menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Wozacy

Powieść dokumentalna.
fragment
Dedykuję mojej Matce


Do napisania niniejszej powieści zainspirowały mnie wydarzenia i postacie autentyczne,


jednak muszę od razu uprzedzić,że jest to autfikcja.


Są[Ja1][Ja2] zagadnienia, które jak krwawełachmany

leżą w poprzek chodnika.

Ludzie przechodzą na drugą stronę ulicy,

bądź odwracają głowę,żeby nie widzieć.

J. Korczak " Pamiętnik"

I.
-------------------------------

1
Było wyjątkowo zimno, minus dwadzieścia dwa stopnie. Słońceświeciło ostrym, bladymświatłem. Miałem wrażenie, jakby ktoś rozsypał pod powiekami szpilki. Kłuło, a jedyną obroną było zamknięcie oczu. Na całe szczęście, to nie ja musiałem prowadzić samochód.

Jechaliśmy wolno, widząc, jak na oblodzonej jezdni tańczą koła przemierzających przed nami drogę samochodów.

- Patrz, zaraz wyląduje w rowie - nagle odezwał się Johan.

Minęło kilka sekund i stary Saab toczył się zgodnie z kierunkiem wyznaczonym przez rękę Johana. Obróciłem głowę w tył i ujrzałem przed zanurzonym w zaspie samochodzie stojącego bezradnie Fina. Sądząc po intensywnie uchodzącej z ust parze, wyrażał niezbyt pochlebną opinię o stanie nawierzchni drogi.

- To jeszcze nic, włosy stają dęba, gdy pomyślę, co będzie dalej. Tutaj, przynajmniej, z wierzchu odśnieżano drogę - skomentował Johan.

- Który raz jedziesz tą drogą? - zapytałem.

- Trzeci.

Ponownie spojrzałem w tył. Fin w przypływie rozpaczliwej bezsilności wymierzył kopniaka w martwą maszynę.

- Często bywałeś w Petersburgu? - we własnym interesie postanowiłem ciągnąć rozmowę, by zsunąć firankę senności, jaka zawisła nad przekrwionymi oczyma Johana.

- Sześć razy. Przeważnie gnałem fury* do Moskwy.

Sposób w jaki prowadził samochód - głowa wygodnie oparta o podgłówek, prawa ręka trzymająca kierownicę a lewa spoczywająca na kolanie - wywoływał we mnie niepokój. Pomyślałem,że dobrze oddaje jego niedbały stosunek dożycia. Pomimo trzydziestu dziewięciu lat, widocznych zakoli na głowie i siwizny wyzierającej spod kruczoczarnych włosów, w zachowaniu bardziej przypominał nazbyt swobodnego młodzieńca niż statecznego, odpowiedzialnego mężczyznę. Lubił powtarzać,że człowiek rzadko bywa istotą rozumną, bo gdyby taką był dawno straciłby wszelką nadzieję.

- Tobie także nieobcy jest Wschód? - zwrócił się do mnie po chwili ciszy.

Przytaknąłem.

- Więc nie wierzysz w chodzące po ulicach białe niedźwiedzie? - na twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- A gdybyś zobaczył, przed Petersburgiem, stojącego naśrodku drogi białego niedźwiedzia, zdziwiłbyś się? - zapytałem.

- Nie.

Wybuchnęliśmy razemśmiechem.

Od czterech dni znajdowaliśmy się w drodze. Wspólna podróż zbliżyła nas do siebie. Zaczęliśmy rozumieć się bez słów, ich znaczenia były dla nas zbędne. Wystarczały spojrzenie i mimika twarzy: uniesienie, opuszczenie albościągnięcie ku sobie brwi, skrzywienie ust. Ale najbardziej zespoliły nas spontaniczne, nie pohamowane, wybuchyśmiechu. Pojawiały się w naszych rozmowach tematy poważne, trudno uciec od nich, jeśli tkwi się w nich po uszy, ale dominował nastrój wyciszonej wesołości. Czegoż więcej może chcieć człowiek od drugiego człowieka, będąc skazanym na jego obecność?

Opuściłem fotel, przewróciłem się na prawy bok i wcisnąłem się w niego, najgłębiej jak potrafiłem. Zamknąłem oczy. Chciałem przez chwilę się zdrzemnąć. Wczorajszy wieczór i noc spędziliśmy w helsińskim Key West Pub, a po jego zamknięciu, w położonym tuż przy nim kasynie, gdzie postanowiliśmy wydać pozostałą nam resztę fińskich marek. Tam gdzie jechaliśmy światem władał amerykański dolar, niemiecka marka i... rubel. Jeśli gra się w ruletkę z zamiarem przegrania to, zazwyczaj los sprzyja, przez godzinę walczyłem ze szczęściem, które podwajało wartość posiadanych przeze mnie żetonów. Przestałem grać systemem, postawiłem wszystko na jeden numer i wreszcie przegrałem wszystko. W kieszeni pozostało mi kilka drobniaków. Starałem siężyć wspomnieniami poprzedniej nocy, by zagłuszyć w sobie ciągle gorącą przeszłość. Niestety, nie mogłem uciec od tlących się we mnie obrazów. Myślałem jak kazali się odwrócić przodem dościany i stanąć w rozkroku. Obmacali od stóp do piersi w poszukiwaniu broni. Założyli kajdanki na ręce. Zacisnęli je tak mocno, aż metalowe obejmy wżynały się w ciało. Przechodzący obok ludzie odwracali głowę , nie chcieli mieć z tym cokolwiek wspólnego albo patrzyli wzrokiem, mówiącym: I dobrze tak, bandycie!

Nie usłyszałemżadnego słowa wyjaśnienia. Nie rozumiałem, co się dzieje. Byłem ogłupiały. Czułem się jak filmowy statysta, któremu każe się robić to i tamto, oczekując od niego niewolniczego posłuszeństwa.

Po godzinnym przesłuchaniu, w czasie którego nadal nie podano przyczyny zatrzymania, znalazłem się w zakratowanej wnęce komisariatu. Nawet nie zdjęli kajdanek, choć nie byłem w stanie stąd uciec. Zza krat przyglądałem się przechodzącym korytarzem ludziom. Tylko nieliczni mieli na sobie mundury. Jednak wiedziałem,że nie było wśród nichżadnego cywila, zbyt pewnie się tu czuli. Wszyscy nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi albo tak doskonale udawli.

Po kilkunastu minutach czekania nie wytrzymałem, podszedłem do kraty i zaczepiłem młodego chłopaka:

- Słuchaj, dlaczego tu siedzę?

Patrzył na mnie z kamienną twarzą, nic nie mówiąc.

- Co takiego zrobiłem? - nalegałem.

- Zaraz się dowiesz - powiedział i odszedł, znikając w niedostępnej dla moich oczu części korytarza.

Wróciłem na swoje miejsce, siadając na drewnianej niskiejławce. Zapadłem się w sobie. bezmyślnie patrząc na obejmy kajdanek, splatając i rozplatając palce. Minęło pięć godzin. Usłyszałem szczęk otwieranej kraty. Podniosłem głowę i ujrzałem tego samego młodego chłopaka.

Wyciągnął w moją stronę rękę z kartką maszynopisu, mówiąc:

- Podpisz.

Spojrzałem na jego beznamiętną twarz, wziąłem kartkę i zacząłem czytać:


" Protokół zatrzymania osoby, miasto Szczecin, dnia..., godzina 12.10, komisarz... z III KRP w Szczecinie działając na mocy art.15 ust. 1 pkt. 3 ustawy...o godzinie 8.30 dokonał zatrzymania Piotra Kosińskiego, syna Tadeusza i Marii z domu Banasiak, urodzony 18.01.1966 roku w Gdańsku, zam. w Gdańsku, ulica...Zatrzymania dokonano z następujących przyczyn: zatrzymany w związku z zabójstwem Jana Skowrona i Joanny Sejny - Czytałem te słowa tak jakby nie mnie dotyczyły. - Zatrzymany Piotr Kosiński pouczony o przysługującym mu na mocy art. 206... Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisano dnia...,godz. 12.30. Podpis..."


- To niemożliwe - chciałem znaleźć zaprzeczenie w jego oczach.

- Podpisuj - powiedział sucho.

- Kiedy to się stało?

Uśmiechnął się nieznacznie. Domyśliłem się, o czym myślał.

- Przecież to nie ja zrobiłem - rzekłem.

Nie potrafiłem przyjąć do wiadomości,że wszystko dzieje się naprawdę, a nie jest koszmarem sennym, z którego za chwilę się uwolnię.

Godzinę później zostałem przewieziony zdezelowanymŻukiem do aresztu policyjnego. Trafiłem do jeszcze mroczniejszego i bardziej przytłaczającego miejsca.

-Ściągnij rzeczy - sucho nakazał, otyły strażnik.

Rozbierałem się wolno, składając rzeczy na niską, drewnianąławkę, pomalowaną olejną farbą. Stanąłem przed nim nagi, patrząc mu prosto w oczy, bez cienia wstydu. Czy wtedy narodził się we mnie bunt przeciw takiemu instrumentalnemu traktowaniu mojej osoby?

- Nachyl się i rozszerz tyłek... Prędzej!

Bez sprzeciwu wykonałem polecenie.

- Wkładaj mundurek, i tak już go będziesz nosił do końca - zadrwił i wskazał na złożone w kostkę ubrania, leżące na postawionym obok krześle.

Wciągnąłem na siebie więzienny uniform, a na gołe stopy założyłem granatowe, przyduże, trampki bez sznurowadeł.

- Przodem - kiwnął głową w stronę metalowych drzwi.

Po przejściu wąskim przejściem i wspięciu się po schodach na piętro znalazłem się na szerokim korytarzu. Panowała nieznośna cisza. Na całej długości prawejściany, w równych odstępach, widniały drzwi z judaszami. Kiedy dotarłem do ostatnich, piątych drzwi, niepotrzebnie usłyszałem:

- Zatrzymaj się.

Strażnik otworzył je i gestem ręki nakazał wejść dośrodka.

Cela była niewielkim pomieszczeniem z zamaskowanym oknem. W powietrzu roznosił się smród uryny iśrodków dezynfekujących. W rogu przy drzwiach stał skorodowany czarny kubeł, przykryty blaszaną pokrywą , służący jako sedes. Większą część celi zajmowało legowisko dla trzech osób - twardy materac umieszczony na postumencie zbitym z desek. Za okrycie służyły szorstkie, ciężkie od kurzu i potu, szare koce.

Nagle pomieszczenie rozdarł szczęk stalowej zasuwy w drzwiach, aż drgnąłem. Odruchowo odwróciłem głowę w ich stronę. W judaszu ujrzałem oko strażnika, które po chwili zginęło w ciemnościach.

Nie przespałem tej nocy.

Następnego dnia rano, podczas przesłuchania, podsunięto mi pod twarz grubą linę, z której zrobiono stryczek.

- Przyjrzyj się. Będziesz na nim wisiał. To ciebie czeka!

Pchnięto mnie na krzesło. Trójka policjantów w cywilnych ubraniach, z pistoletami w czarnych kaburach, zawieszonymi pod ramionami, jak w amerykańskich filmach, obsiadła mnie wokoło. Czułem się jakbym był otoczony przez ujadającą sforę psów.

- No, mów wreszcie i tak już wszystko wiemy .

Niespodziewanie jeden z nich, uderzył mnie w udo.

- Tobie, także, powinno się przystawić pistolet dołba i zastrzelić - powiedział.

Czułem jak po policzku spływa miłza.


2.


- Piotr,śpisz?

- Nie - odpowiedziałem, prostując się i unosząc fotel do poprzedniej pozycji.

- Nadal nie możesz dojść do siebie? - spojrzał na mnie.

- Nie potrafię się przyzwyczaić. - urwałem i po chwili powiedziałem: - A właściwie do czego mam się przyzwyczaić? Do tego,że od dwóch tygodni uciekam?

Johan patrzył na drogę. Wyciągnął z kieszeni paczkę Marlboro i położył ją na lewe udo. Wyjął z niej papierosa i włożył go pomiędzy palce lewej dłoni, przytrzymującej od dołu kierownicę. Wziął rozżarzoną zapalniczkę, przypalił papierosa i włożył ją na swoje miejsce. Nie robił sobie nic z tego,że chwilami tracił kontakt z kierownicą i samochód bezwładnie toczył się po oblodzonej drodze.

Z przyjemnością zaciągnął się papierosem.

- Nie powinieneś w to wszystko wchodzić - odezwał się.

- To znaczy?

- Nie pasujesz do tegoświata. Tacy jak ty są na straconej pozycji. Zawsze przegrywają.

Milczałem.

- Kiedy powinno być wyrachowanie - mówił, patrząc na drogę - u ciebie pojawiają się emocje.

W pierwszej chwili chciałem zaprotestować. Ale w duchu przyznałem mu racje, więc nic nie odpowiedziałem.

3.

- Pomyślałem,że niedługo utracęświat, w którym można chwilami odpocząć - przerwałem i dodałem: - Wschód zawsze mnie męczył, nigdy nie czułem się tam dobrze.

- Tak, wszędzie nędza. Wszystko tamśmierdzi, a przynajmniej ma swój specyficzny zapach. Nawet kobiety. Zwróciłeś uwagę,że pachną inaczej?

Na twarzy Johana pojawił się lubieżny uśmieszek. Odpowiedziałem wymuszonym uśmiechem.

- Rosyjskie dziewczynki - rozmarzył się, ale po chwili jego twarz straciła blask. - Kiedyś jedna z nich powiedziała: Nie stać mnie na uczucia. Uczucia są tylko na filmach,życie w tym kraju nie ma nic z melodramatu.

Przerwał.

- Wschód to jeden wielki rozpiździaj - dodał.

Zerknął w tylne lusterko.

- Dziadek daje znak, chce się zatrzymać - odezwał się. - Dobrze,że nie jest ciemno, przynajmniej się nie zgubi.

Za nami, przyklejone do bagażnika, podążało ciemno burgundowe BMV 750, prowadzone przez Dziadka.

- Trzyma się nas, jak dziecko matczynej spódnicy - skomentowałem.

- Zawsze trzęsie dupą, gdy ma tam jechać. Opowiadał tobie o swojej pierwszej podróży na Wschód?

Zaprzeczyłem głową.

Opowiedział, jak to zaraz po przekroczeniu litewskiego szlabanu w Ogrodnikach, zajechała im drogęŁada. Wyskoczyło z niej dwóch bandytów.* Dziadek, oniemiały z wrażenia, nie zdążył zablokować drzwi. Napastnicy wykorzystali to i natychmiast weszli do kabiny. Jeden z nich przystawił mu do głowy pistolet. Kazali jechać dalej i nie robićżadnych głupstw. Na szczęście Johan szybko ochłonął i widząc przed nimi policyjny posterunek, chwycił kierownicę i skierował ją w tamtą stronę. Dziadek zaskoczył i docisnął pedał gazu, by po chwili gwałtownie zahamować. Zatrzymali się kilkanaście centymetrów przed radiowozem. Chłopcy zbaranieli, nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Johan wyskoczył do glin, machając rękoma i krzycząc: "Napad!".

- Nie bałeś się,że mógł strzelić? - spytałem.

Johan spojrzał na mnie i powiedział lekceważąco:

- Mało prawdopodobne.

- Raczej to nie przy twojej głowie trzymano pistolet, więc mogłeś zaryzykować.

- Przestań - prychnął. - Niczego nie kalkulowałem, to był impuls. Zachowałbyś się inaczej?

- Oddałbym samochód od razu przy szlabanie, gdzie was zatrzymali. Po co dawać czas i możliwość na głupie myśli? Nie chciałbym znaleźć się w lesie z kulą w mózgu.

- Gdybym tak zrobił, miałbym w plecyładną sumkę - odparował.

-Żadne pieniądze nie są warte...

Przerwał mi, mówiąc:

- Zapomniałeś,że ryzyko wpisane jest w ten biznes.

Uśmiechnąłem się sarkastycznie, co wywołało w nim jeszcze większą irytację.

- Nie wiedziałeś,że mieli układ z pogranicznikami i gliniarzami, których wołałeś na pomoc? - zapytałem.

- Pieprzysz - uciął.

- Na granicy powinieneś zauważyć nadmierne zainteresowanie pograniczników. Na pewno kazali wam zjechać na bok, chociaż widzieli jak Polacy sprawdzali samochód. Przetrzymali was tylko po to, aby poinformować tamtych chłopców. Byli z Kowna?

- Tak.

- To nie był ich pierwszy numer. Kiedyś na drodze ostrzelali z broni maszynowej Mercedesa, który nie chciał się zatrzymać.

- Pogranicznikom chodziło wyłącznie o zwyczajowy haracz - bronił swoich racji.

- Mylisz się, nie chodziło tylko o sto dolarów za to, że nie postawią pieczątki w paszport i nie wpiszą numerów samochodu. Od jakiegoś czasu zrobili się tak bezczelni,że skubali ze wszystkiego, co mogli. Za to,że was wystawili mieli otrzymać prowizję. Policjanci musieli wziąć włapę, inaczej tamci nie wjechaliby na granicę.

- Musieli zareagować, było za dużo ludzi.

Uśmiechnąłem się pod nosem i spytałem:

- Gdybyś znajdował się w tej kolejce, wyszedłbyś na ratunek? - zadałem kolejne pytanie.

- To dlaczego gliniarze zareagowali?

- Widocznie za mało dostali.

4.

Na zaśnieżonym horyzoncie pojawiła się stacja benzynowa. Dziadek, od jakiegoś czasu, dawał nerwowe znaki kierunkowskazem.

- Dobrze, dobrze, widzę przecież - komentował Johan. - Nie pojadę bez ciebie, w twoim także mam udział.

Obrócił głowę w moją stronę.

- To jest ostatnia szansa zjedzenia ludzkiego posiłku - powiedział. - Tam nie tknę niczego.

Siódemka* Dziadka ostrożnie zaparkowała, przy restauracji. Tuż przy niej brawurowo zatrzymał się Johan. Zza okien wglądały na nas zaciekawione twarze Finów.

- Takie fury, to u nich rzadkość. Na palcach jednej ręki można policzyć ile ich tu jeździ - skomentował Johan, wciągając na ciemny garnitur Bossa długi, jasnoróżowy, wełniany płaszcz. Zachowywał się w sposób mówiący: No, patrzcie, całe życie tyracie i tyracie, i nigdy nawet nie będziecie mogli przejechać się takim autem, włożyć takiego garnituru i płaszcza. Zaczynałem rozumieć go, dlaczego lubi to robić. Właśnie dzięki tym kilku dniom, czuje się kimś innym. Od czasu do czasużyjeżyciem, którego nigdy nie zaznają, choćby przez chwilę, patrzący na niego ludzie. Każdy w jakiś sposób musi odreagować szarość, w jakiej na co dzień tkwi. Bez znaczenia było fakt,że samochód i garnitur pochodziły z kradzieży. Johan przed wyjazdem i Johan w czasie podróży, to dwaj różni ludzie.

- Patrzcie, patrzcie mróweczki - mówił pod nosem.

W naszą stronę zbliżał się Dziadek; w niebieskiej, sportowej czapce, z fińskim napisem, kupionej w Helsinkach. Kiedy wyruszaliśmy z Niemiec słońce tak grzało, że można ludzie na ulicachściągali płaszcze i chodzili w samych marynarkach. Nasze ubrania, zwłaszcza pantofle, wywoływały u grubo opatulonych Finów zdziwienie. Czapeczka nie pasowała do wyglądu Dziadka, gubiła gdzieś jego dostojność. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę,że wyglądał wręczśmiesznie.

- On naprawdę zdziadział - zwrócił się do mnie Johan. - Strach pomyśleć, jak będzie wyglądał po tej wyprawie.

Dziadek stanął przy nas i oświadczył:

- Musze się odlać.

- Co, masz ciśnienie? - usta Johana ułożyły się w ironiczny uśmiech.

- Ty znowu swoje. Nawet wysikać się nie można - odszedł, urażony, w kierunku wyznaczonym przez strzałkę z symbolem toalet.

- Chłopak przestaje trzymać fason, oby nie pękł na granicy - powiedział do mnie Johan.

- Tylko zrzuć z siebie wszystko,żebyś później nie musiał przystawać, bo na tym mrozie odpadnie ci fiut - krzyknął do Dziadka.

Śmiejąc się, weszliśmy do ciepłego pomieszczenia, wywołując swoją obecnością, zainteresowanie pozostałych tubylców, którzy nie widzieli nas przez okno restauracji. Johan zmierzał pewnym, wyniosłym krokiem w stronę sali restauracyjnej, zatrzymałem go, mówiąc:

- Tu jest satelitarny telefon, wątpię aby później nadarzała się taka możliwość.

- Jak zwykle, Piotrze, masz rację; co ja bym bez ciebie zrobił? - drażnił mnie swoim sarkazmem.

- Poprosiłbyś pogranicznika, aby przekazał tym, co trzeba,że przywiozłeś towar i niech czekają w najbliższym mieście - odparowałem. - Oczywiście z pieniędzmi w zębach.

Johan wystukał na klawiaturze numer. Po krótkiej chwili uzyskał połączenie i zaczął mówićłamanym rosyjskim. Robił to głośno, tak jakby większą siłą głosu mógł nadrobić braki językowe.

- Halo!... Sasza w doma?... Sasza! Tu Johan. Jadu z Germanii! Poniała? Szto?

Po chwili odwrócił się w moją stronę, z bezradnym wyrazem twarzy i irytacją w głosie:

- Cholera, pogadaj z nią i wytłumacz. Ciągle powtarza,że nie rozumie, głupia pipa.

Przejąłem słuchawkę i zacząłem rozmawiać z młodą dziewczyną. Szybko domówiliśmy się, o której godzinie i gdzie się spotkamy. Nie potrafiłem jednak oprzeć się wrażeniu,że coś jest nie tak. Głos dziewczyny był nienaturalny, pełen wahania; z pewnością należał do jakiejś dziewczynki, której kazano powiedzieć wcześniej wyuczony na pamięć tekst. Wydawało mi się,że w tle słyszałem męski głos. Ktoś przysłuchiwał się rozmowie i podpowiadał, co dziewczyna ma mówić. Dlaczego sam nie rozmawiał przez telefon?

- Johan, jesteś pewny tego układu? - spytałem.

- Co się stało? Puszcza ci ciśnienie, jak Dziadkowi?

- Przestań żartować. Już wcześniej nie zrobili tak, jak się umawialiście. Nie przyjechali do Helsinek, tłumacząc, że w tak krótkim czasie nie otrzymają wiz. Jest tośmieszne tłumaczenie dla Ruska, który dobrze wie,że w jego kraju jest to wyłącznie kwestią pieniędzy i godzin, a nie tygodni. Dobrze wiesz,że blefowali.

- To jest sprawdzony układ - uciął.

- Nie przez ciebie.

- Marek nie wpuszczałby w kanał, przecież sam ma udział w interesie. Jeśli zabiorą mi, to tak, jakby zabrali jemu.

- Oni znają Marka, nie ciebie. Może nie wiedzą,że ma też w tym udział?

- Widziałem się raz z Saszą w Grodnie. Wszystko było w najlepszym porządku.

- Tam nie był na swoim terenie, po drugie byłeś wozakiem* , a nie sprzedającym. To jest duża różnica.

- Pieprzysz jak potłuczony - zdenerwował się. Pod skórą także musiał czuć to, co powiedziałem, lecz nie chciał tego przyjąć do wiadomości i wyciągnąć odpowiednie wnioski. - Nie gadaj tak przy Dziadku, bo ten gotowy zostawić furę i wracać autostopem do Faterlandu*.

- Nie musisz się na mnie wkurzać, to wyłącznie twoja sprawa. Chciałem zwrócić uwagę na brzęczyk, jaki się powinien pojawić, gdy usłyszałeś,że Sasza nie może przyjechać do Helsinek i transakcja ma się odbyć na ich terenie. To był dzwonek ostrzegawczy, którego nie powinieneś lekceważyć. Od tej pory się wyłączam.

Skarciłem siebie w duchu za wsadzanie nosa w nie swoje sprawy. Jeśli ktoś koniecznie chce odmrozić sobie uszy, to dlaczego mam mu to zabraniać?

- Jeśli coś będzie nie tak, skorzystam z twoich układów - rzekł pojednawczo. - Chyba masz jakiegoś znajomego w Petersburgu?

- To nie jest takie proste. Nie jedziesz do nich. Tam nikt nie lubi wchodzić w cudze układy.

W holu pojawił się Dziadek, więc zamilkłem. Johan zaczął prowadzić z nim rozmowę o niczym, siląc się na dobry humor, a mnie nie opuszczała myśl,że coś jest tu nie tak.

- Johan, daj kartę telefoniczną - poprosiłem.

- Zostało mało jednostek. Do Polski nie da się z niej dzwonić.

- Chcę wykonać telefon do Petersburga.

Kiwnął głową z wymuszonym uśmiechem.

Z pamięci wystukałem kierunek i właściwy numer. Po chwili usłyszałem wolny sygnał. Nikt nie podnosił słuchawki. Poczekałem kilkanaście sekund i odłożyłem ją na widełki.

- I co, dodzwoniłeś się? - spytał, gdy oddawałem mu kartę.

- Nikogo nie ma w domu - odpowiedziałem.

5.

Po długim, celebrowanym i wydłużanym w nieskończoność obiedzie, nikomu z nas nie śpieszyło się do celu podróży, etap końcowy należał do najmniej przyjemnych w tej wyprawie, ponownie wsiedliśmy do samochodów i w pochmurnych nastrojach udaliśmy się w drogę. Wiedziałem,że Johan pragnie, abym pomógł mu wypchnąć na zewnątrz ponurość unoszącą się w powietrzu, a przede wszystkim wypełniającą nas wśrodku, umiejscowioną w okolicachżołądka. Niestety, okazałem się marnym kompanem, zająłem się własną osobą, walczyłem ze wspomnieniami, które jak natrętne muchy mnie obsiadały. Na jego słowa odpowiadałem mruknięciami i wymuszonymi uśmiechami.

- Przychodzi koń do baru i zamawia piwo. Zdumiony klient pyta barmana: " Nie dziwi to pana?". Ten odpowiada: "Tak, zazwyczaj zamawia dwa" - zarechotał Johan, na co zareagowałem wymuszonym, rachitycznymśmiechem .

Zbliżaliśmy się do granicy i jeszcze bardziej uwidaczniał się jego niepokój, z trudem maskowany opowiadaniem drętwych kawałów oraz wypalanymi jeden po drugim papierosami. W kabinie zrobiło się szaro. Nie było czym oddychać, w płucach czułem zwały gromadzącej się nikotyny.

- Muszę na chwilę otworzyć okno - rzekłem.

- Piotruś, słabo ci? - spytał z fałszywą czułością, za którą kryła się ironia. - Nie martw się, w razie czego powiesz, że spotkaliśmy się w Niemczech i, okazyjnie, zabrałeś się ze znajomym do Petersburga. O niczym nie wiedziałeś. Przecież nigdy nie wsiadłbyś do pieca*. Jesteś porządnym biznesmenem. Właśnie jedziesz podpisywać kontrakt na kurczaki i masło dla wygłodniałej Rusi. Ja to potwierdzę i po kilku godzinach będziesz mógł zabrać się dalej stopem. Pamiętaj,żeby tylko zadzwonić do mojejżony.

- Daj spokój. Nie pal tyle, zaczynam się dusić. Wiem,że to nerwowa sytuacja, ale kolejny papieros nic nie pomoże.

Milczał ze stężałą twarzą, po chwili obrócił się do mnie i powiedział:

- Będzie, co ma być.

Powtórzyłem to samo i wybuchnęliśmy soczystym śmiechem, śmiechem, który pomógł nam odzyskać utraconą, w restauracji, świadomość tego, że rzeczy, które uważamy za śmiertelnie poważne, tak naprawdę wcale nie są najważniejsze. Gdyby człowiek nie zapominał tej prawdy,świat wydawałby się nam bardziej znośny dożycia, a przynajmniej częściej byśmy potrafili sięśmiać i nie chodzili z nosem przy ziemi.

- Dziadek powinien zatrzymać się przed granicą i podłożyć pieluchę - odezwał się Johan. - Może popuścić i zniszczy skórę na siedzeniu.

- Potrącisz mu.

- Zaplułby się naśmierć. Zawsze kłóci się o każdego feniga. - umilkł na chwilę, przypalił papierosa i kontynuował - Faterland zmienia ludzi. Dziadek w Polsce był zupełnie inny. Swój chłop. Dopiero w Niemczech stał się Geitz*. Każdy Polak, zanim wyda markę w Aldim lub Penym, kilkakrotnie ją obejrzy i poszuka miejsca, w którym stoi towar z kończącą się datą przydatności do spożycia.

- Czyli najtańszy towar w najtańszym sklepie - prychnąłem.

- Dokładnie - potwierdził.

- Długo mieszkasz w Niemczech?

- Dziesięć lat. Ile miałeś przy sobie marek, gdy wylądowałeś w Berlinie?

- Dziewięć.

- W takim razie byłem w lepszej sytuacji, miałem sto. Do Faterlandu* przyjechałem z obozu dla azylantów we Włoszech. To Marek pożyczył mi pieniądze na podróż i pomógł się zaczepić na miejscu. Dlatego rozumiem, co to znaczy znaleźć się w obcym kraju, wśród obcych ludzi, bez grosza w kieszeni.

- Dzięki mnie spłacasz dług? - uśmiechnąłem się gorzko, nie rozumiejąc, dlaczego poczułem gorycz w tym, co powiedział.

- Może? - zamyślił się i po krótkiej pauzie, rzekł - Było kurewsko ciężko. Człowiek miał chwile,że tylko wódka ratowała przed najczarniejszymi myślami. Przynajmniej tak się wydawało wtedy.

- Dzisiaj tak nie uważasz?

- Chcesz powiedzieć,że dużo piję? - posłał mi krótkie, najeżone spojrzenie. - Wiem,że nie jest to rozwiązanie. Czasami myślę,że wódka ma nade mną władzę - zamyślił się.- Ale potrafię nie sięgnąć do kieliszka przez miesiąc, jeśli twardo postanowię - powiedział z odzyskaną wiarą w siebie.

- Niektórzy mówią,że jest to symptom alkoholika. A przynajmniej członkowie klubów anonimowych alkoholików.

- Pieprzysz, jak potłuczony. Chwilami jesteś męczący - zamilkł, by zaraz rzec usprawiedliwiająco: - Ale lubię z tobą rozmawiać.

Wiedziałem,że nie kłamie; ja także lubiłem z nim spędzać czas, nawet nudne godziny w jego towarzystwie, nie wydawały się być aż tak nieznośne do wytrzymania. Johan był facetem, z którym będąc przez długi okres sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu, szybko można uzyskać ten rodzaj porozumienia, który pozwala uniknąć chęć rzucenia się do gardła swemu współtowarzyszowi. Tacy ludzie rzadko się trafiają, przynajmniej ja zbyt mało takich spotkałem.

- Zastanawiam się tylko, dlaczego jeszcze nie strzeliłeś sobie włeb albo się nie zawiązałeś sobie sizalowego krawata na szyi? - kontynuował. - Z twoim myśleniem trudnożyć. Prowadzi do jednego, prędzej czy później człowiek kończy ze sobą.

- Lub kończą z nim.

- Na jedno wychodzi, zwłaszcza, gdy dobrowolnie kładzie się głowę pod topór kata.

6.

Johan zaczął opowiadać o swoim początkużycia na upragnionym Zachodzie, w wymarzonym kraju, jakim miały być Niemcy. Była to kolejna historia o utracie złudzeń, jakie przeżywa każdy emigrant. Pojedyncze przypadki zaprzeczające temu, są tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę.

- Dostałem pracę w kuchni, w tym samym motelu, gdzie odbieraliśmy siódemkę Dziadka - mówił. - Po jakimś czasie wzięli mnie na salę i pracowałem jako kelner. W międzyczasie otrzymałem, dzięki papierom ojca, obywatelstwo.

- Czyli sprzedałeś Polskę? - wtrąciłem.

- Inaczej nie można było. Każdy, aby zostać porządnym niemieckim obywatelem musiał oszkalować miejsce, z którego wyszedł. Tylko nie wszyscy chcą się do tego przyznać. Zawsze chodzi o to, by było lepiej, a nie gorzej. Ty też uciekasz, bo nie chcesz jeść na aluminiowym platerze.

Droga miała coraz gorszą nawierzchnię. Asfalt zsiwiał od przybrudzonej warstwyśniegu, leżącej na nim. Na poboczach i parkingach pojawiły się samochody z rosyjskimi rejestracjami, przypominające ruchome złomowiska wraków.

- Czasy, gdy przywoziło się dwieście marek do Polski i było panem, szybko minęły - odezwał się po zamyśleniu. - Ci, którzy pozostali pobudowali domy, jeżdżą dobrymi samochodami, a ja ciągle mam starą sierrę. Człowiek nie chce być gorszy, nie po to wyjeżdżał, by wyjść na frajera. Jeśli nie masz pracy, to szybko przełamujesz wszelkie opory i zaczynasz kraść w domach towarowych, wchodzić naśrubokręt do samochodów. Wkurwiasz się na to, ale nie chcesz, by w Polsce myślano,że jesteś dziad.

- Wchodziłeś do sklepów? - zdziwiłem się.

- A co ty myślisz? Masz babę i dziecko, to ma się inny wybór? Pamiętasz Czesia? To ten, u którego byliśmy przed wyjazdem.

- Niegłupi człowiek - potwierdziłem głową.

- Zaczął kraść w sklepach. Garnitur, który mam na sobie jest od niego. Skończył mu się zasiłek i nie może znaleźć pracy.Żona dorabia jako "pucy frau"*, a z tego wyżyć się nie da. Muszą opłacić mieszkanie, wyżywić siebie i dwójkę dorastających dzieci.

Przerwał.

- Wieczorami może tylko usiąść przy telewizorze i wypić browar, patrząc na swój tytuł magistra. Zawsze, jak więcej wypije wraca do tego,że nie jest taki głupi, przecież ma magistra!

- Trudno wyobrazić sobie Czesia wynoszącego damskie rajstopy pod płaszczem - powiedziałem, nie dowierzając.

- Tak, jak wielu osobom trudno sobie wyobrazić ciebie z listem gończym na plecach.

7.

Dziadek przestępował z nogi na nogę. Twarz miał bledszą od leżącego wokółśniegu. Zdenerwowanie nadrabiał najgłupszym ze swoich uśmiechów, który wydawał się być na stałe przyklejony do ust.

- Robi się coraz ciężej - wyrzucił nagle z siebie Johan. -Żona, ostatnio, wracając do domu, własnymi kluczami nie mogła otworzyć mieszkania. Wetknięta w drzwi kartka informowała,że nowe są do odebrania na policji. Zrobili rewizję, ale niczego nie znaleźli.

Dziadek otworzył bagażnik, następnie podniósł maskę, pod którą celnik wsadził głowę.

- Co ten kurduplowaty Fin tak węszy? - syknął Johan. - I tak nie wie, gdzie w siódemce znajdują się numery.

- Nieuzasadniona niczym nadgorliwość, przecież takie auta, co kilkanaście minut wjeżdżają przez ich przejście do Rosji. A Dziadek mógł wziąć jeszcze mniej rzeczy ze sobą, wiadomo, droga z Niemiec do Petersburga tożabi skok. Nic się nie rzuca w oczy - powiedziałemżartobliwym tonem, chcąc rozładować napiętą atmosferę.

- Co on jest taki, kurwa, miły dla niego! Niech sam stoi na mrozie i sprawdza, aż mu tyłek odpadnie.

Celnik i pogranicznik podeszli do naszego BMW 850. Johan uchylił szybę, wystawił dokumenty i z uśmiechem spytał po niemiecku:

- Was darfs sein?*

Stanęli przed maską i przeglądali papiery. Dali znak ręką,żeby otworzyć maskę samochodu. Johan zwolnił blokadę, ale tamci bezskutecznie próbowali podnieść maskę w górę.

- Jeszcze mi, kurwa, uszkodzą! - wrzasnął.

Wyszedł do nich, przeklinając. Zgrabnym, pokazowym ruchem niczym prestidigitator spowodował,że maska uniosła się w górę.

- Dalej sami się męczcie i szukajcie - powiedział po powrocie do kabiny i nacisnął przycisk, zamykając boczną szybę. Rozparł się w fotelu i zaczął nucić nieznaną mi piosenkę.

Po dziesięciu minutach, bezradni, lekko poirytowani Finowie oddali dokumenty i szlaban podniósł się w górę.

- Głąby kapuściane, kogo chcieli przechytrzyć? - odzyskał humor.

- Jeśli będziesz częściej przejeżdżać tędy, wprawią się. Dla dwóch beemek nie będą uczyć się ich topografii.

- Do tego czasu zdążę przeciągnąć trochę fur pod ich nosem.

- Obyś nie ty zapłacił frycowe.

- Spójrz lepiej na Dziadka, może trzeba mu podrzucić nitroglicerynę?

Dziadek był nadal spięty, ale na twarzy nie miał już głupkowatego uśmiechu.

- Tym razem, zablokuje drzwi - powiedziałem,śmiejąc się. Na co, Johan, także odpowiedział krótkimśmiechem.

- Granica dla niego to pryszcz, dopiero teraz robi w gacie. Wjechaliśmy na Dziki Wschód. A tego najbardziej się boi.

Patrząc na drogę i pojawiające się na horyzoncie zabudowania, dosłownie czuło się,że wraz z drogą kończy się wszelka cywilizacja. Asfalt stał się szorstki. Trudno powiedzieć, kiedy ostatnio przejechał tędy odśnieżający pług. Dominowała szarość. Budynki odprawy granicznej na pustej przestrzeni wyglądały posępnie. W pierwszej chwili miałem ochotę powiedzieć Johanowi,żeby zawrócił i zostawił mnie po Fińskiej stronie. Rzeczywistość, która dla wielu była egzotyczna, dla mnie dawno została odarta z fascynującej tajemniczości. Wschodnie mocarstwo przerażało nie swoją siłą, ale wszechwładnym rozpadem i nędzą.

Nagle przed samochód wyszedł z lasużołnierz z kałasznikowem. Johan zahamował i otworzył szybę.

- Cygarety imiejecie? - wetknął głowę do kabiny.

- Bierz - Johan rzucił napoczętą paczkę Marlboro. - Imperium cholera - powiedział po wszystkim.

Ten samżołnierz zatrzymał samochód Dziadka.

- Na pewno pyta, czy nie mażuwaczki* - skomentowałem.

8.

- Całe szczęście,że został tylko kawałek drogi. Dowieźć cało fury i w samolot do Faterlandu. Jak człowiek tam siedzi, to nie zdaje sobie sprawy, jakie spotkało go szczęście - Johan mówił, zaciągając się papierosem . - Czy pomyślałeś,że ciebie także czeka emigracja, ale nie z powodów ekonomicznych, a kryminalnych?

- Przecież ja ich nie zabiłem - uniosłem się i poczułem jak tonę w rozpaczliwej bezradności.

- Kto w to wierzy?

- A ty? - spojrzałem na jego twarz i czekałem na odpowiedź.

- Nie mógłbyś tego zrobić, ale zawsze można się bawić pistoletem, który przez przypadek wystrzeli.

- Gliny też tak myślą. Nawet nie znałem ich nowego adresu. Po wszystkim się okazało,że bliska mi osoba znała, ale ukrywała go przede mną.

- Powinieneś się cieszyć, bo na pewno poszedłbyś tam. Może byłoby to w tym samym dniu, na kilka godzin przed zabójstwem. Nie wyplątałbyś się z tego takłatwo, trochę byś posiedział, zanim puściliby cię wolno. Nikt by nawet nie przepraszał. Jeśli w ogóle by cię puścili.

- Za posadzenie mnie w dołku także nie przeprosili.

- To nie leży w ich naturze. Cholernie nie lubią się mylić, obstają przy swoim do końca, nawet jeśli wychodzą na idiotów.

Zamilkł i po chwili spytał:

- Więc liczysz na to,że upływający czas pozwoli rozwiązać sprawę?

- Wątpię, poszli w błędnych kierunkach.

- Dlaczego nie pomogłeś znaleźć właściwego?

- Chciałem, ale okazało się,że dla nich nie liczę się ja, ani moja rodzina, zależy im tylko na tym, aby wyssać ze mnie wszystko i jako bezużytecznego wyrzucić naśmietnik.

- Dalej radź sobie sam, skąd ja to znam?

9.

Opowiedziałem Johanowi tyle ile uważałem, że można i warto wspomnieć o moim związku z Janem Skowronem. Sam nie wiedziałem, jak go określić? Przyjaźń? Podszyta cynizmem wspólnota wynikająca z prowadzonych wspólnie interesów? Był czas, że byliśmy blisko siebie, wydawało mi się, że darzył mnie tak samo sympatią, jak ja jego. Nasze wspólnie spędzone noce w barach do dzisiaj wywołują we mnie sentymentalny ucisk w dołku. Rozstaliśmy się z tak prozaicznego powodu, jak pieniądze. Zawsze odkąd pamiętam oszukiwał w interesach, ale dopóki były to drobne kwoty, no cóż, nikt nie jest świętym, przymykałem oko. Pewnego razu wziął wszystko, zgarnął całą pulę i zniknął, zapadł się pod ziemię. Pocieszać się mogłem tylko tym, że innych także wystawił do wiatru, i to na kwoty większe niż moja. Stał się najbardziej poszukiwanym facetem w mieście. Osaczony człowiek rzadko postępuje rozsądnie, zaczyna nim rządzić jego strach, kieruje nim mózg pomniejszony do ptasich rozmiarów. Jan, który już wcześniej wykazywał skłonność do współpracy z policją, nikt mu nie mógł tego udowodnić wprost, ale zapach zepsutej rybiej głowy dawał się wyczuwać, teraz zacieśnił swe więzy i psy otrzymały kolejnego informatora. Ale jakiego informatora! O takim donosicielu marzy każda policja na świecie - Jan znał całe miasto od podszewki, wszyscy znali Jana. To nieprawdopodobne, ale przez kilka tygodni jeździł z chłopcami z brygady antyterrorystycznej i nadal prowadził swoje interesy. Oczywiście, chłopcy dostawali swoją działkę. Zaczął wychodzić na miasto, uznał,że nikt nie odważy się kropnąć faceta pilnowanego przez gliniarzy, robiącego z nimi wspólne interesy. Niektórzy mówili,że pomieszało się mu w głowie od prochów. Według mnie prawda o nim leży pośrodku.

Naszło mnie pewne wspomnienie. Miało to miejsce na początku naszej znajomości. Jan położył rewolwer na stole. Jego starannie wyczyszczona, oksydowana powierzchnia, połyskująca w słonecznymświetle, wpadającym przez okno, pokazywała szczególny, prawie miłosny stosunek, jakim obdarzał go właściciel.

- Carl rozpoczyna tak każdy swój dzień - oznajmił Jan i zakręcił rewolwerem.

Młody, szesnastoletni chłopak, jegożołnierz, siedzący razem z nami, nerwowo przygryzł dolną wargę i wykrzywił usta w nieporadnym uśmiechu. Jan uważnie przechodził oczami po naszych twarzach. Ogarnęła mnie niezrozumiała pustka i zobojętnienie. Myślę,że nie do końca docierało do mnie to, w czym wziąłem udział. Przypomniała mi się dziecięca wyliczanka: "Ene due rabe, na kogo wypadnie, ene due rabe, na tego bęc!"

Lufa pistoletu zwróciła się przeciwko Janowi. Twarz Młodego rozluźniła się, zeszło z niej nerwowe napięcie. Byłem pewien,że przy innym wskazaniu rewolweru, wycofałby się z gry.

- Młody nie pękaj, a może kupić ci pampersa? - zarechotał tubalnym głosem.

Tym razem Młody nie musiał udowadniać,że zamiast krwi w jegożyłach płynie woda. Zazwyczaj jego chęć dorównania, wykazania się, powodowała,że robił coś brawurowego, balansując na cienkiej linie. Kilka miesięcy później zginął, uciekając przed policyjnym pościgiem, rozbijając się kradzionym samochodem o drzewo.

Jan spuścił wzrok na rewolwer, którego linia strzału przechodziła przez jego prawe płuco. W pokoju nadal wisiała ołowiana cisza. To wszystko wydawało się być nierzeczywiste. Takie nieznośnie teatralne.

- Patrzcie dzieciaki - podniósł rewolwer i przyłożył lufę do skroni. Odbezpieczył go i zesztywniał na chwilę, z palcem na cynglu.

Rozległ się pusty metalowy dźwięk i bębenek się przekręcił. Twarz Jana rozpromieniała.

- Widać nie dla mnie dzisiaj jest przeznaczona kula.

Odłożył broń na blat stołu. Przyglądał się nam, chcąc dojrzeć, jakie wrażenie wywołało na nas to przedstawienie.

Pragnąłem sprawdzić, czy w magazynku znajdował się nabój, a jeśli, czy nie był to zwykły straszak, nabój dźwiękowy. Nie mogłem uwierzyć w to,że zagrał w rosyjską ruletkę o własneżycie. Wyciągnąłem dłoń w stronę rewolweru, ale okazał się być szybszy i położył na nią rozczapierzoną dłoń.

- Nie ma co kusić losu, Piotrze.

Do dzisiaj nie wiem, czy powiedział to uczciwie, a wtedy oznaczałoby to,że w bębenku rzeczywiście znajdowała sięśmiertelna kula, czy też wyczuł,że chcę zdemaskować mistyfikację.

O tym,że Jana i jego dziewczynę dopadli, dowiedziałem się, kiedy znalazłem się w policyjnym dołku. Ichśmierć wydawała mi się równie nieprawdopodobna, jak gra w rosyjską ruletkę, gdyby nie cela i kartka papieru informująca suchym tekstem o zabójstwie Jana i Joanny, uznałbym to za kolejną mistyfikację.

Tylko, co ja robiłem w tym wszystkim? Kto napisał mi rolę zleceniodawcy ich morderstwa? Czy była rzecz, o której nie pomyślałem wtedy?

10.

- Siedząc w areszcie dużo myślałem o karześmierci - zamyśliłem się na chwilę. - Wiesz, jak wykonywane są w Polsce wyroki?

- Stryczek, ale nie znam szczegółów.

- Zazwyczaj egzekucja rozpoczyna się późnym popołudniem. Trwa nie dłużej niż godzinę. Najpierw wprowadzają do celiśmierci - dwóch małych pomieszczeń. W pierwszym jest klozet, umywalka, stół, taboret i popielniczka. Drugie pomieszczenie wyposażone jest w hak przymocowany do stropu, na nim zamocowany jest sizalowy sznur zakończony pętlą. Pod stryczkiem znajduje się zapadnia, pod którą jest wybetonowany dół, a w nim stoi kubeł. Na początku czytają sentencję wyrokuśmierci, pozwalają zapalić papierosa, napić się wody, napisać ostatni list. Ale po co ja o tym opowiadam... - urwałem.

Dlaczego miałoby go to interesować? Kogo w ogóle interesuje to, w jaki sposób zabija się człowieka w majestacie prawa? To tylko wówczas, gdy jesteś zatrzymanym w związku z podwójnym morderstwem, jako główny podejrzany, zaczynasz myśleć, czy aby nie doświadczysz tak zwanej pomyłki sądowej i zastanawiasz się nad barbarzyństwem tej kary.

Johan zmienił kasetę w radioodtwarzaczu, zerknął w tylne lusterko, kontrolując, w jakiej odległości jedzie Dziadek. Ten trzymał się nieomal naszego bagażnika.

- Mów dalej - zwrócił się do mnie wyraźnie zainteresowany.

- Można się wyspowiadać lub porozmawiać przez chwilę z księdzem - kontynuowałem. - Nagle strażnicy skuwają do tyłu ręce i zakładają czarną opaskę na oczy. Nic nie pomaga szarpanie się, kopanie nogami, krzyki. Kilku strażników zaciąga na siłę pod stryczek. Jeden z katów zakłada pętlę, a drugi w tym momencie napina sznur wysmarowany mydłem. Chwilę później zwolniona zostaje blokada dźwigni zapadni i traci się grunt pod nogami. Jest to głośnyłomot. Pękają kręgi szyjne, wychodzi z ciała kał,ścieka mocz i sperma. Trup wisi przez dwadzieścia minut, aż wreszcie zwalają go na podłogę. Kładą do wcześniej przygotowanej trumny. Chowają w więziennym uniformie.

- Skąd to wiesz? - spytał.

- Kiedyś rozmawiałem z katem.

Przypomniałem sobie tego niepozornego, szczupłego, niskiego, złysiejącą głową człowieka, ze spojrzeniem wyrażającym poczucie wyższości. Miałem przed sobą samego Pana Boga.

- Czekałbyś na ten moment, aż przyjdą po ciebie panowie w białych rękawiczkach i czarnych garniturach? - zapytał Johan.

- Chyba nie, wcześniej napisałbym list do dziecka i skończył ze sobą.

- Nie czekałbyś na to,że może w tym czasie znajdą prawdziwych sprawców?

Prychnąłem głośno, poczułem się jeszcze bardziej niż przed chwilą cholernie bezsilnym facetem, powiedziałem:

- Z reguły znajdują ich po wykonaniu wyrokuśmierci. Jeżeli w ogóle znajdują.

11.

Na zewnątrz zapanował mrok. Nie rozmawialiśmy ze sobą, kabinę wypełniała cicho grająca muzyka. Nagle rozbłysło przed namiświatło, poruszający się z góry w dółżółty punkt.

- To GAI* - oznajmiłem.

Johan gwałtownie nacisnął na hamulec i samochód wpadł w lekki poślizg. Odruchowo odwróciłem głowę w tył. Dziadek ostrzeżony czerwonymiświatłami stopu, rozpoczął hamowanie. Na szczęście odbił kierownicą w lewo, dzięki czemu nie najechał na nasz tył. Johan umiejętnie wyprowadził samochód z poślizgu i zatrzymał się na poboczu.

- Kurwa, oni zwariowali! - wykrzyknął zdenerwowany. Mogliśmy się rozpieprzyć.

Samochód Dziadka minął nas, miotając się od lewej do prawej strony drogi.

- Oby nie spanikował - mówił, obserwując z napięciem ruchy Dziadka. - Inaczej dupa zbita. Zamiast zysku strata - dodał.

Na szczęście Dziadek odzyskał kontrolę nad pojazdem i zatrzymał go naśrodku drogi.

- Skurwysyny - uspokojony przeklął pod nosem.

Dwóch policjantów zbliżało się w naszą stronę.

- Czego mogą chcieć? - spytał.

- Zwykła kontrola drogowa albo oczekują suwenirów. Uchyl szybę i zablokuj drzwi.

Podeszli z jego strony.

- Dokumenty - gburowatym tonem odezwał się policjant o nawalnej, opitej twarzy.

- Was?* - udawał,że nie rozumie.

- Dawaj dokumenty! - ponownie odezwał się ten sam otyły policjant, tym razem z nutą dezorientacji w głosie.

- Ich verstehe nicht. Bitte sprechen Sie etwas langsamer. * - Johan wzruszył kilkakrotnie ramionami i uśmiechnął się do niego bezradnie.

Dziadek nadal tkwił naśrodku drogi, jakby nie miał zamiaru ruszyć się, choćby o centymetr.

Policjant odszedł z dokumentami do swojego kolegi. Chwilę o czymś dyskutowali, patrząc to na samochód, to na nas. Wrócił do drzwi Johana i oddał mu dokumenty. Bez słów, podświetlaną, w czarno białe pasy pałką, dał znak, aby jechać dalej.

Johan wolno ruszył, dając Dziadkowi znak długimiświatłami.

- Kurwa, omal nie wjechał mi w dupę - nadal był pod wrażeniem zdarzenia. - Wychodzą nagle z lasu, a na drodześlizgawka... Bezmózgowcy.

12.

Koła samochodu, mimo rozpaczliwych uników Johana, trafiały w dziury, których pełna była droga wjazdowa do Petersburga.Świeciły nieliczne lampy. Księżycowy krajobraz wydawał się być bardziej optymistyczny.

- Ciemno jak w dupie. Nic się tu nie zmienia - stwierdził Johan. - To jest choryświat. Potrafisz powiedzieć, co się dzieje w głowach tych ludzi?

Spojrzałem na ciemne, przygarbione, apatyczne sylwetki idące chodnikiem. Nie chciałem zastanawiać się nad tym, jakie myśli chodzą im po głowie, być może w ogóle nie myślą, bo tylko dzięki temu mogą dojść do celu swej wędrówki, już sam ich widok był przygnębiający.

- Włącz radio - poprosiłem.

- Lubisz rosyjskie piosenki?

- Potrafiąścisnąć za serce. Zauważyłeś,że gdyśpiewają są zupełnie innymi ludźmi?

- Zwłaszcza, mając oczy zamglone wódką - ponownie odezwał się w nim sarkazm.

- Mówią,że bez wódki nie dałoby się tutajżyć.

- I jeszcze długo nie będzie można. Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżam chcę się od razu upić, aby nie widzieć i nie czuć, zwłaszcza nie czuć. Lata miną zanim wywietrzeje panujący tu smród.

W centrum miasta, gdyby nie oświetlone witryny i nieliczne reklamy, panowałby całkowity mrok. " Pomóż, pomóż mi, pomóż. Nie zapominaj o mnie kochanie" -śpiewałaŻurawiowa. Johan zaczął nucić z nią refren, niemiłosiernie fałszując.

- Niektóre piosenki i kobiety mająładne - powiedział.

Na wprostświecił neon hotelu, przed którym byliśmy umówieni.

- Dziadek już chyba odetchnął. Najbardziej boi się lasu, w mieście czuje się bezpieczniej - oświadczył.

Po raz kolejny w czasie tej podróży nie omieszkałem podzielić się swoim czarnowidztwem i oświadczyłem:

- Mam odmienne doświadczenia.

- W samymśrodku miasta rzadko się strzela - odparł lekceważącym tonem.

- Tutaj nie ma stałych reguł. W Wilnie, w biały dzień, w centrum miasta ukradli prezydentowi Litwy samochód. Po prostu kazali wysiąść kierowcy. Do dzisiaj nie znaleźli go.

- Ty ciągle swoje. Mówię tobie,że wszystko będzie w porządku.

Podjeżdżaliśmy pod hotel, do celu naszej podróży, moje krakanie było trudnym do zniesienia czarnowidztwem. Rzeczywiście powinienem trzymać język za zębami. Nikt przecież zdrowy na umyśle nie wycofa się ze wszystkiego, po odbyciu takiej drogi. Johan i Dziadek mogli tylko mieć nadzieję,że los nadal będzie im sprzyjał.

13.

Dziadek uśmiechając się, kiwnął do mnie ręką. Nie był to naturalny uśmiech. Na jego twarzy odbijało się napięcie. Pomyślałem,że po tej trasie naprawdę zestarzeje się o rok.

Do samochodu zbliżyła się dwójka dziesięcio, jedenastoletnich chłopców opatulonych w zniszczone, przykrótkie kurtki. Jeden z nich przylgnął twarzą do szyby i zaczął w nią pukać. Nie musiałem otwierać, i tak wiedziałem, o co chodzi. Prosili o pieniądze lub przynajmniej ożuwaczkę. Wszystko zależało od ich bezczelności.

- Spieprzajcie - powiedziałem i wykonałem konkretny gest.

Pojawił się Johan.

- Kurwa, jeszcze ich nie ma. Dzwoniłem, ale nikt nie odbiera - był zirytowany. - Ruski, pierdolone.

Dziadek wygramolił się z siódemki i podszedł do nas. Opuściłem szybę. Wtargnęła fala zimnego powietrza.

- Co się dzieje? - spytał.

- Zaraz będą, popierdoliły się im godziny - odpowiedział Johan.

- Człowiek taki szmat drogi jedzie, a oni nie potrafią czekać godzinę wcześniej -żalił się Dziadek.

- No, idź do siebie, zimno leci. Chyba się przeziębiłem - powiedział Johan.

- Mówiłem przed wyjazdem,żeby wziąć ciepłe ubrania - odwrócił się i poszedł do samochodu.

- Dudek, pierdolony - Johan zamruczał pod nosem i wyciągnął listek gumy dożucia.

Twarz miał zaczerwienioną; odzyskiwała właściwą temperaturę, utraconą w trakcie krótkiego spaceru w mroźnym powietrzu. Zwiększył napływ ciepłego powietrza na nogi.

Po chwili milczenia odezwał się:

- Jeszcze rok, zarobię trochę pieniędzy i wyskakuję z tego biznesu. Założę jakąś małą firmę w Polsce i zaczynam normalnie żyć. Mam tego wszystkiego dość. Człowiek nadstawiałeb, ryzykuje kratami i nic z tego nie ma. Pierwsze większe pieniądze, jakie zarobiłem, straciłem w Moskwie. Handlowałem z rosyjskim generałem. Przez pół roku wszystko było w porządku, aż pewnego dnia nie zapłacił dwudziestu tysięcy dolarów. Powiedział,że nie może i lepiej dla mnie będzie, jeśli na zawszę o nim zapomnę.

Nie zdążył skończyć swego monologu, gdy na parking podjechała kremowaŁada Samara, zaskakująca lśniącą czystością, jakby przed chwilą wyjechała z myjni. Zatrzymała się z tyłu naszego samochodu.

Otworzyły się drzwi i wyszedł z nich otyły, czterdziestoletni mężczyzna; ubrany w czarną, krótką, skórzaną kurtkę i czarne jeansowe spodnie. Na nogach miał buty kowbojki. Wraz z nim zŁady wydobył się strumień głośnej muzyki, popularne tutaj rytmy sowietskoje disco.

- To on - oświadczył Johan.

Szybko wydostał się na zewnątrz i z rozpromienioną twarzą podszedł do Saszy. Stali przyŁadzie i rozmawiali, wyrzucając z ust kłęby pary. Powoli, z ociąganiem, dołączył do nich Dziadek. Po chwili obok Saszy pojawiła się kolejna postać. Postawny dwudziestokilkulatek o kwadratowej głowie, z ostrzyżonymi na jeżyka włosami. Fryzurę miał wymowną. Od razu widać z kim ma człowiek do czynienia. Kwadratowa Głowa przez cały czas milczała, przyglądała się uważnie wszystkiemu szczurzymiślepiami, od czasu do czasu zerkając w moją stronę.

Johan wrócił i usiadł za kierownicą.

- Stawiamy fury na tutejszy parking i jedziemy do hotelu, mamy już rezerwację - powiedział i szybko dodał: - Jest dobrze.

14.

Hotel mieścił się na starym angielskim promie. Przed jego wejściem każdy z wchodzących został poddany kontroli wykrywaczem metali. Obwieszczenie przy wejściu informowało,że broń należy zdać do depozytu. Oczywiście nikt nie wnikał, czy właściciel ma na nią pozwolenie. Od tej pory wszędzie towarzyszyła hotelowa ochrona, którą stanowili niespełna dwudziestoletni, wysocy, dobrze zbudowani, o krótkościętych włosach chłopcy; ubrani w czarne garnitury i białe koszule.

Po rozpakowaniu się i wzięciu prysznica, usłyszałem pukanie do drzwi.

- Kto eta? -spytałem.

- Ja - głos należał do Johana.

Otworzyłem drzwi.

- Gotowy? - spytał wchodząc.

Był odświeżony, miał na sobie nową marynarkę w czarną pepitkę i białą koszulę, całość dopełniał krawat, w geometryczne wzory, którego dominującym kolorem była czerwień. Wraz z nim w kajucie pojawił się intensywny zapach wody toaletowej.

- Tak - odpowiedziałem, biorąc z wieszaka marynarkę. - Nie mogę się nigdzie dodzwonić. Telefon jest uszkodzony. Telewizor tak samo - wskazałem na przenośny, kolorowy telewizor marki Elektron.

- Przynajmniej nie ma tu robactwa. Nasz telefon i telewizor działa. Chciałeś zadzwonić do Polski?

- Tak - potwierdziłem.

Usiadł na jedyne krzesło znajdujące się w kajucie.

- Ile jesteście razem? - spytał.

- Siedem lat.

- To nie musisz się tak martwić, przeszliście kawałek drogi, to i to przejdziecie razem.

Zaległa cisza.

- Dlaczego rozwiodłeś się z pierwszążoną? - spytałem.

- Nie wytrzymałażycia, jakie prowadzę. Ciągle w stresie. Miała już dość wizyt pał. Raz, skurwiele, zrobili perfidnie rewizję, aby tylko rozbebeszyć chałupę, a nie po to,żeby coś znaleźć, ostatnią robili miesiąc wcześniej. Celowo nachodzili, aby dokuczyć i zmęczyć, bo prawnie nie mogli nic udowodnić.

Przerwał.

- Mogę zapalić? - spytał.

Przytaknąłem głową. Wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego.

- Dziewczyna nie wytrzymała - zaciągnął się głęboko i wolno wypuścił dym.

- Sam widzisz.

- Jeśli przejdziecie to razem, wasze małżeństwo ostatecznie się uformuje. Tylko po ciężkich przejściach można powiedzieć, ile jest warty każdy związek.

- Jeżeli... - odparłem.

- Piotrze, musisz skończyć z czarnym myśleniem, inaczej nie wytrzymasz.

Usiadłem nałóżku i zacząłem mówić:

- Kiedyś, po kilkugodzinnej znajomości, znalazłem się z młodą dziewczyną w łóżku. Rano, po wszystkim, zaczęła opowiadać,że ma męża i dziecko. Mąż właśnie odsiadywał wyrok. Oświadczyła to spokojnie, jakby mówiła o tym,że jestładna pogoda.

- Nie każda jest taką zdzirą

- Niektórzy mówią,że to tylko kwestia czasu i okoliczności. Mój adwokat przerżnąłżonę swojego klienta, gdy jechał z nią na widzenie do niego.

- Sprałbym go po mordzie, obrońca pieprzony, jeszcze gorszy od tej kurwy - podniósł głos.

Wtem ktoś szarpnął za klamkę.

- To chyba Dziadek - powiedział.

Rzeczywiście w drzwiach stanął facet ze skowronkową miną nijak się mającą do fatalistycznego nastroju panującego w kajucie.

15.

Na ogromnej sali znajdowało się niewiele osób. Usiedliśmy przy samym parkiecie. Kończył się występ artystyczny i dziewczyny wyrzucały w górę nogi, tańcząc kankana. Dziadek odzyskał werwę i, co chwila,żartował. Wokół kręciło się stado hotelowych ochroniarzy. Na sali było ich więcej niż gości.

- Czuję się, jak prezydent Stanów Zjednoczonych - oświadczył Johan.

- Za to płacisz, aby nikt cię tu nie obił twarzy lub obrabował - powiedziałem.

- Chyba,że jakaś dziewczynka - wtrącił Dziadek.

- Tutaj tego nie robią - odparował autorytatywnie Johan. - Wyleciałaby stąd taka, na zbity pysk.

Podążyliśmy za wzrokiem Johana, który obserwował dwie długowłose sztuczne blondynki, o nogach tak długich,że można by było spiąć się po nich do nieba. Całość wyglądu dopełniały ostre, jednoznaczne makijaże.

- Przynajmniej od razu wiem, z kim mam do czynienia i nie wdaję się w zbyteczne podchody - rzekł po chwili milczenia. - Już kilka razy sparzyłem się, myląc prostytutkę z normalną dziewczyną i odwrotnie.

- Dała ci w twarz? - zainteresował się Dziadek.

- Prostytutka, czy dziewczyna?

- Prostytutka raczej wzruszyła się by namiętnymi podchodami - roześmiał się głośno Dziadek.

Johan nic nie zrobił sobie z jego uwagi i oświadczył:

- Dziewczyna i tak poszła ze mną dołóżka. Kupiłem jej przepraszający bukiet kwiatów, postawiłem prawdziwego szampana.

- Wyszło na to,że kosztowała cię tyle, co prostytutka albo i drożej - zaniósł się rechotem.

- Przynajmniej miałem lepsze samopoczucie - odciął się.

- Przyznaj,że gdybyś nie miał pieniędzy, nie znalazłaby się z tobą włóżku? - Dziadek nie dawał za wygraną.

- Oczywiście, nie miałbym za co wynająć pokoju w hotelu - Johan omiótł nas wzrokiem - Nikt z was, panowie, nie miałbyżadnej kobiety, gdybyście mieli puste kieszenie.

- Pijemy, czy nie ? - Dziadek wycofał się z potyczki, którą przegrywał.

Wypiliśmy bez toastu.

- Paskudna - stwierdził Johan.

- Stoliczna nie jest wcale taka zła. W Szwecji Absolut, w Finlandii Finlandia, a co innego pić w Rosji, jak nie Stoliczną?

- Taka wódka jaki kraj - dodałem.

- Nie przesadzaj - zaprotestował Dziadek. - Jest lepsza od tego kraju.

Dziewczyny, od czasu do czasu, spoglądały w naszą stronę kuszącym wzrokiem.

- Ile mogą kosztować? - zainteresował się Dziadek.

- Nie kupisz je za dziesięć dolarów - rzekłem.

- Pięćdziesiąt dolców wystarczy - pewnie oświadczył Johan.

- Sto to minimum - powiedziałem.

- Nie przesadzaj.

- To idź, i przekonaj się - odparowałem.

- I pójdę - podniósł się z fotela, poprawiając marynarkę i krawat i odszedł w ich stronę.

- Rozczaruje się - wyraziłem na głos swoje przekonanie do Dziadka.

Obserwowaliśmy z zaciekawieniem, jak Johan używał całego swego kunsztu uwodzenia dziewczyn, które tylko się kupuje. Jednej z nich, szarmancko przypalił papierosa. Z ust nie schodził mu uśmiech faceta reklamującego pastę do zębów. Nagle cała gra się skończyła. Johan powstał się, burknął coś na pożegnanie i wrócił do nas.

- I co? - spytał podniecony Dziadek.

- Sto za godzinę.

- Marek? - miał nadzieję w głosie.

- Dolców - sprostował Johan.

- Ile można utargować? - ciągle sięłudził.

- To już po rabacie. Powiedziałem,że weźmiemy obie.

- Zwariowały - obruszył się.

- Trochę z krzyża by się spuściło, ale pieniędzy szkoda? - Johan dał upust swojej złośliwości.

- Jeszcze, gdyby za całą noc, można by się zastanowić, a tak, to lepiej już własną ręką - Dziadek stracił niedawny humor.

- Nie przesadzaj. Trochę zarobiłeś, wiec nie duś grosza - skarcił go Johan.

- Jak będę miał w kieszeni, to wtedy powiem,że zarobiłem, na razie w karmanach jest pusto.

- Znowu wyjeżdżasz ze swoim. Jeśli się tak boisz, to po co w ogóle wsiadałeś w furę?

- Dla forsy, dla niczego więcej.

Zirytowany Johan nalał sobie więcej niż połowę szklanki wódki, dolewając odrobinę soku.

- Nie pij tyle, jutro trzeba być trzeźwym - zwrócił się do niego Dziadek.

- Przestań matkować. Jeśli mają nam sprzątnąć fury, to po prostu to zrobią. I ani ty, ani ja nic na to nie poradzimy. Na trzeźwo będzie to trudniej znieść. Zresztą wolę to niż prochy uspokajające. Co tym razem wziąłeś?

16.

Poza nami i dwójką starszych mężczyzn, obcokrajowcami, salę wypełniały miejscowe grupy bandytów. Patrząc na ich twarze, wątpiłem czy zajmują się czymś innym, poza rekietem*. Jedynie może ich przywódcy, z nieodłącznymi telefonami komórkowymi przy sobie, inwestowali pieniądze zdobyte z działalności przestępczej w legalne interesy, jak mówili tutejsi ludzie, zajmowali się komercją. Naliczyłem trzy gangi rekieterów. Od czasu do czasu przywódca jednego gangu przesyłał innemu butelkę szampanskoje lub podchodził osobiście, wylewnie się obejmując i całując. Dla osoby nie znającej miejscowych zwyczajów wydawałoby się,że widzi dobrych przyjaciół, tymczasem ta sielankowa atmosfera była fałszującym prawdę obrazem, następnego dnia mogła przekształcić się w krwawą jatkę.

- Jak patrzę na nich, to przechodzą mnie po plecach ciarki - zwierzył się Dziadek, opierając swoje ramie na moim barku.

Johan poszedł do baru i wdał się w rozmowę z dwójką młodych dziewczyn. Wydawał się najbardziej beztroskim facetem na sali. W uszach słyszałem, jak mówi: "Po to wymyślili bary, aby się bawić, a nie smucić. Kościoły leżą zazwyczaj obok spelunek, więc droga wolna. Na razie nie rajcuje mnie zapach kadzidła i miry, zapach przepoconych majtek najmarniejszej zdziry jest przyjemniejszy."

- Kiedy przekraczam ich granicę, boję się, - Dziadek rozklejał się. Za dużo wypił. - Nigdy tutaj nie można być pewnym niczego. W Rosji nie ma mocnych i nietykalnych.

Przerwał, wyswobodził mnie ze swego uścisku, i dopił resztę whisky. Mieszał alkohol, a to nie mogło się skończyć dobrze.

- Wiesz, co to znaczy mieć przystawiony do głowy pistolet? - Był coraz bardziej rozedrgany. Obawiałem się, że za chwilę zacznie płakać lub krzyczeć. - Co dzieje się wówczas, gdy wiesz,że pistolet jest naładowany i odbezpieczony? Nic nie pomaga tłumaczenie,że to tylko dla postraszenia, i tak robisz w gacie. Głupek może nacisnąć przypadkowo spust i po wszystkim, a reklamacje możesz składać już tylko Panu Bogu.

- Słlatkowski, uspokój się! - chwyciłem go za lewy bark i potrząsnąłem. - Nie pij tyle.

Wyglądał rozpaczliwie. Zgarbił się i głowę opuścił w dół. Postanowiłem uwolnić się od niego. Pomyślałem,że sam muszę , chwilami, być nieznośnie męczący. Nic dziwnego,że Johan, czasami, unikał mojego towarzystwa, tak samo jak ja, gdy chciałem uciec od wynurzeń Dziadka.

Podniosłem się.

- Gdzie idziesz ? - uniósł głowę i spojrzał na mnie.

- Chce mi się spać - odpowiedziałem.

- Nie wierzę ci. Uciekasz, jak szczur z zadżumionego miasta.

17.

Pomimo,że w torbie nie miałem dużo rzeczy, wydawała się ciężka. Nieprzespana noc dawała o sobie znać. Przystawałem od czasu do czasu na chwilę, aby odpocząć, przenosząc ciężar z jednego ramienia na drugie.

Zbliżając się do ich kajuty słyszałem coraz wyraźniejsze dźwięki głośno grającego telewizora i podniesione głosy. W pewnym momencie usłyszałem, jak Johan krzyknął i zaraz potem dobiegły szybko wypowiedziane słowa przez Rosjanina. Co się tam dzieje? Przystanąłem przed drzwiami. Zawahałem się, czy powinienem wchodzić? Zapukałem jednak. Zza drzwi rozległo się rosyjskie przekleństwo. Pojawił sięściszony głos drugiego Rosjanina. Ilu ich tam jest? - pomyślałem.

Po chwili otworzyły się drzwi i stanęła w nich Kwadratowa Głowa, te same szczurze oczy poznane minionej nocy na hotelowym parkingu.

- Czego? - warknął.

- Jest Johan?

- Kto?

Przez szparę między nim, a drzwiami, zobaczyłem fragmentławy stołowej i leżący na niej pistolet, a obok niego plik banknotów, przewiązanych gumką.

- A, to ty - pojawił się Johan.

Kwadratowa Głowa odwróciła się.

- W porządku, Alosza - Johan zwrócił się do Kwadratowej Głowy, która wycofała się do kajuty.

Johan wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.

- Jedziesz już? - spytał zmieszany.

- Tak - potwierdziłem.

Był nieswój, oczy mu biegały nerwowo, nie potrafiąc zatrzymać się dużej na jednym punkcie.

- Czy wszystko w porządku? - spytałem.

- Tak. Małe nieporozumienie. Jak to zwykle z nimi, dzisiaj mówią tak, jutro już inaczej. Chcą, aby dowieźć im fury do Moskwy.

- I co?

- Powiedziałem,że jeśli nie wezmą tutaj, to pogonię je komuś innemu.

- Dzwoniłeś do Marka?

- Będzie za godzinę w domu.

- Co zamierzasz zrobić?

- Chyba nie myślisz,że pojadę do Moskwy? Tego nie było w umowie. Jestem zmęczony trasą, którą zrobiłem.

Przerwał i po chwili:

- Po drugie sam nie zawiozę dwóch fur. Dziadek nie chce słyszeć o dalszej jeździe. Już na samo słowo Moskwa, blednie - uśmiechnął się porozumiewawczo.

- Mogę zadzwonić do znajomych - zaproponowałem.

- Nie trzeba. Lepiej przygotuj jakiś układ, tak by następnym razem pognał fury do ciebie. Będziemy mogli się umówić w Helsinkach na mrożoną Finlandię.

- Jak uważasz.

- Trzymaj się, Piotrze - wyciągnął ku mnie rękę.

Uścisnęliśmy sobie dłonie.

- Uważaj na siebie - powiedziałem.

- Ty także.

Podniosłem torbę i zarzuciłem na ramię. Zrobiłem kilka kroków i odwróciłem się. Johan jeszcze stał przy drzwiach, trzymając rękę na klamce. Spojrzeliśmy na siebie i uśmiechnęliśmy się. Wszedł do kajuty, a ja poszedłem w stronę recepcji.

II.

18.

Stałem przy oknie upstrzonym strużkami ptasich ekskrementów. Wszędzie było pełno gówna. Na parapecie, na podłodze balkonu przybrało formę rozpłaszczonych placków.

W rozciągającym się przede mną krajobrazie dominowała szarość. Ponury widok. Nawet okoliczne budynki z czerwonej cegły miały nieomal brunatny odcień. Ziemię pokrywały brudne plamy topniejącegośniegu, odsłaniając wszechwładny nieporządek. Całe szczęście,że z dziewiątego piętra wszystkiego nie było widać.

Byłem senny. Położyłem się o czwartej nad ranem. W gardle czułem skwaśniały język. Za dużo wypiłem wódki. Przy tym mało jadłem, obawiając się zatrucia. Przypominałemłódź, która utknęła na mieliźnie.

Spotkanie z Ramunasem, byłym szefem ochrony prezydenta Litwy, w nowo otwartym klubie nocnym w Hotelu Litwa, miało trwać pół godziny. Powinienem wiedzieć,że ugrzęznę na dłużej. Jeśli już się pojawię, trudno będzie mi opuścić lokal. Za dużo osób podchodzi z kieliszkiem, aby napić się wspólnie wódki. Każda odmowa zostałaby odebrana jako niechęć, lekceważenie, czy wręcz obrazę. A tutaj należało zjednywać sobie ludzi, a nie robić sobie z nich wrogów. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy to oni mi są bardziej potrzebni niż ja im.

Zaraz po moim wejściu do sali podszedł Ramunas i obejmując mnie za ramię rzekł:

- Słyszałem,że masz problemy w Polsce?

- Od kogo? - nie potrafiłem ukryć zaskoczenia.

- Była wasza policja. Zaprosiłem Kostasa, porozmawiasz z nim.

- Kto to jest?

- Zajmuje się przestępczością zorganizowaną.

- Kiedy byli?

- Chyba w zeszłym tygodniu. Zorganizowali dla nich przesłuchanie. Nagrywali je na wideo.

- Kogo przesłuchiwali?

- Nie domyślasz się? Jednego z twoich znajomych.

- Mam dużo znajomych.

- Kostas powinien przyjść za pół godziny. To swój człowiek.

Przerwał i po chwili, spytał:

- Dawno przyjechałeś?

- Dwa dni temu.

Z trudem powstrzymywałem irytację. Miałem dość jego niedomówień, dwuznacznych, wszechwiedzących uśmiechów i spojrzeń.

- Ramunas, powiedz to wreszcie.

- Dlaczego właściwie uciekasz?

- Nie dowiedziałeś się tego?

- Mówili,że nie mają dowodów.

- Tutaj także ich nie znajdą.

- Nie odpowiedziałeś, dlaczego? - nalegał.

- Mam list gończy.

Milczał.

- Zawsze, jeśli się chce, to można na człowieka znaleźć paragraf, o czym ty, dobrze wiesz.

- Powiem tylko tyle,że wasi rozśmieszyli brakiem znajomości tutejszych realiów - powiedział.

- Pod tym względem, przynajmniej ci, których poznałem mają gazetową wiedzę.

- Naoglądali się za dużo filmów na wideo - głośno zaśmiał się. - I to tych najgorszych.

Przeszliśmy do jego stolika. Wypiliśmy tradycyjnego strzemiennego. Na jego twarzy ujrzałem najbardziej przyjacielski uśmiech, jaki może mieć twój wróg.

- Jak zjawi się Kostas, opowie więcej szczegółów - odezwał się.

- Nie chcę z nim rozmawiać. Mam dość mend*.

-To dlaczego spotykasz się ze mną? - spojrzałświdrującymi oczami.

- Od kiedy pracujesz w policji?

- Są jeszcze gorsi.

- Ciebie znam, zresztą wolę rozmawiać z bezpieką, niż z mendami.

- On jest sprawdzony.

- Ramunas, przecież ja i o tobie nie powiem,że jesteś sprawdzony, a tylko,że ciebie znam i wiem o tobie, co nieco.

- Chyba nie za dużo? - bardziej wyszczerzył zęby niż się uśmiechnął.

Moją odpowiedzią był tajemniczy półuśmiech.

- Jak tutaj przyjechałeś? - spytał po chwili.

- Pociągiem. Dlaczego, pytasz?

- Mają odnotowywać przekroczenia granicy. Wasi, chcą na bieżąco wiedzieć, gdzie się znajdujesz.

- Czy jeszcze coś wiesz?

- Nie. Mówiłem,że ma przyjść Kostas.

- Czy po to chciałeś się ze mną spotkać, by umożliwić im nieformalne spotkanie?

- Myślałem,że to cię zainteresuje. Przyjaciele powinni sobie pomagać - powiedział z obłudną emfazą.

- Dziękuję ci, właśnie uciekłem po to, aby odpocząć od mend.

- Musieli nieźle dać się ci we znaki.

- Na tyle,że siedzę tu, gdzie... - urwałem . - Zostawmy ten temat. Opowiedz lepiej, co się ostatnio u was dzieje?

- Mamy w Wilnie jeden z lepszych wskaźników nieboszczyków przypadających na sto tysięcy mieszkańców, w wyniku tak zwanych porachunków mafijnych.

- Dlatego boją się was w cywilizowanej części Europy.

- I słusznie - roześmiał się.

Nie miałem ochoty na dalszą rozmowę i zacząłem szukać wzrokiem kogoś, kto mógłby stanowić pretekst, aby uwolnić mnie od uciążliwego i nic mi nie przynoszącego towarzystwa Ramunasa.

Z ulgą ujrzałem stojącego przy barze Jonasa, który tak jak ja błądził po sali oczami. Od wielu miesięcy mówiło się o nim, jako kimś przegranym, który niedługo wyląduje, gdzieś na obrzeżach miasta, w zbiorniku pod ziemią, z telefonem komórkowym, aby mógł zadzwonić do ludzi z prośbą o pieniądze. Nikt nie wierzył w to,że znajdzie się jakiś głupiec, chętny udzielić kolejnej pożyczki facetowi tonącemu po uszy w długach. Mój stosunek do niego był dotąd obojętny, obecnie jednak odnajdywałem w nim rzeczy upodobniające nas do siebie, obaj byliśmy przegrani, obaj mogliśmy liczyć tylko na cud.

Przeprosiłem Ramunasa, obiecując,że jeszcze wpadnę zamienić kilka słów, i podążyłem w stronę baru. Kiedy Jonas mnie ujrzał, ucieszył się. Był to pierwszy szczery uśmiech, jakim obdarzono mnie na tej sali.

- A to ty, Piotrze. Znowu u nas? Napijesz się?

- Mam wybór? - spytałem ironicznie.

Zwrócił się do barmana:

- Po sto.

- Dla mnie zmieszać z sokiem grapefruitowym - dodałem.

- Nadal nie zmieniłeś zasad? - skomentował Jonas.

- Jeśli chodzi o picie wódki, nie.

- A dziewczynki?

- Nadal unikam rosyjskiej miłości. Wolę piosenki o niej.

- A tak, piosenki - na jego twarzy pojawił się konfidencjonalny uśmiech. - Dzisiaj będzieśpiewać Cwieta.

- Jeśli myślisz o tym, to jesteś w błędzie.

- Być może... - nie wierzył mi do końca. - Powiedz, dlaczego rozmawiasz z tą kurwą?

- Ramunasem? - pragnąłem uściślić.

- Tak.

- Staram się być miły dla wszystkich, zwłaszcza, gdy jestem tutaj.

- Dyplomata z ciebie. Zawsze zastanawiam się, jak udało ci się wejść w tenświat i nie poharatać się? Nadal nosisz na karku głowę.

Zbyłem to, co powiedział. Przyjrzałem się jego twarzy, schudł, pod oczami pojawiły się worki pełne zmęczenie, bezsenności i wódy, białka oczu pokrywały napęczniałe czerwieniążyłki.

- Lonia mówił,że masz dobre kontakty z mendami - przerwał ciszę.

- Można się z nimi dogadać, więc czemu ich unikać?

- Nie to, co u was? - wargi ułożyły się mu w kształt uśmiechu.

- Można, tylko jest to trudniejsze i więcej kosztuje. Nie ma państwa naświecie, w którym by gliniarz nie brał włapę.

- Ostatnio, nasi trochę cię kosztowali.

- Opłacało się - uciąłem, nie chcąc rozwijać tematu, który stał się głośną sprawą w mieście.

- Ja bałbym się wiązać z nimi.

- Korzystam tylko z ich pomocy, gdy jestem zmuszony.

Przerwałem i po chwili zamyślenia powiedziałem:

- Nie jestem pewien, z której strony jest większe zagrożenie?

- Może masz rację - odparł po krótkiej pauzie.

- Poza tym nie lubię kwadratowych głów.

- Jakich? - nie rozumiał.

- Takich jak ta - wskazałem w stronę barczystego, ostrzyżonego na jeża chłopaka.

- Aaaa... Nikt nie lubi z takimi rozmawiać. Ale czasami trzeba, są potrzebni.

Na sali przygasłyświatła i nad sceną uniosła się kurtyna.

- Mówiłem, oto i twoja Cwieta - przyglądał się mojej reakcji.

Dziewczyna pojawiła się na scenie. Ubrana była w krótką, przylegającą do ciała, błyszczącą, czarną sukienkę. Wysoka i szczupła, z czarnymi włosami, opadającymi do pasa, z twarzą przypominającą lalkę Barbie, nie pozwalała zostać obojętnym na jej urodę. Takie dziewczyny wywołują zazwyczaj uwielbienie albo lekceważenie.

Śpiewała po litewsku piosenkę o wieczorze, o chłopaku, który siedzi teraz z obcą dziewczyną, raniąc czyjeś serce. Tyle rozumiałem. Czy to ona powiedziała kiedyś,żeśpiewa o miłości, bo nic innego nie liczy się wżyciu człowieka?

- Co ty od niej chcesz? - spytał z dezaprobatą.

- Właśnie, niczego nie oczekuję.

- Piękna i do tego ma głos - stwierdził zachwycony.

Pomyślałem o tym, z kim aktualnie sypia? Czy ta osoba znajduje się na sali? Dziewczyna wie, jak robić użytek z posiadanych walorów.

Dostrzegłem spojrzenie Ramunasa, kiwnął lekko głową, dając do zrozumienia,że siedzi przy nim Kostas. Po chwili i on podążył wzrokiem w moją stronę. Na krótko zetknęliśmy się oczami. Nie potrafił ukryć zainteresowania moją osobą. Odwróciłem wzrok.

Cwieta skończyłaśpiewać i zeszła wśród oklasków ze sceny. Nie minęło pięć minut i znalazła się przy mnie.

- Dlaczego nie zadzwoniłeś,że jesteś? - chwyciła mnie za ramiona i pocałowała w usta. To, czy chciałem tego, nie było dla niej ważne. Jest tak rozpuszczona,że myśli, iż nikt nie może jej niczego odmówić; a takie zachowanie jest z jej strony wspaniałomyślnym gestem, który powinno się dostrzec i cenić.

- Musisz się ze mną napić - powiedziała.

- Od godziny niczego innego nie słyszę.

- Dlaczego jesteś taki osowaty? - zrobiła minę niezadowolonego dziecka, któremu nie chcą kupić upragnionej zabawki.

- Masz tu tylu słodkich mężczyzn. Zobacz, oblizują się, ażślina cieknie im z ust - odparowałem.

- Jesteś niepoprawny - naburmuszona mina zamieniła się w dziewczęcą kokieterię. - Napijemy się Malibu?

- Nie będę wam przeszkadzał - powiedział Jonas, wykorzystując moment, gdy poszła po drinki.

- Nie odchodź, kto powiedział,że przeszkadzasz? - chciałem go zatrzymać.

- Bawcie się dobrze. Zadzwoń do mnie jutro - pożegnał się i odszedł w głąb sali.

Cwieta wróciła z malującym się na ustach szerokim uśmiechem, trzymając w dłoniach kieliszki z białym trunkiem.

- Bierz - podała mi jeden. - Na długo przyjechałeś?

- Chyba tak - odparłem.

- To znaczy, na dłużej? - ucieszyła się.

Nie odpowiedziałem.

- Mieszkasz tam gdzie zwykle? - nic nie robiła sobie z tego,że nie mam ochoty na rozmowę, albo nie chciała tego zauważyć.

- Nie.

- Lubiłam tamto mieszkanie.

- O aktualnym byś tak nie powiedziała.

- Nie chodzi mi o to,że było dobrze urządzone - na czole pojawiła się zmarszczka urazy. - Wiążą się z nim wspomnienia. Dobre wspomnienia. Możesz zamieszkać u mnie.

- Dlaczego wracasz ciągle do tego samego? Rozmawialiśmy o tym i chyba coś ustaliliśmy.

-Tak, wiem, tamto już nigdy nie wróci - jej głos stał się smutny i miał nutężalu.

- A co właściwie było? - spytałem beznamiętnie.

Spojrzała dużymi, czarnymi oczami, które wydawały się stawać coraz bardziej wodniste.

Odstawiła kieliszek na ladę.

- To,że przespałem się z tobą nic nie znaczy - dodałem.

- Jak to, ot tak po prostu się przespałeś?

- Dziwi cię to? Większość facetów idzie z tobą tylko po to, aby skonsumować tytuł miss piękności Litwy i piękny głos. Później mogą opowiadać,że przespali się z tobą, dodając krytycznie,że wcale nie jesteś taka dobra w te klocki.

Malibu zaczęło mnie mdlić, odstawiłem kieliszek.

- Ty także? - spytała z wyrazem twarzy, jakby miała za chwilę poznać werdykt sądu w jej sprawie.

- Tak bardzo różnię się od innych?

- Jesteśświnia! - uniosła głos.

- Słuchaj królowo - chwyciłem ją za ramiona. - Od tamtych dni minął rok czasu. Nigdy niczego nie obiecywałem. Idąc z tobą dołóżka nie zdjąłem obrączki z palca - puściłem ją.

Milczeliśmy.

- Zawsze byłeś cholernie szczery, aż do bólu - powiedziała po chwili.

19.

Zgodziłem się, aby mnie odwiozła do domu. Nie chciałem być aż tak do końca zimnym jak stal facetem. Nowego Volkswagena Corrado prowadziła ze swobodą. Nie bała się prędkości, zakręty brała z wprawą, wpadając w krótki poślizg, umiejętnie z niego wychodziła. Wiedziała,żeżywiołowy sposób w jaki kierowała samochodem nie pozostawiał mnie obojętnym, lubiłem kobiety o silnych charakterach. Znała moje zdanie na temat dziewczyn, których pewność uzasadniał tylko fakt posiadaniaładnego tyłka. Działały na mnie, jak czerwona płachta na byka.

- Zmieniłaś samochód? - rzuciłem chcąc przerwać krępującą ciszę i nie być dla niej, aż tak zimnym draniem. Poprzednio jeździła nowym Golfem.

- Tamten nie był mój. Podoba się tobie?

- Pasuje do twojego temperamentu.

Oczy zabłysły jej, połechtała ją moja uwaga.

- Lubię dobre samochody - odparła.

Moja wstrętna część charakteru dała o sobie znać, zamiast ugryźć się w język powiedziałem to, co zawisło na jego końcu:

- Nie tylko samochody.

Przygryzła wargi, włożyła do odtwarzacza kasetę i stężałym głosem odezwała się:

- Zaczynam mieć już dość twoich uwag. Dlaczego nie możemy ze sobą inaczej rozmawiać?

Z głośników popłynęła ckliwa muzyka i jeszcze bardziej ckliwy głos Cwiety,śpiewała po litewsku. Kiedy sięgnęła do magnetofonu, chcąc wyciągnąć kasetę, którą włożyła pomyłkowo, powstrzymałem jej rękę.

- To twoje nowe nagrania?

- Wydałam kasetę, niedługo ukaże się na kompakcie.

- Wszystkie piosenki na niejśpiewasz po litewsku? - pragnąłem uspokoić napiętą atmosferę, więc ciągnąłem dalej temat rozmowy, który nie wzbudzał naszych emocji.

Potwierdziła.

- Wolę jakśpiewasz po rosyjsku.

Zwolniła, dojeżdżaliśmy do mojej ulicy. Wokół nie było żywej duszy, tylko w nielicznych oknachświeciłoświatło. Brakowało mi neonów, oświetlonych wystaw sklepowych, tego wszystkiego, co sprawia,że miasto nie wydaje się być tak straszną pustynią.

- Czy ktoś mówił tobie,że spał ze mną? - zapytała, rzucając mi uważne spojrzenie.

- A jakie to ma znaczenie?

- Dla mnie ma... Mężczyźni są wstrętni. Kiedy wreszcie przestaniesz mieć o mnie takie złe zdanie? Czy ja chciałam od ciebie kiedykolwiek coś innego, poza tym, aby móc spędzić z tobą trochę czasu? Wiesz,że byłeś moim trzecim chłopakiem, z którym... Nie jestem dziwką.

- Nie powiedziałem tego.

- Ale na jedno wychodzi.

Miałem dość roztrząsania kwestii, dlaczego porzuciłem ją, jeśli tak można nazwać niechęć do dalszych wspólnych spotkań.

- Cwieta, nie potępiam ciebie, ale nie oznacza to,że lubię zlizywać cudzą spermę.

Zahamowała ostro. Zacisnęła palce na kierownicy i po chwili je oderwała i uderzyła w nią pięściami, krzycząc:

- Nie jestem kurwą! Nie jestem kurwą!

Odwróciła się do mnie, makijaż paskudnie rozmył się na twarzy.

- A ty, niby jesteś lepszy? Maszżonę i dziecko, ale nie przeszkadza ci to, aby pójść, ot tak sobie, dołóżka z inną kobietą; i prawić jej potem kazania. Niczym się nie różnisz od innych facetów, chodzi ci wyłącznie o dupę.

20.

Zaglądałem w okna budynku, w którym mieściła się jednostka litewskiego specnazu. Jacyś żołnierze bezustannie biegali wokół niego. Robili już piąte okrążenie. Skierowałem wzrok na podłogę pokoju. Pokrywała ją gruba warstwa kurzu. Ściany były w kolorze zszarzałej pomarańczy, przyozdobione srebrnym wzorkiem, w nieokreślone kwiaty. Na pościeli znajdowały sięślady odżelazka.

Usiadłem na stary fotel; był zapadnięty. Spojrzałem na telefon i postanowiłem zadzwonić do Johana. Bez najmniejszego problemu uzyskałem połączenie. Niestety odezwała się automatyczna sekretarka. Nagrałem się na niej, zostawiając swój numer. Miałem już wstać i iść do kuchni zaparzyć kawę, gdy rozległ się dzwonek telefonu.

Podniosłem słuchawkę, mówiąc:

- Tak - zmęczonym głosem.

- To ja - usłyszałem głos Gediminasa.

- Miałem właśnie dzwonić do ciebie. Nie wiem, gdzie można znaleźć Sergieja. Nie ma go podżadnym ze znanych mi telefonów -powiedziałem.

- Myślałem,że wiesz o tym. Ma problemy.

- Mendy?

- To poważniejszy proble.

- Czyli nie wiesz, jak się można z nim skontaktować? - spytałem.

- Ma telefon komórkowy.

Dzwoniłem, jest wyłączony.

- Korzysta z innego. Chcesz numer?

- Tak.

- Poczekaj chwilę.

W słuchawce zaległa cisza.

- Mam, zapisz. 734901.

- Dziękuję.

Po skończonej rozmowie, od razu wykręciłem uzyskany numer.

- Alooo - usłyszałem, tak dobrze znane mi przeciąganie słowa halo.

- Z tej strony Piotr.

- Piotr? Skąd znasz numer? - zaniepokoił się.

- Od Gediminasa.

- Aaaa, to w porządku - uspokoił się i w tym momencie całkowicie pojąłem, w jak trudnej sytuacji się znalazł. - Gdzie jesteś?

- W Wilnie. Możemy się spotkać?

Zaległa dłuższa cisza.

- Siedzę na daczy - przerwał ją.- Ale nie na swojej. Ta należy do Sigisa.

- To ta, gdzie ostatnim razem byliśmy w bani*?

- Tak. Trafisz?

- Bez problemu. O której się umówimy?

- Przychodź, o której chcesz. Mam dużo czasu.

Kiedy odłożyłem słuchawkę na widełki pomyślałem o tym,że w tymświecie bezprawia, w który wszedłem tak bezmyślnie, nikt nie ma gwarancji,że nie omsknie się mu noga i spadnie na puchowe poduszki. To tylko kwestia czasu.

21.

W daczy panował nieznośny bałagan. Na podłodze walały się stare gazety i puste butelki po wódce i napojach. Nie podejmowałem się próby ich zliczenia. Na niskiejławie spoczywał rozłupany chleb i kawał suchej kiełbasy. Powietrze miało słodkawo-kwaśny zapach. Kiedy ostatnio otwarto tutaj okno?

- Wyciągnęli go, skrępowanego, z bagażnika samochodu - opowiadał wolno Sergiej. - Chłopak miał dwadzieścia lat. Ręce związano mu do tyłu, do nich doczepiono kolejny sznur wiążący nogi. Taśmą izolacyjną zaklejono usta. Rzucili go na ziemię, jakścierwo.

Przerwał i wypił resztę alkoholu ze szklanki.

- Zaczął się szarpać, czuł, co się z nim stanie. Przystawiono mu pistolet do skroni. Jego oczy przeraźliwie błagały. Nie myślałem,że oczy potrafią krzyczeć - urwał i po chwili kontynuował - Padł jeden strzał. Głowa odskoczyła wraz ze strumieniem krwi. Potem drugi, trzeci... Władowano w niego cały magazynek.

Zamilkł.

- Za co? - zadałem pytanie, jakby to było najważniejsze: za co? Jakby zabicie kogoś mogło mieć uzasadnienie. Wystarczy tylko ważny powód i otrzymuje się rozgrzeszenie.

- Nikt ci nie mówił, co się stało?

- Słyszałem,że zabito Timocha, zabierając jego pieniądze. Szykował się zapłacić za dostarczoną partię kontenerów papierosów.

- Siedzą tutaj ludzie z Moskwy i szukają, to były ich pieniądze. Zastrzelili Arwidasa, gdyćwiczył na siłowni.

- O tym słyszałem, nie wiedziałem,że to oni zrobili.

Nalał kolejną szklankę Smirnoffa i pochłonął jej zawartość jednym haustem.

- O tym,że będzie transakcja wiedziało tylko trzech ludzi. Ten młody chłopak, Arwidas i...

- Ty - dodałem.

Podniósł się złóżka i usiadł przy stole. Uderzyła mnie fala intensywnego smrodu wódki i potu.

- Dlatego się ukrywasz? - zadałem retoryczne pytanie.

- Dlaczego nie pijesz? - słusznie je zbył.

Wlałem wódkę, mieszając z sokiem pomarańczowym. Był gęsty i w szklance pojawiła się zawiesina. Sobie napełnił szklankę wyłącznie wódką. Podnieśliśmy w górę szklanki i wypiliśmy z milczącym toastem.

- Wiesz jak znaleźli tego chłopaka? - spytał.

Milczałem.

- Pokazałem, gdzie się ukrywał.

- Zrobił to?

- Nie.

- To dlaczego? - wyrwało mi się.

- Dlaczego? - zaśmiał się pusto do siebie. - Czy myślisz,że on by się wahał? Byłem szybszy.

Twarz miał nabrzmiałą, w kolorze pijackiej czerwieni. Spojrzałem na trzy grube złotełańcuchy wiszące na jego szyi, oznaczające zajmowane miejsce w hierarchii miejscowegoświata przestępczego. Jeden może nosić każdy, dwa niektórzy, a trzy wyłącznie wierchuszka* . Odstępstwo od tej zasady nie kończy się tylko na zerwaniu bezprawnie noszonegołańcucha z szyi.

- Jeśli kazaliby go zabić, zrobiłbym to. Jaki miałbym wybór?

Inaczej sprzątnęliby mnie, tak jak jego? On i tak był już stracony.

Nie byłem pewny, czy to nie jemu dali do ręki pistolet i kazali zabić chłopaka. Po co ciągnęli go ze sobą?Świadek egzekucji? Jeśli puścili go wolno, to musiał zabić lub wsadzić w mózg chłopaka także od siebie kulę.

- Czasami człowiek dowiaduje się o sobie takich rzeczy...- urwał.

Nie patrzyłem na niego. Wbiłem wzrok w chleb i leżący obok nóż.

- Spójrz na siebie. Kim kiedyś byłeś i kim teraz jesteś? Kim będziesz? - mówił, opierając grube ręce na stole. - Dlaczego milczysz? Wiem, o czym myślisz. Tak, jestem skurwysynem, który coraz rzadziej zachowuje pozory lepszej strony człowieka.

Przerwał.

- Nie maświętych, bo nie ma ludzi bez jakiejkolwiek winy - dokończył.

Piłem. Dużo piłem. Chciałem przestać myśleć. Postanowiłem wlać w siebie tyle alkoholu, aby nie czuć. Nie chciałem już słuchać. Miałem dość jego zapitej twarzy. Należał do tęgich i barczystych. Trudno takiemu złamać kark. A wyglądał, jak bezbronne dziecko.

- Nie chodzi mi o ratowanie swojej duszy, a o własneżycie! - uniósł głos.

Przestałem go słuchać. Z t e g o n i e m oż n a w y jść z d r o w y m - zatętniło we mnie.

22.

Przebudziłem się po kilku godzinach. Było ciemno. W pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Dopiero, słysząc chrapanie Sergieja uświadomiłem sobie, co się ostatnio wydarzyło. Wskazówki zegara pokazywały dziesiątą. Spałem około trzech godzin. Jego niedźwiedziowate ciało nadal spało. Wstałem z krzesła i poszedłem dołazienki.

Wsadziłem głowę pod kran z zimną wodą. Powoli dochodziłem do siebie, przywracając jasność umysłu. Spojrzałem w lustro. Wyglądałem fatalnie. W ustach czułem smak kapcia. Nabrałem na palce pastę do zębów i zacząłem nimi szorować. Poczułem orzeźwiający smak i zapach mięty. Wytarłem się w jedyny ręcznik, wiszący na wieszaku. Skontrolowałem wygląd w lustrze - był lepszy niż przed chwilą. W głowie nadal panował lekki szum. Oczy za wszelką cenę unikałyświatła. Musiało upłynąć trochę czasu, aby przyzwyczaiły się.

Wróciłem do pokoju, w którym leżało cielsko Sergieja. Miał ciężki sen. Charczał. Zastanawiałem się przez chwilę, czy go budzić?

Wyszedłem bez pożegnania.

23.

Po wyjściu z daczy Sergieja, postanowiłem pojechać taksówką do Hotelu Litwa, skąd chciałem skorzystać z telefonu satelitarnego na kartę, aby zadzwonić do domu. Starałem się nie ułatwiać policji określenia mojego dokładnego miejsca pobytu.

Wykręciłem z pamięci numer. Po krótkiej ciszy pojawił się wolny sygnał. Nikt nie podnosił słuchawki. Była już noc. Anna powinna o tej porze znajdować się włóżku. Ponownie wystukałem te same cyfry, w nadziei,że poprzednio uzyskałem pomyłkowe połączenie. Pojawił się wolny sygnał. Gdzie ona może być, z dzieckiem, o tej porze? - zastanawiałem się i nie znalazłem odpowiedzi. Coraz częściej natrafiałem na sygnał oznajmiający,że nikogo nie ma w domu lub ktoś nie chce podnieść słuchawki.

Nie wiem, dlaczego nie roztrzaskałem słuchawki o aparat telefoniczny.

24.

Dziewczyny tańczyły taniec brzucha. Robiły to nieudolnie. Usiadłem przy barze, tak by być widocznym i samemu najlepiej widzieć.

- Piotr? - dotarł do mnie znajomy głos z boku.

Odwróciłem się i ujrzałem Cwietę.

- Jednak jesteś - powiedziała z nieukrywanym zadowoleniem.

- Tak - przeszedłem wzrokiem od jej twarzy do kształtnego biustu, opiętego czarnym body.- Przyszedłem, bo chcę iść z tobą dołóżka.

- Piłeś?

- Tego nie da się ukryć - odparłem, ironicznie skrzywiając prawy kącik ust.

- Co się stało? - była zdezorientowana. Nigdy nie widziała mnie w takim stanie.

- Nic szczególnego. Kogoś zabili i dzięki temu ktoś drugi przeżył.

- O czym mówisz?

- Nie udawaj,że nie rozumiesz. Mieszkasz tutaj i musisz wiedzieć, co się dzieje. Codziennie oglądasz twarze, które bez drgania powiek potrafią strzelić włeb. Z niejednym takim się przespałaś.

- Co ci jest? - nie wiedziała, jak znaleźć się w nowej dla siebie sytuacji.

- Nie myśl,że jestem pijany.

Zbliżyłem się do jej twarzy, tak blisko,że czułem jej ciepło. W oczach mieszało się zaskoczenie i ciekawość. Pulsowała podnieceniem.

- Jeszcze nie jestem - dodałem. - Dlaczego nie zapytasz, czy czegoś się nie napiję?

25.

Poznaliśmy się z Cwietą w czasie kolacji, wydawanej przez właściciela nocnego lokalu, w którym tańczyła, wraz z zespołem, w skąpych strojach.

Po zakończonym występie przyszła, z koleżankami, do naszego stolika. Zorientowałem się,że poza wykonywaniem części artystycznej, niepisany aneks do umowy, nakazywał towarzyszenie prywatnym gościom ich pracodawcy. Pojęcie "towarzyszenie" było rozciągliwe, często kończyło się także "towarzyszeniem" włóżku.

Cwieta odstawała od czwórki swoich koleżanek. Jej oczy nie ukrywały tego,że jest kimś innym, lepszym od nich. Tą inność akceptowali wszyscy, uważając za rzecz naturalną. Posiadała już wówczas tytuł Miss Wilna i była faworytką ogólnokrajowego konkursu piękności. Romans z głównym sponsorem ostatecznie przesądzał jej wygraną.

Po kolacji przenieśliśmy się do willi Igora, znanego miejscowego biznesmena, którego zakres działalności był szeroki, od handlu odzieżą po handel bronią. Należał do wierchuszki tak zwanej Brygady Wileńskiej.

Kiedyś był konwojentem, zajmującym się rozwożeniem wódki. Dzięki częstym wyjazdom służbowym do Kaliningradu, poznał ludzi zajmujących się nielegalnym handlem bursztynem. To na nim zarobił pierwsze, duże pieniądze. Po upadku ustroju komunistycznego i ZSRR jego "kariera" przebiegała dynamicznie. Dla przeciętnego człowieka niewyobrażalnie szybko. Zajął się operacjami finansowymi, prywatnymi pożyczkami na paskarski procent, przemytem alkoholu i papierosów. Uzyskane przychody z nielegalnychźródeł mądrze inwestował w nieruchomości i w oficjalne przedsięwzięcia gospodarcze. Stał się właścicielem hotelu, dealerem samochodów, sprzętu elektronicznego znanych,światowych marek. Osiągnął status szanowanego przedsiębiorcy, myślącego o zajęciu się polityką i wystartowaniu w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Igor nie należał do pięknych, już sam niski wzrost przy nadmiernej otyłości, wywoływał wręcz groteskowe skojarzenia - miniaturowy "Filip i Flap" w jednej osobie. Nie ukrywał tego,że lubił towarzystwo młodych, pięknych kobiet. Tę skłonność później wykorzystali jego zabójcy. Na przynętę podstawiono muładną dziewczynę. Nierozważnie, zgodził się pójść z nią do pokoju hotelowego i zginęli oboje włóżku.

Spotkanie w willi, jego cel, stał się jednoznaczny - alkohol i dziewczynki. Do koleżanek Cwiety dołączyły dwie profesjonalistki od płatnej miłości.

Dziewczyny z zespołu nie były zmuszane do uprawiania seksu, ale chętnie się na to godziły. Wspólna sauna i basen łamały resztki wewnętrznych oporów. Miały świadomość,że na pożegnanie otrzymają gratyfikację pieniężną, i co najważniejsze, nie będzie to w takiej jednoznacznej formie, jak płacenie profesjonalistkom. Nikt nie mówił,że puściły się za pieniądze, ale zabawiły się z dżentelmenami, którzy "na do widzenia" podarowali drobną sumkę na zakup nowej sukienki lub dobre perfumy.

Cwieta, jako gwiazdeczka damskiego towarzystwa, wzmocniona posiadaniem prywatnego sponsora, nie uczestniczyła w rozpuście. Na wszystko patrzyła z dystansem, co więcej, wyznaczyła przed sobą pas ochronny, którego nie można było naruszyć.

Pomiędzy nami, od początku zaistniała wymiana krótszych i dłuższych spojrzeń. Pojawiały się mniej lub bardziej znaczące uśmiechy. W niemy sposób komentowaliśmy, przebiegające wokół nas zdarzenia.

W willi Igora podeszła do mnie, pytając:

- Czemu się nie bawisz?

- A ty?

Po konwencjonalnym wstępie: Skąd jesteś? Czym się zajmujesz? Rozmowa utknęła wślepej uliczce. Drażniło mnie jej nadmierne zainteresowanie. Dochodziła pierwsza w nocy. Zmęczenie dawało mi się we znaki. Do Wilna przyjechałem kilkanaście godzin wcześniej, mając za sobą długą podróż. Dostrzegła to i, nie mogąc się pogodzić z tym,że nie jest akceptowana,że nie wywołuje we mnie oczekiwanego wrażenia, a do czego była przyzwyczajona, zwróciła się z wyrzutem:

- Dlaczego mnie nie lubisz?

- Dlaczego tak sądzisz? - odparłem.

- Nie podobam się tobie? - zaskoczyła mnie bezpretensjonalną otwartością.

- Jesteś pyszna, ale czy koniecznie muszę od razu rzucać się i konsumować apetycznie wyglądające ciasteczko?

Przerwałem na krótko, uśmiechając się z odrobiną złośliwości.

- Nie jestemłakomczuchem - dodałem.

W pierwszej chwili wydawała się być oniemiała, nie wiedząc, jak odparować moje słowa.

- Wiem, co o mnie myślisz, ale tak nie jest - nagle przemówiła.

26.

Wszystko, co się działo, było zaprzeczeniem wcześniej spędzonych razem nocy. Wówczas moje palce czule przesuwały się po jej ciele, właściwie tańczyły z nim. Tej nocy stały się szorstkie, pełne kanciastych ruchów. Dłońmi chwytałem mocno, aż na jej twarzy pojawiał się grymas bólu. Unikałem całowania, mimo, co chwila ponawianych przez nią prób. Oczy Cwiety krzyczały ze zdumienia. Poddawała się jednak wszystkiemu. Czasami szeptała, pytając: Piotrze? Kłębiący się we mnie sadysta wybuchł niepohamowanążądzą, pastwiąc się nad jej ciałem. W pewnym momencie, przekręciłem ją na brzuch i wszedłem w nią od tyłu, mocno uderzając dłońmi i biodrami w pośladki; paznokcie i palce pozostawiły na nich czerwone pręgi.

Nie wytrzymała i wybuchła pełnym płaczem.

- To jest ordynarne jebanie... Czemu taki jesteś?

Nie odzywałem się.

Zszedłem z niej i wbiłem twarz w poduszkę. Starałem się odzyskać miarowy oddech.

Co miałem jej powiedzieć? Potraktowałem ją tak, a nie inaczej, bo miała o mnie za dobre wyobrażenia, a nie chciałem, aby tak myślała? Na niej odreagowałem to wszystko, w czym się ostatnio znalazłem? Pragnąłem zabić wszystko, co jest pozytywne, przypominające obraz nie istniejącego już Piotra.

Kto naprawdę chce tego, abym był takim, jak kiedyś? Kto wierzy,że jest to możliwe? Znalazłem się w szufladce i każdorazowa próba wysunięcia z niej dłoni kończy się przytknięciem palców. Chcesz z tego wyjść?- mówił jeden z policjantów - Siedzisz w tym za długo, unurzałeś się po same uszy!

Po wszystkim pomyślałem,że zachowuję się jak kabotyn. Rano rozstaliśmy się w milczeniu, starając się nie patrzeć sobie prosto w oczy.

27.

Sebastian od dwóch lat mieszkał w Wilnie. Coraz rzadziej jeździł do Polski, gdzie deptała mu po piętach policja i prokuratorzy oraz kilku ludzi zeświatka; którzy uważali,że nie rozliczył się tak, jak należało.Ścigany w Polsce, na Wschodzie uzyskał spokój.

Siedząc w hotelowej kawiarni nie obawiał się,że przyjdą po niego, wsadzą do bagażnika samochodowego i wywiozą do lasu, zostawiając w opłakanym stanie, tak jak mu się to, kiedyś, przydarzyło w Hotelu Gołębiewski w Mikołajkami. Tamci, na tym terenie, nie potrafili się poruszać, a on nabrał tej umiejętności.

Stworzył małą grupę, złożoną z młodych chłopaków z Kowna i Wilna. Byli wśród nich najemnicy, którzy walczyli na wojnach na dalekim Kaukazie, w Afganistanie, czy Jugosławii.

Dominującą wśród nich rolę pełnił Pasza. Dysponował trzyletnim stażem zabijania Żydów w Libanie. Patrząc na jego posturę i nieobliczalną twarz, razśmiejącą się - dusza człowiek, a raz pełną nienawiści, niewytłumaczalnej agresji, każdy wolał schodzić mu z drogi. Nie był mądry, ale nikt od niego nie wymagał myślenia. Szczycił się tym,że sztuki zabijania nauczyło go KGB, w lasach pod Petersburgiem. Nie ukrywał,że tę umiejętność najlepiej potrafi robić.

Siedzieliśmy razem w barze hotelowym, towarzyszyły nam troje dziewczyn.

- To Ukrainki - Sebastian nachylił się w moją stronę, - Mam jeszcze dwie. Mogę je sprzedać od razu, po 500 baksów* za sztukę. Jeśli trzeba załatwić papiery i dowieźć, to oczywiście drożej, ale cena do uzgodnienia. Może zainteresowałbyś się?

- Wiesz,że nie zajmuję się tym - odparłem.

- Masz w Reichu* znajomych. Może ktoś z nich? - nie ustępował, wychodząc z założenia,że każdy może okazać się klientem, jeśli nie teraz, to kiedy indziej.

- Porozmawiam - powiedziałem na odczepnego.

Śmierdział potem zmieszanym z wódką. Wszyscy, siedzący przy stole musieli to czuć, ale nikt nie sprawiał wrażenia,że jest to uciążliwe. Tak się przystosował do miejscowych realiów,że mył się i zmieniał bieliznę raz na tydzień; jego słownictwo było pełne rosyjskich i litewskich przekleństw.

- Słyszałeś,że sprzątnięto Arwidasa? -spytał.

- Tak - odpowiedziałem.

- Mówi się,że Moskwianie dorwali Miszę. Od kilku dni nie daje znakużycia. Ostatnio widzieli go z Sergiejem. Ty go znasz? - spytał, mimo,że dobrze wiedział o tym.

- Trochę.

- Podobno wystawił im Miszę, a teraz się ukrywa się przed jego bratem.

- Możliwe, nigdzie nie można go spotkać.

- Jest za mały - wtrącił Pasza, przybierając autorytatywny ton znawcy. - Owca nie powinna startować do wilka, bo inaczej będzie miała flaki na wierzchu.

- Racja, Lonia jest za mocny - zgodził się z nim Sebastian.

Nie komentowałem, unikałem wypowiadania się o tym, co się wydarzyło, co jeszcze się zdarzy. Wiedziałem,że brat Miszy występując przeciw Sergiejowi, wydał na siebie wyrokśmierci. Prędzej, czy później znajdzie się w tym samym miejscu, co Misza.

Sebastian spostrzegł kogoś w holu przy recepcji.

- Muszę porozmawiać. Wpadłbyś dzisiaj do mnie, poznasz bliżej dziewczyny. Zawsze to przyjemniej, gdy spotka się i pogada z ziomkiem w obcym kraju.

- Nie zmieniłeś mieszkania?

- Nie.

- Zadzwonię, ale niczego nie obiecuję.

- W porządku.

Pożegnaliśmy się. Sebastian poszedł, zostawiając mnie samego z Paszą.

- Napijesz się jeszcze? - spytał

- Nie mogę dłużej siedzieć, czas goni, a sprawy czekają - odparłem, chcąc opuścić ich towarzystwo.

- Tak, sprawy przede wszystkim. Na wódkę i dziewczynki zawsze jest czas - powiedział tonem, jakby wygłaszał ważną mądrośćżyciową.

Po chwili zaśmiał się i do jegośmiechu dołączyły się, piskliwym chichotem, dziewczyny. Twarze ich pokrywały grube warstwy różowego fluidu. Usta barwiła ta sama krwista czerwona pomadka. Nie miały więcej, niż dziewiętnaście, dwadzieścia lat.

- Przyjdź wieczorem, potrachasz* sobie - powiedział i w rubasznym uśmiechu odkrył całe uzębienie, pokazując dumnie dwa złote zęby.

28.

Czułem się całkowicie bezsilny. Uprzytomniłem sobie,że na nic nie miałem wpływu,że nie byłem w stanie powstrzymać tego wszystkiego, co pchało podścianę. Mogłem tylko iść, bezwolnie poddawać się kierunkowi wyznaczonemu przez cudze ręce. Mogłem krzyczeć, mogłem protestować, ale to oznaczałoby tylko słabość. Nie stać mnie było na wyciągnięcie właściwych wniosków. Ucieczka w poczuciu bezsilności, jaki to miało sens?

Nagle, dźwięk telefonu rozerwał panującą w pokoju ciszę, aż wzdrygnąłem się.

Podniosłem słuchawkę, milcząc.

- Jesteś tam - usłyszałem głos Cwiety. - Piotrze?

Odłożyłem słuchawkę na widełki aparatu.

Po chwili ponownie zadzwonił telefon. Po czwartym sygnale podniosłem słuchawkę.

- Piotrze? - w jej głosie pojawiła się prośba.

Nie czekając, aż zacznie mówić, powiedziałem:

- Cwieta, unikaj mnie, tak będzie dla ciebie lepiej - i odłożyłem słuchawkę.

29.

Wieczorem nigdzie nie wychodziłem. Nadawałem się tylko do tego, aby pić i w ten sposób odłączyć mózg od reszty ciała i wreszcie nieprzytomny zwalić się dołóżka. Po raz któryś z rzędu zadzwoniłem do Johana. Pojawił się głos automatycznej sekretarki. Powiedziałem, jak zwykle:

- Tu Piotr - i odkładałem już słuchawkę, gdy odezwała się Magda,żona Johana.

- Jestem.

- Nie mogłem was złapać. Byliście w Polsce?

- Nie.

Miała ciężki oddech. Sprawiała wrażenie osoby zaspanej lub pod wpływem alkoholu.

- Zastałem Johana?

- Nie...- urwała i po dłuższej pauzie powiedziała - Johan nieżyje.

Zamarłem, nie byłem w stanie wykrzesać z siebieżadnego słowa.

- Zabili go - dodała suchym tonem głosu.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Satyra dokumentalna. Po raz pierwszy kamera zagląda za kulisy szołbiznesu w Polsce. Obok znanych postaci ze sceny muzycznej jak Krzysztof Krawczyk, Marek Kościkiewicz, Robert Leszczyński, Maciej Maleńczuk, Myslovitz , Marek Sierocki, Piotr Metz, Hirek Wrona, Michał Wiśniewski, Negatyw, poznajemy nieznanych szerszej widowni decydentów, szare eminencje polskiego szołbiznesu. Film ukazuje przemilczaną dotąd stronę szołbiznesu w Polsce, w którym normą jest oszustwo, manipulacja.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS