed niechybną katastrofą.

*

* *

Jem wspólnie z Patrycją pizzę, zamówioną przez telefon, do ust wkłada zieloną oliwkę, robi to wolno, oliwka musi się przeciskać przez jej mięsiste wargi, patrzy na mnie wyzywająco, wiem, co się kryje za tym spojrzeniem.

- Chcesz tego? - pytam

Przymyka potwierdzająco powieki.

- Chodź - mówię i idę dołóżka.

Wpija się językiem w moje usta i wpycha wraz z nim słoną oliwkę, wie,że nie znoszę smaku oliwek, robi to celowo. Oswobadza mego koguta z majtek; jest nieświeży, zapach potu zmieszał się z mydłem.

- Zostaw, uklęknij przedłóżkiem - nakazuję.

Robi to, chwytam jej ręce i kładę na jej własne pośladki.

- Rozszerz mocno.

Nie chce mi się iść po krem, mam gdzieś to,że sprawię jej ból, wręcz podnieca mnie myśl o cierpieniu jakie zadam. Krzyczy, wije się, jęczy, ale nie broni się ani przez chwilę, tylko tyłek sprzeciwia się, powstrzymuje mój sztylet, aż czuję ból. Wreszcie poddaje się i wnikam głęboko w trzewia. Ponownie jęczy, lecz jest to jęk rozkoszy. Kiedy kończę i chcę wysunąć się z pupy, przytrzymuje mi uda. Wykonuję kilka mocnych uderzeń, doznaje kolejnego orgazmu.

Po wszystkim mówię:

- Ty jesteś chora.

Patrycja przychodzi do mnie często, nie ma stałych pór. Mało rozmawiamy ze sobą, tylko się pieprzymy.

Pewnego razu mówi:

- Seks jest problemem, wiele razy bezskutecznie próbowałam zerwać z tym nałogiem.

Wyjęła mi to z ust - seks także stanowi dla mnie problem.

*

* *

Po zapoznaniu się z pierwszą częścią maszynopisu R.N. oświadcza, że jego, a raczej czytelnika nie interesuje podłoże ekonomiczne działalności prostytutek. Dla niego i jego czytelników prostytutki po to żyją, żeby się pieprzyć. Dla niego i jego czytelników prostytutki zostały zmuszone przez osoby trzecie, wstrętnych, bezlitosnych sutenerów do uprawiania tej profesji. Dla niego i jego czytelników nie mieści się w głowie,że wiele kobiet uprawiających prostytucjęświadomie i dobrowolnie wybiera tę profesję. Tego nie wolno mówić na głos. Dla niego i jego czytelnika wprowadzam nadmiar rzeczywistości, o której nie wypada mówić. Przecież to wszystko już wiadomo! Dla niego i jego czytelnika nie liczy się pełniejszy obrazświata, a coś co nazywa się dreszczykiem emocji. Zapominam,że on i jego czytelnik czyta gazetę w czasieśniadania, w przerwie na lunch i przy popołudniowej kawie. Po lekturze tego reportażu on i jego czytelnik dostanie niestrawności, przestanie mu smakować kawa. Gdzie jest mafia, zorganizowana przestępczość, która usidla niewinne naiwne dziewczyny? Przecież o tym mam napisać, za to on i jego czytelnik płaci.

*

* *

Opowiadam Patrycji o śnie, w którym się pojawiła. Miała nieznośnie brązowe oczy, a weśnie ujrzeć kogoś mającego brązową barwę oczu oznacza,że jest to fałszywy przyjaciel. Kiedyś nazwę tego koloru stosowano zastępczo zamiast nieprzyzwoitego słowa. Niemcy mówią Eine Braune, w luźnym tłumaczeniu brązowa, mając na myśli dziewczynę lekkich obyczajów. Brązowy kolorściśle wiąże się z nieprzyzwoitymi słowami i praktykami. Brąz jest barwą zwierzęcych i ludzkich ekskrementów. Jest niejednoznaczny. U ludów germańskich i słowiańskich czerwono brunatny niedźwiedź był oznaką płodności, siły, wszelkiego rodzaju wyczynów seksualnych. Czymś szczególnym jest to,że pomimo,że uchodzi za kolor mało znaczący, posiada jednak wywoławczy charakter. Działania brązowego koloru na zmysły i uczucia przenosi się jako charakterystyczna cecha na ich nosicieli.

Kiedy przestaję mówić, długo milczy.

- Ja mam brązowe oczy - głos się jejłamie. Zaczyna płakać, płacz przechodzi w spazmatyczny szloch.

*

* *

Patrycja nie odzywa się od dwóch dni.Łapię się na tym,że dużo o niej myślę. Nie jestem pewien, czy chodzi wyłącznie o pieprzenie. Komputera nie włączam. Mam gdzieś to, co powiedział R.N. Najwyżej tego nie puści i nie wypłacą mi za tekst całego obiecanego wynagrodzenia. Od jakiegoś czasu myślę o czymś więcej, o książce reportażowej. Rzuciłem jej pomysł wydawcy mojej ostatniej książki. Umawiamy się na dłuższe spotkanie, aby omówić szczegóły.

Wieczorem telefon od Kamila, chce wiedzieć, czy nie dzwonił do mnie Maks, niepokoi się o niego. Od tygodnia nie daje znakużycia. Pyta, czy nie może wpaść do mnie? Może, ale niech przyniesie ze sobą alkohol.

Zjawia się przed północą, jest już lekko wstawiony. Z tego, co opowiada rzeczywiście ma prawo czuć się zaniepokojony losem Maksa. Od pięciu dni nie ma go w pokoju hotelowym. Na recepcji nie wiedzą, co się z nim dzieje, także go szukają.

- Stary, przecież tam jest wojna - ucinam jego biadolenie. - Jeśli się tak martwisz o niego, to jedź tam i go szukaj.

Podchwytuje pomysł, jutro wsiada w pociąg i wyrusza tam. Dzwoni na informację PKP, ale nikt nie podnosi słuchawki. Nie wytrzymuje z tęsknoty za nim, z lęku o niego.

- Boże, jak ja go kocham - oświadcza. - Czy ty wiesz, kurwa, co to znaczy kochać. Myślisz,że u pedałów chodzi tylko o jedno. Możesz mi wierzyć lub nie, ja go jeszcze nie zdradziłem z nikim.

Przypominam sobie jego spojrzenie w czasie bibki u faceta od reklamy, mówiło co innego. Ale on wie więcej o sobie niż ja. Nie powinien już tyle pić. Pozwalam mu zadzwonić do Ljubljany. Kiedy odkłada słuchawkę w oczach małzy. Nakłaniam go,żeby się położył. Nie chce, musi mi o czymś powiedzieć. To, nieprawda, co mówią o Maksie,że wykorzystał Zbigniewa,że on mu pomógł zaczepić się w Warszawie. Pomyśl, kto kogo wykorzystał? Maks miał dwadzieścia dwa lata a Zbigniew pięćdziesiąt cztery.

- Czy Maks rzucił go dla ciebie? - pytam.

- Nie, wcześniej miał redaktorka z twojej gazety. Ale później byłem ja.

Milknie, nie wyszło mu wybielanie Maksa, pogrążył go jeszcze bardziej.

- Każdy jeśli chodzi głodny to prędzej czy później da komuś dupy - pocieszam go.

Stwierdzam,że chce mi się już spać, nie mam ochoty na dalsze picie i siedzenie. Jutro mam spotkanie z wydawcą. Kiedy się rozbieram do naga, nie znoszę spać w slipach ani piżamie, i wchodzę dołóżka, mówi:

- Nie bój się, nie zgwałcę ciebie.

*

* *

Popijamy kawę, rozmowa nie idzie, jest bardziej kostyczna niż stare meble będące na wyposażeniu gabinetu wydawcy. Dużo gładkich jak jedwab słów,ślizgamy się po wszystkim, ale nie możemy zatrzymać się dłużej na mojej książce. Tak, interesujące, ale czy o tym już nie powiedziano zbyt wiele. Cóż tu można powiedzieć nowego o najstarszym zawodzieświata? Chętnie zapozna się z materiałem, który już mam i się zastanowi. Odpowie w ciągu miesiąca, wcześniej nie może, rozumiem przecież, ma stosy maszynopisów do przeczytania.Żegnając się, pytam, czy wreszcie zakupił niszczarkę do papieru, czy nadal korzysta tylko z kosza naśmieci. Nie rozumie, albo nie chce zrozumieć o co mi chodzi.

Pamiętam jak U., wydawca, który odmówił wydania mojej pierwszej powieści - której nie może się powstydzićżadne wydawnictwo ( jak zapewniał), bo nie miał pieniędzy na wypromowanie nikomu nie znanego nazwiska, na pocieszenie powiedział,że gdyby dzisiaj Bułhakow złożył "Mistrza i Małgorzatę" w dziesięciu wydawnictwach to, wszystkie by odrzuciły maszynopis, a tylko trzy w ogóle by go przeczytały.

*

* *

Przed moim wyjazdem do Berlina idziemy z Patrycją do chińskiej knajpy. Nie potrafię się przyzwyczaić do nowej, krótkiej fryzury. Ma ją od dwóch godzin. Postanowiła zrobić mi pożegnalną niespodziankę. Rozmawiamy o zbliżającej się dacie jejślubu. Chwyta mnie mocno za przegub ręki i pyta:

- Będziemy się nadal spotykać?

Robię minę,że nie wiem, to zależy od niej.

Dłuższą chwilę siedzimy w milczeniu, chińskieżarcie nie smakowało mi nigdy, to ona je uwielbia. Kiedyś mieszkając w Berlinie, przez trzy miesiące prawie codziennieżywiłem się w tajlandzkiej restauracji, i przesyciłem się tą kuchnią.

- Dlaczego wychodzisz za niego? - pytam.

- Myślałam,że wcześniej o to zapytasz.

Rzadko paliła papierosy, teraz wyjmuje z torebki paczkę Marlboro Light i wyciąga jednego. Paznokcie ma dzisiaj pomalowane na perłowo - moja ulubiona barwa, wiem,że zrobiła to dla mnie.

- Kiedyś usłyszałam: To po co w takim razie obciągałaś fajfusa za fajfusem, aby uzyskać coś, czego nie potrafisz wykorzystać. Obciągałaś ich do końca, to wykorzystaj to także do końca.

Po chwili milczenia odzywa się ponownie.

- Jesteś jedyną osobą, z którą rozmawiam tak szczerze.

Zmilczam myśl o tym, jak by było gdybyśmy spróbowali zamieszkać razem.

Opowiada mi o swojej matce, wychowywała ją samotnie. Ojciec zginął w katastrofie kolejowej, nie pamięta go. Zastanawia się, kiedy z matką oddaliły się od siebie? Kiedy ich bezgraniczna zażyłość, przecież taka musiała w przeszłości pomiędzy nimi istnieć, zamieniła się w obcość?

- Nie znosiłam długich włosów. Zanim matka zaplotła warkocze, długo, z zapamiętaniem i nieukrywaną przyjemnością rozczesywała włos po włosie. Miała bzika na ich punkcie, bo jej włosy były rzadkie, suche i łamliwe jak siano. Kiedy czesała je specjalną szczotką z metalowymi końcówkami odnosiłam wrażenie, że ktoś przeciąga drutem po mojej głowie. Obiecała obciąć mi włosy, gdy ukończę dziesięć lat. Dzień dziesiątych urodzin miał być najprzyjemniejszym dniem w ciągu całego mojegożycia. Oszukała mnie! Zbyła mnie, mówiąc,że plotę bzdury. Nigdy mi czegoś takiego nie obiecywała. Po raz pierwszy tak bardzo się na niej zawiodłam. Stanęłam przed lustrem włazience i krawieckimi nożyczkami obcięłam warkocz, sięgający bioder. Leżał pod stopami. Czułam ulgę, jakbym zrzuciła z siebie worek kamieni. Wreszcie się wyzwoliłam. Kiedy matka zobaczyła, co zrobiłam, uderzyła mnie w twarz. Potem usiadła na brzegu wanny i wybuchła płaczem. Płakała głośno. Nigdy jej takiej nie widziałam. Ale nie odczuwałamżalu. To były moje włosy. Należały do mnie i miałam prawo zrobić z nimi, co chciałam. Ostatnio robiąc porządek w szafie natknęłam się na ten warkocz, zawinięty był w foliowy worek. Po co matka go trzymała? Czego miała być to pamiątka? Patrząc na niego doznałam uczucia obrzydzenia. Wyrzuciłam go do kubła naśmieci.

Dziesięć lat później ponownie ma długie włosy, i dzisiaj je obcięła. Kolejny krok... ku czemu?

Od dawna nie byłem tak podniecony, od naszego pierwszego spotkania. Zimna whisky z lodem na moich piersiach, brzuchu, udach, na seksie. Chłód i wrzynające się w ciało paznokcie Patrycji. Dreszcz bólu zmieszany z zimnem, przechodzącym powoli w pieczenie. Gorąco. Kolejna porcja whisky. Od lodu kulą mi się jądra. Chłód... i ponownie pieczenie. A potem ja powtarzam to wszystko na jej ciele.

*

* *

To Madlena powiedziała mi kiedyś: "Nie znoszę twoich kobiet. Nie dlatego,że było ci z nimi dobrze, ale dlatego,że jesteś nimi naznaczony, ciągle wyczuwam ich obecność."

W trzecim miesiącu naszej znajomości kazałem jej zgolić włosyłonowe.

- Zrób to sam jeśli chcesz - odparła.

Miałem przy sobie tylko małą, wielkości pudełka do zapałek, maszynkę do golenia Brauna, potrzebowałem nożyka. Kiedy wróciłem z hotelowego kiosku z potrzebnym narzędziem leżała naga, z podkurczonymi i rozchylonymi nogami.

Goląc wzgórek lizałem go. Czułem jak stopniowo ogarnia ją coraz większe podniecenie. Doznała silnego orgazmu. Po wszystkim zapytała, dlaczego chciałem to zrobić? Wyjaśniłem,że jest to staro japońska oznaka oddania.

- Wyobraź sobie sytuację, w której kochanekżąda tego od zamężnej partnerki. Pewnego razu mąż widzi jej cipę w takim stanie. Pyta dlaczego to zrobiła? Oczekuje zaprzeczenia tego, czego jejłysa cipa jest wyrazem.

Zapiski Madleny

Powoli wyciągałem z niej wspomnienia. Broniła się przed nimi. Cofanie się w czasie, zagłębianie się w przeszłość sprawiało Madlenie ból. Wolałaby o wszystkim zapomnieć.

Kiedyś przyniosła mi zwykły szkolny zeszyt w kratkę. Zapisała w nim swoje wspomnienia. Nie było w nich chronologii. Nie pisała w pierwszej osobie, a w trzeciej.

Miała dystans do siebie, a zwłaszcza do swojej przeszłości.

- Inaczej bym kłamała - wyjaśniła.

Jej pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to nawiedzający ją przez pewien czas ten sam nocny koszmar. Śniła, że obcinano jej kciuk lewej ręki. Matka obwiniała za to ojca. Kiedy odebrano jej smoczek nie potrafiła opanować się przed ssaniem kciuka lewej ręki. Nie pomagało obwiązywanie go szmatką, smarowanie jakimś śmierdzidłem, jakąś paskudnie pachnącą maścią, nie potrafiła się odzwyczaić. Pewnego razu ojciec wziął duży nóż kuchenny i kazał jej położyć palec na desce do krojenia chleba, grożąc, że go obetnie. Przestraszyła się i zaczęła wrzeszczeć, jakby obdzierano ją ze skóry. Myślała, że chce to zrobić naprawdę. Długo nie potrafiła się uspokoić. Na nic zdawały się zapewnienia ojca, że zrobił to na niby. Żartował. Chciał ją tylko postraszyć. Od tamtej pory bała się wsadzać kciuk do ust. Z wczesnego dzieciństwa utkwił Madlenie jeszcze krzyk jędzowatej wychowawczyni z przedszkola, krzyczącej za to, że wchodząc do sali nie powiedziała dzień dobry. Mocno ją chwyciła palcami za policzek i wyrzuciła za drzwi. Szybko pobiegła do szatni, z nadzieją, że zastanie matkę, ale już jej tam nie było. Wróciła zrezygnowana, ze strachem pod salę. Nie pamiętała ile czasu stała pod drzwiami i beczała. Inne wspomnienie związane jest z wujkiem Adamem. Kiedyś wziął ją na spacer do parku. Mama i ciotka uważały, że powinnam zażywać dużoświeżego powietrza. Chciały spokojnie posiedzieć ze sobą przy kawie. Wujek musiał wyprowadzić psa, więc mogły upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Madlena lubiła go nawet. Nie był dla niej taki oschły jak ojciec. Ojciec nigdy nie mówił do Madleny tak jak inni ojcowie do swoich córek: moja córuniu, moje maleństwo, mój kotku, mój skarbie. Nie pamiętała aby ją pocałował. Składając jakieśświąteczneżyczenia zaledwie muskał ustami jej policzek. Wujek Adam stanowił jego przeciwieństwo. Tamtego dnia tak jak zwykle objął Madlenę w pół i przytulił do siebie. Niczego złego w tym nie widziała. Dopiero kiedy powiedział,że jest już dorodną dziewczyną i przesunął rękę wzdłużżeber do prawej piersi i zacisnął na niej dłoń, był to mocny uścisk, stanęła oniemiała. Wujek przez cały czas się uśmiechał i patrzył jej prosto w oczy. Nie pamięta, co robił dalej, przestraszona, wyrwała się mu i zaczęła biec przed siebie. Wujek jednak był szybszy, dogonił ją. Wziął jej dłoń i wsadził w swoje spodnie.

Czy nic dobrego nie pamiętała ze swojego dzieciństwa? Z przyjemniejszych rzeczy pamiętała lody Bambino; zapach waty cukrowej; kogiel-mogiel z kakao; ubrudzone nosy ciastkiem Ptyś; placek drożdżowy, czasami z jabłkami lubśliwkami; rosyjskie babuszki, większa babuszka miała w brzuchu mniejszą, a ta mniejsza jeszcze mniejszą. Nie wystarczy? Lubiła z matką buszować po sklepach.Żałowała,żeświat nie przypomina barwnej witryny. Przyjemność sprawiało już samo patrzenie się na różnokolorowe rękawiczki, czapki, sukienki, buty. Przymierzalnia! O, tak, to miejsce lubiła najbardziej. Wejście za aksamitną lub pluszową kotarę. Lustra, w których mieściła się od stóp po głowę - w domu nie mieli takiego wielkiego lustra. Obrót w lewo, obrót w prawo, w tył i w przód, dookoła. Szkoda,że matka rzadko wychodziła do miasta. Nie byli bogaci!

Gdy matka zaplotła warkocz, dopiero wtedy zaczynało być naprawdę źle. Dostawała skurczu żołądka. Wiedziała, że matka zgasi światło i wyjdzie z pokoju, zostawiając ją samotną w ciemności, która wypełni oczy i uczy, wejdzie do gardła i poprzez przełyk wypełni brzuch. Zostanie przez nią pożarta! Nie skarżyła się matce, że boi się Wielkiej Ciemności,że za chwilę przez okno wsunie się do pokoju ludzka ręka i zacznie palcami przesuwać się po biurku, krześle, podłodze, aż dojdzie dołóżka. Nie chciała usłyszeć jak lekceważącym, karcącym tonem mówi,że naświecie nie ma duchów. Strachy są tylko w bajkach i filmach. A więc przygryzała wargi i milczała. Z czasem zrozumiała,że była to ręka dwunastoletniego chłopca, chłopca, którego dobrze znała. To była ręka jej brata, Piotra.


Bardzo chciała cofnąć tamte popołudnie, po którym następnego dnia późnym wieczorem przyszedł do domu ojciec. Milcząc spojrzał na matkę, która od razu zaczęła płakać. Madlena siedziała nad jajecznicą i nie wiedziała, czy powinna dalej jeść. Nie chciała, aby jedzenie ostygło, nie znosiła zimnej jajecznicy. Zdecydowała się, że wpierw ją zje, a potem dowie się, co się stało z Piotrem? Kiedy zaniosła talerz do zlewu, zapytała o to matkę. Nie odpowiedziała, płakała, nic do niej nie docierało z zewnętrznego świata. Madlena nie miała wyboru, poszła do pokoju ojca. Siedział w fotelu z twarzą skutą lodem, wzrok miał nieobecny, zauważył ją pod dobrej chwili i wówczas wyjaśnił, że Piotr już nigdy nie wróci, umarł dwie godziny temu. Oczy Madleny nie zamieniły się w fontanny i nie trysnęłyłzami. Stało się to później, kiedy się położyła spać. Spojrzała na pustełóżko Piotra i poczuła ukłucieżalu - teraz będzie zupełnie sama w pokoju. Od tego dnia oczy matki nie błyszczały już tak jak dawniej. Stały się bardziej matowe, były bezustannie podkrążone. Tak wyobrażała sobie oczy sowy. Matka miała nerwy jak postronki. Chodziła przygarbiona, a więc wydawała się być mniejsza niż była naprawdę. Schudła, wyglądała jak tyczka, na której tkwiła wielka głowa. Dawniej ojciec był bardziej skory do rozmowy.Żartował. Pośmierci Piotra prawie w ogóle się do Madleny nie odzywał.

Było słonecznie, ciepło. Wymarzona pogoda na spacer. Mimo, że Piotr obiecał rano wziąć Madlenę na przechadzkę, teraz nie chciał. Ciągle mówił, że później i później, że jeszcze została mu strona, dwie do końca rozdziału książki. Dlaczego nie pójdzie z nią ktoś inny - prawie krzyknął. Do pokoju wszedł ojciec i spojrzał na niego srogo, jakby przebijał go na wylot. To wystarczyło. Piotr poburczał pod nosem i podniósł się z łóżka, zostawiając na poduszce otwartą książkę. Popatrzył na Madlenę lodowato. Nie przejmowała się jednak. Tak było już wiele razy. Za chwilę mu przejdzie, pomyślała. Była w tym dniu wesoła. Mogła do woli wykonywać ślizg za ślizgiem. Matka nie widziała i nie miał kto mówić: Nie niszcz butów! Masz tylko tę jedną parę. W czym będziesz chodziła? Wiedziała, że Piotr nic o tym nie powie rodzicom. Kolejny ślizg się nie udał, zahaczyła o wystającą płytę chodnikową i przewróciła się. Poczuła ból w kolanach. Chciało jej się płakać. Wtem obok przemknął Piotr, wykonywał niezwykle długiślizg. Roześmiała się. Pomimo bólu szybko powstała i go dogoniła. O, nie, nie ma takłatwo. To niesprawiedliwe. Pchnęła go. A masz! Wydawało się,żeżadna siła nie była w stanie zachwiać równowagi Piotra. A jednak! Przechylił się na prawy bok. Ratując się, cały ciężar skierował na lewą nogę. Zawołała go, widząc jak jego ciało wpada na ulicę. Rozpaczliwymi ruchami rąk próbował się czegoś złapać. Ale powietrza nie dała się schwycić. Wyciągnęła w jego stronę rękę. Piotr dostrzegł to i już prawie ją chwycił, był tuż tuż, prawie się dotykali koniuszkami palców. Może się nawet musnęli. Trwało to wszystko tyle co mgnienie oka, a może krócej. I nagle, kilka tonżelastwa przejechało przez Piotra.

Nigdy nikt nie powiedział Madlenie wprost, nie wypominał,że jest winna, odpowiedzialna zaśmierć Piotra. Byli delikatni, cholernie delikatni! Ale to się czuło w ich spojrzeniach, w ich dotknięciach - nie były już takie same jak przedtem. Z czasem między wypowiadanymi przez nich słowami wyłapywała ukrytą aluzję. Gdyby tak można było cofnąć czas. Marzyła o tym,że jak w filmie odtwarzanym od końca do początku, rozbita w drobny mak szyba scala się z drobnych kawałeczków w całość, tak i Piotr wróci do domu. Wróci ich ukochany syn! Może wtedy by ją bardziej kochali? Boże, jak to mnie bolało...

Tamtej nocy obudził Madlenę hałas. Od dnia, w którym dowiedziała się o śmierci Piotra, miała płytki, niespokojny sen i łatwo się budziła. Trzaśnięcie drzwiami wywoływało w niej wrażenie jakby zawalał się dom. Ojciec obchodził swoje imieniny. Dlaczego nie pomyślał, że może usłyszeć jego słowa? Nawet nie zamknął drzwi do pokoju. Oznajmił wszystkim gościom, że jego córa zaczęła dostawać cycków. Nie przesłyszała się, tak powiedział. A potem się wstrętnieśmiał. Przypomniało to wcześniejsze zdarzenie, gdy wszedł bez pukania dołazienki. Nie miała nic na sobie, była naga. Odruchowo skuliła się i skrzyżowała ręce, aby ukryć piersi. Zaczął się tak samo przeraźliwieśmiać. Własnego ojca się wstydzisz? No, pokaż, masz już cycki? Chwycił ją za nadgarstek i siłą odgiął rękę. Chciała zapaść się ze wstydu pod ziemię. Najlepiej umrzeć! Miała trzynaście lat. Była przerażona tym, co się z nią działo. Wyrastały jej włosyłonowe, rosły piersi. Nie rozumiała swojej przemiany ciała. Nikt jej nie wytłumaczył,że dojrzewanie jest najzwyklejszą rzeczą pod słońcem. Na piczce rosną jej już włosy, ojciec informował wujka Adama, tego samego wujka, który w parku...


Nie znosiła wizyt ciotki, w czasie których wspominała swoją córkę. Na pamięć znała tę historię. Wczesne popołudnie na początku października. Defilada przyjaźni na zakończenie manewrów wojskowych. Na trybunie Gomułka i Jaruzelski. Oczywiście nie obyło się bez dzieci i kwiatów. Dużo dzieci, wszyscy lubią się otaczać dziećmi. To dzieci wręczają kwiaty i mówią wierszyki, uśmiechając się od ucha do ucha. Można je pogłaskać po główce, uściskać, pocałować w policzek. Dzieci tak ładnie wyglądają na zdjęciach. Któż nie lubi dzieci i psów? Z dużą szybkością przejeżdżają czołgi. Najpierw radzieckie, później niemieckie i na końcu polskie. Tłum wiwatuje, dzieci rzucają kwiaty, klaszczą. Nagle czołg wpada w poślizg, raptownie skręca w lewo i wjeżdża w tłum. Trzydzieści sześć ton żelastwa miażdży kilkoro dzieci. Ciotka pamiętała, że Marta miała wtedy na sobie nowe buty. Dlaczego ciągle mówiła o tych butach? Czy to było takie ważne? Tak jakbyżałowała tych butów: bordowe, wysokie za kostki, sznurowane, importowane z dederu. Pamiętała to po piętnastu latach, jak i to,że za jejśmierć zapłacono trzydzieści tysięcy złotych. Kupiła za to nowy telewizor i nagrobek. Madlena znała Martę tylko ze zdjęć. Rzadko się na nich uśmiecha. Miała czarne włosy z przedziałkiem naśrodku, zaplecione w warkocze z dużymi kokardami. Biedaczka. Tak jak i ona musiała cierpieć w czasie ich rozczesywania. Kiedy w grudniu 1981 roku odwiedziła ich ciotka, miała dość wysłuchiwania jej wspomnień i postanowiła przejść się po mieście. Zanim wyszła z domu ciotka przestrzegła ją: "Uważaj na czołgi. Pełno ich na mieście." Dla niejżycie skończyło się w październikowy dzień w 1962 roku. Zamknęła się w klatce przeszłości.


Nigdy nie słyszała, aby ojciec kochał się z matką. Nigdy nie widziała, aby ojciec całował matkę.


Boże Narodzenie tylko dzięki matce miało świąteczny charakter. Ojciec nie dzielił się opłatkiem, w czasie wigilijnej kolacji zachowywał tak wielką rezerwę,że chwilami czuła się, jakby przebywała z obcym człowiekiem. Nawet największa radość z otrzymanego prezentu tonęła we wszechwładnie się unoszącej ciężkiej, smętnej atmosferze. Matka, płacząc, wspominała rodziców i rodzeństwo, wszyscy nieżyli. Co roku opowiadała tę samą historię, jak to w czasie pieszej wędrówki z Grodna do Białegostoku jej ojciec, dziadek Madleny, został z niewiadomych powodów zatrzymany przez radziecki patrol i do dnia dzisiejszego zginął bez wieści. Babka, jej matka, wkrótce umarła na zawał serca. W wieku dziesięciu lat zamieszkała u ciotki w Szczecinie, która zaopiekowała się nią. I ta jednak długo nie pożyła, na miesiąc przed osiemnastymi urodzinami matki zmarła. Ojciec zawsze w milczeniu słuchał opowieści matki, kiedyś Madlena nie wytrzymała i spytała, dlaczego nic nie mówi o swojej rodzinie? Kim był dziadek? Kim była babka? Spojrzał Madlenie prosto w oczy. Czekała na jego słowa, ale on zapadł się w sobie, wzrok jego stał się nieobecny. Matka kazała zostawić ojca w spokoju, wyjaśniła,że wszyscy nieżyją. Zabili ich w Babim Jarze. Zadała wtedy ojcu głupie pytanie: A ty? Gdzie wtedy byłeś? Matka syknęła na nią, nie rozumiejąc, jak mogła tak powiedzieć. Kazała się jej wynosić z pokoju. Madlena wstała z krzesła i wyszła. Zamknęła się w swoim pokoju i rozpłakała. Nigdy nie dowiedziała się, co się wówczas takiego zdarzyło. Jaki los spotkał ojca? Urodził się w 1935 roku, a więc był wtedy jeszcze dzieckiem. Teraz mogła tylko domniemywać,że cudem ocalał z koszmaru.


Pewnego razu odwiedził ich kuzyn ze strony matki. Działo się to w środku tygodnia, w pracujący dzień, w zimę. Dotychczas kuzyn odwiedzał ich w czasie lata, spędzając nad morzem dwa tygodnie urlopu. Po prezentacji swojego ostatniego zakupu - Fiata 126p, wszyscy usiedli przy stole. Gość oświadczył, że zwolnił się z pracy, zlikwidował książeczki oszczędnościową i mieszkaniową, sprzedał telewizor, meble i kupił pięcioletniego malucha. Na pytanie matki: Co się takiego stało? Uśmiechnął się i zapewnił, że nic się takiego nie wydarzyło, pragnie po prostu pojechać do Budapesztu. Matka zrobiła minę, jakby znalazła się przed nią osoba niepoczytalna. Wyjaśnieniem niezrozumiałego dla niej postępowania kuzyna mogła być wyprawa na handel. A co to za interes, że inwestujesz wszystko, co posiadasz? - zapytała. Zaprzeczył. Jeszcze raz wspomniał, że chcę zobaczyć Budapeszt. Zdenerwowana matka rzuciła: "A co tam jest do oglądania? Kuzyn odparł: "Na przykład Góra Gellerta. Czy wiecie, że według ostatnich badań naukowych wynika,że przodkami Węgrów byli ugrofinowie?" Matka zdawała się całkowicie tracić grunt pod nogami. "Kto?" - zapytała. "Eskimosi" - spokojnie, z poważnym wyrazem twarzy wyjaśnił kuzyn. Tego było dla niej za wiele. Podniosła się z krzesła i wyleciała z wrzaskiem z pokoju: "Wariat! Nie wytrzymam, wszystko sprzedał i zostawił, by pojechać zobaczyć Eskimosów!" W oczach ojca dostrzegła podziw dla kuzyna. Zazdrościł mu,że był w stanie, ot tak, po prostu zostawić wszystko, by zrealizować swoje marzenie. Kilka miesięcy później przyszła wiadomość z ambasady polskiej w Budapeszcie,że kuzyn zmarł, w testamencie zostawił matce swój samochód. Proszono, aby go odebrać. Wyjaśniło się,że podczas wizyty był chory na raka płuc i znał niepomyślną diagnozę, dającą mu zaledwie kilka miesięcyżycia.


O tym, że ojciec zamierzał wyjechać na stałe z kraju dowiedziała się przypadkowo, podsłuchując rozmowę rodziców. Namawiał matkę,żeby z nim pojechała. Lecz ona się nie zgadzała. Powiedziała: "Tam do końcażycia będę obcą." Jakiś czas później matka zagadnęła Madlenę, czy wie,że ojciec chce wyjechać z kraju. Potwierdziła, i gdy myślałam,że usłyszy coś więcej, okazało się,że na tym matka zamknęła ten temat.


W domu zrobiło się nie do wytrzymania. Po raz pierwszy nie wróciła na noc. Miała wówczas trzynaście lat. Została u koleżanki z klasy. Matka płakała, a ojciec milczał. Za karę została na tydzień zamknięta w pokoju. Od tamtej pory matka nigdy już z nią nie rozmawiała, tak jak dawniej. Ojciec próbował nawiązać z nią bliższy kontakt, ale zamknęła się w sobie i z czasem zrezygnował.

Wówczas poznała Pinka. Uwielbiał zespół Pink Floyd, stąd jego ksywka. Był starszy od niej o trzy lata. Jako jedyny znany jej chłopak nosił jedwabną, bordową marynarkę. Była znoszona i przyduża na niego, ale dla jej egzaltowanych oczu wydawała się być niezwykle szykowna. Wyglądał w niej wspaniale. Była zachwycona. Pink chodził wyłącznie w używanych ciuchach przysyłanych z RFN-u, gdzie mieszkała jego rodzina, z którą łączyły go więzy krwi, a nie - jak mówił - wyrok sądowy. W wieku sześciu lat stracił rodziców w katastrofie kolejowej pod Toruniem. W zamian za mieszkanie po jego rodzicach i zasiłek, przyszywane wujostwo podjęło się nad nim opieki. Pewnego dnia oznajmił, że poprosił rodzinę z zagranicy, żeby przysłali także coś dla Madleny. Powiedział im o niej! Wydawało jej się,że za chwilę uniesie się z radości w powietrzu. Do tej pory ich spotkania miały niesformalizowany charakter, Pink, nigdy nie powiedział,że uważa ją za swoją dziewczynę! Zbył ją lekceważącym - "przecież to wiadomo", wypluwając przy tym kawałek odgryzionej skórki przy paznokciu. Madlenie nabiegłyłzy do oczu ze szczęścia i rzuciła się na niego. Kocham cię Pink, kocham! Zawsze będę tylko twoja. Kocham cię, słyszysz? Pink przypominał manekina, bezwolnie poddając się uściskom. Całując, na siłę wepchnęła język w jego usta. Wiedziała,że w ten sposób całują się prawdziwi kochankowie. Obecnie wspominając siebie z tamtych lat, wydawała się sobie taka naiwna, egzaltowana, tak cholernie niewinna. Po jakimś czasie Pink przyniósł jej nową jeansową kurtkę marki Wrangler. Kilka miesięcy później wyjaśniło się,że nie pochodziła z paczki, a z kradzieży dokonanej w miejscowym Peweksie.

Mieszkali w starej, dwupiętrowej, poniemieckiej kamienicy. Przed sąsiadami nic się nie dało ukryć. Naprzeciw ich drzwi mieszkała rodzina, których ilość członków z roku na rok malała. Kiedyś z zaciekawieniem przyglądała się jak wynoszą z mieszkania sąsiada Alberta trumnę z jegożoną. Chciała iść z rodzicami na cmentarz, ale nie pozwolili, wyjaśniając,że jest jeszcze za mała.

Kilkanaście miesięcy później najstarszy syn Alberta wkradł się do pobliskiego garażu. Znalazł w nim butelkę po wódce wyborowej, wypełnionej płynem hamulcowym i opróżnił jej zawartość. Rano właściciel garażu odkrył jego zwłoki oparte o maskę samochodu. Ku jej zdziwieniu, tym razem mogła pójść na pogrzeb. Na cmentarzu zebrali się mieszkańcy domu i okolicznych kamienic. Kto mógłby się spodziewać, że alkoholik, człowiek, który na co dzień był niewidzialny, może przyciągnąć tylu ludzi. Po raz pierwszy wszyscy sąsiedzi złożyli się na wspólny wieniec, a nie jak dotąd było przyjęte, w czasie takich uroczystości, kupując samodzielnie wiązanki kwiatów. Wynajęto grabarzy w czarnych garniturach i białych rękawiczkach. Zamówiono nawet muzyka, który grał przez całą uroczystość na trąbce. Jakiś czas później poznała przyczynę takiego zachowania sąsiadów. Wywołane zostało postawą miejscowego księdza, który nie zgodził się pochować syna Alberta, uważając, że ów sam odebrał sobie życie,łamiąc prawo boskie. Ludzie nie potrafili zrozumieć tej argumentacji, uważali,że ten nieszczęśnik wypijając z butelki płyn hamulcowy nie zrobił tegoświadomie, z pewnością był przekonany,że trafiła mu się okazja napicia wódki. Nie pomagały prośby, petycja podpisana przez kilkadziesiąt osób, ksiądz był nieubłagany w swoim postanowieniu. Po pogrzebie ludzie zbuntowali się i solidarnie od tej pory rzucali na tacę tylko grosze, a w czasie kolędy, dawali w kopercie symboliczną złotówkę albo w ogóle nic w nią nie wkładali.

Nie minął nawet rok od tamtego zdarzenia i drugi syn Alberta powiesił się w piwnicy na pasku od spodni. Czemu to zrobił? Nikt tego nie wiedział. Nikomu nie wspominał, co zamierza zrobić, nie zostawił wyjaśniającego listu. Tym razem dla wszystkich było to oczywiste samobójstwo, ale ku ogólnemu poruszeniu zebranych na pogrzebie ludzi zjawił się na nim ten sam ksiądz.

To nie koniec nieszczęść, jakie doświadczył ich sąsiad. Pewnego dnia wracając do domu wpadł pod tramwaj. Stracił obie nogi. Od tej pory poruszał się na wózku inwalidzkim. Jednak nie załamał się. Skąd czerpał siłę podtrzymującą w nim wiarę w sensżycia? Do opieki nad sobą sprowadził kuzyna ze wsi, który od początku nie wzbudzał zaufania. Są ludzie, którzy choćby nie wiem, jak miłą przywdziewali powłokę, nigdy nie wymażą ze swoich oczu fałszu. Wkrótce zaczął się znęcać nad Albertem; zabierał mu rentę, nie wyprowadzał go z domu, głodził i bił. Sąsiedzi próbowali interweniować, ale gdy kuzyn Alberta zaczął im wybijać szyby, wykręcać korki, malować olejną farbą drzwi, ustąpili. Posłuchali jego rady,żeby nosa nie wkładać w nie swoje sprawy. Tym bardziej,że wzywany na pomoc dzielnicowy rozkładał bezradnie ręce, mówiąc,że bez podpisania przez Alberta wniosku ościganie nic nie może zrobić. To się musiało skończyć tragedią.

Po raz pierwszy pomyślała,że Bóg zachowuje się jakby byłślepy,ślepy, bo nie ingeruje w to, co się wokoło nas dzieje, nie dajeżadnego znakużycia.

Któregoś dnia na klatce schodowej usłyszała nieludzki krzyk, dochodzący z mieszkania Alberta. Zbliżyła się do odrapanych drzwi, nasłuchując. Ten przeraźliwy krzyk wydobywał się z gardła sąsiada. Zawahała się, co ma robić?

Nacisnęła na przycisk dzwonka, nie działał. Zapukała w drzwi. Nikt nie reagował. Zawołała o pomoc,żaden sąsiad nie wychylił głowy ze swojego mieszkania. Odruchowo nacisnęła na klamkę i otworzyły się drzwi. Znalazła się w przedpokoju. Dostrzegła kłęby dymu wychodzące z kuchni. Wbiegła tam i jej oczom ukazał się płonący na wózku Albert, bezradnie machający rękoma. Rozejrzała się wokoło szukając czegoś, czym mogłabym ugasić ogień. Nic takiego nie znalazła. Pomyślała o kocu. Odwróciła się, by pójść do któregoś z dwu pokoi, gdzie powinnam go znaleźć. Niespodziewanie, przede nią wyrosło masywnie zbudowane ciało kuzyn Alberta. Szczerzył zepsute zęby w uśmiechu. Nie myśląc uderzyła go rękami w klatkę piersiową, chcąc odepchnąć. Ani drgnął. Wybuchł na głosśmiechem. Zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Nie trwało to jednak długo, poczuła na swoich ustach jego ręce.Ścisnął tak mocno,że straciła oddech i pociemniało jej w oczach.

Kiedy oprzytomniała ujrzała przed sobą uśmiechniętą twarz Pinka.

Gdy nie zjawiła się o ustalonej porze na rogu ulicy, gdzie się umówili, aby nie być zauważonym przez rodziców, coś go tknęło, postawił motocykl i podszedł pod dom. Zanim doszedł do wejściowych drzwi na klatkę schodową usłyszał krzyk Madleny. Szybko zlokalizował skąd dochodzi i po chwili znalazł się w mieszkaniu. Widząc nad jej ciałem kuzyna, nie zastanawiając się, skoczył na niego i ogłuszył kaskiem. Płonącego Alberta ugasił kołdrą.

Kiedy ocucił Madlenę, zakazał wspominania komukolwiek o jego obecności i wyszedł.

Chwilę później zjawił się sąsiad z parteru, a za nim następni. Pół godziny później przyjechało pogotowie. Zabrano Madlenę i Alberta do szpitala. Stamtąd po godzinie odebrali ją rodzice wraz z milicjantami. W domu odbyło się przesłuchanie. Pytali o przebieg zdarzenia. Opowiedziała je dokładnie, aż do momentu, gdy pojawił się Pink. Na pytania, czym ogłuszyłam kuzyna, bezradnie kręciła głową, mówiąc,że nie wie, nic nie pamiętam. Później kilkakrotnie powracano do tej kwestii na przesłuchaniach w prokuraturze i w sądzie, ale nic więcej ode niej nie usłyszeli. Uznano,że musiała się znajdować w stanie szoku.

Wielokrotnie pytała Pinka, dlaczego stamtąd uciekł, ale nie chciał powiedzieć. Przyczynę jego zachowania miała poznać wkrótce.

Albert czwartego dnia pobytu w szpitalu zmarł.

Na początku nie robiła z Pinkiem niczego więcej poza petingiem. Dopiero w dniu jego osiemnastych urodzin postanowiła zrobić mu prezent i ofiarowała mu się cała. Tak, zrobiła prezent z własnego ciała. Obecnie niewiele pamięta z tamtego zdarzenia.

Tej nocy nie spała wcale. Nad ranem ojciec wyszedł z domu, zabierając ze sobą dwie duże walizki. Przedtem wstąpił do pokoju Madleny. Siedząc na brzegu łóżka delikatnie przesunął palcami po jej czole. Udawała, że śpi; czuła mocne bicie swego serca. Kiedy powstawał zerknęła na niego, przecierał palcami oczy. Płakał. Albo był jeszcze zaspany i oczy mu piekły. Wyszedł z pokoju i opuścił dom. W mieszkaniu zapanowała przytłaczająca cisza. Podniosła się z łóżka, podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Nikogo nie było. Widziała jak szarość nocy miesza się z szarością poranka. Gdy zamierzała z powrotem się położyć usłyszała szloch matki. Dobiegał z kuchni. Wyszła z pokoju i poszłam do niej. Matka siedziała na krześle, rękoma podtrzymywała głowę, zasłaniając twarz. Nie wiedziała jak się zachować, napełniła czajnik wodą, postawiła na palnik i oparta o framugę patrzyła na matkę. To straszne! - powiedziała i zanurzyła się w coraz cichszy płacz. Madlenie wydawało się, że nic nie czuła, zanurzona była w bezdennej studni. Za oknem szarość poranka wyparła już całkowicie szarość nocy. Postawiła przed matką kubek z herbatą i usiadła na przeciw niej; swój objęła dłońmi, ogrzewając je; pragnęła ciepła. Poprosiła ją,żeby piła. Uniosła głowę i spojrzała na Madlenę nieznośnie podkrążonymi, opuchniętymi oczami. Białka pokrywała czerwona siatkażyłek. Nigdy jeszcze nie widziała tak wodniście szarych oczu. Matka upiła odrobinę i odstawiła kubek na stół. Uśmiechnęła się. "Myślałam,że przynajmniej ze względu na ciebie tego nie zrobi" - odezwała się. Madlena nieudolnie próbowała ją pocieszyć, zapewniać,że ojciec wróci. Pokręciła głową, zaprzeczając: - "Już nigdy nie wróci. Zapamiętaj,że nikt nie jest tak w stanie zranić, jak ukochana osoba."

Matka przestała wychodzić z domu, całe dnie leżała włóżku patrząc się w tylko sobie znane miejsce naścianie. Po kilku dniach zabrali ją do szpitala psychiatrycznego. Miesiąc później, w czasie obchodu, lekarz spostrzegł pod jejłóżkiem plamę krwi. Uniósł kołdrę i ujrzał jej wnętrzności. Tępymi nożyczkami do ciecia papieru rozcięła sobie jamę brzuszną. Ratunek przyszedł za późno. Zmarła. Dlaczego to zrobiła? Czy musiała to zrobić, bo tak wielkie było jej cierpienie,że tylkośmierć mogła przynieść mu kres? Czemu była tak okrutna dla niej?

Podobno niektórzy nigdy nie tracą wiary w cudownośćświata. Madlena ją wówczas straciła. Od tej pory zaczęło w niej coś umierać.

Ojciec napisał,że nie może przyjechać na pogrzeb matki. Dodał,że powinna to zrozumieć. Nie rozumiała. Nienawidziła go. Napomknął w liście,że zacznie jej regularnie przysyłać pieniądze nażycie. Odpisała,że nie chce jego pieniędzy. W ogóle nie chcę go znać! Przesyłał mimo tego dolary, a ona je odbierała. Lecz nie odpowiadała na jego listy i nieznośnie kolorowe kartki pocztowe. Drażniły ją słowa, którymi zawsze rozpoczynał korespondencję: "Kochana Córko".

Poza sąsiadami i Pinkiem na cmentarzu nie było nikogo. Ksiądz bez celebracji zrobił to, co miał do zrobienia i odszedł, zanim grabarze zaczęli zakopywać trumnę. Nie miała mu jednak tego za złe. Nie czuła niczego, była pusta jak wydmuszka. Dopiero później, wieczorem, siedząc w kuchni i patrząc na krzesło, na którym zawsze siadała matka, a na którym wówczas siedział Pink, rozpłakała się. W jejżyciu nic się nie układało, nie działo się tak jak powinno. Przyszłość nie kojarzyła jej się z nadzieją, a z lękiem. Co jeszcze złego miał przynieść najbliższy czas?

Kiedy pierwszej nocy nie zjawił się Pink, niczego nie podejrzewała. Zdarzało się już nieraz,że wracał późno lub nad ranem. Zaniepokoiła się kolejnego wieczora. Zadzwoniła do jego wujostwa, ale oni nic nie wiedzieli. Od dawna już się do nich nie odzywał. Pod dwoma numerami, które należały do jego znajomych nikt nie odpowiadał. Obdzwoniła szpitale, nie mieli takiego pacjenta. Po nieprzespanej nocy nie była w stanie iść do szkoły. Chodziła po mieszkaniu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Kogo jeszcze mogła zapytać, gdzie może podziewać się Pink? Minęło południe, nie wytrzymała i zadzwoniła na policję. Zgłosiła jego zaginięcie. Wątpiła, czy dyżurny oficer poważnie odebrał moje obawy. Tego samego dnia wieczorem pod dom podjechały dwa radiowozy. Obserwowała przez okno jak milicjanci w mundurach i po cywilnemu wchodzili do klatki. Usłyszała natarczywy dźwięk dzwonka i nie mniej natarczywe pukanie do drzwi. Stanęła sparaliżowana i nie mogła zrobić kroku do przodu. Pukanie zamieniło się w walenie w drzwi i krzyki: Otwierać! Policja! Wyłamując drzwi wdarli się do mieszkania. Krzycząc, pchnięto ją na tapczan. Nadal nie mogła wykrztusić z siebie słowa. Oszołomiona patrzyła jak mieszkanie stawało się pobojowiskiem. Opróżniano półki i szuflady, wyrzucając ich zawartość na podłogę,ściągano dywany i chodniki. Wkółko pytano o to samo, gdzie ukryte są pieniądze i jakieś rzeczy?

Nie przypuszczała,że tyle można przekazać bez słów. Porozumiewała się z Pinkiem przy pomocy gestów, których nauczyła się od osób przychodzących pod mury aresztuśledczego. Codziennie po południu o umówionej porze wrzeszczała na całe gardło, wołając go. Gdy zza krat wysuwała się jego chuda ręka rozpoczynaliśmy migową rozmowę. Pewnego dnia zamarła z wrażenia, gdy zobaczyła znak krat i sześć palców. Otrzymał do odsiadki sześć lat.

Nie rozumiała, co jest takiego w człowieku,że idzie do przodu mimo wszystkiego, nie patrząc na konsekwencje. Widzi przed sobą ogień i idzie w jego płomienie, jak oszalały koń. A tak się wówczas zachowywała. Stosunek do Pinka nie zmienił się, a wręcz przeciwnie, stała się jeszcze bardziej od niego uzależniona.

W czasie pierwszej przepustki Pinka prysło oczarowanie. Zmusił ją do stosunku analnego. Dostała miesiączkę, nie miała ochoty nażadną francuską miłość, chciała zrobić mu to ręką, ale on nie chciał w ten sposób. Miał dość masturbowania się za kratami. Broniła się. Prosiła. Wszystko na nic. Nie przestawał. Po wszystkim usłyszała: "Jeszcze nikt nie umarł od tego."

*

* *

Pinka spotkałem kilkanaście miesięcy później, kiedy zaszedłem do jej mieszkania. Odwiedził ją w czasie kolejnej przepustki z więzienia. Zrozumiałem skąd wzięło się opakowanie prezerwatyw w jej torebce.

Był niezwykle chudym chłopakiem, przewyższającym ją o głowę. Zapamiętałem jego rozbiegane spojrzenie, nie patrzył w oczy. Bezustannie obgryzał paznokcie. O takich ludziach mówi się,że nie są w stanie skrzywdzić nawet muchy. Przez całe spotkanie nie wypowiedział ani jednego słowa. Zresztą nie siedziałem u niej długo, atmosfera nie sprzyjała rozmowie. Wszyscy czuliśmy się skrępowani. Wychodząc pomyślałem: Dlaczego właśnie on? Kto kim się opiekuje? Kto kogo chroni? On ją, czy ona jego?

*

* *

Następne spotkanie było naszym ostatnim. Stała przy oknie i patrzyła gdzieś daleko. Za oknem roztaczała się ciemność. Nie potrafiłem tam niczego znaleźć. Stanąłem tuż za jej plecami, obejmując wpół. Nie odwróciła się. Wargami zacząłem pieścić jej kark. Poddawała się temu tak jak zawsze, ale wyczułem,że jest to bierne oddanie.

- Co się stało? - zapytałem.

- Nie mogłeś chociaż zadzwonić, przyjechać na chwilę. Chyba nie oczekuję zbyt dużo, poza tym, aby móc cię od czasu do czasu zobaczyć?

Nie odpowiedziałem jej, milczałem.

Kochaliśmy się na podłodze, tuż pod oknem. Krótko. Nie zdjęliśmy z siebie ubrań. Zapinając spodnie, usłyszałem:

- Czasami czuję się, jakbym była dla ciebie nadal dziwką.

Następnie siadłem na fotelu, a ona na kanapie. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Atmosfera zagęściła się, nabrzmiała złymi emocjami, groziła wybuchem, mogącym wszystko wysadzić w powietrze. Nas i cały ten cholernyświat, cholerneżycie!

Dlaczego skrzyżowały się nasze drogi?

- Nigdy nie było mowy,że jesteśmy ze sobą na całeżycie - odezwałem się pierwszy.

Rozpłakała się, płaczem małych dziewczynek, które nie mogą przeżyć straty ulubionej lalki.

- Nie potrafisz docenić tego, jak bardzo cię kocham. Uważasz to za oczywisty fakt. Przecież podniosłeś mnie z rynsztoka!

A jeszcze później odezwał się we mnie ten ktoś kogo nie nawiedzę i powiedziałem:

- Myślałaś,że to wersja "Pretty Woman"?

- Przestań! - niemal krzyknęła.

- Często mówisz "łał", jak Julia Roberts. Czy przeglądając się w lustrze nie zaczęłaś się porównywać do niej? Masz podobny podbródek... I co jeszcze? Ile razy oglądałaś ten film?

- O co ci chodzi?!

- Chcę powiedzieć,żeżycie to nie jest film z haapy endem. Wżyciu rzadko ma się gwarancje dobrego zakończenia.

Kiedy chciała uciec z pokoju, chwyciłem ją w ramiona i powaliłem na podłogę. Krzyczała. Próbowała wyzwolić się spod mojego ciężaru. Podwinąłem jej spódnicę i wszedłem w nią gwałtownie. Krzyk umilkł, przestała się szarpać. Chwilę po wytrysku nie miała orgazmu. Potem leżeliśmy nieruchomo obok siebie.

- I po co to zrobiłeś? - przerwała milczenie.

- Co?

- Dlaczego wtedy mnie nie przeleciałeś.

Nie powiedziała: Proszę cię nie odchodź.

Nic nie powiedziała.

*

* *

Myślałem, że wraz z zamknięciem drzwi ona wyjdzie z mojegożycia, tak jak ja wyjdę z jejżycia. To tylko kwestia czasu. Przecież wszystko, coświadczy o jej istnieniu znajduje się tylko w mojej pamięci, wokół mnie nie mażadnego materialnegośladu, nawet zwykłego zdjęcia w formacie pocztówkowym, na którym byśmy uśmiechali się sztucznie do obiektywu. Wszystko można zapomnieć. Ludzie nie zabijają się z miłości.

Berlin

1992

Muszę wyglądać nieszczególnie. Mam czerwoną obrzękłą twarz. Czarny, wełniany płaszcz, jaki mam na sobie znajduje się w stanie opłakanym. Do tego wszystkiego dochodzi moja narodowość - Polak! Patrzą na mnie z podejrzliwością. W czasie rewizji osobistej nie wytrzymuję i wypluwam z siebie soczystą wiązankę, z której słowa - pocałujcie mnie w dupę, wydają się być najdelikatniejsze. Pomimoże przeklinam po polsku, domyślają się,że nie są to przyjazne słowa. Kiedy wychodzę z komory celnik, nie przejmuje się tym,że słyszę, zasyczał:

- Arszloch ( po polsku - dziura w dupie ).

Czuję jak nabiega mi krew do twarzy, szybko jednak się uspokajam. Nie chcę dłużej tkwić w tym koszmarnym miejscu, więc przygryzam język.

W lotniczej restauracji wygaszam całkowicie żar, jaki trawił mnie po kontroli. Gorąca kawa, z dużą ilości śmietanki i ciastko tortowe robi swoje. Spoglądam na płytę lotniska. Na horyzoncie majaczy słońce. Pogoda zapowiada się na ładniejszą niż w Warszawie. Na sali pojawia się coraz więcej osób. Obok mnie, stolik zajmuje Murzyn, typowy Afrykańczyk o olbrzymich wargach i skórze niezwykle czarnej. Trochę dalej siedzi grupa piskliwych Japończyków. Powinienem zmienić miejsce oczekiwania. Sasza ma być tu za trzy godziny, razem mam odebrać Andrzeja, który przylatuje z Wilna. Myśl o spacerze po Berlinie nie wzbudza euforii. Mieszkałem tutaj kilka miesięcy. Nie lubię tego miasta. Po zburzeniu muru przypomina wybuchową mieszankę, która co jakiś czas eksploduje w postaci bicia cudzoziemców, podpalania tureckich biur podróży i ośrodków kulturalnych, napadów skinów w metrze. Synagogi żydowskie oddzielają barierki policyjne i faceci z karabinami maszynowymi przewieszonym przez ramię. Brud i niechlujstwo honekerowskiej części miasta wtargnął i zalał jego zachodnią część. Nie widziałem innego miasta w Niemczech, w którym byłoby tyle policji. Noc w Berlinie wypełniona jest bezustannymi syrenami policyjnymi i karetek pogotowia. Nienawidzi się tutaj auslanderów, często można usłyszeć: Przeklęte Polskie świnie! Muszę jednak przyznać, że z czasem sam zacząłem reagować z niechęcią na polskich szwarcarbeiterów. Udawałem, że nie słyszę i nie rozumiem języka polskiego. Dołączałem się do potępiającego wzroku Niemców. Kiedyś usłyszałem wyjaśnienie, dlaczego Polacy w Niemczech zachowują się jak świnie. Nie mają wyboru. Zmuszają ciebieżebyś kwiczał, więc kwiczysz jakświnia. Dla Niemców byłeś i jesteś człowiekiem drugiej, a nawet czwartej kategorii. Bardziej cenią Turków i Rosjan. Polacy mają kompleks Murzyna. Jeśli Murzyn awansuje społecznie, zacznie mieszkać w lepszej dzielnicy, jeździć dobrym samochodem, to szybko zapomina o pobratymcu, który wywoziśmieci z jego domu lub sprząta klatkę schodową. Izoluje się od swoich braci. Za wszelką cenę pragnie się w y b i e l ić. Dobre jest tylko to, co jest białe i zaakceptowane przez białych. Polak zachowuje się identycznie. Jeśli spotkasz Polaka, który dobrze się tutaj umiejscowił i znajdziesz się w potrzebie, to nie licz na jego pomoc, już bardziej spodziewaj się jej po Niemcu. Niektórzy dochodzą do skrajności i w miejscu publicznym rozmawiają wyłącznie po niemiecku, mimoże wyraźnie słychać polski akcent.

Najlepiej różnicę pomiędzy Polską a Niemcami można ukazać porównując okna. Polskie są zaprzeczeniem niemieckich, które otwierają się i zamykają przy najlżejszym nacisku.

Sasza nie zjawia się i samotnie idę do stanowiska, na którym odbywa się odprawa samolotu z Wilna. Z założonymi rękoma przyglądam się wychodzącym ludziom. Pierwszą dostrzegam Olgę, następnie Andrzeja, a za nim trójkę młodych dziewczyn. Wokół zrobiło się tłoczno. W tłumie wyczuwam coś niepokojącego. Rozglądam się po twarzach stojących obok mnie osób i po chwili dociera do mnie pewien szczegół -żaden z nich nie ma przy sobie bagażu, podręcznej torby, czy aktówki. Dwóch tatuśkowatych facetów wyraźnie lustruje osoby oczekujące przy stanowisku. Dziwi mnie nieobecność Saszy, jeszcze raz wyraźnie się rozglądam i wreszcie go dostrzegam, stoi daleko, przy innym stanowisku, ale wystarczająco blisko, by widzieć co się tutaj dzieje. Stoi pomiędzy dwoma facetami. Patrzę na niego, musi mnie widzieć, ale nie robi najmniejszego ruchu,żadnego gestu w moją stronę. Intuicja podpowiada mi,żebym się wycofał, w dali jest kiosk, gdzie można wypić kawę i zjeść ciastko, idę tam.

Zamawiam jedną białą kawę, odwrócony tyłem do stanowiska odprawy, ale kątem oka mogę śledzić co się dzieje. Płacę i w momencie, gdy chwytam filiżankę obserwowany przeze mnie tłum zawrzał, stojący dotąd spokojnie faceci ruszają w stronę Andrzeja i dziewczyn, zasłonili sobą ich sylwetki. Cholera, ściągnęli tutaj cały komisariat. Pojawiają się także mundurowi. Odruchowo bioręłyk kawy i powstrzymuję się by nie wymiotować, piję tylko białą, a nie dodałemśmietanki, dwa opakowania leżą na spodeczku. Chmara policyjnych tajniaków oddala się w stronę, gdzie stoi Sasza. Przejaśnia się na tyle,że dostrzegam bezradnie stojącą Olgę. Ma przewieszoną przez ramię małą damską torebkę. Kiedy nabieram przekonania,że nie ma już w okolicyżadnego tajniaka, zostawiam filiżankę i idę do niej szybkim krokiem, tak szybkim, jak ktoś kto spóźnił się na odbiór swojej znajomej. Obejmuję ją w ramiona i całując w policzek mówię:

- Zachowuj się tak jakbyś była moją dziewczyną, musimy uciekać.

Biorę ją pod rękę i idziemy w stronę postoju taksówek. Zrobiliśmy kilka metrów i widzę jak z pierwszych wyjściowych drzwi wychodzi Sasza z tajniakami, idą po swoją zgubioną ofiarę. Na szczęście po lewej mam wejście do restauracji, tam daję nurka, ciągnąc za sobą zdezorientowaną Olgę. Odczekuję aż Sasza przejdzie dalej i już tym razem bez używania siły, zrozumiała co się dzieje, kieruję ją w stronę wyjścia do taksówek.

Kiedy w tyle oddala się front dworca lotniczego, oparty o tylne siedzenie taksówki, czuję jak opadają ze mnie emocje. Spociłem się jak mysz.

*

* *

Olga opowiada,że miała być to ostatnia transakcja Andrzeja z Saszą. Nie podobał mu się od pierwszej chwili, kiedy go ujrzała, nie ufała mu, cholernie bał się wszystkiego. Andrzej poznał Kostica, Jugola, z którym mieli się spotkać w Berlinie, aby umówić szczegóły współpracy.

- On mieszka tutaj? - pytam.

Przytakuje, ma jego telefon. Nie wie, co dalej ma zrobić. Przy sobie ma pół tysiąca baksów. Wystarczająca kwota na opłacenie hotelu i powrót samolotem do Wilna czy Petersburga. Nie chce jednak teraz wyjeżdżać. Po raz pierwszy jest na Zachodzie. Pragnie zobaczyć jak wygląda. Pieprzy to wszystko, co się stało. Przecież nie będą jej poszukiwać listem gończym. Martwi się o Andrzeja, potrzebny mu będzie adwokat. Ofiarowuję się,że pomogę jej w znalezieniu, to nie problem, w centrum, co kilkanaście metrów napotyka się na prywatną kancelarię. Ale dobry adwokat kosztuje. Weźmie od pięćset do tysiąca marek zaliczki. Proponuję,że może ze mną zamieszkać, wezmę dwójkę. Nie musi płacić za hotel i jedzenie. Pieniądze jakie ma wystarczą na zaliczkę dla adwokata i bilet powrotny do siebie. Przystaje na to. W hotelu bez problemu zamieniam pokój jednoosobowy na dwuosobowy, od Olgi nie wymagają paszportu, melduję ją na swoje nazwisko. Od tej pory ma na imię Aleksandra. W małych hotelikach takie rzeczy załatwia się bez problemu.

Hotel mieści się w bocznej uliczce od Kurfirstedamm, skąd wszędzie blisko, idealnie miejsce dla kogoś kto chce poznać Berlin, znany z pocztówek i miglatkowski telewizyjnych. Obserwowanie Olgi sprawia mi przyjemność, zachowuje się jak dziecko w cyrku, co chwila zaskakiwane kolejną sztuczką prestidigitatora. W C&A głupieje na widok tak olbrzymiej ilości ciuchów skupionych na metrze kwadratowym. Musi koniecznie sobie coś kupić. W ogóle musi się przebrać, aby wyglądać jak człowiek, oświadcza. Wymieniam w banku dolary na marki. Udajemy się do Hertie, ja jadę na górę do restauracji, a ona zaczyna buszować po domu towarowym. Zjawia się po dwóch godzinach. Uważnie przygląda się mojej reakcji, chce zobaczyć potwierdzenie,że oto mam przed sobą inną, piękniejszą, niemiecką, zachodnią Olgę. Kiedy je uzyskuje - rzeczywiście wygląda nie do poznania, zaszła nawet do fryzjera - rzuca się na mnie i całuje, nieznośnie piszcząc z radości, przywołując ciekawskie spojrzenia siedzących przy stolikach osób. Olga trajkocze cały czas po rosyjsku, co jeszcze bardziej przyciąga ich uwagę. Niektórzy otworzyli usta ze zdziwienia. Nikt z Niemców nie jest przyzwyczajony do tak spontanicznego zachowania. Radość zawsze jest stonowana. Patrząc na Olgę nie wiedzą, co o tym myśleć. W niektórych oczach zginęła gdzieś tak zwykła niemiecka codzienna serdeczność i uprzejmość, pojawiło się potępienie.

Pytam, ile zostało jej pieniędzy. Wyciąga rękę, niecałe dwieście marek.

- To za mało na adwokata, powinno wystarczyć na bilet kolejowy - mówię.

Nie przejmuje się tym jednak. Odpowiada,że skontaktuje się z Kosticem i "wydębi" od niego zaliczkę na dziewczyny.

Wątpię, czy się to uda, ale nie chcę jej psuć pierwszego radosnego zachłyśnięcia się Zachodem.

Olga chce zobaczyć, gdzie siedzi Andrzej. Jedziemy na Moabit. Idziemy wzdłuż muru i nagle zaczyna go wołać. Uspokajam ją w porę, bo widzę podążających w naszą stronę gliniarzy. Robię gest,że wszystko w porządku i na siłę odciągam ją od tego miejsca. Wchodzimy do pobliskiej knajpy. Zamawiam dwa piwa. Pozwalam się jej wypłakać, wyrzygać z siebie to, co wypełniło jążółcią.

- Wiem,że jest skurwysynem,że puszcza się na prawo i lewo. Ale przecież każdy facet jest taki. Czy ty jesteś inny?

Milczę. Jestem, ale nie widzę powodu, aby się jej do tego przyznawać. Nie chcę w ogóle rozmawiać na temat Andrzeja. Przypominam sobie naszą rozmowę w kuchni, kiedy przyznał się do odsiadki.

- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak tam jest?- mówił. -Przez kilka miesięcy po wyjściu stamtąd nie mogłem się przyzwyczaić do drzwi pozbawionych judasza. Paliłem dużo, ale po odsiadce jeszcze więcej. Nawet w nocy budziłem się i wypalałem papierosa. Moje ciało przesiąkło zapachem petów. Palce nabrały żółtego zabarwienia. Nie wiesz, co się wtedy dzieje z człowiekiem. Trudno wytrzymać. Młody z mojej celi powiesił się na sznurowadłach wyciągniętych z adidasów. Gdy po raz pierwszy wszedł do mojej celi, od razu wiedziałem, że jest słaby. Za słaby na to miejsce. Starałem się go podtrzymywać na duchu, choć sam opierałem się na glinianych nogach. Mało kto tam przyznaje się do tego,że często ma ochotę skończyć ze sobą,że te tak zwane "małe kryzysy" są kurewsko trudne do przejścia. Miesiąc po moim wyjściu Młody popełnił samobójstwo. Otrzymał list od dziewczyny, w którym oświadczała,że rozstaje się z nim, nie chce komplikować swegożycia. Głupia zdzira, nie potrafiła zachować tej informacji dla siebie. Chciała być cholernie szczera, uczciwa przed sobą i nim. Idiota, przez dupę odebrał sobieżycie!

Zamawiamy kolejne piwo, wiem,że chcę tak jak Olga się upić. Proponuję, aby po opróżnieniu szkła przemieścić się do centrum, przejść się wieczorem po Kudamie, kupić po drodze butelkę whisky i pójść do hotelu. Patrzy na mnie przez chwilę ciemnymi jak noc oczami. Czy uważa,że mam ochotę na nią? Czy robi się takieświństwo przyjacielowi,że idzie się z jego dziewczyną dołóżka, kiedy on ląduje w ciupie. Czy jestem aż takim draniem?

W drodze na Kudam kupuję rum z colą w puszkach, aby jazda metrem była przyjemniejsza. Wynurzamy się z ziemi w okolicy Dworca ZOO, opowiadam, o tym legendarnym miejscu. Pokazuję chłopców, których możemy sobie kupić na noc. Pyta, za ile? Każe jej samej sprawdzić, jeśli ją to interesuje. Nieprawdopodobne, podchodzi do jednego z nich i o czymś długo z nim rozmawia, gestykulując. Kiedy wraca, nie chce powiedzieć, czego dotyczyła ich wymiana zdań.

Przysiadamy koło fontanny, przed ruinami kościoła - Boże,żeby tak zawsze wyglądały ruiny. Jakiś Murzyn bezczelnie patrzy na Olgę. Ona uśmiecha się do niego. Za chwilę, zaczną ze sobą rozmawiać. Przypominam sobie o zegarze wodnym, który koniecznie musi zobaczyć i odciągam ją od niego.

Olga zachowuje się jak mała dziewczynka.Łapię się na tym,że chwilami mam ochotę ja wtulić w ramiona. Kiedy idąc trzyma się pod moim ramieniem, celowo ocieram się głową o jej policzek i kark. Pozwala na to, sama musi tego pragnąć.

Hard Rock Cafe jest ostatnią knajpą jaką odwiedzamy. Opowiadam wszystko, co wiem na jej temat, mówię zbyt dużo, aż tyle ona nie chce wiedzieć. Przywiera ustami do moich ust i całujemy się namiętnym pocałunkiem. Całyświat przestaje dla nas istnieć. Już nie pamiętamy tego, co stało się dzisiaj na lotnisku. Nie chcemy pamiętać.

W pokoju mamy dwa jednoosobowełóżka. Leżę w swoim i patrzę w telewizor, wychylając kolejną szklaneczkę Jasia Wędrowniczka. Olga wychodzi złazienki okryta tylko hotelowym ręcznikiem, zrzuca go przede mną i każe mi zrobić miejsce obok siebie. Nie powstrzymuję się, pozwalam aby mój penis stwardniał i wzbił się w górę.

- Zrobię ci tylko ręką, dobrze - mówi, przytulona do mojej piersi.

Całujemy się z języczkiem, bardzo szybko jej ręka doprowadza mnie do wytrysku.

Po wszystkim bierze ręcznik i wyciera nim ręce, a następnie podaje mi go, abym wytarł penisa. Usypia pierwsza, przytulona do mnie.

Budzę się wcześnie. Podchodzę do okna i wyglądam przez nie. Poranek jest jeszcze skuty szarością, szarością, od której człowieka przechodzą ciarki po plecach. Przede mną podwórze, pusta studnia. Odwracam się i patrzę na Olgę. Niedawno chciałem obliczyć do ilu kobiet zbliżyłem swoje ciało. Nie byłem w stanie podać właściwej liczby, co chwila wyłaniały się kolejne ręce, piersi, biodra należące do bezimiennego ciała pozbawionego twarzy.

Komu ostatnio powiedziałem kocham albo przynajmniej chyba cię kocham?

*

* *

Jugol nazywa się Kostic, mieszka na Charlotenburgu. W dwóch pokojach mieści się jego liczna rodzina:żona Polka, z dwuletnim synem, jego matka i siostra z dwójką dzieciaków. Wszyscy poza nimśpią na piętrowychłóżkach. W czasie naszej wizyty, nagle cały ten tłum ginie, zamyka się w kuchni i mniejszym pokoju.

Jugol bierze mnie z początku za Andrzeja. Od razu przystępuje do rzeczy. Ma kilka dziewczyn, które rozstawia po ulicy i w klubach. Potrzebuje nowych, dla siebie i jego znajomych. Zapewnia,że dziewczyny będą miały u niego dobrze. Nie wierzę mu, nie jestem przecieżślepy, aby nie widzieć jego uciekających oczu, dłoni klepiących uda i obłudnie przyjacielskiego uśmiechu. Nieżyczężadnej dziewczynie, aby wpadła w jegołapska. Proponuje także kradzione samochody z dostawą na miejsce, choćby za Ural. Nie, on się tym nie zajmuje, ale jego przyjaciele... Ma dużo przyjaciół. Cały Berlin jest pełny jego przyjaciół. Przede mną siedzi człowiek o wielkich możliwościach. Nie mam co patrzeć na to mieszkanie, to syf, zaprosi mnie do prawdziwego apartamentu, choćby dzisiaj na kolację.

Wreszcie udaje mi się wytłumaczyć, że nie jestem Andrzejem, on nie mógł teraz przyjechać, przysłał swojążonę, Olgę. Przygląda się jej uważnie od początku, i w to,że jestżoną Andrzeja nie wierzy.Żona dla niego to rzeczświęta. Dom, dzieci, kuchnia. Tak jak jego Małgorzata, która pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. A ja kim jestem? O to się nie pyta. Przecież nie jestem tłumaczem Olgi, muszę być niezłym cwaniakiem. A może jestem tajniakiem nasłanym po to, aby wsadzić go do pierdla. Staje się ostrożny w tym, co mówi. Już nie mama przed sobą człowieka o dużych możliwościach. O przyjaciołach nadal wspomina, ale brzmi to raczej jak groźba.

Nie widzę sensu, aby ciągnąć dłużej ten teatr. Kiedy wychodzi na chwilę z pokoju, pytam się wprost Olgi, czego od niego chce? Każę jej uważać na to, co mówi do mnie, nie jestem pewien czy nie zna rosyjskiego. Zna niemiecki, zna trochę polski to czemu nie miałby znać rosyjskiego.

Po powrocie Jugola Olga wykłada na stół fotografie dziewczyn. Kilkanaście polaroidowych odbitek, dziewczyny rozebrane, ubrane pod samą szyję, różnie. Z tyłu odbitek widnieje imię, pseudonim i numer. Jeśli Kostic wybierze którąś z nich, to przyjadą do Berlina w ciągu dwóch tygodni. Może z nią pojechać, choćby dzisiaj do Wilna.

Jestem tylko tłumaczem, ale Jugol patrzy się tylko na mnie, ze mną rozmawia. Pada cena, Olga podwaja jej wartość - tysiąc baksów i dziewczynę ma na zawsze. Nie przesłyszałem się, powiedziała - na zawsze. Z nią się dogaduje, co i jak.

Kostic musi wszystko przemyśleć, proponuje spotkanie we wspomnianym już j e g o apartamencie, co wyraźnie podkreśla. Jesteśmy umówieni na wieczór.

Po wyjściu nie odzywam się do Olgi. Jedziemy do centrum. Idziemy na obiad do Movenpicka. Denerwuje mnie jej zachowanie - jest cała w skowronkach, cholernie szczęśliwa i beztroska. Ona naprawdę to wszystko traktuje jak przygodę turystyczną w egzotycznym kraju.

- Czy ty wiesz, co Kostic zrobi z tymi dziewczynami? - pytam.

Albo jest naprawdę niczego nieświadoma, naiwna, albo jest głupia. Albo tylko taką udaje przede mną.

Proponuje mi procent od każdej sprzedanej dziewczyny. Dwadzieścia? Trzydzieści? No, dobrze pół na pół. Ale biorę na siebie wszystko co wiąże się z Jugolem. Ona nie zna języka niemieckiego, nie zna Berlina.

Śmieję się, prawie ciekną miłzy ześmiechu. Boże, jaki ja jestem ciągle naiwny. Kabotyn.

- Dlaczego sięśmiejesz? - pyta.

- Andrzej nie mówił tobie, czym się zajmuję?

- Wspominał,że coś piszesz, wydałeś jakąś książkę, ale w przeszłości zajmowałeś się różnymi rzeczami.

- W przeszłości, od dawna jestem tak porządnym człowiekiem,że zawsze kasuję bilety autobusowe, przechodzę wyłącznie na zielonymświetle, nie parkuję samochodu w miejscach niedozwolonych. Nigdy nie handlowałem dziwkami. Istnieją granice, których nawet drań nie powinien przekraczać, chybaże chce zostać kanalią.

Zapala papierosa i ukrywa twarz za białym dymem.

Jestem wściekły na siebie,że poddałem się emocją. Obiecałem sobie,że nigdy nie będę ani prokuratorem, ani sędzią. Kiedy człowiek, choć raz, znajdzie się po tej drugiej stronie to dostrzeże rzeczy, po których nie jest w stanie włożyć togi i wydawać wyroki.

- Zaprowadzę ciebie pod ten adres i pójdziesz tam sama. Jakoś się dogadacie.

*

* *

Kiedy w pokoju hotelowym chwyta mnie za krocze, rozpina rozporek, wydobywa na wierzch penisa, klęka i bierze go w usta, nie robię niczego, aby odsunąć jej dłoń i usta. Nie mówię,że nie chcę,że myli się myśląc, iż w ten sposób mnie ugłaska.

Ssie go do końca. Połyka całą spermę.

Po wszystkim mówi:

- Nie chcę,żebyśźle o mnie myślał. Masz rację, ależycie nie jest bajką.

*

* *

Przed jej wizytą w apartamencie Kostica, w rzeczywistości będącym klubem nocnym, położonym na pierwszym piętrze kamienicy, wstępujemy do pobliskiej kafejki. Pijemy cappucino, Olga potwierdza wiadomości, jakie o niej słyszałem. Naprawdę jest córką króla petersburskich Cyganów. Uciekła z domu. Ojciec szuka ją po całej Rosji. Jego ludzie ostatnio natrafili na jejślad w Wilnie, dlatego zdecydowała się na wyjazd z Andrzejem. Tutaj miała zostać, aby na miejscu pilnować spraw. Ludzie ojca wiedzą,żeżyje z Andrzejem. Jeśli go znajdą zostanie zabity. Ojciec nigdy mu nie wybaczy,że zhańbił jej córkę.

- Czy Andrzej wie o tym?

- Tak, ale on się nie boiśmierci.

- Każdy się boi - odpieram.

Opowiada mi o tym, ile w czasie tej ucieczki złamałaświętych zasad dla każdego Cygana. To, co zrobiła mi po południu, biorąc go w usta, jest wystarczającym powodem, aby każdy mąż mógł rzucić swojążonę. Z taką kobietą nie ożeni siężaden porządny Cygan.

- Nikt przecież o tym nie musi wiedzieć - mówię.

- Nigdy nie wrócę tam - odpowiada stanowczo.

Więcej już nie rozmawiamy o tym, nie chce mówić o sobie. Chciałaby przeczytać moją książkę i obejrzeć film. Nie przetłumaczono jej na rosyjski. Rosjanie nie lubią, gdy się ich pokazuje ze złej strony. Może kiedyś puszczą film w telewizji? Kiedy obiecuje,że specjalnie nauczy się polskiego, aby czytać moje książki wybuchamyśmiechem, każdy z nas wie,że jest to przyjemne kłamstewko.


*

* *

Z Olgążegnam się następnego dnia. Słucham jej i nie wiem, co jest prawdą, a co kłamstwem. Zamierza lecieć z Jugolem do Wilna po dziewczyny, a teraz wyjeżdża z jego wspólnikiem do Hamburga. Ma jej pokazać dwa lokale, których jest właścicielem. Patrzę na niego kątem oka, niecierpliwie czeka, aż wreszcie się z nią pożegnam. Ma około sześćdziesięciu lat, krótko ostrzyżone siwe włosy, na nosie złote oprawki Jaguara, tej samej marki, co samochód. Garnitur, koszula, krawat - wszystko dobrze dobrane i prawdopodobnie szyte na miarę lub kupowane w sklepie, gdzie posiada kartotekę ze swoimi rozmiarami. Wygląda na dziadziunia z reklamy telewizyjnej karmelowych cukierków.

- Chciałabym, aby ci było dobrze - mówi Olga, przechodząc przeze mnie wzrokiem, przed którym trudno się ukryć.

Dobrze wie,że uźródła mojego wymuszonego optymizmu, leży głęboki zestarzały pesymizm. Wygląda na to,że jest jedną z nielicznych kobiet, które mnie rozszyfrowały.

- A skąd wiesz,że chcę aby było mi dobrze - odpieram, z niezdarnym, gorzkim ironicznym uśmiechem na twarzy.

Kiedy wsiada do samochodu prosi mnie o adres. Podaję jej numer telefonu,łatwiej zapamiętać. Musimy się koniecznie jeszcze kiedyś zobaczyć.

Wykręcam numer do Mariusza, kiedy słyszy,że jestem w Berlinie pyta, gdzie się znajduję, zaraz po mnie przyjedzie. Podaję mu adres hotelu.

- Przecież mogłeś u nas przenocować.

Nie może przeboleć, że dałem zarobić Niemcom. On też ma od sześciu lat obywatelstwo niemieckie, ale nie czuje się Niemcem. Przynajmniej nie całkowicie. Przypadkowo go zastałem u matki, od miesiąca mieszka pod nowym adresem. Dostał duże, piękne mieszkanie. Mieszkanie matki, w którym się gnieździli przez kilka lat była już dla nich wszystkich za małe, dusili się, łaknęli większej powierzchni życiowej, dodatkowych metrów kwadratowych wolności. W okolicy żyje dużo Turków, ale gdzie ich teraz nie ma, usprawiedliwiająco wyjaśnia. Kiedy mijamy drzwi, obok których, w równym rządku, stoi kilka par butów, z nieukrywaną pogardą rzuca: " Niedługo Turcy zastąpią dla Niemców Żydów." Kaśka, jegożona, jest w ósmym miesiącu. Staram się być miły i daję się oprowadzić po pokojach, umeblowanych z tak typową dla Niemców nijakością, wymieszaną z jarmarcznymi ozdobami. Doświadczam tu wszystkiego, czego tak nie znoszę, od czego ciągle uciekam. Słucham i piję, i zaczynamżałować,że zdecydowałem się z nimi spotkać. Od czasu do czasu odpowiadam paroma mruknięciami. Gdy Mariusz wypił tyle,że dostrzega koszmarne połyskujące złocenia na jego własnymżyrandolu, kiedy fałszywe złoto zaczyna drażnić oko, wyrzuca z siebie:

- Wszystko to jest jak maszyna, która wprowadzona w ruch nie może być gwałtownie zatrzymana. Zaciągnięte kredyty muszą być spłacone. Duże mieszkanie oznacza spore opłaty. Stałem się niewolnikiem tego wszystkiego.

Przez pięć dni w tygodniu rozwozi paczki w firmie kurierskiej UPS. Obawia się o swój dysk, strach pomyśleć co się stanie, gdy mu wypadnie i zostanie sparaliżowany.

- Zniósłbym to wszystko, aleświadomość,że jestem tutaj zwykłym fizolem... Kurwa mać... A przecież proponowano mi pozostanie na uczelni. Nie mogę pogodzić się z myślą,że całeżycie będę roznosił paczki.

- Rzuć to w cholerę i wracaj do Polski - mówię, mając dość jego użalania się nad sobą, nadżyciem, które nie układa mu się tak jakby chciał.

- A tam będę miał lepiej?! Klamka zapadła i nie da się już wrócić. Mów lepiej, co teraz piszesz?

Opowiadam mu w skrócie o "Przebudzeniu w piekle", przyznaję, że pisanie książki się przedłuża. Miała powstać w ciągu roku, mija czas, a ja właściwie jej nie mam, nie jestem w stanie zredagować materiału w logiczną całość. Przyjechałem do Berlina, by zakończyć ją i wiem,że nie mam zakończenia. Wyskrobałem z materiału trzy reportaże, ale nie puścili ich. Czytelnik dostałby niestrawności przy jedzeniu. Zapowiedziano,że po raz ostatni płacą mi z góry, a dla wolnego strzelca oznacza to ponoszenie jeszcze większego ryzyka. Wyłożę pieniądze w powstanie tekstu, na który nikt nie będzie chciał spojrzeć. Mój stan można nazwać metaforycznie pustką lub bezwietrzną ciszą, wciąż usiłuję coś zobaczyć i ciągle nie potrafię odsłonić tego właściwego okna. Chyba szukam czegoś, co zawsze dla mnie pozostanie zagadką. I na koniec mówię to,że nie mogę już inaczejżyć,że wszystko mam w dupie, nigdy już nie będę taki jak przedtem.

I chyba przyjmę propozycję wyjazdu do Jugosławii, gdzie od miesięcy przebywa Maks, z którym udało mi się dwa razy porozmawiać nad ranem, bo zawsze o tej porze dzwonił, wyjadę tam by przyglądać się jak jeden człowiek zabija drugiego z niezrozumiałego dla mnie powodu, i jak zwykle nie będę w stanie opowiedzieć się zażadną ze stron.

Wystarczy już tego picia, oznajmiam Mariuszowi i proszę,żeby zadzwonił po taksówkę. Nie chcę spać u niego. Pragnę hotelowej samotności. Oznajmiam:

- Czasami dobrze jest obetrzeć sobiełokcie.

Patrzy na mnie półprzytomnym wzrokiem. Nie rozumie tego, co powiedziałem. Wyjaśniam,że hotelowełóżka mają nieznośnie wykrochmaloną pościel, napięte prześcieradła są twarde jak deska.

- Aha - odpowiada, nie do końca rozumiejąc.

Żegnając się, mówi:

- I skończ tę książkę.

Czuję jak znowu przesiąkam zapachem hotelowego życia. Nieskazitelna czystość każdego dnia zmienianej pościeli - powoduje, że przed zaśnięciem przechodzi mnie dreszcz chłodnej obcościłóżka i natychmiast następujące uczucie osamotnienia. W pościeli nie odnajduję niczego znajomego, poza dobrze znanym zapachem krochmalu. Czasami, gdy spotykam pokojówki proszę, aby dzisiaj nie zmieniały pościeli. Pragnę, abyłóżko miało znajomy zapach, by nie przypominało,że to kolejna samotna noc w obcym pokoju, w obcym mieście, w obcym kraju. Aseptyczność hotelowegożycia staje się coraz bardziej

uciążliwa.

Dzisiaj otrzymałem telefon od Kamila, po którym poczułem, jak opadają ze mnie siły. Stałem się workowaty. Maks znowu się nie kontaktuje, podobno wybrał się z jakąś grupą partyzantów w góry. Postanowiłem z Berlina jechać prosto do Jugosławii i od tygodnia bezskutecznie próbuję skontaktować się z Maksem. Coraz trudniej mi znosić stan zawieszenia.

Z korytarza dochodzą odgłosy kroków, zamykania drzwi, przekręcania klucza w zamku. Co jakiś czas rozlega się wybuch damskiego śmiechu. Wczoraj rozbudził mnie w nocy spazmatyczny krzyk kobiety, w którą wściekle wchodził kochanek. Dochodzące zza ściany trzeszczeniełóżka stawało się nie do wytrzymania. Kochali się długo, na tyle długo, aby jeszcze bardziej uświadomić mi samotność. Nie znoszę pustki włóżku. Odczuwam brak ciała, do którego można się przytulić, choćby na chwilę dotknąć ręką i poczuć ciepło. Słuchając ich rozmowę próbowałem określić wiek. Przyśniadaniu, gdy zajęli stolik na przeciw mnie, poczułem zdziwienie. Nie myślałem,że mogą mieć tyle lat. Ona była tylko trochę młodsza od mojej matki.

Hałas nasila się. Nasłuchuję uważnie. To Rosjanki. Cztery dziewczyny i mężczyzna. Podchodzę do drzwi, chcąc lepiej słyszeć. Jedna z nich - Sonia, tak się przedstawia mężczyźnie, uczy kolejnego imienia.

- Oxana.

- Xana?

- Nie, Oxana.

- Oxana - wreszcie mężczyzna poprawnie wymawia imię.

Następuje kolejny wybuchśmiechu, przypominający turlanie się

piłek. Skąd one się tutaj wzięły? Są za młode, aby będąc w Berlinie, nie wykonywać najstarszego zawoduświata. Może to one wieczorami wylegają na Kudamie, tuż obok hotelu. Wielokrotnie jestem zaczepiany przez długonogie dziewczyny z butami wpijającymi się w pośladki.

"Chodź tu na moment. Tylko sto". Ręce z ostrymi, długimi pazurami próbują schwycić za ramię. Staram się je omijać, odchodzę od nich jak najdalej, specjalnie idę brzegiem chodnika. A powinienem podejść do którejś z nich i porozmawiać. Spróbować porozmawiać. Właśnie po to tutaj przyjechałem.

Po chwili uświadamiam sobie,że widziałem dwójkę z nich, kiedy wprowadzałem się do pokoju. Zwróciły moją uwagę charakterystycznymi dla Rosjanek rysami twarzy i ostrym makijażem. Jaskrawo czerwone wargi oddzielały się od reszty twarzy, prowadząc samoistnieżycie. Były nabrzmiałe, w bezustannym ruchu. Wczorajszego dnia jedna z nich wychodziła z pokoju w kwiecistym szlafroku, mimo,że dochodziła pierwsza w południe.

Nabiegają obrazy z Grodna i Wilna. Przypomina mi się zapach skóry Oxany. Dziwię się temu, bo wówczas nic specjalnego nie uderzyło mnie w jego barwie. Ale pamięć przekonuje mnie,że to jej zapach. Następuje gonitwa myśli, a może to właśnie ona? Andrzej nie dotrzymał słowa i przywiózł ją tutaj.Życie pisze najbardziej zwariowane scenariusze. Powinienem otworzyć drzwi i wyjrzeć, ale tego nie robię. Tak jakbym się bał,że ujrzę prawdę.

Chciałbym się z nią teraz spotkać.

Nie potrafię usnąć. Nawet drugie mocne, ciemne piwo nie pomaga przezwyciężyć bezsenności. Znowu będę trwał w bezsenności do drugiej, trzeciej w nocy. Gaszę górneświatło w pokoju, zostawiając zapaloną lampkę nocną. Włączam radio.

To jest mało naturalne, nazbyt mechaniczne. Zwykłe wyładowanie. Gdyby nie wyobraźnia zasiedlająca umysł splątanymi ciałami, byłoby nie do wytrzymania. Coś jak zrobienie siku - twierdził Maks. Zaraz po osiągnięciu orgazmu narasta we mnie agresja kierowana ku sobie. Często pojawia się uczucie zniechęcenia, buntu, i wtedy przerywam rozpoczętą masturbację. Ale czasami napięcie jest nie do wytrzymania, a to działa jak tabletka uspokajająca. Przynajmniej tego oczekuję, biorąc w ręce swego ptaka i poddając gnieceniu, miętoszeniu, wyciskaniu, pocieraniu.

Po kilku, czasami po kilkunastu minutach z wzbierającym we mnie obrzydzeniem przyglądam się dłoniom pokrytym kleistą spermą. Te kilka minut samozaspokojenia jest gestem rozpaczy, pojawia się gorzka myśl. Po wszystkim myję ręce, podbrzusze i penisa. Wycieram się dokładnie ręcznikiem. Obwąchuję dłonie, sprawdzając, czy nie czuć zapachu spermy. Czuję jak przeszywa mnie szpilka, drobne ukłucie, które podważa wszystko w czym tkwię, co robię, co nieuchronnie przyniesie przyszłość. Ostatnio onanizm budzi we mnie instynkt samobójczy.

Wracam z powrotem dołóżka, wsłuchuję się w sączącą z radia piosenkęśpiewaną przez Gronemeyer’a, ale nie na tyle, by wchłonąć słowa. Patrzę na zegarek. Ponownie ogarniam wzrokiem cały pokój. Zielonkaweściany, reprodukcję zachodzącego słońca w czarnej ramie, szafę stylizowaną na antyk.

Zaścianą rozlega się skrzypieniełóżka i ludzkie stękanie. Nakrywam głowę poduszką, lecz na nic się to zdaje. Wstaję i przechodzę kilkakrotnie po pokoju, by ponownie usiąść nałóżku. Siedzę tak przez dłuższą chwilę. Na szafce nocnej leży dyktafon. Biorę go do ręki i włączam przewijanie taśmy do początku. Przebiegam na zwiększonych obrotach początek nagrania. Jakieś numery telefonów, adres, tytuł książki, wreszcie znajduję fragment, którego szukam, ustawiam moc, natężenia głosu, nadaję taśmie właściwe obroty. Jest to nagranie rozmowy z Magdą, dziewiętnastoletnią dziewczyną:

- Mówili, że będziemy tańczyć i siedzieć z klientami w barze, dla towarzystwa... Mój pierwszy raz... To było straszne. Koszmar, którego nigdy nie zapomnę. Musiałam robić wszystko, co mi kazał. Jego bałam się najbardziej... Teraz robię to nadal, mimo,że nikt mnie do tego nie zmusza, ale za pierwszym razem zostałam zmuszona... Bili. Bili mnie po twarzy... Nie potrafię pracować na trzeźwo, zawsze się upijam... Czuję obrzydzenie. Obrzydzenie do siebie, do tego co robię, do spoconego faceta. Nigdy nie czuję się wtedy kobietą. To tylko piętnaście, dwadzieścia minut... i nic więcej. Może czasami czują się kobietami te, które pracują w luksusowych hotelach? Jestem maszynką do zarabiania pieniędzy, tak jak automat do gry, który trzeba mieć w klubie, aby interes się kręcił... Na początku, u Jugoli za jeden numerek otrzymywałam na rękę dwadzieścia marek, tyle zostawało po odciągnięciu kosztów za spanie, jedzenie, picie i ochronę... Jak nie chciałam iść z klientem, to nie miałam pieniędzy. Nie miałam za co kupić jedzenie. Nic nie miałam... Nie zgłosiłam się na policję. Bałam się,że aresztują mnie za nielegalny pobyt. Zabrali mi paszport. Mówili,że policję mają kupioną. Czeszka, która mieszkała ze mną opowiadała,że spała na koszt szefa z gliniarzem z obyczajówki... Pilnowano nas. W ciągu dnia musieliśmy siedzieć w pokoju. A jeśli wychodziłyśmy, to zawsze towarzyszył nam ktoś z ochrony... Nikt ci nie pomoże. Każdy mówi,że to nie jego sprawa. Na klientów nie ma co liczyć. Policja? A kto zgodzi się zeznawać przeciwko nim? Większość z nich była karana... Jest jeszcze wstyd, długi i zmęczenie.

Miała załamany głos, głos pogodzonej z tym wszystkim, co doświadczyła, czego jeszcze doświadczy. Nie odpowiedziała na pytanie, dlaczego nadal to robi. Obecnie nikt jej do tego nie zmusza.


*

* *

Zaraz pośniadaniu wychodzę na spacer. Ta sama ulica, te same sklepy, ci sami rozdawacze ulotek reklamowych, którzy poznają mnie, nie wyciągają już do mnie ręki z reklamówką. Przemieszczam się bez określonego celu. Zaglądam do księgarni, przystaję przy kioskach z gazetami. Spacer przerywam nagle, wchodząc do kawiarni.

*

* *

Siedzę, rzuciwszy niedbale kurtkę na stojące obok krzesło. Nie mam ochoty przejść kilku kroków i zawiesić ją na wieszaku. W Cafe Mohring to nie wypada. Ale jest poniedziałek i nie ma wielu gości, więc jakoś to uchodzi. Przyglądam się długim nogom kelnerki w czarnych rajstopach ze szwem biegnącym wzdłużłydek i ud. Krótka spódniczka wydaje się być tylko formalnością. Przypominają mi się fotografie Carla Hermesa, zamieszczone w ostatnim "Max-ie": Dłoń białej kobiety z długimi paznokciami zaciska się na jądrach murzyna. Następna fotografia: Ta sama kobieca biała ręka osłaniająca swój seks. Kolejne zdjęcie: Te same dłonie wszczepiające się długimi ostrymi paznokciami w pośladki długowłosej blondynki.

Kelnerka uśmiecha się.

Czyżby zauważyła i odczytała właściwe znaczenie spojrzenia? Myślę o tym, co odczuwał mężczyzna, gdy biała ręka kobiety zaciskała się na jądrach. Nie widać było wzwodu. Penis był skurczony. Ale po chwili musiał nabrzmieć. Tego nie uchwyciła już fotografia. Co odczuwała dziewczyna? Czy wszyscy, włącznie z fotografem zbyli podniecenieśmiechem? Uśmiechem wychodzi się z tylu sytuacji, w których nie ma się pewności, jak powinno zareagować. Kontrast białej dłoni i czarnych jąder fascynuje mój rozpadający się umysł.

Wypijam pośpiesznie kawę. W Cafe Mohring potrafią ją doskonale parzyć. Skinieniem głowy przywołuję kelnerkę. Nogi przestają wzbudzać pożądanie, gdy dostrzegam w rajstopach, w pobliżu lewej kostki lecące oczko.

- Chciałbym zapłacić.

- Czy tort smakował?

- Tak - odpowiadam z wymuszonym uśmiechem, chcę się jak

najszybciej znaleźć na ulicy.

*

* *

Po pół godzinie bezcelowego chodzenia postanawiam ostrzyc na krótko włosy, wchodzę w pierwszą boczną uliczkę i zachodzę do położonego na parterze salony fryzjerskiego.

W pierwszym momencie nie myślę,że mam do czynienia z mężczyzną. Biorę go za czterdziestoletnią kobietę o zniszczonej twarzy. Dopiero kiedy zdejmuję kurtkę, spostrzegam,że "coś nie tak jest z jej kobiecością". Dałem się zwieźć uczesaniu, utlenionym na blond pasemkom włosów.

Ma zrobioną trwałą ondulację. Nie należę do tych, którzy na widok homoseksualistów dostają mdłości, ale ten osobnik zalicza się do tej grupy, która narzuca się ze swą odmiennością. W jego spojrzeniu można odczytać pełne oddanie i wyzywającą propozycję. Nie potrafię przyjmować spokojnie zalotów transwestytów. "Jesteś taki chłopięcy" - usłyszałem kiedyś od Maksa, więc nie powinienem się dziwić temu. Tylko, czy chłopięcy oznacza to samo co dziewczęcy? Nie odpowiedział mi na to pytanie.

Pierwszy mój odruch to zamiar opuszczenia salonu fryzjerskiego. Lecz on-ona zaprasza, abym usiadł na fotelu przed lustrem. Zgrabnym ruchem reguluje podpórkę pod szyję i wysokość fotela.

Może nadmiar swoich uczuć włoży w dobre ostrzyżenie włosów. Zrobi to dokładnie, myślę, siadając na stołku.

- Jak cię ostrzyc?

Nie, nie przesłyszałem się. Zrozumiałem dobrze. Powiedział: ciebie, nie użył grzecznościowego zwrotu Sie.

Kładzie dłonie na moim karku. Czuję na szyi ciepło. Przesuwa palcami wzdłuż mojej skroni, zataczającłuk nad uszami. Palce ma zadziwiająco miękkie. Nieznośnie dużo razy się ociera, a moment dotknięcia wydłuża do nieskończoności. W pewnej chwili jego ręce opadają na moje ramiona, zaciskając się na nich.

- Nie jestem transwestytą - wyrzucam z siebie, czekając na

reakcję.

Milczy, odkrywając w uśmiechu całe uzębienie. Po chwili puszcza moje ramiona.

Podnoszę się z fotela i zdejmuję z szyi białą chustę. Podchodzę do wieszaka i najspokojniej jak potrafię narzucam na siebie kurtkę. Staram się nie patrzeć w jego stronę. Kątem oka dostrzegam,że

stoi bez ruchu, z ciągle tą samą miną przyklejoną do twarzy - urażonej dziwki.

*

* *

W liście do Patrycji napisałem,że jej pieprzenie się z facetami po to, aby coś uzyskać ubrane zostało w fałszywa ułudę swobody seksualnej, pieprzenia się dla przyjemności. A teraz z konieczności pieprzy się na mocy układu małżeńskiego. Pomiędzy nią a prostytutką istnieje tylko ta różnica,że tej ostatniej płaci się od ręki.

Długo stoję przed skrzynką pocztową i patrzę na kopertę, waham się. Kiedy wrzucam list czuję się tak jakbym zamknął pewien rozdział między nami.

*

* *

Ponownie przedłużam rezerwację pokoju. Czuję się nie swojo powtarzając po raz któryś,że wyjadę jutro rano lub wieczorem. Przestaję w to wierzyć. Słysząc głos recepcjonisty, także wyczuwam niewiarę,że tym razem opuszczę pokój. Nie minęła jeszcze dwunasta w południe, a ja się rozebrałem i położyłem dołóżka. Leżenie włóżku przez cały dzień jest męczące, ale wydaje się być lepszą alternatywą od chodzenia wzdłuż tych samych wystaw sklepowych. Zaczynam czytać maszynopis Maksa, dopijając resztki wczorajszej whisky.

Jest to historia chłopaka, Piotra, który w wieku piętnastu lat zakochuje się w czterdziestoletniej sąsiadce, Zofii. Nie zdaje on sobie sprawy z tego,że ich przypadkowe spotkania na klatce schodowej są upozorowane. Zofia oplata go nitka po nitce.

O Zofii nie można powiedzieć wiele, poza tym, że żyje w związku z Robertem; korpulentnym, łysym mężczyzną; chodzącym w długim wełnianym, czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu borsalino. Widok jego postaci doprowadza Piotra do lekkiego paraliżu. Pewnego dnia przechodzi obok mieszkania Zofii i Roberta. Drzwi się otwierają i dobiega go zapraszający do wejścia głos Zofii. Będzie przejeżdżała koło jego szkoły, więc może go zabrać. Przedpokój, w którym się znajdują jest duży, pełen luster oprawionych w mosiężne ramy, nadających mu jeszcze więcej przestrzeni; widać w nich zwielokrotniony obraz Zofii. Piotr czuje się tak, jakby patrzyło na niego kilkanaście oczu, przed którymi nie można niczego ukryć. Ma ochotę skulić się i jak zwierzątko wyciągnąć pazury. Stoi w bezruchu, tylko jego wzrok biega od jednej twarzy Zofii do drugiej. Kiedy jest już gotowa do wyjścia wspomina mu,że wybierają się do willi położonej nad jeziorem. Rozmawiała z Robertem i jeśli chce może pojechać z nimi. Nietrudno przewidzieć,że Piotr ma ochotę na ten wyjazd. Od dawna pragnął znaleźć się jak najbliżej niej. Tyle myślał o niej. Kiedy Zofia wyciąga rękę i palcem dotyka jego policzka, a następnie warg, ten na moment chwyta jej palec wargami. Robi się czerwony ze wstydu, chce zapaść się w szarą posadzkę w przedpokoju. Zofiaśmieje się z niego i wychodzą. W samochodzie dochodzi do ich kolejnego zbliżenia. Zofia od niechcenia kładzie dłoń na jego lewym udzie i przesuwa w górę. Piotr szybko doznaje erekcji i wytrysku. Ona wydaje się nie zauważać tego, zajęta prowadzeniem samochodu. Przed szkołą,żegnają się. Obiecuje mu,że porozmawia z matką o wyjeździe.

Matka wychowuje Piotra samotnie od czwartego rokużycia, ojciec zginął w wypadku samochodowym. Przesiaduje całymi dniami w domu przy telewizorze i czyta kryminały Agathy Christie. Od kiedy straciła pracę z trudem wiąże koniec z końcem, w najbliższym czasie będą musieli zmienić mieszkanie na tańsze. Niemniej matka ma ambicje i na zewnątrzżyją na wyrost. Przypomina to pewien stary film, w którym młody mężczyzna wraca z jakiegoś balu do domu i rozbiera się przy lustrze; zdejmuje kołnierzyk, mankiety... Okazuje się,że ma na sobie atrapę koszuli, a muszka jest na gumce od majtek. Piotr czuje się przytłoczony miłością matki, traktuje go ciągle jak pięcioletniego synka. Nie uważa za stosowne pukać, gdy wchodziła dołazienki, podczas gdy właśnie bierze kąpiel. Wielokrotnie wprawia go tym w zażenowanie.

Ku jego zaskoczeniu matka godzi się na wyjazd. Uważa,że takie znajomości mogą się przydać wżyciu. Robert jest wysokim rangą urzędnikiem w jakimś ważnym urzędzie. Codziennie przywozi i odwozi go służbowym samochodem kierowca.

Na początku Piotr nie czuje obecności Roberta jakby zapadł się pod ziemię. Długie godziny spędza z Zofią. Piją wino i rozmawiają o nim, przyznaje się,że jeszcze nigdy nie miał dziewczyny. Wieczorem wypalają skręta. Nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co się zaczyna dziać. Klęka przed nią i kładzie głowę na jej udach, ta wpycha ją w swoje krocze i mocno zaciska; rozpina mu spodnie i zsuwa je wraz z majtkami. Kiedy do jego pośladków przywiera ciało Roberta, uda jeszcze mocniej się zakleszczają. Ból jest tak nieznośny,że skronie wydają się mu pękać od własnego wrzasku.

Po powrocie do domu nie wyjawia niczego matce, czuje się upokorzony. W mieszkaniu pojawia się Zofia, po długiej rozmowie z nią, matka mówi mu,że Robert załatwi jej pracę, będzie pracowała na portierni.

Następują kolejne wyjazdy z Robertem i Zofią. Jakiś czas później ucieka z domu, przez pół rokużyje z poznanym w kawiarni starszym mężczyzną. Nie dochodzi między nimi do zbliżeń, mężczyzna zadawala się onanizowaniem lub ssaniem. Policja odnajduje go i musi wrócić do matki. Z Robertem nadal się spotyka, ależąda w zamian pieniędzy. Od czasu do czasu spółkuje z Zofią. Zaczyna regularnie brać prochy. W czasie narkotycznego upojenia, kiedy widzi jak Robert przywozi ze sobą dwunastoletniego chłopaka, bierze strzelbę myśliwską i strzela do niego. Robert przeżyje, ale do końcażycia będzie już jeździł na wózku inwalidzkim, doznaje silnego paraliżu.

Piotr trafia do więzienia, w celi, pierwszej nocy, zostaje zgwałcony przez współwięźniów. Rano wiesza się na sznurowadłach od adidasów.

Domyślam się,że jakaś część historii Piotra jest historią Maksa. Nigdy tak naprawdę nie opowiadał o sobie. Z drugiej strony nigdy nie ciągnąłem go za język.

*

* *

Kiedyś wspomniał,że matka nigdy mu nie wybaczyła tego,że jest homoseksualistą. Jak może się z tym obnosić na całyświat! Takie rzeczy ludzie ukrywają.

*

* *

Wyznał mi,że po okresiełatwości zawierania spotkań, kończących się zawsze włóżku, stał się wybredny. Przyczyną nie był lęk przed AIDS. Sam seks przestał mu smakować. Nie chciał na nowo przeżywać poranków, gdy budził się obok faceta, z którym nie potrafił o czymkolwiek rozmawiać. Nie znosi bezpiecznych rozmów na temat pogody. Lepszym wyborem okazuje się być masturbacja.

*

* *

Wchodzę do World Of Music, aby kupić ostatnią płytę Joe Cockera "Have a little faith" i do końca dnia ją słucham z discman’a. Madlena go uwielbiała. Pamiętam,że wtedyśpiewał "Night Calls". Nie piłem wówczas tyle alkoholu. Teraz potrafię zacząć pić przed południem i tak przez cały dzień samotnie sączę Johny Walkera. Wieczorem czuję jak się rozmiękczam i wpadam w gąbczastą ciemność, w ciemnogranatowej barwie. Gdzieś z tyłu głowy słyszę : " Night’s are long and the wind is howling down."

*

* *

Mam dość spędzania samotnie dni, gonię resztkami sił. Patrząc na kanarkowąścianę pokoju wzbiera we mnie krzyk i robię się biały od tłumionej rozpaczy. Płaczę, płaczę długo, bo to przynosi mi ulgę.

*

* *

Wychodzę na ulicę, zajmuję stolik w kafejce przy oknie. Patrzę przez nią i widzę, jak po ulicy chodzą ludzie, każdy wydaje się mieć jakiś konkretny cel swej wędrówki. Zazdroszczę im tej pewności. Piję gorącą czekoladę i jem nieznośnie słodkie ciastko. Mdli mnie, wiem,że gdybym włożył palec do gardła, wymiotowałbym. Przez chwilę myślę, czy nie pójść dołazienki i tego nie zrobić.

Na przeciwko, siedzi samotnie przy stoliku kobieta, powyżej trzydziestu pięć lat, z czarnymi kręconymi włosami i oczami czarnymi jak węgiel. Maśniadą cerę. Po jej ubiorze mogę powiedzieć tyle,że wygląda na znudzoną Frauhaus, mąż w pracy albo w kolejnej długiej delegacji. Powinienem do niej podejść i powiedzieć,że jestem teraz tak jak i ona samotny i nie ma co marnować dnia w kafejce, skoro możemy pójść do niej lub do mnie i zanurzyć się w sobie. Tak, mam ochotę ciebie przelecieć. Jak zwierzę. Obrócę Cię na brzuch, chwycę za biodra i uniosę ciało. Gdy mój kogut wbije się tak głęboko,że dotknie swoim dziobem pęcherza, rozdzierana wrzeszczącym orgazmem, będziesz gryzła poszewkę.

Więc dlaczego nie podchodzę, i zadawalam się tylko wymianą dwuznacznych spojrzeń, propozycji, z których nic nie wyniknie.

Wracam sam. Pochmurne niebo, a później deszcz zabiera mi ochotę na włóczenie się po Kudamie. Czy naprawdę nie mogłem podejść do tej babki i zagadać? Cóż więcej mogłoby mnie spotkać za okazaną zuchwałość, odmowa. Tylko odmowa.

Recepcjonista mówi,że dzwonił do mnie ktoś z Polski. Mężczyzna? Pytam jakby jeszcze ktoś inny poza Kamilem znał telefon do hotelu.

Wypijam szklaneczkę ciepławej whisky z wodą i wystukuję na klawiaturze kierunkowy a następnie domowy numer Kamila. Odbiera jego matka.

- Nie ma go. Musiało się coś stać, wyszedł taki niespokojny. Mówił,że on już nie wróci. Czy pan jest także ... znajomym Maksa?

Na końcu języka miała słowo, chłopakiem, chciała wiedzieć, czy jestem tak samo jak on i jej syn, pedałem.

- Tak, przyjaźnimy się - i zaraz, tłumacząc się, obrzydliwie, jakże za to się nie znoszę. - Pracujemy w jednej gazecie.

- Ach tak. Oni się bardzo lubią. Nie rozumiem po co ktoś z własnej woli pcha się na wojnę. Chyba go zabili. Nie wiem tego dokładnie, bo Kamil od razu gdzieś wybiegł, ale chyba go zabili.

Przestaję słuchać, a raczej słowa stają się tak dalekie,że dochodzi ich wątłe echo. Biorę butelkę Walkera i nalewam do pełna szklankę. Piję ją duszkiem, cieknie mi po brodzie i szyi, kapie na pierś.

- Tak, jestem cały czas - przytakuję, nie w pełni wiedząc o co chodzi, domyślam się,że pytała się, czy będę pod tym samym numerem telefonu.

Odkładam słuchawkę i napełniam kolejną szklankę, jedną trzecią wylewam na siebie, ale większa całość wnika do wnętrza i wreszcie uzyskuję oczekiwane uderzenie, czuję jak krew opuszcza moje ciało. Opadam głową na oparcie fotela.Łzy stają mi w oczach. Oczywiście nie mogę mieć całkowitej pewności,że Maks nieżyje, przecież to, co wymamrotała ta starucha nie było jednoznacznym stwierdzeniem. Nie mam się, co przejmować jej gadaniem. Zaraz zadzwoni Kamil i wyśmieje mnie.


- Cholera to nie możliwe - powtarzam Wkółko to samo jakby było to zaklęciem, które jest w stanie wszystko przywrócić dawnemu biegowi. Pragnę usłyszeć zaprzeczenia,że Maksżyje. - Skąd to wiesz? Kto ci to powiedział? Od kiedy to wiesz?

- Od wczoraj - odpowiada złamanym głosem Kamil.

- I dopiero mi to mówisz, skurwysynie - wrzeszczę do słuchawki i rzucam ją. Uderza o podłogę i odskakuje, ciągnąc za sobą aparat.

- Kurwa, kurwa - krzyczę i walę tyłem głowy ościanę.

Zamykam oczy, nie chcę patrzeć na ten cholernyświat.

Kiedy się trochę uspokajam, wstaję złóżka i podnoszę aparat telefoniczny, kładę go na szafkę. Podgłaśniam moc głośnika w telewizorze. Siadam nałóżko po turecku, między nogami mam butelkę whisky i zaczynam ją opróżniać z gwinta. Piję do utraty przytomności.

*

* *

Kiedy się budzę w pokoju panuje ciemność, patrzę na zegarek. Druga. Podnoszę się złóżka, wyciszam telewizor i wtedy ciężki ołowianyżołądek przygina mnie do dołu, chwytam się rękoma podłogi i pełznę szybko do kibla, wsadzam głowę do sedesu i rzygam. Złazienki wychodzę po godzinie, nie wiem co ze sobą zrobić, nie chce mi się spać, a o tej porze nie mam po co wychodzić na miasto. Pić już nie mogę, widok alkoholu podnosiżołądek do gardła.

Aparat telefoniczny działa jak magnes, przyciąga do siebie, to w nim widzę ratunek, to jest moja jedyna deska ratunku. Wykręcam numer do Madleny. Odbiera po czwartym sygnale, głos ma zaspany.

- Halo, halo!

Nie jestem w stanie nic wydusić z siebie, język stał się kołkowaty. Co mam jej powiedzieć?

Odkłada słuchawkę i słyszę tylko przerywany sygnał. Ponownie wykręcam ten sam numer. Odbiera po pierwszym sygnale.

- Halo! - głos jest ostry.

- To ja - mówię.

- Kto?

- Ja.

- Cholera, czy ty wiesz, która jest teraz godzina?

- Zabili Maksa. Nie mam do kogo zadzwonić. Pomyślałem,że ty...

Przerywa mi: - Słuchaj, mam gdzieś twojego Maksa, ma gdzieś ciebie! Zawsze przypominasz sobie o mnie, kiedy ty tego chcesz, nawet pieprzysz się tylko wtedy, gdy ty masz na to ochotę. Trzeba było zadzwonić wcześniej, dużo wcześniej. Może to się nie mieści tobie w głowie, ale już mi jesteś obojętny, wyzwoliłam się od ciebie. Cieszę się, że odszedłeś, bo z takim facetem jak ty można tylko zmarnować sobie życie. Nie chcę mieć tak zafajdanego życia jak twoje. To piekło sam sobie zgotowałeś. Dla mnie jesteś skończonym sukinsynem! Chciałabym, aby ciebie tak samo bolało jak mnie. Nie można tak wkółko zostawiać ludzi i wracać jakby się nigdy nic nie stało, bo sobie przypomniałeś, bo miałeś zapisany tylko ten numer telefonu. Dzwonisz w środku nocy i żebrzesz, czego chcesz ode mnie, mam powiedzieć, że jesteś wspaniały, cholernie dobrym facetem? Ha, ha, ha...Śmiechu warte. Zadzwoń sobie po jakąś dziewczynę, wybajeruj kolejną ofiarę, w tym jesteś naprawdę dobry, niezły z ciebie aktor damskichłóżek, będzie cię miał kto pocieszać. A jak nie stać cię to zadzwoń do seks telefonu i zwal go sobie rękoma... Właściwie to dobrze,że zadzwoniłeś, wreszcie mogłam to powiedzieć... Zaraz, mówiłeś,że zabili tego pedałka? Czy wiesz,że się z nim przespałam? On się w tobie podkochiwał, przez cały czas chciał wiedzieć, jak ty to robisz, jak lubisz najbardziej. To wszystko, co chciałam powiedzieć. A teraz bądź tak miły i już nigdy nie dzwoń do mnie. Wyłączam telefon. Pa!

*

* *

W instytucie francuskim natrafiam na pokaz filmu "Les muits fauves" Cyril Collard. Powstał na podstawie jego książki, tej samej, jaką otrzymałem od Maksa. Z krótkiej notki dowiaduję się,że w kilka dni po otrzymaniu nagrody Cezara Cyril Collard zmarł na AIDS.

Po wyjściu z kina wchodzę do Cafe Mohring i zamawiam białą kawę. Zastanawiam się, czy Maks był chory na AIDS? To mogło go skłonić do wyjazdu na Bałkany, podjąć ryzykowną eskapadę do jądra wojny.

Nie, to niemożliwe, przecież powiedziałby mi.

*

* *

Nie chce mi się wracać do hotelu. Przypominam sobie o opuszczonej kamienicy, zasiedlonej przez ludzi, którzy mają gdzieś to porządne niemieckie społeczeństwo. W klatce czuć zapach uryny, schody iściany wyglądają paskudnie. Gdyby nie grafitti wymalowane na murach byłoby ponuro nie do zniesienia. Chodzę od piętra do piętra, od pokoju do pokoju i pytam się o Andreasa, Elke, Ana-Marie, Michaela, Torstena - to wszystkie imiona ludzi, których zapamiętałem w czasie mojej ostatniej wizyty. Nikt nie wie. Od dawna już ich tu nie ma. Większość mieszkańców,żyje tu przez jakichś czas i znowu przemieszcza się na inne koczowisko. Nie wyglądają najlepiej, nikt tu nie przejmuje się higieną, zresztą nie ma tu do tego najlepszych warunków. Wyglądają jak rozbitkowie, którzy schronili się przed panującą na zewnątrz epidemią dżumy, jakimi są dla nich współczesne Niemcy, jakim jest dla nich współczesnyświat.

- Ty jesteś z Polski? - zaczepia mnie długowłosy hipowaty facet, zestarzałe dziecko kwiatów, ubrany od stóp do głowy w stare jeansy; jest po działce, o czym mówią jego piwne oczy. Siedzi na materacu, oparty ościanę.

- Tak - zatrzymuję się i przykucam. - Znasz mnie?

- Nie, ale znam Andreasa, opowiadał o tobie. Miałem jechać z nimi do Warszawy, ale znajdowałem się w takim ciągu,że nie mogłem ruszyć dupy poza ten pokój. Odwiedzili cię?

- Nie, a kiedy to było?

- W tamtym roku, w zimę.

- Mogłem być wtedy w Rosji.

- Aha, od tamtej pory ich tutaj nie było. Może także pojechali do Rosji, szukać ciebie?

- Może - odpowiadam i rzucam kilka słów, chcę się uwolnić od niego.

Nie dogadam się z nim. Wykorzystuję chwilę, kiedy podchodzi do niego równie jak on pokręcona dziewczyna, owładnięta narkotycznym majakiem: szarpie go za ramię, ciągnie go gdzieś, musi koniecznie coś zobaczyć; odchodzę.

Wchodzę na ostatnie piętro. Na ścianie wisi duży plakat Che Guevary. Aż trudno uwierzyć, że tutaj nadal dla niektórych żywa jest legenda lewicowej partyzantki. Spotykam dziewczynę, która wybiera się do Meksyku, do porośniętego dżunglą stanu Chiapas, do indiańskich partyzantów z Armii Wyzwolenia Narodowego im. Zapaty, do wice komendanta Marcosa. Nic nie słyszałem o tym kolejnym rewolucjoniście, następcy Che, dziewczyna zna jego biografię i z płomiennym zadowoleniem agitatorki zasypuje mnie informacjami, które mają mnie oszołomić. Nie padam na kolana, nie ufam żadnemu rewolucjoniście, zauważam,że Marcos ma tyle wspólnego z Indianami, co ja z góralami. Dziewczyna obrusza się, każdy może czuć się Indianinem. Czy ja się nie duszę tym społeczeństwem? Tyle jest osób skrzywdzonych i uciśnionych! Dlaczego za własne pieniądze nie można kupić koki w Peenym? Czyżycie w komunie jest gorsze od kontraktu małżeńskiego? Co jest paskudnego wżyciu we trójkę, w piątkę? Czy widziałem małżonków, którzy zachowali do końca sobie wierność? Chyba jestem za tym,żeby zetrzeć na proch kapitalizm, przecież pochodzę z Polski? No, właśnie pochodzę z kraju, w którym próbowano wcielić komunistyczną utopię i dlatego jestem przeciw. Nigdy nie trzymałem w ręku czerwonych szturmówek, nie nosiłem w kieszeni czerwonych partyjnych książeczek, tylko w dzieciństwie chodziłem z wczepionym w sweter znaczkiem z głową Lenina na tle czerwonego sztandaru, był to prezent od rodziny ze Związku radzieckiego, podobał mi się bardzo. Obowiązkowych pochodów pierwszomajowych nie cierpiałem. Staram się być poza polityką. Pytam, czy była w Rosji? Tam ma bliżej niż do Meksyku, będzie mogła zobaczyć ciało największego rewolucjonisty, najlepiej zakonserwowaną mumię naświecie. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę, bardziej mam ochotę zadrzeć jej spódnicę i wbić się w nią niż mówić o Marcosie. Zauważa to, patrzy na mnie z pogardą. Może, gdybym miał w sobie choć ziarno jej przekonań, oddałaby mi się.

- Słuchaj, czy ty nie jesteś agentem? - pyta.

- Czyim.

- Nie ufam tobie - odpiera i zapada się w sobie. Dla niej przestaję istnieć, jestem przeźroczysty.

- Czy znasz choć jednego rewolucjonistę, który dotrzymał złożonych obietnic? - pytam.

Na chwilę ponownie materializuję się przed nią.

- Che - odpowiada.

- Tego nie wiesz, czy gdybyżył nie okazałby się taką samą kanalią jak Castro.

- Obyś nigdy nie miał spokojnego sumienia!

Wstaje i rzuca mi krótkie pogardliwe spojrzenie, jakbym był karaluchem, gdyby mogła wdeptałaby mnie w ziemię. Odchodzi, ginie gdzieś za otwartymi drzwiami.

Wychodząc z kamienicy myślę,że dziewczyna ma w jednym racje, każdy człowiek powinien oddać się jakiejś wielkiej sprawie. Moim problemem jednak jest to,że nie potrafię wybrać tej właściwej dla siebie wielkiej sprawy.

Zdaję klucz do recepcji i reguluje rachunek. Idę na dworzec ZOO, zostawiam torbę w schowku i kupuję bilet do Warszawy, zostaje mi 120 marek. Pociąg odjeżdża wieczorem, więc mam dużo czasu i muszę coś z nim zrobić. Nadmiar czasu mnie nie przeraża, przeraża mnie pustka, której nie potrafię wypełnić.

Włócząc się po Kudamie myślę o przyszłości, tej bliskiej, bo ta dalsza wywołuje we mnie przerażenie swoją niewiadomą. Mam dość tych myśli, po których mam chęć wlania w siebie alkohol. Jeśli tak dalej pójdzie to czeka mnie kuracja odwykowa, a po niej ciągłe rozdarcie pomiędzy chęcią wypicia, a niechęcią wpadnięcia w nałóg. Nie jestem pewien, czy w ogóle poszedłbym na odwyk, niemożność obycia się bez alkoholu nie uważam za zło, nie uważam,że każdy wypity kieliszek to moja porażka. Nikt nie może mnie przekonać,że picie jest oznaką słabości, tchórzostwa; a zwłaszcza ludzie z klubu anonimowych alkoholików, dla których jedynym celemżycia jest nie picie wódki. Dla członków AA inne cele nie są ważne, tak wielkie niż odmowa wypicia szklaneczki kilkudziesięcioprocentowego trunku. Alkohol daje mi większy komfort upadania pionowo w dół. Kuracja odwykowa mogłaby mi na jakiś czas dać fałszywe przekonanie,że nie lecę głową w dół,że wręcz przeciwnie poruszam się w poziomie.

Patrzę na artystę, który maluje kredą na chodniku. Maluje piekło, ale jest to piekło, którego się nie boję, wypełniają je nagie ciała mężczyzn i kobiet, nie wszyscy są przerażeni i drżą ze strachu, są ludzie, którzy czują się jakby trafili do właściwego miejsca, do miejsca, które zawsze szukali; kopulują w wymyślnych pozach, ich twarze wypełnia dzikie pożądanie. Jeśli będzie mi to dane, to dołączę się do nich, po cóż wyrywać sobie włosy z głowy, kajać się, prosić, błagać, to nie leży w mojej naturze. Niebo wydaje mi się tak cholernie nudne.

Wrzucam do puszki pięć marek i zamierzam pójść dalej. Przede mną wyrasta wysoki jak tyczka facet, w wymiętoszonym prochowcu, otwiera buzię, w której pozostały resztki uzębienia, zieje od niego smrodem, pyta:

- Czy jesteś już gotowy na powtórne nadejście pana?

- Tak - odpowiadam.

Zamiera porażony, wymijam go i idę przed siebie, czuję jego wzrok na plecach. Odwracam się, on nadal stoi w miejscu i nie odrywa ode mnie oczu.


Pogrzeb

1992

Warszawa

Nie otwieram listów z urzędowymi nadrukami. Zawsze robię to z opóźnieniem. Nigdy nie płacę w terminie rachunków. Dopiero drugie upomnienie odnosi skutek. Biorę ze sobą tylko grubą dużego formatu kopertą, nadaną w Sarajewie, resztę zostawiam na lodówce, i przechodzę do pokoju. Nalewam do szklanki płyn z butelki z facetem w czerwonym kubraczku. Tego mi najbardziej brakowało. Rozdzieram kopertę i wyciągam z niej plik złożonych na pół kartek, wśród których znajduje się zdjęcie formatu pocztówkowego, na którym jestem z Maksem, ubranym w kamizelkę kuloodporną. Współczesny rycerz. Ciężka ręka Maksa opiera się o moje ramię, twarz ma rozpromienioną. Moja jest kamienna. O czym wówczas pomyślałem?

Pisze, że ludzie żyją tamśmiercią, jakże ceni teraz te wszystkie małe rzeczy, które zostawił, których kiedyś nie zauważał. Pusta ulica wzmaga w nim strach, oznacza,że gdzieś zaczaił się snajper. Kiedy wchodzi się na jedną z nich, nagle, ze wszystkich stron tną powietrze kule. Chwilami wzbiera w nim wściekłość i ma ochotę mieć w ręku coś więcej niż sprzęt fotograficzny. Chce chwycić za broń. Każdy dzień, który się przeżyło jest cudem. Oczywiście nie dla sępów, dziennikarzy, odgrodzonych od wszystkiego luksusem hotelowegożycia. Większość korespondencji piszą w barze, na miasto wypuszczają s w o i c h jugosłowiańskich współpracowników, którzy odwalają za nich niebezpieczną robotę. Znany korespondent telewizyjnej stacji przyjeżdża na jeden dzień i nagrywa na tle kikutów budynków komentarz. Pozostały gorący materiał, z miejsc gdzie sam nie odważy się pojechać, robi anonimowy wolny strzelec. Fotoreporter jakiejś amerykańskiej agencji kupuje zaśmieszne pieniądze negatywy, które robi mu sarajewski chłopak Jovan. Z tego, co pisze o nim podejrzewam,że wiąże go z nim nie tylko platoniczna sympatia. Wspomina o zamiarze wybrania się z Jovanem do partyzantów. List nie ma daty, mogę tylko domyśleć się czasoprzestrzeni, w jakiej powstał.


Przesłał także maszynopis, wystukany na maszynie bez polskich znaków, opowiadający historię dziewczyny, Niemki z byłego NRD. Podał jej hamburski adres, gdzie miała wrócić z Sarajewa. Nie wyjaśnia, co ona tam robiła?


Fiona uważa, że inaczej potoczyłoby się jejżycie, gdyby ojciec nie był Rosjaninem, oficerem armii radzieckiej. Matka poznała go w restauracji, gdzie pracowała jako kelnerka. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Spotykali się ze sobą w ukryciu. Związki pomiędzy niemieckimi kobietami i radzieckimiżołnierzami były zakazane. Kiedy wreszcie się zorientowano, co ichłączy, matka była już w ciąży. Tylko dlatego,że ojciec był oficerem pozwolono wziąć imślub, nie wsadzono go do samolotu i wywieziono z Niemiec.

Przez osiem lat mieszkała w wojskowym miasteczku. Jedynym językiem jaki tam słyszała, poza niemieckim w domu, był rosyjski. Na podwórku obowiązywał wyłącznie ten język. W piaskownicy dowiedziała się,że nie jest taka sama jak pozostałe dzieci. Okazało się,że jest faszystką, esesmanką. Na każdym kroku wytykano jej niemieckość matki. Podczas dziecięcych zabaw, a bawiono się przede wszystkim w wojnę, wyznaczano jej tylko jedną rolę: niemieckiego wroga. Za każdym razem była brana do niewoli i rozstrzeliwana pod murem. Po każdym "tra-ta-ta" musiała padać na ziemię, udając zastrzeloną. W czasie jednej z zabaw dzieciaki ją skopały i opluły. Posiniaczona, podrapana, z rozdartą sukienką wróciła do domu. Musiała wyglądać okropnie, bo matka widząc ją wybuchła płaczem. Od tamtego zdarzenia nie wychodziła sama na dwór i przeważnie siedziała w mieszkaniu. W niemieckiej szkole, na odwrót, mówiono na nią "Ruska".

Była zamkniętym w sobie dzieckiem. Najchętniej trzymała się na uboczu. Nie potrafiła się bronić, zawsze ustępowała. Odnosiła wrażenie,że jej osoba wszystkim przeszkadza.

Pewnego dnia pod dom podjechał wojskowy jeep, z którego wyszli oficerowie KGB. Kazali się ojcu spakować. Pozwolili wziąć tylko osobiste rzeczy, tyle, ile zdołał zmieścić w jednej walizce. Była przerażona. Rozpłakała się. Zabierali jej tatę. Bała się,że zabiorą także mamę. Przenieśli go do jednostki wojskowej w głąb Rosji. Jednak matka nie otrzymała jego nowego adresu. Rozpoczęła się jej gehenna. Wędrowała od szefostwa wojsk radzieckich, do ambasady radzieckiej. Wszędzie odprawiano ją bez konkretnej informacji, z potępieniem w oczach, jakby dokonała ciężkiego przestępstwa. Po roku na adres ciotki przyszedł list od ojca. Znalazł się w Kazachstanie. Matka i ojciec korespondowali ze sobą przez dwa lata, ale nie mieliżadnej szansy na to, aby dalej razemżyć. Rozwiedli się. Ojciec po raz drugi się ożenił, urodził mu się syn, a później przyszła naświat córka.

Przez jakiś czas ojciec przesyłał Fionie listy i dwa razy do roku paczkę i nagle zamilkł. Matka wtedy, z nieukrywaną satysfakcją, z nagromadzonążółcią, powiedziała jej: "No i miałaś ojca".

Gdy zabrano ojca przeprowadziła się z matką do ciotki Christin i wujka Erwina. Nie znosiła ich domu, czuła się w nim obco. Nie potrafiła znaleźć własnego kąta. Miała wstręt do wspólnych posiłków, rytualnych obiadów i kolacji. Wszyscy byli dla siebie przesadnie, do mdłości mili. Pośmierci ciotki, matka i Erwin zaczęliżyć razem. Nie może zapomnieć, jak weszła do mieszkania i usłyszała jęk matki. Nawet nie zamknęła drzwi do sypialni. Oczy jej wychodziły na wierzch. Ciało rozlewało się połóżku, przypominając grubą, tłustą skórę gotowanej golonki; lepiło się od potu. Nogi podgięła i zadarła do góry, trzymając się za kolana. Między jej udami znajdowały się same kości i skóra należące do Erwina. Stanęła na progu sypialni. Nie zauważyli, albo nic sobie nie robili z jej obecności. Trzasnęła drzwiami, zamykając je. Poszła do swojego pokoju i położyła się na tapczanie. Chwilę później zjawiła się matka, wciągnęła na siebie kąpielowy szlafrok. Wyzwała Fionę od dziwek i uderzyła w twarz. Później, w czasie obiadu Erwin starał się być miły dla niej, zachowywał się tak jakby niedawno nic się nie wydarzyło, jakby naturalne było to,że znalazł się z matką włóżku.

Miała wtedy szesnaście lat. Weszła dołazienki, chciała zamknąć drzwi na zasuwkę, ale nie działała. Kiedy zanurzyła się w wodzie, usłyszała trzask otwieranych drzwi. Ujrzała nad sobą twarz Erwina. Niemo patrzyła jak wbijał kciuki w sterczące sutki, przesuwał dłoń po brzuchu, docierając do ud. Wyprostowała się i wstała, kiedy chciała zawołać matkę, uświadomiła sobie,że nie ma jej w domu.

Po tym co się stało, nie chciała zostać w domu ani chwili dłużej, opuściła go. Pierwszy pociąg odjeżdżał do Hamburga i tam późnym popołudniem znalazła się na głównym kolejowym dworcu. Była rozpromieniona uczuciem wolności i zarazem pełna obaw - pieniędzy miała tylko na opłacenie dwóch nocy w tanim pensjonacie. Szwędała się w okolicy dworcowej poczty, w miejscu, które obsiedli ćpuny. Podeszła do niej Elke, starsza od niej o pięć lat dziewczyna. Domyśliła się, że Fiona uciekła. Spytała ile ma przy sobie forsy, wzięła od niej część i kupiła dwie działki. Zaoferowała, że przez pewien czas może mieszkać u niej. Na początku drugiego tygodnia Elke oznajmiła,że jeśli chce z nią jeszcze pomieszkać to powinna przynajmniej zorganizować coś do jedzenia. Z delikatesów Penny udało się jej ukraść tylko dwie paczki pokrojonego w plastry salami. Nie potrafiła kraść, kosztowało ją to za dużo nerwów. Elke załatwiła Fionie noclegi u dawnej znajomej, Beate, lesbijki, gdzie w zamian miała sprzątać mieszkanie. Trzydziestosiedmioletnia Beate, pracowała jako kasjerka w banku. Nie wypytywała Fiony, co robi w Hamburgu, interesowało ją tylko jedno, czy nie jest uzależniona od prochów. Nie była. Pierwszej nocy, kiedy się przespały, Beate wyjawiła,że zapłaciła za nią Elke. Kochały się prawie codziennie, Beate nie wymagała za wiele, pragnęła tylko, aby ją lizać. Wkrótce zauważyła,że Fiona zbyt długo nie ma okresu. Zmusiła ją do zrobienia testu ciążowego, kiedy wynik wyszedł pozytywny, wyrzuciła ją z domu. Stwierdziła,że Fiona chodziła na miasto i poznała jakiegoś frajera. Wstrętna zdzira! Fiona nie broniła się, nie była w stanie powiedzieć prawdy,że ojcem dziecka jest jej wujek. Wróciła do Elke, opowiedziała jej o wszystkim, ta poznała ją z alfonsem, który dał pieniądze i załatwił usunięcie ciąży. Tak trafiła na Reeperbahn.

Pamięta pierwszą obezwładniającą myśl, kiedy stanęła na ulicy: Jak rozpoznać klienta, wyłuskać go z tłumu, zachęcić aby wydał sto marek, przekonać, że nie jest to za wysoka cena? Ludzie mówili, że od lat nie pamiętano takiej zimy, na termometrze było kilkanaście stopni poniżej zera. O siódmej wieczorem zajmowała swoje miejsce na chodniku, ubrana w narciarski kombinezon, z ochraniaczami na uszach, w grubych wełnianych rękawiczkach, z saszetką na brzuchu, w której trzymała kondomy. Tylko nieliczne dziewczyny odważały się na wełniane getry założyć kusą spódniczkę i długie, cienkie kozaki. Pod kombinezonem nic nie miała, nawet majtek. Niektórzy klienci, zanim się zdecydowali na usługę, lubili sprawdzić jakie ma piersi lub włożyć swoje łapska w krocze. Przypominało to zaglądanie w pysk konia, by sprawdzić jego stan uzębienia. Stała do drugiej nocy i poza wściekłością i przeziębieniem nic z tego nie miała. Słyszała o dziewczynach, które obsługiwały po kilkudziesięciu mężczyzn w ciągu jednej nocy, a ona nie miał ani jednego. Myślała, że przyjdzie jej wycofać się kilka przecznic dalej i za pół ceny polować na kierowców tirów, zstępując na same dno piekła. Przestępowała z nogi na nogę, obejmowała się skrzyżowanymi rękoma, klepiąc po plecach, mówiąc sobie w duchu: "Wytrzymasz, musisz to wytrzymać". Zadłużyła się po uszy, znowu zaczęła kraść w delikatesach. Nadchodził koniec świata. Prześladowała ją intensywna wizja, że skończy martwa, zamarznięta na śmierć, przy jakimśśmietniku. To rozpaczliwa determinacja sprawiła,że słowa same zaczęły jej cisnąć się na usta i złapała za ramię swojego pierwszego faceta, zaciągając go do bramy, mówiąc: "Po co masz iść dalej. Spójrz, uważasz,że jestem zła? Będzie ci ze mną dobrze." Nie pamięta jego twarzy, nie pamięta kim był i jaki był?Łagodny? Brutalny? Wstydliwy? Bezczelny? Gdyby zażądał aby zrobiła z nim jakieśświństwo albo nie używała gumy, nie sprzeciwiłaby się. Wówczas zgodziłaby się na wszystko. Nie stać go było na pokój, więc zrobili to na stojąco, na klatce schodowej.

Dzień pogrzebu Maksa przeżywam dzięki kojącej substancji, jaką jest wódka Bols. Zgromadzeni nad grobem ludzie są wyniośle posępni. Spodziewałem się czegoś bardziej kameralnego, a nie uroczystości z pompą. Kamil szepcze mi do ucha, to co już wiem, zdążyłem zauważyć po przyjeździe, telewizja i prasa rozdmuchała jegośmierć, dziennikarze mają swojego męczennika, nagle zauważyli jego talent fotoreportażysty, nigdy nie miał tylu opublikowanych zdjęć w swoimżyciu. I kto teraz weźmie za to kasę? Angielska stacja z jakichś materiałów filmowych zmontowała o nim dokument, dzisiaj wieczorem ma go pokazać telewizja. Tośmieszne, jak szybko człowiek może stać się legendą. Naczelnemu zaproponowałem publikację jego ostatniego listu z Sarajewa, zawył z radości, ale po zapoznaniu się z treścią, wykręcił się. Maks nigdy nie miał dobrego zdania o gryzipiórkach. Czekam na moment, kiedy przemówi Kamil, ale ta chwila nigdy nie następuje. Przemawia w imieniu jego kolegów kanalia, której Maks nie znosił, aż do wściekłej mdłości. Pytam go, dlaczego nic nie powie. Spogląda na mnie półprzytomnymi oczami, tak jak i ja zionie wódą, a jeszcze wziął działkę amfy.

- Coś ty, kurwa, to byłby skandal. Miałbym powiedzieć,żeżyliśmy jak mąż iżona?

Nie mogę się powstrzymać odśmiechu, Kamil także ma ochotę wybuchnąćśmiechem. Obaj siejemy na cmentarzu zgorszenie. Jakiś babsztyl ucisza nas. W jej oczach czytam: Co za zgroza! Biorę Kamila za ramię i ciągnę do tyłu. Stajemy w ostatnim rzędzie.

- Przecież wszyscy wiedzą o was? To tobie powinni składać kondolencje - mówię.

Patrzy na mnie, i wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki małpkę z wódkążołądkową, odkręca zamknięcie i podaje mi ją. Wychylam połowę i oddaję mu, opróżnia resztę. Stojący obok nasżałobnicy udają,że nic nie widzą.

- Myślałem, żeby powiedzieć prawdę o nim, wyrzygać im to jacy są obłudni - odzywa się. - Jak śmiesznie się teraz zachowują wypowiadając słowa, których nigdy od nich nie usłyszał. Naczelny nie chciał go zatrudnić na etat, dwukrotnie mu odmówił. Chciałem powiedzieć,że nigdy nikogo bardziej nie kochałem niż jego, to był nieustraszony i wolny facet, drugiego takiego jak Maks już nie spotkam. Wczoraj w nocy bałem się zasnąć. Bałem się tego,że pojawi się on weśnie i po przebudzeniu nie będę już chciał wstać. Od kiedy wiem o jegośmierci mam ochotę skończyć ze sobą. Kurwa, jaki tenświat jest cholernie niesprawiedliwy, dlaczego mi go zabrano! - zaczyna krzyczeć. - Dlaczego zamiast niego nie chowają któregoś z nich!

Uspokajam go, odciągam od tłumu, który spogląda na nas z potępieniem. Kamil się wyrywa, chce zostać do końca pogrzebu.

- Ale nie krzycz - mówię i po chwili sięłapię na tym,że jestem podobny do przyglądającego się nam tłumu ludzi. Tak jak oni nie potrafię wyzwolić się z konwencjonalnych zasad wł aś c i w e g o przeżywania czyjejśśmierci. Dlaczego mu zabraniam wrzeszczeć, wykrzyczeć z siebie przyprawiający go do szaleństwa ból, po utracie faceta, z którym na co dzień się pieprzył, kłócił, pił, rozmawiał, kochał? Dlaczego jestem taki sam jak oni?

Z cmentarza idziemy do mojego mieszkania. Jesteśmyśmiertelnie przygnębieni. W głowie mam wyobrażenie własnejśmierci. Niebawem umrę i nadal nie będę wiedział, o co w tym wszystkim chodzi? Kamil pyta, czy nie odczuwam trwogi przedśmiercią. Przypomina mi się nawiedzony facet w prochowcu z Kudamu, i udzielam podobnej odpowiedzi, ale nie jestem jej już tak pewny. Trwoga to jednak za wielkie słowo.

ie odbieram telefonów, więc i na ten nie reaguję. Słucham głosu dobiegającego z głośnika automatycznej sekretarki. Nie chwytam od razu, że jest to głos Madleny: "Dzwonię, bo chciałam cię przeprosić, nie chciałam powiedzieć, że mam gdzieś śmierć Maksa, że nie obchodzi mnie to... - Milczy, nie wie co powiedzieć, zapętliła się w kłamstwie. Śmierć Maksa ją nie obchodzi. Cóż może znaczyć dla niej facet, z którym się raz przespała? Było już ich tylu. Głupio jej, że powiedziała na głos to, czego ludzie nie mówią w takich sytuacjach. Rozumiem,żeśmierć Maksa jej nie dotyczy. Nie podchodzę jednak do telefonu, tylko słucham: - "Zadzwoniłeś o takiej porze, byłam zaspana, nie wiedziałam sam co mówię. Wiem,że się przyjaźniliście. Pamiętam, jak mówiłeś,że jeśli kiedykolwiek poszedłbyś z facetem dołóżka to byłby to Maks. Cholera, nie wiem co powiedzieć, przepraszam. Jeśli będziesz chciał zadzwonić albo przyjść to, dzisiaj nigdzie nie wychodzę z domu."

Kamil patrzy na mnie, uciekam wzrokiem na butelkę Bolsa i nalewam do szklanek, dopełniam je kolą. Wypijamy w milczeniu. Myślę,że to dobrze,że zadzwoniła,że jest mi jakoś lepiej, ale wiem,że nie zadzwonię, nie pójdę do niej.

- Była na pogrzebie, widziałeś?

Zaprzeczam głową. Mało rzeczy widziałem. A na zgromadzonych ludzi nie chciałem patrzeć,śmierć Maksa ich nie obchodziła, przyszli z obowiązku, niektórzy aby się pokazać, a jeszcze inni by mieć o czym mówić na spotkaniach towarzyskich.

- Często spoglądała w naszą stronę. Była to jedyna kobieta, która przyszła na pogrzeb w krótkiej sukience i wysokich butach.

Wyobraziłem sobie ten widok i zaśmiałem się.

W oczekiwaniu na emisję filmu daję Kamilowi do przeczytania list i maszynopis Maksa. Kiedy widzi zdjęcie zaczyna płakać. Domyślam się,że jest zazdrosny o to,że ostatnie zdjęcie zrobił ze mną a nie z nim,że przed wyjazdem wolał ostatnie godziny spędzić u mnie.

- On ma twarz Chrystusa - mówi.

Wyciągam mu zdjęcie z rąk, bo za chwilę je wymiętosi tak bardzo,że będzie nadawało się wyłącznie do wyrzucenia w kubeł naśmieci.

- Przysłał mi szkic noweli, w niej też mówi o dziewczynie o imieniu Fiona. Dam ci go do przeczytania, jeśli chcesz. Nie wiem, dlaczego nie wysłał ją tobie? Z twoim zdaniem bardziej się liczył. Wiesz o czym jest ten tekst? O dziwkach.

Każę mu opowiedzieć więcej szczegółów, jestem zaintrygowany, proszę, aby mi przyniósł maszynopis. Przyglądam się uważnie Kamilowi - uwielbia Maksa, nikt inny poza nim nie powiedziałby tego,że twarz jego kochanka podobna jest do twarzy Chrystusa.

Wrzask Kamila sprowadza mnie z kuchni do pokoju, rozpoczęła się emisja filmu "Wolny strzelec". Włączam magnetowid, chcę zarejestrować film na video. Dużo sekwencji z Jugosławii, niczym nie różniących się od tych z telewizyjnych dzienników. Nic nadzwyczajnego, tak wygląda każdy kraj wyniszczany wojną. Maks pojawia się nażywo raz, przez niespełna minutę, siedzi w barze z jakimś młodym chłopakiem - Jovan? - , pije i pali, jest roześmiany, na jego twarzy nie ma ani skrawka cierpienia, niepokoju, strachu - nie widać,że za oknami baru toczy się wojna. A przede wszystkim nie widać,że mamy przed sobą człowieka, który niedługo dopadnieśmierć. Gdzie się podziała jego zdolność do przeczuwania przyszłości! Trochę jego zdjęć i na tym koniec, reszta to gadające głowy, wypowiedzi innych dziennikarzy przebywających w Jugosławii. Pojawiają się moi dobrzy znajomi: naczelny, kilku dziennikarzy z redakcji. Wszyscy mówią o sobie, o tym co robią, Maks gdzieś ginie w pupiasto wzniosłym gadaniu: fotoreporter jest bojownikiem słowa, walczy obiektywem o prawdę, nie bójmy się tego słowa, on walczy o sprawiedliwość, walczy o wolność! Boże, co za stek oślizgłych komunałów. Po filmie Kamil pyta, czy znam chłopaka, z którym rozmawiał Maks? Nie mam pojęcia, wygląda na Skandynawa.

Ponownie ogląda "Wolnego strzelca". Patrzy na telewizor niewidzącym wzrokiem, między palcami utkwił nie zapalony papieros; przygryzł dolną wargę. Wygląda przeraźliwie. A jak będzie wyglądał za dwa miesiące? Kiedy zatrą się w nim wspomnienia związane z Maksem? Kiedy przestanie go odwiedzać weśnie? Kiedy pozbędzie się pamiątek po nim? Czy o ich miłości będzieświadczyło tylko kilka wspólnych fotografii? Bo taki czas nadejdzie, musi nadejść, jeśli zamierza dalejżyć. Nikt przecież nie umiera z miłości. Miłość przypomina płatekśniegu, którego nie można zasuszyć i włożyć w książkę.


Po raz drugi dzwoni Madlena: "To ja, chciałam się upewnić, czy nagrała się wiadomość. Jeśli nie oddzwonisz, będę uważała, że ją odsłuchałeś. ( Długa cisza, milczenie, które ma mi umożliwić podjęcie słuchawki.) No, dobrze... Myślę, że tam jesteś... telefonu nie wyłączam, możesz zadzwonić, o której chcesz. Nie będę spała. Gdyby cię to interesowało to, prawdopodobnie wyjadę z kraju, wyjadę na dłużej, może na zawsze. Ojciec prosi, abym przyjechała do niego. Śmiejesz się, ja w Izraelu! Kraj, w którym rosną pomarańcze nie może być aż tak nieznośnym krajem do życia. ( Cisza, w której słychać trzask zapalniczki i głębokie zaciągnięcie się. Wyobrażam sobie jak przypala papierosa, jak przytyka ustnik do czerwonych warg, jak wchłania w siebie białą smużkę dymu. Kamil nie udaje, że nie słucha, przeciwnie wpatruje się w automatyczną sekretarkę. Głos Madleny wnosi ożywienie do naszej biesiady duchów. ) Czytam znowu twoją książkę, jest przygnębiająca. Dlaczego nie ma w niej twojego czarnego humoru, ironii, którą masz na co dzień? Dlaczego uważasz,że szczęście jest nieosiągalne,że człowiek jest zawsze samotny wśród bliskich? Czy ty nigdy, gdy byliśmy razem nie czułeś czegoś przeciwnego? Dlaczego uważasz,że nie masz wpływu na swój los? ( Cisza przerywana chrobotem w słuchawce. Kamil patrzy teraz na mnie, a ja wpatruję się w aparat. ) No, dobrze, nie będę się tobie naprzykrzać. Mam gdzieś,że sprawi ci to satysfakcję, i tak się tego domyślasz, pragnę ciebie teraz. Wystarczy,że zadzwonisz, a ja jak ta głupia przyjadę... przecież tak było zawsze... Jak ja cię nienawidzę! ( Głos jej drży, przechodzi w szloch... Koniec połączenia. )

Wpierw pyta, czy może zostać na noc, a potem prosi, czy nie mógłby przez jakiś czas ze mną mieszkać. Trudno mu przebywać w miejscu, w którym wszystko mu przypomina Maksa: graty, ubrania, zdjęcia, pustełóżko, jego zapach, zwyczaje,śmiech, głos, kłamstewka, lęki, marzenia,żądze. Najgorzej jest przed zaśnięciem, wtedy zaczyna się prawdziwy ból, samotność okazuje się być jeszcze większa.

Wizja wspólnego dzielenia pokoju z kimś na dłużej, przeraża mnie. Jeden, dwa, trzy dni, ale nie dłużej. Przywykłem dożycia na co dzień sam ze sobą, w przeciwieństwie do nocy, do samotności włóżku, której nie znoszę.

Kamil się zupełnie zagubił, potrzebuje czegoś co może się trzymać, aż ziemia pod jego stopami się uspokoi, przestanie się kręcić w kółko, zapadać. To,że się zgadzam nie jest z mojej strony aktem litości nad nim. Także odczuwam tąpnięcie pod nogami.Łączy nas jedno, poczucie klęski jaką jestśmierć bliskiego, coś nie daje nam poczucie spokoju ducha, może mogliśmy w jakiś sposób zapobiec temu,żałujemy słów, które niepotrzebnie powiedzieliśmy, a jeszcze bardziej tych, na których wypowiedzenie nigdy nie mieliśmy odwagi.

Rozbiera się bez skrępowania. Jest wysoki, szczupły, z chłopięcą twarzą, którą wieńczą czarne gęste kręcone włosy. Ma opalone, muskularne ciało, jego kształtnej pupy z niewielkim dołeczkiem może mu pozazdrościć niejedna dziewczyna. Czy to jego twarz, czy ciało zdecydowało, że Maks go pokochał. Bo przecież musiał go kochać skoro pozwolił mu wprowadzić się do siebie,żyli razem jak małżeństwo. Wiem,że nie należał do ludzi, których pociąga wyłącznie romantyczna przyjaźń, ale mimo wszystkiego nie był facetem kierującym się wyłącznie swojążądzą. Nie był takim egoistą za jakiego uważali go ludzie. Kamil kładzie się obok mnie. Jedyneświatło w pokoju włączony ekran telewizora. Wypowiadane przez nas słowa są zdawkowe, rzucane ot tak, aby wypełnić milczenie między nami. Czuję dotyk jegołokcia. Normalnie nie zwracałbym na to uwagi, ot, zwykłe otarcie ciała, ale w mojej głowie rozciąga się transparent: UWAGA! OBOK CIEBIE LEŻY KOCHAŚ MAKSA. Obracam się na prawy bok i z niewidzącymi oczami patrzę w pulsującym barwami ekran.

- Czy ty nigdy z Maksem się nie kochałeś? - pyta.

Uśmieszek wykrzywia moje usta. Po długiej przerwie odpowiadam:

- Nie. Nigdy nie spałem zżadnym facetem. Słuchaj... - przekręcam się i siadam, opierając się o wezgłowie. - Opowiedz o tym, co was właściwiełączyło, tylko seks, czy coś więcej?

- Jego chyba tylko to,że mógł brać moje ciało kiedy chciał. Ja go kochałem.

- Spałeś wtedy z innymi?

- Byłem mu wierny jak pies, a on brał wszystkich, których chciał.

Przerwa i po chwili dodaje, prostując:

- Tych których mógł mieć. Ty także uważasz,że pedałom chodzi tylko o jedno, wydupczyć jakiegoś chłoptasia.

- Gdybym tak było, nie spałbyś ze mną włóżku - Przemilczam swoje wcześniejsze odczucia, to co mi chodziło po głowie: wierność pomiędzy mężczyznami jest jeszcze czymś rzadziej występującym niż w związkach między mężczyzną i kobietą. - Ale masz rację, nie znam jakiegokolwiek związku, w którym choć raz nie złamano obiecanego przyrzeczenia wierności. Dlaczego go nie rzuciłeś?

- Jeśli się naprawdę kocha to nie odchodzi się z takiego powodu, jak seks. Nie zniósłbym tylko jednego, braku lojalności, tegoże przestałby się mną interesować. Po swoich nocach zawsze wracał do mnie. Brał długi prysznic, dokładnie zmywał z siebie zapach tamtego faceta,ślady ich seksu; ciuchy wrzucał do pralki. Nigdy nie był tak niedelikatny,żeby wprost dać do zrozumienia,że spał z kimś innym. Oczywiście, nigdy nie zadałem mu pytania, czy to robił? Nie chciałem zmuszać go do kłamstwa, bo pytając się o to, oczekiwałbym tylko zaprzeczenia.

Trudno mi sobie dokładnie przypomnieć, w jakich okolicznościach po raz pierwszy zetknąłem się z Maksem. Było to w czasie jakiegoś bankietu, na jednym z tych przyjęć, koktajli, na których bywa się obowiązkowo, choć niektórzy widzą w tym możliwość najedzenia się i napicia za darmo. Kto się nie pokazuje, ten nie istnieje. Wówczas zaczynał stawiać pierwsze kroki jako fotoreporter największego dziennika, do którego ja od czasu do czasu pisywałem reportaże. Od razu zwróciłem uwagę na jego twarz, twarz o chłopięcych rysach, w której tkwiły oczy dojrzałego człowieka. Nie potrafiłem się od nich oderwać. Po jakimś czasie obiekt mojego zainteresowania poczuł,że jest przedmiotem obserwacji i spojrzał na mnie. Przesłał mi nieznaczny, krótki uśmiech, otrzymując pełniejszą odpowiedź. Chwilę później stanął przede mną i przedstawił się. Powiedział,że czytał moją książkę, był zaskoczony,że wyszła ona spod mojej ręki. Sądził,że musiał napisać ją ktoś starszy.

- Piszesz, jak widzisz i czujesz, a czujesz bardzo mocno. Inni też widzą i czują, ale nie mają dość odwagi, aby to wyrazić. Ty masz odwagę być sobą.

Wówczas myślałem,że jest to tylko grzecznościowa pochwała, ale poznając go bardziej, doszedłem do przekonania,że była to jego prawdziwa ocena. Mówił to chłopak, który zdecydował się w klubie literatów publicznie nasikać na książkę, wielce zasłużonego pisarza. Pisarza, któremu nikt nie miał odwagi powiedzieć,że jest kanalią, i to, co tworzył, ostatnio, nie jest warte ułamka tego, jak pisał kilkanaście lat temu, zanim wdał się w politykę.

Po zakończeniu bankietu poszliśmy do pubu. Przez cały czas rozmowy z nim ogarniał mnie lekkomyślny śmiech. Chciał mnie przekonać,że istnieje wiele sposobów miłości, ograniczają nas tylko więzy wychowania. Przyznał się,że przede wszystkim sypia z chłopakami, mieszka u Zbigniewa, tak, u tego znanego adwokata. Opowiedział o nim kilka historii, po których trudno było powiedzieć,że kierował się on wżyciu jakimiś zasadami. "Etyką to on ma wypchane tylko usta." Nie wypierał się,że jest jego utrzymankiem. Nad ranem znaleźliśmy się w mieszkaniu Zbigniewa, było wolne, wyjechał na kilka dni. Ze stosu książek wciągnął jeden tom, to była moja książka.

- Czy masz kraj, w którym chciałbyśżyć? Kraj, o którym możesz powiedzieć,że go kochasz? - zapytał.

Zaprzeczyłem głową.

- Tak myślałem. A miasto?

- Jest kilka, ale słowo kochać jest za wielkim słowem. Mógłbymżyć w Paryżu, Hamburgu, Kopenhadze.

Pokazał mi swoje prace, miały nerw, wydawały się być optymalnymi ujęciami fotografowanego tematu. Nigdy nie myślałem, że można sfotografować tak pięknie deszcz, mokre chodniki, ulice, ludzi kryjących się pod parasolami. Zaproponowałem mu,żeby zrobił okładkę do mojej następnej książki. Jakiej? To wtedy po raz pierwszy pomyślałem,że mogę napisać powieść o naszym związku z Madleną. O miłości, o braku miłości, o oszustwach popełnianych w imię miłości, o seksie doprowadzającym do prawdziwego bólu. O tym o czym ludzie nie chcą słuchać, o czym nie będą chcieli czytać... Powiedziałem wtedy tyle bzdur, byłem pijany i film mi się urwał. Rano, kiedy się obudziłem leżałem nagi obok Maksa włóżku. Zapewniał,że nie wykorzystał mnie, to nie w jego stylu, ale przyznaje,że przez moment miał ochotę na to i ponoć mnie tylko pocałował w ramię.

Przyniósł mi dołóżka grzanki z jajkiem sadzonym i białą kawę, tego nigdy nie zrobiła dla mnieżadna kobieta.Śmiał się, gdy mu o tym powiedziałem. W drzwiach sypialni pojawił się niczym zjawa ze snu Zbigniew. Twarz miał trupio bladą. Nie patrzył na moją twarz a tylko na obnażony tors.

- I to w moimłóżku - powiedział, nie mogąc objąć umysłem tego wszystkiego, co niespodziewanie ujrzał.

Maks zaczął się pośpiesznie ubierać, z myślą o jak najszybszym wyjściu. A ja, jego niby-kochanek, nadal znajdowałem się włóżku, zmieniając tylko pozycję, opierając plecy o wezgłowie.

- Wyprowadzam się - powiedział beznamiętnie do Zbigniewa, z lekką wzgardą na twarzy.

- Gdzie? - wyglądał tak, jakby waliła się mu ziemia pod stopami.

- Odchodzę - uściślił Maks.

- Dlaczego?

Nie odpowiedział.

- Czy powiesz mi? - w głosie Zbigniewa pojawiła się ojcowska nuta.

Postanowiłem wstać złóżka, nie chciałem uczestniczyć wżenującej scenie kłótni kochanków, i starając się nie patrzeć na Zbigniewa, wciągałem na siebie ubranie.

- Czy nie wystarczałem ci? - Zbigniew całkowicie rozpadał się emocjonalnie.

- To nie o to chodzi - odparł nie patrząc na niego Maks i podszedł do szafki, z której zaczął wyjmować bieliznę.

- Chciałbymżebyśmy usiedli i spokojnie porozmawiali - odwrócił się w moją stronę i powiedział: - Czy możesz zostawić nas samych?

- Właśnie wychodzę - odparłem.

Pożegnałem się tylko wzrokiem z Maksem i nie patrząc na Zbigniewa wyszedłem, po chwili z ulgą stanąłem na ulicy.

To, co wydarzyło się później, znam tylko z jego relacji. Zbigniew zachowywał się jak "stara ciota", błagał go, aby nie odchodził. Maks został z nim,żyli razem, aż do czasu, kiedy pojawił się w jegożyciu Kamil. Ostateczne rozstanie zakończyło się, raczej gestem rozpaczy niż prawdziwą chęcią odebrania sobieżycia przez Zbigniewa.

Maks powiedział o Kamilu: Dotknęła mnie dożywego; jego młodość, jego nieświadomość, jego cudowne piękno, co miało zwyczajny urok i delikatna rześkość polnego kwiatu. To,że chodzi ubrany bajzlowato, no, cóż...

*

* *

Chociaż znaliśmy się od dłuższego czasu, a teraz od tygodnia mieszkamy razem i rozmawiamy dość często ze sobą, nigdy nie mówimy o naszej przeszłości, pomijamy nasze prywatne sprawy. Zaskoczony jestem tym,że jego obecność mi nie przeszkadza, więcej, kiedy wraca późno do domu,łapię się na tym,że mam ochotę aby już przyszedł, aby być z nim sam na sam.

*

* *

Rozmawiam ze znajomym Maksa, który twierdzi,że zna Kamila od lat. Z ironicznym uśmiechem i dwuznacznym spojrzeniem, mówi: Jest ambitny. Zanim przyjechał do Warszawy pozostawał pod wpływem matki; ex-zamężnej kobiety. Któregoś dnia jego ojciec zostawił ją dla sekretarki swojego kumpla. Dla niej był to prawdziwy dramat. Schudła bardzo. Początkowo była załamana, ciągnęła na tabletkach. Postanowiła jednak walczyć. Pierwsze, co zrobiła to podała go o wysokie alimenty. Wygrała. Od tej pory wszystko wzięła we własne ręce i nie pozwoliła nikomu, aby to się zmieniło. Kamil nie pamiętał jej jako przegrywającej, zawsze musiała wygrywać i wygrywała. Stała się cholernie apodyktyczna. Postanowiła,że jej syn nie może popełnić tych samych błędów, co ona w przeszłości. Zainwestowała w jego wykształcenie.Żądała od niego dużo. Za dużo. Zbuntował się. Chciał prowadzić bardziej swobodny trybżycia. Porzucił dom i rodzinne miasto. Udało mu się zaczepić u znanego producenta telewizyjnego. Znasz tośrodowisko. Aktorzy, aktorki, dziewczynki, chłopcy, zdolni i mało zdolni autorzy, niezaspokojoni reżyserzy. Cały ten show buisness. Teraz cały swój kapitał roztrwania z męskimi dziwkami.

*

* *

Siedzimy w jakimś barze, wpatruję się w niego, i po raz setny, zastanawiam się, co Maks widział w nim; chcę odkryć tajemnicę, magiczną tajemnicę jegożądzy. Kamil przybliżył się, ociera się o moje ramię. Nie drażni mnie to, nie reaguję na jego dotyk tak jak pierwszej nocy; pragnę czuć jego bliskość. Opowiada mi o swoim pierwszym chłopaku, miało to miejsce w internacie, wszedł do zbiorowejłazienki, pod prysznicem stał młodszy od niego o dwa lata chłopak, nie pamięta, czy był to przypadek, czy zrobił to celowo - upadła mu kostka mydła, potoczyła się pod jego nogi, nachylił się po nią i przed oczami miał jego penisa, był w pół wzwodzie, czuł niepohamowaną chęć wzięcia go w usta i to zrobił, chłopak oszołomiony nie bronił się, szybko dostał wytrysku. Tak jak i on, chłopak jeszcze nigdy nie miał stosunków z mężczyzną, w ogóle nie podejrzewał,że może go pociągać t a k a miłość. Kamil opowiada o tym zdarzeniu tak sugestywnie,że odczuwam lekkie podniecenie. Nie mam pewności jakbym zareagował na miejscu tamtego chłopaka? Jak dzisiaj wyglądałoby mojeżycie, czy byłoby wyłącznie heteroseksualne?

Kiedy wychodzimy, jest noc. Idziemy pieszo na parking, gdzie zostawiliśmy starego golfa. A jednak musiał przeczuwać,że coś mu się stanie, tuż przed wyjazdem złożył wizytę u notariusza i zapisał mi go. Kamil zapewnia,że Maks nie był seropozytywny, ale tego jaka była prawda nikt już się nie dowie. Po naszej rozmowie poszedł zrobić sobie badanie na posiadanie wirusa HIV, test wyszedł negatywnie. Kochali się bez gumek, obaj nie chcieli, aby oddzielał ich od siebie lateks. Zwróciłem uwagę,że powiedział: na razie wszystko jest w porządku.

Przed parkingiem, proponuję,żeby zostawić samochód i spróbować dojść pieszo do domu. Mam ochotę na spacer. Zawsze po drodze możemy wziąć taksówkę, jeśli będziemy padać ze zmęczenia. Kamil przystaje na to z ochotą.

Nadmiernie się zbliżyliśmy do siebie ciałami. Przypominają mi się wspólne wyprawy z Maksem, właśnie przemierzamy nasz ulubiony szlak, potrafiliśmy przejść kilka kilometrów pieszo, pijani ze zmęczenia i od wypitego alkoholu. Przez te wszystkie lata nie zauważyłem wielu z mijanych teraz budynków. Tak chciałbym,żeby Maks wrócił,żeby jegośmierć, pogrzeb, w którym uczestniczyłem okazał się zwykłym koszmarem sennym.

- Cieszę się,że jesteś teraz przy mnie - mówię do Kamila. - Potrzebuję tego, aby mieć przy sobie kogoś, z kim on był tak blisko. Zostań u mnie jeszcze kilka dni.

Chwyta mnie załokieć iściska go mocno, na chwilę wtula głowę w moje ramię. Idziemy dalej w milczeniu.

Działka kokainy, jaką biorę nie jest wielka. Jestem gotów na wszystko. Siadam na kanapie obok niego i kładę swoją głowę na jego ramieniu. Mógłbym teraz umrzeć i przenieść się do jakiegoś ze szczęśliwych zaświatów, piekło nie powinno być złym miejscem, jest tam gorąco, a ja lubię ciepło, mówię.Śmiejemy się. Trąbka, na której gra Stańko dokłada swoje trzy grosze i dostaję kompletnego kręćka.

- Wyluzuj się - mówi i pochyla się do przodu, nasze twarze dzieli kilka centymetrów.

Ulegam mu, pozwalam się rozebrać. Przylega wargami do mojego torsu i przesuwa się w dół.

- Maks to lubił - wyznaje.

Bierze go w usta, jest opadnięty; językiem zjeżdża do mojego tyłka, wwierca się w niego, ta pieszczota wywołuje wzwód. Z niedowierzaniem patrzę na to, jak moje ręce podnoszą jego głowę i unoszą w górę. Całuję go w usta. Pozbawiam ubrania. Bezsłownie nakazuję mu uklęknąć i oprzeć się o kanapę. Wiem,że to, co nastąpi, musi się spełnić.


Kiedy budzę się z kamiennego snu, jestem odurzony. Nie czuję wstrętu do siebie, do leżącego obok nagiego ciała Kamila, do minionej nocy. Ale kwadrans później następuje we mnie metamorfoza, pragnę, aby już wyszedł, wiem,że dzisiaj musi się stąd wynieść. Nie zniosę dłużej jego obecności. Przedłużam moment wyjścia złazienki, słyszę jak się krząta po mieszkaniu, wchodzi do kuchni i nastawia wodę.

Na sobie ma tylko jeansowe spodnie i rozpiętą koszulę. Pościel nałóżku jest skłębiona, ten widok wywołuje we mnie uczucie wściekłości. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to zrobić z nią porządek, więc to robię.

- Miałem to właśnie zrobić - mówi usprawiedliwiająco, widząc moją nerwową reakcję.

- Słyszałem,że pochodzisz z domu, w którym wymagało się wielu rzeczy. Czy twój bajzlowaty styl bycia, zaprzeczający we wszystkim temu,że pochodzisz z dobrego domu, jest wynikiem buntu? Z kim tak naprawdę walczysz, z matką, czy ze sobą? Jak chcesz pozbyć się wpojonych tobie nawyków? Co jest w tym złego,że w naturze masz cholerne poczucie porządku? Niepotrzebnie się męczysz. Nigdy nie wygrasz ze sobą.

Milczy, usta zacisnął tak mocno, aż zamieniły się w wąziutką kreskę.

- Przepraszam - mówię. - chcę,żebyś się wyprowadził stąd. - Czuję się niezręcznie, jak szczur uciekający z tonącego statku. Nie potrafię patrzeć w jego oczu bez uczucia winy. Wiem,że muszę mu to powiedzieć: - Nie zaprzeczam, wczorajszej nocy było dobrze. Ale zrozum, to był mój pierwszy i ostatni raz, nie chcę tego. Najlepiej będzie jak wyjdziesz i przez jakiś czas nie będziemy się spotykać.

Gdy siężegnamy, podajemy sobie ręce. Przytrzymuje moją dłoń. Wydaje mi się,że zamierza mnie pocałować. Na wszelki wypadek uchylam głowę, uśmiecha się z ironiczną pogardą. Mam za swoje. Pragnę skrócić tę nieznośnie długą chwilę rozstania.

Jednak jeszcze nie wychodzi, mówi:

- Rozumiem,że już nigdy nie będziemy się kochali;że zrobiłeś to, bo chciałeś przez moment poczuć Maksa; chciałeś zaznać tej miłości, w której on się spełniał.

Nie chcę go słuchać, więc szybko wykorzystuję pauzę, aby powiedzieć:

- Zadzwonię do ciebie. Proszę, zostaw mnie samego teraz.

Jeszcze jedno długie spojrzenie, które przewierca mnie na wylot i wreszcie wychodzi.

Telefon dzwoni dwa razy, trzy, cztery. Ktoś celowo dzwoni w ten sposób, aby nie włączyła się sekretarka, ustawiona tak,żeby włączyć się po piątym dzwonku. Nie chce z nikim rozmawiać. Potrzebuję samotności. Dobrze mi jest wyłącznie z samym sobą. Po chwili ciszy ponownie odzywa się brzęczek telefonu. Zirytowany podnoszę słuchawkę i nie zdążam powiedzieć niczego więcej poza: "Taak", a słyszę Patrycję:

- Czy mogę przyjść do ciebie?

Głos jej jest szary, zapłakany. Istnieją jeszcze naświecie ludzie, którym jest jeszcze gorzej niż mnie, mogę się pocieszać. Ostatni raz widzieliśmy się przed wyjazdem do Berlina i od tamtej pory nie kontaktowaliśmy się. Zgadzam się, może wpaść, kiedy chce, ale niech wiele po mnie się nie spodziewa. Sam potrzebuję psychoterapeuty.

Niecałą godzinę później siedzi na kanapie i pije jakąś paskudną tanią brandy, którą kupiła w pobliżu mojego domu. Wódki nie znosi. Z wysokości krzesła przyglądam się, jakłapczywie nasyca się alkoholem. Nikomu z adorujących ją mężczyzn nie wydałaby się teraz pociągającą dziewczyną. Wspomina o rozejściu się z mężem. Zaskakuje mnie tą wiadomością. Nie spodziewałem się,że rzuci faceta, który zapewnia jej dobre ciuchy, samochód i daje forsę na drobne wydatki, ot tak, z tak prozaicznego powodu,że jest potwornym nudziarzem. A czego innego chciała, albo pieniądze albo uczucia, to rzadko idzie w parze.

- Nie otrzymasz z tego powodu rozwodu - rzucam.

- Do tego jest nudny włóżku. Nie ma fantazji. Kocha się jak królik, ledwo zaczyna a już kończy. Nie będę dzwoniła do ciebie, aby mieć orgazm. Czy wiesz,że w czasie naszej ostatniej rozmowy masturbowałam się?

Więc tu leży właściwy problem - seks, a raczej jego brak, niedomiar. Ale ile kobiet rzuca mężczyzn tylko dlatego,że nie mogą uzyskać orgazmu. Połowa z nich od lat nie pamięta, co to za uczucie, a nadalżyje z facetami.

- Chodzi ci o to,że on nie zaspakaja ciebie w pełni, brakuje ci orgazmów, zaledwie zaczynasz być pochłonięta tym, a on kończy - pragnę się upewnić. - To jest właściwym powodem do odejścia od niego?

- Nie.

- Ale to właśnie o to chodzi.

- Tak... Nie... No, sama nie wiem.

Ponownie sięga po swoje brandy i nalewa dość sporą porcję. Odczekuję moment, aż wypija to paskudztwo i mówię:

- Rozmawiałaś z nim na ten temat? Zaproponowałaś mu wizytę u seksuologa? Są przecież jakieś medykamenty, umożliwiające wydłużenie wzwodu, pobudzające. Kup mu kasetę porno i włącz, gdy będziecie razem włóżku. Przejmij sama inicjatywę i zrób z nim jakieśświństwo. Opowiedz o czymśświńskim. Przecież potrafisz bawić się w te klocki.

- On uważa,że to ja powinnam iść do seksuologa,że to ja mam problemy ze swoim wybujałym libido.

No tak, na tyle ile znam ją, nie powinienem się mu aż tak dziwić, nie można przecież się bezustannie pieprzyć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Z tego co mi dalej mówi wynika,że to jednak jej mąż powinien wybrać się do seksuologa. Niedopasowanie ciał wydaje mi się nie do końca przyczyną załamania Patrycji, może to uzupełniać, jeśli tego już nie robi z innym facetami. Wychodząc za mąż z czystej kalkulacji, przy braku głębszych uczuć, nie powinno to teraz stanowić takiego katastroficznego problemu. Chyba,że zrozumiała, iż dwoje ludzi nie powinien wiązać kontrakt sprowadzający się tylko do wymiany dóbr materialnych. Nie zawiera się małżeństwa po to, aby korzystać z możliwości ulg podatkowych dla małżonków. A może ja jestem tak nieżyciowym gościem, który wierzy w tak wyświechtane słowo, jak miłość.

- Jestem w ciąży - nagle wyrzuca z siebie.

Patrzę na nią i w pierwszym momencie do głowy przychodzi mi myśl: Ona jeszcze nie dojrzała, aby być matką. Może tylko traktować dziecko, jak pieska, roślinę ozdobną, którą się hoduje i ma dlatego,że inni ludzie także je posiadają. Zbyt zaabsorbowana jest własną osobą, zaspakajaniem własnych potrzeb, aby móc w wystarczającej ilości dawać je dziecku. Niektórzy nigdy nie dorastają na tyle, aby móc mieć potomstwo, nawet jeśli je posiadają.

- Zamierzasz sama wychowywać dziecko? - pytam.

- Są jeszcze inne sposoby - odpowiada i kończy resztę brandy, jaka została na dnie szkła.

Aborcja od zawsze wydawała mi się czymś paskudnym. Sam zabieg jest już wystarczająco odrzucający, zakończony ludzkim zawiniątkiem wyrzuconym do kubła naśmieci. Podobne porażające uczucia towarzyszyły mi przy oglądaniu filmu z egzekucji na krześle elektrycznym i opisowi usunięcia ciąży. Były jednak kobiety, które podtrzymywałem w ich decyzji dokonania aborcji. Nie protestowałem, i to nie tylko dlatego,że nie chodziło o moje dziecko. Pozorna sprzeczność. Nie potrafię być tak cholernie jednoznaczny w oddzielaniu zła od dobra, istnieją sytuacje, w których to się po prostu nie da, albo, jak kto woli, ja nie potrafię tego dokonać.

- Wyskrobiesz się i będzie po problemie - wyrzucam z siebie, i zaraz zaczynam tegożałować.

- Nie mów tak, nie wolno ci tak mówić. Jakie masz prawo mnie osądzać, ty nigdy nie będziesz musiał nosić czyjegoś dziecka - wybucha.

- Ono jest także twoje - odpieram ostro, aleźle się czuję w roli prokuratora.

- Ja go nie chcę, ono zostało mi narzucone. Niczego nie rozumiesz, myślałam,że przynajmniej ty... - płacz dławi jej słowa. Chwyta rękoma swoją głowę i wtula w siebie. Zbliżam się do niej i obejmuję,ściskam mocno, gładząc po wierzchu dłoni. Wściekam się na siebie,że nie zatrzymałem swoich przemyśleń. Jakie mam prawo ją osądzać? To nie w moim ciele jest to dziecko, ma rację. Trudno mi jednak całkowicie ją zrozumieć, zaakceptować jej wolę. Czy ja nigdy nie mogę opowiedzieć się za czymś jednoznacznie?!

Prosi,żeby mogła zostać na noc, pragnie spać razem ze mną włóżku, ale nie chce się kochać. Jak brat i siostra. Zapewniam,że może czuć się bezpiecznie. Usypia przytulona, z głową na mojej piersi. Wczepiła się we mnie kurczowo, czuję zdrętwienie ciała. Postanawiam wytrwać w bezruchu, mocno ją obejmuję i całuję w głowę. Wyczuwa to i coś mruczy, uśmiechając się.

Kiedy rano wychodzę złazienki, już nieśpi. Włączyła telewizor i ogląda poranny program. Twarz niczym nie przypomina tej sprzed kilku godzin, oczy błyszczą beztroską. Proponuję,że zrobięśniadanie. Wybór mam niewielki, grzanki z konfiturami malinowymi lub dżemem brzoskwiniowym, w lodówce powinny być jeszcze jajka. Wybiera grzanki. Wychodzę do kuchni i wtedy oznajmia:

- Miałeś telefon, odruchowo odebrałam.

- Kto dzwonił? - pytam bez zainteresowania, wyciągając z lodówki słoiczki z dżemem.

- Jakaś dziewczyna, Madlena.

Zamieram, stawiam dżem na lodówce i trzaskam drzwiczkami. Wchodzę do pokoju, pytając:

- Czy coś mówiła?

- Nie... odłożyła słuchawkę, zaraz po tym jak usłyszała mój głos.

Spogląda na mnie przenikliwym wzrokiem, domyśla się,że nie był to telefon od obojętnej mi osoby. Czuje się zażenowana, robi minę małego dziecka, które napsociło.

- Przepraszam, na drugi raz nie będę odbierała telefonu.

Posyłam jej wymuszony uśmiech, zapewniam lekceważącym głosem,że nic się nie stało i wychodzę do kuchni. Dlaczego tak zareagowałem, jakbym nadalżył z Madleną i został przyłapany na gorącym uczynku na zdradzie? Straciłem całkowicie głowę.

Zjawia się w kuchni, ma na sobie mój kąpielowy szlafrok, nie potrafi pozbyć się uczucia winy, siada na stołku i podciąga prawą nogę w górę, opierając się brodą o kolano. Staram się nie dać po sobie poznać,że jestem zdenerwowany.

-Żyjesz z nią? - pyta.

- Nie.

- Ale to ktoś ważny dla ciebie.

Nie uda mi się wywinąć od rozmowy o Madlenie, jeśli nie zamierzam być obcesowy dla Patrycji. A tego nie chcę.

- To już przeszłość - podaję jej talerz z grzankami. - Jemy tutaj, czy w pokoju?

Wybiera kuchnię, więc zostajemy na miejscu. Nie udzieliłem jej wystarczającej odpowiedzi, oczekuje prawdy. Prawdy! A jak jest ta prawda? Mam jej opowiedzieć o związku z Madleną, zamieniając go we wzniosły dramat? To wszystko jestśmiechu warte. Słuchaj to było wielkie uczucie, które nam obojgu przyniosło tylko cierpienie, jej jeszcze większe niż mnie. Bzdura. Skłamałem, w ogóle nie cierpiałem. Dopiero, kiedy zerwałem z nią zrozumiałem,że nie była to tylko przygoda, wyskok, ale najprawdziwsze uczucie. Wielka pomyłka... Tego jednak nie powiem Patrycji, więc mówię:

- Nie spaliśmy ze sobą przeszło rok czasu, ostatnio stykamy się ze sobą tylko telefonicznie, bo trudno powiedzieć,że się kontaktujemy. Zamierza wyjechać na stałe z Polski. Nie chce o tym rozmawiać.

Pragnie coś powiedzieć, ale się powstrzymuje, przygryza na chwile usta.Śniadanie jemy w milczeniu. Każdy z nas chodzi po swoich pokojach samotności. Najchętniej zamknąłbym się w jednym z nich, potrzebuję wyciszenia.Śmierć Maksa stała się dla mnie większym niż przypuszczałem wstrząsem, podważyła to coś, co niektórzy nazywają sensem, celemżycia, wartością, a czego zawsze miałem w sobie mało. Tak, to on kiedyś powiedział,że przypominam wydmuszkę, jestem tylko skorupką od jajka,środek gdzieś zgubiłem, albo ktoś go ze mnie wyssał.

- Ostygła ci kawa - jej głos przywraca mnie do nieznośnie białegoświatła, wdzierającego się przez kuchenne okno; obnażającego kurz, wyschnięte plamy, zacieki, okruchy. Kiedy ostatnio tutaj sprzątałem? Czas najwyższy to zrobić. Domyśla się o czym pomyślałem i mówi:

- Zrób sobie nową kawę i idź do pokoju, ja tu posprzątam.

W pokoju zajmuję miejsce przed telewizorem i wsuwam do magnetowidu kasetę ze "Złym porucznikiem". Oglądam go po raz trzeci. Harvey Keitel jest znakomity. Chwilami mam ochotę tak wyć jak ten sukinsyn. Jak daleko mi jeszcze do takiego stanu rozpadu, gdzie w człowieku wszystko się rozjeżdża na boki i patrzy na siebie z różnych stron? Ile draństwa muszę zrobić albo zaznać, aby wreszcie oczyścić się z tego paskudztwa? Na razie topię się w seksie i wódzie. Przed braniem prochów powstrzymuje mnie przekonanie,że to już będzie naprawdę koniec. No tak... więc jeszcze dużo mi brakuje do stanu, w którym chce się tylko krzyczeć, wyć na całe gardło.

Nie zauważam wejścia Patrycji, musiała siedzieć dobrą chwilę przy mnie, zanim zadaje mi pytanie:

- Czy mogę wprowadzić się do ciebie?

Harvey Keitel onanizuje się przed rozwartymi ustami małolaty. Patrzę na ekran i na Patrycję. Nie wiem, co jej odpowiedzieć, nie wiem, czy chcę tego, czy nie? Czy wytrzymam z kimś dłużej na kilkudziesięciu metrach, ograniczonychścianami, skoro dla mnie samego wydają się zaciasne? Odpowiedź mogę udzielić później, bo teraz jej usta dobrały się do mojego ptaka. Patrzę na Keitela, który wyciera ręce chusteczką.

- Nie, zostaw - podnoszę jej głowę do góry.

Osłupiała przygląda się mi i mówi:

- Sterczał tobie, myślałamże podnieciłeś się i chcesz, aby zrobić tobie to samo.

Rzeczywiście między nogami stoi jak patyk. Krótkim, nerwowym uśmiechem zbywam jej słowa, wyłączam magnetowid i na ekranie pojawia się stacja MTV. Powstaje z kolan i siada na rozbebeszonym wyrku po turecku, bezwstydnie odkrywając cieniutki pasek czarnego futerka.

- Trudno ze mną wytrzymać teraz, irytuje mnie byle duperela, czasami wrzeszczę na samego siebie. Sąsiedzi myślą, że za ścianą mieszka jakiś czubek. Chcę czuć się wolny, nie chcę żadnych zobowiązań... Kurwa, to głupie. pamiętam, co było między nami zanim wyszłaś za tego dupka. Nie domyślałaś się, że pragnąłem abyś została ze mną? Żebyśmy przynajmniej spróbowali. Widzę twoje oczy, ty to dobrze wiesz. Skalkulowałaś sobie, że ze mną nie mażadnych perspektyw na przyszłość, przy mnie dupy nie będziesz wozić Celicą, ani nosić kiecek, za które płacisz kosmiczne ceny, na jedną musiałbym pracować z miesiąc czasu. Należysz do kobiet, które się utrzymuje. Ty sama...Dobra dość, wprowadzaj się nawet dzisiaj - wstałem i poszedłem do kuchni, wyciągając z szuflady zapasowe klucze do mieszkania. Rzuciłem jej między nogi. - Masz, ale nie chcę słyszećżadnego słowa,że powinienem coś zrobić,że czegoś nie zrobiłem. Nie obiecuję tobie,że jutro albo za tydzień nie wyrzucę ciebie stąd.

To nie był krzyk, ale nie był to też podniesiony głos. Dałem upust swojej wściekłości. Kilka kroków prowadziło do furii. Patrzy na mnie teraz swoimi dużymi oczami lalki Barbie, nigdy mnie przedtem takiego nie widziała, zawsze byłem oazą spokoju, zrównoważenia, ironiczny zimny drań, a teraz... No, cóż, jeśli po takim wybuchu będzie chciała ze mną zostać to nie powinna mi przeszkadzać swoją osobą. Może zrobiłem to właśnie dlatego?

- Nie wiedziałam - odzywa się.

- Co nie wiedziałaś?

-Że poważnie mnie traktowałeś. Kiedy się budziłam rano w twoimłóżku, czułam się intruzem. Zachowywałeś się tak jakbyś nie znosił kobiety, którą przeleciałeś.

- Czy coś by to zmieniło? - przecież nie jestem tak cholernie bogatym facetem jak jej mąż, aby pomyślała o trwalszym związku ze mną.

Zastanawia się, przygryzając dolną wargę.

- Tak... nie, masz rację - mówi.


Lubię przysłuchiwać się rozmowom w barze. Notuję w głowie strzępy rozmów. Niektórzy ludzie zachowują się tutaj, jakby leżeli na kozetce u psychoanalityka. W tym miejscu potrafię myśleć o czymś innym niż własnym bólu. Cudze życiorysy okazują się jeszcze bardziej paskudniejsze. Nasza egzystencja okazuje się być lepsza mimo wszystko. Zawsze lepiej przebyć atak cholery w barze niż w samotności. Myślałem o powieści, której akcja działaby się w barze w ciągu jednego wieczora. Mam kilkanaście stron szkiców i luźne zapiski rozmów. Nigdy jej nie napiszę, bo nikt w tym kraju nie wydrukuje powieści będącej po prostużyciem, a nie wyimaginowanymświatem, krytycy i wydawcy wdeptaliby ją w ziemię. Na więcej pozytywnych opinii mogłaby liczyć powieść since fiction. Usadowiłem się w fotelu w głębi, przy oknie, tak by mieć w zasięgu całą salę. Lokal jest wypełniony w połowie. Przyglądam się facetowi, jego tłusty brzuch wychodzi zza paska, a usta wykrzywia głupawy uśmiech samozadowolenia. Kiedy schodzi ze stołka i prawdopodobnie idzie do kibla, towarzysząca mu dziewczyna sięga do kieszeni jego marynarki, którą pozostawił. Wyciąga z niej portfel. Musiała wyczuć,że jest obserwowana, bo nerwowo omiata wzrokiem salę, by zatrzymać się na mojej twarzy. Uśmiecham się i odwracam w innym kierunku. To nie moja sprawa, niech skubie frajera skoro się daje. Kiedy podtatusiały hoddog wraca, bezceremonialnieżegna się z nim i podchodzi do mnie. Ogłupiały wywala na wierzch oczy i wydyma wargi. Z trudem powstrzymuję się przed wybuchemśmiechu.

- Cześć. Dawno tu cię nie było - siada na wprost mnie, zakładając nogę na nogę, także spod przykrótkiej mini widać trójkącik majtek.

- Nadal kradniesz klientom. Nie nauczyłaś się od tamtego razu, kiedy dostałaś tak,że straciłaś dwa zęby?

- To jest skurwiel, pała, chwali się,że jest z Interpolu. Ma zdrowo narąbane pod sufitem. Kiedy ostatni raz z nim poszłam, wyciągnął nóż i przystawił mi do gardła, dopiero wtedy się spuścił. Zawsze płaci tyle ile uzna, ostatnio bierze za darmo.

Zapaliła papierosa i wydmuchała w bok dym, tak abym nie znalazł się w jego oparach.

Magda nie ma wybujałych kształtów, jest niska; twarz zwykła z nosem małpiatki, uśmiech krzywy, nazbyt opadający w dół; zawsze zastanawiałem się, co przyciąga do niej klientów. Nagie ciało, jakie widziałem na zdjęciach polaroidowych, pokazała mi, gdy znalazłem się w jej mieszkaniu, nie miało defektów, ale nie wzbudziło we mnie nawet dreszczu podniecenia. Sprzedaje swoje ciało od trzech lat, gdy jako szesnastolatka uciekła z domu. Znalazła się w Trójmieście i zaczepiła się z paczką chłopaków kradnących samochody. Zatrudniła się na lewym dowodzie w sopockim klubie Go-Go, a później wyjechała do Mikołajek, gdzie przez dwa lata pracowała w Hotelu Gołębiewski. Rodzice nie zgłosili jej zaginięcia na policji, wystarczało im,że od czasu do czasu się z nimi kontaktuje telefonicznie i przesyła pieniądze.

- Gdzie masz swojego przyjaciela?

- O kogo ci chodzi? - patrzę się w stronę faceta, którego porzuciła, nie spuszcza z nas oczu. Nie wygląda na przyjacielsko nastawionego.

- Tego, pedałka.

- Ach, Maksa... - wracam spojrzeniem do niej i mówię: - Nieżyje, pojechał robić zdjęcia do Jugosławii i tam go zabili. Nie czytałaś ostatnio gazet, ani nie oglądałaś telewizji?

Milknie z głupim wyrazem na twarzy. Nigdy nie posądzałem jej umysłu o szczególną lotność, ale darzę ją sympatią.

- Był najemnikiem?

- Fotoreporterem - odpieram.

- Głupiaśmierć, nie ryzykowałbym głowy aby strzelić kilka foto.

Przed nami wyrasta zwalista postura jej dotychczasowego partnera. Patrząc na mnie, zwraca się do niej:

- Chodź, idziemy.

Magda posyła mu spojrzenie, jakby go po raz pierwszy widziała. Tak patrzy się na karalucha. Oczy jego zapłonęły zimną nienawiścią. Nachylił się i chwycił ją mocno za ramię, ciągnąc w górę.

- Mówię coś do ciebie zdziro, idziemy.

- Puszczaj - wyszarpuje się z jego uścisku. - Nie widzisz,że jestem zajęta.

Facet rzuca mi zaledwie cień nienawistnego spojrzenia, jakby nie warto było sobie zaprzątać moją osobą głowy. Wyszczerza wargi w grymasie obrzydzenia.

- Nie wygląda na klienta, to twój nowy alfons? Słuchaj, chłopcze, zabieraj stąd swoją dupę w troki, jeśli nie chcesz dzisiaj spędzić nocy na dechach.

Miała rację, przede mną stał gliniarz. Zdeprawowany tak,że przy nim porucznik policji grany przez Harveya Keitela wydawał się porządnym gościem. Stać go na dobry garnitur, koszulę, krawat i włoskie buty, na ręce połyskuje mu złotem Omega.

- Ta dziewczyna jest teraz ze mną, jeśli pan nie odejdzie od stolika wezwę obsługę - posyłam mu twarde spojrzenie i zwieramy się przez kilkanaście sekund mocno oczami. Waha się, coś zamierza powiedzieć, ale kończy się wszystko na morderczym spojrzeniu i odchodzi. Wymienia kilka słów z barmanem i wychodzi z sali.

- Nie boisz się,że odgryzie się tobie? - pytam.

- Pieprzę dupka, kiedyś mu odgryzę jego fujarę.

Wybuchamyśmiechem. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę iżegnamy. Zastanawiam się, czy mimo wszystkiego, Patrycja sprowadzi się ze swoim rzeczami. Nie zrobiłem jej miejsca w szafie, uważając,że gdybym to ja był adresatem tego, co jej powiedziałem, nie przyszedłbym.

- Muszę już lecieć, gdybyś miała jakieś problemy z tym draniem, wiesz jak mnie złapać?

- Dam sobie radę.

Żegnam się uśmiechem i wychodzę.

Na dworze już zmierzcha, za chwilę wszystko zostanie nakryte czapką nocy. Do samochodu mam kilkadziesiąt metrów, przebywam je krokiem spacerowym. Kiedy przekręcam klucz w stacyjce i zapalam silnik, następnieświatła i zamierzam ruszyć, drogę zajeżdża mi ciemnozielony polonez, z którego wyskakuje trzech rosłych mężczyzn, wśród nich rozpoznaję faceta z baru. Jeden z nich otwiera drzwi z mojej strony i chwyta za kark, ciągnąc w górę. Ogłupiały poddaję się wszystkiemu. Ląduję brzuchem na masce, lewy policzek przeszywa chłód maski samochodu, ciągnie mnie za włosy i dwukrotnie uderza o nią moją głową. Wykręcona lewa ręka uniemożliwia wyswobodzenie się, gdyby taka myśl przyszła mi do głowy. Przeszukuje mnie, wyciąga portfel i dokumenty.

- Masz - zwraca się do swojego kumpla.

Gliniarz z baru nachyla się nade mną twarz, czuję jego przesiąknięty wódą i papierosami oddech. Nadal nie mogę dojść do siebie, nie wierząc,że to wszystko dzieje się naprawdę. Wbija mi palce w bok, tak głęboko,że wydają się dotykać nerkę. Syczę z bólu.

- Skurwielu, zapamiętasz dobrze sobie tę noc - posyła mi ostre słowa. - Kim jest dla ciebie ta dziwka?

- Pieprz się, nie ujdzie ci to płazem - wyrzucam z siebie.

Kolejne uderzenie w bok wywołuje w moich oczach dwa rozjeżdżające się na bokiświatła. Przytomnieję po dobrej chwili, słyszę młody, zaaferowany głos:

- Kurwa, zostaw go. Zobacz!

Zelżał uścisk, ale nadal przywieram do maski samochodu. Zastanawiam się, co takiego mogli znaleźć w moich papierach.

- Piszesz dla tej szmaty?

- Tak - przypominam sobie,że w portfelu miałem pokwitowanie odbioru zaliczki z kasy gazety. O to im chodzi, uśmiecham się gorzko w duchu. Biorą mnie za dziennikarza. Gdyby wiedzieli,że jestem wolnym strzelcem, być może nie przejmowaliby się tak.

Uwolniony staję na nogi i odwracam się do nich, gliniarz z baru jest najstarszym z nich, chłopakom cieknie mleko z nosa. Prawdopodobnie zadzwonił po znajomych tajniaków kręcących się po okolicy.

- Myślisz,że jesteś nietykalny,żurnalista w dupę jebany. - Facet nadal nie może poradzić sobie z furią, która nim targa na wszystkie strony. Jak Magda może wytrzymać z tym szaleńcem? Wyobrażam sobie, jak pieprzy ją z nożem, przystawiając go do gardła. Powinien się leczyć. Nie chciałbym nigdy wpaść w jego policyjnełapska będąc podejrzanym. - Masz, kurwa - uderza mnie pięścią w brzuch, nie mogę złapać powietrza, z bólu padam na kolana i zwijam się w kłębek. Zamierza jeszcze wymierzyć mi kopniaka, ale tajniak trzymający dokumenty, odciąga go, uspakaja go. Rzuca na asfalt dokumenty i wchodzą do swojego samochodu. Odjeżdżają, nadużywając sprzęgła, czuję w nozdrzach zapach spalin. Powoli mój oddech odzyskuje równowagę, zbieram papiery i wkładam do wewnętrznej kieszeni kurtki, powstaję i rozglądam się wokoło. To nie jest odludne miejsce, co chwila ktoś przechodzi chodnikiem, na próżno jednak od kogokolwiek oczekiwać pomocy. Stałem się przeźroczysty.

- Kurwa, kurwa! - wrzeszczę i walę pięścią w maskę samochodu. Nawet nic im nie mogę zrobić. Mam pójść na policję i zgłosić,że pobiło mnie kilka tajniaków? Już widzę jak będą sporządzać ich portrety pamięciowe, organizować konfrontację. Skąd mogę mieć pewność,że to byli policjanci, czy słowa dziwki mogą być wiarygodne. Szara postać odchodzi od krawędzi chodnika, przykleja się dościany budynku i przyśpiesza kroku. Kiedy znajduje się w bezpiecznej odległości, odwraca się. - Co się kurwa patrzysz! - krzyczę i finguję zerwanie się do biegu, szary cień zrywa się do przodu i ginie w ciemności.

Niepohamowanyśmiech wydobywa się z mojego gardła, histerycznyśmiech. Po pewnym czasie ogarnia mnie swoisty spokój. Wsiadam do rupiecia i kieruję się drogą do domu. Zatrzymując się przed budynkiem patrzę na swoje okno -świeci sięświatło. Uśmiecham się, dobrzeże przyszła.

Patrycja twierdzi,że strasznie jej u mnie dobrze. Mija miesiąc, od kiedy się wprowadziła, wkładając swoją szczoteczkę do zębów do mojego kubka. Mimo,że mamy jeden wspólny pokój nie czuje się tak, jakby ktoś co chwila deptał jej po piętach i wsadzał nos za ramię. Mąż miał nieznośny zwyczaj grzebania w torebce i przeglądania szpargałów. Brakowało mu jednak konsekwencji, sam zakluczał szuflady biurka, a zamek w służbowej torbie zamykał na szyfr. Spytany o to udał,że nie słyszy pytania. Posiadał niezwykły dar niedosłyszenia niewygodnych pytań i dar przemilczeń. W ich domu nigdy nie czuła się tak błogo.

Na rozwód za porozumieniem stron mąż się nie zgadza, sąd ma orzec jej winę i brak wszelkich roszczeń do jego majątku. Puści ją, ale gołą. Wynajął agencję detektywistyczną, aby ustalić jej adres zamieszkania. Zamierza udowodnić zdradę. Powinna w obecnej sytuacji wynająć samodzielne mieszkanie albo przeprowadzić się do jakiejś przyjaciółki, delikatnie sugeruję. Nie chce mnie słuchać jednak, płacze, myśli,że każę się jej wynieść stąd. Zaprzeczam, kłamiąc. Obecność Patrycji coraz gorzej znoszę. Przeklinam siebie,że zgodziłem się, aby zamieszkała ze mną. Już pod koniec tygodnia doszło do pierwszego spięcia. Ujrzałem w niej intruza, czyhającego na moją prywatność, niszczącą moją samotnie.

*

* *

Zanim wróciłem do domu, wcześniej zaszedłem do baru, w którym przesiaduje Magda. Słusznie obawiałem się,że drań z policyjną odznaką odegra się na niej, od jednej ze stałych bywalczyni lokalu dowiedziałem się,że od kilku dni nie wychodzi na miasto, bo jacyś faceci nieźle ją urządzili. Zastałem ją w mieszkaniu, z zasiniaczonymi rękoma i twarzą. Tej samej nocy, po tym jak mnie opuścili, zjawili się u niej. Wzięli ją we trójkę, musiała spełniać ich każde wybujałeświństwo. Następny dzień chodziła tak jakby była pierwszej lekcji jazdy na koniach. Nie chce na nich donosić, bo inaczej musiałaby zmienić miasto, tutaj gliny nie dałyby jej spokoju. A o zmianie zawodu nie chce na razie myśleć. Nie będzie się słodziutko uśmiechać dla jakiegoś szefa - dupka i wypinać tyłek i cyce. Wypiliśmy trochę razem i się rozstaliśmy.

Kiedy wróciłem do domu była za kwadrans pierwsza, Patrycja nie spała, oglądała komedię Woody Allena. Nie wiem ile rozumiała z jego ironii, ale oglądała każdy jego film i czytała wszystkie jego książki, jakie wyszły w Polsce.

- Gdzie ty chodzisz o tej porze? - zapytała.

Posłałem jej piorunujące spojrzenie, zrozumiała.

- Przepraszam - odparła.

Nie odzywałem się do niej, kochaliśmy się w milczeniu, nie chciałem patrzeć na jej twarz i obróciłem ją na brzuch. Wszedłem w nią od tyłu. Robiłem to w sposób, jakbym chciał ją ukarać. Jej ciało nie posiadało dla mnieżadnej osobowości, plastyczna masa, którą modelowałem według swoich upodobań, jakąkolwiek próbę przywrócenia przez nią konkretnego ludzkiego wymiaru, tłumiłem mocnym dociśnięciem jej barków dołóżka. Przed oczami miałem strzępy aktów kopulacji, jakie zaznałem z innymi kobiecymi ciałami. Pojawiały się twarze ale rysy były zamazane. Plątanina ciał, takie same, powtarzane tysiące razy mechanicznie ruchy i nic więcej. Kiedyś Madlena po takiej nocy powiedziała: "To jest ordynarne pieprzenie."

*

* *

Patrycja zaskakiwała mnie szczerością, z jaką mówiła o swoimżyciu seksualnym. Ze szczegółami opowiadała, z kim i jak? Przyznała się,że przespała się ze swoją przyjaciółką. Pewnego razu w czasie kochania zażądałem kolejnych wspomnień, odkryłem,że wzmogło to moje pożądanie.

- Czy inni mężczyźniżądali od ciebie, abyś im opowiadała o swoichświństwach?

- Nie, tylko ciebie to podnieca - zaśmiała się. - Inni byli cholernie zazdrośni o cień mężczyzny, jaki się pojawił obok. Nie rozumiem jak można mieć komuś za złe jego przeszłość? Czy wtedy myślisz o tym, jak oni mnie kochają?

- Różnie - odparłem.

Doszliśmy do momentu, kiedy wyczerpała już swoje wspomnienia, nie miała nic ciekawego do opowiedzenia. Zatoczyliśmy koło i zaczęła mówić ożyciu seksualnym ze mną. A tego nie chciałem słuchać.

*

* *

Jestem kimś kto ciągle szuka miłości. Czekam, a ona nie nadchodzi, ciągle jej nie ma i nie ma. Więc prowokuję i jedynie co uzyskuję to rozwarte uda, w które muszę wchodzić i wchodzić, aby ona miała ten swój cholerny orgazm. Wczoraj, kiedy skończyłem się pieprzyć wybuchła płaczem. Zapytana, dlaczego płacze, odpowiedziała,że nie miała orgazmu, już drugiej nocy nie może mieć ze mną orgazmu, a nie wychodziłem z niej przeszło pół godziny. Powinienem ją wcześniej dłużej lizać, bo to lubi, to ją podnieca. Nie powiedziałem jej tego,że kiedy ostatnio to robiłem, niemal nie wymiotowałem na jej seks.

*

* *

Coraz rzadziej goliłem się. Całkowicie zaprzestałem używania maszynki wieczorem. Zacząłem to robić zupełnieświadomie, w ten sposób pokazywałem swoją antypatię. Daleko było jeszcze do uczucia wstrętu, ale chwilami ogarniała mnie silna niechęć. Nie znosiła zarostu, domagała się ode mnie zlikwidowania szorstkości na brodzie. Na szczęście chodziłem czysty. Domyśliła się czegoś i zapytała, czy to oznacza koniec? Zaprotestowałem. Z niezrozumiałych powodów broniłem się przed powiedzeniem wprost tego,że powinniśmy się rozstać na jakiś czas, każdemu z nas dobrze zrobi przerwa. Wyszła z domu i po raz pierwszy nie wróciła na noc.

Mieszkanie było opustoszałe, ale nie sprawiało mi to przyjemności. Pomyślałem,że najwyższy czas podjąć decyzję, czy mam się wdać z nią w dłuższy związek. Ona zaczepiła się u mnie już mocno, coraz częściej używała liczby mnogiej, mówiąc na przykład: Musimy to kupić...

*

* *

Zadzwoniłem do Madleny, odebrała jej przyjaciółka. Zwracała się do mnie tonem głosu odrobinie protekcjonalnym i pogardliwym. Zachowywała się tak, jakby była poinformowana o wszystkim, co się między nami wydarzyło. Wyjechała do Hamburga. Czy chcę jej adres? Odmówiłem. Późniejżałowałem emocjonalnej decyzji.

Jakiś czas wcześniej przesłałem Madlenie maszynopis "Przebudzenia w piekle". Zależało mi bardzo na jej zdaniu, na reakcji, gdy odnajdzie w nim siebie, nas. Obawiałem się,że nie zrozumie moich słów. Nie zrozumie do końca.

*

* *

Czasami myślę,że od pisania zależy mojeżycie. W chwili, kiedy nie będę tego w stanie robić umrę. Formaśmierci jest drugorzędną kwestią.

*

* *

Jak odebrałbym sobieżycie? Powieszenie wydaje się być nieestetyczną formąśmierci. Tak samo podcięcie tętnic, strzelenie sobie włeb. Choć chwila, w której człowiek przystawia sobie do skroni zimną lufę pistoletu ma w sobie coś pociągającego. Ostatnia sekunda, w której podejmuje się decyzję naciśnięcia cyngla. Zażycie olbrzymiej dawkiśrodków uspokajających i nasennych, wydaje się mało pewnym sposobem. Skoczenie z wieżowca także nie daje całkowitej gwarancji. Przy szczęśliwym zbiegu okoliczności mógłbym przeżyć i sparaliżowany nie byłbym w stanie samodzielnie ponowić próbę samobójstwa. Trucizna może wiązać się ze zbyt dużym bólem. Utopienie się, powolne poddawanie się wodzie wydaje się najprzyjemniejszą formą samoeliminacji. Najprzyjemniejszą?!

List jest z Jugosławii, irracjonalne uczucie daje mi pewność,że wysłał go Maks. Kopertę rozdzieram z boku już na klatce schodowej, przy skrzynce. Mam wrażenie, jakby dotarły do mnie słowa, kogoś kto nadalżyje. W mojej głowie nie ma czasu przeszłego. Zaczynam czytać.

Marcel,

Nie będę się rozwodził, nie mam czasu i sposobności, aby napisać szczegółowo o sytuacji, w jakiej się znalazłem. Myślę, że nie uda mi się tego uniknąć. Nie ujdzie mi to na sucho. Być może za godzinę przyjdą po mnie i strzelą mi w łeb. Widziałem na własne oczy jak Chorwatowi, młodemu chłopakowi kazano odgryźć przyrodzenie swojemu współtowarzyszowi. Zrobiłem kilkanaście ujęć. Powinno mnie zastanowić to, że pozwalają robić zdjęcia. Tylko szaleńcy zostawiają po sobie ślady, te fotografie były jeszcze groźniejszymi dowodami niż moje własne oczy i pamięć. Trafiłem do tego oddziału poprzez Polaka, który jako najemnik zaciągnął się do ich armii. Kompletny świrus. Dla niego wojna jest jedynym uzasadnieniem jego życia. Nie opowiada się zażadną ze stron. Walczył już po obu stronach na tej wojnie. Wczoraj właśnie o tym się dowiedziano, poznał go jeden z wieśniaków, okupował jego wioskę. Pozwolili, aby wieśniak rozwalił mułeb, od razu na miejscu. Nikt nie robił dochodzenia, czy mówił prawdę. Nikt nie liczy się tutaj cudzymżycie, a na pewno zżyciem najemnika. Teraz przyjdzie kolej na mnie. Tylko dlaczego jeszcze tego nie robią? List wyśle mi Milan, dwunastoletni chłopak, zrobi to dla mnie, bo kiedyś zamierza zostać dziennikarzem. Pozwoliłem mu po mojejśmierci wziąć sprzęt fotograficzny, nauczyłem go się nim posługiwać. Czułem się jak stary mistrz przekazujący swoją wiedzę młodszemu uczniowi. To było przyjemne uczucie. Nie mogę już dłużej pisać. Gorączkowo szukam w głowie ostatnich słów, jakie chciałbym Tobie przekazać, ale mam koszmarną pustkę.

Maks

Płaczę, idę po schodach i płaczę. Gdzieś mam to, że widzi mnie sąsiadka z dołu. Nie potrafię się powstrzymać. Przywieram się dościany, przytulam do niej mocno, jest chłodna, policzek staje się lodowaty. Rozdzierający skowyt narasta wżołądku i wolno unosi się w górę, nagle wyrywa się z gardła. Kurczę się, zwijając w pozycję embrionalną. Wyję cicho, nie mam już siły aby krzyczeć głośno. W moim umyśle zatrzymał się obraz Maksa w kamizelce kuloodpornej, z uśmiechem faceta, któremu nigdy nie może się coś złego stać. Nie wierzył w swojąśmierć. Zapewniał,że umrze jako starzec włóżku sparaliżowany wylewem krwi do mózgu.

- Czy wierzysz w taką miłość,że kiedy oglądasz telewizor to patrzysz na telefon i myślisz, czy zadzwoni? - pyta Patrycja, przytulona do mojej piersi.

- To mija, jak różyczka, każdy przez to przechodzi.

- Jesteś cholernym cynikiem - obrusza się tonem głosu dziecka.

- Nie znam nikogo kto zabił się z miłości.

Podnosi się i opiera nałokciu, nasze twarze dzieli dwadzieścia centymetrów. Spoważniała, przestała mieć minę naburmuszonego dziecka.

- Nie słyszałeś ożadnym facecie, który widząc swoją kobietę włóżku nie chwycił za nóż lub pistolet i nie zabił obojga?

- Powiedziałem,że nie znam nikogo kto zabił siebie z powodu miłosnego zawodu.

- Jesteś draniem - opada głową na poduszkę, wciska w nią twarzą. Płacze. - Jesteś cholernym draniem. Nienawidzę cię. Ty nikogo nigdy nie kochałeś. Ty nawet siebie nienawidzisz.

*

* *

Patrzę na nią, kąpiącą się w wannie, z filmową pianą na grubość zaciśniętej pięści, ze słuchawkami discmana w uszach, powtarzającą, mrucząc, afrykańskie słowa piosenki Deep Forest.

- Twoim losem są samotność i zdrada - wypowiadam na głos pojawiającą się w głowie myśl.

Wyciąga lewą słuchawkę z ucha i krzyczy:

- Co mówiłeś?! Nie słyszałam.

Uśmiecham się i odpowiadam, kłamiąc:

- Nic, to nie ważne.

*

* *

W pokoju panuje cisza, telewizor ma odciętą fonię. Leży na kanapie skulona, w pozycji embrionalnej. Kiedy nakrywam ją kocem spostrzegam,że ma otwarte oczy. Nieśpi. Widok nieznośnie wyobcowanych oczu wywołuje we mnie dreszcz lęku. Szarpię delikatnie za ramię. Nie reaguje. Wzięła prochy? Przykładam palce do tętnicy szyjnej. Wyczuwam miarowy puls.

- Patrycja - wołam.

Na chwilę spotykają się nasze oczy. Dzieli nas oceaniczna pustka. Zażenowany szukam właściwych słów. Nie znajduję ich. Wycofuję się do kuchni i wyciągam z lodówki butelkę Bolsa, robię sobie mocnego drinka. Wypijam go duszkiem. Po powrocie do pokoju staram się nie patrzeć w jej stronę. Wlepiam wzrok w niemy telewizor. Może powinienem wezwać lekarza, ale nie potrafię zachować się tak paskudnie. Każdy z nas ma w swoimżyciu okresy, w których nie zachowujemy się racjonalnie. Przeraża mnie jednak nieobliczalność, nieznośnie silnażądza samozniszczenia.

- To jeden z moich ataków, nic groźnego, mam je raz na jakiś czas, kiedy ogarnia mnie silne zwątpienie - brzmiący pustką głos, wydobywa mnie z odrętwienia.

Nadal leży w niezmienionej pozycji. Waham się, czy mam do niej podejść bliżej i przytulić. Byłoby to sztuczne, pomiędzy nami wyrósł mur obcości, którego nie potrafię przekroczyć. Na szaleństwo bliskiego zawsze reagujemy w ten sam sposób, przed nami wyrasta ktoś nieznany. Ta obcość wydaje się nam być nieprzyjazna. Jest tak wielka,że nie potrafimy jej zapełnić.

- Miałam szesnaście lat - ciągnęła dalej, a ja nie miałem odwagi patrzeć na nią, nadal bezmyślnie wpatrywałem się w ekran telewizora. - Matka wyjechała na kilka dni poza miasto, zostałam sama w domu. Wtedy po raz pierwszy dopadło mnie tak silne zwątpienie. Było mi koszmarnie smutno. Podjęłam jakiś wysiłek, aby zrzucić z siebie tą czerń. Próbowałam czytać, włączyłam magnetofon, oglądałam telewizor, wyszłam na ulice, nie potrafiłam wejść z powrotem na kurs, z którego nagle zboczyłam. Matka miała relanium, dwójkę i jakieś inne tabletki nasenne, zażyłam wszystko co znalazłam i położyłam się do łóżka. Nie było specjalnej przyczyny, tylko ten czarny dół, w który wpadłam. Było mi strasznie źle. Kiedy się obudziłam po dwudziestu kilku godzinach myślałam,że znalazłam się w przedsionku pomiędzyżyciem aśmiercią. Nigdy jeszcze się tak nie najadłam strachu, jak wtedy. Dopiero własny wrzask przywrócił mnie do równowagi. Matka wróciła kilka godzin później, nie domyśliła się, co ze mną zaszło. Następnego dnia zauważyła brak tabletek, ale wykręciłam się twierdząc,że były przeterminowane i wyrzuciłam je. W głowie się jej nie mieściło,że mogę próbować popełnić samobójstwo.

*

* *

Daję Patrycji do przeczytania roboczy maszynopis "Przebudzenia w piekle". Czyta go bez przerw, od pierwszego do ostatniego słowa. Nie odzywa się do mnie, tylko od czasu do czasu uważnie zerka na mnie pytająco: "Czy ty to naprawdę ten sam, którego znam." Niecierpliwie czekam na jej osąd, zaskoczony jestem,że aż tak zależy mi na jej zdaniu.

Kończy czytać i mówi:

- Czy ktoś zamierza to wydać?. Jest to niezłe, ale takie ponure. Niektóre fragmenty są... - przez chwilę szuka właściwego słowa: -niesmaczne. Czytając to można pomyśleć,że nie znosisz kobiet, a to nieprawda. Może ty jednak ich nie lubisz? To,że nie potrafisz się bez nich obejść nic nie znaczy.

Oznajmiam,że wyjeżdżam do Niemiec. Zamierzam zakończyć swoją książkę. Ostatnia część będzie działa się na trotuarze Reeperbahnu.

- Kiedy się zobaczymy? - pyta. Ma oczy siedmioletniej dziewczynki, która wie o nadchodzącej katastrofie, ale nie chce dopuścić myśli,że to jest prawda. Jakby w ten sposób udało się przeciągnąć, oszukać los.

Leżymy nałóżku wpatrzeni w sufit, po kolejnym numerku. Pomiędzy nami powstał dystans, rozciąga się koszmarnie wielka obcość.

- Nie wiem, chyba na dwa tygodnie.

Milczy, prawdopodobnie nabiegły jejłzy do oczu. Jest histeryczką. Wszystko, nawet najmniejsza duperela może stanowić przyczynę jej wybuchu. Powinna się leczyć. Nie znoszę rozhisteryzowanych kobiet i facetów.

- Kto zajmie moje miejsce? - przerywa ciszę.

Nie chciałem przyjąć do wiadomości,że takłatwo odczytała moje intencje - mój służbowy wyjazd stwarzał powód do rozstania się. Zaistniała konkretna przyczyna. Nie kazałbym się na ten czas jej wyprowadzić, nie powiedziałbym tego, ale naprawdę o to mi właśnie chodzi.

- Więc kogo następnego przelecisz?

Nie odpowiadam.

Zdawało się to mało prawdopodobne, ale wyprowadziła się, obyło się bez dramatycznych scen. Jej płaczu, którego tak nie znoszę. Wykorzystała moją nieobecność, zaszedłem na kilka godzin do redakcji, spakowała się i wyszła. Na stole zostawiła kopertę. List był napisany naładnej błękitnej papeterii.


Drogi Marcelu,

Rozumiem,że nie chcesz się ze mną związać uczuciowo. Nie myślisz już tak jak kiedyś o tym, aby spróbować być ze sobą na stałe. Chcężebyś wiedział,że po raz pierwszy nie kalkulowałbym zysków i strat. Nie jestem tak wyrachowana, jak sądzisz!

Patrycja

*

* *

Wiadomość ośmierci Patrycji trafia tego samego dnia wieczorem do telewizji i radia. Newsy podają prawdopodobną przyczynę - samobójstwo, wyskoczyła z okna dziesiątego piętra. Zdjęcia z finału Miss i fotografie ześlubu. Nie ma słowa o jej osiągnięciach, bo do niczego nie doszła poza publicznym uznaniem piękna jej ciała. Ostatnim "sukcesem" było małżeństwo ze znanym fachowcem od reklamy, jednym z tych gości, którzy nigdy się nie pocą, zdobywają ludzi nadzwyczajną uprzejmością i uśmiechem.

*

* *

Mój pierwszy kontakt ześmiercią niczym się nie różni od wspomnień innych ludzi. Wujek zachorował na złośliwy nowotwór. Pamiętam wizytę w szpitalu, wszechobecną biel i ostrą mieszaninę zapachu chloroformu, bandaży,środków dezynfekcyjnych. Leżał nałóżku z kredowo białą skórą, naciągniętą do granic wytrzymałości na twarzy i rękach, pod nią uwidaczniała się cienka błękitna siećżyłek. Milczał. Patrzył na nas oczami zranionego psa, który bezradnie oczekuje swojejśmierci. Wkrótce po mojej wizycie umarł.

Kilka lat później sam trafiłem do szpitala na oddział dziecięcy. W rogu jednej z sal leżało dziecko, które mimo siedmiu lat wyglądało jakby miało półtora roku. Pokrywała go prawie przeźroczysta skóra. Tak jak wszyscy pensjonariusze często podchodziłem do jego łóżka, odkrywałem pościel i zsuwałem mu koszulkę, patrząc jak spod pergaminowej skóry wyłaniały się barwy i kształty wewnętrznych narządów. Chłopiec nie mówił, jedynie charczał, wydawał z siebie niezrozumiałe, niewyartykułowane dźwięki. Nie potrafił także chodzić. Śmierdział tak intensywnie, że całą salę wypełniał jego duszący zapach. To było przyczyną, że mówiono na niego śmierdziuch albo obsraniec. Któregoś dnia usłyszałem słowa pielęgniarek: "Kiedy wreszcie ten truposzczyk pozwoli nam odetchnąć? To roślina nie człowiek." A jakiś czas później: "Ordynator powiedział, że dajemy go w odstawkę." Jakaś niewytłumaczona siła prowadziła mnie do jego łóżka. Nie mogłem uwierzyć,że mając siedem lat można tak mikroskopijnie wyglądać. Truposzczyk nie wywoływał we mnie wstrętu. Mówiłem do niego, ale on patrzył się tylko niemo oczami. Z czasem narosło we mnie przekonanie,że Truposzczyk rozumie, posiadaświadomość mojej obecności, nawiązujemy ze sobą kontakt. Kilka dni po zasłyszanej rozmowie pielęgniarek umarł. Wówczas nie rozumiałem, jaka była prawdziwa przyczyna jegośmierci. Nie była to choroba Truposzczyka.Śmierć przyśpieszano poprzez niedożywienie.

Tego samego roku, wczesną jesienią przechodząc przez most ujrzałem zbiegowisko, ludzie wpatrywali się w mętną wodę, w której pływał topielec. Czarna głowa i jasnobeżowa skórzana kurtka. Czekałem wraz z innymi na przyjazd policji i straży. Ciało wyciągnięto z wody za pomocą bosaka; kiedy znalazło się na ziemi rozpoznałem w nim coś dobrze mi znanego. Zbliżyłem się najbardziej jak mogłem, policjanci robili zdjęcia, po chwili przekręcono je na plecy i wtedy ujrzałem sino bladą twarz Beaty, dziewczyny, z którą co tydzień spotykałem się w miejskiej bibliotece. Nasza znajomość nigdy nie posunęła się dalej niż do wymiany kilku zdawkowych zdań. Może dlatego,że dzieliła nas siedmioletnia różnica wieku. Jestem pewien jednego, darzyliśmy się wzajemnie sympatią. Ludzie twierdzili,że utopiła się z miłości, rzucił ją chłopak. Przez dwa, trzy miesiące zmagałem się ze strachem, jaki ogarniał mnie, gdy samotnie przebywałem w zamkniętych pomieszczeniach. Obawiałem się,że zostanę nawiedzony przez jej ducha. Pewnego razu odkręciłem kurek z wodą i wydało mi się,że wypływa jej ciało. Wystraszony wrzeszczałem tak głośno,że zaniepokojona sąsiadka przybiegła z dołu, aby zobaczyć co się stało. Unikałem przechodzenia przez most, z którego Beata się rzuciła do wody, a jeśli musiałem iść nim, trzymałem się jak najdalej od barierki.

*

* *

Telefon od Kamila, czy słyszałem o samobójstwie Patrtycji? Co o tym sądzę? Jak to mogę wytłumaczyć? Czy to prawda,że ostatniożyła ze mną? Odpowiadam na każde pytanie: "Nie wiem." Zirytowany ucinam naszą rozmowę: " A skąd ja to mam wiedzieć do cholery? Nie siedziałem przecież w jej głowie."

*

* *

Przez chwilę myślę,że nasze rozstanie było dla niej ostatecznym ciosem. Mija osiem tygodni, kiedy wyprowadziła się ode mnie. Ani razu nie zadzwoniła. Wydawało mi się,że widziałem ją przelotnie na NowymŚwiecie, po drugiej stronie ulicy, skręciła w Chmielną, zatrzymałem się na moment, zastanawiając się, czy nie pobiec za nią i nie zatrzymać. Zrezygnowałem. Uważałem,że najlepsze co mogę zrobić to zostawić ją w spokoju.

Nie, nie czuję się winny. Nigdy do niczego się nie zobowiązywałem, niczego jej nie obiecywałem. Kilka razy przed nią wywiodłem teoretyczny plan przyszłości naszego związku, wyraźnie okazując swoje wątpliwości w jego pomyślne zakończenie. Byliśmy ze sobą, bo dwoje z nas tego potrzebowało, może ona bardziej niż ja. Każdy z nas był nastawiony na branie, a nie dawanie.

Różniliśmy się bardzo. Nie do wytrzymania była w niej potrzeba zwracania na siebie uwagi. Mieliśmy bardzo różne spojrzenia nażycie, jej wydawało mi się nieznośnie realistyczne. Tak, tośmieszne, ale wydawała się być osobą bardziej realnie stąpającą po ziemi niż ja. Jak to się ma do jej samobójstwa? Kochała przesadę. Muszę jednak przyznać,że właściwie nie znałem Patrycji.

*

* *

Skąd w niej brało się przekonanie,że jestem twardszy od niej, bardziej wytrzymały na to, co przynosiżycie. Czy wywiodła tę ocenę z mojego cynicznego stosunku dożycia. Cynicznej ironii?

*

* *

Szukam wytłumaczenia jej desperackiego kroku. Czy samobójstwo może w ogóle coś tłumaczyć?



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

 „Nigdy nie oczekiwałem, by Latkowski nakręcił mi laurkę. Mam świadomość  jego ostrego spojrzenia na rzeczywistość. Świadomie zgodziłem się, by to właśnie Sylwester pomógł mi zamknąć bolesne przeżycia, przeszłość.  Jestem ciekawy lustra Sylwestra Latkowskiego, rozumiem, że nie zawsze może oddawać to samo, co widzę ja i inne osoby, które pojawiają się w filmie” – Michał Wiśniewski.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS