menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Zawsze w opozycji - Stopklatka, rok 2003

20 stycznia 2003

10 stycznia odbyła się premiera najnowszego dokumentu Sylwestra Latkowskiego – "Nakręceni, czyli szołbiznes po polsku". Podobnie jak we wcześniejszych swoich pracach, także i teraz twórca poruszył palący problem – postanowił pokazać mechanizmy działania polskiego przemysłu fonograficznego. Czy wybuchnie kolejna burza? O tym przekonamy się wkrótce. Tymczasem przedstawiamy naszą rozmowę z kontrowersyjnym filmowcem.

Gdyby nie "Nakręceni", nie byłoby "Gwiazdora". To właśnie na planie tego filmu Sylwester Latkowski spotkał Michała Wiśniewskiego i postanowił zrobić o nim dokument. Prace nad obiema produkcjami trwały równolegle. Jak sam mówi: Przerwałem realizację "Nakręconych", ale niecałkowicie. Realizowałem około 10 procent zaplanowanych wcześniej zdjęć. Dzięki temu sfilmowałam np. Opole. Wbrew pozorom obraz o liderze Ich Troje jest zupełnie innym filmem niż "Nakręceni": To film, który tak naprawdę nijak się ma do "Gwiazdora". To są dwie odrębne formy. A tak w ogóle to ze wszystkich moich pięciu filmów ten różni się jeszcze konstrukcyjnie. "Nakręceni" to satyra dokumentalna. To coś, czego jeszcze nigdy nie próbowałem.

Dagmara Romanowska: Skąd wziął się sam tytuł - "Nakręceni"?

Sylwester Latkowski: "Nakręceni", czyli osoby, które do tej pory nie zostały nakręcone. To nie jest film o gwiazdach, tylko o pewnych decydentach, mejdżersach [największe polskie wytwórnie płytowe – przyp. DR] albo instytucjach, które są w tle. Kupując płytę, poza logo, nie wiemy, kto za nią stoi. Nic nas więcej nie interesuje. I tak, po prostu - nakręceni. Stąd się to wzięło. Ostatecznym impulsem było spotkanie jednego z bossów z Leszkiem Możdżerem, którego byłem świadkiem. Upokorzył Leszka tak, iż ten długo nie mógł się pozbierać. Leszek to wrażliwy twórca, ale to ten Pan miał gdzieś. Przez chwilę wydawało mi się, że mam do czynienia z właścicielem fabryki pustaków, a nie przedstawicielem wielkiego koncernu fonograficznego.

Ma powstać druga część "Nakręconych".

Prawdopodobnie. Jest to planowane, ale nie wiem, czy tak się stanie.

Od czego to zależy?

Zależy to od tego, co się będzie działo z tym filmem po premierze. Czy dziennikarze pójdą tropami, które są tam pokazane. Bo ja nie chcę być Don Kichotem i nie chcę za nich wykonywać pewnej roboty. Niektórzy oczekują po mnie, że zamienię się w prokuratora, będę oskarżał i ferował wyroki. Nie chcę czegoś takiego robić. Jestem od pokazywania pewnych spraw, ale nie od wydawania wyroków.

Planowany jest też serial.

Jest tyle materiału, że rzeczywiście programowi pierwszemu TVP złożono ofertę - na sześć odcinków. Wstępnie uzyskano akceptację. Wszystko niby jest OK, ale od pewnego czasu pojawia się jakiś problem. Nie wiem czy taki sam, jak z ekipą z Wiadomości i Teleexpressu, która przyjechała na pokaz "Nakręconych". Po projekcji powiedziała: "Niestety, zablokujemy, bo to jest film, który godzi w dobre imię Telewizji Polskiej". Nie wiem więc, co się będzie działo. Tam jeden redaktor stwierdzi: "Tak", a drugi powie: "O co tu chodzi, przecież to nie tak tu jest". Zobaczymy. Jeżeli w ciągu miesiąca nie podpiszemy umowy, będzie to oznaczało, iż pewne oświadczenia w stosunku do mojej osoby były fikcją. Pytanie należy skierować do Marka Sierockiego, dyrektora rozrywki Programu I.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, iż nie chce realizować filmu o telewizji, gdyż wspiera ona Pana filmy...

Telewizja wspierała?

Nie w pełni, ale współfinansowała.

To nie do końca tak było. Telewizja żadnego mojego filmu w stu procentach nie sfinansowała. Na pierwszy i drugi nie dała nic. Dopiero od jakiegoś czasu zaczyna być przy mnie. Ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby była ona producentem mojego filmu od początku do końca. Nawet się czegoś takiego obawiam. Oni wtedy zaczynają taniec czarownic. Odbywa się taki sabat naokoło filmu. Wtedy zaczynają naprawdę kneblować usta. Nie wiem – może z nimi kiedyś coś zrobię w całości, ale na razie się przed tym bronię.

A dokument o samej telewizji? O tym, co się tam dzieje?

Jestem zmęczony show-biznesem, mediami. Chcę odpocząć. A prawda leży gdzieś na ulicy, ludzie żyją innymi problemami niż show-biznes.

Co powodowało, iż od problemów związanych z ulicą przeszedł Pan do popkultury?

Jak zrobiłem "Rugbistów" i "Blokersów", stwierdzono: Ooooo, Latkowski to wyłącznie to - schemacik, szufladka... Teraz zrobiłem trzy filmy zahaczające o konkretną sferę życia i zaczęto mi szykować kolejną szufladkę. A teraz wszyscy się pogubią. Media lubią przypinać etykietki, lubią określać, bo nie umieją poradzić sobie z kimś, kto robi wolty i naprawdę swoje rzeczy, nie należy tylko i wyłącznie do jednego tematu, sfery. Ja opisuję te sfery, które mnie interesują.

W takim razie, jaką kolejną woltę Pan planuje?

Film dotyczy młodych ludzi w Polsce.

Jakich młodych? Z jakiegoś środowiska?

Po prostu - młodych ludzi. Tych, którzy są odrzuceni, zapomniani, o których się w tym kraju nie myśli. Ci ludzie zaczynają tworzyć własną rzeczywistość, która mnie przeraża. Myślę, że widz powinien ją zobaczyć.
Czy znalazł Pan już źródła finansowania? Kiedy zaczną się zdjęcia?

Od trzech miesięcy film jest realizowany. Na razie za moje pieniądze i firmy T! - teraz, producenta Arkadiusza Delisia. Telewizja, mimo że podpisała wszystkie zgody, takie, jak akceptacja scenariusza itd., to film utkwił na poziomie wydziału W1. Taki świat Kafki. Zobaczymy.

Powracając do "Nakręconych". Dokument był otoczony opieką prawną. Pojawiły się jednak pewne oskarżenia. Justyna Steczkowska wystąpiła z pozwem do sądu.

Chcę powiedzieć tak: Ta Pani, którą Pani wymieniła z imienia i nazwiska, złożyła pozew o zablokowanie filmu, nie oglądając go, na trzy dni przed premierą. Nie mając żadnego uzasadnienia. Teraz nasyła jakiś fan club. A tak naprawdę Justyna Steczkowska chce błyszczeć za wszelką cenę. Dla mnie przestała być zrozumiała od pamiętnej cmentarnej sesji w jednym z pism kolorowych. Próbowała zawłaszczyć początkowe zdjęcia do tego filmu – żeby wszyscy myśleli, że to jest o Steczkowskiej. A to niemożliwe. Bo wszystko jak wszystko – ale nie da się z kimś o takiej osobowości zrobić filmu. Żeby być bohaterem filmu, trzeba mieć niesamowitą osobowość, żeby przytrzymać, przykuć uwagę widza przez 60-90 minut. No sorry, może Justyna myśli, że ma taką osobowość, ale to, że się czasami śpiewa, jeszcze tego nie znaczy.

Spotkał ją Pan na planie "Pubu 700" – już wtedy pojawiły się pewne problemy. Dlaczego więc zdecydował się Pan wykorzystać jej wypowiedź w "Nakręconych"?

Tak, tam już pokazała się ze strony dość dziwnej i dla mnie, i ludzi, pracujących przy tym spektaklu – nie do końca takiej, jakiej powinna. Usunęliśmy, po przemyśleniu, wszystko, co dotyczyło Justyny Steczkowskiej w tym filmie. Zrobiłaby kolejny skandal, aferę. A w "Nakręconych" - jest tylko jedną z osób. Uznała, że chce coś powiedzieć na temat show-biznesu. Zwłaszcza interesował mnie problem handlowania swoim wizerunkiem i najbliższych dla pism kolorowych, w czym jest mistrzynią. Później okazało się, iż chciała to maksymalnie wykorzystać dla siebie. Zaprosiła do siebie do domu masę dziennikarzy. Pozowała im do zdjęć. Udzielała wywiadów. Wykorzystała to, by pobłyszczeć w mediach. I teraz robi to samo. Od kilkunastu dni nie robię nic innego, tylko wypowiadam się na temat Justyny Steczkowskiej, co mnie po prostu śmieszy. To nie jest film o Justynie Steczkowskiej. Jej zarzuty są kpiną. Nie oglądając filmu, wie, co w nim jest – to śmieszne. Po drugie, dlaczego nie poda do sądu teraz tych pism, które publikują zdjęcia z jej dzieckiem zrobione tamtego dnia? Bo boi się "Wprost", "Gali"? Zaznaczam, że żadne z tamtych zdjęć nie jest wykonane przez moją ekipę filmową.

A co z 12 minutami, które zostały z "Nakręconych" wycięte? Dlaczego zdecydował się Pan na ich usunięcie?

Dlatego, że nie robię tego filmu sam. Ani mnie, ani dystrybutora nie stać na długofalowy proces.

Każdej kolejnej Pana produkcji towarzyszą kontrowersje. Czy czasami nie stają się one siłą napędową Pańskich dokumentów? Szum przyciąga widzów.

Jaka to siła? Kwestia jest taka, że nie lubię letnich filmów. Nie robię filmów historycznych, przyrodniczych, stąd się to bierze. Moja osoba wzbudza emocje, ponieważ w czasie wywiadów prasowych mówię wprost pewne rzeczy. Potrafię wytknąć dziennikarzom błędy. I to oni wtedy naprawdę zaczynają to podkręcać. Mam już śmiertelnych wrogów wśród niektórych i obojętnie co bym zrobił i tak napiszą z góry przewidzianą recenzję, która bardziej zbliżona jest do napaści a nie merytorycznej oceny.

A czy czasami nie prowokuje Pan specjalnie? Na planie "Blokersów" – chodził Pan w garniturze...

Tak chodzę na co dzień. Nie gram kogoś innego niż jestem wobec swoich bohaterów. To dziennikarz zapytał mnie o garnitur w jednym z wywiadów. Od tego się zaczęło. Odpowiedziałem, że chodzę. To jest na takiej zasadzie – ja Pani coś powiem, potem ktoś stwierdzi, że powiedziałem to specjalnie, aby się kreować.

To ile jest w Panu autokreacji, a ile nadinterpretacji dziennikarzy?

Gdy jeden z tygodników napisał "skandalista Latkowski", zaczęto mnie tak nazywać. Mediom powiem tak: Sami tworzycie szufladki i przyczepiacie etykietki. Tak, jak kiedyś chcieliście mnie zaszufladkować po dwóch filmach. Teraz robię o show-biznesie i powiecie: Ooo – to już jest po tej stronie. To problem mediów. Nie mój. Wy zawsze musicie coś nazwać, określić. Jak przyklejacie etykietkę, to pozostaje ona do końca. Ja na szczęście będę wam robił wolty. I z waszych etykietek pozostanie tyle, że po jakimś czasie będziecie musieli stosować w stosunku do mojej osoby i filmów nowe przymiotniki.

Wydaje mi się, iż potrafi Pan wykorzystać to, co robią z Pana media i wynieść z tego korzyść dla swoich prac.

Same media mi zarzucają, iż jestem trudno dostępny. W związku z tym nie do końca rozumiem o co chodzi w tym argumencie. Bo z jednej strony redaktor pisze, iż do mnie trudniej się dostać niż do Marlona Brando, a z drugiej mówi mi się, że ja chcę coś wykorzystywać. Zaraz, chwileczkę. To o co tutaj chodzi? Jeżeli ja mówię, że nie chcę mówić, nie chcę się spotykać, dotyczy to szczególnie dziennikarzy warszawskich, których po prostu nie znoszę. Nie mówię o wszystkich. Jednak wielu ma manierę, uważa, że są sędziami i katami i Bóg wie jeszcze kim, a niektórzy są tak samo niekompetentni jak bohaterowie "Nakręconych". Chciałem przypomnieć niektórym dziennikarzom, że jestem człowiekiem, który nie tylko robi filmy, ale także pisze. Dostałem wyróżnienie Fundacji Kultury za książkę, czyli słowo jest dla mnie ważniejsze nawet od filmu. W Warszawie niektórzy uwierzyli w siebie i tak naprawdę piszą recenzje pod siebie, a nie merytorycznie. Ja się tym jednak staram nie przejmować. Robię swoje, oni swoje i tak się to toczy. Nigdy nie zatrzymają mnie przed robieniem filmów. Nie mają takiej siły ani mocy sprawczej. Nawet, gdyby chcieli i zmówili się wszyscy.

Ale nie wszyscy są niekompetentni, źli.

Nie, nie wszyscy, oczywiście. Bez mediów i dziennikarzy trudno mi by było docierać do widza ze swoimi filmami. Mam tego świadomość. Dziękuję im za to.

A jak zareagowali dziennikarze i wytwórnie po tych pierwszych pokazach?

Wytwórnie zareagowały tak samo jak recenzenci. Choć np. Piotr Kabaj, szef Pomaton EMI, potrafił przyjąć ten film jako inne spojrzenie na to, co robi. Bo to jest ten sam układzik. Chcę powiedzieć, że jedną z recenzji opublikował redaktor muzyczny, który najzwyczajniej w świecie jest w tym układzie, czy mu się to podoba czy nie. Nigdy nie miał odwagi napisać chociażby o tym, co mówię, przeprowadzić na ten temat śledztwa, powiedzieć o głosowaniach w Polsce. Wszystkie listy przebojów RMF-u i Zetki są sfałszowane i wszyscy wiedzą, że nie odpowiadają rzeczywistości. Wydzwaniają wytwórnie i fan cluby. Audiotele to też jedna wielka kpina. Rozśmieszyło mnie bronienie szefów wytwórni w recenzji przy podanych w filmie przez Grzegorza Brzozowicza faktach, że jesteśmy trzecim najbardziej upadającym rynkiem fonograficznym na świecie, wyprzedza nas Argentyna i Wenezuela. Na 20 milionów ostatnio wyprodukowanych płyt tylko 9 milionów potrafią sprzedać wytwórnie fonograficzne, reszta jest rozdawana z gazetami za darmo. Pokaz prasowy w Warszawie był bardzo dobrze przyjęty, ale powiedziałem dystrybutorowi: Zobaczycie, co będzie dalej... Ale jest mi to obojętne, bo widzowie mają już swoje spojrzenie i zdanie. A po drugie, ten film nie może być nawet rozpatrywany w kategoriach artystycznych, bo to nie jest tego typu dokument. To dokument, który podszedł do tematu w pewien sposób i trzeba rozmawiać o tym, a nie o jego walorach artystycznych. On nie był z takim zamysłem zrobiony.

Pana filmy często skłaniają się ku publicystyce, zwraca Pan uwagę na pewne problemy...

Słowo dokument kojarzy mi się z konkretnymi rzeczami, konkretnym pokazywaniem konkretnej rzeczywistości, aspektów socjologicznych, a nie budowaniem sztucznych kreacyjnych rzeczy. Niektórzy to uwielbiają i te kreacyjne dokumenty są nagradzane. Nie wiem, ja takich filmów nie robię. Nie potrafię. Nie rozumiem ich, nie czuję. Robię swoje filmy, bardzo subiektywnie. Nie wierzę w obiektywny dokument, bo każdy reżyser ma swój pogląd, serce, przekonanie, chyba że je wyjmuje, ale wówczas to jest hipokryzja.

Jakie zadania ma dokument?

Dokument, według mnie, służy temu, żeby coś wykrzyczeć, powiedzieć, poruszyć. Niektórzy mają inne spojrzenie. Ja miałem swoje określone życie – takie, a nie inne. I po tych swoich przemyśleniach, po spędzeniu czasu w więzieniu i innych kolejach życiowych, stwierdziłem, że chcę coś wykrzyczeć.

A czy też chce Pan widzów przekonać do własnej wizji?

Nie przekonać, nie do wizji. Ja chcę coś pokazać, a nie przekonywać. Skłonić do innego spojrzenia na jakiś problem, temat. Nic więcej.

Wyrazić swoje zdanie?

Myślę, że nie swoje, ale bohaterów moich filmów. Chcę przekazać pewną stronę rzeczywistości. Tu jest różnica. Stąd może właśnie zawsze jestem taki "gorący" i wkurzam niektórych. No i to, że jestem w opozycji do mediów – bo media kreują swoją rzeczywistość, która czasami się ma nijak do tej, która jest na ulicy. Zbyt często się rozmijamy w spojrzeniach na nią.

A kto obejrzy "Nakręconych"?

Nie przepisaliśmy tego filmu na taśmę. Będzie pokazywany w kinach studyjnych. Dlatego, że to nie jest temat masowy. Na pewno obejrzą go ludzie, którzy aspirują do show-biznesu, a jest ich sporo. Masa młodych marzy o tym, żeby być w branży. Ale to nie jest film masowy. Na marginesie. Sprzeciwiałem się temu, by "Gwiazdor" miał 30 kopii filmowych. Uważałem, że powinien mieć 5-6 kopii i iść drogą kin, do których nie przychodzi publiczność multipleksów. Nie rozumiałem, jak można było kierować ten film do fana? Ale twórca nie na wszystko ma zawsze wpływ.

Podobno myślał Pan o fabule. Jako producent chce Pan wyprodukować i wypromować film młodego twórcy...

Tak, ale film dokumentalny, dlatego że na razie tyle jestem w stanie zapewnić. Doprowadzić do tego, że ktoś w komfortowych warunkach zrealizuje dokument. Chcę Pani powiedzieć, że poza jedną propozycją, która jest filmem kreacyjnym, a ja nie uznaję kreacji w dokumencie, nic nie ma. Czyli wychodzi na to, że jeżeli ktoś tak narzeka, to nie wiem, czy to jest narzekanie dla samego narzekania, czy po prostu ludzie nie chcą robić takich dokumentów, które są katorżniczą pracą przez pół roku, czy rok. Nie wiem. Może chcą nagrać na DAT jakąś rozmowę, potem przez trzy dni sfilmować, jak dany pan przechodzi z jednej strony do drugiej i robić takie filmy. A ci, którzy mają coś do powiedzenia, potrafią jednak to zrobić gdzie indziej i nie muszą dać odpowiedzi na tę ofertę. Myślę, że dokument – jeżeli ktoś chce - to w Polsce zrobi. Jeżeli ktoś narzeka, to znaczy, że coś jest nie tak. Nie ma w sobie chęci naprawdę opowiedzenia czegoś. Bo to nie jest aż taka rzecz trudna. Rozumiem, że później, jak zrobisz raz film, pewnie za darmo, na DV-Camie, to potem będziesz sobie stawiał wyższą poprzeczkę, inne aspekty zaczynają odgrywać rolę. Wtedy takich ludzi rozumiem. I do tego rzeczywiście potrzebne są nawet spore pieniądze. Ale ten pierwszy film nawet na DV-Camie się nakręci.

Czy nie myślał Pan o zaangażowaniu się w ruchy niezależne? Powstaje coraz więcej takich inicjatyw. Przemysław Wojcieszek chce pomóc w promocji młodych.

Mam pytanie – a ile on ma pieniędzy? Czy ma ludzi? Czy ma dział PR, promocji? Czy ma takie grupy? Jeżeli składa się takie deklaracje, to trzeba być odpowiedzialnym. Myślę, że czasami pewnych rzeczy nie można chlapać językiem, bo to jest mitomaństwo. Szanuję, co ten chłopak robi. Bardzo dobrze, bo to m.in. dzięki niemu kino w Polsce się zmienia. Ale niech nie przesadza z pewnymi rzeczami. To jedno, a po drugie – ja nie czuję jakichś związków z pokoleniem. Wszystko to są jakieś mity: Pokolenie 2000, Pokolenie 2008, Pokolenie 2010... Każdy z nas jest inny. To ma być jakiś komunizm teraz? Wszyscy mamy chodzić w tych samych mundurkach? Widnieć pod wspólną etykietką?

Ale filmy te mają powstawać w opozycji...

Jakiej opozycji? Ale ci młodzi ludzie potem z Andrzejem Wajdą stoją w jednym szeregu. W takim razie to jest to samo. Oni z jednej strony są niezależni, a z drugiej ustawiają się po tej samej stronie. To hipokryzja.

Pan sam w pewnym sensie mówi o sobie jako o twórcy niezależnym.

Że chcę być niezależny. To nie znaczy, że jestem. Nie wierzę w 100-procentową niezależność. Każdy idzie na kompromisy. Ja też. Twórca nie może iść w grupie. Filmu nie tworzy grupa, nie ma 400 reżyserów podpisanych pod jednym dziełem. Twórca musi być cały czas w opozycji, jeżeli chce być twórcą i poruszać swoimi dziełami widza. W związku z tym wszystkie próby formowania grup i nazwania się w filmach nie wychodzą.

Ale może jest to pewna forma wspierania się?

Nie wiem, o co chodzi z tymi jakimiś programami. Istnieję bez jakiejś grupy. Chcę być na tyle wolny, żeby nie pisać wspólnie z kimś manifestów. Słowo manifest kojarzy mi się z PKWN-em. Nie chciałbym podpisywać manifestu kolejnego pokolenia młodych, którzy do czegoś się wspólnie zdeklarują, a w rzeczywistości każdy z nich jest różny. Każdy jest o każdego zazdrosny, o jego dzieło. Jakby mógł, to by podłożył jeden drugiemu świnię i mówił później, że jesteśmy razem. To jakiś bzdet. Modne stało się ostatnio nazywanie: kino offowe, niezależne. Zacznijmy po prostu robić filmy i nic więcej. Niech w Gdyni wszystkie filmy trafią na jeden ekran, bez podziałów. Proponowałem to jednemu z organizatorów festiwalu. A jak chcemy wyrzucać baronów, to nie stawajmy wspólnie do zdjęcia z nimi – według zasady, że w Polsce nie można skończyć już tylko jednej szkoły – trzeba jeszcze drugą – Andrzeja Wajdy. To jest kpina. Jakaś chora sytuacja. Co – niedouczeni reżyserzy? Po prostu oni muszą klęknąć i łamie się im skrzydła po to, żeby zrobili film. Dostali budżet. Ale teraz tego nie powiedzą. Nie chcę mieć nic wspólnego z pokoleniem, które akceptuje hipokryzję. Skończyłeś szkołę, robisz filmy – to daj sobie spokój i miej odwagę czasami powiedzieć Panu Andrzejowi Wajdzie, że szanujesz go za przeszłość, ale dziś nie chcesz go za ojca chrzestnego. On, który nie pomagał ludziom młodym przez tyle lat, nagle zaczyna ich recenzować, pozować z nimi do zdjęcia. Jest po prostu śmieszny w tym momencie. I to nie umniejsza jego roli dla kinematografii, za co go szanuję. Ale on dla mnie na tym zdjęciu w "Dużym Formacie" kojarzy się z socrealizmem. Panie Andrzeju Wajdo – wie Pan, co to jest socrealizm? Wie Pan. Niech Pan spojrzy na to zdjęcie. Jest Pan w tym momencie podobny do tych zdjęć, na których wokół innego pana stali inni młodzi. W latach 50. konkretne postaci. I może trzeba sobie powiedzieć – niech Pan nie udaje, chwali się, że Pan robi wiele dobrego dla młodych ludzi. Będą chwalić Pana, bo chcą uzyskać dofinansowanie, bo Pan rozdaje karty. A jak będzie młody człowiek, który będzie miał bardzo dobry temat, to Pan sam go zablokuje. Kto Glińskiemu zablokował "Katyń"? Pan, Panie Andrzeju, Pan miał zrobić "Zemstę" za pieniądze prywatne, a za jakie zrobił? Odebrał Pan młodym ludziom możliwość zrobienia debiutu, bo chciał Pan zrobić masówkę dla szkół. Bo te filmy, obojętne jak w Wiadomościach będą mówić, nie staną się historią kinematografii polskiej.

Takie jest kino lekturowe. A czy według Pana jest możliwe u nas inne?

Poza lekturami. W Szwecji Bergman próbował to samo, ale potrafili go tam powstrzymać, młodzi się wyłamali. Chcę powiedzieć Panu Andrzejowi Wajdzie, że moje dziecko zostało zmuszone, by pójść na jego film. W związku z tym, niech Pan nie krzyczy tak o tej oglądalności. Bo wymusił Pan na moim dziecku, na mnie, że musiałem zapłacić za bilet na Pana film, bo dziecko miało obowiązek. Wstydź się Pan, Panie Andrzeju Wajdo za to, że zmusiłeś moje 13-letnie dziecko do pójścia na Pana film. Oddaj mi Pan 13 złotych. Wstydź się Pan, Panie Andrzeju Wajdo.

No dobrze, to jak w takim razie Panu udaje się tu przetrwać i nadal tworzyć?

Bo się nie zajmuję jakimiś tam pokoleniami i pisaniem manifestów, tylko robię to, co robię. A po drugie – mówię to wszystkim – ja nie muszę być reżyserem. Nie wyobrażam sobie życia wyłącznie jako reżyser. To śmieszne, po prostu. Nie chcę być tylko i wyłącznie reżyserem.

Dziękuję za rozmowę.
[Dagmara Romanowska]



menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

"Blokersi" to film o polskiej kulturze hip hopowej. Opowiada o młodych ludziach z wielkomiejskich blokowisk, o tym jak żyją, jaka jest dzisiaj ulica w Polsce. Poza raperami są tu grafficiarze, break dance`owcy i ludzie związani z kulturą hip hopu. Prawdopodobnie po raz pierwszy wiele osób zobaczy, czym jest w naszym kraju kultura hip hopu, kto w niej żyje i kto ją tworzy.


Śledczak Kamilianie Gwiazdor Pedofile
Nakręceni Pub 700 Klatka To my, Rugbiści
powered by Admin.Starla v3 CMS