menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Muszę to z siebie wykrzyczeć

Kino, Nr 7-8 rok 2002

Z Sylwesterem Latkowskim rozmawia Konrad J. Zarębski

- Urodził się w Elblągu, pracował jako nauczyciel, zajmował się konsultingiem, reklamą i marketingiem, prowadził kampanię wyborczą, wydawał dwie gazety, wiódł życie między Hamburgiem, Berlinem, Kopenhagą, Sztokholmem, Helsinkami, Wilnem, Grodnem, Ryga, Petersburgiem i Moskwą. To fragmenty pańskiego oficjalnego życiorysu. Przed czym pan ucieka?
- Już nie uciekam. Siedem lat zwariowanego życia z jego pokusami wystarczy. Zresztą, zapłaciłem za to wystarczającą cenę: spędziłem 17 miesięcy za kratami. To moja życiowa tragedia, ale muszę podkreślić, że trafiłem tam na własną prośbę - sam się zgłosiłem do prokuratora, choć mogłem czekać za granicą na przedawnienie sprawy. Więzienie uczy pokory, pomaga nabrać dystansu do rzeczywistości. O ile, oczywiście, znajdzie się sposób na jego przetrwanie. W przeciwnym razie może być jeszcze gorzej niż przed wyrokiem: polskie więzienie, przynajmniej takie jakie poznałem, nie resocjalizuje. Ja taki sposób znalazłem i myślę, że dobrze wykorzystałem spędzony tam czas.
- Bo spotkał pan tam człowieka, który opowiedział panu o rugbistach z Arki?
- To zbyt duże uproszczenie. Ważniejsze było spotkanie z chłopcem, który tam trafił, bo po kilkunastokrotnym obejrzeniu „Młodych wilków” poszedł w ślady bohaterów tego filmu. I omal nie skończył ze sobą. Takie przypadki budzą we mnie głęboki sprzeciw. Zrozumiałem, że muszę głośno zaprotestować.
- Przeciwko czemu?
- Przede wszystkim przeciwko stereotypom, które opanowały polskie myślenie. Weźmy taką, na przykład, sprawę karania młodych przestępców. Jeszcze niedawno była wokół taka histeria, że niektórzy gotowi byli wykonywać karę śmierci na piętnastolatkach! Nie potrafię się na to zgodzić – i na takie podejście do problemu winy i kary, i na dzielenie świata na czarny i biały, i na utrwalanie stereotypów. Dlatego zacząłem robić filmy.
- Drażniące, kontrowersyjne, nazbyt subiektywne...
- Wyraziste i świadomie prowokacyjne. Nie wierzę w kino obiektywne, trudno mi uwierzyć, że jakikolwiek twórca przystępując do realizacji filmu dokumentalnego, odkłada na bok swoje poglądy, by nakreślić obiektywny obraz rzeczywistości. Zwłaszcza teraz, gdy tak wiele obszarów tej rzeczywistości znalazło się poza obiektywami kamer dokumentalistów.
- Co pan ma na myśli?
- To, od czego zacząłem mówić w swoich filmach: sprawy młodzieży. Jest coraz więcej młodzieży w Polsce zostawionej samej sobie, coraz więcej miejsc bezpańskich. Tam już nikogo nie ma: ani kościoła, ani jakichkolwiek organizacji społecznych, ani nawet policji. Ta młodzież, dzieci właściwie, nie ma już żadnych wzorców w domu, w telewizji, prasie – jeśli jeszcze w ogóle ja czyta, a jeśli czyta, to i tak wybiera taką, która propagowaniem wzorców się nie zajmuje. Nie ma też tych wzorców w szkole – nawet w szkole wystarczy sam adres, by na progu zostać odrzuconym.
Takie dzieci, ta młodzież jest skazana na błędy, wszystko ją pcha do robienia zła. Tymczasem społeczeństwo w ogromnej większości jest bierne – zamiast przechwytywać tę młodzież, robić z nią coś sensownego, kieruje ją do poprawczaka lub więzienia. A przecież te dzieciaki same nic nie mogą. Znalazłem takie miejsce w Poznaniu, gdzie na jedynym placu na osiedlu obowiązuje zakaz zabaw. Wydaje się, że to kuriozum, ale w rzeczywistości to codzienna praktyka: mnożąc zakazy nie dajemy młodym żadnej alternatywy. Chyba, że będą mieli szczęście i trafią na takiego człowieka jak Jakub Szymański, o którym zrobiłem film „To my, rugbiści”. To dzięki niemu tacy odrzuceni przez wszystkich młodzi spróbowali coś ze sobą zrobić.
- Ale nie bardzo im to wychodzi.
- Ja nie mówię, że są to osoby już odmienione, to ludzie w trakcie przemiany. Niektórzy z zawodników Szymańskiego nadal mają problemy z prawem, ale sam system stworzony przez trenera jest skutecznym narzędziem. Dano im alternatywę, jeśli chcą być użyteczni, chcą osiągnąć naprawdę profesjonalny poziom, muszą trenować. I nie chodzi o to, że ten trening jest tak wyczerpujący, że na nic nie ma siły, ale o to, że ci chłopcy mają świadomość, że są osobami publicznymi i że to zobowiązuje. To jest istota tej resocjalizacji. I powiem jeszcze, że zawodnicy Arki wychwytują co bardziej czupurnych chłopców z tych rewirów, najgorszych dzielnic, i proponują wstąpienie do klubu.
- Szkoląc kadry dla „chłopców z miasta”?
- To jeszcze jeden stereotyp, z którym walczę. Pytam: jaką alternatywę – poza zostaniem przestępcą – mieli ci młodzi, co im poza rugby się proponuje? Dlaczego tak drażni, że ci ludzi założyli klub i robią coś z sobą? Że zamiast kraść i bić, spędzają wiele godzin na treningach? Czy to rzeczywiście jest takie trudne do przyjęcia? Wścieka mnie udawanie, że wszystko wokół jest piękne, że są ludzie idealni. W życiu każdego dorosłego człowieka są miejsca czarne i białe. Szczęśliwi są ci, w których życiu jest więcej białego, ale są też tacy, u których, jak u mnie, przeważa czerń.
- Dlatego łatwiej się panu porozumieć z tymi, których inni omijają z daleka? Przyjmuje ich pan punkt widzenia?
- Niekoniecznie, staram się ich zrozumieć. Kiedy kręciłem „Rugbistów”, zwrócili się do mnie kibice Arki z propozycją, bym nakręcił film o nich. Obiecali wpuścić mnie, osobę z zewnątrz, z kamerą w swoje środowisko, dawali masę materiałów, w tym kasetę z filmem o bójce kiboli, filmowanej z kilku kamer. Odmówiłem, choć dostałbym coś, o czym inni mogli marzyć. Odmówiłem, bo bym ich nie wybronił.
- To trzeba ich bronić?
- Trzeba postawić pytanie, dlaczego oni to robią, dlaczego zostali kibolami. Zrozumiałem, że robiąc taki film wzmocniłbym tych ludzi, a nie osłabiłbym ich działań. Kamera jest narzędziem, którego nie odważyłbym się wykorzystać do gloryfikacji zła: ci ludzie nie dostrzegliby negatywnej oceny ich działalności, zobaczyliby tylko pozytywy. Nie chciałem, żeby mój film stał się kultowym filmem polskich kibiców.
- Tak kultowym filmem polskich hip-hopowców stali się „Blokersi”.
- Mówi się, że nakręciłem pierwszy w Polsce duży film hip-hopowy, ale udało mi się to dlatego, że potrafiłem im powiedzieć, co jest dobre a co złe. Dostrzegam różnicę między wykrzyczeniem bólu, wkurzenia i irytacji a nawoływaniem do zła. W „Blokersach” nie ma wielu uznanych zespołów, które - moim zdaniem - nawołują do zła, do gangsteryzmu i popierają negatywne rzeczy. Nie zgadzam się na to, nie dałem im do tego prawa.
- „Blokersi” wzbudzili nie mniejsze kontrowersje niż „Rugbiści”. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do szukania kultury na ulicy.
- Ja jej nie szukałem, wiedziałem, że ona tam jest.
- Dlaczego więc chciał ją pokazać?
- Bo inni ją opluwali.
- Jak można opluwać coś, o czego istnieniu nie ma się pojęcia?
- No właśnie, kiedy już kultura hip-hopowa, kultura ulicy, trafiała do mediów, to wyłącznie po to, by uczynić z niej manifestację wszelkiego możliwego zła. Postanowiłem pokazać, że wcale tak nie jest, że jest tam wiele pozytywów, choć – czego wielu nie może mi wybaczyć – pokazałem również negatywy.
- Zaaranżował pan atak grafficiarzy-wandali na pociąg...
- To nie jest żadna inscenizacja. Spotkałem się z tymi ludźmi, a oni zaproponowali mi pójście z kamerą na – jak to oni nazywają – hardkor. Kiedy odmówiłem, okazało się, że mają gotową taśmę. To są ich materiały.
- To ciekawe, że zarówno kibole Arki, jak i hip-hopowcy mają świadomość potrzeby dokumentowania swej działalności.
- I jedni, i drudzy nie dokumentują swoich wyczynów, ale próbują się wybielać, idealizować. Z drugiej strony, należy zapytać, co nimi powoduje, dlaczego dochodzi do takich hardkorów. Wtedy okaże się, że jest reakcja na odrzucenie, na terror, jaki wobec nich stosują policjanci i inni funkcjonariusze służb porządkowych. W tej dziedzinie nic się nie zmieniło od dziesięcioleci. Policjanci w pełni zasłużyli sobie na wypisywany na murach skrót „HWDP”, naczelne hasło hip-hopowców.
- Z ulicy można zejść.
- I moi bohaterowie tego próbują – przez hip-hop, break dance, artystyczne graffiti, ale i choćby w ten sposób, że idą do szkoły zaocznej i zdają maturę. Kiedy zapytałem Peję, jednego z bohaterów „Blokersów”, dlaczego to robi, odpowiedział: „Bo chcę”. To bardzo ważne, Peja jest w tym środowisku wzorcem dla innych. Rozumie pewne mechanizmy, ma instynkt...
- Instynkt wyrażający się lękiem przed odrzuceniem. Pański krzyk jest również wyrazem lęku przed odrzuceniem przez – jak pan to mówi – warszawkę.
- Tak można było mówić kiedyś, po „Blokersach” stało się wręcz odwrotnie. Warszawka bardzo naciskała, bym dał się wchłonąć w jej kręgi, ale ja tego unikam. Czuję niechęć do życia towarzysko-klubo-kawiarnianego, które stało się obowiązującym stylem bycia tzw. elity.
Zresztą, staram się oddzielać krzyk od życia i, mam nadzieję, moje filmy to pokazują. Na przykład, „Pub 700” jest krzykiem w obronie inteligencji. W dzisiejszej Polsce inteligencja, elita intelektualna, jest jeszcze bardziej zepchnięta na margines niż hip-hop. To film o Leszku Możdżerze, wystawiającym pierwszą polską trans-operę „Sen nocy letniej”. Film o tym, że na taką premierę nie stać żadnego z trzech polskich teatrów muzycznych, że w tych teatrów nie stać nawet na papier w toaletach. Doszliśmy do momentu, kiedy uznany twórca staje przed wyborem, dojechać na próbę czy zjeść obiad? To zresztą dotyczy nie tylko twórców tzw. niszowych, ale wszystkich ludzi związanych zawodowo z kulturą. Co się musi stać, aby establishment zrozumiał, że jeśli wyrżniemy elitę, jeśli ta elita ucieknie – wyjedzie za granicę albo odejdzie do innych zajęć – pozostanie pustka, której nie zapełni się przez dziesięciolecia.
- To stara prawda.
- Ale trzeba ją wykrzyczeć, skoro się ją lekceważy. Kiedy to wszystko pokazałem na ekranie, przeraził się nawet sam Możdzer, przerazili się też inni. Usłyszałem wręcz, że to film awanturniczy. Owszem, film jest skrajny, ale oddaje prawdę o naszej rzeczywistości. I musi krzyczeć, by problem, który jest udziałem wszystkich ludzi kultury, został wreszcie dostrzeżony. By nie zdejmowano spektakli z afisza, tylko dlatego, że koszty i wpływy się zerują – jak w przypadku „Snu nocy letniej” Możdżera. Jakby nie rozumiano, że nakłady na kulturę i sztukę zwracają się gdzie indziej. Ciekawe, że nawet sami twórcy boją się o tym mówić. W pewnej chwili podczas realizacji „Pubu 700” zacząłem się zastanawiać nad filmem o kręceniu filmu dokumentalnego, o relacji między twórcą i bohaterem jego filmu.
- Dotąd nie obchodziła pana forma, przede wszystkim liczył się temat. Były to nie tyle filmy dokumentalne, ile publicystyczne.
- Forma na pewno nie może mi przysłonić wartości prawdy, dokumentu – nigdy na to sobie nie pozwolę. Ale to nie znaczy, że zrezygnowałem z doskonalenia warsztatu. Zarówno „Pub 700” jak i „Nakręceni” mają wyraźne założenia artystyczne, a już najbardziej dopracowany pod względem zdjęciowym jest „Gwiazdor”, pracuje ze mną czołówka młodych polskich operatorów. Na swoim instynkcie mogłem polegać przy „Rugbistach”, ale ja cały czas uczę się rzemiosła. Moją szkołą filmową są moje filmy. Tymczasem coraz więcej wokół nas kreacji, sam kiedyś miałem kontakt z firmą, która przeprowadzała castingi do filmów dokumentalnych. Trudno mi także zaakceptować modne ostatnio dokumentalne soap-opery, to gwałt na kinie dokumentalnym. Na szczęście, jestem twórcą niezależnym i – jak na razie – nie muszę tego robić.
- Jak osiąga się status twórcy niezależnego?
- Bardzo trudno, trudno bowiem nie ulegać rozmaitym pokusom i nie wchodzić w układy. Wystarczy drobny kompromis, by mieć naciski na każdym etapie produkcji.
Mam świadomość, że mogę być niezależny, ale jako dawny PR-owiec wiem, na czym polegają mechanizmy promocyjno-marketingowe. Jeśli ktoś wkłada w moje pomysły pieniądze, to oczekuje czegoś w zamian. Dlatego rozmawiam z mediami, pilnuję, żeby było o tych pomysłach mówione, ale nie robię tego dla siebie, tylko dla moich sponsorów. Gdybym chciał to spożytkować dla siebie, chodziłbym po salonach. Ale nie chodzę, wręcz świadomie ich unikam. Gdybym miał pełne konto, byłbym niezależny, ale nie mam, więc muszę się liczyć z koniecznością pójścia na kompromis. O ile to będzie kompromis na moich warunkach.
- Trudno o kompromis, kiedy kręci się film o czołowej postaci polskiego show-biznesu.
- Doświadczam tego co chwila. Universal chciał, żeby powstał film popowy, promujący zespół Ich Troje. Kuszono mnie na wiele sposobów, ja jednak postawiłem na swoim: interesuje mnie film dokumentalny o Michale Wiśniewskim. Na szczęście, poparł mnie sam Michał. Spotkaliśmy się, kiedy pracowałem nad filmem „Nakręceni, czyli show-biznes po polsku”. Zależało mi, by znalazła się tam wypowiedź człowieka, który w ciągu jednego sezonu wywrócił wszelkie obowiązujące w tej branży hierarchie. Wiśniewski był rozgoryczony po niefortunnym wywiadzie dla „Vivy”, szukał sposobu, by powiedzieć swoją prawdę. Tymczasem wytwórnia płytowa kierowała go w stronę kolorowych pisemek, w których znaleźć można wszystko poza prawdą. Nasza pierwsza rozmowa przeciągnęła się do czwartej nad ranem. Zobaczyłem w nim ciekawego człowieka – faceta, który potrafił z ulicy dojść do szczytu. Zrozumiałem też, że wizerunek Wiśniewskiego jest dziełem nie tyle jego samego, co wytwórni: on na co dzień naprawdę nie jest taki kiczowaty jak na estradzie. To był materiał na dokument socjologiczny.
- Co na to wytwórnia?
- Zadziała magia nazwiska i „Blokersów”. Zyskałem po raz pierwszy w Polsce możliwość zarejestrowania kamerą pracy nad promocją autentycznej gwiazdy estrady, otwarto przede mną drzwi do największych tajemnic polskiego show-biznesu. Nie spodziewałem się jednego: tak silnej dyktatury PR. Broniłem się przed próbami manipulowania mną przez wytwórnię i wpisaniem mnie w machinę promocji. Jedyną osobą, która broniła mnie przed zakusami wytwórni był sam Michał Wiśniewski, on wyraźnie chciał takiej spowiedzi, mającej raz na zawsze zamknąć pewne sprawy. Nawet wbrew swojej wytwórni.
- „Gwiazdor” w pewnym sensie dubluje „Nakręconych”.
- Nie, chociaż wiedza zebrana w trakcie realizacji pozwoli mi jeszcze lepiej zrobić „Nakręceni”. „Gwiazdor” to film o człowieku płacącym wysoką cenę za swój sukces, broniącym tego sukcesu przed żądnymi krwi dziennikarzami. Pracę nad „Gwiazdorem” traktuję przede wszystkim jako rodzaj dokumentacji. „Nakręceni” mają pokazywać mechanizmy, rządzące polskim show-biznesem.
- Tylko show-biznesem?
- Nie tylko. Mechanizmy kreowania rzeczywistości są wszędzie takie same – czy to w show-biznesie, czy w polityce, nawet w mediach.
- Czy nie jest to tak, że pan wykonuje koło. W „Nakręconych” szuka pan mechanizmów show-biznesu, metody kreowania rzeczywistości, którą pan sam próbował kreować wcześniej jako szef kampanii wyborczej.
- Może ma pan rację, że od człowieka się dochodzi do mechanizmów. To pierwszy mój film, w którym nie ma pojedynczego bohatera, nie wiem, czy się nie wywrócę. O ile potrafię coś opowiedzieć poprzez człowieka, o tyle nie wiem, czy będę potrafił poradzić sobie z takim filmem. To całkiem nowe doświadczenie, tu inaczej prowadzi się opowieść. W tej chwili najważniejsze jest, by się nie przestraszyć i nie wdać się w układy. Bo chociaż „Nakręceni” powstają jako film niezależny – także od wytwórni płytowych – naciski z różnych stron nie ustają. Przyznam, że zaczynam być tym zmęczony.
- To może pora wziąć się za fabułę.
- Jeszcze za wcześnie, jeszcze się uczę. Ale nie wykluczam takiej możliwości.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Film dokumentalny, Produkcja Program II TVP & TPS Studio Filmowe, czas 64 minut; produkcja 2002 rok.
Nagroda: Najlepszy Polski film dokumentalny Festiwalu Filmowego w Kazimierzu nad Wisłą 2002.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS