menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Kamera bez ograniczeń

Więzienie wyostrzyło moje poglądy. To chore miejsce, nie uczy niczego, nawet pokory. Uczy bycia człowiekiem gorszym - rozmowa z Sylwestrem Latkowskim

Sylwester Latkowski był nauczycielem polskiego, producentem żelu do włosów, właścicielem domu towarowego, biznesmenem z politycznymi koneksjami, przez cztery lata ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości, sam zgłosił się do prokuratora i spędził 17 miesięcy w więzieniu. Pisze wiersze, książki, scenariusze. Za książkę "Pamiętam jak" został wyróżniony przez Fundację Kultury. Prawa do ekranizacji powieści "Wozacy" kupiła TVP. Jest autorem dwóch filmów dokumentalnych. Najnowszy - "Blokersi" - opowiada o młodzieżowej kulturze hip hopu.

Alex Kłoś: Mówisz: "Nie chcę być reżyserem filmowym", a poświęcasz się temu zajęciu do tego stopnia, że nie masz pieniędzy na zapłacenie rachunków.

Sylwester Latkowski: Mam potrzebę wypowiedzenia tego, co czuję i wiem. Środkiem do tego jest film. Chcę wykrzyczeć to w taki sposób. A kiedy robi się film dokumentalny, to trudno myśleć o zarabianiu pieniędzy na życie. Nie muszę być zawodowym reżyserem z wpisem w dowodzie i CV.

Dlaczego?

Taka etykietka nie jest mi potrzebna do szczęścia. Działam w tej branży mniej lub bardziej z boku, czasami w środku. Kiedy ludzie się sobie przedstawiają, to w zasadzie często nie wiadomo, kim jest poznany człowiek, wiadomo za to, że jest reżyserem filmowym. Nieważne staje się to, co zrobił, co chciał przekazać tą reżyserią filmową, ważne, że ma taki status.

Więc kim chcesz być?

Facetem, który ma możliwość wypowiedzenia się. Sposób nie jest najważniejszy, najważniejsze jest to, co będę chciał przekazać. Dziś robię filmy, za jakiś czas wrócę do pisania reportaży albo książek. Właśnie teraz ukazała się pierwsza - "Pamiętam jak".

Dlaczego masz potrzebę wykrzyczenia tego, co widzisz?

Może poczułem, że muszę w taki sposób odpokutować za grzechy? Prawdopodobnie to właśnie to. W pewnym momencie zorientowałem się, że zaczyna mi się nie podobać facet, którego widzę w lustrze. Zabrnąłem w ślepy zaułek przez pychę, zarozumialstwo, brak pokory, czasami pazerność, przyzwyczajenie do dóbr materialnych i nieuznawanie wartości uniwersalnych. Trafiłem na 17 miesięcy za kraty. Przedtem byłem poszukiwany przez cztery lata listem gończym. Dostałem dwa lata. Mogłem tego uniknąć, uciec przed odpowiedzialnością, wyjechać z Polski na kilka lat i wrócić, kiedy umorzono by sprawę. Mogłem także przyjąć propozycję przedstawicieli prawa. Ale brzydziłem się nią. Nie chciałem być konfidentem. Sam się stawiłem do prokuratora.

O czym chcesz opowiadać w filmach?

Zapomina się u nas, jak wygląda ulica. O tym, co dzieje się na niej np. z młodymi ludźmi. Bardzo łatwo sięga się za to po stereotypy. Młody człowiek z łysą głową to chuligan, każdy były więzień to bandyta, człowiek bogaty i zaradny to Żyd, a polityk to złodziej. Bohaterów "Blokersów" nazywa się marginesem społecznym. Staram się pokazać tym filmem, że nie oni są patologiczni, tylko otoczenie, w jakim żyją. Kiedy otwieram gazety, widzę w nich rzeczywistość inną od tej, jaka jest na ulicy.

W "Blokersach" kamera towarzyszyła aktom wandalizmu.

Robię filmy subiektywnie. Ktoś zapytał mnie, dlaczego w moim filmie nie oddałem głosu kolejarzom, tylko pokazałem grafficiarzy dewastujących malunkami pociągi. Nie oddałem głosu kolejarzom, bo mają go na co dzień. W mediach codziennie słyszymy głos urzędników, policjantów, dziennikarzy czy polityków. Nie oddaje się go jednak młodym ludziom z blokowisk, z zapomnianych kamienic, ludziom, którzy już na starcie zostali przekreśleni. Oddałem kamerę i mikrofon ludziom uznanym przez część społeczeństwa za margines. A może nie przez społeczeństwo, ale środowiska opiniotwórcze, w tym media.

Pokazałeś, jak wygląda to naprawdę?

Jest we mnie niezgoda na pewną formę dokumentu, która ostatnio zaczyna w Polsce być popularna. To tzw. dokument kreowany. Znam film zrobiony przez znanego reżysera filmów fabularnych, który nakręcił niby-dokument, a wszyscy w branży wiedzą, że w 90 procentach to inscenizacja i jednym z bohaterów filmu jest oświetleniowiec, który wcielił się w rolę złodzieja. Żeby było śmieszniej, film był bardzo mocno komentowany w takim tonie, że wreszcie udało się pokazać coś prawdziwego. Zajmowałem się doradzaniem w firmie produkcyjnej, która organizowała castingi na bohaterów do filmów dokumentalnych.

Jak Ty robisz film dokumentalny?

Towarzyszę bohaterom z kamerą przez dłuższy czas. Nie działam według zasady, że w ciągu dnia ma powstać określona ilość scen. Bo to już jest kreacja. Uważam, że sama rzeczywistość tworzy dramaturgię. Jestem też w stanie czasem poświecić jakość dźwięku i obrazu na rzecz prawdy.

Nie lubię prosić, błagać i mieć do kogoś pretensje. Dlatego robię filmy poza TVP. Na szczęście udało mi się zgromadzić środki, jakie przeznacza na takie realizacje telewizja publiczna, a miałem wolność twórczego wyboru i wypowiedzi. Nikt nie ingerował w scenariusz, zdjęcia i montaż. Postawiono mi tylko jeden warunek, miałem skończyć zdjęcia w ciągu pół roku. Pierwszy film "To my, rugbiści" robiłem rok. Stanęli za mną na początku Piotr Radzymiński [producent noweli "Życie jak poker"- red.], potem Janusz Dorosiewicz [producent filmów Pasikowskiego i "Szamanki" Żuławskiego - red.] i Studio Filmowe TPS, a ostatnio dołączył Solopan.

Twój pierwszy film "To my, rugbiści" w czasie emisji w 1 TVP został pozbawiony kilku scen.

Pięciu, w tym dokonano ingerencji w warstwę muzyczną, cenzurując piosenkę hiphopową. Dla mnie dokument to forma pozwalająca na opowiedzenie czegoś w głębszy, czasami kontrowersyjny i ostry sposób - zwłaszcza o 23:00 w paśmie "Czas na... kontrowersyjny dokument.". Ile byłoby cięć w "Blokersach"? Z jakiej muzyki i obrazów musiałbym zrezygnować? Telewizja publiczna jest instytucją finansowaną z kieszeni podatników. Myślę, że zawłaszczanie sobie prawa do tego, co można w niej powiedzieć i pokazać, by było to zgodne z czyimś wyobrażeniem na temat świata, jest zachowaniem niepoważnym. Rzeczywistości nie można cenzurować.

Można za to pokazać coś innego.

Otóż to, bardzo niewielu dokumentalistów chce zejść na poziom ulicy. Łatwiej jest zdobyć pieniądze na film o czymś bardziej abstrakcyjnym, pojechać gdzieś daleko z ekipą, opowiedzieć po raz setny o tym samym albo pokazać kobietę, która właśnie przeszła piętnastą operację plastyczną. Trudniej jest opowiedzieć szczerze o ulicy. Instytucje, które zajmują się produkcją filmów dokumentalnych, nie palą się do tego, by sfinansować film o tym, co np. dręczy młodych ludzi.

Być może dokumentaliści boja się po prostu wyjść na ulice z drogim sprzętem?

W trakcie prac nad "Blokersami" strach czuła moja ekipa i producenci. Wszyscy obawiali się o sprzęt. I nie bez powodu. Nawet na filmie widać, jakie napięcie towarzyszyło scenom, w których chodziliśmy po osiedlach i rozmawialiśmy z napotkanymi młodymi ludźmi.

Ty się nie bałeś?

Ja nie boję się tych ludzi. Ale nie jestem też kamikadze, uważam po prostu, że jeżeli wyjdzie się do nich po to, by normalnie porozmawiać, to nie wydarzy się nic złego. Muszą czuć, że mogą się wypowiedzieć, że nie jest to tak, że przyszedł ktoś, kto będzie robił z nich margines społeczny. Na chwilę po prostu stanąłem po ich stronie i popatrzyłem na świat z ich perspektywy.

Dlaczego hip hop?

Nie zrobiłem filmu o hip hopie. To jest historia o młodych ludziach, którzy przyłączyli się do kultury hip hopu, bo ona najlepiej oddaje to, co czują. Irytowało mnie, że napotykałem w mediach stwierdzenie, że to kultura patologiczna lub że to stracone pokolenie. Kolejne? Nas i naszych rodziców przecież też tak określano.

Nasza generacja buntowała się w latach 80. Jak "fizycznie" złapałeś kontakt z młodzieżowym hip hopem?

Amerykańskiego hip hopu słucham od dawna. W "To my, rugbiści" zaproponowałem hiphopową ścieżkę dźwiękową - producenci patrzyli na mnie jak na oszołoma. Jeden z nich nalegał, że to ma być Bach. Tymczasem rugbiści słuchali hip hopu, a nie muzyki klasycznej. Przy nich zacząłem się uczyć, kto jest kim w polskim hip hopie. Potem ścieżka dźwiękowa ukazała się na płycie (był to pierwszy polski soundtrack do filmu dokumentalnego). Za chwilę wyjdzie soundtrack do "Blokersów".

Hip hop - jaka to kultura?

Kultura młodych, wkurzonych ludzi. Uważam, że pozytywna mimo tego, co widać w moim filmie. Jak mówi Peja, jeden z bohaterów, to alternatywa dla rozboju. Moi bohaterowie twierdzą, że gdyby nie hip hop, ich życie potoczyłoby się inaczej, przynajmniej nie tak barwnie. Dla wielu młodych ludzi to, że mogą stać się częścią tej kultury, oznacza spełnienie i uzyskanie szacunku w gronie rówieśników i nie tylko. Nie każdy będzie milionerem, magistrem albo artystą.

Dlaczego zawsze ubierasz się w garnitur? Czy to znak, że prezentujesz nurt polskiego kina, którego guru jest Krzysztof Zanussi?

(śmiech) Nosiłem garnitur zanim poznałem Krzysztofa Zanussiego. Robię to, ponieważ prezentuje bardzo tradycyjny punkt widzenia rzeczywistości. Nie jestem osobą przesadnie tolerancyjną. Staram się trzymać zasad, z których moim zdaniem nigdy nie można rezygnować. Wyciągnąłem wnioski ze swojego kabotyńskiego okresu życia. Przy tym nie odpowiada mi postmodernizm w modzie

"Blokersi" to Twój drugi film. Masz 35 lat, czym zajmowałeś się wcześniej?

Nie wziąłem się z kosmosu, jak twierdzą niektórzy. Pisałem opowiadania, wiersze, scenariusze. Drukowałem w liczących się tytułach literackich. W pewnym momencie dzięki temu poznałem ludzi filmu.

A więzienie?

Więzienie nie zmieniło mojego światopoglądu, wyostrzyło tylko moje poglądy. To chore miejsce, nie uczy niczego, nawet pokory. Uczy bycia człowiekiem gorszym. Pobyt w zakładzie karnym miał jednak dla mnie i dobre strony, spotkałem tam zawodnika rugby z zespołu Arka Gdynia. Tam powstał pomysł nakręcenia filmu "To my, rugbiści".

Kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z kamerą?

Na początku lat 90., robiąc reklamówki wyborcze dla jednej z partii politycznych. Nie czułem jednak wtedy potrzeby robienia filmów. Przestałem także pisać. Żyłem mamoną. Tym, że miałem luksusowe apartamenty, dobre samochody i bardzo piękne i płytkie kobiety. Rajcowało mnie to dużo bardziej od opowiadania. Przestało mnie interesować życie, byłem zajęty tylko własnym pępkiem. W końcu jednak zasady, jakie wpoiła mi matka, okazały się silniejsze od mojej ciemniej strony. Zanim zająłem się pracą nad filmem o rugbistach, robiłem reportaże w Polsacie. Ale to zajęcie nie było ani twórcze, ani wartościowe, więc postanowiłem na prawdę coś opowiedzieć. Potem zacząłem także realizować teledyski. W przyszłym roku może uda mi się zrobić film fabularny według mojego scenariusza, do którego wcześniej przymierzało się kilku znanych reżyserów. Jednak nie schodziły się nasze wizje. Akcja filmu także opowiada o ludziach młodych i odtwórcami głównych ról mogliby być bohaterowie moich dokumentów.

Czy wystarczy wziąć kamerę i rejestrować życie, by zrobić ciekawy film dokumentalny?

Oczywiście, że to nie takie proste. Jednak jeżeli będzie się chciało naprawdę opowiedzieć jakąś historię, to skromne środki realizacyjne wystarczą. Jak ktoś mi mówi, że ma genialny materiał na dokument i że tylko ci dranie z telewizji mu nie pozwalają go zrealizować, to ja w to nie wierzę. Dziś nie ma już systemu totalitarnego i cenzury. Istnieją nowe technologie. Dziś nikt nikomu nie zabroni opowiedzieć przez dokument o tym, co go naprawdę boli. Dla niektórych ważniejsze jest jednak nie to, o czym jest film, tylko jakie są napisy na końcu. Trzeba przestać słuchać ludzi, którzy mówią, że nie można nic w tym kraju zrobić, bo można, trzeba tylko naprawdę chcieć. Zrealizowanie filmu jest rzeczą możliwą nawet bez dużych nakładów finansowych. Odcinam się od salonów środowiskowych, by nie popaść w toczącą je frustrację, biadolenie i oczekiwanie, że wszystko zostanie podane na tacy. Mówienie, że mnie się to należy, bo przecież w dowodzie mam napisane artysta.

Jak udało Ci się przekonać producentów, którzy sfinansowali realizację "Blokersów"?

Oni wiedzieli, że ja i tak zrobię ten film, najwyżej z kimś innym. Zrezygnowali z zakupu kolejnego samochodu i dali mi ponad 100 tys. zł na film. Może w każdym człowieku tkwi dobro?

We wrześniu premiera "Blokersów", gdzie będzie można ich zobaczyć?

Wierzę, że mój film jednak zostanie pokazany w TVP. Są też na rynku inne stacje telewizyjne. Zostanie wypuszczony na nośnikach VHS i DVD. W kinach jego dystrybucją zajmie się firma Solopan, współproducent filmu. To pierwszy dokument, który otrzymał tak silne wsparcie patronatów medialnych. Przeznaczą oni na promocje filmu ponad 300 tys. zł. Najważniejsze, by ten film trafił do ludzi.

Zacząłeś już prace nad następnym dokumentem?

Tak. Powstały już pierwsze zdjęcia, ale nie wiadomo jeszcze, co z tego będzie. To historia o marzeniu, śnie też młodych ludzi, ale z tej trochę starszej generacji. Siedzą w małej, ciemnej kuchni i marzą, by zrobić musical, do którego muzykę napisał Leszek Możdżer. Chcę zobaczyć, czy im się uda.

Rozmawia Alex Kłoś (21-09-01 03:00)



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Klatka – film dokumentalny. Praca nad filmem trwała od 24.10.2002 roku, zakończono ją  22 października 2003. Planowana premiera filmu - listopad 2003.
Scenariusz i reżyseria: Sylwester Latkowski; zdjęcia: Tomasz Michałowski, Karina Kleszczewska; montaż: Krzysztof Szpetmański; dźwięk: Igor Grątkowski; redakcja Jerzy Kapuściński, Grażyna Bryżuk; postprodukcja PAY studio TV; grafika: Studio Rogala: sprzęt do realizacji Mega TV; technika realizacji Sony IMX 16:9; producent wykonawczy Opusnet; Produkcja: Agencja Filmowa TVP dla Programu 2, Opusnet, T1-teraz, Sylwester Latkowski


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS