menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Pieniądze są ważne, ale nie wszystko można sprzedać
Pewnego dnia postanowił pan, że zajmie się pisaniem i będzie robił filmy. Nie skończył pan żadnej szkoły reżyserskiej, jako pisarz nie istniał. Co było dla pana punktem wyjścia?
 
– Trzeba wiedzieć, czego się chce, nie poddawać się opinii ludzi, którzy zawsze chcą cię ściągnąć w dół i najważniejsze – mieć silną wolę. Zwłaszcza, jeśli się jest spoza układu, bez znajomości rodzinnych. Tatuś i mamusia nie mogli „pchnąć” mnie w branżę, co jest bardzo częste. Dzieci, kuzyni, rodziny artystyczne, opanowały branżę medialną.
 
To się zdarza i w innych profesjach, z ojca przechodzi na syna. Kowal zostawi dziecku kuźnię, a lekarz gabinet. Trudno się dziwić.
 
– Nie krytykuję tego.
 
Pan jest z zawodu...
 
– Mam wykształcenie średnie pedagogiczne i technikum mechaniczne, specjalizacja: obróbka skrawaniem.
 
Po takim przygotowaniu miał pan nadzieję dostać się do łódzkiej filmówki?
 
– Patrzono na mnie jak na kogoś, kto urwał się z choinki. Wtedy na egzaminach, zdający mieli wrażenie, że miejsca są już rozdane. Nie wiem, jak jest teraz, ale wówczas tak było. Egzamin był dwu etapowy. Najważniejszy był drugi etap, ale ten był tylko dla wybrańców, a nie plebsu. Pierwsza to część pisemna i rozmowa. W jej trakcie, zorientowałem się, że nie zapoznano się z moimi pracami. Bardzo mnie to zirytowało. Powiedziałem ostro Trzosowi-Rastawieckiemu, znanemu reżyserowi filmów dokumentalnych, który przewodniczył komisji, co o tym myślę. Rzuciłem mu w twarz, że ten egzamin to fikcja. Zapytano mnie, dlaczego nie dostarczyłem filmu. Powiedziałem, skąd przyjechałem i że jedyny klub filmowy w mojej okolicy to Klub Obrony Cywilnej. Miałem im dostarczyć film o ćwiczeniach z ataku chemicznego?
 
Spierając się z nimi, nie dawał pan sobie szans.
 
– I tak ich nie miałem.
 
Ma pan trudny charakter?
 
– Podobno. Raczej wiem, czego chcę. Gdybym słuchał mocodawców i producentów, żaden mój film by nie powstał. „Blokersów” na pewno by nie było. Tymczasem, od 7 lat robię filmy, przez 3 lata miałem programy telewizyjne.
 
Czy od samego początku można sobie pozwolić na własne zdanie?
 
– Nie zamierzałem zaczynać od pozycji klęczącej. Przypodobywać się. W życiu takie rzeczy przeszedłem, że bycie reżyserem nie było szczytem marzeń. Nie problem powstania filmu jest problemem życia i śmierci. Są ważniejsze sprawy. Patrzyłem z innej perspektywy na całą tą rzeczywistość show-biznesu. Na to bagienko, co tak trawi ludzi, że zgłupieć można.
 
Miał pan coś na zapleczu, gdyby nie wyszło?
 
– Nie zastanawiałem się nad tym. Niestety nic się nie osiągnie nie ryzykując, nie stawiając na jedną kartę. Twórczość była dla mnie próbą oczyszczania się. Pisanie pozwalało mi zapomnieć o sytuacji, w której się znajdowałem. Jestem dzieckiem DKF-u. Oglądałem bardzo dużo filmów, ale nie tych, na które dziś młodzież chodzi. Kto teraz ogląda Bergmana, Altmana, Herzoga, Tarkowskiego? Bardzo wąska grupa ludzi, studentów. Jako bardzo młody człowiek z małego miasteczka czytałem literaturę, książki filozoficzne. To była moja młodość. Nie interesowało mnie nic więcej.
 
Pan dostrzega tematy tam, gdzie inni reżyserzy ich nie widzą. To pański atut.
 
– Zrobiłem najpierw film „To my, rugbiści”. Zauważono go. Inne spojrzenie na problem młodych ludzi, odrzuconych przez dzisiejszy świat, w którym panuje wyścig szczurów. Potem film „Blokersi” okazał się sukcesem. Oba powstały bez udziału telewizji. Złotówki decydenci telewizyjni nie daliby na to.
 
Udowodnił pan, że w tym zawodzie bez telewizji można funkcjonować.
 
– Tak, ale jest trudno, nie ma wielu możliwości. Ja na pewno miałem łut szczęścia. Teraz też robię film bez telewizji o sprawie zabójstwa generała Papały. Wszystkie stacje boją się tematu. Chyba, że ktoś zrobi ten temat na klęcząco przed policyjno-prokuratorską grupą śledczą. Ale jaki to ma sens? Nie jestem rzecznikiem policji i prokuratury.
 
Czy w trakcie robienia tego dokumentu wpadł pan na jakieś szokujące nie odkryte fakty?
 
– W Polsce mówi się, że to śledztwo jest pierwszoplanowe, chodzi o honor policji, a to jest po prostu kłamstwo. Sprawa trwa już 10 lat i będzie kolejne 10, jeśli nic się nie zmieni.
 
To niebezpieczny temat.
 
– Jeden z bohaterów filmu o Papale już mi groził.
 
Jak pan na to zareagował?
 
– Mam masę gróźb różnego rodzaju, ale nie reaguję. Jednak w tym przypadku uznałem, że nie ma żartów. Napisałem list do prezesa telewizji, który to zlekceważył. Nawet nie odpowiedział, nie zapytał, o co dokładnie chodzi. Poinformowałem koordynatora służb specjalnych i prokuratora krajowego. Osobą grożącą jest jeden z byłych oficerów MSW, którego rola w tym śledztwie nie została do końca wyjaśniona. Nie boję się jednak. Zrobiłem to na wszelki wypadek. Wiem, że gdyby coś mi się stało, kilku dziennikarzy nie odpuści i wyśledzi, dlaczego mi się to przytrafiło. Moją największą obroną są media. Jest już w Polsce pewna grupa dziennikarzy, których nie interesuje tylko własny pępek. Jeśli coś się stanie, to nie zadowolą się głupim komentarzem prokuratorskim. Poza tym moją bronią jest też strona internetowa i blog. W ciągu miesiąca mam minimum 100 tysięcy wejść. Bywa, że jest ich kilka razy więcej. Nie da się mnie tak łatwo zagłuszyć.
 
Kto panu dał fundusze na „Zabić Papałę”?
 
– Na razie Państwowy Instytut Sztuki Filmowej. Szukam pieniędzy na kinową dystrybucję. Przede mną taka sama droga, jak w przypadku „Blokersów”. Trzeba zagryźć zęby i wycierać klamki możnych tego świata.
 
Kiedy premiera?
 
– Jeszcze w tym półroczu. Ten film tak naprawdę już istnieje. Piszę książkę, która ma się ukazać w tym samym czasie.
 
Czy panu jest łatwo prowadzić dziennikarstwo śledcze, będąc osobą rozpoznawalną?
 
– Zajmuję się tym od czasu do czasu, nie jestem dziennikarzem śledczym. W przypadku filmu o zabójstwie Papały, dorobek zawodowy pomaga.
 
Ma pan wielu wrogów w mediach?
 
– Kiedyś więcej, teraz coraz mniej. Czy tak naprawdę kilku tych dziennikarzy, sługusów różnych służb i polityków, ma warunkować moje spojrzenie na wizerunek polskich mediów? Nie, na to sobie nie pozwolę nigdy.
 
Ale własną opinię na ich temat pan ma.
 
– Jest ogromna niechęć do publicystyki interwencyjnej. Dziennikarstwo śledcze jest niemile widziane przez decydentów mediów. Jest rachityczne. Trzeba mieć sporo pasji, by tym się zajmować. Łatwiej być komentatorem politycznym.
 
Pan jest biznesmenem?
 
– Nie, nie jestem. Od czasu do czasu pisuję dla prasy. Zajmuję się realizacją filmową i telewizyjną.
 
To pozwala płacić rachunki?
 
– Tak, bo jestem nie tylko reżyserem, ale i producentem swoich filmów. Zajmuję się też produkcją fonograficzną.
 
Kręcąc „Gwiazdora” z Michałem Wiśniewskim w roli tytułowej, bardzo mu pan pomógł.
 
– Wytwórnia i menedżerowie cynicznie chcieli mnie wykorzystać. Miałem tego świadomość. Zażądałem dużych pieniędzy. Bez nich bym filmu nie zrobił. Zaznaczam jednak, że gdybym nie uznał, że jest sens pokazać fenomen Wiśniewskiego w polskim show-biznesie, „Gwiazdor” nigdy by nie powstał. Dokument to nie film reklamowy, gdzie wynajmuje się reżysera i po sprawie. Zresztą ci, którzy myśleli, że mnie kupili, zdziwili się. Była awantura, gdy chciano ocenzurować film. Okazało się, że nie wszystko można kupić. Zresztą, dlatego nie zapłacono mi całej obiecanej gaży. Śmieszy mnie, gdy się mówi, że najlepszy twórca to biedny. To bzdura, bo on dopiero wtedy zajmie się pracą, gdy napełni żołądek i zapewni rodzinie egzystencję. Podstawą niezależności ludzi mediów są pieniądze. Trzeba mieć chociażby na honorarium prawnika, gdy ktoś poda cię do sądu za film czy artykuł prasowy. Tego staram się też pilnować.
 
Dlaczego pan wchodzi w takie tematy jak Papała, bo tam są emocje, pieniądze?
 
– Bo czasami trzeba spróbować dojść do prawdy. Zająć się czymś ważniejszym niż majtki Dody.

Rozmawiała Sylwia Chudak, Cooltura, Numer 207, 7.03.2008


menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

"Blokersi" to film o polskiej kulturze hip hopowej. Opowiada o młodych ludziach z wielkomiejskich blokowisk, o tym jak żyją, jaka jest dzisiaj ulica w Polsce. Poza raperami są tu grafficiarze, break dance`owcy i ludzie związani z kulturą hip hopu. Prawdopodobnie po raz pierwszy wiele osób zobaczy, czym jest w naszym kraju kultura hip hopu, kto w niej żyje i kto ją tworzy.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS