menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Rozmowa z książki Piotra Legutko „O dorastaniu” (Wydawnictwo Literackie, 2002)

Kim są blokersi?

Blokersi to ikona. Kiedyś Robert Leszczyński w Gazecie Wyborczej puścił w ruch nazwę, która później żyła własnym życiem, stała się szufladką do której każdy pakował to, co mu akurat do jakiejś jego tezy pasowało. W ten sposób doszło do paranoi, bo każdy rozumie przez słowo blokersi coś innego

Porozmawiajmy zatem nie o ikonach tylko żywych ludziach. Zrobił pan dwa filmy o młodzieży z blokowisk wielkich miast, zapomnianej przez wychowawców i socjologów, młodzieży, która w mediach dotąd praktycznie nie istniała

Zaproszono mnie kiedyś do programu o młodzieży w TVP. Właśnie z powodu tych filmów. To był mój pierwszy i ostatni tego typu występ. Dlaczego? Bo wszyscy mówili, jak jest z tą młodzieżą wspaniale, a ja powiedziałem, że nie mają pojęcia co naprawdę się dzieje. I o mało mnie nie zlinczowano.

Problem polega na tym, że gdy kręciłem „Blokersów” w Poznaniu, na Jeżycach, nie widziałem nikogo z dyżurnych specjalistów od młodzieży. Szczerze mówiąc, nie widziałem tam w ogóle nikogo, poza wkurzonymi na świat młodymi ludźmi. Nawet policji. Przemknęła tylko na pełnym gazie. Potem dowiedziałem się, że czasem policjanci tam wpadają, ale z brygadami antyterrorystycznymi. Po tych doświadczeniach medialnych wypowiedziałem wojnę ośrodkom opiniotwórczym, świętym krowom od młodzieży, socjologom, którzy mają wyłączność w poczytnych tygodnikach na opisywanie subkultur, a dawno zatracili kontakt z rzeczywistością.

Pan jest rzeczywiście wkurzony na nich, jak ta młodzież z Jeżyc. Za co?

Za kompletny brak pokory. Ja mogę o sobie powiedzieć, że ten kontakt z młodzieżą miałem gdy robiłem film. Dziś już go nie mam, bo robię inny film, o polskim szołbiznesie. Za chwilę nie będę miał w ogóle prawa mówić, co myślą młodzi ludzie. A u nas jest powszechnie przyjęte, że miano specjalisty od młodzieży otrzymuje się dożywotnio – za jakąś jedną książkę. Ten tytuł ma być legitymacją do wypowiadania sądów, opinii, ferowania wyroków, za pośrednictwem mediów. W efekcie my, czytelnicy, słuchacze, widzowie, mamy zakodowany jakiś wydumany obraz mitycznej młodzieży, a tej prawdziwej, zbuntowanej, odrzuconej przez dorosły świat, w mediach nie ma.

Bo może strach na te Jeżyce jeździć. O kim będziemy rozmawiać? Kim są blokersi?

Młodzi ludzie pozostawieni sami sobie, w bokowiskach wielkich miast. Mówmy o konkretnych osiedlach, gdzie trudno o prace, a gdy praca jest, to z kolei matek i ojców nie ma w domu cały dzień. Gdzie dzieci często utrzymują rodziców, matka nie pyta więc nawet skąd chłopak ma markowy ciuch czy dobry sprzęt muzyczny. Są takie osiedla, gdzie dziecko już trafiając do szkoły staje się przestępcą. Zwłaszcza, jeśli w domu nie ma wsparcia, bo rodzice mają sami problemy ze sobą.

Dlaczego szkołę porównuje pan do więzienia? Co by złego o naszej oświacie powiedzieć, to takie zestawienie jest chyba grubą przesadą...
Wiem co mówię. Szkołę znam od wewnątrz, ja tam pracowałem. I się wstydziłem. Nie mówimy o wyjątkach, o tym, że są prawdziwi fachowcy, są fanatycy, w pozytywnym tego słowa sensie, nie bardzo wiadomo dlaczego tu pracujący, Ale większość nauczycieli bierze szkołę na przeczekanie. A z młodzieżą trzeba pracować na całość, a nie stawiać znaki zakazu i nasyłać policję.

Nadal będę się upierał, że w tym co pan mówi jest uproszczenie i przesada. Czy nie wkraczamy w obszar jakiejś artystycznej kreacji?

To nie ja wymyśliłem tablicę zakazującą wszelkich zabaw na jedynym wolnym placu na takim osiedlu. Nie ja ustawiłem bloczki betonowe tak wymyślnie, żeby młodzież nie mogła jeździć na łyżworolkach. To na prawdę tak wygląda, nie tylko na filmie.. Nawet szczury stłoczone w jednym miejscu stają się agresywne, a co dopiero ludzie. Nie jestem zwolennikiem idealistycznego podejścia do młodego człowieka, nie chcę też tworzyć czarnej legendy blokersów. Po prostu twierdzę, że są w Polsce ludzie skazani na błądzenie czy wręcz drogę przestępczą przez sam fakt życia w takim, a nie innym miejscu. I to wcale nie gdzieś na zapuszczonej prowincji lecz w centrum wielkiego miasta.

Na czym polega ten wyrok? Że nie mają gdzie uprawiać sportu? Że nikt im nie organizuje rozrywek? Że jest ciasno i brudno?

Oni mówią tak: Wystarczy, że raz, kiedyś popełnisz jakiś błąd, w coś się wplączesz, już jesteś przekreślony. Wpadasz w zamknięty krąg, nie masz dokąd uciec, wracasz w te same miejsca... Nie popełniłeś jeszcze błędu? To pewnie za chwilę go popełnisz. Na wejściu jesteś bowiem ustawiany jako przestępca – tak cię, za sam wygląd, traktują: strażnik miejski, policjant, nauczyciel. Za to, że jesteś w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. Oni wiedzą z góry, że jak coś się stanie i dojdzie do konfrontacji, to i tak nikt im nie uwierzy. Słowo blokersa przeciw słowu strażnika czy policjanta... Komu pan da wiarę? Nastolatkowi, który jest z „takiej” ulicy czy „takiej” dzielnicy? Od razu w głowie otwiera się szufladka z napisem „patologia”...

Media też kreują taki obraz - choćby przez wielką kampanię na rzecz zagrożenia młodą przestępczością i obniżenia granicy wieku poza którą idzie się do więzienia.

Media równie chętnie pokazują wszelkie inicjatywy zmierzające do ożywienia takich blokowisk.

Kiedyś widziałem, jak na placu asfaltowym, gdzieś na Mokotowie, za pieniądze jakiejś fundacji zrobiono boisko. Co tam się działo! Przyjechała telewizja, zorganizowano festyn... tylko ja się zastanawiam, o co w tym wszystkim chodzi. Postawienie czterech koszy to wydarzenie medialne!? W pobliskiej szkole w czasie wakacji demontuje się bramki, żeby chłopaki nie mogli grać. Tym się nikt nie zajmuje. Ja nie widzę programów tworzonych przez rząd czy samorząd, nikt nie interesuje się tym, co młodzi robią na tych osiedlach. W jedym z miast francuskich pojawiła się całkiem poważna koncepcja by burzyć blokowiska, właśnie dlatego, że są siedliskiem przestępczości. Pewnie dlatego, ze tam, we Francji, często zdarza się, że takie osiedle zostaje zamknięte, oddzielone od reszty miasta kordonem i trwa dwu – trzy dniowa wojna z policją. Chciałem pokazać, że to już się w u nas zaczyna, tylko ci, od których wiele zależy udają, że problemu nie ma i zaklinają rzeczywistość

Skoro problem jest popatrzmy nań z drugiej strony. Żeby nawiązać kontakt potrzebna jest dobra wola dwóch stron. Często jest tak, że to ta druga strona – młody człowiek - nie ma ochoty, żeby ktoś mu cokolwiek proponował, woli, żeby go zostawić w spokoju. Mówi pan, że blokers „na dzień dobry” traktowany jest jak przestępca. A ja powiem, że dorosły szukający jakiejś formy kontaktu z blokersem „na dzień dobry” traktowany jest jak wróg
Są nastawieni negatywnie, bo taka jest zasada.

Ale o co chodzi? Czy o jakąś formę prewencji? Najlepszą obroną jest atak? Na wszelki wypadek będę nieprzyjemny? Sygnał jest przecież jednoznaczny: bójcie się nas?

To raczej bezmyślne, atawistyczne odruchy. Oni chcą coś wykrzyczeć.. Może własną bezradność. Po prostu nie potrafią wyrazić tego inaczej, bo nie mają wokół innych wzorców, które by akceptowali. Może też w ten sposób mszczą się za własną bezsilność.

W filmie „Blokersi” jeden z młodych raperów opowiada, że na półce w domu rodziców stoją jego płyty. Ale co ciekawe: wszystkie zafoliowane. „Oni boją się otworzyć te płyty” – mówi DJ Volt. Czego oni się boją? Czego my się boimy?

My wszyscy boimy się ich, bo nie rozumiemy, dlaczego tak rymują, dlaczego tak się ubierają, okaleczają, po co malują pociągi. Jest też kwestia języka. Jeżeli na tej płycie pada co jakiś czas słowo kurwa, to wielu rodziców już tylko z tego powodu boi się słuchać tekstu. Na razie. Pewnie wkrótce ta bariera pęknie. Sukces hip-hopu jest przez wiele zespołów z branży odbierany bardzo powierzchownie. Wielu wydaje się, że cała tajemnica kryje się w tym magicznym słowie, że wystarczy zaśpiewać hard corowy tekst, by odnieść sukces u młodzieży. Gdy ta książka wyjdzie, pewnie kilka znanych zespołów już będzie śpiewać podobne teksty. To próba wejścia do świata młodych ludzi przy pomocy mocnego języka. Ich języka. Ale młodzi tego nie kupią

Dlaczego? Można odnieść wrażenie, że nie używanie tego słowa jest przez młodych ludzi uważane za przejaw hipokryzji. Dawniej mówiło się „kto nie pije, ten kapuje”. Teraz można by to sparafrazować: „kto nie przeklina, ten jest podejrzany”.
Nie kupią, bo łatwo wyczują, że to jest sztuczne. Wiele hip-hopowych zespołów próbuje udawać, że pochodzi z gorszego środowiska niż w rzeczywistości, tylko po to, by się „załapać” na falę popularności muzyki będącej głosem outsiderów. Jest taki chłopak, syn znanego polityka, który udaje że jest „stamtąd”. Czyli nie mówi prawdy o sobie swoim słuchaczom. Ja właśnie za takie numery zanegowałem muzyczny establishment, który miesza w głowach dzieciakom, a tak naprawdę chce robić kasę. Te sznyty gangsterskie, otaczanie się żulami.... To wszystko służy tylko uwiarygodnieniu pewnej kreacji. Do tego stopnia, że nasyłają na siebie jakichś drobnych bandziorków, biją na koncertach.

Ja się nigdy moim bohaterom nie próbowałem przypodobać. Uważam to za podstawowy błąd jaki popełniają dorośli – natychmiast traci się u młodych wiarygodność i szacunek. Kiedy kręciłem „Blokersów” celowo przychodziłem na zdjęcia ubrany kontrastowo wobec nich, w garniturze. Zresztą najlepiej czuję się właśnie w garniturze, a z nimi trzeba być sobą. Udawanie nie popłaca.

I co, nie bali się zmanipulowania przez faceta w garniturze?
Najpierw była między nami wojna, dużo czasu musieliśmy spędzić razem, zanim zrozumieli, że dla mnie „blokers” to nie jest określenie wartościujące. Teraz rzeczywiście młodzi w wielu miejscach w Polsce zaczynają się identyfikować z tą nazwą, właśnie dzięki powodzeniu filmu. Zaistnieli w powszechnej świadomości. Dla wielu, także dorosłych, przestali być trędowatymi.

Z kolei po premierze filmu „To my, rugbiści” z kina wyszła cała drużyna potężnych chłopaków z łyso ogolonymi głowami i nikt mi w twarz nie dał. To uważam za certyfikat wiarygodności. Raczej chcą mi dać w twarz ci, którzy nie byli w filmie pokazani i to daje do myślenia.

Warto zresztą zwrócić uwagę, jak oni reagują oglądając siebie, swoją muzykę, znajome miejsca pokazane w kinie. Klaszczą, gwiżdżą, głośno komentują. Uważam, że każdy filmowiec powinien marzyć właśnie o takim odbiorze. Po to się film robi, żeby ludziom nie był obojętny. Oni właśnie tak reagują.

Może dlatego, że zbudował im pan pomnik, stworzył legendę...

Wątpię czy Pei, bohaterowi „Blokersów” wystawiłem tym filmem pomnik...

W jego rozumieniu pewnie tak.
Zarzuca mi się, że wystawiłem pomnik blokersom, tymczasem oni mnie krytykują, bo nie chciałem w filmie umieścić tego, czego by sobie życzyli. Na przykład sceny demolowania pociągu. Uznali to za atak na nich.

Demolowania może nie było, ale akcje w kominiarkach, połączone z malowaniem wagonów widzieliśmy.

Ja i tak pokazałem dużo, bo chciałem dać sygnał dorosłym: popatrzcie, co młodzi robią. Są w Polsce ewidentne akty terroru, a próbuje się uspokajać, że ich nie ma. Ale – podkreślam – nie pokazałem wszystkiego.

Cenzura?
Niczego nie robiłem za ich plecami. Mówiłem im wprost, dlaczego tego nie pokażę. Mówiłem, że nie ma zgody na demolowanie pociągów. Tłumaczyłem, że mogę zrozumieć, z czego to wynika, ale nie mogę się na to godzić. Trzeba mówić: rozumiem, ale się nie zgadzam.

Czyli jednak można do nich dotrzeć. Dlaczego panu się udało, a innym nie?
Dziennikarze narzekają, że młodzi ludzie z kręgu hip-hopu są zamknięci, że nie chcą rozmawiać. Myślę, że tę nieufność zawdzięczamy w dużej mierze właśnie ludziom mediów, którzy konsekwentnie negują i wyśmiewają kulturę młodych. Ludwik Stomma w „Polityce” nazywa rap gównem. Młodzi może czytają niewiele, ale o sobie zawsze. I naprawdę to przeżywają. Krzysztof Cugowski kpi z ich twórczości, jako kultury amerykańskich murzynów z Bronxu, sztucznie przeszczepianej na grunt polski. Tak jakby zapomniał, że rock and rolla nie wymyślono w Lublinie. Młodzi stworzyli sobie kulturę taką, a nie inną. Jest odpychająca? Trudno, ona ma odpowiadać im, a nie nam. Tymczasem media to wyśmiewają, szanowane tygodniki szydzą. Kpina i lekceważenie mocniej dotyka niż głosy potępienia.

A niech sobie piszą. Jaki to ma związek z normalnymi, czy raczej nienormalnymi relacjami międzypokoleniowymi?

To, co o hip - hopie się pisze, mówi czy pokazuje w mediach, które w końcu kształtują opinie przeciętnych ludzi, przekłada się właśnie na standardowe zachowania. Dyskredytowanie tej kultury, stawianie znaku równości między nią a patologią, doprowadziło do wcale nie rzadkich sytuacji gdy zatrzymywano młodych ludzi za strój. Trudno więc dziwić się ich nieufności.

W każdej kulturze jest jakieś przesłanie, pewnie w tej też.
Nie ma specjalnego przesłania. To są głosy ludzi wkurzonych. Bohater mojego filmu w swoim języku mówi „dzieciaki łażą dziś po osiedlach i są wkurwione”. We wszystkich tekstach słychać tę irytację. Chcą ją wykrzyczeć.

Oni krzyczą do siebie, do swoich rówieśników, czy do tego świata, który ich odrzuca
Przede wszystkim do siebie. To jest kultura młodych dla młodych. Nie tylko w sferze treści, także formy, a nawet nośników tej formy: płyt, kaset. Oni są nielegalni, muzyka jest nielegalna, to i płyty nie krążą w normalnym obiegu. Na początku długo mieli wyłącznie własny rynek płyt i kaset, tak zwanych „nielegali”, własny krąg odbioru. Ogromne możliwości komunikacji poza oficjalnym rynkiem dał Internet. Słowem alternatywna była nie tylko treść, ale i sposób dystrybucji tej kultury. Teraz wiele się zmieniło. Jej powodzenie, ogromna liczba słuchaczy sprawiła, że kultura hip – hopowa jest niestety zawłaszczana przez ludzi, którzy chcą na tym robić kasę. Tylko i wyłącznie. Na młodych ludziach chce się zarobić.

Skoro mówią do siebie, w formie – powiedzmy – artystycznej, to czego oczekują w zamian. Uznania? W jakiej formie?

Skoro nikt nie chce takiego chłopaka dowartościować, to niech go chociaż kumpel dowartościuje. Dla niego ogromnie ważne są nawet drobne przejawy akceptacji. Wystarczy, że na klatce schodowej, gdzieś na tym placu zabaw, gdzie nie wolno się bawić, powiedzą: „o! dobrze zarymowałeś, świetne bity podałeś.” I już jest w porządku. Młody człowiek potrzebuje przede wszystkim akceptacji. Nie akceptacji w sensie ogólnym, tylko akceptacji dla tego, co robi. A jest tak, że na przykład w domu on jest akceptowany, ale na takich zasadach na jakie on się nie godzi. To tez jest ważne. Mówią mu: ty jesteś w porządku, ale to jak wyglądasz, jak mówisz, rymujesz, czego słuchasz – to już nie jest w porządku. Przecież tego nie da się rozdzielić. Są młodzi ludzi, którzy nie czytają książek, a wyłącznie rymują i słuchają kompletnie niezrozumiałej dla dorosłych muzyki. Nie chcą chodzić w garniturkach, tylko w szerokich spodniach i nie trzeba się na nich za to obrażać.

Szczególne miejsce w tej kulturze młodych zajmuje malowanie. Na murach, parkanach, pociągach. O co w tym wszystkim chodzi, bo z tego co pan mówi można odnieść wrażenie, że to też jest jakiś środek wyrazu. Patrzymy często na te dziwne malowidła i zastanawiamy się, co autor miał na myśli?

Powiem szczerze, oni sami nie tego wiedzą. Rzeczywiście jest to dla nich ważne, co więcej, malowanie obrosło w specyficzną obrzędowość, są pewne wzorce, jest kodeks, który na przykład głosi, że nie wolno malować na zabytkach. Ale jak ten kodeks jest respektowany, każdy widzi. A co autor miał na myśli? Nie wiem, pewnie coś w rodzaju: „Nie rozumiesz co to jest? To zastanów się człowieku nad tym, że zgubiłeś z nami łączność.”

Dla naszego pokolenia to zwyczajny wandalizm. Dyżurny przykład na to, gdzie kończy się tolerancja, a powinna zaczynać represja.

Ludzie nie rozróżniają graficiarstwa od wandalizmu, a oni tak. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że oprócz barwnych graffiti, na murach są jeszcze małe znaki, tagi, traktowane przez młodych jak podpisy plemienne. Każdy ma oryginalny, niepowtarzalny znak, którym – jak zwierzę - oznacza swoje terytorium. To oczywiście mało ma wspólnego z artystycznym grafiti. Ludzi denerwują właśnie tagi. Co do graffiti.... Ja osobiście nie widzę czym miałoby się różnić piękne graffiti na szarej kamienicy z odpadającym tynkiem, od zawieszonej tam ogromnej reklamy rajstop?

A dlaczego malują pociągi?
Oni chcą mieć satysfakcje, ze coś zrobili. Tę satysfakcję czują – jak mówi w filmie jeden z nich – gdy pociąg odjeżdża z jego obrazkiem. Może to jedyne, co potrafi pozytywnego zrobić... Dla wielu to prawdziwa życiowa pasja, jeśli nie obsesja. Odejmują sobie od ust, nie piją, nie palą, tylko składają na farby. Są tacy, którzy traktują to jak autentyczną twórczość, dla jednego z chłopaków celem życia jest zamalować wszystkie metra w Europie. I nie jesteśmy w takich obsesjach odosobnieni. Byłem światkiem jak do naszych graficiarzy przyjechali ludzie z zagranicy, tylko po to, by pomalować polski pociąg.

On mówił cos więcej. Nie tylko o satysfakcji. Mówił, że jak widzi ten odjeżdżający pociąg z jego obrazkiem, to czuje prawdziwą wolność. Co to za wolność?

Taka sama, jaką odczuwa małe dziecko, któremu udało się ominąć zakaz.

I tyle?
A musi być coś więcej? Dorabianie filozofii do działań ludzi młodych jest raczej szukaniem alibi dla naszej wobec nich bezradności. Jakoś nie chcemy się pogodzić, nie mieści nam się w głowie, że większość z tego co oni robią nie ma większego sensu. Szukamy jakiegoś drugiego dna, albo uważamy, że musi nimi kierować jakaś racjonalność. Wcale nie musi.

To według mnie zwykły protest... może nawet nie protest, a forma wyrażenia swojego wkurzenia. Jeden namaluje, inny zarymuje. Zamalowany pociąg, to dla wielu ludzi jedyny sygnał, że ta młodzież istnieje. Inaczej by jej nie dostrzegli

Coś w rodzaju SOS?
Ci, o których cały czas rozmawiamy, umownie zwani blokersami, raczej nie szukają kontaktu, tworzą zamknięte struktury. Ufają tylko najbliższym kolegom.

I jak tu się dziwić, że socjologowie wiedzą o nich tak niewiele... A rodzice? Nie mówmy o sytuacjach patologicznych, tylko o normalnych rodzinach w domach z betonu. Kim są dla nich rodzice, jak o nich mówią?

Mają do nich szacunek, to naprawdę widać, nawet w rodzinach patologicznych. Szacunek. Tylko tyle i aż tyle. Natomiast nie ma czegoś, co jeszcze moje pokolenie miało: nie ma szacunku do ludzi starszych w ogóle. Blokersi nie uznają autorytetu wynikającego tylko z faktu, że ktoś się urodził 20 lat wcześniej. Mało tego. Nie uznają, że ktoś może być po prostu z wiekiem mądrzejszy. Także tytuły naukowe, osiągnięcia zawodowe... to wszystko nie robi na nich wrażenia

A co robi? Co musi zrobić ktoś starszy, żeby zasłużyć na ich szacunek, skoro siwy włos i tytuły naukowe nic nie znaczą. Nie chodzi o próby przypodobania się, rozmawiamy w tej chwili o dorosłym świecie, który dla nich rozgrywa się jakby na innym planie. Co w tym świecie im imponuje?
W czarnej dziurze społecznej wzorcem jest gangster, diler.. Imponuje kasa, dobry samochód. Ktoś kto potrafi o siebie zadbać – nie ważne jak – jest większym autorytetem niż rodzice, nauczyciele, ksiądz, policjant. Dlaczego? Bo daje sobie radę w rzeczywistości, w której nie daje sobie rady jego ojciec, matka, starszy brat.

Zresztą takie myślenie przejmuje w ogóle kultura młodych. Stopka redakcyjna w piśmie hip-hopowym wygląda jak mafijna lista płac. Sznyty, znaki, ikony obowiązujące w tym środowisku mają typowo mafijne rodowody. I to niestety nie pozostaje jedynie na poziomie ikon, także obyczajowości. Chłopcy z zespołów hip-hopowych przyjaźnią się chętnie z drobnymi watażkami, z ludźmi z szarej strefy. Grupy kibiców to wręcz grupy zbrojne.

Jak to jest? Z jednej strony bunt, kontestacja, negacja świata dorosłych, z drugiej wpisywanie się w najgorsze, najbardziej prymitywne schematy z tego świata. Próbujemy odczytywać jakieś tagi, tajemny język tej kultury i nagle odkrywamy, że jest to tandetna mafijna grypsera. Że podziw budzą przemoc i łamanie wszelkich zasad, a największym marzeniem jest dostąpienie zaszczytu przyjaźni z pospolitymi przestępcami. Trudno rzeczywiście w tym doszukiwać się głębszego sensu. Raz widziałem prawdziwy błysk w oku bohatera filmu „Blokersi”: gdy opowiadał o parze markowych butów za 500 złotych, które udało mu się kiedyś kupić. To było całkowite spełnienie.....

Młodzi są niezwykle chłonni na marki, znaki towarowe... Każdy z nich marzy, żeby kupić sobie coś markowego, to zupełnie normalne i nie dotyczy jakiejś szczególnej grupy społecznej, choć każda ma w tej mierze swoje standardy. Wbrew temu, co nam się może wydawać, nie każde szerokie spodnie to są te właściwe.

Jeszcze pokolenie wcześniej strony barykady były jasno określone: tu komercja, tam my. Teraz jest inaczej?

Oni bardzo łatwo, wręcz bezwiednie ulegają komercjalizacji. Jak zaczęli mi opowiadać jakie seriale oglądają... byłem przerażony, najgorszy chłam. A oni na to: czemu się dziwisz ? Ty masz jakieś idealistyczne wyobrażenie. Oglądamy to, co się w domu ogląda – przede wszystkim telenowele. Moje pokolenie już tego nie trawi, neguje, a oni to oglądają, bo są dziećmi telewizji. Dlaczego tak jest ? Tu pretensje trzeba mieć wyłącznie do siebie

Zresztą telewizja to drobiazg. Prawdziwym obiektem kultu są wśród nich gry komputerowe... Playstation to absolutny przebój ludzi młodych. Szczerze mówiąc ich bardziej to interesuje niż wykrzyczenie prawdy pokoleniowej.

Czyli pana zdaniem można spokojnie odetchnąć. Słowna agresja nie przerodzi się tak łatwo w prawdziwy bunt?

W mojej ocenie oni nie są zdolni – na szczęście – do prawdziwego buntu. Nie są tak solidarni jak nasze pokolenie. Liczą tylko na siebie, a ich zaufanie kończy się na własnej, małej grupie My ich nauczyliśmy bierności i egoizmu. Patrząc na nas, na nasze obecne ideały, widzą, że muszą sobie radzić sami, bo nikt im nie pomoże.

Mówi pan, że pretensje powinniśmy mieć wyłącznie do siebie. A w czym zawiniliśmy, poza kupnem telewizora i komputera?

W tym, że przestaliśmy na nich oddziaływać. W którymś momencie łączność została zerwana. I to wtedy, gdy powinno być najlepiej, gdy zaczęliśmy zbierać pierwsze owoce transformacji. Zaczęło się prosperity, a kultura i sztuka zostały całkowicie zmarginalizowane. Może nam przestały być potrzebne, ale bez nich młodzież nie może się normalnie rozwijać, nie dostaje wzorców, żadnej alternatywy. Zaczyna błądzić.

Albo zaczyna tworzyć coś własnego. Przy całej bezsensowności – z naszego punktu widzenia – tej ich kultury, ma ona jeden walor bezcenny: jest autentyczna. Chyba po raz pierwszy spotykamy się z fenomenem, że młodzi tworzą coś dla siebie, a nie słuchają starszych tworzących dla młodych. Kiedyś tego nie było.

Bo nie było takich możliwości. Zapominamy o technologii. Dziś bez jakichś ogromnych wydatków można nagrać płytę w domu, na prywatnym komputerze Kiedyś było to nie do pomyślenia. Żeby ktoś inny niż kolega z klatki usłyszał pana piosenkę, musiał pan zostać „odkryty”, zdobyć mecenasa, potem iść do studia...

... i musiałem znać nuty, mieć głos, słowem talent

Wbrew pozorom, teraz też trzeba mieć talent, tylko nie każdy chce to zauważyć. Natomiast oni nie są wcale bardziej kreatywni niż byliśmy my. Oni po prostu dostali odpowiednie narzędzia, by tworzyć, to jest szczęście tego pokolenia. Ale z drugiej strony trudniej się przebić, gdy praktycznie każdy może zrobić film czy nagrać płytę. Ostrzejsza staje się rywalizacja, mniej jest sentymentów. To też przyczynek do zaniku poczucia wspólnoty

Co jest dla nich ważne, co się liczy?
Dla nich najważniejsza jest godność. Żeby ci, na których mi zależy, nie mówili o mnie, że jestem oszustem, obłudnikiem. Powinienem być w porządku... A ci w czarnej dziurze chcą po prostu przetrwać. Dla nich godność to odpowiedni standard życia. I dla tak rozumianej godności są się w stanie posunąć bardzo daleko.

Rozmawiam z chłopakiem, który utrzymuje się z czegoś nielegalnego Pytam, czy wiesz, że cię to doprowadzi na... – tu wymieniłem adres najbliższego aresztu. On mówi: wiem, ale teraz nie chcę o tym myśleć. A co mam innego robić?

To chyba najbardziej wątpliwa linia obrony: nie mam perspektyw, więc musze kraść, łamać prawo...

Ja wiem, że każdy czytelnik się obruszy: „No jak to, jest przecież tyle różnych możliwości, pomysłów na uczciwe życie”. Tylko, że ja mu tam, na tym podwórku nie byłem w stanie nic zaproponować. A czy ludzie odpowiedzialni za te osiedla coś im zaproponowali? Najlepszym, najskuteczniejszym resocjalizatorem jakiego poznałem był trener rugby, bohater mojego pierwszego filmu „To my, rugbiści”. Człowiek z dobrego domu, który przeszedł bardzo wiele. Wszedł na drogę przestępstwa, skuszony możliwością zdobycia łatwych pieniędzy. Jego słuchają , bo coś przeżył. Był nawet po drugiej stronie więziennego muru. Jak on mówi, że coś jest złe, to oni wierzą, że takie jest. Ale ten człowiek został przez cześć mediów skreślony, nazwany łysym bandytą i nie chciano bym o nim robił film. To, że w gdyńskiej dzielnicy najbardziej zagrożonej przestępczością potrafił oderwać młodych ludzi od złych rzeczy, zapalić do sportu, treningu, doskonalenia siebie... Wszystko to było mniej ważne od tego jak wyglądał. Usłyszałem, że nie można gloryfikować bandytów. To był dopiero argument poniżej pasa! Powiedziałem, że przecież ja też siedziałem. A w czym jestem lepszy od niego? Że robię film, piszę książki, chodzę w garniturze, to już nie jestem bandytą?

Dla wielu ludzi opowiadających za wychowanie, czyjś wygląd czy przeszłość dyskwalifikują, stanowią przeszkodę, powód do izolacji. Bo taki łysy facet może wywierać zły wpływ... A ja – między innymi - właśnie dlatego mogę z taką młodzieżą szczerze rozmawiać, że też coś przeżyłem. Nie powiedzą mi, że jestem lamusem, bo się ośmieszą. Wierzą ludziom, którzy mają jakieś pojęcie o tym jak działa system represji.

Przykład trenera rugby wcale nie jest taki odosobniony. W Krakowie ofertą dla środowiska blokersów są domy prowadzone przez Fundację im. Ks. Siemaszki. Dorosłych prawie tam nie widać, główne role grają młodzi ludzie, często właśnie po przejściach, a już na pewno z tych samych podwórek i osiedli. Oni wychodzą do swoich rówieśników, a domy powstają w różnych dziwnych miejscach, gdzie blokersi się zbierają, na przykład w przejściu podziemnym...
I to jest jakieś rozwiązanie. Ale ono wciąż jest uznawane za kontrowersyjne, a w moim przypadku zostało wprost skrytykowane. Film „To my, rugbiści” został ocenzurowany. Dostałem propozycję nie do odrzucenia: albo dokonam pięć cięć, albo nie będzie wyemitowany. Pan Andrzej Fidyk przedstawił mi listę skrótów, jakie powinienem dokonać, z uwagami o młodym bohaterze typu „ten głupek”. Zachowałem sobie tę listę, oprawiłem i powiesiłem na ścianie.

Może były to sceny zbyt drastyczne dla publicznej telewizji?
Na pewno gorsze rzeczy tam się pokazuje. Wycięta została na przykład scena, w której młody człowiek okazuje swoją niechęć do rówieśników, których ustawili w życiu rodzice, kupili samochód itp. Mówi o nich „frajer z bogatego domu”. Ta scena robi wrażenie, jak się ją widzi na ekranie. Ale myślę, że dorośli powinni ją zobaczyć, żeby zrozumieć... Choćby motywacje pewnych zachowań młodych ludzi.

Poszedł pan na kompromis, dzięki temu film został pokazany. „Blokersi” trafili do kin i na kasety, hip – hop jest grany w rozgłośniach komercyjnych... Cos się chyba zmieniło. Kultura nielegali staje się komercją.

Dopiero niedawno udało się przebić do mediów z hip-hopem. Festiwal w Opolu, płyty, mój film, wywołały wreszcie dyskusję. Warto zauważyć, że książka, niestety, dziś już by takiej dyskusji nie wywołała. Trzeba było prowokacji filmowej, dopiero to zostało zauważone. Nie da się pięknymi słowami mówić o czymś, co nie jest piękne. A szczególnie nie da się tak mówić do młodych, bo oni tego nie chcą słuchać.

Czy hip – hop to tylko kultura odrzuconych?

Moja córka tego słucha, a nie jest odrzucona.

I podchodzi do tego z dystansem? A co ma zrobić ojciec z synem, który choć ma normalny dom, pieniądze, zapewnioną przyszłość, tak się zafascynuje tą kulturą, że zacznie identyfikować się z odrzuconymi? Jak leczyć taki specyficzny, hip-hopowy „syndrom sztokholmski”?

Podstawa, to dobry kontakt. W domach zbudowanych na prawdzie, nawet jak się nie ma wystarczająco dużo czasu dla dzieci taki kontakt jest zawsze. Jeśli nie ma w nim hipokryzji, to prawdziwa rodzinność jest wystarczającym zabezpieczeniem przed takimi zjawiskami.

No dobrze, ale mówimy o sytuacji kiedy chłopak mniej lub bardziej świadomie chce sprawdzić jaki jest ten świat o którym śpiewają ulubione przez niego zespoły...

Ja wychodzę z założenia, że młody człowiek nie jest chwastem, tylko rośliną. Trzeba go pielęgnować, a nie zostawiać samemu sobie. Trzeba wkraczać, kontrolować jak daleko się posuwa w tym sprawdzaniu, bo świat o którym mówimy nie nadaje się na środowisko wychowawcze.

Nie ma pan dyskomfortu, że w pewnym sensie przyczynił się pan do promowania tego świata?
Mogę zapewnić, że w moim filmie nie pokazałem wszystkiego co widziałem, co ludzie z tego świata chcieli żebym pokazał. Z powodów o których właśnie rozmawiamy, nie zaprosiłem przed kamerę chyba najpopularniejszego teraz zespołu hip-hopowego, który chciał przedstawić swoją filozofię życiową. Spotkałem się z nimi, zapytałem: co was najbardziej boli, a oni odpowiedzieli: „Boli nas to, że nie pozwala się palić marihuany. I o tym chcielibyśmy zaśpiewać”. Ponieważ moim zadaniem nie jest to największy problem polskiej młodzieży, powiedziałem „nie”. I dlatego nie mam dyskomfortu.

Zaśpiewali o tym gdzie indziej
Ale ja nie przyłożyłem ręki do propagowania takich rzeczy. Może o tym porozmawiajmy? O odpowiedzialności mediów. Dlaczego stosują taktykę „od ściany do ściany”. Dlaczego najpierw tego świata odrzuconych w ogóle nie pokazywały, a teraz chłoną wszystko, cały brud, bez jakiejkolwiek selekcji. Kiedyś MTV czy VIVA miały pewne hamulce, teraz pokazują w teledyskach rzeczy przerażające. Bezkrytycznie przyjmują wszystko. Teksty o kradzieży radia, narkotykach... Ja uważam, że trzeba starać się zrozumieć to co chcą wykrzyczeć, nie udawać, że zło nie istnieje, ale nie przyczyniać się do jego gloryfikacji.

Rozmawiałem kiedyś trzy godziny z poważnym wydawcą tej muzyki i pytałem go, czy nie ma świadomości, że kiedyś jego dziecko będzie słuchać tej muzyki. Nie usłyszałem dobrej odpowiedzi.

Pewnie dlatego, ze płyta już jest, także w naszym domu. I co? Wyrzucić, czy otworzyć i posłuchać?

Trzeba posłuchać, choćby po to, żeby wiedzieć, zrozumieć, poczuć różnicę. To u rodziców wywołuje przerażenie. Ale jaki się nie posłucha, to nie można nawiązać kontaktu. A bez kontaktu nie można chronić, tłumaczyć, przekonywać.

Jakiej argumentacji używać? Straszyć, mówiąc: popatrz na ten świat, on naprawdę taki jest, rób wszystko żebyś do niego nie trafił
Dokładnie tak, przecież oni, prawdziwi blokersi, o niczym innym nie marzą. Oni chcą się stamtąd wyrwać, wydobyć z szarości do „markowego” świata, o tym przede wszystkim rymują. Na to warto zwracać uwagę – na odrobinę refleksji przy odbiorze tej muzyki. Chcesz się identyfikować z tymi chłopakami? Popatrz, oni chcą bywać gdzie indziej, robić zupełnie coś innego niż teraz robią, chcą być inni. Nie spiesz się do tego świata, bo oni właśnie z niego wychodzą.

Pana zdaniem to wystarczy?
Prawdziwy problem nie jest w nich, tylko w nas. Nie patrzmy na to, jaką oni tworzą kulturę, to my twórzmy kulturę taką, która będzie w stanie ich porwać. Stwórzmy alternatywę dla ich alternatywy. Na razie jakoś tego nie robimy. Przeciwnie, traktujemy instrumentalnie to, co oni na własny użytek tworzą, cynicznie zarabiając w mediach i szołbiznesie na ich buncie. Albo tworzymy prymitywną kulturę masową, z którejś popłuczyn oni budują swoje marzenia. Powtarzam: rozwiązanie nie jest w nich, tylko w nas. W czymś co się nazywa kulturą. Dorośnijmy, czas zacząć sobą coś reprezentować. Przykład pójdzie z góry.



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

 „Nigdy nie oczekiwałem, by Latkowski nakręcił mi laurkę. Mam świadomość  jego ostrego spojrzenia na rzeczywistość. Świadomie zgodziłem się, by to właśnie Sylwester pomógł mi zamknąć bolesne przeżycia, przeszłość.  Jestem ciekawy lustra Sylwestra Latkowskiego, rozumiem, że nie zawsze może oddawać to samo, co widzę ja i inne osoby, które pojawiają się w filmie” – Michał Wiśniewski.
Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS